są teksty na WM których nie chcemy czytać

Miejsce rozmów o tekstach publikowanych na forum.

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

są teksty na WM których nie chcemy czytać

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 03:42

WWW
Miasto nocą. Morze elektrycznych świetlików, węgorze sunących leniwie samochodów, zwarte bryły czarnych budynków. Kakofonia hałasów - gwar rozmów, warkot silników, strzały, krzyki, śmiech. Gdzieś tam nieciekawe i bezbarwne ludzkie historie, dramaty niewarte uwagi, strach, ból, cierpienie.


Jestem wycofanym mocno użytkownikiem, ale są problemy, które warto omówić.

Popatrzcie np. na ten cytat z opowiadania Wampir napisanego przez Patok`a. Zaraz opowiem o nim szerzej, najpierw trochę statystyki.


Jak znalazłem ten tekst? To było proste. Przeszukałem główny dział forum pod tym tylko kątem- którym opowiadaniom brakowało komentarzy. Poczekajcie, zerknę jeszcze na ilość wyświetleń:

235, obok są jeszcze opowiadania

Hermana Zdezorientowany z 226 wyświetleniami, ale jednym komentarzem i Życzenie Śmierci MPWD z 214 i też 1 komentarzem.

Wydaje mi się, że te liczby o czymś mówią. Nie chcę porównywać akurat tych trzech opowiadań, to zajęłoby za dużo miejsca a ochota czytania długiej analizy byłaby strasznie mała, przyjrzyjmy się tylko jednemu z najmniej popularnych opowiadań na WM. Przecież większość z was interesuje się tym, co decyduje o poczytności historii. Szczególnie jest to ważne tu, w miejscu gdzie rzemiosło comes first.

Ok z pamięci trochę wyleciał nam cytat, jeszcze raz pierwsze zdania tekstu Wampira:

WWW
Miasto nocą. Morze elektrycznych świetlików, węgorze sunących leniwie samochodów, zwarte bryły czarnych budynków. Kakofonia hałasów - gwar rozmów, warkot silników, strzały, krzyki, śmiech. Gdzieś tam nieciekawe i bezbarwne ludzkie historie, dramaty niewarte uwagi, strach, ból, cierpienie.


Naprawdę po przeczytaniu tego fragmentu mam kilkanaście pomysłów na odpowiedzenie, dlaczego nikt nie skomentował tego tekstu. Prostą odpowiedzią może być to, że "morze elektrycznych świetlików" to tani efekt, na który mógłby wpaść każdy kto choć raz w życiu wyjrzał przez okno bloku na 10 piętrze i kiedyś zobaczył w telewizji świetlika; inna odpowiedź że podrabia oryginalność metaforą o węgorzach i że w filmie Amelia też było dużo dziwnych metafor, a film w cale przez to nie jest dobry (choć wielu się pewnie podoba, ale raczej studentom, którzy nie chcą oglądać takich filmów jak ich rodzice). Jeszcze inna odpowiedź to to, że zwarte bryły czarnych budynków i morze elektrycznych świetlików nie mogą wystąpić obok siebie, bo gdy coś świeci w nocy, czerń jest tłem i granicą planu a nie jego treścią. ITD. można tak odpowiedzieć na ten pytania i wszystkie te odpowiedzi będą

błędne.

Czytaliśmy już na WM setki tekstów przeładowanych nieplastycznymi opisami i setki razy wytykaliśmy autorom w komentarzach, że piętrowe metafory są najgorsze. Wola i chęci były po obu stronach, a skok zrozpaczonemu weryfikatorowi z piętnastego piętra z powodu kolejnej piętrowej metafory nigdy nie groził. Myślę, że weryfikatorzy nawet lubią przypadki jaskrawej grafomanii bo jest nad czym pracować. Wyobrażam sobie niezadowolenie początkującego psychologa-terapeuty do którego przychodzą jedynie pacjenci z chorobą lokomocyjną.

Nie chodzi więc wcale o nudnawe opowiadania pełne internetowego geniuszu literackiego, o te poetyckie jeziora wypełnione sunącymi węgorzami oświetlanymi nie przez banalne księżyce, ale magiczne świetliki. Popatrzcie na przykład popularnego i dobrze przyjętego tekstu, który zawiera naprawdę bardzo dużo geniuszu chyba nawet przerastającego świętojański geniusz Patoka:

spankie Najlepiej zorganizowany burdel wieloświata
WWW
A gdzieś we Wszechświecie zaburczało, fale energii leniwie oddaliły się od planet, wyruszając w wieczną podróż. I czas poleciał do przodu, zwalniając przy dużej masie, dając się ponieść sile grawitacji. I wzory zatrzeszczały przejmująco, a liczby pofrunęły do przodu, przyjmując wartości dążące do nieskończoności. I zaczęło się skracać, a fale skracały sobie drogę przez tunele czasoprzestrzenne. Gwiazdy piszczały w gwałtownej, bo trwającej tylko miliony lat, reakcji:
-Coś się kończy, coś się zaczyna.
___Następnie wodór uznał, że to jednak nie to i stał się helem. I dawały te gwiazdy początek czarnym dziurom, niosącym po świecie mroczny bas wciąganej, spagetyfikowanej materii. Podczerwień wrzeszczała już tyle, pragnąc, by człowiek ją dojrzał. Ultrafiolet tuż obok niej, z prędkością dążącą do prędkości światła obiegał świat, wzruszając ramionami. Potencjały zbliżały się niebezpiecznie, a natężenie rosło z każdą chwilą. Cały czas w przestrzeni powstawały nowe gwiazdy, prezentując wzory, równania i teorie. I było tych gwiazd dużo, ale nie każda była widoczna. Każda za to wnosiła tu coś nowego: jedna sprawiała, że świat zaczął iskrzyć od wszędobylskich fal, druga dojrzała eliptyczne orbity i ich związek z okresami obiegu, trzecia dywagowała o pędzie, a czwarta o jego momencie. Piąta obliczyła odległość A od B, a ostatnia określiła prędkość maksymalną tego świata. Zaczął się festiwal spostrzegawczości, gdzie każdy człowiek musiał siedzieć z nosem w zeszycie, opisując to, co dzieje się nad nim.
___A kot wiedział, że, prędzej czy później, wszystkie one muszą zostać odkryte i zaistnieć na niebie jasnym światełkiem, przynoszącym ukojenie, ale też przedziwnie fascynującym. Dlatego też zbijał szklanki, tłukł bombki, drapał firanki i skakał z balkonu.
A entropia wzrastała coraz bardziej, dając upust żądzom ludzkim.


Chodzi mi przede wszystkim o podkreślenia. Mamy więc trzeszczące wzory i latający czas. Rodzaj poetyki bardzo podobny, ale przyjęcie zgotowane tekstowi zupełnie inne.

Popatrzmy teraz na dział kreatorium i jak pisać gdzie stachanowiec teoretycznych tematów Preiss, ale oczywiście nie tylko on, potrafi zadawać setki pytań dotyczących sztuki pisania. Co ile jak jak często należy dodawać do herbaty podczas pisania, żeby czytelnik polubił naszą historię. Wydaje mi się, że masa tych akademickich rozważań mogłaby być przeniesiona na dział tu wrzuć oraz zweryfikowanie i zbadanie najprostszej z możliwych relacji: ilości komentarzy, ich wymowy oraz ilości wyświetleń do tekstów.

I tak, przeczytałem tekst, pobieżnie, Patoka i, poza tym, że podobnie jak opowiadanie spankiego, jest pełny bardzo wyszukanych metafor, jest też długi. Tekst spankiego jest krótki. Ale są też takie które są długie i chętnie czytane i krótkie, długość ma mniejsze znaczenie.

Jeśli poczytacie więcej tekstów, znajdziecie tą bardzo prostą zależność. Na weryfikatorium najbardziej lubiane są teksty humorystyczne. Ale nie satyry. Te teksty, które choć w małym stopniu są komiczne a autor nawet delikatnie gra z konwencją. Plus logiczne zabawki.

Kilka dowcipów i weryfikatorzy oraz my czytelnicy kompletnie tracimy głowę i nawet nie chcemy uważnie czytać tekstu, bo zmęczył nas taki Patok swoim ciężkim miastem pełnym dramatów i czarnych cegieł. Dlatego bierzemy bez słowa sprzeciwu każdą ściemę którą serwuje nam spankie czy polish (bo moje teksty są idealnym potwierdzeniem tezy którą stawiam) nie zwracając uwagi w ogóle (choć wydaje nam się że to robimy bo nas zaślepił swoim niby czarem autor) na literackość tekstów.

Literackość wychodzi w smutnych lub poważnych tekstach, chodzi mi oczywiście tylko o weryfikatorium, bo w literaturze profesjonalnej humor idzie zawsze w parze z wybitnymi zdolnościami (Michał Witkowski, Lem, Heller). Ale humor zaślepia a smutek wyostrza literackość tekstu, dlatego dajemy się nabrać za każdym razem. I mówiąc za każdym mówię, za każdym.

To jest moja opinia na temat odbioru tekstów na WM. Jestem ciekaw czy macie własne opinie. Pytanie czy mój krótki tekst wprowadzający był smutny lub neutralny czy humorystyczny. Jestem pewien że pokażą to statystyki tego tematu.

pozdro!

[ Dodano: Pon 19 Lis, 2012 ]
"Ale humor zaślepia a smutek wyostrza literackość tekstu"

nie zaślepia a raczej zasłania



Awatar użytkownika
Konrad Chris
Pisarz domowy
Posty: 105
Rejestracja: śr 05 wrz 2012, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jakaś wieś
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Konrad Chris » pn 19 lis 2012, 15:07

Polish, odbiorca masowy nie jest skomplikowany. Odbiorca masowy jest prosty jak budowa dzidy. Każdy wie, że dzida składa się z zadzidzia, sróddzidzia i przeddzidzia. Wszyscy wiedzą z czego składa się odbiorca masowy. Z ciebie, mnie i tego tam. Nawet jak ciężko nam się do tego przyznać, prosta i niewiele warta rozrywka często jest przez nas wybierana - z takich czy innych względów. Bo odbiorca masowy to średnia (nawet nie ważona) nastrojów, poziomu zmęczenia społecznego, nastawienia do innowacyjności, poziomu nie-chce-mi-siejstwa, poziomu inteligencji, częstotliwości występowania takich czy innych gustów, poziomu niespełnienia seksualnego, rozczarowania społecznego i jednostkowego, itd. itp. Humorystyczne teksty nie wymagają włączania zbyt wielu zmęczonych, czy też zniecierpliwionych obszarów mózgu - jeśli w ogóle potrafimy z nich korzystać. Prosta i niewymagająca rozrywka jest doskonała dla tych, co i instrukcja obsługi nie pozwoliłaby im zacząć myśleć. Z drugiej strony, czy humor to zaraz prostota? Albo czy człowiek lubiący dowcip i łopatologiczny humor to zaraz człowiek mniej inteligentny? Takie uogólnienie byłoby bardzo krzywdzące.
Prawdą jest, że refleksja rzadko kiedy przychodzi w trakcie zabawy. To już nawet starożytni wiedzieli. Może więc po prostu przeciętny, stabilny emocjonalnie człowiek nie lubi być smutny (i chce sobie nastrój poprawiać), a jest często bo jak tu żyć?. Dlatego też odsetek osób nastawionych w danym momencie na doznawanie sztuki i analizowanie smutów i przeintelektualnionych kawałków jest na tyle niewielki, że mieści się w granicach błędu statystycznego? Hehe. Tutaj mamy i tak dobrze, bo użytkownicy Wery to nie reprezentatywny wycinek społeczeństwa. Użytkownicy Wery zostali przesiani przez parę kryteriów, np. zamiłowanie do literatury, kreatywność przynajmniej ponad przeciętną itp.


"Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię sobie swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora." Erich Segal


Sky Is Over

Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 15:28

Albo czy człowiek lubiący dowcip i łopatologiczny humor to zaraz człowiek mniej inteligentny? Takie uogólnienie byłoby bardzo krzywdzące.
Prawdą jest, że refleksja rzadko kiedy przychodzi w trakcie zabawy.


Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby tak pomyśleć. Twoje wnioski są słuszne, ale przecież nie napisałbym postu o tym, że nieskomplikowana rozrywka dobrze się sprzedaje, bo to jest naturalne w miarę.

Napisałem, że jeśli, użytkowniku WM chcesz, żeby ludzie sprawdzili twoje zdolności literackie nie pisz tekstu o zabarwieniu komicznym bo zasłonisz własny tekst. Napisz raczej coś smutnego, to będzie prawdziwy sprawdzian.



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » pn 19 lis 2012, 15:40

polishbritpoper pisze:nie pisz tekstu o zabarwieniu komicznym bo zasłonisz własny tekst. Napisz raczej coś smutnego, to będzie prawdziwy sprawdzian.


Ech, to też nie jest takie proste. ;) Ja mam własne poczucie humoru słabo rozpoznane. Bywało już tak (akurat nie na Wery), że pisałam coś całkiem poważnie (w moim przekonaniu), a dla odbiorców głównym walorem tekstu był humor. I dopiero od nich się dowiadywałam, że ten humor tam w ogóle był... Jak mi pokazali paluszkiem - że tu oto, to się zgadzałam, że faktycznie, ale w momencie publikacji wydawało mi się, że prezentuję dostojny tekst o Ważnych Sprawach.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 15:46

Dlatego, jeśli ludzie pozytywnie spojrzeli na tekst tylko przez humor, a nie zauważyli lub nie przeżyli wątków, które były poważne, należy poważnie przemyśleć pewne kwestie. Wydaje mi się to bardzo ważne, wydaje mi się, że jeśli ktoś w porę zacznie pracować nad swoimi tekstami (i ma talent) to przestaną mu wychodzić humoreski, a zaczną pojawiać się te dobre momenty dzięki którym prędzej czy później stanie się niezłym autorem.


Obrazek

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » pn 19 lis 2012, 15:53

polishbritpoper pisze:to przestaną mu wychodzić humoreski, a zaczną pojawiać się te dobre momenty dzięki którym prędzej czy później stanie się niezłym autorem.


To trochę brzmi, jakbyś przeciwstawiał humor dobremu pisaniu. To się nie musi wykluczać. I Poważne Sprawy z humorem też się nie muszą wykluczać - taki Woody Allen, choćby. Albo Mark Twain. Ale zgodzę się z Tobą, że materia jest śliska. Bo można popaść w tworzenie Rechot-Wzbudzających i oklaskiwanych głupot i tkwić w przekonaniu, że się jest dobrym autorem (bo przecież nam klaszczą, nie?).

Edit: Ale to chyba bardziej kwestia sposobu przyjmowania opinii - żeby nie zwracać uwagi na "podobało mi się", "nie podobało mi się" - bo z tego nic tak naprawdę nie wynika, tylko szukać konkretów, które pomogą nam się zorientować, co i jak w naszym tekście faktycznie działa na odbiorców.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
kfk
Umysł pisarza
Posty: 982
Rejestracja: pn 27 cze 2011, 16:45
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: kfk » pn 19 lis 2012, 15:57

Jest parcie na taki rodzaj pisania. Humorytstycznie, nawet jeśli krew się leje i flaki fruwają. To gdzieś się przywlkło razem ze stonką z ameryki - dowcipne wtręty narratora, ciągłe puszczanie oka do czytelnika - drogi czytelniku, bierzesz udział w zabawie, to nie jest na poważnie...
No, ale przecież mówimy o literaturze popularnej. U Tokarczuk juz trudniej znaleźć takie humorystyczne podejście. Ostatnia Masłowska - owszem, zabawna, ale raczej wisielczo...
Ta nieustanna sygbnalizacja dobrego samopoczucia narratora jest chyba związana z lekką literaturą. I nie sądzę, żeby komuś z takimi aspiracjami humor wychodził na złe. Przeciwnie. Wydawcy chętnie się pośmieją ;)



Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 16:43

WWW

To trochę brzmi, jakbyś przeciwstawiał humor dobremu pisaniu. To się nie musi wykluczać. I Poważne Sprawy z humorem też się nie muszą wykluczać - taki Woody Allen, choćby. Albo Mark Twain.


To byłoby zbyt proste, piszę raczej coś przeciwnego:

Literackość wychodzi w smutnych lub poważnych tekstach, chodzi mi oczywiście tylko o weryfikatorium, bo w literaturze profesjonalnej humor idzie zawsze w parze z wybitnymi zdolnościami (Michał Witkowski, Lem, Heller)


Uważam, że humor przeszkadza w amatorskich próbach czyli tych na WM.

smtk69 zwraca uwagę szerzej na zjawisko humoru w literaturze, to są jak najbardziej trafne spostrzeżenia, ale

Wydawcy chętnie się pośmieją


właśnie. o ile humor idzie w parze z wysoką jakością literacką. wydaje mi się, że te teksty, które brylują na WM swoją śmiesznością i błyskotliwością, odpadłyby w pokojach redakcyjnych czy wylądowałyby w koszu jako takie sobie amatorskie luzactwo nie poparte warsztatem. Przecież na WM nie chodzi o to, żeby zapunktować w dziale Tu wrzuć za trzy żarty, ale by być gotowym na sprostanie wymaganiom wydawcy.



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » pn 19 lis 2012, 16:48

polishbritpoper pisze:te teksty, które brylują na WM swoją śmiesznością i błyskotliwością, odpadłyby w pokojach redakcyjnych czy wylądowałyby w koszu jako takie sobie amatorskie luzactwo nie poparte warsztatem.


Polish, to punktuj te błędy warsztatowe! O to przecież chodzi na Wery! Bo tak, to sobie teoretyzujesz, że coś tam się podoba wyłącznie ze względu na humor, a warsztat leży, a może on wcale nie leży?


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
kfk
Umysł pisarza
Posty: 982
Rejestracja: pn 27 cze 2011, 16:45
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: kfk » pn 19 lis 2012, 16:53

polishbritpoper pisze:amatorskie luzactwo nie poparte warsztatem.

To jedno. Drugie - dla mnie ważniejsze, humor poparty jakimś drobnym chociaż sensem jego zaistnienia. I humoru i całego tekstu, żeby być bardziej precyzyjnym. Nie wiem czy do teraz lemowski Ijon Tichy by mnie śmieszył gdyby nie całe drugie dno tych opowieści. Nie sądzę.
Więc z humorem panie, ale i z sensem jakowymś pisać należy. Nie zapominając o postukaniu tam i owam w warsztaciku :)
Niestety, ten model literatury popularnej, gdzie nie ma już żadnej równowagi i gdzie jedynie chichoczący, cyniczny superbohater ma prawo bytu, zdaje się ów sens zgniatać na galaretę...



Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 16:57

Drugie - dla mnie ważniejsze, humor poparty jakimś drobnym chociaż sensem jego zaistnienia. I humoru i całego tekstu, żeby być bardziej precyzyjnym.


Właśnie, o to chodzi. Jeśli scena ma sens, jest dowcipna, i jeszcze jakoś realizuje program całego tekstu to to już nie jest pusty żart amatora z forum literackiego tylko tekst który wydrukuje czasopismo choćby.

Co do twojej uwagi Thana, to oczywiście proste będzie porównanie jakiegokolwiek tekstu z WM, który jest humorystyczny z tekstem profesjonalnego pisarza. Zaraz czegoś poszukam.



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » pn 19 lis 2012, 16:59

polishbritpoper pisze: proste będzie porównanie jakiegokolwiek tekstu z WM, który jest humorystyczny z tekstem profesjonalnego pisarza. Zaraz czegoś poszukam.


Jeżeli Ci się chce i masz czas, to zrób taką analizę porównawczą - to będzie bardzo cenne.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » pn 19 lis 2012, 17:15

teksty sobie już wybrałem, jutro wrzucę porównanie, które uzupełni dyskusję, a tymczasem jeśli ktoś ma ochotę, można pozostać przy rozmowie teoretycznej.


Obrazek

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3523
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Godhand » pn 19 lis 2012, 23:09

Chcę rozrywki. To proste.
Jednak zależnie od humoru/nastawienia/aktualnej kondycji psychofizycznej chcę rozrywki różnej. I tak jak czasem mam ochotę na kurczaka i frytki, tak innym razem na lasagne ze szpinakiem.
Czasem na tańczące wokół Grzędowicza Jesienne Demony, czasem na siedzącego wraz z Zelaznym w pozycji kwiatu lotosu Sama, a czasem na Cain'a, zabijającego ogrille na rozkaz Stovera.
Rozrywka to piękna pani, a ja nie chcę oglądać tylko jej profilu.
Czemu akurat Ona?
Bo świat wokół jest wystarczająco poważny, zadufany w sobie i napchany sztucznym patosem niczym smok siarką. Uciekamy od niego (świata, nie smoka) w humor służący nam za wentyl bezpieczeństwa. Czasem głębszy, innym razem prostacki wręcz, tu cyniczny (jam zdeklarowany fan "Dialektyki noża" - bezdyskusyjnie) a tam wydumany. Ale pozytywny bo negatywy wszędzie, jak tylko się głowę znad stron podniesie.

Pozdrawiam,

Godhand



Awatar użytkownika
polish
Dusza pisarza
Posty: 562
Rejestracja: ndz 27 cze 2010, 17:51
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: wola
Płeć: Mężczyzna

Postautor: polish » wt 04 gru 2012, 19:36

WWW
Pisałem analizę porównawczą z którą i tak byłem spóźniony parę dni na moim komputerze. Lubię jego klawiaturę i kształt klawiszy z przyciskami, więc tu nie było problemu. Prawdę mówiąc wszystko przebiegało w porządku. Wybrałem teksty, rozebrałem teksty, rozpoznałem problem, czyli jak zawsze. Z tym, że to wszystko nie miało sensu. Ej, serio, bo czego oczekujecie, że powiem- to jest warsztat słaby a to jest dobry warsztat? Dlaczego eksperyment się nie udał? Z kilku powodów.

Wziąłem sobie opowiadanie Adama Wiedemanna "Nieznany fragment "Obciachu" Kingi Dunin" (ze zbioru "Opowiadania") jako przykład dobrego warsztatu, oraz jeden z wyróżnionych tekstów z WM jako przykład złego. Już samo ujęcie badawcze znajduje się na granicy dobrego smaku "pokażę, jak źle się tu pisze". A moja wątpliwość "czy coś takiego jak warsztat w ogóle istnieje?" mogłaby uchodzić za niezły towarzyski bajer gdzieś na osiedlu, bajer okraszony soczystą żelą i ostrą ***** w akcentach, ale w środowisku osób piszących, raczej nie przejdzie.

Bo tak, warsztat istnieje, ale nie da się dobitnie udowodnić, że jest zły.
Chodzi mi o to, że są teksty, o których można powiedzieć że mają zły warsztat, jednoznacznie. Ale istnieje cała masa empikowej tandety, która ma zły warsztat a jednak ktoś to chętnie kupuje i są krytycy którzy popierają taką prozę i są znawcy, którzy uważają, że literacko błahe ale warsztat dobry (i czasem tak jest, ale czasem jest inaczej co pokazuje, że warsztat trudno jest ocenić).

Już widzę jak niektórzy użytkownicy rozsiadają się wygodnie w swoim samozadowoleniu i z drwiącymi uśmieszkami znawców potakują sobie: tu cie mamy, mylisz styl z warsztatem, albo aha, wcale nie masz racji, poczytaj może lepiej poradniki kreatywnego pisania.

Nie przyszedłem tutaj jednak wdawać się w gimnazjalne sprzeczki "o teren" i odróżniać czym jest warsztat a czym jest co innego, oraz czy talent istnieje (a wszystko to podane przestarzałą dykcją, okraszone jakimiś modernistycznymi wstawkami i cytatami z Dukaja). Jałowość tych sporów w dziale kreatorium i innych raziła boleśnie moje oczy, jak rażą białe strony w edytorach tekstu czołowych internetowych teoretyków. Powiedzmy temu elo, może siemka, ale na pewno nie slu.

Uwierzcie mi, że rozkładam bezradnie ręcę (choć "próbowałem się bić"), gdy mam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego teksty na WM co do jednego mają słaby, bardzo słaby lub tragiczny warsztat (do tablicy wywołała mnie thana). Ale to tylko wynik mojej niefrasobliwości bo przecież postawiłem jasną i czytelną tezę, że na forach literackich lepiej jest pisać teksty poważne, nie-komediowe, bo one w pełni odsłaniają umiejętności piszącego. I tyle. To jest problem sensowny a rozwiązanie do zastosowania w praktyce, w dodatku całkiem dobrze go przedstawiłem.

Fakt jednak, że dyskusja skręciła w rejony filozofii literatury pokazuje, że ludzie, zupełnie niepotrzebnie, czują niepokój i boją się "warsztatu". Jak się ludzie czegoś boją to w kółko o tym mówią. Ja nie chcę mówić o talencie i warsztacie, mówię- na forach gdzie ćwiczy się umiejętności piszcie bez żartów, piszcie poważne historie.

Wkleję jeszcze frament opowiadania Wiedemanna, możecie przeczytać, a później pzreczytajcie coś z wyróżnionych tekstów (lepiej humorystycznych) w dziale "wyróżnione", i sformułujcie jakiś sensowny problem badawczy, bo niestety nie mam na to sił i chęci (co nie znaczy, że wam ich zabraknie).




Wiedemann:
Ta dziewczyna to prawdziwa drzazga w dupie. Co mnie też podkusiło, żeby zabierać ją do Joanny! (Marek nie mógł sam siebie zrozumieć, co zresztą zdarzało mu się nie po raz pierwszy i nie ostatni.) Co innego w liceum, zresztą kiedy to było, pół roku temu, prehistoria.

Człowiek chciał się wyszaleć, kiedyś trzeba, no i przede wszystkim poznać to, czego się tak naprawdę nie chce (Marek poczuł, że wie już z całą pewnością, czego tak naprawdę chce od życia). No przecież jak ją zobaczyłem wtedy w tym autobusie, chyba bym się spalił ze wstydu, gdyby do mnie podeszła. Jeszcze nie daj Boże z jakimiś pretensjami. Akurat wtedy, gdy mi się pierwszy raz udało trochę zaimponować Joannie! Na szczęście też wyglądała na nieźle przestraszoną. Szara, zmokła mysz, po prostu litość bierze. No właśnie, litość, trzeba to jakoś zwalczyć, dać sobie spokój z tymi sentymentami. I to miała być ta inteligentna, wyzwolona dziewczyna z Warszawy; jak się mieszka w Łodzi, to można się na coś takiego załapać, ale tutaj? Chociaż, z drugiej strony, przydałoby się mieć z kim od czasu do czasu iść do łóżka, siedzi człowiek w tym akademiku, zakuwa od rana do nocy, każdemu się przecież coś od życia należy, nie tylko tym zza ściany, że też mi musieli przydzielić jakichś zboczonych idiotów. Zawsze to młoda licealistka, a nie jakiś kaszalot, co do Piotra wydzwania, „przyjedź Piotruniu, twój Kwiatuszek czeka na ciebie”, ohyda. Piotrek nawet wspominał, że chciałaby mnie poznać, że niby moglibyśmy obaj tam do niej pojechać… To ja już wolę z Martą, naprawdę.

Zresztą ona rzeczywiście ma coś takiego w sobie, wystarczy, że sobie o niej pomyślę i zaraz, cholera wie, pewnie to ta jej udawana niewinność, niby taki aniołek nieskalany, a klei się do człowieka jak nie powiem co. A potem nagle na dystans, że to ja ją prowokuję, że niby czegoś tam chcę od niej, kiedy to właśnie ona ma wielką ochotę. Pewnie przez te pół roku miała już z pięciu facetów, sam bym się sporo mógł od niej nauczyć. Ale przecież nie można się z kimś takim wiązać na stałe!

Joanna to co innego, śliczna dziewczyna, z dobrego domu, latem jeździ na obozy z muminkami, ona by sobie na coś takiego po prostu nie mogła pozwolić, nie wyobrażam sobie Joanny, która idzie do łóżka z chłopakiem poznanym przez internet.

A poza tym jest mądra, wie, czego chce, żadnych tam dziecinnych podchodów. Takiej kobiecie można zaufać, mieć do niej szacunek, kiedyś przecież będę musiał się ożenić, założyć rodzinę, dorobić się czegoś, a ustabilizowane życie rodzinne to klucz do życiowego sukcesu, ojciec nie raz powtarzał i pewnie ma rację. W fizyce nie ma to tamto, albo jesteś najlepszy i robisz międzynarodową karierę, albo lądujesz w szkółce i żegnajcie, pieniążki. Na razie jestem najlepszy, ale to dopiero pierwszy rok, trzeba pracować, a nie zaprzątać sobie głowę głupstwami. Przy Joannie te wszystkie sprawy łóżkowe odchodzą jakoś na drugi plan, i to właśnie jest piękne, miłość, zaufanie, wspólna przyszłość. Swoją drogą, ciekawe, jak by to było z Joanną. Piotrek mówił, że takie chłodne z pozoru kobiety zmieniają się w łóżku w prawdziwe demony seksu, to byłby ideał. To JEST ideał. Tak, Martuniu, nie myśl sobie, że ci drugi raz ulegnę. Choćbyś nawet tu przyszła w czerwonej sukience z dekoltem do pasa. Postoisz sobie na tym przystanku jutro, odczekasz swoje, a ja w tym czasie dokończę pracę roczną. Coś trzeba w życiu poświęcić.

Szła odwilż, padał mokry śnieg, który natychmiast zmieniał się w szaroburą breję. Było ohydnie, smutno, beznadziejnie, depresyjnie, rozpaczliwie, dołująco, dennie, chujowo. Marcie kończyły się już przysłówki, kolejne autobusy podjeżdżały i odjeżdżały, a Marka wciąż nie było. Prawdę mówiąc to sama przekonywała się od rana, że lepiej będzie dać sobie spokój, zostać w domu, w gruncie rzeczy co ją ten Marek obchodzi, zresztą Marek jak Marek, ale ci wszyscy kolesie w garniturach, ciekawe, czy on też już jest takim bucem jak oni, czy tylko tak przed nimi udaje, może musiał się dostosować?, ona sama na tej imprezie feministycznej też czuła, że za chwilę zacznie tak gadać, jak one wszystkie. No ale to przynajmniej były dziewczyny na poziomie, z poczuciem humoru, można się było czegoś ciekawego od nich dowiedzieć, i nie zmuszały do żadnych głupich tańców. A Marek dał się przerobić na jakiegoś pretensjonalnego prawicowca, po co się przyjaźnić z kimś takim, z kim sobie nawet pogadać rozsądnie nie można? Wyrośnie z niego taki sam stary nudziarz jak jego ojciec. No i poza tym ta pogoda, pewnie będzie się wstydził iść ze mną do kawiarni i skończy się łażeniem po Polach Mokotowskich, w tym błocie – Marta poczuła, że już ją coś drapie w gardle i pewnie ma gorączkę, ale w końcu połknęła dwie aspiryny, wrzuciła na siebie najgrubszy sweter i kurtkę puchową, i poszła. A teraz czeka i marznie. Dwadzieścia po. Co za dupek. Gdyby jeszcze umówili się gdzieś na mieście. Wiadomo, korki, remonty nawierzchni, coś by go mogło usprawiedliwić.

Ale tu przecież stoję dwa kroki od jego akademika. Po prostu chce, żebym dla niego cierpiała, ma z tego swoją głupią, sadystyczną przyjemność. I jeszcze ci wszyscy ludzie, tak się na mnie patrzą, jakby wiedzieli, że czekam tu na faceta. Zdradzona i porzucona, nie, dosyć tego, zmywam się.

Marek dogonił ją kilkadziesiąt metrów od przystanku i chwyciwszy za ramię zdecydowanym gestem obrócił o sto osiemdziesiąt stopni.

- Wypatrzyłem cię! Wracamy.

- Tak? A dokąd to? – Marta sama nie wiedziała, czy jest bardziej zła, czy szczęśliwa.

- Do mnie, a co myślałaś? Zapraszam cię na kolację. – Był w świetnym humorze,

Marta poczuła od niego alkohol, on zauważył, że poczuła, coś sobie przypomniał.

- Przepraszam za spóźnienie, wpadli do mnie dwaj kumple z roku, właśnie zdali egzamin, wiesz, jak to jest, trzeba odreagować.

- A ty co, nie zdawałeś tego egzaminu? – Marta postanowiła trochę się jeszcze pozłościć.

- Ja zdałem w przedterminie – pochwalił się.

- To w takim razie co odreagowywałeś?

- Wczorajszą imprezę, prawdę mówiąc. Miałem lekkiego kaca.

(Kaca? – pomyślała Marta. – Po tym kieliszku wina, który tam wysączył? Chyba moralnego).

- Jeśli mam być szczera, to też się dzisiaj nie najlepiej czuję – powiedziała – i nie mam ochoty siedzieć z podchmielonym facetem, który coś odreagowuje. Poza tym chyba się przeziębiłam czekając tu na ciebie.

- To właśnie chodź, chłopaki zostawili pół butelki koniaku, rozgrzejesz się. A w lodówce mam różowe kalifornijskie wino, specjalnie dla ciebie.

Miał to wino już od miesiąca, zostało po jakiejś imprezie i nikt go już potem nie chciał pić, bo przecież wszyscy wiedzą, że róźowe to syf. Ale Marta dała się złapać.

- Różowe, mówisz. Nigdy nie piłam. A co masz na kolację?

- Camembert z kminkiem i salami z pieprzem – powiedział, obejmując ją wpół, już pewny swego. – Tylko że – dodał z udawanym zawstydzeniem – nie mam chleba, po prostu skończyła mi się kasa. To znaczy, mam akurat tyle, żeby kupić sobie jutro bilet do Łodzi.

- No dobra, kupię ci ten chleb, żebyś przypadkiem nie umarł z głodu – stwierdziła Marta, już odrobinę rozanielona. Po czym ruszyli w stronę sklepu spożywczego.

W pokoju Marka było przede wszystkim głośno. Zza ściany dochodziły jakieś pienia, przeraźliwe ryki, potem wszystko cichło, żeby za chwilę znów ich zaskoczyć grzmiącymi trąbami. (Słonie?)

- Kiedyś coś im zrobię! – Marek huknął pięścią w ścianę, po czym, jeszcze bardziej zły, zaczął rozcierać obolałą rękę.

- To nawet interesujące – Marcie, przynajmniej w tej chwili, wcale to nie przeszkadzało. Natarczywe dźwięki w jakiś sposób odgradzały ją od Marka.

- Może. Ale nie w środku nocy albo kiedy się uczę. Mówię ci, co za aparaty mieszkają tam za ścianą. Dwóch takich pryszczatych chłopczyków z prowincji. Kiedyś poszedłem do nich i proszę, żeby trochę ściszyli. Bajzel tam mają taki, że nawet nogi nie było gdzie postawić, jeden leży w samych gaciach na tapczanie, w takim barłogu bez pościeli, w jednej ręce papieros, a w drugiej litrowy słój pełen petów, wyobrażasz sobie, jak to musi śmierdzieć? – Marta nie mogła sobie wyobrazić, ale słuchała coraz bardziej zaciekawiona. – A ten drugi siedzi przy biurku, wyobraź sobie, w garniturze, sztywny jakby kij połknął, też oczywiście kopci papierocha, i wpatruje się w leżącą na stole pigwę.

- Pigwę? Jak to pigwę?

- No, taki owoc.

- Ale skąd wiesz, że to była pigwa?

- No czekaj, zaraz ci opowiem do końca. Leciało akurat jakieś walenie w tam-tamy i takie cienkie piski, chyba po japońsku, więc mówię do nich, koledzy, ściszcie trochę to radio. Na co ten zrywa się od stołu z tym owocem i mówi do mnie: „Masz, to jest pigwa, możesz sobie usmażyć pyszny dżemik”. I co, nie zabiłabyś takiego?

- A wziąłeś sobie tę pigwę?

- Chyba zwariowałaś. Skląłem ich i wyszedłem. Nie ma na nich rady, już nawet petycję pisaliśmy do administracji, żeby ich wyrzucili z akademika, ale sąsiadki z przeciwka nie chciały podpisać, że to niby tacy mili chłopcy, mówią, też chyba jakieś nienormalne.

Marta wybuchnęła śmiechem.

- Wiesz, nalej mi tego koniaku – powiedziała. – Jak sobie trochę wypiję, to pójdę tam do nich i spróbuję pogadać. Może rzeczywiście są mili.

- Chcesz, to ryzykuj – stwierdził Marek, odkręcając koniak.

Marta zastukała. Najpierw delikatnie, potem mocniej. I jeszcze mocniej. Za drzwiami, noszącymi jakby ślady niedawnego włamania, usłyszała jakieś szmery, ale muzyka była głośniejsza. Wreszcie zazgrzytał klucz w zamku, drzwi uchyliły się i w szparze pokazała się usiana krostami twarz z włosem zmierzwionym, wzrokiem błędnym i nie golonym od miesiąca rzadkim zarostem.

- Jak szukasz Agaty, to piętro niżej – powiedział ten ktoś groźnie.

Z pokoju buchnęła dziwna woń, która z czymś się Marcie skojarzyła, z czymś jakby przyjemnym. Łódź? Mieszkanie na poddaszu?

- Nie, ja tylko tu, z pokoju obok – szepnęła wystraszona Marta. Cała przygotowana przemowa pomieszała jej się w głowie.

- Aaa, sąsiadka. To wejdź, proszę – drzwi otwarły się na całą szerokość i Marta weszła. Przez gęstą zasłonę dymną dostrzegła około dziesięciu osób siedzących na tapczanach i na podłodze, palących papierosy i podających sobie smolistoczarną lufkę. Wszędzie walały się puste butelki, słoiki z zaschniętym dżemem, pudełka po papierosach i stare skarpety, a od okna do drzwi przeciągnięty był sznur, na którym wisiały smętnie dwie pary majtek, najwyraźniej świeżo wyprane.

- Siadaj, może chcesz zapalić?

- Ja tylko, przepraszam, przyszłam tu do waszego sąsiada i chcieliśmy porozmawiać, ale w ogóle się nie słyszymy przez tę waszą muzykę. Wiesz, to nawet całkiem interesujące, tylko gdybyście mogli trochę ciszej słuchać…

- To Michiko Hirayama – stwierdził długowłosy – ale rozumiem, muzyka włoska nie wszystkim odpowiada – zaśmiał się sam do siebie.

- Może sama sobie coś wybierzesz. Lubisz Primusa?

Marta dopiero teraz dostrzegła górującą nad całym pokojem czarną wieżę stereo, dołączone do niej dwa ogromne głośniki oraz piętrzące się na półce stosy kaset i kompaktów.

- Wiesz, nie bardzo się znam na muzyce, może macie Waitsa?

- Waits? Może być Waits.

- Tylko nie Waits!!! – podniosły się z podłogi głosy protestu.

- Spokój – gospodarz przywołał towarzystwo do porządku.

- Puszczę wam „Bone Machine”, to jego ostatnia płyta, nawet nie najgorsza.

- Mówiłem ci, że są nieźle odleciani – Marek mówił to już z rozbawieniem, napełniając kieliszki. – No to za sąsiadów!

- Ale odniosłam sukces – stwierdziła Marta, nieco mimo wszystko roztrzęsiona. Po powrocie od sąsiadów pokój Marka wydał się jej oazą spokoju i porządku.

- Puścili dla mnie Waitsa.

- To ma by Waits? – Marek był nieco zdziwiony, nie słyszał bowiem nigdy „Bone Machine”.

- Najnowsza płyta, przełomowa w jego karierze – Marta pochwaliła się nabytymi przed momentem wiadomościami.

- Ty nie bądź taka mądra, bo cię tam do nich wyślę po korkociąg.

- A żebyś wiedział, wolę ich od tego twojego towarzystwa z imienin. Przynajmniej nie zgrywają się na kogoś, kim nie są.

- No widzisz, i tu się różnimy. Ja lubię ludzi dobrze wychowanych, którzy respektują ogólnie przyjęte zasady, potrafią się ubrać stosownie do okoliczności i w ogóle. Jestem tradycjonalistą. Na imieninach ma być miło i kulturalnie, a kiedy piję koniak z kolegami, mogę sobie pozwolić na żart, którego nie opowiedziałbym przy damach, a z tobą…

- No dobra, już tak się nie zaperzaj. Ze mną możesz się nawet wybrać do znajomych, którzy palą trawę, bo jestem równa dziewczyna i wiesz, że nie nakabluję rodzicom. I tak dalej, wszystko w swoim czasie i miejscu. Myślę, że właśnie nadszedł czas, aby to wino z lodówki znalazło się na stole.

Korkociąg rzeczywiście gdzieś Markowi zginął, więc wcisnęli korek do środka trzonkiem noża, wino było ohydne, więc zagryzali je zgniłym serkiem i plasterkami kiełbasy, zrobiło się naprawdę miło, tak pomyślała Marta, a i Marek pomyślał, mogąc wreszcie pochwalić się swoimi sukcesami na studiach („jak tak dalej pójdzie, to za dwa lata będę już magistrem”), swoją wspaniałą siostrą, która opiekuje się niepełnosprawnym przyjacielem, dzięki któremu mógł trochę podszlifować swój angielski, i nawet wspaniałą Joanną, która się latem opiekuje opóźnionymi w rozwoju dziećmi.

- Daj spokój – przerwała mu Marta. – Wiesz przecież, że nienawidzę tej twojej Joanny. – Twarz Marka zastygła gdzieś pomiędzy gniewem i niedowierzaniem.

- Jak to nienawidzisz – wysyczał – nic mi o tym nie wiadomo. Wczoraj, o ile pamiętam, było wszystko w porządku.

- Bo wczoraj byłam zbyt dobrze wychowana, żeby ci o tym powiedzieć. A dzisiaj jestem pijana, więc ci powiem. Ta twoja Joanna to taka typowa – Marcie przypomniało się wreszcie odpowiednie słowo – taka typowa cipencja.

Nie zdążyła nawet zauważyć, co tym razem wyrażała twarz Marka, bo w ułamku sekundy dostała po twarzy tak, że głową rąbnęła o ścianę. Poczuła, jak oddziela się od swojego ciała. Marek dopiero po chwili zrozumiał, co się stało.

- Przepraszam, Kwiatuszku – wyszeptał, tuląc ją do siebie, bezwolną jak manekin. – Też się trochę upiłem, przepraszam, ale nie mów przy mnie więcej takich rzeczy.

- To ja przepraszam. Powinnam już pójść do domu, ale muszę się chyba trochę zdrzemnąć, w tym stanie sama bym nie doszła.

- Mogę cię odprowadzić.

- Nie chcę. Mogę się tu położyć?

Obudził ją potworny ból głowy, połączony z czymś dziwnie przyjemnym. Coś mi się śniło? – pomyślała. Gdzie ja jestem? Na wpół obudzona zauważyła, że spodnie i majtki ma opuszczone do kolan, a ktoś (aha, Marek) usiłuje rozsznurować jej glany.

- Marek, zwariowałeś?, zostaw.

- Nie zwariowałem. Kocham cię, okropnie cię kocham – i wpełza na nią, przyciska całym ciałem do tapczana. On też nie ma na sobie spodni ani majtek, flakowate narządy ślizgają się po jej udzie.

- Daj spokój, też cię kocham, ale teraz okropnie chce mi się rzygać, wybrałeś zły moment.

- Możesz zwymiotować do umywalki.

- Nie chcę. Muszę do toalety. Puszczaj. – Wyrwała mu się jakoś, zapięła spodnie, wybiegła na korytarz, gdzie dopadł ją spazmatyczny płacz, a jednocześnie cała treść żołądka podeszła do gardła. Na szczęście nieopodal stał kubeł na śmieci, więc Marta pośpiesznie z niego skorzystała. Potem poszła do toalety, umyła się, wypłukała w ustach. Co teraz? U Marka został jej plecak, trzeba będzie po niego wrócić. Poczekam chwilę – pomyślała – może zaśnie. Gorzej z powrotem do domu, o tej porze gotowi rozpętać piekło, już lepiej wrócić rano, jak mama wyjdzie do pracy. Z ojcem jakoś sobie poradzę. Wracając korytarzem usłyszała dobiegający z pokoju sąsiadów cichutki jazzik. Nie śpią jeszcze… No więc…

Zaświtała jej w głowie możliwość ratunku. Podeszła do drzwi i cichutko zapukała. – Wejść – dobiegło ją od wewnątrz. Weszła. Długowłosy siedział bez ruchu na tapczanie, wpatrzony w stojącą przed nim na jakimś stołku maszynę do pisania.

- Na trawie nie mogę pisać, a na trzeźwo mi się nie chce – powiedział jakby do siebie, po czym spojrzał na Martę i wybuchnął radosnym rżeniem:

- Coś ci się stało w oko, jaki oryginalny makijaż! – Marta coś sobie jakby przypomniała, dotknęła policzka pod okiem, zabolało.

- Przepraszam, usłyszałam, że nie śpicie – rozejrzała się po pokoju, całe towarzystwo gdzieś znikło – że nie śpisz, więc pomyślałam… Mogę tu trochę posiedzieć?

- Pewnie przyszłaś posłuchać Waitsa? Puść sobie, jak chcesz.

- Nie, to nawet całkiem fajne.

- Ibrahim Abdullah – powiedział długowłosy z dumą, wystukał parę liter na maszynie, po czym znów skierował wzrok na Martę.

- Co, sąsiad cię zgwałcił? – i znowu prychnął śmiechem.

- Nie zdążył – odparła Marta, już trochę pewniejsza siebie.

- Tym gorzej dla niego – podsumował rzecz jej rozmówca. – Może chcesz się przespać? Adam od jakiegoś czasu nie wraca na noc, gdzieś się włóczy, ale ostatnio – dodał z diabolicznym uśmieszkiem – założył sobie świeżą pościel.

- Dzięki, mogę się przespać tak, na tapczanie. Ale nie wiem, czy jestem śpiąca.

- Chcesz porozmawiać – stwierdził. – No dobra, zostało jeszcze trochę trawy, możemy porozmawiać. Zaczął grzebać w leżących dookoła niego papierach, znalazł wreszcie lufkę i pudełko po filmie małoobrazkowym, przesiadł się koło Marty. Poczuła zapach przepoconego swetra pomieszany z jakąś wyjątkowo egzotyczną wodą kolońską. Było jej wszystko jedno.

- Zapalisz? – spytał i, gdy się już zaciągała (było jej wszystko jedno): – To twój chłopak? Pierwszy raz cię tu widzę.

- Nie chłopak, tylko kuzyn. Ale miałam z nim romans – powiedziała na jednym oddechu, wydmuchując dym.

Długowłosego aż skręciło ze śmiechu.

- Kazirodztwo za ścianą!, to ci dopiero historia. Od samego początku myślałem, że oni tam coś knują, tak tam zawsze cicho u nich – spojrzał na Martę tajemniczo. – Może to jacyś sekciarze? – Marta dosyć już miała tych żarcików, ale też dzięki nim jakoś tak z zewnątrz spojrzała na Marka. Wydał jej się postacią nieomal burleskową, jak z wenezuelskiego serialu o kochającym się rodzeństwie. Albo z powieści Kingi Dunin. Jak mogła traktować go poważnie? Niestety, ona sama występowała razem z nim w tym samym wodewilu.

- Słuchaj, mam do ciebie taką prośbę. Nie poszedłbyś do niego po mój plecak? On tobie nic nie zrobi, a ja się boję.

- Boisz się. Zostawiłaś u niego plecak. No dobra, pójdę, tylko zapalę papierosa. A nie zgwałci mnie? – i znów wybuchnął tym swoim nudnym śmiechem.

- Tam zamknięte. Albo śpi, albo poszedł cię szukać. Odbierzesz sobie rano. A teraz, jak nie jesteś śpiąca, to możemy się wybrać do jednych moich znajomych. Chyba nie śpią jeszcze o tej porze – długowłosy zaczął się zbierać do wyjścia. Marta spojrzała na zegarek. Wpół do piątej. To chyba jakiś zły sen – pomyślała, po czym przypomniała sobie, że jest koniec stycznia.

- Musisz pożyczyć mi jakąś kurtkę – powiedziała – bo moja została razem z plecakiem.

Marta obudziła się w domu, we własnym łóżku. Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, jak tu trafiła. Pamiętała tylko długotrwałe dobijanie się do jakiejś bramy, włóczenie się po jakichś zakazanych knajpach i trawę, kilogramy trawy. Porozdzierany gdzie się tylko da płaszcz długowłosego leżał na krześle, cuchnąc i dyndając smętnie jedynym ocalałym guzikiem. To jakiś cud, że jeszcze żyję – pomyślała wzruszona tym widokiem Marta i poszła do łazienki. Siniak pod okiem zrobił się fioletowy, ale jakoś nie potrafiła się tym przejąć. Wzięła prysznic, nucąc pod nosem „I Don`t Wanna Grow Up” (piosenka o wannie, pomyślała sobie, w sam raz – i roześmiała się sama do siebie, co też ją rozśmieszyło, i tak bez końca). Świeżutka jak skowroneczek przeszła do kuchni, gdzie już czekał Jacek z przygotowaną przemową.

- Co robiłaś przez całą noc? Co ci się stało w oko?

To taki oryginalny makijaż, chciała odpowiedzieć, ale się w porę powstrzymała i tylko po raz kolejny buchnęła perlistym śmiechem.

– Przepraszam, tato, głupia sprawa, napadli na mnie w autobusie. Ukradli mi kurtkę i plecak.

– I tak cię to śmieszy? Ty chyba jesteś nienormalna. Dlaczego nie zadzwoniłaś? Wiesz, co myśmy tu przeżyli?

– Pół nocy przesiedziałam na posterunku, nie miałam głowy. Zresztą chyba ciągle jestem w szoku, wszystko mnie śmieszy.

– A jakiś lekarz cię widział? Przecież z tym okiem musisz chyba iść do lekarza?

– Przesadzasz, jak zwykle. To tylko mały miejscowy krwotok. Zresztą nie dałam się zbić. Jeden chłopak mnie obronił – powiedziała z dumą, śmiejąc się tym razem sama do siebie, w duchu. A może tylko uśmiechając?

Cholera – pomyślała – znów nie wiem, jak on ma na imię. – No i co z tego, co to ma do rzeczy? – To, że będę musiała teraz jechać do akademika oddać mu płaszcz, bo mi pożyczył swój, żebym nie zmarzła.

– No proszę proszę, jakiś wyjątkowo szlachetny młodzieniec, z takimi pozwalam ci się kolegować. Tylko zjedz najpierw śniadanie.

Nie pojechała, rzecz jasna, do akademika (długowłosy nałożył na nią zakaz odwiedzin przed piętnastą), tylko prosto do Est.

- O rety! – wykrzyknęła Stasia, ledwo tylko Marta zdjęła swe ciemne okulary. – Skąd masz taką śliwę? Ktoś cię zgwałcił?

– Gorzej – odparła rozchichotana Marta. – Zakochałam się. – Nigdy bym nie pomyślała, że to się w ten sposób objawia.

– A łzy tęsknoty? Nie widziałam go już od jakichś pięciu godzin. – Est sprawdziła coś na zegarku, po czym zrobiła wielkie oczy.

– A więc spędziliście ze sobą noc? Naprawdę? Opowiadaj!

– Spędziliśmy, ale nie tak, jak sobie wyobrażasz. On mnie na razie wypróbowuje życiowo. Wczoraj robiłam testy na wytrzymałość, a dziś po południu będę musiała zrobić im sałatkę.

– Jak to im? Poderwałaś jednostkę wojskową? A może klasztor męski?

– Odwal się, oni są pisarzami, mieszkają razem w akademiku.

– I nie chce się im gotować. Jacyś cholerni mizogini z odchyleniem w stronę patriarchatu.

– A ty jesteś lesbijka z kompleksem małej łechtaczki. Ale mogę cię pocieszyć, jeden z nich to homoseksualista.

– Ten twój?

– No, chyba nie… choć prawdę mówiąc jest jakiś dziwny, przez całą noc nawet mnie nie dotknął.

– To kto cię w takim razie dotknął w to oko?

– Nieważne. Było, minęło. – No, a już myślałam, jak tu wydobyć dla ciebie przepis na najsmakowitszą sałatkę sycylijsko-wietnamsko-chilijską autorstwa mojej mamy. Albo mi tu zaraz wszystko wyśpiewasz, albo nici z sałatki.

– Już dobrze, tylko się nie śmiej. Marek chciał mnie zgwałcić.

– No przepraszam, chyba będę musiała wyjść do toalety. Zatkało mnie. Jestem pod wrażeniem.

– Żarciki żarcikami, ale nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to przykre przeżycie. Można się nabawić trwałego wstrętu do facetów.

– Mów, mów mi tak dalej, droga przyjaciółko, to miód na moje zbolałe serce. Przyznasz, że najpiękniejsze, najbardziej podniecające na świecie jest ciało młodej niewiasty?

– Ale z ciebie szuja, Est, nie myślałam. Za chwilę naprawdę się rozzłoszczę. Czy ty w ogóle wiesz, co to jest facet?

– Wiem: mój ojciec, mój brat, mój drugi brat, dziecko brata. Wszyscy do luftu. – Nawet Artur? – Na stronie 11 rozdziału czwartego zapomniałam zauważyć, że to patriarchalny mizogin w stanie czystym.

– Wiesz, mam wrażenie, że jesteśmy już w rozdziale ósmym.

– Naprawdę? A ja myślałam, że to końcówka siódmego.

– Chyba coś nam się popieprzyło, wyciągaj te świeczki, bo możemy nie zdążyć.
Ostatnio zmieniony wt 04 gru 2012, 20:03 przez polish, łącznie zmieniany 1 raz.




Wróć do „Rozmowy o tekstach z 'Tuwrzucia'”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości