Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

Pokos

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Pokos

Postautor: Martinius » wt 01 cze 2010, 21:00

Bez sił opadłem na fotel i z jękiem podciągnąłem nogi na podnóżek. Westchnąłem z ulgą, kiedy dotarło do mnie ciepło ognia trzaskającego w kominku. To był ciężki rok, a dzisiejszy dzień stanowił ukoronowanie dwunastomiesięcznej harówki. Wtuliłem ciało w miękkie siedzisko i zamknąłem oczy, czując mrowienie w zziębniętych palcach stóp.
Od zarania dziejów jest tak samo. Ludzie uwielbiają proroków i przepowiednie oparte na liczbach, a każdy koniec dekady jest dla nich zwrotem, który trzeba okupić ofiarą. Dla urojonego, wyższego dobra na siłę wpychają się w szeregi niebytu, gasząc swoje świece jedną fiolką trucizny lub pociągnięciem za spust. Takie zbiorowe ścinanie życia to marnotrawstwo, do którego jest zdolny tylko jeden gatunek.
Pod wystającą poza fotel dłonią przemknęło coś miękkiego. Nie otwierając oczu, poklepałem się po udzie. Czarny kocur bezszelestnie wskoczył na kolana i zaczął mruczeć, jak dobrze wyregulowany diesel. Uśmiechnąłem się, głaszcząc rozedrgane futro. Mefisto towarzyszył mi od początku wędrówki, był świetnym kompanem na bezsenne noce i tylko czasem – w dni takie jak ten – ustępował miejsca alkoholowi. Sięgnąłem po stojący na etażerce kieliszek i otwartą butelkę wina, po czym z westchnieniem odstawiłem je z powrotem. Jeszcze nie czas na odpoczynek.
Wstając, zrzuciłem kota, który tylko przeciągnął się i zwinął w kłębek przed paleniskiem. Włączyłem radio, chcąc choć na chwilę zająć myśli czymś innym, niż ludzkość z jej słabościami i ruszyłem w stronę komody. Z górnej szuflady wyjąłem kufer, a z niego miękką ścierkę i diamentowaną osełkę. Wróciłem do drzwi, gdzie zostawiłem kosę i przyjrzałem się jej z niesmakiem, była lepka od posoki. Dokładnie starłem pozostałości po przedwcześnie rozlanej esencji życia i zabrałem się do szlifowania.
Jednostajny pomruk kamienia pocieranego o metal zawsze działał uśmierzająco na zszargane nerwy i koił zmysły. Pomiędzy jednym a drugim pociągnięciem osełki dosłyszałem w radiu głos spikera zapowiadający wiadomości i mimowolnie nadstawiłem ucho. Stojący na komodzie zegar wskazywał, że do jedenastej brakowało dwóch minut. Jeszcze tylko godzina starego roku i licznik śmierci i narodzin zostanie wyzerowany...
Wypolerowane ostrze błysnęło odbitym światłem kominka, przywracając mnie do życia. W radiu korespondent relacjonował najważniejsze wydarzenia. Przejechałem palcem po krawędzi kosy i wróciłem do ostrzenia. Gdyby nie ta krótka przerwa, pewnie nie usłyszałbym tych dwóch słów rzuconych w eter, jak gdyby od niechcenia.
- Ciemna łuna...
Ręka ześlizgnęła mi się z wytyczonego toru i zatopiła w ciepłej od pocierania stali. Natychmiast wypuściłem osełkę, z niedowierzaniem wpatrując się w czerwoną linię przecinającą dłoń i spływającą po nadgarstku krew. Nie czułem bólu, jedynie niepokojąco znajome wibrowanie głęboko w podświadomości, kiedy spiker kontynuował beznamiętnie:
- Zarówno dziwna poświata, jak i zjawisko pochłaniania światła zaobserwowane w różnych częściach globu, zawsze pojawia się na północy. Naukowcy nie są zgodni, co do źródła...

Na północy ciemna łuna, ziemia spłynie szkarłatem;
nim wybije pełna roku godzina, spotkasz się ze swym bratem.

Słowa dawno zapomnianych mędrców wypłynęły z odmętów pamięci. Zwinąłem rękę w pięść. Stało się. Powrócił Drugi.
Mefisto prychnął, nastroszył futro i położył uszy po sobie. Na rozżarzonym polanie zaskwierczała żywica, a wibrowanie w mojej głowie przeobraziło się w bzyczenie. Zesztywniałem, kiedy połyskująca mrocznym blaskiem mucha usiadła na czubku kosy. W segmentowych oczach słabo tliło się to, co ludzie zwykli nazywać iskrą bożą. Była to jedna z dusz, które dzisiaj poświęciły życie dla mglistej przepowiedni. Tym razem jednak ofiara została przyjęta.
Drgnąłem, gdy bzyczenie zaczęło narastać, wypierając powietrze z płuc. Ledwo mogłem oddychać. Ciche stukanie do drzwi sprawiło, że odwróciłem się gwałtownie i napięcie zniknęło. Ścisnąłem drzewce kosy i ruszyłem do wejścia. Kiedy uchylałem drzwi, serce tłukło o żebra z prędkością galopującego konia.
Na progu stał mężczyzna z krótko przystrzyżoną brodą i prostymi włosami do ramion, ubrany w tunikę przewiązaną sznurem. Na stopach miał sandały. Spojrzał na mnie figlarnie, a w czarnych oczach zalśnił Płomień Boga. Kiedy przemówił, sopel lodu ześlizgnął się po moich plecach. Przełknąłem rosnącą w gardle gulę.
- Cieszę się, że jesteś gotów, bracie – powiedział, spoglądając na kosę. Wyciągnął rękę i dotknął mojego ramienia. - Chodź, krwawe żniwa czas zacząć.
Rozprysnął się w niezliczone roje much, które przeniknęły mnie niczym rozżarzone szpilki i świat wokół przestał istnieć. Stałem się częścią ciemnej łuny, która pulsowała w jednym rytmie...
Krew. Krew. Krew.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Wróć do „Prace konkursowe - Miniatoricum 2010/I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość