Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

Potęga wiary

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Potęga wiary

Postautor: Martinius » wt 01 cze 2010, 21:01

Z trudem otworzył oczy. Głowa bolała straszliwie, z zadrapanej ręki ściekała krew. Drżał z zimna, całe ubranie było przemoczone. Powoli usiadł.
Księżyc oświetlał pomarszczoną powierzchnię oceanu. Osłupiały rozbitek rozglądał się, szukając znajomej sylwetki, jednak statku nie było nigdzie widać. Na wodzie unosiły się jedynie mniejsze bądź większe szczątki, gdzieniegdzie można było zauważyć szalupy ratunkowe, jednak nawet stąd widział, że były puste. Czyżby nikt się nie uratował?
Jak przez mgłę pamiętał olbrzymi huk, bieg przez pokład i desperacki skok do szalupy. Mrożące krew w żyłach ostatnie odgłosy śmiertelnie zranionego statku i niemal niesłyszalny, zbiorowy krzyk rozpaczy pasażerów. Kiedy chwilę wcześniej spacerował po pokładzie nikogo nie zauważył. Jasne, był środek nocy, większość zapewne spała. Wydawało się jednak niemożliwe, żeby nikt więcej nie zdołał się uratować. Statki chyba nie toną tak szybko?
Przez długi czas krążył dookoła miejsca katastrofy, daremnie wypatrując oznak życia. Ręce omdlewały od wioseł, głos zachrypł od krzyku. Czasami wydawało się, że widzi jakiś ruch, jednak to tylko pływające szczątki, migoczące w świetle księżyca, wprowadzały go w błąd. Jedyną korzyścią było znalezienie kilku pakunków z nieprzemoczoną odzieżą, suchymi kocami, a także żywnością. Przebrał się pospiesznie, ciało zaczynało już drętwieć z zimna. Posilił się.
Powierzchnia oceanu falowała rytmicznie. Na niebie płonął Krzyż Południa. Wiatr nieco osłabł, na lądzie byłby zapewne ciepłym, wiosennym zefirkiem. Światło księżyca nie pozostawiało mu złudzeń.
Woda, wszędzie woda…
„A jednak żyję” – pomyślał. Tylko w którym kierunku płynąć?
„Nieodgadnione są boskie wyroki. Czy fakt, że jestem na środku oceanu w szalupie, jest karą czy nagrodą? Czy zlitowałeś się nad tamtymi, zsyłając im szybką śmierć, a mnie pozostawiłeś w otchłani niepewności? A może to mnie w swym nieskończonym miłosierdziu postanowiłeś uratować? Dlaczego tamci zasłużyli na śmierć, a mi pozwoliłeś żyć? Nie jestem bez grzechu, o Panie, ale też zawsze starałem się żyć w zgodzie z twoimi naukami. Przyznaję uczciwie, wątpiłem w to, że istniejesz… Ale jeśli postanowiłeś ocalić tak nędzną kreaturę, uwierzę w ciebie, w twoją potęgę i nieskończone miłosierdzie. A skoro znalazłem łaskę w twoich oczach, wskaż mi drogę, o Panie.”
Złudzenie? Nie… Może to Wenus… Ale tak nisko nad horyzontem? Poza tym za jasna… Może to…
Ocalenie! Ognisko!
Jak oszalały chwycił wiosła. Mięśnie, jeszcze przed chwilą zdrętwiałe, pracowały coraz rytmiczniej. Nadzieja zastąpiła zwątpienie. Ratunek był tak blisko. Dzięki ci, Panie!
Usłyszał chlupot wioseł. Kiedy się rozejrzał zauważył, że otaczają go przynajmniej trzy łodzie. Był najwyżej kilkaset metrów od brzegu. Jeszcze kilka ruchów, mocniej, mocniej…
Wyczołgał się z szalupy na plażę. Był prawie nieprzytomny ze zmęczenia, słaniał się na nogach, ale silne ręce pochwyciły go z obu stron i podniosły. „Wierzę w twoją siłę, Panie, w twoje nieskończone miłosierdzie” – spierzchnięte usta powoli wypowiadały słowa modlitwy. Poczuł, że ktoś pospiesznie ściąga z niego ubranie. Podniósł głowę…
Ubrany jedynie w przepaskę biodrową kapłan monotonnie stukał grzechotkami. Grupa półnagich sylwetek, nucąc niezrozumiałą pieśń, tańczyła wokół olbrzymiego sagana, postawionego na płonącym ognisku. Trzy kobiety, kołysząc piersiami, wrzucały do gara obrane warzywa.
Woda w kotle zaczynała już wrzeć.
Ostatnio zmieniony wt 01 cze 2010, 21:05 przez Martinius, łącznie zmieniany 1 raz.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Wróć do „Prace konkursowe - Miniatoricum 2010/I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość