Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

Zachody

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Zachody

Postautor: Martinius » wt 01 cze 2010, 21:02

— Czy widzisz moje światło?
Zadrżałem. Poły fraka zawirowały mi przed oczami, gdy Kania odwrócił się w stronę zachodzącego słońca.
— Czy widzisz jego czerwień? Z chwilą, gdy stracisz ten szkarłat z oczu, odejdę.
Dłonią w eleganckiej rękawiczce zatoczył łuk od portowego żurawia na południu do północnych magazynów, jakby chciał ogarnąć rozlewający się po niebie czerwony blask. Był zdenerwowany. Nie powiedział tego głośno – prawie nigdy nie mówił mi o niczym, co go dotyczyło – ale napięcie wartko płynęło w powietrzu jak woda w rzece pod nami. Mistrz nie miał w zwyczaju prowadzenia niepotrzebnych rozmów, więc zwykle się nie odzywał. Teraz jednak, kiedy usiadł obok mnie, bez strachu patrząc w dół na pędzące mostem samochody, spytał:
— Boisz się?
Oczywiście, że się nie bałem. A przynajmniej taka była moja odpowiedź.
Znów zapadła cisza. Kania bezwiednie machał nogami. Robił tak, gdy naprawdę się denerwował. Co chwilę spoglądał na zegarek.
Dla przypadkowego przechodnia to musiał być interesujący widok: młokos w dżinsach obok czarującego mężczyzny we fraku, obaj siedzący na kładce dla pieszych i wpatrujący się w zachód słońca. Jak scena z jednego z tych ckliwych filmów, które zgarniają połowę dostępnych nagród. Brakowało tylko nudnej, egzystencjalnej dysputy; w takich chwilach naprawdę cieszyłem się z milczkowatości mistrza.
— Nie musiałeś tu przychodzić — odezwał się nagle. — Opuściłeś spotkanie z Anną.
Nie spytałem, skąd zna imię mojej dziewczyny. Odparłem, że chciałem być przy jego ostatnim zachodzie. Kania nic nie powiedział.
W końcu nadeszła wyczekiwana godzina. Pobladły mistrz wstał. Gestem nakazał mi, bym się odsunął, sam zaś zwrócił się w stronę prawie stykającego się z horyzontem słońca. Zdjął rękawiczki i uniósł ramiona jak kapłan w czasie nabożeństwa. Na palcu prawej dłoni błysnął ogromny, czarny sygnet. Gdy słońce zaczęło tonąć w głębinach rzeki, tuż przede mną rozjarzył się blask. Kania płonął nieniszczącym, łagodnym ogniem, światło narastało i zaczynało oślepiać. Po kilkunastu sekundach byłem zmuszony zamknąć oczy. Gdy czerwień pod powiekami straciła na jaskrawości, odważyłem się spojrzeć. Mojego przyjaciela już nie było. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w miejscu zniknięcia słońca leci ptak – ogromne, ogniste stworzenie z ogonem przypominającym dziwnie poły fraka – ale to musiało być tylko złudzenie. Ogniście czerwony sygnet leżał samotnie na ziemi. Parzył, mimo to włożyłem go. Pasował idealnie.
Nad ranem wypuściłem słońce, tak jak on zawsze to robił. To był ostatni raz, kiedy miałem wątpliwości co do obranej drogi i pierwszy, gdy zasmakowałem euforii.
Proszę, wybacz mi te wspominki. Nie jestem tak cichy jak Kania, a z pewnością mniej cierpliwy. Przy okazji cholernie się boję. Nie mam pojęcia, co się teraz ze mną stanie. Odziedziczyłem sygnet, przywdziałem frak, dzień po dniu więziłem i uwalniałem słońce, a mimo to nie zyskałem ani krztyny opanowania, którego wzorem był mój mistrz.
Jestem pewien, że także się boisz. Przyszedłeś tu i bardzo to cenię, ale nie musiałeś opuszczać spotkania z Żanetą. Mam nadzieję, że zostaniecie przyjaciółmi nawet w miłości. Mnie i Annie nie wyszło, ale tak widocznie miało być. Zbliża się zachód. Czas więc, bym wstał, spojrzał w stronę czerwonego słońca, płonącego blaskiem duszy, jaką z nim dzielę i zadał ci ostatnie pytanie.
Czy widzisz moje światło?


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Wróć do „Prace konkursowe - Miniatoricum 2010/I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość