Majówka

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Weryfikator, Moderator

sabukan
Płeć: Nie podano

Majówka

Postautor: sabukan » pt 06 mar 2009, 18:52

Majówka

Każda niedziela w Ełku była dla mnie, małego brzdąca, prawdziwym świętem. Przygotowania do niej zaczynały się już w sobotę, kiedy to matka kąpała mnie w wannie, a potem przygotowywała odpowiednie na ten dzień ubranie. Kąpiel nie należała do moich ulubionych zajęć. Woda była albo za zimna, albo za gorąca, mycie głowy to już prawdziwa udręka. Mydlana piana (kto wtedy słyszał o szamponach, a tym bardziej o tych dla dzieci) wypalała mi oczy, woda zalewała nos i usta, broniąc się przed utonięciem przewracałem się w wannie tłukąc rozpaczliwie rękoma wodę tak mocno, że spora jej ilość zalewała świeżo wymytą podłogę. I kiedy myślałem, że już na śmierć zadławię się tymi mydlinami, matka ze śmiech wyciągała mnie wierzgającego, prychającego, kaszlącego i stawiała na stół i szorstkim ręcznikiem wycierała moje ciało, potem ubranego w czystą piżamę kładła do łóżka. Zmęczony walką z takimi żywiołami jak woda i ogień, gdzie woda to woda a ogień to mama, szybko zasypiałem. Tak naprawdę to jeszcze nie zdążyłem zasnąć a już mnie budzono. Moi rodzice uparli się by całą rodziną chodzić na poranną mszę. Było mnóstwo innych w bardziej przyzwoitych godzinach, nawet wieczornych, ale oni nie, tylko na tę poranną. Czy cierpieli na bezsenność czy sen ich nie cierpiał, tego do dziś nie wiem. I jeszcze to poranne ubieranie. Wszystko, od majtek przez podkoszulkę, spodnie do koszuli wykrochmalone, szorstkie, drapiące i nieprzyjemne. Jeszcze tylko śniadanie i trzymając ze rękę z jednej strony mamę a z drugiej tatę spacerkiem szliśmy w stronę kościoła, pod którym spotykaliśmy mnóstwo znajomych, których trzeba było przywitać, pozdrowić a potem równo z uderzeniem dzwonu wchodziliśmy do świątyni. Zajmowaliśmy swoje miejsca w ławkach i ja żarliwie przygotowywałem się do kontynuacji, tak brutalnie przerwanego snu. Tato delikatnie szturchał łokciem w mój bok kiedy nadchodził czas klękania, wstawania bądź też chóralnych modlitw lub śpiewów. Już będąc dzieckiem zdawałem sobie sprawę, że mój słuch i głos nie idą w jednej parze. Toteż w takich chwilach otwierałem szeroko usta a głos pozostawał w moich trzewiach. Mimo, iż ze wszystkich stron, każdy wydzierał się jak mógł najgłośniej, ojciec przejrzał moją grę pozorów, nie potrafił jednak zmusić do wydobycia słów na kształt melodii.

Modlitwa to całkiem inna sprawa. Tekst ich znałem na pamięć i tak gorliwie je recytowałem, że gdy inni byli zaledwie w ich połowie ja mówiłem amen.

Po zakończonej ceremonii, mama wracała do domu przygotować obiad, a tato i ja maszerowaliśmy do kina na niedzielny poranek z jednym przystankiem przy kiosku, na jeden kufelek piwa wypijanego duszkiem przez mojego rodzica.

Film i sport to było to co nadawało niedzieli jej prawdziwy świąteczny nastrój. Czasami ojciec, chcąc podroczyć się ze mną mówił: dzisiaj wybieraj, film czy mecz? Kiedy po długich i bolesnych rozterkach wybierałem jednak zawody sportowe, on ze śmiechem prowadził do kina a po południu na boisko piłkarskie. Sport w Ełku to nie tylko piłka nożna. Co prawda był tylko jeden klub o nazwie Mazur ale miał liczne i dobre sekcje. Byli bardzo dobrzy bokserzy, nieźli kolarze i tacy sobie piłkarze ręczni. Mój rodzic nie był fanem tych dyscyplin i pozwalał bym sam obserwował te zawody z wyjątkiem boksu, który był dla mnie kategorycznie zabroniony i to w każdej formie, to znaczy czynny, czyli zakaz udziału w jakichkolwiek bójkach, oraz bierny, wstęp do hali na walki bokserskie absolutnie nie dozwolony.

Raz zdarzyło mi się złamać to przykazanie. Chyłkiem wcisnąłem się do małej salki, którą z nie znanych mi powodów zwano halą i byłe okrutnie zawiedziony. Ogromny tłok, zwarta ściana ludzi nie pozwoliła mi przedostać się w pobliże ringu. Widziałem jedynie plecy stojących osób, duszne powietrze od którego poczułem ogromne osłabienie i prawie straciłem przytomność. Ktoś wyciągnął moje bezwładne ciało na zewnątrz budynku, świeże powietrze pomogło odzyskać świadomość. Na szczęście rodzice nigdy się o tym nie dowiedzieli.

Nie wiem, czy do sportu można było zaliczyć tak zwaną beczkę śmieci, którą od czasu do czasu rozstawiano na centralnym placu naszego miasteczka, na tym samym na którym innym razem lokowano wesołe miasteczko albo namiot cyrkowy.

Dzisiaj mało kto wie co oznacza nazwa „beczka śmierci”. Była to drewniana, wysoka, okrągła budowla wzmocniona bocznymi belkami uwieńczona okrągłym balkonem z ławkami, na których to zasiadała publiczność. Aby dostać się do tej widowni, trzeba było okazać bilet, albo też częściej i co było znacznie tańsze wręczyć butelkę piwa facetowi, który pilnował wejścia. Ja znalazłem jeszcze inny sposób i to najtańszy. Na bilet nie było mnie stać. Ojca, nie śmiałem nawet prosić o pieniądze, bo i tak bym ich nie dostał gdybym powiedział na co mi są potrzebne. Podobnie rzecz się miała z piwem. Nie wątpiłem też, że żaden sprzedawca czy też sprzedawczyni pozwolili by, takiemu małemu kajtkowi, na zakup tego trunku. Moja metoda polegała na tym, że czekałem na moment, kiedy przy wejściu nie było postronnych osób, tylko bileter i ja. Szarpałem za rękaw ciecia, który wystawiając rękę, grzecznie pytał: czego? Do tej jego wyciągniętej ręki, otwartej na wszelkie propozycje dłoni wciskałem trochę drobniaków. On, nawet ich nie licząc, chował je do kieszeni, odwracał się ode mnie i pilnowanych schodów a jego wzrok zainteresowany był tym co mnie już nie obchodziło. Raźno wbiegałem po stromych stopniach, by zatrzymać dla złapania oddechu, na samej górze. Jeżeli miałem szczęście być tam wcześniej, niż zrobili inni, to siadałem przy samej barierce i miałem najlepszy widok. Pokaz rozpoczynał ten sam człowiek, który wpuszczał widzów. Uchylał specjalne drzwi znajdujące się na samym dole beczki i głośno wymieniając nazwiska, czy też może pseudonimy, brzmienie ich było dosyć oryginalnie i egzotycznie, tak bardziej cudzoziemsko, zachwalał ich wspaniałe umiejętności oraz nie wiarygodną wręcz odwagę odznaczającą się pogardą dla śmierci i prawom fizyki. Owi herosi wchodzili na środek areny prowadząc motory, czy jak to wtedy mówiono, motocykle. Następnie wbiegały dziewczyny ubrane w kostiumy podobne do tych, które można zobaczyć jedynie w balecie klasycznym. Aktorzy i aktorki kłaniały się widzom. Prowadzący ten spektakl przestrzegał wszystkich świadków tego niecodziennego widowiska, by ci o słabych nerwach, a tym bardziej osoby cierpiące na choroby serca oraz dzieci opuściły to miejsce, co i tak nie było możliwe, bowiem brama była dokładnie zamknięta, po czym opuszczał arenę, z zewnątrz dokładnie blokował drzwi pozostawiając nas jak i wykonawców na czas pokazu uwięzionych w beczce śmierci. Motocykliści kopnięciami w pedały uruchomiali maszyny. Widownia cichła, motory ryczały, ich właściciele rozpoczynali swoją jazdę. Najpierw powoli krążyli, potem coraz szybciej, aż nabrawszy odpowiedniej prędkości wjeżdżali na pionowe deski silosu. Ich jazda stawała się coraz szybszą i coraz bardziej szaleńczą. Jeźdźcy odrywali ręce od kierownic, a ich stalowe rumaki krążyły po pionowych ścianach. Smród spalin drażnił oczy tak, że łzy płynęły po policzkach, huk przyprawiał ból głowy, cała beczka dostawała wielkiej wibracji, ale to nie był jeszcze koniec widowiska. Mężczyźni odpuszczali manetki gazu, maszyny stopniowo traciły na mocy, by wreszcie bezpiecznie móc zjechać z rampy i wyhamować na poziomej podstawie. Teraz następowała krótka przerwa. Smród z rur wydechowych zastąpił zapach dymu zapalonych papierosów. Palili wszyscy. Kibice i zawodnicy, z tym, że palce niektórych kibiców nerwowo drżały, podczas gdy zawodnicy wyglądali na spokojnych i zadowolonych.

W drugiej części spektaklu udział brali już tylko dwaj ekwilibryści oraz dwie asystentki, które usiadły na tylnych siodełkach i ramionami mocno objęły partnerów. Wszystko zdawało się powtarzać ale tylko do pewnego momentu. Motory osiągnęły swój pułap szybkości i wysokości i nastąpiło coś, co można określić mianem zwariowanej woltyżerki. Motocykle i ich pasażerowie już nie jechali, szybowali poziomo, tuż poniżej barierek, tam gdzie był koniec ściany a zaczynał się balkon, platforma na której zgromadzona była publiczność, dziewczyny zaczęły wspinać na barki swoich chłopców. Stanęły stopami na ich karkach i z rozłożonymi rękami frunęły w powietrzu niczym ptaki.

Ja i paru chłopaków mieliśmy własną beczkę. Może nie śmierci, nie drewnianą, ale to była nasza, oczywiście do chwili, kiedy nas stamtąd nie przeganiano. Fontanna w parku przez większość dni w roku była nie czynna. Wodotrysk włączano od wielkiego święta. Jej betonowy okrągły basen służył do naszych szaleńczych popisów. Zamiast motocykli, mieliśmy rowery. Może nie osiągaliśmy takich wielkich szybkości, nie było też huku i spalin, ale to nie przeszkadzało w dokonywaniu równie karkołomnych wyczynów. Na brak kibiców też nie narzekaliśmy. Zawsze zbierała się grupka gapiów, która równie gorąco nas dopingowała i nagradzała brawami, albo gwizdami i śmiechem komentowała nie zaplanowane wypadki i kraksy. Spadnięcie z roweru na beton nie należało do przyjemności. Można było naprawdę nie źle się pokaleczyć, a na współczucie mamy nie było co liczyć. Wręcz przeciwnie, można było jeszcze dostać solidne lanie.



Ale tamta niedziela bardzo różniła się od innych. Owszem, byliśmy na porannej mszy w kościele. Msza mogła być bez niedzieli, ale niedziela bez mszy nie byłaby niedzielą.

Po wyjściu z kościoła poradzili mi bym biegł gdzieś bawić, kina nie będzie bo tato z mamą muszą wracać do domu. Ojciec radził obejrzeć wyścig kolarski, którego finał miał się odbyć na głównej ulicy naszego miasta, a do domu wrócić najpóźniej o godzinie czternastej, gdzie czekać miała duża niespodzianka.

Cóż miałem robić? Siedzieć w domu w słoneczny, niedzielny poranek? To zbyt nudne. Trochę zły i rozżalony na tę niezapowiedzianą zmianę łaziłem uliczkami Ełku. W tamtych czasach było to nie duże miasteczko, gdzie każda ulica i uliczka była mi dobrze znajomą. Małe, ciche miejscowości mają tę zaletę, że wszędzie jest nie daleko, blisko i, że nawet małe dziecko zgubić się w nim nie może. Nawet gdyby chciało. Granice miasta z jednej strony stanowił budynek dworca kolejowego, a z drugiej zamykało jezioro o nazwie też Ełk. Nigdy nie dowiedziałem się czy to jezioro dało swe imię miastu, czy też wprost przeciwnie. Istniała jeszcze inna możliwość. Obok miasta Ełk płynęła rzeka Ełk, której wody wpływały do jeziora Ełk. Może to ona była początkiem Ełku. W każdym bądź razie jezioro było jego końcem. Końcem ale nie do końca. Za jej wodą była wyspa do której prowadził piękny most ze wspaniałymi, zabytkowymi latarniami. Sam most był równie zabytkowy. A na wyspie stało więzienie, które przed wiekami było zamkiem krzyżackim. Więzienie z trzech stron otoczone było wysokim murem, ponad którym zamocowany był drut kolczasty. Ostatnia, czwarta strona to piaszczysta plaża i wody jeziora. Prawdopodobnie było to więzienie z najpiękniejszym widokiem. Od strony miasta nie mieliśmy plaży, tylko betonowy brzeg. Teren wokół akwenu był starannie zagospodarowany. Alejki wzdłuż brzegu, alejki przecinające trawniki, duża ilość rozstawionych przy nich ławek, wysokie, liściaste drzewa wszelkich gatunków oraz jakże nie zbędny w tym miejscu, bar piwny w letnie dni przyciągały liczne rzesze mieszkańców, którym latem fundowało miasto takie atrakcje jak np. regaty żeglarskie czy wyścigi wioślarskie.

Dworzec kolejowy, pozostałość przedwojennych niemieckich władz, stanowiący wizytówkę Ełku z zewnątrz wyglądał dość okazale. Nie wysoki ale dość obszerny, poprzedzony był dużym placem na którym parkowały autobusy, nie liczne wtedy taksówki a w znacznie większym stadzie dorożki, sprawiał wrażenie dużej, solidnej, germańskiej budowli. Wnętrze rozczarowywało. Środek sali zajmowały szerokie ławy z oparciami, ustawione w równych, paru szeregach, na których zarówno w dzień jak i w nocy część podróżnych oczekująca na odjazd pociągu, spała mając za poduszki swoje tobołki i walizki. Poczekalnia otoczona była okienkami kasowymi, informacją oraz ustawionym tuż przy wejściu kioskiem z gazetami, papierosami i tym podobnym. Bar zajmował oddzielne pomieszczenie, do którego z ogólnej sali prowadziły wspinające się do góry schody. Miejsca było tam nie wiele. Kilka stolików rozstawionych wzdłuż ściany, lada oddzielająca konsumentów od personelu i części kuchennej. Personel czyli bufetowa dysponowała przekąskami zimnymi w postaci kanapek z cienko pokrojonymi plasterkami wędliny lub z żółtym serem, galaretek wieprzowych, śledzie w oleju oraz befsztykiem tatarskim. Gorące, tylko z nazwy, to kotlet mielony bądź schabowy, bigos i ziemniaki. Na pólkach stały napoje podzielone na dwie grupy: chłodzące i rozgrzewające. Do pierwszej grupy zaliczała się oranżada, lemoniada, woda sodowa, kompot. Do drugiej, wódka i wino. Dużego wyboru nie było, ale dla tych nielicznych desperatów, którzy mieli dość odwagi i niezwyczajnie zdrowe żołądki w zupełności wystarczało. Mniej odważnym pozostawało piwo podawane w niedomytych kuflach.

Z dworca na perony prowadził podziemny tunel, którego ściany wyłożone były białymi kafelkami. Tam też znajdowały się toalety, raczej rzadko odwiedzane, a to z powodu przykrego zapachu jaki z nich dochodził. Na peronach oprócz niezbędnych w tym miejscu budek z piwem, ławkami dla zmęczonych podróżnych, elektrycznymi latarniami i takimiż zegarami, okrągłymi na wysokich słupach, były specjalne urządzenia zwyczajowo zwane wodopojami. Wyglądały jak betonowe umywalki. Zamiast zwykłego kranu, ze środka misy wystawała metalowa rurka. Naciskając boczny przycisk, z rurki tej uderzał w górę strumień wody. Wystarczyło pochylić głowę, otworzyć szeroko usta i gasić pragnienie, odświeżyć twarz, obmyć dłonie.

Dworzec jak otwarte wrota witało przyjezdnych do naszego miasta, więzienie w naturalny sposób zamykało jego bramy.

Wlokłem się dobrze znanymi uliczkami nie bardzo wiedząc co mnie spotka, co ja spotkam i czy spotka jedno drugie. Nie wiele działo się działo tamtej niedzieli. Pogoda była wspaniała, pierwsze dni maja przyniosły falę ciepłego by nie powiedzieć wręcz gorącego powietrza a na ulicach pusto, w parku to samo. Gdzie podziali się moi sąsiedzi, moi koledzy? Pewnie poniosło ich nad jezioro. Więc co ja tutaj robię, dlaczego nie ma mnie tam nad wodą? Postanowiłem to sprawdzić. Zawróciłem w tamtym kierunku. Kiedy dochodziłem do kościoła, za którym brukowana, spadzista droga wiodła prosto przez błonia na most, zrozumiałem dlaczego miasto opustoszało. Wszyscy mieszkańcy stali stłoczeni na chodnikach po obu stronach ulicy Armii Czerwonej. Przypomniałem słowa ojca, który mówił o wyścigu.

Każdy maj, a szczególnie tamten maj w roku 1960, był dla kolarstwa miesiącem szczególnym. W tym czasie ruszał Międzynarodowy Wyścig Pokoju. Wszyscy: starzy i młodzi przeżywali każdy jego etap słuchając relacji radiowych. Z otwartych okien na ulice i podwórka docierał głos podnieconego sprawozdawcy. Idolem całej Polski był Staszek Gazda. To on pierwszy wjechał na Olimpijski Stadion w Chorzowie wyprzedzając pewnych siebie Rosjan, by w ten sposób zostać bohaterem narodowym. O jego wyczynach krążyły legendy, śpiewano piosenki sławiące jego imię. Każdy Stasio, Stasiek, Stanisław stawał się w tamtych dniach Staszkiem.

Pomimo, że ten był tylko lokalnym wydarzeniem, wywoływał nie małe emocje.

Przebiwszy się przez zwarty jak ściana tłum, z rozpędu wpadłem na drogę. Przepędzony pałką pilnującego porządku milicjanta, cofnąłem się na krawężnik. Stałem w pierwszym rzędzie, a nad moją głową, wysoko w górze wisiał transparent z napisem META. Gdzie zaczynał się start, nie wiedziałem, w tamtej chwili było mało ważne. Kolarzy jeszcze nie było widać, ale głośniki umieszczone na słupach latarni zapowiadały ich rychły przyjazd. Długo nic się nie działo, milicjanci usuwały tych bardziej niecierpliwych, którzy próbowali dostać na środek jezdni by stamtąd dostrzec czy coś widać na horyzoncie. Tłum cierpliwie trwał na posterunku. Z głośników płynęła głośna, marszowa, grana przez orkiestrę dętą muzyka, raz po raz przerywana ostatnimi meldunkami z trasy. W pewnej chwili wszyscy się ożywili. W dali pojawiły nierozpoznawalne jeszcze sylwetki zawodników. Kiedy byli już bliżej na tyle by móc dostrzec jakieś szczegóły zrozumieliśmy swój błąd. Na motocyklach jechali pierwsi sędziowie, którzy zatrzymali przy mecie, oddali swe pojazdy w ręce pomocników i rozsiedli na przygotowanej dla nich specjalnej trybunie. Trybuna ustawiona była wprost na linii oznaczającej koniec wyścigu. Po nich nadjechali następni motocykliści, ci jednak nie zatrzymując popędzili dalej drogą w kierunku dworca. Wreszcie pojawili się Oni, ci na których tak długo czekano. Rozciągnięty peleton jechał całą szerokością ulicy, rowerzyści próbowali jeszcze przyśpieszyć, jeszcze wyprzedzić jeden drugiego, pedałując pochylali swoje rowery raz na jedną stronę, raz na drugą. Jeszcze chwila i było już po wyścigu. Ostatni maruderzy mijali metę, jeszcze nadjechały ekipy techniczne a po nich samochód z napisem Koniec wyścigu, wiozący tych zawodników, którzy nie wytrzymali trudów etapu i w ten niechlubny sposób dotarli na miejsce. W ogólnym hałasie, trudno było zorientować, który zawodnik wygrał, a kto był drugim czy trzecim. Wszyscy kolarze zgromadzili się na placu przed dworcem. Tam też ustawione zostało podium dla zwycięzców. Część gapiów rozeszła w różnych kierunkach, uważając wydarzenie za zakończone, ale ja przedostałem tam, gdzie odpoczywali czekając na oficjalne wyniki zmęczeni zawodnicy. Z podziwem oglądałem wspaniałe, kolorowe wyścigówki, ich wykręcone niczym baranie rogi, kierownice, zębate koła przerzutek. Taki rower był moim marzeniem, który nigdy nie był mi danym, a to z powodów które wydarzyły jeszcze tego samego dnia, konkretnie po jego zmierzchu.

Zapatrzony, zachwycony oglądałem tych wspaniałych mężczyzn, dla mnie mężczyzn, chociaż pewnie nie mieli więcej niż po dwadzieścia lat, ideał sportu, jakże inni od przeciętnych, wręcz mizernych moich sąsiadów, znajomych, mieszkańców Ełku.

A wyniki zawodów wciąż nie ogłaszano. Spojrzałem na zegar wiszący nad drzwiami dworca. Dochodziła godzina 14.30. Fajnie, byłem spóźniony z powrotem do domu o pół godziny. Nie mogłem już dłużej czekać, musiałem wracać. Nie daleka to była droga, tylko parę przecznic, jeszcze tylko park, a za nim stała nasza kamienica. Kamienica jak każda inna, nie różniła zbytnio od innych, no może tym, że była wysoka na trzy piętra, podczas gdy inne były dwu lub jednopiętrowe, a zdarzały wcale nie rzadko parterowe, wszystkie miały wspólną cechę: były murowane z czerwonej cegły, bez tynku na ścianach, z obszernymi klatkami schodowymi, z podwójnym wyjściem. Jedno prowadziło na ulice, drugie na wewnętrzne podwórze.

Na ulicy, przed bramą stała zaparkowana ciężarówka. Duża, z kabiną dla kierowcy i pasażera, całą resztę pojazdu zajmowała olbrzymia platforma okryta brezentową plandeką. Wokół niej kręcili się ludzie. Kiedy im się bliżej przyjrzałem, rozpoznałem w nich naszych sąsiadów i dzieciarnię z podwórka. Po drabince przymocowanej do tylnej burty wspinali na bagażową część samochodu. Mój tato stał nieco z boku, co raz spoglądając to w jedną, to w drugą stronę ulicy. Podbiegłem do niego, a chwycił mnie w swoje ramiona. Spytałem co się dzieje. To właśnie ta niespodzianka, jedziemy na majówkę. Poczekał aż ostatni pasażerowie zajmą swoje miejsca, podniósł wysoko i podał w wyciągnięte ręce mężczyzny, a ten przekazał mnie mojej mamie. Tato pobiegł do kabiny. Samochód ruszył. Jechaliśmy jakiś czas ulicą wiodącą wzdłuż jeziora, za miastem skręcił na drogę prowadzącą w las. Po przejechaniu paru kilometrów wyboistą drogą, zatrzymał na polanie.

Rozpoczęła się majówka. Kobiety rozkładały obrusy, koce wprost na trawie. Mężczyźni rozpakowywali prowiant. Dzieciarnia, rozebrawszy się, ruszyła hurmem do jeziora. Starsi pryskali wodą młodszych, potem znudzeni tą zabawą, rzucili się w nurt wody, płynęli w głąb jeziora, dopóki głos rodziców wołających na posiłek, nie zmusił ich do powrotu.

Apetyt dopisywał wszystkim. Wędliny, pieczenie, ciasta i napoje błyskawicznie znikały w naszych żołądkach, ale kobiety stale uzupełniały półmiski, mężczyźni nie wiedzieć skąd donosili kolejne butelki wódek i piwa. Biesiada trwała w najlepsze, kiedy obżarty i znużony oddaliłem się od innych i wróciłem nad jezioro. Mój dziadek nie brał udziału w zbiorowej zabawie, nie wiedziałem, że przyjechał wraz z nami. Siedział w zacisznym miejscu i próbował łapać na wędkę ryby. Puste wiaderko i znudzona mina sprawiła iż nie musiałem go pytać czy coś złapał. Skinął na mnie ręką a kiedy podszedłem, zapytał czy widziałem kto nie opodal leżał na plaży. Spojrzałem w tamtym kierunku. Ten ktoś to był jeden z kolarzy z wyścigu. Rower oparł o drzewo a sam zdawał się drzemać z rękoma założonymi pod głową. Nieśmiało zbliżyłem do niego i usiadłem obok na piasku. Otworzył oczy, spojrzał na mnie i zapytał dlaczego nie bawię się z kolegami. Wzruszyłem tylko ramionami, bo i co miałem odpowiedzieć? Towarzystwo innych dzieci nie cieszyło mnie, dorośli byli już pijani a ja sam zmęczony tą całą imprezą i upałem.

Nadszedł ojciec, który niósł dla dziadka, torebkę z kanapkami. Zauważył mnie i kolarza. Zaproponował temu panu, by przyłączył do reszty biesiadników, podczas, gdy jego syn, czyli ja, popilnuję roweru. Ten bardzo chętnie na to przystał i oddalił się w ślad za tatą.

Teraz mogłem dokładnie obejrzeć prawdziwą wyścigówkę. Byłem jeszcze zbyt mały by ją dosiąść, nawet gdybym mógł usadowić się na jej siodełku to i tak moje nogi nie dosięgłyby pedałów. To nic. Sama możliwość dotykania, głaskania kierownicy, ramy, przerzutek, wąskich opon stanowiła ogromną przyjemność i niebywałe przeżycie. W wyobraźni widziałem siebie mknącego na czele wyścigu, uciekającego rywalom, wiwatujący tłum zasypywał mnie kwiatami, które chwytałem rękoma puszczając kierownice i unosząc wysoko ramiona mijałem linię mety. Nie wiem kiedy te marzenia przeniosły mnie w głęboki sen. Kiedy przebudziłem się, było już ciemno. Dzień dobiegał końca, nadchodziła noc. Nigdzie nie mogłem dojrzeć roweru. Nie było go. Przerażony pobiegłem w kierunku dogasającego ogniska wokół którego śpiewając siedzieli, bądź bardziej zmęczeni, leżeli uczestnicy niedzielnej wycieczki. Odnalazłem wśród nich rodziców. Krzyczałem do nich, że ktoś ukradł rower. Oni się śmieli a ja płakałem. W końcu ojciec powiedział, że nikt go nie ukradł. Jego właściciel odjechał nim jakiś czas temu.

Kobiety kategorycznie ogłosiły, po mimo równie kategorycznych protestów mężczyzn, koniec zabawy i nakazały powrót do domu. Komu to nie odpowiada, może zostać. Gasić ognisko, pakować się na samochód i odjeżdżamy. Wniesiono mnie do szoferki. Ułożony wygodnie w fotelu ponownie zasnąłem. Obudził mnie pisk hamulców, kierowca gwałtownie zatrzymał pojazd. Z tyłu wozu dobiegł dźwięk przewracających się naczyń, przekleństwa pasażerów. Patrzyłem przez szybę, na oświetloną reflektorami drogę. Leżał na niej dziwnie powykręcany człowiek, w kałuży krwi. Obok niego zobaczyłem pogięty i połamany rower. Ludzie coś krzyczeli, niektórzy płakali, a jeszcze inni odwracali wzrok od ciała nieboszczyka, nie potrafiąc mu już w żaden sposób pomóc. Nic nie słyszałem, nie rozumiałem. Patrzyłem na tę nieruchomą postać i jedyne co czułem, to, że nie zostanę sportowcem, a już z całą pewnością kolarzem.

sabukan grudzień 2008



Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » pt 06 mar 2009, 19:07

Przeczytaj regulamin to odblokuję - pozdrawiam :p

Żem po prostu usunął brata bliźniaka tego tematu. Rach-pach-ciach. Nie podobają mi się takie numery - Sky
Ostatnio zmieniony pt 06 mar 2009, 23:45 przez Arrianna, łącznie zmieniany 1 raz.


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
Soi
Pisarz domowy
Posty: 109
Rejestracja: ndz 28 gru 2008, 21:38
Płeć: Nie podano

Postautor: Soi » śr 13 maja 2009, 08:36

Hej! Pozwolisz, że powiem parę słów? ; )



Łapanki nie zrobię, bo wyraźnych błędów nie widzę (oprócz ortografów), a interpunkcji z reguły nie poprawiam. Zatem kilka uwag ogólnych.



Nie bardzo wiem, o czym ma być ten tekst. Ma się skupić na tej tytułowej majówce, czy nie? Jak na razie mamy tylko taki słowotok, lanie wody właściwie o niczym, a już najmniej o samej wyprawie nad jezioro – już prędzej o tym, jak wygląda niedziela naszego bohatera. Nadto – zamiast opowiadać, Ty, autorze, opisujesz wszystko, bardzo dokładnie, nie pomijasz żadnych nieistotnych szczegółów. Charakterystyką dworca po prostu mnie powaliłeś. Czytam i czytam, i się zastanawiam, kiedy w końcu przejdziemy do meritum, a tu buch! najważniejsze wydarzenia spisane w kilku słowach. Znaczy – kompozycja zła.

Dziwny jest też język. Niby niedziecięcy, a jednak pojawiały się takie – ja wiem? – naiwne wyrażenia. I strasznie dużo „było”, prawie bez przerwy się powtarza. Wyrzuciłabym też parę zaimków, które na nic się nie przydają. Może dodałoby to językowi precyzji.



A, i „nieliczne” oraz „niewiele” itp. piszemy łącznie. „Pomimo” też.



I zastanów się może jednak nad tą interpunkcją, bo niby nie jest najważniejsza, ale czasem aż mnie krew zalewa, jak wiedzę tak porozrzucane przecinki. Na przykład tu:

Ojca, nie śmiałem nawet prosić o pieniądze, bo i tak bym ich nie dostał gdybym powiedział na co mi są potrzebne.


Ojca nie śmiałem nawet prosić o pieniądze, bo i tak bym ich nie dostał, gdybym powiedział, na co mi są potrzebne.

Albo tu:

Długo nic się nie działo, milicjanci usuwały tych bardziej niecierpliwych, którzy próbowali dostać na środek jezdni, by stamtąd dostrzec, czy coś widać na horyzoncie.


Pogrubione przecinki, które powinny się pojawić.



A tak z innej beczki…

Trochę zły i rozżalony na tę niezapowiedzianą zmianę, łaziłem uliczkami Ełku.


Podkr. – raczej rozżalony (czym?) tą niespodziewaną zmianą.



Pozdrawiam.


Piszcząco - podskakująca fanka Mileny W.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2641
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » czw 14 maja 2009, 13:01

do sportu można było zaliczyć tak zwaną beczkę śmieci, którą od czasu




Śmierci może?



zachwalał ich wspaniałe umiejętności oraz nie wiarygodną wręcz odwagę




pisane razem.



że wszędzie jest nie daleko, blisko


To to samo.



W tamtych czasach było to nie duże miasteczko




pisane razem.



Obok miasta Ełk płynęła rzeka Ełk, której wody wpływały do jeziora Ełk. Może to ona była początkiem Ełku.


No tak to piszą dzieci na dyktandach w szkole...



wszelkich gatunków oraz jakże nie zbędny w tym miejscu


piszemy razem.



Nie wysoki ale dość obszerny, poprzedzony był dużym placem na którym parkowały




"nie" z przymiotnikami piszemy razem (jaka/jakie/jaki: wysoki, duży, wiarygodny...)



z oparciami, ustawione w równych, paru szeregach, na których zarówno w dzień jak




para - to dwie rzeczy stanowiące komplet. Potocznie mówi się, "Paru rzędach, parę osób, kiedy myśli się o kilku. Ale piszemy: kilka, sześć, wielu,



Dworzec jak otwarte wrota witało przyjezdnych




chyba nie ten rodzaj ująłeś... nijaki? Ten dworzec - witał, te wrota - witały



Wlokłem się dobrze znanymi uliczkami nie bardzo wiedząc co mnie spotka, co ja spotkam i czy spotka jedno drugie.




Takie szkolne wtrącenie znowu - czasami dzieci tak właśnie ujmują podmioty :)



Z głośników płynęła głośna, marszowa, grana przez orkiestrę dętą muzyka,


Nieprawidłowy szyk zdania: marszowa muzyka Podmiot i orzeczenie trzeba połączyć.



Podbiegłem do niego, a chwycił mnie w swoje ramiona.


Coś mi tutaj "nie leży"...



płynęli w głąb jeziora
Z takimi rzeczami trzeba ostrożnie, ponieważ jezioro ma dwa wymiary - głębię (ta dosłowną i szerokość) W głąb lasu jest poprawnie, ale już w głąb jeziora, oznacza, że... nurkowali?



Powiem ci, że urzekł mnie twój styl. Dokładność, opisy - szczegóły, które tworzą fotografie. Dlatego tytuł (o czym zaraz więcej) nie pasuje mi tutaj, bo samej Majówki nie ma nawet 5% w tym, co piszesz. Za to tworzysz widokówkę Ełka, malujesz ją i opisujesz zarazem, pokazując przez oczy młodzieńca, który miał marzenia. Świetnie nakreśliłeś sylwetkę dziecka - pokazałeś rzeczy dla niego ważne (zabawa, radości, wyobraźnię) a ominąłeś większość trosk dorosłych, pokazując je tylko jako zbędniki, w otoczeniu chłopca. Całość robi wrażenie - bo obraz żyje, jest realny, dosłowny i taki sentymentalny. Dlatego nazwałbym to opowiadanie "Widokówka majowa z Ełka" - po prostu, tak to widzę. Styl masz dobry - nawet przyznam, że niektóre powtórzenia, wcześniej mnie drażniące, z czasem stały się twoją "pieczęcią". Jak piszesz, kamienice - potem znowu zaczynasz od owych kamienic, coś w tym jest takiego, co sprawia, że rozumiem tekst - budzi we mnie wspomnienia. Jest tutaj kilka literówek, niewiele niedociągnięć ogólnych, interpunkcja kuleje w kilku miejscach. Ale tekst ma swoja magię. Jedyną jego wadą jest tytuł, który wyłania się dopiero na końcu, tylko po to, aby urwać opowiadanie - przez ten tytuł, opowiadanie rozmyło się - straciło cel. Dlatego w moich myślach usunąłem go. Teraz jest znacznie lepiej. Tekst bardzo mi się podobał!


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
maciej9
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 10 mar 2010, 11:44
Płeć: Mężczyzna

Postautor: maciej9 » śr 17 mar 2010, 09:27

świetny tekst.



Awatar użytkownika
kamienna
Pisarz domowy
Posty: 93
Rejestracja: wt 14 lut 2017, 08:22
Płeć: Nie podano

Majówka

Postautor: kamienna » pt 21 kwie 2017, 19:31

Martinius pisze:Source of the post tworzysz widokówkę Ełka, malujesz ją i opisujesz zarazem, pokazując przez oczy młodzieńca, który miał marzenia. Świetnie nakreśliłeś sylwetkę dziecka - pokazałeś rzeczy dla niego ważne (zabawa, radości, wyobraźnię) a ominąłeś większość trosk dorosłych, pokazując je tylko jako zbędniki, w otoczeniu chłopca. Całość robi wrażenie - bo obraz żyje, jest realny, dosłowny i taki sentymentalny. Dlatego nazwałbym to opowiadanie "Widokówka majowa z Ełka" -
Nie Ełka, tylko EŁKU.




Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości