Sprawa kota w Kościkowie (absurdalna mini)

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
patkazoom262
Dusza pisarza
Posty: 454
Rejestracja: pn 17 mar 2008, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Mokas
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Sprawa kota w Kościkowie (absurdalna mini)

Postautor: patkazoom262 » pt 18 lut 2011, 10:41

Wiem, są powtórzenia. Zresztą, można wytykać wszystko. ;)


Sprawa kota w Kościkowie


Kot był najmniej lubianym zwierzęciem w Kościkowie. Był wręcz znienawidzony, za nic, jak sam twierdził, inni bowiem mieli odmienne zdanie. Sądzili, że, owszem, nie szkodzi niczym gryzonie albo nie zagłusza ciszy jak bezpański pies, ale również nie pomaga w lepszym życiu miasteczka. Gdy więc kot wszedł na drzewo bez zamiaru zejścia, ludzie przyjęli tę wiadomość z pewnym poczuciem ulgi i satysfakcji. Urządzili nawet wielką ucztę na podwórku Pana Achojzego; pili, jedli, tańczyli, śpiewali aż do świtu, choć nie byli pewni, którego. Zwierzę patrzyło na nich, nic sobie z ich biesiady nie robiąc.
Po którymś tam dniu zamiauczało przeraźliwie. Czy to z nudy, czy z tęsknoty za stałym gruntem, czy może czymś innym - nie było wiadomo, koty bowiem miauczą zawsze w sposób jednakowy. Jedynie uważne ucho odróżni odgłos proszący o jedzenie od odgłosu proszącego o wpuszczenie do domu, taki człowiek jednak nie mieszkał w Kościkowie. Nikogo nie interesowało studiowanie kociej mowy. Już pożyteczniejsza była nauka języka psa, najlepszego przyjaciela ludzi, a z przyjacielem - jakimkolwiek - należy umieć się dogadać. Coraz popularniejsze stawały się również zajęcia ze śpiewności ptaków, szczególnie wśród młodych zakochanych. Kot co noc musiał wysłuchiwać podobnych do świergotu ptactwa krzyki, jęki i szepty. Nagrodą za wytrwałość - dla studenta tego kierunku, nie biednego zwierzęcia - był występ na Ogólnomiasteczkowym Festiwalu Sztuk Ptasich (oczywiście w Kościkowie). Najlepsi wyjeżdżali za granicę, co komentowano z wielkim przejęciem, ponieważ rzadko kiedy ktokolwiek opuszczał rodzinne miasteczko. Kot podobnie, wolał się nie włóczyć, jego własne ścieżki prowadziły zawsze w granicach Kościkowa. Ukochał to miejsce od maleńkości, tu się urodził, wychował i tu zamierzał umrzeć, zapewne na drzewie. Mówiono zapewne, bo nigdy nic nie wiadomo z kocurami. Po czterech dniach od wejścia na drzewo mieszkańcy zaczęli się zakładać, w jaki sposób kot nie wytrzyma: czy runie na ziemię od śmierci, czy zejdzie na nią z powodu znudzenia i zmiany zdania. Dzieci rzucały w niego przedmiotami, aby wymusić jedno i drugie, wkrótce jednak odgoniły je rodzice, jeszcze myślący, aczkolwiek dla swojego dobra, wśród rzeczy rzucanych bowiem znajdowały się często szczotki, mydła, a nawet pięciozłotówki. A ludzie z Kościkowa byli biedni, z trudnością wiążący koniec z końcem.
Kot się z nich śmiał, ale tylko w sobie. Na zewnątrz udawał poważne, dostojne zwierzę, który potrafi dniami i nocami leżeć nieruchomo na niewygodnej gałęzi. Zmieniał pozycję jedynie wtedy, gdy nikt nie patrzył, co było trudne - w miasteczku istniała spora grupa podglądaczek. Otwierały one okna na oścież i obserwowały okolice. Co chwila krzyczały, aby jakiś chłopczyk nie bił dziewczynki albo żeby mąż pospieszył się z przyniesieniem zakupów. Po kociej przeprowadzce ciągle zerkały na drzewo. Kota to irytowało, nie dał jednak tego po sobie poznać, zresztą, umiał wykorzystywać każdą sytuację dla siebie.
Nie zastanawiano się, jak zwierzę załatwiało swoje potrzeby. Uważano jedynie, by nie stać pod drzewem, z drugiej strony debile, głupcy oraz szaleńcy prześcigali się w "kupnych pomysłach". Gdy któregoś dnia jeden został oblany drzewnokocim moczem, nagrano to i dano na You Tube. W krótkim czasie filmik zdobył ćwierć miliona wyświetleń.
Nie dbano również o jedzenie kota. Pewnie łapał ptaki, mówiono, czym przejmowali się wiadomi studenci, nic jednak nie czynili, wierząc, że po gałęziach chodzą myszy, którymi kot się żywił. Albo przynajmniej wielkie mrówki. Inni twierdzili, że kocur zjada powietrze - w domach zrobiło się parno i duszno. Mieszkańcy zwalili winę na nieulubieńca, nie zdając sobie sprawy z przyjścia upalnego lata.
W ogóle owe lato bardzo dało im w kość, kotu również. Zrzucał sierść garściami, tak że ucieszone dzieci widziały biały puch spadający niczym śnieg. Ich rodzice prychali z pogardą, krzycząc: "o kto to będzie sprzątał?".
Ludzie narzekali przez połowę lipca na zbyt wysoką temperaturę. Oskarżali oczywiście kota za wsysanie zdrowego powietrza. Wysłano nawet po absolwenta wchłaniania dwutlenku węgla, by nauczył go pożywiania się szkodliwym związkiem i produkowania w zamian tlenu. Niestety, mądry człowiek zaginął podczas zamieci śnieżnej, jaka trwała wówczas w jego rodzinnym kraju. Zrozpaczeni mieszkańcy musieli marudzić przez następne piętnaście dni koszmarnego miesiąca. A kot siedział dalej jak siedział, aczkolwiek męczony jeszcze bardziej przez podglądaczki, które już wręcz spały i jadły w oknach swoich domów. Dziwne baby, zachowujące się, jakby nie miały własnego życia, zaprogramowane na obserwację. Władza Kościkowa z panem Achojzym na czele dnia dwudziestego trzeciego lipca nagrodziła je za wytrwałość i pomoc w zrozumieniu natury kotów, chociaż na dobrą sprawę nie odkryły nawet, dlaczego wszedł on w ogóle na drzewo. Mimo to z dumą pokazywały ordery zasługi zazdrosnym koleżankom, wśród których przeważały starsze, ledwo chodzące panie. Jako że nie mogły wyjść z domów - a czasem nawet z łóżek - biadoliły na swoją bezczynność i materializm rodziców nie pozwalających dzieciom zrzucić z drzewa zwierzęcia. To by z pewnością załatwiło sprawę, kot nad ziemią bowiem, jak twierdziły, więcej zużywał energii niż kot na niej. Większość mieszkańców zgodziła się z nimi, tak że wkrótce zaczęto atakować nowy dom nieulubieńca. A zwierzę patrzyło i wiedziało, że było to zabawne.
Jak w każdej szczytnej akcji, doszło do wiele sporów. Dzieci obraziły się za niedopuszczenie do Grupy Rzucających. Poparły je starsze panie, wręcz krzyczące na rodziców, którzy poszli poskarżyć się panu Achojzego. Pan Achojzy, wydający się jedynym wtedy mądrym człowiekiem, złapał się za głowę i jęknął. Na tym skończyła się jego działalność w oczyszczaniu powietrza - dalej wolał siedzieć, obserwując niczym najlepsza obserwatorka. Zresztą, i obserwatorki czyniły harmider. Zamiast wyjść i pomóc, stały w oknach, wołając na mężów, by pospieszyli się z noszeniem przedmiotów potrzebnych do rzucania. Panowie nie sprzeciwiali się bynajmniej, aczkolwiek odczuwali wielkie zmęczenie, przez które rzadko kiedy myśleli. Często zdarzały im się potknięcia o własne nogi i wpadnięcia na towarzyszy trudnej drogi. Niekiedy też przynosili na pole walki cenne przedmioty, na przykład biżuterię. Jeden zjawił się pod drzewem z obrączką ślubną, co jego żona zinterpretowała jako chęć rozwodu, do którego doszło kilka tygodni później. A było to bardzo smutne wydarzenie.
Kot nie bał się rzucających, ba, przyjmował ich rzuty z radością. Zazwyczaj niecelne, odstraszały ptaki z gałęzi, tak że kocur mógł na nie spokojnie polować. Rozwścieczeni tym studenci śpiewności ptaków wyrywali z ziemią trawę i ciskali nią we wroga. Wróg lubił zieleń. Uśmiechał się w środku, czując zapach różnokolorowych kwiatów. Jeszcze bardziej zdenerwowani ludzie postanowili odpocząć przy wielkiej uczcie, która również, jak pierwsza, skończyła się niewiadomego świtu.
Podczas snu pan Achojzy miał sen. Śniło mu się, że z kimkolwiek można dogadać się tylko wówczas, gdy zna się jego język. Po przebudzeniu poklepał się parokrotnie w czoło i wybiegł na dwór, by ogłosić zarówno dobrą, jak i złą nowinę reszcie Kościkowa.
Niestety, od momentu wejścia kocura na drzewo nikt nawet nie podjął zamiaru nauki kociej mowy.
Dzieci zwalały winę na rodziców, że im niby nie pozwolili (choć każdy doskonale wiedział, iż najmłodszych zawsze ciągnie do rozumienia zwierzęcych wygłupów); rodzice wrzeszczeli na obserwatorki, które mogły przecież uczyć się z samego patrzenia; starsze panie biadoliły ciągle na bezczynność, a wszystkim było gorąco. Brak deszczu wywołał bójkę między grupami, jakiej Kościków dotąd nie widział. Skończyła się ona dopiero wraz z nadejściem zmęczenia. Nie było ofiar śmiertelnych.
Następny dzień również nie okazał się zwycięski dla biednych mieszkańców, trzeci natomiast przyniósł pewną pomoc w postaci zagubionego młodzieńca twierdzącego, że zna kocią mową. Uczył się jej już w pierwszych klasach podstawówki pod czujnym okiem szanowanego i znanego w Kościkowie profesora Kampińczyka. Wszyscy woleli oczywiście mistrza, uczeń jednak też mógł się przydać. Z radością powitano go iście królewskim posiłkiem, a następnie zaprowadzono pod drzewo. Młodzieniec w swoich opowieściach nic nie wspomniał, że nie należał do pilnych uczniów. Miał kłopoty z zapamiętaniem słówek i odróżnianiem rodzajów miauknięć, duży problem sprawiała mu również gramatyka. Nie dawał tego po sobie poznać, ponieważ czuł nadchodzącą sławę, której nie zamierzał byle prawdą odganiać.
Kot patrzył na niego i się śmiał. Przewróciłby się na plecy, gdyby nie znaczyło to upadku z dużej wysokości. W pewnym momencie jednak poczuł litość. Biedny chłopak, został zagoniony do czegoś, co go wcześniej w ogóle nie interesowało. Zamiast siedzieć w wygodnym fotelu, musiał ślęczeć na dworze, przy temperaturze trzydziestu jeden stopni (w cieniu!) i próbować dogadać się z wrogiem numer jeden Kościkowa. Zapewne zwierzę zeszłoby z drzewa, żeby tylko mieszkańcy dali spokój młodzieńcowi, niestety - albo stety - w w kulminacyjnym momencie chłopak krzyknął:
- A niech cię diabli wezmą, mały skurwysynku!
Kot stanął na czterech łapał. Najeżył sierść. Pazury z wielką siłą wbił w gałąź. Pokazał ostre zęby. Każdy głupi wiedział, co miało być następne. W krótkim czasie przed ludźmi pojawiło się mnóstwo kotów, również z pazurami na wierzchu. Mimo przewagi liczebnej i wielkości mieszkańcy przegrali walkę stosunkiem dwudziestu dwóch kopów do czterystu pięćdziesięciu czterech udrapań. Najwięcej dostało się oczywiście młodzieńcowi, który wyjechał z miasteczka w okrzykach ogólnego niezadowolenia.
Przez następne dwa tygodnie ludzie nadal nie wiedzieli, jak zmusić kota, by zszedł z drzewa i tym samym oddał im świeże powietrze. Zrozpaczeni, zapomnieli o obowiązkach, zaniedbywali siebie nawzajem, łatwo popadali w histerię. Kościków powoli stawał się miasteczkiem upadającym, któremu sąsiedzi w żaden sposób nie zamierzali pomóc. Z drugiej strony komentowano w ogólnomiasteczkowej telewizji wydarzenia poddrzewne oraz wrzucano mnóstwo parodii "akcji z kotem" na You Tube.
Dnia dwudziestego ósmego sierpnia spadł pierwszy letni deszcz. Zaczęło się niewinnie, od pojedynczych kropel, które mieszkańcy, już kompletnie bez wiary, brali za pozostałości ulewy z początku czerwca. Dopiero po pewnym czasie uświadomili sobie, że to coś nowego, że Bóg się nad nimi zlitował, przyniósł pomoc. Deszcz, deszcz, krzyczały dzieci, obserwatorki, starsze panie, krzyczał pan Achojzy. Jedynie kot nie krzyczał, aczkolwiek był spokojny. Ot, byle ulewa krzywdy mu nie zrobi. Miał rację, niestety dla niego, a na szczęście dla Kościkowa, "byle ulewa" w szybkim czasie zmieniła się w potężną burzę. Ludzie w mig znaleźli się w domach, zwierzę zaś zostało na drzewie, wierne własnym ideom trzymanym w tajemnicy do samej śmierci, zginęło bowiem od porażenia piorunem.
Radość miasteczka była ogromna. Tańczono, śpiewano, biesiadowano, zapraszając do uczty każdego, kto tylko chciał. Wybaczono sąsiadom brak pomocy, śmiano się z parodii na You Tube, ogólnie świętowano do późnej nocy. Nikt przy tym nie zauważył, że jeden z piorunów podpalił stodołę pana Achojzego. Ogień szybko rozprzestrzenił się na resztę Kościkowa, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze.
Ku zdziwieniu Stwórcy, nie było ofiar śmiertelnych.
Ostatnio zmieniony sob 16 lip 2011, 13:21 przez patkazoom262, łącznie zmieniany 5 razy.



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » czw 14 kwie 2011, 22:09

patkazoom262 pisze:koty bowiem miauczą zawsze w sposób jednakowy

Nieprawda.

patkazoom262 pisze:odgłos proszący o jedzenie

To nie odgłos pragnie być nakarmiony, tylko kot.

patkazoom262 pisze:Już pożyteczniejsza była nauka języka psa

Nadmiar rzeczowników. Napisałabym tak:
Już pożyteczniejsza byłaby nauka psiego - języka najlepszego przyjaciela....

patkazoom262 pisze:Kot co noc musiał wysłuchiwać podobnych do świergotu ptactwa krzyki, jęki i szepty.

"Krzyki, jęki i szepty" powinny być w dopełniaczu.

patkazoom262 pisze:jego własne ścieżki prowadziły zawsze w granicach Kościkowa

Prowadziły dokądś. Może: jego własne ścieżki nigdy nie prowadziły poza granice, chociaż to też jest karkołomne. Do przemyślenia jeszcze.

patkazoom262 pisze:na ziemię od śmierci, czy zejdzie na nią z powodu znudzenia i zmiany zdania

Brzmi, jakby kot miał zejść na śmierć, nie na ziemię. Może: zejdzie na dół?

patkazoom262 pisze:Dzieci rzucały w niego przedmiotami, aby wymusić jedno i drugie, wkrótce jednak odgoniły je rodzice, jeszcze myślący, aczkolwiek dla swojego dobra, wśród rzeczy rzucanych bowiem znajdowały się często szczotki, mydła, a nawet pięciozłotówki.

Może lepiej byłoby: aby wymusić jedno lub drugie? Rodzice odgonili, nie odgoniły. "Jeszcze myślący, aczkolwiek" - zbędne. Całość mogłaby wyglądać tak:
Dzieci rzucały w niego rozmaitymi przedmiotami, aby wymusić jedno lub drugie, wkrótce jednak odgonili je rodzice, dla własnego zresztą dobra, bowiem wśród rzeczy rzucanych znajdowały się często szczotki, mydła, a nawet pięciozłotówki.


patkazoom262 pisze:A ludzie z Kościkowa byli biedni, z trudnością wiążący koniec z końcem.


Po co imiesłów? Byli biedni i trudnością wiązali...

patkazoom262 pisze:Kot się z nich śmiał, ale tylko w sobie.

Kot śmiał się pod wąsem. :)

patkazoom262 pisze:Nie dbano również o jedzenie kota.

Chyba dla kota? Bo o konsumpcję samego kota to już by ci biedni ludzie z pewnością zadbali, gdyby przyszło im to do głowy... :)

patkazoom262 pisze:W ogóle owe lato

Literówka.

patkazoom262 pisze:Ludzie narzekali przez połowę lipca na zbyt wysoką temperaturę. Oskarżali oczywiście kota za wsysanie zdrowego powietrza.


Jakoś mało malowniczo narzekają. Wiadomościowo-urzędowo. Oskarża się o coś, nie za coś. Za coś można ukarać.

patkazoom262 pisze:Jak w każdej szczytnej akcji, doszło do wiele sporów.

Szczytny może być cel. Nie w każdej akcji dochodzi do sporów - tu jest za duży skrót myślowy. Myśl do rozwinięcia.

patkazoom262 pisze:Zazwyczaj niecelne, odstraszały ptaki z gałęzi, tak że kocur mógł na nie spokojnie polować.


Jak rzuty odstraszały, to ptaki odfruwały i nijak nie dało się ich upolować. A już na pewno spokojnie. Czego jak czego, ale spokoju to tam być nie mogło...

patkazoom262 pisze:twierdzącego, że zna kocią mową.

Literówka.

patkazoom262 pisze:Kot stanął na czterech łapał.

Wiadomo co.

patkazoom262 pisze:wyjechał z miasteczka w okrzykach ogólnego niezadowolenia.


Tja. Wsiadł w okrzyki i wyjechał. ;) Może pośród okrzyków?

Ogólnie opowiadanko bardzo fajne, trochę trzeba tu jeszcze poczyścić, podszlifować i urocza zabawka gotowa. Lubię Twoje teksty.

Pozdrawiam


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » czw 14 kwie 2011, 22:13

Poprawka: i z trudnością wiązali


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2380
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » wt 07 cze 2011, 23:51

patkazoom262 pisze:zagłusza ciszy
ciszę to raczej się zakłóca... Zagłuszać można coś, co dźwięki wydaje.

patkazoom262 pisze:Kot co noc musiał wysłuchiwać podobnych do świergotu ptactwa krzyki, jęki i szepty.
przypadki się pomieszały

patkazoom262 pisze:Po czterech dniach od wejścia na drzewo mieszkańcy zaczęli się zakładać,
Z tego wynika, że to mieszkańcy cztery dni temu weszli na drzewo

patkazoom262 pisze:Dzieci rzucały w niego przedmiotami, aby wymusić jedno i drugie, wkrótce jednak odgoniły je rodzice, jeszcze myślący, aczkolwiek dla swojego dobra, wśród rzeczy rzucanych bowiem znajdowały się często szczotki, mydła, a nawet pięciozłotówki.
Zdaniu dobrze by zrobiło jakieś pocięcie, bo jest dość mętne i dziwaczne gramatycznie. Trochę za wiele na raz.

patkazoom262 pisze:Na zewnątrz udawał poważne, dostojne zwierzę, który potrafi dniami
które

patkazoom262 pisze:A zwierzę patrzyło i wiedziało, że było to zabawne.
Hehe, brzmi prawie biblijnie ;)

Nie wiem, co jest w tym tekście, ale czytało się go fajnie. Ma sporo niedoróbek (starałam się nie powielać tego, co wyciągnęła Thana), ale przyjemny klimacik. Trochę pewnie tutaj zyskałaś w moich oczach, wplatając kota (uwielbiam teksty o tych stworzonkach), ale na pewno nie tylko.

Dobra robota :)

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
patkazoom262
Dusza pisarza
Posty: 454
Rejestracja: pn 17 mar 2008, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Mokas
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: patkazoom262 » śr 08 cze 2011, 16:51

Dzięki, dziewczyny (a Thanę również przepraszam, że dopiero teraz dziękuję, jakoś mi jednak wypadło z głowy odpowiedzieć).

Co do zdania "prawie biblijnego", to ono jest jak najbardziej specjalnie, na początku, tzn gdy dopiero rodził się pomysł, miało być tego więcej, ale później sobie odpuściłam - lepiej nie komplikować tekstu, który w zamierzeniu ma być prosty i przyjemny. :P


PS No, koty są git, zresztą, pies by tu nie pasował. ;)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pt 15 lip 2011, 23:25

Fajna, przyjemna grotesta. Moment z kopniakami i zadrapaniami podany w odpowiednim stosunku rozbawił mnie mocno. Trochę błędów stylistycznych i literówek - to zostało Ci pokazane. Ja ze swojej strony dodam, że czytając, czułem rozrywkę pełną gębą i aż się dziwiłem, że interesuje mnie historia kota, który wlazł na drzewo. Zwieńczenie opowieści też niczego sobie, doskonale podsumowuje Kościkowo i jego mieszkańców. I chyba to wszystko, co mam do powiedzenia. Podobało mnie się.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość