List, który spadł z nieba

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Galla
Dusza pisarza
Posty: 606
Rejestracja: sob 16 mar 2013, 10:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

List, który spadł z nieba

Postautor: Galla » ndz 17 lis 2013, 21:44

Ponieważ Sep wycofał się z bitwy i z forumowego życia, zamieszczam tekst tutaj. Konstruktywna krytyka zawsze mile widziana! :)


___Piątego dnia zimno zmieniło rzekę w purpurowe szkło.

___Miasto, wciąż zgrzane i rozbiegane, parowało w uprzęży murów, piece pożerały drewno i wielbłądzie łajno, tłumy wiernych tłoczyły się przy kadzielnicach świątyń. Lecz poza bramą czaiła się cisza, nikt nie wyruszał na pustynię i nikt z niej nie wracał; także mąż Anaitis.

___Pięć dni temu powiedziano jej, że Aurelius Feliks zginął z całą grupą posłańców, zabity przez koczowników. Ale Anaitis tylko potrząsnęła głową i nadal modliła się o jego powrót, wdychając brzoskwiniowy dym ofiarnych ołtarzy. Bogowie mieli barwę płomienia i skrzydeł smoków; kiedyś czuła ich oddech, gdy przykładała policzek do muru świątyni, lecz teraz kamienie parzyły zimnem i nawet bogowie umilkli.

– Idź do domu, Anaitis – mówili ludzie, a w ich głosach czaiła się litość, zielona jak ostra trawa i śpiew skalnych syren. Lecz zieleń była trucizną, gorzko–cierpkim lekarstwem kotów, dlatego Anaitis nie ufała współczuciu.

___Dlatego też modliła się nadal, a wieczorami wracała do warsztatu, tkać pasy miękkiego materiału. Tkaniny spadały z krosien, osnuwając szarością jej smutek, jak przez dwadzieścia lat życia, zanim przyszedł do niej goniec i strażnik pustyni.

– Od ciebie pochodzi sukno, które sprzedała karawana Bar Malika, pani? – spytał tamtego dnia Aurelius Feliks, uchylając drzwi komnaty. – Kupcy Palmyry bardzo je chwalą; zapłaciliby więcej, gdyby było wzorzyste.
– Nie umiem tkać wzorów. Matka mówi, że widzę tylko czerń – odrzekła mu, ale wiedziała, że to nieprawda. Czerni nie można było zobaczyć, przychodziła tylko w snach, gromadząc się w płucach i wylewając przez nos, a wówczas Anaitis topiła się w pustce.
___Mężczyzna milczał, skąpany w korzennym zapachu, lecz zaraz roześmiał się i dotknął lekko jej dłoni. Za paznokciami miał ziarenka piasku dalekich pustyń.
– Mylisz się co do czerni, Anaitis – powiedział. – Ludzie maczają w niej trzcinkę i piszą listy, a ja przewożę je ścieżkami karawan. W czerni drzemią wszystkie opowieści i barwy, piękno i strach świata. Ale nic się nie martw. Nauczę cię jej.

___Odtąd czerń była ciepłem lata, szelestem traw i zapachem włosów, gdy leżeli na brzegu rzeki, wolni poza murami miasta. Czarne i ciepłe musiały być też gwiazdy, o świetle miękkim jak przędza. Wznosiły się za wysoko, by mogła je dotknąć, lecz czasem czuła przecież powiew nocnego nieba, głaszczący jej policzki.

– Dlaczego musisz znów jechać? – Spytała, gdy wyruszała kolejna karawana. – Mam szukać czerni w sierści kotów i w splotach tkanin? Nie jest tak piękna, jak ta w twoich ramionach.
– Będę wracał – powiedział – i za każdym razem przywiozę ci nowy kolor.

___Dotrzymał słowa. Wrócił, przywożąc jej chłód kamiennych kolczyków i ogień powitania.

– To kamień Baktrii, lapis lazuli w języku Rzymian – rzekł – i nie znajdziesz tej barwy nigdzie tutaj, tylko w oczach posągu najwyższego boga. Ale jest tłem wszystkich pieśni, Anaitis, jest dumą pawi i głębią jezior Armenii. Lecz o tym opowiem mojej żonie, jeśli zgodzi się nosić kolczyki z lazurytu.

___Od tej pory Anaitis przekłuwała ozdobami uszy i zakładała na palce pierścienie; słuchała wieczorami pieśni swego męża, w radości i strachu, bo stała na krawędzi przepaści, a pod nią przepływały chmury i błyszczały złote dachy odległych pałaców.

– Szafran jest żółty – powiedział jej, gdy wrócił z kolejnej wyprawy, w przepoconych szatach i spalony słońcem – Jestem posłańcem samego padyszacha i wiozę list z pozdrowieniami dla pięknej Anaitis, a także woreczek szafranu, za który moglibyśmy kupić sobie młodą klacz.
___Anaitis śmiała się, a świat stawał się coraz pełniejszy, żółciły się świeże liście, wełna i szorstka powierzchnia skał, a wieści o zalanych słońcem Indiach pachniały szafranem.

___Dlaczego miałaby więc wierzyć ludziom, dla których była tylko dziewczyną urodzoną, by tkać jednobarwne szaty? Oni kłamali, a Feliks zawsze dotrzymywał słowa.

– Znów muszę zawieźć listy, Anaitis – rzekł dziwnie smutny, zanim wyjechał po raz ostatni – Konno i z bronią, lecz bez karawany wielbłądów.
– Cieszy mnie to. Szybciej wrócisz – odpowiedziała mu z uśmiechem.
– Chciałbym być jeszcze szybszy. Wielki król śle listy, przywiązując je do nóżek gołębi, które w trzy dni dolatują do Armenii. Chciałabyś dostać list niesiony przez stado ptaków, Anaitis?
– Wiesz, że go nie odczytam, mój drogi. I chcę ciebie, nie ptaki.
Pamiętała, że ujął jej twarz i pocałował w czoło, jakby była jego córką, nie żoną.
– Nauczyłem cię kolorów. Poradzisz sobie.
– Nie wszystkich – rzekła, nagle bezradna jak dziecko – Nie wiem jeszcze nic o bieli.
– Więc opowiem ci o niej. Nic się nie martw, Anaitis. Świat się zmienia, ptaki odlatują, a kwiaty rosły drobne tego roku. Poznasz biel, tylko poczekaj cierpliwie.
– Nie rozumiem, Feliksie... Coś się dzieje, ludzie mówią, że zbliża się wojna. Włócznie są czerwone, a łuki złote, bo cięciwy drżą jak promienie słońca. Ale ty nie powinieneś ich dotykać.
– Jestem posłańcem w czasie wojny i pokoju. I muszę jechać, skąd brałbym nowe barwy i opowieści dla ciebie? Dostaniesz niejeden list. Kiedyś zrozumiesz, Anaitis – powiedział, ucałował ją raz jeszcze i odszedł na pustynię.

___Zabrał ze sobą jesień i w mieście pozostało tylko zimno, przenikliwe jak jej samotność; wiatr gubił się w zaułkach i uderzał w okiennice jej domu, coraz głośniej i rozpaczliwiej.
___Lecz w dniu gdy rzeka i woda w marmurowych misach ścięły się purpurą, nastała cisza, ten rodzaj spokoju, który wygasza zmysły tuż przed pierwszym podmuchem letniej burzy. Anaitis nie bała się burz i znała modlitwy, chroniące ją przed gniewem bogów. Ale teraz lato minęło i działo się coś nieoczekiwanego, każąc jej zostawić krosna i wyjść w chłód wieczoru.
___Szła ulicą miasta rozpoznając każdą płytę bruku; przesuwała palcami po szorstkich framugach okien, twardych i skostniałych. Nadeszła zima – mówili ludzie – zstąpiła do nas z gór. Coś takiego zdarza się w Międzyrzeczu raz na dwadzieścia lat.
___Tego nie rozumiała, jak i dziwnego posmaku chłodu, innego od wszystkich znanych z czasu słoty. Feliks opowiadał jej o zamkach z lodu i dziewczynie, która zeszła w doliny, pojąc wyschnięte wargi umierających, budząc tłusty zapach ziemi. Lecz tamta opowieść mówiła o wiośnie, turkusowej wśród świeżego deszczu; teraz ziemia była uśpiona, choć nie spał żaden kamień i żadna z nagich gałęzi drzew, i wszystko trwało w ciszy głębokiej jak oczy Anaitis.

___I wtedy poczuła, jak pada śnieg.
___Smakował jak cienkie plakietki metalu, pachniał jak zamarznięta krew, osiadał na jej rzęsach, łaskotał policzki i marmury ścian. I był biały, biały, biały...

___I nagle wszystko stało się jasne, piękno twarzy dalekich księżniczek, błysk diamentu, gwiazdy, światło księżyca, słodki półcień lilii, trupia bladość martwych wojowników i jego śmierć.
___Opowieści tańczyły w okruchach światła, które topniały na wargach Anaitis, wplatały się w sens słów, głaskały jej twarz, okrywając całunem miasto i uśpione świątynie.

___Jej śmiech też był biały, jak śnieg z solą, łzy i smak podartych listów.
Ostatnio zmieniony ndz 26 sty 2014, 19:55 przez Galla, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1129
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » ndz 17 lis 2013, 22:08

Pierwszy! Po raz kolejny ;)

Baaardzo fajny tekst - w sumie, to podoba mi się w nim wszystko. Konstrukcja (ładnie domknęłaś historię), styl (leniwy, i nie nazbyt obfity (jak w poprzednim Twoim tekście)), fabuła (b. ciekawa, choć mocno służebna względem przekazu). Pisanie przychodzi Ci z łatwością, masz dar do snucia opowieści , natomiast w tym opku czuć, że pilnujesz narracji, by nie popłynąć - to wielka sztuka, tak balansować na krawędzi (gdzieś między poetyką a wiesz czym ;) ). Duże brawa dla tej Pani!


Coś tam było? Człowiek! Może dostał? Może!

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 752
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » wt 26 lis 2013, 02:52

Zaintrygowała mnie uroda tego tekstu. Widać, że zapełniłaś już niejedną stroniczkę, że pisanie jest czymś, co robisz z pasją i uczuciem.

Na wszelki wypadek wróciłem do Twojego pierwszego tekstu, który z grubsza obijał mi się po peryferiach pamięci. Znowu nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jakby mógł, bo…po raz kolejny pogubiłem się w meandrach imion, zależności, nadmiaru wydarzeń i szczegółów, nawiązujących do czegoś tam poza pokazanym tekstem.

I jeszcze – na domiar złego – dyskusja, która rozmyła się w ustalaniu długości miecza i ciężaru hełmu.

Tu jest inaczej.

Lecz też nie całkiem łatwo.

Kolejne czytania postawiły mnie wobec pewnych dylematów, związanych z faktem, że wrażenie urody pozostało, lecz poetyka (a również - skądinąd kunsztowna, przemyślana - konstrukcja utworu) zaczęły pokazywać drobne dziury. I teraz nie wiem, czy to mnie brakuje jakiegoś wyczucia, związanego z percepcją określonego sposobu metaforyzowania, czy to Ty nie zapanowałaś nad poetyckim natchnieniem.

Bardzo proszę, żebyś nie traktowała powyższego stwierdzenia jak wysublimowanej ironii, zupełnie poważnie – męczą mnie wątpliwości i to raczej co do własnych kompetencji.
Spróbuję o nich napisać, wałkując tekst nieco bardziej szczegółowo.

„Piątego dnia zimno zmieniło rzekę w purpurowe szkło.”

No właśnie Bardzo sugestywnie, ale dlaczego purpurowe? Jedyne, co mi się nasuwa, to wschód i zachód słońca, które barwiąc wodę na ten kolor, w połączeniu z zimnem (samo to słowo działa na odczucia, wyobraźnię) mogłoby dać taki efekt. Lód? Żeby skuć rzekę – pięć dni to za mało, co więcej, lód byłby pewnie zjawiskiem tak samo niecodziennym, jak śnieg.
Zgubiłem się. Może trzeba zostać przy urodzie, nie wnikając w dosłowny sens?

„Bogowie mieli barwę płomienia i skrzydeł smoków; kiedyś czuła ich oddech, gdy przykładała policzek do muru świątyni, lecz teraz kamienie parzyły zimnem i nawet bogowie umilkli.”

„Czuła”. Nie - „słyszała”. Czyli bogowie raczej zasnęli, umarli, odeszli, ostatecznie ucichli?

”– Idź do domu, Anaitis – mówili ludzie, a w ich głosach czaiła się litość, zielona jak ostra trawa i śpiew skalnych syren. Lecz zieleń była trucizną, gorzko–cierpkim lekarstwem kotów, dlatego Anaitis nie ufała współczuciu.”

„drewno i wielbłądzie łajno”, „barwę płomienia i skrzydeł smoków”, „ostra trawa i śpiew skalnych syren”. Wygląda na to, że łączysz w sposób (jak mi się wydaje) z gruntu poetycki cechy, rzeczy, czy atrybuty parami – z użyciem spójnika „i”. To jest zabieg rytmotwórczy, a skupiony na stosunkowo niewielkiej powierzchni tekstu poetyzuje go w sposób widoczny.
Przełamałbym to, wprowadzając inny element poniekąd poetyzujący, w postaci powtórzenia:
„– Idź do domu, Anaitis – mówili ludzie, a w ich głosach czaiła się litość, zielona jak ostra trawa, zielona jak śpiew skalnych syren. Lecz zieleń TA była trucizną, gorzko–cierpkim lekarstwem kotów, dlatego Anaitis nie ufała współczuciu.”

„Dlatego też modliła się nadal, a wieczorami wracała do warsztatu, tkać pasy miękkiego materiału. Tkaniny spadały z krosien, osnuwając szarością jej smutek, jak przez dwadzieścia lat życia, zanim przyszedł do niej goniec i strażnik pustyni.”

1. Tkanie przez Anaitis układa mi się chronologicznie tak: szare, czarne, niebieskie, żółte i tak dalej...wzór wielobarwny – i (nieszczęście) - znowu szaro. Może nie od rzeczy byłoby bardziej zaakcentować ten powrót? Czyli:
„Tkanina zsuwała się z krosien, znowu otulając szarością jej smutek, jak przez te wszystkie lata, zanim przyszedł do niej goniec - strażnik pustyni.”
Tkanina (pojedynczo) – bo praca przy ręcznych krosnach jest mozolna, idzie powoli. I gotowa tkanina przez to tempo chyba się ześlizguje pomału, nie spada. Tak sobie myślę. Może niekonieczna jest dokładna liczba lat?
Drobne sugestie, do wyłącznie Twojego rozporządzenia.
2. Parowania ciąg dalszy. Tym razem wygląda trochę tak, jakby do bohaterki zawitał duet: listonosz i funkcjonariusz Straży Miejskiej :-) Przepraszam. Taki sobie kulawy żarcik, żeby poluzować nadęcie towarzyszące nieuchronnie czyjemuś (w tym wypadku mojemu) wymądrzaniu się.
OK. Że Feliks najwyraźniej pełnił obie role, to może by je połączyć przecinkiem: „goniec, strażnik pustyni” lub myślnikiem: „goniec-strażnik pustyni”

„W czerni drzemią wszystkie opowieści i barwy, piękno i strach świata. Ale nic się nie martw.”

Znowu jest parowanie. Przy czym druga para jest w jakiejś logicznej relacji, pierwsza – nie.
„W czerni drzemią wszystkie opowieści, wszystkie barwy, całe piękno i strach tego świata.”
Pozwoliłem sobie na małe poprawki w zdaniu, w moim słyszeniu poprawiające jego melodię.

„Wznosiły się za wysoko, by mogła je dotknąć, lecz czasem czuła przecież powiew nocnego nieba, głaszczący jej policzki.”

„Ich” dotknąć chyba.
„Powiew” dość jednoznacznie splata się z nocnym wiatrem, nie niebem, ale to jest bardzo pięknie namalowany obraz, może „tchnienie” nocnego nieba – nieco bardziej niedookreślone, poetyckie i bardziej „kosmiczne” dałoby się tu zastosować?

„Dotrzymał słowa. Wrócił, przywożąc jej chłód kamiennych kolczyków i ogień powitania.”

Tutaj znowu nie wiem. „Kamienne kolczyki” to - z mojego punktu widzenia - też wyrażenie poetyzujące, bo czytając wprost mam wrażenie, że bohaterka kamieniem przekłuwa sobie uszy. „…chłód kamieni w misternych (ciężkich, pięknych, srebrnych) kolczykach i ogień powitania” Czy jakoś tak. Proszę o wybaczenie, jeśli błądzę.

„Od tej pory Anaitis przekłuwała ozdobami uszy i zakładała na palce pierścienie; słuchała wieczorami pieśni swego męża, w radości i strachu, bo stała na krawędzi przepaści, a pod nią przepływały chmury i błyszczały złote dachy odległych pałaców.

…pieśni swego męża – w radości, ale i strachu, bo stała…”
Taki tam drobiazg porządkujący zdanie, rozkładający akcenty.


„– Szafran jest żółty – powiedział jej, gdy wrócił z kolejnej wyprawy, w przepoconych szatach i spalony słońcem.”

Kolejność obserwowania, bo narratorowi bliżej jest do Anaitis i jest niejako sprawozdawcą jej widzenia świata. Czyli: "…gdy wrócił z kolejnej wyprawy, spalony słońcem, w przepoconych szatach.” – bo najpierw widzi się ukochaną osobę jako taką, a później oprawę.

„Anaitis śmiała się, a świat stawał się coraz pełniejszy, żółciły się świeże liście, wełna i szorstka powierzchnia skał, a wieści o zalanych słońcem Indiach pachniały szafranem.”
Czemu świeże liście się żółcą?
I znowu (indywidualna) kwestia wysłyszenia melodii, postarałbym się uniknąć powtórzenia „szafranu”, dlatego:
„…a szafranowo pachniały opowieści o zalanych słońcem Indiach.”

No tak. I teraz, zarówno z punktu widzenia wewnętrznej logiki, jak również konstrukcji opowiadania wypadałoby napisać jakieś zdanie, że Feliks otworzył Anaitis drzwi do widzenia wszystkich kolorów, bo uwieńczeniem jest suma ich wszystkich – biel, ku której dąży opowieść.

Coś o czerwieni korali z południowych mórz, fiolecie granatów, (ha! trudne, ad hoc niewiele więcej przychodzi mi do łba), coś tam, coś tam. Wtedy następny akapit będzie dobrze umocowany, zakotwiczony w tekście:
„Dlaczego miałaby więc wierzyć ludziom, dla których była tylko dziewczyną urodzoną, by tkać jednobarwne szaty? Oni kłamali, a Feliks zawsze dotrzymywał słowa.”

„Świat się zmienia, ptaki odlatują, a kwiaty rosły drobne tego roku. Poznasz biel, tylko poczekaj cierpliwie.”

Rozumiem to tak, że on już wie, iż przyjdzie zima. Ale z tymi ptakami to sobie nie umiem poradzić, no bo jeśli w Międzyrzeczu jest tak, jak u nas, to znaczy na zimę ptaki odlatują w cieplejsze strony, to raczej – że „wcześniej odlatują”, a jeśli mają „zaptaszenie” stałe plus ptaki migrujące, przelotne, to chyba jakoś – „ptaki są niespokojne, więcej odlatuje, niż zostaje”, coś w tym guście.

„Zabrał ze sobą jesień i w mieście pozostało tylko zimno, przenikliwe jak jej samotność; wiatr gubił się w zaułkach i uderzał w okiennice jej domu, coraz głośniej i rozpaczliwiej.”

Drobniutka redakcja:
„Zabrał ze sobą przyjazną jesień, a w mieście pozostało tylko zimno, przenikliwe, jak jej samotność. Wiatr gubił się w zaułkach i uderzał w okiennice jej domu, coraz głośniej i natarczywiej.”
Na pytanie, czemu tak – nie znam odpowiedzi :-) Ale tak słyszę.

„Lecz w dniu gdy rzeka i woda w marmurowych misach ścięły się purpurą, nastała cisza, ten rodzaj spokoju, który wygasza zmysły tuż przed pierwszym podmuchem letniej burzy.”

O purpurze już wspominałem. Cisza przed burzą uspokaja przyrodę nieożywioną, ale u istot żywych raczej zaostrza zmysły w niepokojącym oczekiwaniu na gwałtowne, które może nastąpić. Tak mi się wydaje. I tak też powszechnie się tę ciszę rozumie.

„Anaitis nie bała się burz i znała modlitwy, chroniące ją przed gniewem bogów.”
"Ją” chyba niepotrzebne.

Ale teraz lato minęło i działo się coś nieoczekiwanego, każąc jej zostawić krosna i wyjść w chłód wieczoru.”

Można?
„Ale przecież lato minęło, działo się coś nieoczekiwanego, każąc jej zostawić krosna i wyjść w chłód wieczoru.”
Albo – już nieco inaczej:
„Ale przecież lato dawno minęło i to coś nieoczekiwanego, co kazało jej zostawić krosna i wyjść w chłód wieczoru, z latem nie miało nic wspólnego”.
Znowu – nienachalna (mam nadzieję), sugestia. Brzmieniowo- znaczeniowa.

”Szła ulicą miasta rozpoznając każdą płytę bruku; przesuwała palcami po szorstkich framugach okien, twardych i skostniałych.”

Bruk – raczej z nieforemnych kamieni, płyta – budulec chodników, traktów, raczej równej wielkości. Razem – trochę się gryzą.
„…rozpoznając każdy kamień, po którym stąpała….”.
„…rozpoznając każdą z płyt, którymi ta była wybrukowana (wyłożona)…” czy coś w tym stylu – chyba.

„Feliks opowiadał jej o zamkach z lodu i dziewczynie, która zeszła w doliny, pojąc wyschnięte wargi umierających, budząc tłusty zapach ziemi. Lecz tamta opowieść mówiła o wiośnie, turkusowej wśród świeżego deszczu; teraz ziemia była uśpiona, choć nie spał żaden kamień i żadna z nagich gałęzi drzew, i wszystko trwało w ciszy głębokiej jak oczy Anaitis.”

Tu też bym troszkę przeredagował:
„Prawda - Feliks opowiadał jej o zamkach z lodu i dziewczynie, która zeszła w doliny, pojąc wyschnięte wargi umierających, budząc tłusty zapach ziemi, lecz tamta opowieść mówiła o wiośnie, turkusowej wśród świeżego deszczu. Teraz ziemia była uśpiona, choć nie spał żaden kamień i żadna z nagich gałęzi drzew, i wszystko trwało w ciszy głębokiej jak oczy Anaitis.”
Lepiej? Nie mam pojęcia, to kwestia wyznawanej religii :-)
Jednak takie pogrupowanie jakoś mi bardziej leży.
No i jeszcze poetyka. Wiem, „oczy głębokie, oczy uroczne” – ale jednak „głębokie” – frazeologicznie - to jest spojrzenie, oczy bywają głęboko osadzone, choć jest „głębia” oczu.
No i znowu rozterka.

”I wtedy poczuła, jak pada śnieg.”

Anaitis NIE WIE, NIE ZNA śniegu. SŁYSZAŁA o nim, może od Feliksa, może od ludzi.
Może by to rozegrać tak:
„I wtedy poczuła, że coś spada z nieba. Poczuła, bo tak było ciche i lekkie. To musiał być śnieg.”
Jakoś w ten sposób, żeby podkreślić nieoczywistość zjawiska, z którym namacalnie Anaitis spotkała się po raz pierwszy.

„Smakował jak cienkie plakietki metalu, pachniał jak zamarznięta krew, osiadał na jej rzęsach, łaskotał policzki i marmury ścian.”

Rozterki ciąg dalszy. „Łaskotał policzki i marmury ścian" – bez jakichkolwiek wątpliwości, smak „plakietek metalu”, a zwłaszcza woń „zamarzniętej krwi”(jak, skąd, dlaczego? takie porównanie u bohaterki) – jednak dziwnie. Choć ładnie.

”I nagle wszystko stało się jasne, piękno twarzy dalekich księżniczek, błysk diamentu, gwiazdy, światło księżyca, słodki półcień lilii, trupia bladość martwych wojowników i jego śmierć.”

Z „gwiazd” bym zrezygnował, one już w tej sztuce wystąpiły, a cała reszta określeń jest w kontraście (chłód, barwa) do dotychczasowo użytych. Chyba, że gwiazdy z czarnych stały się białe („cała jaskrawość” zrozumienia przez Anaitis), ale wówczas proszą się o osobne zdanie, które byłoby finałowym zwieńczeniem dramatu kobiety. I zamiast „jasne” użyłbym „oczywiste”.

„Opowieści tańczyły w okruchach światła, które topniały na wargach Anaitis, wplatały się w sens słów, głaskały jej twarz, okrywając całunem miasto i uśpione świątynie.”

Tu mam wrażenie pewnego grochu z kapustą, nieprzystawania pojęć do siebie ze względu na zakresy, jakie obejmują, a do tego powtarzania użytych już motywów.
Po swojemu, zupełnie po swojemu, uporządkowałbym to tak:
„Opowieści tańczyły w wirujących okruchach bieli, które topniały na wargach Anais, wplatały się w sens szeptanych przez nią słów, okrywały cichym całunem miasto i uśpione świątynie.”
I znowu – nie wiem, czy wszystko zrozumiałem, czy czegoś nie pogubiłem w tej próbie.
Choć po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że mogłaś chcieć, aby wcześniejsza „jasność” korespondowała z „okruchami światła”.
Zatem niech będzie, że czytelnik nie do końca kumaty i nie wszystko skleja, jak powinien.

„Jej śmiech też był biały, jak śnieg z solą, łzy i smak podartych listów.”

Finałowa rozterka. Czuję, lecz nie rozumiem. W zasadzie nic takiego, jednak wkrada mi się podejrzenie, że gdzieś odleciałaś, a ja się z Tobą nie zabrałem. Być może jest to całkiem niesłuszne podejrzenie. Ale swojej wersji nie umiem stworzyć.

Teraz będzie istotne oświadczenie. Otóż wałkowanie, czepialstwo czy indywidualne rozterki stylistyczne to są absolutnie nieważne didaskalia. I w niczym nie podważają mocnego przekonania, że tekst jest bardzo dobry.

Skorzystałaś z najlepszych wzorców, napisałaś baśń, której z zaciekawieniem posłucha dziecko i w której mnóstwo znaczeń odkryje starszy czytelnik.

Na dwóch kartkach prozy (wiem, bo sobie drukuję) zawarłaś wszystko, co można powiedzieć o miłości w ogóle. O uczuciu, które tu - łączy mądrego, szlachetnego mężczyznę i czułą, rozumiejącą kobietę. Pięknych bohaterów, chociaż nie herosów (a przecież to kuszący wątek dla opowiadacza starożytnych baśni), lecz zwykłych ludzi.

I dałaś prawdziwie poetycką, przejmującą syntezę tragizmu ludzkiej egzystencji.
Ja, stary cynik, poczułem drobne ukłucie w sercu. I to był prezent od Ciebie. Osobisty. Mało tu takich podarunków.

Dużo ślicznych zdań, ale za to:

”I nagle wszystko stało się jasne, piękno twarzy dalekich księżniczek, błysk diamentu, gwiazdy, światło księżyca, słodki półcień lilii, trupia bladość martwych wojowników i jego śmierć.”

obojętnie, poprawne, czy nie, kłaniam się nisko, jest czarodziejskie, choć tak bardzo smutne.

Chciałbym zobaczyć jeszcze coś, co wyjdzie Ci spod palców, a nie będzie osadzone w klimacie i realiach, które są Twoją pasją. To byłby już całkiem obiektywny sprawdzian Twoich możliwości czysto pisarskich i na pewno masz szansę, żeby go zaliczyć. Ten tekst jest solidną podporą takiej opinii.

Na boku:
brawo, Pilif! :-)


Weryfikacja zatwierdzona przez Adriannę
Ostatnio zmieniony ndz 26 sty 2014, 19:50 przez Leszek Pipka, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Galla
Dusza pisarza
Posty: 606
Rejestracja: sob 16 mar 2013, 10:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Galla » pn 02 gru 2013, 23:03

Pilifie, Leszku, bardzo dziękuję za opinie. Wiele się mogę dzięki Wam nauczyć.
Ten tekst jest specyficzny z różnych względów – był pisany na bitwę (więc raczej szybko), na zadany temat. I może lepiej, bo dzięki temu przełamałam się, żeby w ogóle coś napisać i żeby akcja nie działa się „za szybą”. Bo zwykle stawiam barierę między sobą i bohaterami (co może jest zdrowe), ale też między bohaterami i odbiorcą. Staram się to przezwyciężyć, ale idzie mi jak nauka tańca osobie, która boi się tłumu :D

Do uwag merytorycznych Leszka (bardzo pomocnych!) dodam tylko jedno wyjaśnienie. Anaitis jest niewidoma. Zaznaczyłam to w tekście na marginesie, gdy mówi, że nie umie tkać wzorów i widzi tylko czerń. Dlatego kolory, które opisuje jej Feliks, łączą się dla niej z innymi pojęciami i zmysłami niż dla niego. Stąd pewne paradoksy, a także końcowe znaczenie bieli, która dopełnia „obraz”.

Chętnie spróbuję napisać coś w innych klimatach - może w końcu będzie żwawe, nie łzawe! :D



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2380
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » ndz 26 sty 2014, 19:49

Spodobało mi się to opowiadanie.

Czarujące jest to oparcie miłości na "nauce" kolorów. Postać Anaitis i jej wrażliwość na opowieści Feliksa, jej wiara w jego, mnie ujęły. Fragmenty, które mówią o ich relacji zdecydowanie najbardziej mi się podobały. Pięknie to opisałaś.

Momentami tekst był jednak dla mnie troszkę zbyt poetycki.
Jak tutaj na przykład:
– Idź do domu, Anaitis – mówili ludzie, a w ich głosach czaiła się litość, zielona jak ostra trawa i śpiew skalnych syren.
Lecz zieleń była trucizną, gorzko–cierpkim lekarstwem kotów, dlatego Anaitis nie ufała współczuciu.
Dociera do mnie koncept - niewidomej uczącej się kolorów na zasadzie kojarzenia ich z bardzo konkretnymi rzeczami i w szczególności innymi zmysłami (dotyk, dźwięk) - powiem nawet, że ta idea bardzo mi się tutaj spodobała. Ale zwyczajnie w tym na przykład fragmencie było dla mnie tego już trochę za dużo. Może gdyby to wymieszać z innymi kolorami? Z jeszcze jakimiś wypowiedziami? Dać bardziej "przyziemny" przerywnik? Trudno mi wyrokować. Po prostu w niektórych miejscach miałam poczucie "przesytu".

Ale tylko niektórych. Bo generalnie styl tekstu jest gładki, przyjemny w odbiorze i widać w nim dużą sprawność językową. Jest barwnie (mimo bohaterki, która żyje wśród czerni), opowiadanie przemawia do wyobraźni.

Do kompozycji nie ma jak się przyczepić. Biel w końcówce (i przychodzące wraz ze śniegiem zrozumienie) jest zgrabnym dopełnieniem.

Zdecydowanie tekst mnie urzekł.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
szczepantrzeszc
Pisarz domowy
Posty: 137
Rejestracja: ndz 19 sty 2014, 21:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: szczepantrzeszc » pn 14 kwie 2014, 09:46

Czekanie zamieniłaś w samotność pośród ludzi, tęsknotę w istnienie, szaleństwom świata na przekór.

Czy kolor jest stanem duszy?




Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości