Ostatni dzień mojego życia

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Ostatni dzień mojego życia

Postautor: Thana » pn 29 paź 2012, 07:07

Cyprian Kamil Norwid: „Posąg i obuwie”

Ateński szewc mówił do rzeźbiarza -
Rozprawiającego jakby Plato -
"Myślenie nic przez się nie utwarza,
Zabija czas!..." Rzeźbiarz jemu na to:

"O wieczności ja dlatego mówię,
Że pod dłutem zwieczniają się chwile;
Posąg zwykle trwa lat dwakroć tyle,
Ile godzin trwa twoje obuwie!..."


A skoro posąg, to oczywiście nasze ulubione ćwiczenie z postacią historyczną. :)

1. Wybierz powszechnie znaną w Polsce postać historyczną (powinna to być postać faktycznie istniejąca, ale już nieżyjąca).
2. Napisz monolog tej postaci, w którym po śmierci, z zaświatów, opisuje ona ostatni dzień swojego życia.
3. Przeczytaj tekst i popraw wszystkie błędy rzeczowe. Pozostałe możesz zostawić.
4. Wrzuć tekst tutaj.

Termin: do soboty, 3 listopada, do północy. Bez limitu znaków.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Konrad Chris
Pisarz domowy
Posty: 105
Rejestracja: śr 05 wrz 2012, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jakaś wieś
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Konrad Chris » śr 31 paź 2012, 12:00

To było jedne z najcięższych ćwiczeń. Nie jestem zadowolony. Oj nie...

Tak, panowie bracia. Artyleria obłoży ogniem umocnienia wschodnie. Tutaj. Mur na tym odcinku jest słabszy. Spójrzcie na mapę towarzysze. Załogi na bastionach ucierpiały najbardziej podczas naszego ostatniego szturmu. Dowódca tego odcinka poległ. Pottinger nie ma tam nikogo. Widziałem to na własne oczy. Uderzymy jednocześnie w dwóch miejscach, tu, oraz tu. Herat to orzech, który trzeba zgnieść. O tak. Nie pierwszy i nie ostatni. Kleszcze będą śmiertelne. Dziadka do orzechów emirowie, ani wezyrowie nie widzieli, my im pokażemy....
Kazimierz, dlaczego patrzysz, bracie, jakbyś nie wierzył? Czy ja widzę strach? Czy smutek w twoich oczach? Tegom się po tobie nie spodziewał, przyjacielu mój drogi. Mało to razy anglików na morzu w głupca robilim? Bracie Wybrzeża? Ileż to razy ich łajby szły na dno? A czerwono niebieskie bandery płonęły czarnym dymem? Afganom pokażem co znaczy żołnierz polski! Perski. Psubrat Pottinger ma wisieć. Nie czas na zwątpienie, nie czas na pytania. Zwycięstwo to jedyna wartość. To ona sprowadziła nas aż tu, pod te mury. Pod ten dom obcego ludu! Swojego domu ocalić nie mogliśmy...
Kazimierz? Co to jest? Czyś ty ranny? Te skrwawione bandaże, co one tu robią? Antonii, dlaczegoż słowem nie powiedział... Na co wy to patrzycie się. Nie czas na smutek po porażce. Nie czas na Boga! Kto tam leży w tych szmatach? Przesuńcie się, psia krew. Medyk w drodze? Który to je oficer?
Allahu... Chrystusie.
Nie możliwe. Szli my do szturmu. Widziałem. Kazałem rozpocząć szturm. Odpowiedź wroga byłą słaba. Silna? Harmaty grzmiały, moździerze. Pamiętam. Strzelcy na lewej flance wpadli pod umocnienia, mieli świetny widok. Zdjęli brodatego Afgana, który dowodził. Szturm... Złamał się? Byli my blisko? Daleko. Nie pamiętam. Jak mogę nie pamiętać?! Psia krew. Kazimierz, powiedz coś! Powiedz, na rany Chrystusa. Bywało gorzej. Gdy powstanie upadło. Gdy Kościuszko na emigrację się udał. Gdy nas Anglicy osaczali. Gdy szturmem bralimy umocnienia powstańców na Haiti. Bywało gorzej. Bracie! Było gorzej prawda? Było? Mów, przyjacielu, nie milcz gdym strwożony na śmierć!


"Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię sobie swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora." Erich Segal


Sky Is Over

Awatar użytkownika
tece
Pisarz osiedlowy
Posty: 312
Rejestracja: śr 29 gru 2010, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pomorze Środkowe
Płeć: Mężczyzna

Postautor: tece » śr 31 paź 2012, 22:44

[center]Ostatnia dintojra[/center]

___Najpierw nas wieźli. Wojskową furgonetką. Dryndą, co wiezie tylko w jedną stronę. Mnie, Gerszona i Wolfa. Pamiętam, trzęsło jak cholera. Siedzieliśmy we trzech na gołej i nieheblowanej desce, z której drzazgi wbijały się w dupę. I to fest. Nie patrzeliśmy na siebie. Milczeliśmy. Nie to, że strach nas obleciał. O nie, nikt z nas nie czuł mojry. Po prostu milczeliśmy.
___Wreszcie się zatrzymaliśmy. Kazali nam wyskoczyć. Na zewnątrz stało już trzech ludzi w mundurach. Pech chciał, że trafiłem bosą stopą wprost na wstający z ziemi konar i wyciągnąłem się jak długi. Prosto pod buty jednego z nich. Nie musiałem długo czekać, by je pocałować.
___- Schnella! - Krzyknął świński blondyn z brylantyną na włosach. Po chwili jucha ciekła mi po brodzie. Już ja bym ci wtedy pokazał, gdybym miał majcher za parkanem. Nawet byś brachu nie miał czasu pomyśleć o dydkach swojej żony.
___Staliśmy gdzieś po środku lasu. Silnik wojskowej furgonetki pracował jeszcze przez kilka sekund i zgasł. Zrobiło się cicho. Z szoferki wyszło jeszcze dwóch. Palili papierosy i śmiali się. Zbliżyli się do nas i jeden z nich kazał wziąć nam szpadel. Trafiło na mnie. Dali nam znak ręką i zeszli ze ścieżki w głąb lasu. My za nimi. A za nami tych trzech pozostałych.
___Kroczyłem za Gerszonem. Widziałem jego pochylone plecy, na których wisiała podarta koszula. Za mną stąpał Wolf. Czułem na karku jego oddech. Równy i spokojny. Przynajmniej tak mi się zdaje.
___Szliśmy boso. Wszyscy trzej. Co chwilę potykałem się o połamane gałęzie i wyrastające z dołu korzenie. W końcu upadłem po raz drugi. Znów poczułem twardy pocałunek wojskowych butów. Tym razem pod żebrami. Wstałem.
___Zatrzymaliśmy się na niewielkiej polanie. Pokazali nam miejsce i zaczęliśmy kopać. Każdy z nas. Na zmianę. Ziemia była miękka i robota szła sprawnie. Z naszych rozgrzanych pracą ciał buchały kłęby pary.
___Gdy skończyliśmy jeden z nich kazał mi podejść. Ten świński blondyn z brylantyną na włosach. Wyjął z paczki jednego papierosa i wyciągnął w moją stronę. Próbował się uśmiechać. Ostrożnie zbliżyłem się do niego. Gdyby byłem tuż przed nim, któryś z pozostałych podstawił mi nogę. Poleciałem wprost na niego. Zatrzymałem się dopiero na jego butach. Upadłem po raz trzeci. Blondyn wyszczerzył żółte zęby. Oj, nie cieszyłbyś się tak, eleganciku, gdybyś zauważył, że skroiłem cię w tamtym momencie na zegarek.
___Klęczeliśmy. Ja po środku. Wolf i Gerszon po mojej lewej i prawej. Tamci kazali patrzeć w dół. W świeżo przekopaną przez nas ziemię. Krzyczeli. Jeden z nich pstryknął niedopałkiem tuż nad moją głową. Pachniało butwiejącymi liśćmi i wilgocią.
___Już.


Opowiadaj. Zachowaj rytm i opowiadaj. Mów o swoich klęskach, niespełnionych marzeniach, pierwszych miłościach, o dniu, kiedy miałeś wszystkiego dość, o tej jedynej, dla której chciałeś się zabić, o tym że nie wszystko ci się udaje. Ja będę słuchał. A potem spiszę historię twojego życia.

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3628
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » czw 01 lis 2012, 21:13

…Ależ skąd, śmierć nie jest żadnym złem, to bzdura. Jest jedynie prawem obowiązującym cały rodzaj ludzki. Zawsze tak twierdziłem i teraz wiem, że miałem rację. Ale umrzeć, to wcale nie taka prosta rzecz. Wiecie, że jak człowiek jest już stary, to krew nie chce płynąć? Zastyga w żyłach, krzepnie, coraz zimniej się robi, upaprane wszystko dookoła, a umrzeć się nie da.

Od strony teoretycznej, owszem, byłem przygotowany, bo to tylko kwestia czasu była. He he, u każdego to jest tylko kwestia czasu, ale ja wiedziałem, że lada dzień przyjdą z rozkazem. Znałem go przecież od dziecka. Najpierw deklamował, potem płakał, a na koniec darł się w pijanym widzie: „Niech on umrze! Niech umrze!”. Tamci tylko podpowiadali mu imiona.

Tak więc od strony teoretycznej wszystko było zaplanowane, miało być z honorem, z godnością, wśród przyjaciół... A wyszło... Dobrze, że w ogóle wyszło, bo hańba byłaby gorsza od śmierci. Nie ma zła gorszego niż opinia prostaków. Ale dopiero po cykucie jakoś się udało. Cieplej się zrobiło, bo wiecie, cykuta piecze. Pali żywym ogniem, aż oddech się zatrzymuje. I dopiero ten jadowity pożar szaleju jakoś to zimno pokonał. Bo ono było najgorsze. Potem jeszcze gorącej wody dolali i jakoś ta krew poszła w końcu.

Co jest później, pytacie? Nic złego, naprawdę. Tylko czasu potrzeba dużo, żeby zapomnieć. Wodę z rzeki piłem, ale nie zapomniałem. Co łyk wezmę, to przez otwarte żyły się wylewa. Pewnie dlatego zapomnienie wciąż nie przychodzi. Ja jednak wiem, że cierpliwość jest cnotą. Umysł powoli oducza się tego, czego się uczył długo. Mam czas. Teraz mam go dużo, więc zamknąłem się w kamieniu i czekam…


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » czw 01 lis 2012, 22:19

wwwTen ból jest nie do zniesienia. Mózg, głowa, oczy… wszystko! Przybity do drzewa, nie mogę ruszyć nogą. Umieram na krzyżu, za miliony, za was, za wszystkich Niemców! Ewangelia umarła gdzie moja siła jestem Jezusem. Nawet nie mogę krzyczeć!
wwwDziesięć lat temu w Bazylei. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Chłostał cię wariat, jak mnie chłostało życie. Nie mogłem, po prostu nie chciałem stać obok! Pragnąłem cierpień z tobą. Teraz piszę do ciebie list i mam nadzieję, że już wszystko dobrze. Policjanci mówili, że zatrzymałem ruch na ulicy. Chciałem zatrzymać ruch w mieście. Na całym cholernym świecie! Człowiek potrafi być gorszy od zwierzęcia. Bez obrazy.
wwwZaraz przyjdzie Elżbieta będzie mnie karmić potem przewijać… jaki wstyd. Nawet nie mam siły się zabić przez cały dzień patrzę na moje dłonie starcze bezmocne omdlałe niesłuchające karmić przewijać. I kraść moje myśli. Wysysać je gwałcić. Ohyda. Ale tylko ona mi została… Siostrzyczka.
wwwMuszę ci powiedzieć, że źle się czuję. Jak w dniu, który mnie powalił, ukrzyżował, przybił do drzewa. Boję się. Ja! Jezus! Jeśli upadnę po raz trzeci, to już nie wstanę. Czuję to. Złamano mi nogi, żebym wstać nie mógł, żebym na krzyżu się udusił. Nie mogę oddychać… Nie mogę oddychać!
wwwCzy kiedykolwiek czułem się dobrze? Nie pamiętam. Bogowie i dzieci nie muszą pamiętać i głupcy gdzie moje główki makowe. I wina pachnące kobiety śpiew i radosny taniec szaleństwo i życie kochające samo siebie przekraczające pochłaniające bo śmierci nie ma… Mówię to ja, największy z największych! Nie ma śmierci, nie ma śmierci, nie ma śmierci…

Twój Dionizos



Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 515
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Chii » czw 01 lis 2012, 23:39

____ Należę do tego typu dziewczyn, które znajduje się martwe w nędznym pokoiku z pustą fiolką tabletek w ręku. Inne skaczą z mostu albo strzelają sobie między oczy, a ja... co ja? Do tej pory wszystko było w porządku. To, że czasami trochę przesadzałam, to nic takiego. Każdemu się może zdarzyć. Nawet mi. Tak naprawdę nigdy nie chciałam umrzeć, jedynie prowokowałam śmierć. Nie otrułam się. Bóg umiera, jeśli go nie kochamy, ale ja nie umarłam, choć nikt mnie nie kochał.
____ Rano otrzymałam telefon od Bobby’ego. Chciał ze mną rozmawiać, coś bełkotał. Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Wczorajsze tabletki wciąż działały w sposób otępiający. Zamruczałam i odłożyłam słuchawkę.
____ Odwróciłam się na plecy i kątem oka spojrzałam na stolik nocny zapełniony drobiazgami. Między lampką a moim dziennikiem stało kilkanaście bezładnie rozrzuconych, nie w pełni opróżnionych fiolek. Za pomarańczowymi ściankami każdej z nich znajdowało się po kilka bielusieńkich, okrągłych tabletek. Odwróciłam do nich wzrok i wyjrzałam przez okno mojej haciendy w Brentwood. To był czwarty sierpnia. Palące słońce przebijało się między drewnianymi żaluzjami. Zachichotałam. O, popularność! Dzięki niej nad moją willą gołębie latają na plecach, aby jej nie pobrudzić. Cóż z tego, że człowiek ma cały świat, kiedy straci duszę?
____ Nigdy nie mogłam pogodzić się z myślą, że uczyniono ze mnie przedmiot. Nie mogłam tego znieść, ale... ale wszyscy są tacy sami. Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Mają tylko różne twarze, żeby można było ich rozpoznać. Gdy miałam szesnaście lat, poślubiłam Jamesa, młodego żołnierzyka. Nieczęsto pojawiał się w domu, więc pomachałam mu na odchodnym. Potem był Fred. Gdy mnie rzucił, coś we mnie pękło, rozdzierając me serce na pół. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o śmierci. Zrozumiałam tych wszystkich samobójców, a nawet ojca, który zginął, bo, być może, sam tego chciał. Nie mógł znieść wariatki i ryczącego bachora. Potem zakochałam się w baseballiście. Z Joe zawsze miałam dobre relacje. Wspierał mnie, mówił, żebym przeprowadziła się do Nowego Jorku. Więc się przeprowadziłam i wkrótce się rozstaliśmy.
____ Po „Przystanku” poznałam Artura. Był nieco starszy, niemal idealny. Jako dramaturg mógł pisać dla mnie role. Nasza miłość trwała pięć wspaniałych lat, jeśli nie odliczyć tych czterech kiepskich. Później się rozwiedliśmy, bo miał problem alkoholowy – on, a nie ja, jak twierdził. To jemu się nie podobała moja wolność. Problem nadwrażliwców polega właśnie na tym, że mogliby istnieć w wielu wersjach, ale życie jest tylko jedno i zmusza do tego, żeby byli przede wszystkim tymi, za których biorą ich inni. Więc Artur odszedł, a ja wylądowałam na Manhattanie. W klinice psychiatrycznej. Na myśl przychodzi mi tylko jedno. Mąż to taki człowiek, który nigdy nie pamięta o twoich urodzinach, ale w towarzystwie chętnie wymienia twój wiek. Myślę, że najlepiej jest kochać dzielnie i akceptować – tyle, ile można znieść.
____ Usiadłam na łóżku i wzięłam do ręki dziennik w skórzanej oprawie. Przekartkowałam go i zamknęłam. Nie można uchwycić ani piękna, ani śmierci, bo to coś Niewyrażalnego. Jedynie mit może je pojąć, choć nie musi koniecznie być antyczny – liczy się tylko jego natura. Zdarza się, że rodzi się we współczesności, ponieważ mit istnieje poza czasem. Och! Jak trudno być intelektualistką!
____ Zaraz po rozwodzie z Arturem poznałam Johnny’ego. Próbował mnie wygrać słowami, był taki czarujący, taki szarmancki. Bawił mnie. Jeśli mężczyźnie uda się sprawić, żeby kobieta się śmiała, to uda mu się zrobić z nią wszystko. I robił. Najpierw on, potem Bobby. Dałabym głowę, że zostawią te cholerne żony w spokoju. Szkoda takich uroczych facetów dla takich zołz. Ale wszystko, co się opłaca posiadać, opłaca się również, aby na to czekać. Więc czekałam. I w tym oczekiwaniu kleiłam się do Johnny’ego. Wyglądało to może nieco dziwnie, zbyt podejrzanie, więc pewnie zrobiłam się mu nie na rękę. Chciał mnie rzucić. Bał się przyjść i powiedzieć mi to prosto w oczy. Niech mi prędzej złamie serce niż nos! Wysłał jednak Bobby’ego, który kompletnie nie dał sobie rady z moim wdziękiem. Zakochał się we mnie. W moich fantazjach, w moich kształtach i wiecznej niestabilności. Bobby jednak okazał się być jeszcze większym tchórzem. Nie mogłam zostać w takim stanie - porzucona przez dwóch facetów. Chciałam powiedzieć wszystkim, kim oni są, jak mnie skrzywdzili oraz jak okrutni i fałszywi ludzie rządzą tym krajem. Chciałam dostać szansę w trzecim akcie – niepodejrzewający niczego mężczyzna i mściwa kobieta, ale to jest oszukiwanie samej siebie, bo jeśli dostanę szansę na ostatni akt, odegram heroinę, która dzielnie cierpi i gromadzi to wszystko, aby odgrodzić się tym, jak zaporą od mężczyzny, który stał się jej obcy.
____ Rok później kupiłam dom jednopiętrowy w Brentwood. Eunice bardzo mi pomagała, szczególnie wieczorami, gdy migreny były nie do zniesienia. W tym czasie pracowałam razem z Deanem. Zupełnie mnie nie rozumiał. Nasze relacje były tak złe, że bałam pojawiać się na planie, dopadały mnie ataki paniki. Wkrótce Johnny miał mieć urodziny. Powiedziałam więc Deanowi, że źle się czuję i pojechałam do Nowego Jorku zrobić Johnowi niespodziankę. Ach, John. Słodki Johnny...
____ Otworzyłam dziennik na 19 maja. Przy grzbiecie, między kartkami, spostrzegłam ciemny, krótki włos. Zawołałam Eunice. Czy ktoś był w moim pokoju, zapytałam. Gosposia zamrugała. Nie, oczywiście, że nie, kochanie, odpowiedziała. Ach, dobrze. Za godzinę masz umówione spotkanie u doktora Greensona, dodała. Mhm, zamruczałam. Prawdę można sobie tylko przypomnieć, ale jej się nie wymyślić. Dla mnie prawda jest mgłą. Nie znam jej, a nawet jeśli znam, to nie chcę jej pamiętać. Uważam, że szczerość i prostota, i bezpośredniość, do których (prawdopodobnie) dążyłam, były często brane za czystą głupotę, a jako że żyjemy w szczerym świecie – bardzo możliwe, że bycie szczerym to głupota. Eunice myślała, że jestem głupia i nie widzę, co się dzieje. Zawsze dostaję gorzki koniec lizaka.
____ Gdy wychodziłam z domu, powiedziałam jej, że ją zwalniam. Spojrzała na mnie zdziwiona. Miałam nadzieję, że jej już nie spotkam, kiedy wrócę. Doktor Greenson był moją ostatnią szansą. Gubiłam się między fantazjami i rzeczywistością. Nie byłam pewna, która „ja” patrzy na siebie w lustrze. Nie mogłam znieść swojego widoku. Wszyscy, po prostu, się ze mnie śmiali. Wielka dupa, wielki cyc, wielkie nic. Boże, czy nie mogłam być czymś innym? Jeśli nie pomógłby mi, skończyłabym jak moja matka-schizofreniczka. Usiadłam obok niego. Widziałam, jak łapczywie patrzył na moje odkryte nogi. Powiedziałam, że źle sypiam. On się uśmiechnął. Potem nachyliłam się nad nim i zapytałam, czy by mi czegoś nie przepisał.
____ O dwudziestej wróciłam do domu. W jednym ręku niosłam przez korytarz telefon z przedłużaczem, a w drugim potężną fiolkę pigułek. Weszłam do sypialni i zaczęłam dzwonić. Już nawet nie wiem, do kogo. Pamiętam jednak, że jednym z pierwszych był Peter. To on przedstawił mnie Johnowi. Powiedziałam mu: „żegnaj”. Cały czas się śmiałam. Rozumiałam, że nie mogę mu tego powiedzieć wprost. Zresztą nawet nie chciałam. Coś chyba jednak do niego dotarło, ale nic nie powiedział. Ostatni telefon wykonałam do Johnny’ego. Nie odbierał. Nagrałam mu wiadomość. Zastanawiałam się, czy wie, że prokurator Bobby coś knuje i czy on mu pomaga. Tylko cząstka nas może dotknąć cząstki drugiego człowieka. Czyjaś prawda jest tylko czyjąś prawdą – niczym więcej. Możemy dzielić się jedynie cząstką, którą inni są w stanie zrozumieć. I tak oto jesteśmy.
____ Fiolka od doktora Greensona lśniła w sztucznym świetle lampy. Zza pomarańczowych ścianek mrugały do mnie białe pastylki. Wzięłam opakowanie i otworzyłam wieczko. Lekko potrząsnęłam, przysłuchując się grzechotaniu małych groszków. Pomyślałam sobie wtedy, że to ogromnie ułatwia wybór, gdy wszystko jest jednakowe. A w szczególności, jeśli są to tabletki nasenne.
____ Podświadomie czułam, że moja świeca wypali się prędzej niż moja legenda. Nie chciałam się zestarzeć. Bałam się tego. Chciałam zostać taka, jaka byłam. Nie potrafiłam grać...naprawdę. Wiedziałam, że kiedy przeminie moja twarz i przeminie moje ciało, będę nikim... nikim... znów całkiem nikim. Przestanę się już oszukiwać. Ale nieważne. Nieważne, co o mnie myśleli, co będą myśleć, ważne, żeby mnie kochali. Czerpałam z życia pełnymi garściami, brałam je w ramiona, przyciskałam do piersi, lecz w tak zachłanny sposób, że obejmowałam śmierć. Ale życie jest przecież po to, żeby je przeżyć.


Kotlet.

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » pt 02 lis 2012, 10:19

[center]Nic spektakularnego[/center]

Przeczuwałam, że umrę.
Trochę patrzyłam przez okno. Miasto pod śniegiem – za dnia rejwach, a kiedy zasypiało, ja też zasypiałam. Zima była piękna tego roku. Zima w ogóle jest piękna. Nie wychodziłam już za często, raczej leżałam w łóżku, bo byłam słaba.
Nie patrzyłam za długo, bo przecież znam ten widok. Nie musiałam zachłannie zapamiętywać. Teraz widzę z góry każdy zakątek, nie tylko Krakowa, ale i całego świata. Przeczuwałam śmierć, ale nie ma się czego bać. Starzy ludzie czasem odchodzą i nie trzeba z tego robić wielkiej sprawy. Może gdybym była młodsza, bałabym się.
Czy robiłam coś szczególnego? W zasadzie nic. Jeszcze rozmyślałam o swoim dorobku. Bez nacisku, że muszę koniecznie dodać kilka ostatnich słów. Teraz widzę, jak wielu ludzi na to liczyło. Bardzo mnie szanowali i doceniali. To miłe, jednak nie takie ważne. Odchodząc, byłam sama, bez swoich najbliższych – dopiero wybierałam się na ich spotkanie – ale najważniejsze, że pogodzona z całym światem.
Wielu życzyłoby sobie takiej śmierci. Po prostu zapadłam w sen i obudziłam się tutaj.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2380
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » pt 02 lis 2012, 18:32

wwwMyślałam, że niczego już nie będzie. Ot, koniec i już. Ciało rozkładające się do... Zresztą, każdy wie. A jednak jest... Odrobinę dziwnie, odrobinę tęsknie i wspomnieniowo. Trudne do opisania, pewnie jeszcze trudniejsze do zbadania. Teraz powstaje pytanie, czy tutaj mam tę zapowiadaną całą wieczność? Jeśli tak, czy tutaj można wykorzystać wszelkie możliwości? Jeśli jakieś są. Jeśli jakieś warto wykorzystywać...
wwwKogo będzie obchodziło, co tutaj odkryję? Czy w ogóle mnie to będzie obchodziło? Tam miałam badania, instytuty, Sorbonę i świadomość, że dałam ludziom coś wielkiego... A tutaj? Jest tak, jak ostatniego dnia tam. Słodko, melancholijne, ale pusto i martwo.
wwwMogę się tylko godzinami wpatrywać w twarz Ewci - tak, jakby nadal siedziała przy moim łóżku - i Piotra - którego obraz ani na chwilę nie chciał mnie wtedy opuścić. Czuję na policzkach powiew wietrzyku, wpadającego przez okno. Doskonałe, alpejskie powietrze, idealne warunki dla osoby w moim stanie zdrowia. Gdybym miała sprawne oczy, siedziałabym pewnie godzinami przed oknem i chłonęła widoki. I zapisywała wspomnienia. Missy zależało na tym chyba bardziej niż mnie, ale w końcu weszło mi w nawyk.
Piękna okolica. Rozkoszna. Umieralnia. Nudna.
wwwRano śniadanie, później obiad, kolacja i do grobu. Tak to było? Wszystko pamiętam, jakby nie tylko wzrok i słuch mi osłabł, ale i umysł. To najgorsze. Ale pewnie tak, w końcu najwięcej zgonów występuje w nocy. Wcześniej lekarze, zabiegi.. Czy dali już spokój, widząc, że te (nazwijmy to po imieniu) eksperymenty do niczego nie prowadzą i byłam tylko z córką? Nie, pewnie nie. To byli porządni ludzie, nie poddawali się do końca. Wszystko plącze się gdzieś na granicy świadomości. Niewyraźne, ale dość natrętne, żebym nie mogła oderwać się od tego. Wiem na pewno, że zabrakło mi już sił. Nie mogłam już dalej działać, poznawać, pomagać. Pewnie nawet dałam sobie na koniec wmówić, że to moje badania mnie zabiły. Nie pamiętam dotyku fiolki przez ostatnie dni, ani tego przyjemnego blasku. Więc ostatecznie zabrano mi „moje ukochane dziecko”.
wwwTeraz odzyskam wspomnienia. Nie tylko twarze. Odzyskam go w inny sposób, jakkolwiek niezrozumiały na razie. I może razem, we dwoje, ten świat też zmienimy.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » pt 02 lis 2012, 19:02

[center]„Chciałem, by…”[/center]
aaaNie mogę znieść betonowych ścian wokół mnie. Nierównych, chropowatych, z odciśniętym wzorem desek szalunków. Podłoga jest mokra i śmierdzi.
aaaMoże już październik, skoro tak zimno… Z początku drżałem, ale to minęło. Krzyczałem, ale mnie uciszyli.
aaaWszystko przepadło.
aaaJestem całkiem sam. Całkiem sam w ciemności. Tylko kiedy przytulę ucho do ściany, słyszę szepty i krzyki.
aaaWołają mnie dzieci w Ogrodzie Saskim.
aaaPod sufitem pali się żarówka w metalowej siatce, a z drzwi łypie na mnie błękitne oko. Zdarza się, że przez szparę w dole ktoś wkłada miskę z wodnistą zupą. Wiele bym dał, by zasiąść jak dawniej przy stole z Pauliną. Ale nie ma już Pauliny, nie ma stołu.
Leżę nieruchomo i patrzę na stojący w kącie śmierdzący kubeł.
aaaChłepczę zupę z miski. Dręczy mnie nieustanny głód.
aaaOglądam swoje brudne dłonie. Sine, chude palce z połamanymi paznokciami, zaciśnięte w pięści… Prostuję je z trudem. Zesztywniały, zaciśnięte na pałąkach wiader z wodą. Ramiona bolą. Omdlewają. Woda rozlewa się na brudne i podarte spodnie, na stopy w drewniakach. Wiadra ciążą, próbuję je utrzymać. Wytężam resztę sił, ale już wiem, że przegram. Upadam. Woda zalewa mi twarz, otwarte, niewidzące oczy.
aaaZaciskam pięści, by nie krzyczeć ze strachu. By nie widzieli, że drżą.
aaaZ trudem je rozprostowuję. Spomiędzy palców sypią się zmarznięte grudki leśnej ziemi, zmieszane z lodem i śniegiem. Skąd ta ziemia?
aaaWyszedłem w noc i odetchnąłem pełną piersią. Z ust uniósł się obłok pary. Było mi zimno i bałem się. Las nocą potężniał, drzewa rosły w świetle reflektorów… Huk salwy zaskoczył mnie, choć nie powinien. Wiedziałem, że nie wiozą mnie na spacer. Wzdrygnąłem się?
aaaWzdrygnąłem. Ale nie w tym lesie. W piwnicy więzienia, kiedy betonowe ściany spotęgowały wystrzał.
aaaPod murem na wiosnę, kiedy powietrze pachniało kwieciem, pomyślałem o Lutrze i jego mieście. I moim mieście, bo chciałem, by…


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Caroll
Pisarz pokoleń
Posty: 1044
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Caroll » pt 02 lis 2012, 19:55

Dzień to był całkiem zwyczajny. Ot, listopad, jesień już na poważnie mieszała się z zimą, sprawiając, że codzienne spacery deptakiem nad le Petit Lac były chłodne i czasem dżdżyste. Pamiętam, że rozważałem, co napisać w liście do Ignacego, który zapewne niecierpliw był wieści z działań Komitetu. W głowie układałem treść listu, skory by zasiąść do jego pisania zaraz po podwieczorku spożytym w towarzystwie małżonki. Pomimo doskwierającego chłodu przysiadłem jeszcze, jak co dzień, na ławeczce przed Hotelem du Lac podziwiając ośnieżone szczyty Alpów. Widok to był niezmiernie piękny, jednak nagle tęskno mi się zrobiło do Polski, do naszych Tatr, wspomniałem widok na Giewont z mojego okna w Zakopanem i myśli smętne mnie naszły. Człowiek może i pół świata zwiedzić, a najpiękniejszy widok to ten z okna własnego domu.
Pomniałem list od Pani Marii, która wieści wojenne z kraju łaskawa była przekazać, a i odpowiedź rankiem pisać rozpocząłem. Miałem nadzieję, że list w dobrym zdrowiu ją zastanie, pamiętałem ją jeszcze jako dziecię, gdy z moimi latoroślami fortece z piasku budowała.
Wróciwszy do domu zapewne z żoną konwersowałem moment, ale tegoż nie pamiętam, jeno jak wieczorem pisałem i nagle ból nagły, rwący w piersi mej rozgorzał.
Ach, pomyślałem tedy, w nagłym przeczuciu, ja już niepodległej Polski nie zobaczę.
Teraz myślę o mateczce, co już od dawna u Najświętszej Panienki przebywa - jednak jej obawy, że stanowisko moje w świecie pozostanie w stopniu niskim, i ani sławy, ani bytu nie zapewni, nie były słuszne, bo i sławę, i pamięć i wieczne miejsce w sercach Polaków wywalczyłem słowem i wiarą w Polskę niezłomną i odrodzoną.



Awatar użytkownika
B.A.Urbański
Legenda pisarstwa
Posty: 1918
Rejestracja: czw 06 paź 2011, 18:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: B.A.Urbański » pt 02 lis 2012, 21:22

____Jakież to światło mnie otacza? Takie ciepłe i przyjemne. Czyżby to ma być właśnie niebo? Dom Pana?
____Piękne.
____Byłam wierna Panu i zgodnie z Jego zasadami wyłożonymi przez dominikanina z Brzegu postępowałam, za wzór stawiając sobie Marię i Martę. W sprawach osobistych, jak i życiu dworskim czy polityce zagranicznej realizowałam przykazania boskie.
____Choć byłam jeszcze dzieckiem, objęłam we władanie te ziemie i z czasem pokochałem. Kulturę i zwyczaje nabyte w mych rodzinnych stronach starałam się przenieść i tutaj, a po ślubie wspierałam męża mego i łagodziłam jego barbarzyńskie przyzwyczajenia. Nie, nie byłam nieszczęśliwa – dbał i opiekował się mną.
____Lecz jak żem się tu znalazła?
____Pamięć ma mętną jest. Po dwunastu latach bezdzietnego małżeństwa zaszłam w ciążę. Miałam dwadzieścia pięć lat, więc stara byłam i najwyższy to już czas by dać mężowi memu potomka. Cały dwór oczekiwał tego z niecierpliwością. Chociaż astrolog zapowiedział chłopca, powiłam córeczkę. Śliczną...
____Później jednak podupadłam na zdrowiu, czułam jak mym rozpalonym ciałem targają dreszcze. W dniu mej śmierci język miałam szorstki i spękany jak wyschnięta pod wpływem słońca ziemia. Gdy spojrzałam w zwierciadło, okazało się, iż policzki me przybrały siną barwę.
____Nie potrafili mi pomóc cyrulicy ani inni uczeni, których tak chętnie obdarowywałam i otaczałam opieką, korzystając przy tym dotychczas z ich mądrości, podczas podejmowania decyzji. Mądrość ta nie potrafiła mnie jednak zachować przy życiu, albowiem wola Pana była silniejsza. Najwyższy powołał mnie do siebie.
____Jedną z ostatnich rzeczy, jakie pamiętam to srebrna kołyska, podarowana przez Witolda, a w niej ma córka.
____Ale gdzież ona jest teraz? Spoglądam w dół, by ją ujrzeć.
____Nie! Panie, proszę! Nie! Jak możesz pozwolić, aby jedyne dziecię umarło?!
____Przecież ona niewinna...
____Wtem ogarnia mnie błogość i uczucie spokoju, bo wzniesie się i wspólnie oglądać będziemy oblicze Pana. Jak dobrze, że znów wezmę ją w ramiona.


I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!
B.A. = Bad Attitude

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4282
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » pt 02 lis 2012, 22:29

Jak on mógł mi to zrobić? Co prawda, sama powtarzałam, że przekupstwo nie zostało wymyślone dla przyjaciół, ale też byłam pewna, że przyjaciół zawsze potrafię rozpoznać.
Zawsze wydawał się taki szczerze o mnie zatroskany. Przez siedem lat mnie wspierał, siedem chudych lat… No, może nie nazbyt chudych, ale niepomyślnych. Nikt nie wiąże się dla kariery z opuszczoną wdową, w dodatku starą babą, więc nie wątpiłam w jego dobre intencje. Myślałam, przyda mi się zaufany człowiek, poprowadzi moje interesy. A jakże, poprowadził. W takim kierunku, jaki jemu odpowiadał.
Dał się przekupić? Ale komu? Przecież nie tej niedojdzie, mojemu synkowi, którego za nos wodzi, kto zechce. Więc może jego szwagrowi? To już prędzej, ten zawsze mnie nienawidził. Z wzajemnością. Ech…
Czy ja się mogłam tego spodziewać? Dzień był taki łagodny, słoneczny, chociaż to już połowa listopada… Poranna msza w zamkowej kaplicy, a potem nic, żadnej wizyty, żadnego posłańca, senny spokój, przerywany tylko paplaniną dwórek. Napisałam listy do Anny i Katarzyny, obiecał mi, że je wyśle natychmiast. Po południu siedziałam z dziewczętami na tarasie, morze było takie gładkie, zupełnie jedwabiste i mieniło się w słońcu. Jadłyśmy konfety, pomarańcze obsmażane w miodzie. To wtedy podał mi wino, ręka mu nie zadrżała, o nie, tyle, że chyba nie patrzał mi w oczy… Ale czy ja miałam przejmować się takim drobiazgiem? Zresztą, może mi się tylko teraz tak wydaje, może wcale nie odwracał oczu.
Na wieczerzę już nie zeszłam, cały czas czułam palenie w trzewiach, coraz gwałtowniejsze, a potem… ech, nie będę wspominać, ohyda. Od sztyletu umiera się i szybciej, i piękniej. Cóż, nie miałam wyboru.
Spowiednik jeszcze zdążył z wiatykiem. Trochę bezpieczniej się poczułam, tak zaopatrzona na tę wędrówkę i nawet powiedziałam, że przebaczam temu, który mi to zrobił, chociaż… chociaż chyba nie, powiedziałam raczej: niech Bóg mu przebaczy. Właśnie tak. Bo to Bóg jest miłosierny. Ale ja na twoim miejscu, Gianlorenzo, za bardzo bym na to nie liczyła. Nie wiem, jak spisze się ziemska sprawiedliwość, może się jej wywiniesz. Kiedyś jednak, po najdłuższym życiu, które wyda ci się za krótkie, jednak tutaj trafisz. A ja mam przed sobą całą wieczność…


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1129
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » pt 02 lis 2012, 22:54

WWWTo już moje ostatnie dni w Sancellemoz, od śmierci Piotra nie czułam się tak źle. Już prawie nic nie widzę, dźwięki stały się przytłumione i niewyraźne. Ból przenika me umęczone ciało, już nie pomaga morfina. Obok łóżka czuwa Ewa, moja młodsza córka. Teraz wyszła przygotować herbatę, może jeszcze zdążę ją wypić.
WWWKtoś na nocnym stoliku położył kilka gazet. Ostrożnie przeglądam jedną z nich, znów piszą o mym ukochanym dziecku. Znów powtarzają to słynne zdanie, że rozpalił naszą łatwowierność, tak samo jak duchy w Lourdes rozpaliły łatwowierność katolików. Świat oszalał na jego punkcie, gazety donoszą, że jest wszędzie. Już nie można tego powstrzymać, tysiące ludzi uwierzyło w jego cudowne właściwości. I nikogo jeszcze nie przeraża los tych biednych malarek tarcz zegarowych i tego amerykańskiego przemysłowca, których ciała dosłownie rozpadły się od dotyku mego dziecka.
WWWOdkładam z trudem gazetę i lupę, już prawie nic nie widzę. Moje ręce opadają bezwładnie na kołdrę, stare podrażnienia zamieniły się w gorejące rany, już prawie nie czuję dłoni. Myślami wracam do Paryża, do laboratorium z przeciekającym dachem, gdzie po raz ostatni dotykałam mego maleństwa. Teraz widzę to wyraźnie, jest noc a fosforyzujące światło z fiolki wypełnia pomieszczenie i ogrzewa me dłonie. Trwam tak w nieskończoność, pozwalam, by przeniknęło me ciało i umysł. Teraz znów jest we mnie, czuję to wyraźnie. Jest mi dobrze i nie wierzę, by mogło zrobić mi krzywdę.
WWWMartwię się o Irenę, moją starszą córką. Ona również uwielbia to światło i wierzy, że jego blask poprowadzi ją przez najczarniejszą noc. Marzy, by po długiej podróży ta moc ogrzewała jej dłonie, tak jak moje. Boję się tego, nie chcę widzieć, jak moje ukochane dzieci pożerają się wzajemnie.
WWWJuż podpisałam testament i wydałam ostatnie dyspozycje. Rzeczy osobiste i suknie, nawet tą bordową – spalić. Notatki koniecznie zamknąć w ołowianym sejfie, niech nie szkodzą nikomu. Może kiedyś, gdy zwietrzeje mój dotyk, będzie można je bezpiecznie odczytać. Może kiedyś, za tysiąc lat...



Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » sob 03 lis 2012, 14:13

___Leżę już piąty dzień. Wiem, że się z tego nie wyliżę, wiedzą też inni, ale nie chcą mi tego powiedzieć wprost. Mówią, że wszystko będzie dobrze i dojdę do zdrowia, jednak w ich oczach widzę, że nie mam szans. Z dnia na dzień powinno się mi poprawiać, a jest coraz gorzej. Ból jest okropny, łzy aż same cisną się do oczu.
___Wokół mnie zawsze ktoś jest. Rozmawiają często na korytarzu i czasem nieostrożnie powiedzą coś za głośno. A ja słucham, choć wolałbym o tym nie słyszeć: na placu rozstrzelano ponad stu więźniów, w akcji dwójka naszych oberwała, a jednego schwytali. Mam nadzieję, że nie skończy tak jak ja. Ale to minęło – minęły godziny przesłuchań, podczas których błagałem śmierć, żeby do mnie przyszła. Teraz staram się ją od siebie odgonić, ale na nic są moje starania. A jeszcze kilka dni temu chciałem wyjechać na wieś i tam odzyskać do końca zdrowie.
___Umieram. Umieram jednak ze świadomością tego, że nikogo nie sypnąłem. Nie chcę też wierzyć w to, że mógłby to zrobić Heniek. Przecież jest twardy. Jest coraz ciemniej, a może to przed oczami mi ciemnieje? Nie boję się już śmierci. Nie po piekle, które już przeżyłem. Tylko chłopaków mi szkoda. Będzie mi ich brakowało. Ich, głośnych rozmów, spotkań nocą. Kotwic.
___Boże, przepraszam za wszystkie grzechy. Czy mi przebaczysz? Przepraszam, że przeze mnie tylu zginęło. I proszę Cię Boże, ocal Polskę. Ona już wystarczająco wycierpiała przez wieki. Tak krótko nacieszyliśmy się jej wolnością.
___Poznaje ten głos, to Jaś. Czy przeczyta mi „testament”? Takie piękne słowa by mnie odprowadziły na drugi świat. Zgodził się. Wyrazy płyną z jego ust, a ja słucham i milczę. Sił mam coraz mniej i nawet nie mogę podziękować. Ale ból powoli ustaje. Tylko powieki stają się coraz cięższe.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2799
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » sob 03 lis 2012, 19:40

wwwJak nisko mam się skłonić, żebyś przebaczył mi porażkę? Wolałbym wymazać te wspomnienia, nie wiedzieć, że dzień, który miał być największym zwycięstwem, okazał się nie tylko straszliwą klęską , ale i moim ostatnim.
wwwZacząłem od modlitwy i gorąco wierzyłem w to, że byłeś ze mną. Nie byłem pokorny, tego oczekiwałeś? Wierzyłem, że mamy siłę i moc, że z tobą zaniesiemy pokój. Czy nie takie były twoje nauki?
wwwAle tamci też się modlili. W cieniu drzew, nie w świątyniach. Czy ich modły były bliższe twemu sercu? Przecież to ja byłem twoim rycerzem, twoim prawdziwym sługą.

wwwNie byliśmy stalową ławą , która gniotła szeregi wroga. Dlaczego historia zapamiętała nas jako jeźdźców na rumakach, a ich jako dzikusów?

wwwZaczęliśmy od wzajemnego zastraszania. To był mój pomysł i szczerze żałuję. Byłem zbyt pewny zwycięstwa. Nie chciałem czekać, już wtedy byłem gotowy do walki. Wysłałem posłów, żeby nazwali go tchórzem. Przekazałem podarunek, który miał być odebrany jak policzek w twarz. Przebacz mi zuchwalstwo i pychę, dopiero teraz to rozumiem.
wwwPrzywitaliśmy ich dwoma salwami z machin, a niebo nas letnim deszczem.
Zaczęli śpiewać pogańskie pieśni i ruszyli do walki. Dla nas to był bój o życie i przetrwanie, dla nich też.
Widziałem ludzi, którzy naszą śmierć traktowali jak widowisko. Obsiadli gałęzie jak trybuny na arenie, nie wiem, nie chcę wiedzieć komu kibicowali.
wwwMoże ruskim ze Smoleńska? Widziałem ich chorągiew, dumną, strzelistą w niebo. Mimo, że wrogowie zarządzili odwrót, oni zostali. Byli murem, który zniszczyliśmy. Zdeptaliśmy symbol, zostawiliśmy stos ciał. Czy poświęcenie Smoleńszczyków będzie docenione przez Polaków? Czym im zapłacą? Złotem? Obietnicami?
wwwWalczyłem na równi ze wszystkimi, a ten gnój chował się za plecami swojej straży. Zwinęli chorągiew! Myśleli, że nikt nie zauważy tchórzostwa ? Dowiedziałem się od sług, że Dypold, mój przyjaciel, widział, co wyczyniają. Ruszył sam na króla, ale zatłukli go zanim zdołał dotknąć go kopią. Dypold, w pięknej białej szacie, ze złotym pasem… Dla mnie został męczennikiem…
wwwOtoczyli nas. Najpierw zginął mój marszałek, potem komturzy. Wokół mordowano moich braci. Strącono mnie z konia, dostałem śmiertelna ranę.
wwwLeżałem tak tylko chwilę - wdychając kurz i podziwiając niebo, które miało mnie przyjąć na wieczność. Ale ktoś zasłonił je i przebił czoło. Z litości czy z nienawiści?
Mój trup zniknął wśród sterty innych. Odnajdą mnie, jestem pewien. Poznają po relikwiarzu przypiętym do boku.

Co będzie dalej?
wwwBracia zapomną o porażce, a tamci będą się pławić w zwycięstwie po wieki. Werner pewnie przejmie dowództwo, a życie będzie toczyć się dalej.
wwwMyślisz, ze to była polityka? Odmawiasz mi prawdziwej wiary?
Ile jeszcze mam klęczeć u twych bram? Boże?




Wróć do „Ćwiczenia - część I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość