Podejście pierwsze

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Który z poniższych tekstów chcesz czytać dalej?

Czas głosowania minął czw 08 maja 2014, 11:15

Taka sobie para
3
7%
Stryszek
3
7%
Nieskończoność
11
25%
FIX MF
8
18%
Jestem studentem
3
7%
Rudość
8
18%
Niezwykła ofiara
0
Brak głosów
Opowieść na sześć cycków
8
18%
 
Liczba głosów: 44

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Podejście pierwsze

Postautor: dorapa » czw 01 maja 2014, 09:04

[center]Taka sobie para[/center]
<p align="justify">
WWWDelikatnie uchyliłam skrzydło wrót. Zupełnie jakbym się bała, że ktoś mnie nakryje. Cicho położyłam torbę i zapaliłam latarkę, aby się rozejrzeć. W słabym świetle zobaczyłam zrujnowaną maszynerię. Podłoga była usłana różnymi częściami, od trybików wielkości główki szpilki, po takie na których mogłam spokojnie spać. Gdzieniegdzie wisiały zerwane łańcuchy i uszkodzone kładki. Spodziewałam się zniszczeń, ale gdy to zobaczyłam, nie mogłam pojąc jaki potwór mógł tego dokonać.

WWWWreszcie znalazłem pstryczek, który oświetlił pomieszczenie, a przynajmniej część, bo wiele jarzeniówek tylko iskrzyło. Gdy ciemność się bardziej skryła, oczami wyobraźni już widziałam odrodzone piękno żelaznej rzeźby. Chwyciłam swój pas z narzędziami i bez śniadania ruszyłam w wir pracy.

[center]***[/center]

WWWPomimo mych wysiłków, spora część instalacji nadal nie działa. Myślę, że szczury przegryzają gdzieś kable. Pomysł z pułapką wykorzystującą koło zębate, wciąż wydaje mi się zbyt brutalny. Ale to może minąć po pierwszej nocy. W międzyczasie znalazłam dźwignie uruchamiającą cały sprzęt. Z trudem ją przesunęłam, tylko po to by usłyszeć świsty uciekającego powietrze, zablokowane zębatki i głuchy huk.

WWW-I ja mam to wszystko naprawić? - wykrzyczałam w próżnię. Odpowiedziała mi tylko moja duma. Nie podam się.

[center]***[/center]

WWWPo kilku dniach, poruszałam się już z zupełną łatwością. Wchodziłam po olbrzymich zębach, biegłam po wałach korbowych, czy latałam niczym Tarzan. Nawet mnie to bawiło, pozwalało zapomnieć o mijającym czasie. Pomimo wszechobecnej ciszy, nie czułam się samotna. Może to dlatego, że moja praca była dla mnie niczym rodzone dziecko? Obym tylko nie zaczęła z nim rozmawiać!

[center]***[/center]

WWWDziś trafił mi się mały problem. Taki tyci tyci, jak sobie to mówiłam. A mianowicie: jak wnieść siedmiometrowy tryb na wysokość piątego piętra? Długo się zastanawiałam nad przerobieniem mechanizmu, aby ominąć i inne, równie maluśkie problemy. Rzecz w tym, że to niemal przyznanie się do porażki. Iście na skróty. Inni pewnie nazwaliby to postępem, właściwym myśleniem. Chciałam przywrócić dawną świetlistość. Odnowić, nie zmienić. „Zmodernizować”, jak ładnie nazywają swoją zbrodnię.

WWWAle pragnienie nie zmienia możliwości. Pogłaskałam delikatnie wyczyszczony metal, zupełnie jakby mógł wyszeptać upragnioną odpowiedź.

[center]***[/center]

WWWMijałam rzeczy, z którymi nic nie mogłam zrobić, prąc dalej naprzód. Wierzyłam, że kiedyś coś wymyślę, ale teraz nie mogłam się zatrzymywać. Z dumą patrzyłam na rosnące w oczach postępy. I wtedy poczułam podmuch świeżego powietrza. Odwróciłam się w stronę uchylonych drzwi.

WWW-Ohayo! - wesoło zawołałam, szukając nieśmiałego gościa.

WWWZeskoczyłam z podestu, by podejść do drzwi. Powoli wesołość znikała, zastępowana przez zdenerwowanie. Wyparowała całkowicie, wraz z dźwiękiem skrzypienia paznokci po szybie. Szybko podbiegłam do źródła hałasu, ale zobaczyłam tylko trzy niewyraźnie smugi na strzaskanej szybie i usłyszałam jak ktoś rysuje po wypolerowanym metalu.

WWW-Kim jesteś? - zapytałam wystraszona niczym małe dziecko. W odpowiedzi dostałam kobiecy śmiech.

[center]***[/center]

WWWTa wiedźma wciąż się przede mną skrywa. Z początku wyłącznie przerażała. Z ledwością mogłam pracować. Potem uruchomiła system, nieomal mnie zrzucając z samego szczytu. I na szczęście, tak, szczęście, bo gdyby nie to, chyba bym stąd wkrótce zwiała, wczoraj uszkodziła jedną z wież napędowych. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak wściekła. Nawet nieliczne ocalałe szczury uciekają na sam widok.

WWWNieważne czy ją powstrzymam, czy zniszczę. Ten dom jest mój i nikomu go nie oddam!

WWWI coś czuje, że w tym jestem jej bliska. Unika mnie z taką łatwością - musiała wcześniej znać to miejsce. To ona je zniszczyła? A może była tu i oszalała widząc katastrofę? Nie wiem. Ale choć już jej na tym miejscu nie zależy, to nie zamierza go oddać. Kobiece ego jak pewnie nazwałby to mój głupiutki miś.

[center]***[/center]

WWWNaprawiłam ostatnią lampę. Trudniej się skryć, gdy nie ma cienia. Także obudowałam miedzianą blachą wszystkie łatwe do uszkodzenia elementy. Odczuwałam cierpką satysfakcję, żmija coraz mniej się wychylała. No, ale dzięki niej rozwiązałam problem gigantycznych zębatek. Niech me dzieło same pomorze mi się odbudować! To tak proste, że nigdy bym na to nie wpadła.

[center]***[/center]

WWWOd kilku dni nie widziałam ani jednego śladu tej kobiety. Ku mojemu zdziwieniu, poczułam melancholie. Znowu jestem sama. Jak długo to trwa? Miesiąc? A może dłużej? Nawet zbliżający się koniec już mnie nie cieszy. Powoli zaczynam zadawać sobie pytanie: „Co dalej?” Czy zostanę stąd wyrzucona, gdy tylko wszystko naprawię? A więc chyba powinnam nigdy nie kończyć tego zadania. W końcu od wielu dni jest to mój dom. Niezbyt przytulny czy schludny, ale ma swój urok, a gdzie indziej się podzieję? Takie głupie myśli są teraz moim najgorszym wrogiem. I w przeciwieństwie do swej poprzedniczki, ani trochę mnie nie napędzają.

[center]***[/center]

WWW-(...)Więc nie siedź w depresji. Tam jest zimno, wierz mi! - śpiewałam sobie pod nosem, zapinając ostatni łańcuch. Zgrzyt. Zaskoczył. Koniec! Nareszcie! Odetchnęłam z ulgą i powolnym krokiem, niczym na defiladzie, zmierzałam do nowiutkiej wajchy. Z łatwością podniosłam ją do góry i koła poszły w ruch. Najpierw powoli, ociężale, nieśmiało przyśpieszając. Bęben, wysoko nade mną, wybijał równe, choć lekko przyśpieszone tętno. Ale nie uśmiechałam się. Wściekła rzuciłam kluczem w ścianę. Coś było nie tak. System witraży się nie ruszył ani o milimetr.

WWWPoliczyłam do dziesięciu, a potem jeszcze do stu. Wreszcie nieco uspokojona, wyłączyłam sprzęt i ruszyłam na poszukiwanie usterki.

WWW-Gdy wszystko idzie jak spłatka. To nie jest jest żadna gratka. Bo gdzież w tym wszystkim jest zabawa? No, odpowiedz mi moja mała. - Zamilkłam, szukając słów, by stworzyć sobie nową piosenkę do pracy.

[center]***[/center]

WWWJakich problemów może być przyczyną niedobra kanapka? Po godzinach dłubania i napadzie wściekłości, zainteresowałam się piskami myszy. Próbowała ona wejść do pewnej skrzyni, ale nie umiała się zmieścić w żadnej ze szpar. Gdy uklękłam nad nią i ku mojemu zdziwieniu nie uciekła, poczułam smród.

WWWOdkręciłam kilka śrub i nim odłożyłam płytę, gryzoń zdołał wskoczyć do środka, aby po chwili z zadowoleniem pomlaskać. Tak, tak. Właśnie znalazłam stare śniadanie, które było tak obrzydliwe, że przed kilkoma dnia bezmyślnie je wyrzuciłam.

WWWJak tu trafiło? A kto to wie? Mogę to tylko dopisać do wielkich tajemnic wszechświata, tuż za znikającymi długopisami i splątanymi słuchawkami.

WWWNie śpieszyłam się. Czekałam aż mój nieoczekiwany pomocnik zje i spokojnie odejdzie. Wtedy wyczyściłam wszystkie elementy, na nowo wsadziłam wybite i zamknęłam pokrywę. I znów, tym razem cała ubabrana smarem, podeszłam do dźwigni i płynnym ruchem przełączyłam ją w pozycję: włącz.

WWWMechanizmy znowu ożyły, równy dźwięk z góry zdawał się bardziej pewny. Kolejne okna się odsłaniały, pokazując mi wspaniałe obrazy. Wtedy centralny witraż ożył nieznanym mi światłem. Podeszłam zdziwiona. Nie widziałam dotąd żadnego połączenia systemu z tym miejscem. Strzaskane elementy, połączyły się w jedno, niczym doskonale dopasowane puzzle, nie pozostawiając żadnej rysy. Na ten widok serce zabiło mi mocniej.

WWWTo była brama! Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Pięknie zdobione wejście, które teraz się otwarło. Za nim był ogród, las i chatka, zapraszająca zapachem. A znikąd odezwał się głos, którego skrycie oczekiwałam.

WWW-Kocham cię – powiedział, a ja czułam jak się uśmiecha. Więcej nie było mi trzeba. Dostałam swoją zapłatę.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 15 maja 2014, 20:48 przez dorapa, łącznie zmieniany 9 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:15

[center]Stryszek[/center]

<p align="justify">
WWWJustyna zatrzasnęła drzwi Volvo i ze smutkiem spojrzała na domek pokryty zieloną dachówką. Staromodna okiennica przy wykuszu na strychu kołysała się z rytmem wiatru. Henryk podbiegł szybko, żeby Justa mogła oprzeć się na jego ramieniu.

WWW- Zobacz jak tu pięknie. – Próbował ukryć podenerwowanie.– Zawsze marzyłaś o powrocie do Polski.

WWW- Marzyłam też o własnym domu z ogródkiem. Wybacz, ale nie chciałam aby spełniło się to w takich okolicznościach.

WWWJustyna zerwała klepsydrę z ratanowego płotu.

WWW- Twoja babcia ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że zaopiekujesz się jej ukochanym domem. Krasnale w ogródku? – zdziwił się.

WWWJustyna otworzyła furtkę, która zaskrzypiała jak za dawnych lat.

WWW- Babcia wolała krasnale od kwiatów. Nie trzeba ich było podlewać. I nigdy nie oliwiła furtki. Skrzypienie jest tak głośne, że słyszała siedząc na stryszku. Szkoda, że jej nie poznałeś Heniek, polubiłaby cię.

WWWPogłaskał Justynę po dłoni.

WWW– Opowiedz mi o niej. Wygadaj się. Wiem, że tęsknisz.

WWWUśmiechnęła się blado.

WWW- Babcia była zawsze bardzo zajęta. Biegała po schodach na stryszek, zapalała fajkę i pisała historie o miłości. Miała pełną szufladę rękopisów i zawsze powtarzała, że życia jej nie starczy żeby opisać swoje wszystkie miłosne przygody.

WWWJustyna przestąpiła próg babcinego domu. Wszędzie unosił się zapach tytoniu i perfum z tuberozy. Na schodach na stryszek leżał czerwony, zupełnie wydeptany dywan. Ile razy dziennie babcia biegła na górę żeby zasiąść z fajką i pisać?

WWWMyśli Justyny powracały do wspomnień, w których wakacje spędzała w czerwonym domku. Babcia zamyślona i nieobecna z długopisem zastygłym w dłoni, jak posąg pomarszczonej Wenus. Justa miała wreszcie czas dla siebie, bez czujnego oka rodziców, bez ciągłej i chorobliwej kontroli. Tylko w domu babci czuła się wolna. Tutaj nikt jej niczego nie zabraniał, a do tego czuła się zupełnie bezpiecznie, bo tam, na stryszku, siedziała babcia obserwowała świat z góry i czekała na wenę.

WWWJustyna z rozrzewnieniem spojrzała na lodówkę, gdzie magnesami poprzypinane były kartki pocztowe, które przesyłała babci z podróży po świecie. W kuchni wisiały suszone grzyby i wycinanki z gazet z przystojnymi mężczyznami.

WWW- Oj, ta babcia. – uśmiechnęła się. – Henryczku, nie baw się światłem w kuchni!

WWW- Próbuję wyłączyć światło w przedpokoju, ale zamiast gasnąć, zapala żarówkę nad lodówką.
WWWJustyna podbiegła do niego. Rzeczywiście, kontakt w przedpokoju działał tylko na kuchnię.

WWW- Ciekawe. Sprawdzę nad czajnikiem...

WWWNiestety, kolejny kontakt nie trafiony. Światło w przedpokoju wciąż się świeciło. Postanowili wypróbować inne przyciski.

WWWKontakt w kuchni zapalał sypialnię. Wyłączenie klawisza w szafce z książkami gasiło lampkę w pralni a włączenie zapalało światło w piwnicy.

WWWJustyna biegała od pstryczka do pstryczka, śmiała się odnajdując ich zastosowanie i kręciła z niedowierzaniem głową nad szalonym zapotrzebowaniem babci na indywidualnie poprowadzoną domową elektrykę. Światło świeciło tak, jak zapamiętała to w dzieciństwie.

WWW- Justa, mamy problem. Chciałem skorzystać z toalety, ale niestety zapala światło… w garażu.
WWWWyjrzała przez okno.

WWW- Racja. A klawisz w podłodze przy zachodnim oknie… - Nacisnęła go stopą. – Zapala światło w chlewiku. Ach ta babcia!

WWWHenryczek zamruczał niewyraźnie.

WWW- Zaraz znajdziemy, głowa do góry.

WWW- Jest ciemno. Albo znajdziemy albo wejdę z zapalniczką. Latarki oczywiście nie wzięliśmy.

WWW-Jest w garażu. Zaczekaj.

WWWJusta narzuciła pulower i wyskoczyła przed dom. Znalazła latarkę i wracając do domu zauważyła, że pali się światło na stryszku.

WWW- Babcia pisze – uśmiechnęła się.

WWW- Henryk, co zapala stryszek?

WWWNie wiedział. Kręcił zrezygnowany głową, więc podała latarkę i pobiegła na górę do kącika babci. Biurko zasypane popiołem, kredowymi kartkami i żelowymi pisakami w stu kolorach. Babcia je uwielbiała. Justyna kliknęła wyłącznik stryszka i światło zgasło.

WWW- Łazienka świeci! – usłyszała głos Heńka.


[center]***[/center]


WWWPrzy kolacji Justyna zauważyła, że na stryszku pali się światło.

WWW- Klikałeś coś?

WWW- Nnie, nnic. – odparł z pełnymi ustami. Pobiegła na górę i znów wyłączyła światło.


[center]***[/center]


WWWJustyna wracała ze sklepu i spoglądała na rozłożyste dęby rosnące przy głównej drodze. Czerwony domek widać było z oddali, a palące się światło na stryszku lśniło jak latarnia.

WWW- To światło samo się zapala. Wezwę jutro jakiegoś sprytnego elektryka, który naprawi nam te kontakty. – Westchnął.
WWWUścisnęła jego łokieć.

WWW- Niech tak zostanie, Heniek. Tak jak jest. Babcia chciała, żeby to światło się paliło.

WWWHeniek wzruszył ramionami, a Justyna uśmiechnęła się szeroko.

WWWNa stryszku siedzi babcia Pelagia, pali fajkę i czekając na wenę, patrzy na świat z góry. I będzie tak siedzieć, dopóki nie opisze wszystkich przygód miłosnych.

</p>
Ostatnio zmieniony czw 15 maja 2014, 20:41 przez Grimzon, łącznie zmieniany 5 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!

Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.
:ulan:

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:17

[center]Nieskończoność.[/center]
<p align="justify">
wwwChciałabym, żeby nieskończoność była przewróconą ósemką. Wtedy do poprawkowego egzaminu z analizy matematycznej zostałaby niezliczona ilość dni. A tak - tylko osiem. Zbyt mało, na nauczenie się całości materiału z drugiego semestru.

www „Zostaw, nadrobisz w przyszłym roku” mówiła za każdym razem mama. „Odpocznij” dodawał ojciec, pocierając nos, jakby chciał ukryć wzruszenie drapiące w gardle. Wszyscy - zmęczeni moją determinacją i łzami nad zeszytem - powtarzali, że właściwie nie muszę przystępować do egzaminów, bo przecież tyle miesięcy chorowałam. Nic się nie stanie, jeśli powtórzę rok. Ja chciałam zdać. Jeszcze w szpitalu rzetelnie przepisywałam notatki z wykładów, prosiłam koleżanki o tłumaczenie zadań, pisałam prace. Kiedy miałam siłę utrzymać długopis. Gdy brakowało - liczyłam: prostokąciki płynu w rurce od kroplówki, dziurki w fudze między kafelkami, żabki w karniszu. To pomagało nie myśleć. O bólu, o strachu. A przecież byłam przekonana, że nie choruję tak bardzo. Kobieta z łóżka pod oknem, ta o niebieskich oczach i z odstającymi uszami - ona była bardzo chora. Nie mówiła prawie nic, zabroniła krewnym odwiedzin i nie szukała powodów do uśmiechu. Dziewczyna z drugiego posłania, do której codziennie przychodził chłopak, miała kiedyś loki jak sprężynki i płakała za każdym razem, gdy miedziana czupryna znikała za drzwiami - ona też była chora bardziej niż ja. Obie odeszły. Niebieskooka w nocy - nawet się nie obudziłam - sama do końca, jakby nie chciała nas zajmować namacalnością swojej śmierci. Rudowłosa zgasła dzień po tym, jak jej chłopak przyszedł z ogoloną głową. Potem widziałam go jeszcze raz, na oddziałowym korytarzu. Zielone oczy miał opuchnięte i usta zagryzione do krwi, czaszkę pokrywał rudy meszek. Popatrzył na mnie długo i jakoś tak z żalem. Rozumiałam jego ból. Przecież ja zostałam zamiast niej. W pokoju o niebieskich ścianach, z pykającymi miarowo porcjami kroplówki i trzydziestoma żabkami w plastikowym karniszu. I książkami z pierwszego roku studiów.

wwwNie policzyłam dni, gdy nic nie rozumiałam i bezmyślnie przepisywałam zadania. Być może było ich mniej, bo zdałam wszystkie egzaminy, oprócz tej nieszczęsnej analizy. Już po powrocie do domu, mimo nieprzespanych przez naukę nocy, zawalałam kolejne terminy zaliczeń. Została ostatnia poprawka. Moje być albo nie. Tydzień i jeden dzień.

wwwSiedziałam na ławce w parku, obłożona książkami niczym przekupka towarem. Słońce przyjemnie grzało, czułam je wyraźnie przez krótkie jeszcze włosy. Wszystkie sterczące kosmyki wyciągały się ku promieniom i rosły, radosne jak ja. Tu jesteśmy, żyjemy. W szpitalu w końcu i ja wyłysiałam. W tym czasie do sali przybyły dwie nowe dziewczyny - obie długowłose blondynki. Wstydliwie wiązały końskie ogony, unikając patrzenia na moją nagą głowę.

wwwCzasem późno w nocy siadałam skulona na parapecie, owinięta grubym szlafrokiem i wypatrywałam na niebie białych punkcików gwiazd. Wierząc, że wysyłane przez nie długie i żółte promienie mogą znaleźć drogę do popsutych komórek i porwać zło daleko w kosmos, na odległość tak niewyobrażalną, że zanim zdołałyby powrócić do swoich gwiazd - ginęłyby w pustce. Podczas chemii nie mogłam cieszyć się słońcem, bo raziło mnie ostre światło. Wtedy tak tęskniłam za jasną przestrzenią i powietrzem. Za muśnięciami wiatru pod rzęsami.

wwwTeraz odzyskałam słońce, miałam na wyciągniecie ręki. Gdybym jeszcze zdała! Wydawało się, że jeden egzamin to nic w porównaniu z rakiem. Skoro wygrałam życie, to mogę zacząć od nowa. Wybrać inne studia, podróżować przez rok, wyjść za mąż w Las Vegas, nauczyć się fotografować lustrzanką. Cokolwiek. Ale nie! Nie mogłabym żyć ze świadomością, że ten etap nie jest zakończony. To było dla mnie bardzo ważne. Odejść ze studiów, bo chciałam, a nie dlatego, że oblałam semestr.

wwwOsiem dni. Po raz kolejny przejrzałam spis zagadnień. Otworzyłam podręcznik na pierwszym temacie z listy i wyszukałam odpowiednie notatki. Symbol nieoznaczony... Symbol nieoznaczony... Symbol.... Zamknęłam oczy.

wwwChłód i wilgotna ciemność wieczoru… Pobrzękiwanie butelek, bełkotliwe, męskie głosy gdzieś w głębi parku… Zesztywniałam ze strachu. Wolno nabrałam powietrza, chcąc uspokoić nagłe bicie serca i szum w uszach. Powtarzałam w myślach jak mantrę, że są daleko, bo ich nie widzę, i starałam się jak najszybciej pozbierać papiery. Kiedy wyciągałam plecak spod ławki, czyjeś buty zaszurały po żwirze. Tym razem na pewno blisko. Zacisnęłam powieki, próbując sobie wmówić, że to tylko wyobraźnia. Ale… Nie. Ktoś stał nieopodal.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 01 maja 2014, 15:33 przez Grimzon, łącznie zmieniany 3 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!



Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.

:ulan:

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » czw 01 maja 2014, 09:19

[center]MIX FM[/center]
[center]Los w dupę kopie? Najwyższy czas też go kopnąć. [/center]

13 IX 2010 r.
<p align="justify">
www- Halo, halo, dzień dobry wszystkim słuchaczom, tu Adam Sosnowski z radia MIX FM. Dziewiąta rano, słońce za oknem, pogoda śliczna, jakby poniedziałek chciał nam wynagrodzić koniec weekendu. Paradoksalnie mam dzisiaj dobry humor na przekór tym, którzy pierwszego dnia tygodnia nienawidzą jak rozliczeń podatkowych. Radości chciałbym użyczyć również innym, jako że mam jej nadmiar, dlatego dzisiaj, trzynastego września, w Dzień Pozytywnego Myślenia, otwieramy linię dla słuchaczy. Akcja nosi kryptonim Jasna Strona Mocy. Tę stronę reprezentuję osobiście, wy zaś dzwonicie do mnie i podajecie mi przypadki, które są bezwzględnie negatywne i nie posiadają absolutnie żadnej pozytywnej cząstki. Stawiam jednak warunek – to muszą być sytuacje, w których sami się znajdujecie, a ja będę wam pomagał odnaleźć pozytywy w pozornie negatywnych sprawach. Dla tych, którzy się dodzwonią, mamy jedyne i niepowtarzalne składanki Don’t worry, be happy, na których umieściliśmy dwadzieścia optymistycznie nastawiających utworów. Dość gadania, teraz wesoły, muzyczny akcent, czyli Daniel Powter i jego Bad day, dla wszystkich hołdujących tradycji koszmarnego poniedziałku.

wwwNa antenie słychać melancholijne, fortepianowe dźwięki i pierwsze słowa pozornie smętnego utworu. Radiowiec zdejmuje słuchawki, targa ciemne, nadgryzione przez zakola włosy i patrzy z uśmiechem w prawo. Za oknem promienie słońca otulają miasto blaskiem radości, drzewa pną się aż pod niebo, koronami zdają się muskać chmury w pyzate, białe policzki, pomiędzy nimi hula wiatr, niczym rozradowane, pełne energii dziecko pomiędzy dorosłymi, i nawet ponure na co dzień bloki mieszkalne zdają się cieszyć tym wszystkim.

wwwMężczyzna wstaje, bierze kubek z parującą kawą i zbliża się do parapetu. Wygląda na zewnątrz, a tam po chodnikach pełzną ludzie przytłoczeni ciężarem codzienności. Inni tkwią w korkach, trąbiąc na siebie bez litości, jak gdyby dźwięk klaksonu miał unieść ich ponad pozostałe pojazdy i przenieść w miejsce docelowe niczym w futurystycznym filmie. Nie słychać śmiechu, radosnego nawoływania, brakuje energii charakterystycznej dla życia. Ci ludzie nie żyją.

wwwAdam wraca na miejsce, gdyż piosenka powoli dobiega końca. Zakłada słuchawki, odbiera pozaantenowy telefon od Moniki. Jej głos przypomina mu dziewczynę o tym samym imieniu, z którą chodził do klasy w technikum. Rutynowo prosi o niektóre dane osobowe, wspomina o wejściu na antenę, potwierdza chęć publicznego wystąpienia słuchaczki, po czym, gdy Bad day dogasa, mówi:

www- Dodzwoniła się do nas Monika z podlaskiego. Nazwa miejscowości, z której pochodzi, jak sama mówi, w wolnym tłumaczeniu na polski oznacza Koniec świata. Moniko, zechciej powiedzieć nam, co twoim zdaniem jest sprawą bezwzględnie negatywną?

wwwChwila ciszy przerwana przez markotny głos dziecka, któremu rodzice nie chcą kupić wymarzonej zabawki:

www- Chłopak mnie rzucił…

wwwMężczyzna wykrzywia twarz, unosi brwi, jednocześnie się ciesząc, że słuchaczka nie widzi sarkastycznego zdziwienia na jego licu.

www- Moniko – radosnym głosem odpowiada prowadzący – to świetna wiadomość!

www- Jak… jak to? – Dziewczyna wydaje się skonsternowana.

www- Tak to. Lepiej w ten sposób, niż miałabyś zastać go z inną w niedwuznacznej sytuacji.

www- Ale… on powiedział, że nikogo nie ma… Że to nie z tego powodu.

www- Nie z nami takie numery. Nie dziś i nie jutro, ale z pewnością niebawem, ujrzysz go, jak paraduje niczym paw z nowym nabytkiem. Powiedział ci tak, żeby nie łamać serca dziewczynie, z którą spędził wspaniałe chwile. Przepraszam, jak długo byliście ze sobą?

www- Dwa… Nie, trzy tygodnie.

www- Trzy tygodnie? – Tym razem to radiowiec wygląda na skonsternowanego. – No cóż. Lepiej, trzy tygodnie, niż trzy lata. Teraz wiesz, ile tak naprawdę był wart. Masz możliwość rozejrzenia się za wartościowym facetem, zamiast tkwić w marazmie z palantem, który miesiąca z kobietą nie potrafi usiedzieć.

www- Ale to ten jedyny. – Słychać wycie nastolatki dręczonej przez Weltschmerz.

www- To nie ten jedyny, skoro cię rzucił. Im prędzej sobie to uświadomisz, tym lepiej dla ciebie.

www- No… może tak.

www- Moniko, przemyśl sytuację, zastanów się, czy naprawdę jest tak źle, jak uważasz, i zacznij żyć. Dostajesz od nas składankę Don’t worry, be happy na smutne dni. Używaj bez ograniczeń. – Chwila ciszy. – Mamy następnego słuchacza, Albert z Pomorza, imię niemalże rycerskie, nie zdziwiłbym się, gdybym je usłyszał pod Grunwaldem. Albercie z Pomorza, rzeknij nam: cóż cię trapi?

www- Szef mnie wylał po piętnastu latach niewolniczej orki. Teraz muszę mieszkać z matką i wszyscy się ze mnie śmieją…

www- No faktycznie, kicha – odpowiada radiowiec – ale pomyśl, o ludziach, którzy nie mają matki i nie mają gdzie wracać? Ciesz się, że życie pobłogosławiło cię chociaż tym jednym darem, zanuć piosenkę Nie ma jak u mamy, wyznaj jej, jak bardzo ją kochasz i jesteś wdzięczny. Doceń, co dla ciebie zrobiła, zanim umrze, żebyś nie musiał płakać nad grobem i wyrzekać, że o czymś zapomniałeś, albo że nigdy nie okazałeś jej wdzięczności. Poszukaj nowej pracy. Masz żonę?

www- Nie, niestety, ale…

www- Nie tłumacz się, bo nic cię nie tłumaczy. Chcesz być starym kawalerem? Tak się odwdzięczasz matce, która poświęciła dla ciebie kawałek życia? Wstydź się! Wstydź!

www- Noo… masz rację.

www- Pewnie, że mam. Dla ciebie płyta z optymistycznymi utworami, gdzie znajdziesz między innymi kilka nagrań Łony, szczecińskiego rapera, który w zaawansowanym, starokawalerskim rzekłbym wieku nadal mieszkał z matką i nie dość, że nie czuł zażenowania, to jeszcze czuł się wobec niej zobowiązany. Teraz wywołany już Łona w piosence Fruźki wolą optymistów. Panowie, zwłaszcza samotni i pogrążeni w poczuciu beznadziejności, posłuchajcie i weźcie sobie te słowa do serca.

WWWPiosenka płynie, beat delikatnie stuka Adama w błonę bębenkową, słowa przepływają przez jego umysł i wywołują uśmiech. To dzięki niej pozbierał się do kupy, wyszedł na ludzi, poznał żonę. Byłą żonę. Uśmiech znika tak szybko, jak wypełzł na twarz radiowca. Od rozwodu minął prawie rok, a myśl o niegdysiejszej miłości nadal doprowadza go do pełnego goryczy szału. Swoim występkiem potwierdziła teorię, którą uparcie negowała przez trzy lata ich związku. „Każdy ma szansę na miłość”. Dała mu tę szansę, a potem odebrała. „Nie miej mi tego za złe…”. „Bardzo, kurwa, śmieszne” – pomyślał. Może powinien zadzwonić do swojego programu i opowiedzieć tę historię? Co by sam sobie odrzekł? „Byłeś ślepym idiotą, stary. Żony i samochodu się nie pożycza, bo jedno i drugie może się rozkraczyć”. Tyle.

wwwMinuta do zakończenia utworu Łony. Odbiera telefon:

www- Z kim mam przyjemność?

www- Marta z Torunia. – Smutny, przygnębiony głos.

www- Marto, jako że się dodzwoniłaś, otrzymujesz naszą składankę, a żeby ją wysłać, potrzebuję adres.

www- Ach, tak. Rodzynkowa 4, 87-100, Toruń.

www- Dobrze – zapisuje adres – niebawem usłyszysz, że muzyka przestaje grać, i wtedy wejdziemy na antenę. Jesteś gotowa?
WWW- Tak.

wwwOstatnie słowa rapowanego utworu, beat gaśnie, Adam zaczyna mówić:

www- Witam na antenie Martę z Torunia, pięknego miasta, w którym ziemia zaczyna się kręcić, a Maryja zawsze jest dziewicą. Marto, opowiedz nam o sytuacji, jaka, twoim zdaniem, jest bezwzględnie negatywna.

wwwNa antenie słychać płacz…
</p>
Ostatnio zmieniony czw 01 maja 2014, 15:32 przez dorapa, łącznie zmieniany 6 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:20

[center]JESTEM STUDENTEM[/center]

[center]opowieść o nadziei i sile, która drzemie[/center]

<p align="justify">
wwwJacek otworzył oczy, ale wszechogarniająca ciemność utwierdziła go w przekonaniu, że jeszcze nie pora wstawać. Podciągnął pod szyję lekki koc, przekręcił się na drugi bok i znowu chciał zasnąć.

wwwUrywki wczorajszej imprezy przewijały się w marzeniu sennym jak wiadomość podprogowa w reklamie płatków śniadaniowych. W głowie brzęczało od dobrego bitu, który zapuścił dj Astonix, a usta wyschły na wiór. Wyciągnął rękę po mineralną. Palce szukały butelki, potem szafki, włącznika światła.

www- Chłopaki, jaj nie robić, niech stanie się jasność! – wychrypiał. Na oślep zaczął przeszukiwać ubranie, rozpoznał po suwaku, że jest w tej samej bluzie co wczoraj. Wstał i spadł na coś miękkiego. Wyczuł, że nie spał w swoim łóżku tylko w kłębowisku starych szmat.

www- Gdzie ja jestem do ku…- nie dokończył, ponieważ rękami dotknął przeciwległych ścian. Znowu zaczął przeszukiwać kieszenie. Paczka fajek, zapalniczka, mentosy, gumka… Komórka.

wwwOdetchnął z ulgą. Naładowana 87%, brak zasięgu. Jedna wiadomość nieprzeczytana. Dzisiaj o 13.00.

WWWJacusiu. Wyjechaliśmy pierwszym transportem, jak tylko dostaliśmy ulotki. Wyjeżdżamy do cioci Zosi, więc nie wracaj do domu. Katowice też są narażone. Rzuć wszystko i się ewakuuj. Bardzo tęsknimy i martwimy się o ciebie. I koniecznie zadzwoń jak tylko będziesz w bezpiecznej strefie.

wwwNa wyświetlaczu osiemnasta trzydzieści trzy.

www- Pospałem – mruknął i odnalazł w ustawieniach opcję latarki. Oświetlił wąskie pomieszczenie.

WWWWszystko jasne, kolejny durny żart kumpli z AGH. Nigdy nie mieli szacunku do humanistów.

WWWPrzenieśli go na poziom minus jeden w akademiku „Żaczek” do Pościelowni, małego korytarzyka który łączył windę z magazynem pana Wojtka.

WWWNa podłodze walało się wszystko to, co nie mieściło się w gabineciku. Białe klatki, wyłożone pościelą, stos kocy, rurki przeróżnej długości.

WWWW korytarzyku nie było ani okien, ani schodów do wyjścia. Tylko niebieska winda. Jacek przycisnął przycisk i już widział koniec świata.

WWWBrak prądu.

www- Słyszy mnie ktoś! – wrzasnął i zaczął okładać drzwi pięściami. – Halo, jest tam ktoś? Pomocy!

wwwZrezygnowany, zsunął się plecami po ścianie. Był głodny, chciało mu się pić i zaczynało mu być wszystko jedno. Owinął się kocem, próbował zasnąć i obudzić się w świecie, gdzie przetrwanie polega na wypłaceniu kasy rodziców z bankomatu, przekserowanie kilku podręczników i kilka nieprzespanych nocy tuż przed sesją.

wwwJeszcze wczoraj dobra zabawa i marzenia o zdobyciu dyplomu magistra, tylko po to, żeby historyk z liceum, pan Szczur, przyznał się do błędu, że źle ocenił możliwości Jacka.

wwwChciał krzyknąć wtedy:

WWW- Żryj szczaw! Wyszedłem na ludzi!

WWWZaczął zdawać sobie sprawę, że całe życie, które doprowadziło go tutaj, do ciasnej Pościelowni, zmarnował.

wwwNie poznał miłości życia, nie powiedział rodzicom, że ich kocha, nie zdążył zwiedzić Kazimierza. Nie przejechał dorożką, nie kupił kwiatów od kwiaciarki z Rynku, nie zjadł pikantnego obwarzanka. Nie zanurzył dłoni w Wiśle, nie przebiegł się pieszo na Kopiec, nie znalazł żółtej ciżemki.

wwwA teraz siedzi na lastrykowej podłodze, przykryty kocem, głodny, zły i z pełnym pęcherzem.

wwwByć może ostatni student w Krakowie.

wwwByć może ostatni człowiek w Krakowie.

wwwByć może ostatni człowiek.

www[/colorJaka myśl przychodzi przed śmiercią?

[color=white]www
- Umrę we własnych szczynach.

wwwNie, Jacek nie mógł pozwolić na to, żeby ta myśl była ostatnią. Przymknął oczy i próbował złapać się pozytywnej myśli, tej jednej rzeczy, z której był dumny.

www- Świadom wielkich tradycji – wychrypiał. – Będę dbać o godność studencką.

wwwPrzyświecił latarką po podłodze i odnalazł przygiętą rurkę. Przymierzył ją w dłoni i łyknął mentosa.

wwwUdało mu się łomem zrobić szczelinę i z całej siły rozsunął drzwi. Wtoczył do środka wózek pościelowy, wspiął się i latarką w telefonie podświetlił sufit aby odnaleźć rygiel drzwi szybowych.
www- James Bond nie mógł się mylić.

wwwWłaz został zwolniony. Jacek zaparł się i wyczołgał na dach. Na wysokości głowy ziała dziura wychodząca na parter akademika.

www- Wolności, dodaj mi skrzydeł! – podrzucił koc, żeby wziąć go ze sobą i zaczął wspinać się w kierunku źródła światła. Druga próba była udana, wtoczył się na podłogę parteru i położył na plecach łapiąc oddech.

wwwDroga do wyjścia z akademika na lewo od windy była zablokowana. Wyglądało na to, że strop nie wytrzymał. W drugą stronę ciągnął się korytarz do pokoi studenckich. Nie dało się go sforsować , wszędzie leżały pokruszone cegły. Sufit utrzymywały tylko zbrojenia punktu ksero. Grube metalowe kraty, które wygięły się pod naporem burzącego się budynku. Jacek prześlizgnął się do pokoiku wypełnionym sprzętem kserującym. Zauważył stos czerwonych ulotek.

[center]Ewakuacja!
Władze Miasta Krakowa ostrzegają!
Za dwanaście godzin spadnie deszcz meteorytów, proszę o udanie się do bezpiecznych stref.
Co dwadzieścia minut będzie odjeżdżał autobus, uruchomione zostaną dodatkowe pociągi.[/center]



wwwJacek nie czytał dalej. Wytoczył się na dziedziniec akademika. Wspiął się na hałdę gruzu. Rozejrzał się po pustyni z betonu i śmieci. Tylko Kościół Mariacki stał jak ostatnia niezdobyta twierdza. Wszystko wokół było rozdrobnione jak w mikserze do kamieni. Jacek owinął się kocem i spojrzał na komórkę. Brak zasięgu. Bateria 46% Godzina 19.52. Słońce zaczęło zachodzić i oświetliło gładki, czarny, trójkątny kształt statku, który wylądował na Błoniach.

www- Pomoc? Nowoczesne jednostki ewakuacyjne? – Jacek padł na gruz i zaczął obserwować, że statek zaczął emanować własnym światłem. Ssał kolejnego mentosa i wahał się czy może zapalić. W pudełku był tylko jeden papieros. Postanowił zachować go na najczarniejszą godzinę.

wwwW powietrzu usłyszał dźwięk dzwonu, który niósł się z daleka. Po chwili usłyszał znajome dzwięki hejnału, które rozbrzmiały na cztery strony świata.

www- I oby był to człowiek, a nie prototyp studentów AGH, sterowana ręka z trąbką.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 15 maja 2014, 20:47 przez Grimzon, łącznie zmieniany 5 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!



Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.

:ulan:

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:22

[center]Rudość[/center]

<p align="justify">
wwwCzy ktoś wie, gdzie i kiedy można spotkać anioła? Okazuje się, że przypadkiem.

wwwStałam przed tablicą ogłoszeń w miejscowym pośredniaku i przeglądałam oferty pracy. Z każdym przeczytanym ogłoszeniem, ogarniała mnie coraz większa rozpacz. Brukarz, płytkarz, kierowca CE, mechanik samochodowy, ślusarz narzędziowy, pracownik do kopania rowów z możliwością przyuczenia… A dla mnie, nie ma nic. Zupełnie nic. Człowiek skończył studia, a do pracy nikt go nie chce. Może gdybym była mężczyzną… Ale pech chciał, że jestem kobietą i to w dodatku młodą. Tragedia.

wwwZałamana, oparłam się o pobliską ścianę. Od tygodni nie znalazłam żadnej odpowiedniej oferty. Na rozmowach kwalifikacyjnych, na które od czasu do czasu chodziłam, jasno dawano mi do zrozumienia, że nie zostanę zatrudniona ponieważ… o zgrozo - mogę urodzić dziecko! To przecież niedopuszczalne i nieekonomiczne. Poza tym nie mam żadnej praktyki, a oni potrzebują osobę z doświadczeniem. Tylko jak i gdzie je zdobyć, skoro nikt nie daje mi szansy? Nie miałam przed sobą żadnych perspektyw.

www- Hej, ty młoda jeszcze jesteś, nie poddawaj się – usłyszałam wesoły głos kobiety, która właśnie przechodziła obok.

wwwUniosłam głowę wyrwana z zamyślenia. Czy na pewno mówiła do mnie? Ale stała tuż obok, a na korytarzu nie było nikogo innego.

wwwSpojrzałam na nią. Miała długie do ramion, rude włosy zaczesane na lewą stronę, do tego jasną, piegowatą twarz, oraz niebieskie oczy. Ubrana była w szaroniebieską garsonkę.

wwwRude, jest wredne, przyszedł mi do głowy stary stereotyp. Rudość, to nie kolor włosów, tylko cecha charakteru, głosiła ludowa mądrość. Kiedyś wystarczyło być rudym, by być uznanym za czarownicę. Starożytni Grecy wierzyli, że miedzianowłosi po śmierci zmieniali się w wampiry. Zwyczajowo przypisywano im szereg niezbyt miłych cech.

wwwAle ona chyba nie była wiedźmą. Nie miała kurzajki na nosie, ani złego oka. Nie wyglądała też, jak krwiopijca. Była przyjazna, uśmiechnięta i miała jasne iskierki w oczach. Z plakietki przyczepionej do ubrania dowiedziałam się, że miała na imię Marta. Pracowała w urzędzie.

www- Dostaliśmy dużo środków na staże – powiedziała entuzjastycznie. – To szansa, na zdobycie doświadczenia i być może pracy. Idź zaraz do pokoju trzysta sześć i dowiedz się, czy się kwalifikujesz. Powodzenia!

wwwPosłała mi jeszcze jeden miły uśmiech i odeszła. Patrzyłam za nią, jak zniknęła na klatce schodowej. Na korytarz powrócił chłód, jakby z nią zniknął cały optymizm.

wwwJednak odrobina nadziei we mnie pozostała.

www- Weź się w garść, kobieto – powiedziałam sama do siebie.

wwwPo kilku głębokich wdechach poszłam na trzecie piętro, do pokoju, który wskazała mi pani Marta.

www- Dzień dobry – powiedziałam wchodząc do środka. – Dowiedziałam się, że jest możliwość odbycia stażu. Chciałabym skorzystać z tej formy pomocy.

wwwPulchna brunetka z burzą loków uniosła głowę znad monitora. Jej spojrzenie mówiło jasno, że nie życzy sobie mnie tu widzieć. Pomyślałam, że na pewno przerwałam jej układanie pasjansa. Odruchowo cofnęłam się dwa kroki.

www- A kwalifikujesz się na staż? – zapytała wypranym z entuzjazmu głosem. – Nie mogę skierować pierwszej lepszej osoby, która wejdzie z korytarza. Musisz spełniać warunki określone w ustawie.

wwwNie poprosiła mnie, żebym usiadła, więc stałam tam, przed jej biurkiem, jak ofiara losu. Mój cały optymizm prysnął niczym bańka mydlana.

www- Nie wiem – odpowiedziałam odruchowo kuląc ramiona.

wwwSkoro ona nie wiedziała, to skąd ja miałam wiedzieć? Nie znałam ustawy, o której mówiła. Zrobiło mi się przykro. Widocznie dla niej byłam tylko petentem, do niczego nie potrzebnym pyłkiem na bucie, który należało strzepnąć.

www- Proszę, niech pani podejdzie do mnie – zawołała dziewczyna ze stanowiska obok. Jednym ruchem zgarnęła na krawędź biurka leżące przed nią papiery, robiąc miejsce. Uśmiechnęła się przyjaźnie.

wwwKolejna ruda, zauważyłam.

www- Proszę usiąść. Potrzebny mi jest pani dowód osobisty – zachęciła mnie. – Zaraz sprawdzę, czy się pani kwalifikuje. Mamy obecnie bardzo ciekawe oferty. Grzechem by było nie spróbować.

wwwPosłuchałam. Po jej słowach zrobiło mi się cieplej, nawet zdobyłam się na nieśmiały uśmiech. Może rude wcale nie jest takie złe, przyszło mi do głowy.

wwwDziesięć minut później wyszłam z budynku ze skierowanie na rozmowę w sprawie stażu w Urzędzie Skarbowym. Potrzebowali kilku osób, więc miałam duże szanse. Musiałam pójść koniecznie dzisiaj, bo jak powiedziała pani Asia, jutro kadrowa idzie na urlop.

wwwZ bijącym sercem, na nogach miękkich jak z waty, wróciłam do domu po cefałkę i pojechałam do skarbówki. Omijając windę, wdrapałam się na trzecie piętro, gdzie mieściły się kadry. Przez uchylone drzwi usłyszałam, że w środku ktoś był, więc poczekałam. Nie chciałam podsłuchiwać, ale mimowolnie dobiegł mnie fragment rozmowy.

www- Proszę mnie zrozumieć, ja bardzo chcę, przyjąć panią na ten staż. Nie szkodzi, że nie umie pani obsługiwać komputera. Mamy takie stanowisko, na którym potrzebna jest jedynie podstawowa znajomość edytora tekstów. Napiszę na skierowaniu, że panią przyjmuję od następnego poniedziałku, a pani przez ten czas zapozna się z klawiaturą komputera. Dzieci na pewno pomogą. Proszę się nie bać, na pewno sobie pani poradzi.

wwwChwilę później roztrzęsiona, około czterdziestoletnia kobieta wyszła z biura kadrowej. Zauważyłam, że miała rozmazany tusz do rzęs. Posłała mi pełen nadziei uśmiech, który odwzajemniłam.

wwwWzięłam kilka głębokich wdechów i weszłam do środka.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 01 maja 2014, 15:30 przez Grimzon, łącznie zmieniany 2 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!



Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.

:ulan:

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:23

[center]Niezwykła ofiara[/center]

<p align="justify">
wwwPrzez wiele lat robiłem karierę dziennikarską w wielkiej metropolii i nie odwiedzałem rodziny mieszkającej na prowincji. Ale kilka miesięcy temu, dokładnie w poniedziałek, zadzwonił do mnie daleki kuzyn Antonii i stwierdził, że koniecznie musi się zemną spotkać, by powiedzieć coś ważnego w cztery oczy. Próbowałem nakłonić do zwierzeń przez telefon, ale bezskutecznie. Chrapliwy głos krewnego nie ustawał w monotonnych naleganiach. Po dłuższej wymianie zdań uległem i umówiłem się na piątkowy wieczór w kawiarni „Skowronek”, zacnym przybytku małomiasteczkowej zaradności. Niewielki lokal wypełniały stylowe meble. Na ścianach pokrytych ciemną boazerią wisiały czarno-białe zdjęcia przedstawiające twarze i ulice sprzed półwiecza. Nieliczni goście pili piwo i gawędzili przy stolikach.

wwwSpotkanie doszło do skutku. Wymieniłem uprzejmości z dawno nie widzianym kuzynem, który zmienił się, ale tylko pod pewnymi względami. Choć wydoroślał, dalej sięgał po słownik slangu z uroczą naiwnością dziecka. Poznałem najróżniejsze plotki o dawno niewidzianych znajomych, okraszone wiązanką siarczystych przekleństw i złorzeczeń występujących w roli przerywników. Usłyszałem wiele ciekawych rzeczy wypowiedzianych pod wpływem alkoholu, bożka rozwiązującego języki, ale najważniejszą streściło zdanie: to nie Marchewa ukatrupił tego psa.

wwwNie chodziło o zwierzaka, lecz powszechnie nielubianego policjanta. Mundurowy nie zginął na służbie. Podobnie jak inni znaczniejsi mieszkańcy miasteczka brał udział w corocznym polowaniu na lisy. Padł postrzelony w serce. Dotychczas sądziłem, że za tę przypadkową śmierć odpowiada leśniczy, stary Marchewa. Ufałem szczegółowym zeznaniom skruszonego winowajcy. Naoczni świadkowie Julia, Antek i Wiktor nie podważyli oficjalnej wersji wydarzeń. Sąd pracował szybko i sprawnie. Wyrok zapadł po jednej rozprawie. Nikt nie składał zażaleń i odwołań. Nad nieszczęściem nie cudowała nawet miejscowa bulwarówka, szemrana instytucja skłonna do rozdmuchiwania najgłupszych błahostek.

wwwDotąd myślałem, że uczestników niefortunnego polowania cementowały więzi przyjaźni i różnorakiego pokrewieństwa. Nie dostrzegałem nawet rąbka mrocznej tajemnicy. Kuzyna uważałem za człowieka słownego. Krzywoprzysięstwo, długoletnie tkwienie w kłamstwie nie pasowało do jego osobowości. Dobroduszny Marchewa nie objawiał cnót heroicznych, Wiktor z zapałem tępił cudze matactwa i nie wyglądał na hipokrytę… Jaka i czyja korzyść, jaka i czyja strata wiązała się ze złamaniem prawa i zatajeniem prawdy? Zastanawiając się nad zagadką, przejrzałem w bibliotece stare wydania lokalnej prasy. Wypełniłem luki pamięci. Pochylając się nad płachtami dzienników, zastanawiałem się co chwila, czy przypadkiem nie brnę w zaułek wypełniony powierzchownymi relacjami i płaskim komentarzami. Z doniesień uwiecznionych na lichym papierze wynikało, co następuje. Julia w ogóle nie składała zeznań, zasłaniając się zażyłymi relacjami z winowajcą. Marchewa był dla niej ojcem chrzestnym, sąd przystał na wyłączenie świadka. Wiktor wystąpił w roli prokuratora. Płaczliwym, styranym głosem apelował do sądu o możliwie łagodną karę. Marchewę obciążyło przyznanie się do winy i zeznanie Antka, syna sąsiadów.

wwwCzyżby szanowana osobistość, jak dotąd uchodząca za ucieleśnienie sprawiedliwości, z premedytacją wsadziła niewinnego leśniczego za kraty? Julię zawsze spostrzegałem jako wrażliwą, zielonooką blondynkę. Owszem, chodziła na ryby i kopała piłkę z kolegami. Ale nie wyobrażałem sobie, by mogła zamordować, nawet przypadkiem. Nie posiadała ani środków, ani interesu w tym, by obciążać Marchewę. Śmierć przyjaciela rodziny – interpretowałem – wstrząsnęła ją do tego stopnia, iż porzuciła dotychczasowe zainteresowania przyrodnicze i wybrała się na studia prawnicze. Teraz sama prowadziła wziętą kancelarię prawną. Gdyby chciała – spekulowałem – dopadłaby Wiktora i wywlekła stare grzechy na światło dzienne. Czemu więc milczała? Postawiwszy pytanie, postanowiłem wybadać sprawę u źródła.

wwwParę dni później widziałem się z Julią w swoim biurze. Zbieg okoliczności sprawił, iż akurat chciała udzielić wywiadu w sprawie głośnego wyroku. Broniła przed sądem słynnego reżysera oskarżonego o molestowanie asystentki. Proces budził wielkie emocje w mediach. Rozmowę przeznaczoną do druku wypełniły więc komentarze o niezdrowej atmosferze panującej wokół pracy sądów i prawników. Gdy zrealizowałem zadanie zawczasu skonsultowane z redakcją, przeszedłem do luźnej konwersacji. Poruszałem wiele mniej lub bardziej poważnych kwestii. Julia siedziała w wygodnym fotelu i piła kawę. Z radia płynęła cicha muzyka pop. Uległa delikatnym namowom. Rozpuściła długie, brązowe włosy i zaczęła opowiadać. Zwierzenia kręciły się wokół sentencji: wszystko ma swoją cenę.

wwwJulia przyznała drżącym głosem, że strzelając, nieumyślnie zabiła policjanta. Teoretycznie w ogóle nie powinna uczestniczyć w łowach. Wówczas liczyła zbyt mało wiosen, by legalnie posiadać broń, a zarazem zbyt dużo, by stanąć przed sądem rodzinnym i obciążyć odpowiedzialnością opiekunów prawnych. Tkwiła w irytującym stanie pośrednim między niedojrzałością a dorosłością. Uchodziła za grzeczną, bo najbliższe otoczenie rozpieszczało ją i pozwalało zawyżać psychiczną metrykę. Nie musiała, dla przykładu, namawiać chrzestnego, by udostępnił przydomową strzelnicę i pomógł w opanowaniu sztuki strzeleckiej. Wystarczyło parę luźnych sugestii i starszy mężczyzna z zapałem wziął się za rozwijanie talentów chrześniaczki.

wwwGdy Julia nabrała finezji w pociąganiu za spust, postawiła na swoim i ruszyła z dorosłym na prawdziwe polowanie. Oficjalnie przebywała w charakterze osoby towarzyszącej. Ale gdy obcy myśliwi rozproszyli się w poszukiwaniu zwierzyny, pożyczyła zapasową strzelbę od Marchewy. Zmieniając położenie w gęstym, dębowym lesie, ubiła kilka lisów i odcięła im kity. Czuła się pewnie. Oprócz ojca chrzestnego towarzyszyli jej wspomniany Wiktor i Antoni. Wszystko szło dobrze, dopóty nie pomyliła człowieka siedzącego w krzakach z futrzakiem. Właściwie nie rozumiała, jak mogła popełnić taki okropny błąd.

wwwNieszczęście przyszło, gdy znudzona siedziała na skraju polany i wpatrywała się w kępę młodych drzewek i zarośli. Nagle, po godzinie nudnego czekania zauważyła jakiś ruch, jakiś cień mignął wśród plątaniny badyli. Strzeliła. Po ułamku sekundy usłyszała ludzki, zamierający krzyk. Poderwała się. Galopem przebiegła kilkanaście metrów i zobaczyła trupa. Pod krzewem dzikiego bzu leżało ciało bezładnie opadłe na mokrą ziemię, ubrane w zieloną kurtkę. Materiał brukała ciemniejąca krew. Twarz nieznajomego wyglądała na znajomą pomimo wytrzeszczu gałek ocznych i przedśmiertnego grymasu na twarzy. Strzelczyni wpadła w przerażenie. Ale towarzysze łowów zachowali zimną krew, bez trudu rozpoznali denata, a przed wezwaniem pomocy zawarli układ. Marchewa zobowiązał się do wzięcia całej winy na siebie. Wiktor obiecał ukartowanie sprawy. W zamian za przysługę zażądał, by Julia pozwoliła mu pokierować swoim życiem. Zszokowana dziewczyna zgodziła się bez oporów, warunek prokuratora z sąsiedztwa wyglądał bardzo enigmatycznie i niegroźnie. Został skonkretyzowany dopiero następnego dnia. Prawnik orientował się w pasjach Juli. Młoda dziewczyna kochała rodzinne strony. W szkole uczyła się dobrze, ale nie lubiła długiego siedzenia nad książkami, nie cierpiała ciągłego przebywania w zamkniętym pomieszczeniu i tak zwanej papierkowej roboty. Zamierzała pracować jako leśnik lub znaleźć męża farmera i założyć rodzinę.

Wiktor z premedytacją przekreślił marzenia i plany Juli. Wymusił podjęcie nudnych studiów prawniczych. Aby dodatkowo zmotywować podopieczną, udzielił warunkowo bezzwrotnej pożyczki i wysłał na jeden z droższych uniwersytetów. Zmiana otoczenia i reorientacja usposobienia kosztowała sporo nerwów. Dziewczyna przez pierwsze dwa lata ciągnęła na warunku.

Z powyższej opowieści wynikło jedno, prokurator uchodzący za uosobienie sprawiedliwości dopuścił się matactwa i samosądu. Byłem ciekaw, co nim kierowało. Czy chciał zyskać władzę nad młodym życiem? Czym kupił wieloletnie milczenie Juli i Ignacego? Dlaczego Marchewa przystał na rolę jedynego winowajcy? Pytania nie dawały spokoju. Czekałem na weekend, jedyny czas sprzyjający odwiedzinom w rodzinnych stronach. W wolnych chwilach przechadzałem się po parku i dumałem o przeszłości. Niespodziewanie, idąc cichą aleją lipową, zobaczyłem starego Wiktora wyprowadzającego jamnika na spacer. Widocznie – odgadłem – zestarzawszy się, zamienił duże, wiejskie mieszkanie na małe, miejskie lokum. Podszedłem i rozpocząłem niewinną wymianę zdań. Sprawy poważniejsze poruszyłem dopiero po wybadaniu samopoczucia rozmówcy. Szczęście sprzyjało, Wiktor tryskał dobrym humorem. Dużo opowiadał, o dziwo, chętnie i ciepło wspominał uwięzionego leśniczego. Często odwoływał się do wyrażenia-klucza: Temida to oszczędna kobieta.

wwwEmerytowany prokurator wywodził, iż podczas nieszczęsnego polowania Marchewa jedynie wyglądał na silnego i zdrowego. Nieszczęśnik już od dłuższego czasu szacował bliskość kresu życia. Nie przeliczył się, za kratami i w więziennym szpitalu spędził nie więcej niż kilkanaście miesięcy. Przed procesem miał do wyboru albo odpowiedzialność częściowa, albo pełna. Jedna i druga zsyłała do celi, ale jedna dawała mglisty zysk, a druga przyjemne poczucie sensu. Gdyby Julię pozbawiono wolności i zaliczono w poczet kryminalistów, najprawdopodobniej nieodwracalnie zeszłaby na złą drogę. Teraz można o tym mówić otwarcie – podsumowywał rozmówca – bo każdy sąd umorzy sprawę z powodu przedawnienia.

wwwArgumenty brzmiały przekonująco, zwłaszcza w patetycznej oprawie oratorskiej, ale nie rozwiały wszystkich wątpliwości. Całe to dobro usiłowało zapomnieć o zabójstwie i lekkim koniunkturalizmie prawnika mądrego po szkodzie. Wiktor nie interweniował, gdy Marchewa dawał Juli broń do ręki.

wwwNie mogłem spytać o zdanie martwego policjanta, ale mogłem odszukać wdowę. Kobieta nie zmieniła miejsca zamieszkania. Dalej żyła w dużym, starym domu i prowadziła dobrze prosperujący zakład kosmetyczny dla pań i panów. Kontakt nawiązałem za pośrednictwem ciotki, lokalnej lwicy salonowej, utrzymującej stosunki z każdą, znaczniejszą osobą w okolicy.

Ku memu zdumieniu żona mundurowego nie rozpaczała po śmierci partnera życiowego. Kula mimowolnej zabójczyni uwolniła od koszmaru, męża, który lubił wypić i bić. Wyjawiła, że trwają przygotowania do ślubu jej wnuczki z synem Juli. Wyliczając konkurentów o rękę latorośli, wymieniła syna Antoniego. Doznałem olśnienia, wszystkie puzzle w układance skoczyły na właściwe miejsce. Kuzynem nie kierowały skrucha z powodu krzywoprzysięstwa czy inna szlachetna pobudka, lecz przyziemny interes matrymonialny. Sugerując rewelacje, liczył na rozdmuchanie afery i sabotowanie małżeństwa. Próbował zrekompensować niepowodzenie w miłości, czyli nieudane zaloty do Julii, mariażem potomstwa. Zgorzknienie podsunęło pomysł, by odwołać fałszywe zeznania. Pierwotnie dał wybrance serca wolność wyboru, teraz, po czasie, próbował cofnąć bezinteresowny dar.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 15 maja 2014, 20:34 przez Grimzon, łącznie zmieniany 7 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!



Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.

:ulan:

Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » czw 01 maja 2014, 09:24

[center]Opowieść na sześć cycków[/center]

<p align="justify">
wwwPamiętał salę tronową - marmury, złocenia, kryształowe zwierciadła i wielkie gobeliny ze scenami z polowań. Rzeźbione krzesła, na których siedzieli wystrojeni dostojnicy. Zbliżało się południe. Przez wysokie okna wpadały promienie słońca i powietrze gęstniało od upału. Powoli wszystkim zaczynało być gorąco, pocili się i mieli ochotę na szklanicę zimnego piwa oraz krótką drzemkę. Jednak ukrywali ziewanie i cierpliwie wysłuchiwali próśb kolejnych mężczyzn.

wwwOjciec tkwił na swoim miejscu, a raczej próbował znaleźć na nim pozycję na tyle wygodną, by wytrzymać następne godziny. Tron budził szacunek i podziw, ale był najmniej wygodnym meblem w całym zamku. Im dłużej ojciec na nim siedział, tym energiczniej się wiercił i szybciej ferował wyroki. Harold rozumiał go doskonale - dni takie jak ten potrafiły doprowadzić do szału. Były bezdennie nudne.

wwwPamiętał również chwilę, gdy do sali weszły trzy, młode kobiety. Zaskoczyły go, bo nie zauważył, żeby na liście petentów były jakiekolwiek niewiasty. Ojciec momentalnie przestał się wiercić. Usiadł wyprostowany, z dumnie uniesioną głową i ramionami ułożonymi na poręczach tronu tak, by widoczne były upierścienione palce. Wszyscy zgromadzeni w sali mężczyźni obserwowali idące od drzwi kobiety. Były całkiem różne. Inne sylwetki, inne włosy, a kiedy wreszcie stanęły rządkiem przed tronem, by złożyć ukłon należny królowi i jego następcy, mógł ocenić, że ich cycuszki różniły się tak samo jak kolor oczu.

wwwJakie to szczęście, że minęła moda na wysokie zapięcia pod szyją, a szambelan opracował nowy wzór ukłonu, pomyślał wtedy i przemknął wzrokiem po jędrnych jabłuszkach Lessy, dojrzałych melonach Mares i kipiących ze stanika, bo wielkich niczym arbuzy, piersiach Kobo. Po trzech godzinach nudy, otrzeźwił go widok sześciu cycuszków, bezwstydnie wymierzonych w tron.

wwwPotem odezwała się Mares. Wie, że podziwiał jej dar wymowy. Długie, kunsztowne okresy zdaniowe, figury retoryczne upiększone eleganckimi słowami płynęły z karminowych, lśniących ust, niczym woda z akweduktu. Niestety, szybko pojął, że chciała złota z królewskiej szkatuły. Niemal zaśmiał się, kiedy adeptki Akademii Sztuk Magicznych zażądały pieniędzy na poszukiwanie legendarnego miasta, położonego na krańcach kontynentu w Górach Lodowych!

wwwRzucił okiem na twarze zgromadzonych dostojników. Szambelan z cześnikiem wymieniali znaczące spojrzenia, a na ich usta wypływały uśmieszki. Koniuszy wielki i łowczy królewski bez żenady wlepiali oczy w skrojone zgodnie z najnowszą modą, głębokie dekolty i chyba wcale nie wiedzieli, o czym ta panna mówi z tak wielką swadą. Tylko stolnik patrzył znudzony na wielkie, złote sprzączki swoich butów. Tajemnicą poliszynela było, że nie interesowały go młode kobiety i ich biusty. Całkiem inaczej niż króla, którego oczy wpiły się w biust Kobo. Harold był pewien, że przyciągnie on uwagę ojca. Zastanowił się nawet, jak szybko dzierlatka wyląduje w królewskim łożu. Miała przecież wszystko, co lubił u kobiet – wielkie piersi, wąskie biodra i figlarny uśmiech. Do tego chwilowo był samotny. Ostatnią kochankę odprawił kilka tygodni wcześniej. Harold rozmyślał o ojcu i problemach jakich przysporzy królestwu, poddanym i synowi, zabiegając o tę pannę. Nienawidził go za nieustanne uleganie własnym zachciankom. Nienawidził jego sposobów na szczęście.

www- Chcemy znaleźć miasto, które opisał w swojej kronice starożytny podróżnik - Elder z Ness. Nazywał je…

www- Miastem Świetlików – dokończył mimowolnie.

wwwTo zdanie oderwało go od myśli o romansie ojca z Kobo. Słuchał uważniej płomiennej mowy Mares i mimo wszystko żałował, że trzeba będzie powiedzieć pannom, że postradały rozum, jeśli myślą, że kronika Eldera zawiera coś więcej ponad chore urojenia autora! Był pewien, że ojciec nie da złamanego grosza na takie szaleństwo! Trzy, młode magiczki same w dzikich, górskich ostępach! Nie po to utrzymywali Akademię, by jej absolwentki wysyłać na zatracenie.

www- Panie, Królu nasz, nie chcemy wiele. Potrzebna nam Twoja zgoda i trochę pieniędzy na sfinansowanie zakupów. Odłożyłyśmy nieco, ale dobre konie, ekwipunek, wóz, który przetrwa taką długą podróż, kosztują – szepnęła Kobo jakoś tak przejmująco, patrząc ojcu w oczy. - Przez cztery lata pracowałyśmy nad planem tej wyprawy. Miesiące poświęciłyśmy na lekturę starych dokumentów, oglądanie map. Wiele trudu kosztowało nas zdobycie pewnych ksiąg, są zabytkowe, niemal rozsypują się w rękach… Pozwól coś sobie pokazać.

wwwOjciec zawiercił się na tronie i wszyscy wiedzieliśmy, co by najchętniej zobaczył. Harold uniósł dłoń ruchem dyskretnym i umówionym, szambelan chrząknął i już miał zabrać głos, gdy powietrze jakby nabrało gęstości. Następca tronu doskonale znał to wrażenie. Niejeden raz widział przy pracy iluzjonistów, bo ojciec lubił, kiedy zabawiali gości. W zamku zawsze mieszkało kilku co zdolniejszych wiedźmaków, wyspecjalizowanych w obrazach ślicznych i niewiele znaczących. Za ich przyczyną oglądał wielkie trolle, mantikory, stada jednorożców pędzące korytarzami zamku, leśne polany z rusałkami, roje motyli, smoki ziejący ogniem…

wwwJednak wtedy było inaczej. Sala tronowa zniknęła. Stał na blankach zamku i patrzył na wschód. Słońce miał za plecami i dosłownie czuł jego ciepło. Uniósł się i popędził, niesiony na skrzydłach wiatru, niczym ptak, ponad królewskim traktem w stronę Arty, największej rzeki królestwa. Gotów był przysiąc, że poczuł zapach rozlewisk, tataraku i błocka, ale gnał nieustannie przed siebie. W oddali zamajaczyła Twierdza Run i Las Runbardzki, ale on pędził nad rozległą równiną pokrytą morzem falujących traw. Dojrzał olbrzymie stada galopujących koni. Zza horyzontu wyrosły Góry Lodowe, oświetlone promieniami zachodzącego słońca. Pomknął ponad skalistą ścieżką na Przełęcz Eldera i zamarł. W dole, nad górskim jeziorem leżało Miasto Świetlików.
</p>
Ostatnio zmieniony czw 01 maja 2014, 15:25 przez Grimzon, łącznie zmieniany 7 razy.


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!



Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.

:ulan:


Wróć do „Walki mocy 2014”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość