Wolha Redna - "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte

Czyli moja miłość literacka.

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Wolha.Redna
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1223
Rejestracja: sob 29 sie 2015, 20:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Wolha Redna - "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte

Postautor: Wolha.Redna » ndz 14 lut 2016, 11:27

Podtytuł niniejszego tekstu może być mylący, ponieważ w omawianym dziele, należącym do klasyki literatury angielskiej (i światowej) klepsydry, harmonijka i szamani (a już zwłaszcza ci ostatni) nie występują. Niemniej jednak, gdy myślę o Wichrowych Wzgórzach, które kocham trudną miłością, te pojęcia nasuwają mi się same, a dlaczego – to już postaram się wytłumaczyć dalej.
Mówiąc o „trudnej miłości” w odniesieniu do Wichrowych Wzgórz, obiektywnie można przytoczyć treść książki, której osią i esencją jest opowieść o uczuciu Katarzyny i Heathcliffa, głębokim i dla obojga destrukcyjnym. Ja jednak określam jako trudny mój własny stosunek do tego dzieła. Jestem pełna podziwu i wręcz wiernopoddańczego uwielbienia dla autorki, Emily Bronte, która na każdym kroku wykazuje się umiejętnością budowy nastroju, splatania wątków, rysowania postaci. Gdy czyta się tę książkę, wiatr wieje, wrzosy kwitną, Heathcliff zjawia się i wbija swój świdrujący wzrok, a za oknem błąka się „od dwudziestu lat” Katarzyna Linton. Kocham to wbrew sobie. W tym miejscu wypada mi się przyznać, że lubię książki, można powiedzieć, standardowe, to znaczy, w których jest bohater, wzbudzający sympatię i chęć kibicowania mu bez wyrzutów sumienia. Perypetie się toczą, nasz bohater jest raz na górze, raz na dole, a na końcu wszystko jakoś się układa i można mieć nadzieję, że będzie tylko lepiej. Wichrowe Wzgórza w pewnej mierze pozbawiają tej przyjemności. Bohater jest antybohaterem, jego ukochana takoż, lecz następnemu pokoleniu, gdy już uwolni się od brzemienia klęsk i win poprzedniego, świta nadzieja na nowy początek. Mimo to, nawet ich obarczono – w detalu doświadczeniami przemocy, izolacji, śmierci i zaniedbania, w ogóle zaś: piekła. Zatem i oni są skrzywdzeni, a w konsekwencji skrzywieni. To następstwo: skrzywdzenie – skrzywienie dotyczy nie tylko ich, lecz i pokolenia przed, i zapewne całego łańcucha przodków, dlatego nadzieja na koniec ma dla mnie gorzkawy posmak. Mimo to jest. Dlatego wybaczam tej książce i kocham ją dalej, mimo wszystkich jej potworności.
Podałam już, co mi przeszkadza w kochaniu, teraz wypada wymienić to, za co ta książka warta jest wspomnianego wcześniej uwielbienia. Na pierwszym miejscu w moim prywatnym rankingu znajduje się przekroczenie granic niewidzialnego. Tutaj oddaję głos autorce:

We śnie tym zdawałem sobie sprawę, że leżę w dębowym łożu, i słyszałem wyraźnie wycie wichru i szum zawiei. Słyszałem również męczący, jednostajny odgłos gałęzi ocierającej się o szybę i wiedziałem, że to gałąź, lecz dźwięk ten tak mi działał na nerwy, że postanowiłem zrobić z tym porządek. Zdawało mi się, że wstałem, aby otworzyć okno. Hak był wlutowany w skobel, o zauważyłem na jawie, a o czym we śnie nie zapomniałem. „Jednakże muszę z tym zrobić porządek” – mruczałem, uderzając w natrętną szybę i sięgając po natrętną gałąź. Ale zamiast gałęzi palce moje pochwyciły paluszki drobnej, lodowato zimnej dłoni. Ogarnęła mnie straszliwa groza, właściwa upiornym snom. Próbowałem cofnąć rękę, ale dłoń trzymała ją mocno, a żałosny głos wołał wśród łkań: „Wpuść mnie! Wpuść mnie!” „Ktoś ty?!” – zapytałem, nie przestając się szamotać. „Katarzyna Linton” – odpowiedział drżący głos. (…) Trwoga uczyniła mnie okrutnym. Nie mogąc wyrwać się zjawie, przyciągnąłem jej dłoń do rozbitej szyby i jąłem nią trzeć o szkło, aż krew się polała i skropiła obficie pościel
.

Z przekroczeniem granicy łączą się dwie kolejne kwestie, które warte są, by omówić je osobno. Po pierwsze, postać Heathcliffa. Przybłęda znikąd, który w toku opowieści znika znów na kilka lat i pojawia się z majątkiem i nowymi umiejętnościami. Pół człowiek, pół istota nie z tego świata. Obcość, włączona w jego osobie do rutyny życia, wykrzywia kontury świata, sprowadza na manowce, prowokuje do ujawnienia najgorszych cech – a gdy mija, nie przestaje chichotać zza grobu – na przykład w postawie Haretona, wytrwałego obrońcy swego krzywdziciela.
Drugą kwestią jest miłość. W tym miejscu wytłumaczę, skąd na angielskich wrzosowiskach wziął się szaman w moim podtytule. Według pewnego dzieła antropologicznego, którego tytułu niestety nie jestem w stanie sobie przypomnieć, szamani odróżniają się od innych grup wiedzących – leczących tym, że podlegają owładnięciu. Innymi słowy – w świecie wielu sił duchowych szaman to ten, którego biorą w posiadanie duchy, niejednokrotnie sprowadzając przy tym na nieszczęśnika choroby i słabości. W zamian jednak siła, która owładnęła szamanem, daje mu możliwość odwracania nieszczęść, leczenia i pełnienia funkcji opiekuńczej w obrębie wspólnoty.
Jeśli przyjąć kategorię owładnięcia i pomijając użyteczność na rzecz gromady, Katarzyna i Heathcliff to szamani właśnie – w domu na wrzosowiskach angielskiego hrabstwa Yorkshire. Określenie to wydaje mi się trafne tym bardziej, że podobnie jak plemienne duchy są powiązane z siłami przyrody, a na swoich wybrańców sprowadzają udrękę, miłość, która połączyła dwoje bohaterów, to siła całkowicie odrębna, dzika i wolna – również od praw śmierci i ciała. W tym miejscu znów wypada oddać głos samemu dziełu:

Dlatego on się nigdy nie dowie, jak bardzo go kocham. Wcale nie dlatego, Nelly, że jest przystojny, ale dlatego, że jest bardziej mną niż ja sama. Nasze dusze są jednakowe, niezależnie od tego, co w nich tkwi.


Z wolnością siły, która włada Katarzyną i Heathcliffem, łączy się również jej całkowita odrębność od kwestii dobra i zła. Choć tak silna, nie uszlachetnia charakterów podległych jej niewolników:

To nie jest surowy diament ani ostryga z perłą w środku, to dziki, srogi człowiek o wilczym sercu. Nigdy nie powiem do niego: „Zostaw w spokoju tego lub owego wroga, gdyż skrzywdzić go byłoby okrucieństwem lub brakiem szlachetności”. Powiadam mu: „Daj mu spokój, bo ja tak chcę".


Siła jest nieubłagana i wymaga posłuszeństwa absolutnego. Gdy Katarzyna postępuje wbrew niej, zaślubiając nie tego, którego powinna, siła mści się, posługując się ciałami swoich ofiar. I trzyma do końca – Heathcliff każe pochować się obok Katarzyny, trumna przy trumnie, najbliżej, jak to tylko możliwe.
Przedmiotem mojego podziwu jest również budowa samej historii. Opowieść zawiera się w opowieści, narracja Ellen Dean dociera za pośrednictwem Lockwooda. Ten zabieg umożliwił zastosowanie pewnego rozwiązania, które moim zdaniem dowodzi psychologicznego wyczucia autorki. Mianowicie fabuła układa się w coś, co na własny użytek nazwałam harmonijką. A więc: przybywa młody, światowy dzierżawca, widzi ponurych mieszkańców Wichrowych Wzgórz, połączonych różnymi więzami zależności i pokrewieństwa. Nie wiemy wraz z nim, co to są za ludzie, jaką mają historię, dlaczego znajdują się akurat w takiej sytuacji. Potem następuje opowieść Ellen Dean, jednak i ona nie tłumaczy wszystkiego, bo cofamy się o ponad dwadzieścia lat, do czasów, gdy martwi byli jeszcze dziećmi. Białe plamy wiedzy zapełniają się, ale od brzegów map. Potem znów podobny zabieg – Lockwood wraca po pewnym czasie, sytuacja się zmieniła, w Wichrowych Wzgórzach pojawia się szczęście – i znów opowieść odsłania nam przedostatnie akty.
W psychologii istnieje pojęcie „domknięcia poznawczego” i jego braku. Sytuacja braku domknięcia poznawczego to inaczej sytuacja, o której nie mamy pełnej informacji, dlatego nie możemy jej „zamknąć” w swoim umyśle, przyporządkować, nazwać. Dopiero, gdy zdobędziemy brakującą wiedzę, można będzie uzupełnić lukę, dopasować sytuację do istniejących pojęć. Wówczas następuje odprężenie umysłu – zagadka zostaje rozwiązana, problem odłożony na półkę, świat znów stał się uporządkowany. Za każdym razem, gdy Lockwood przybywa do Wichrowych Wzgórz, autorka kreuje sytuację braku domknięcia poznawczego, dodatkowo uwypukloną przez kontrast obu sytuacji, zastanych przez bohatera po przyjeździe.
Spoglądając na fabułę od strony chronologii wydarzeń, można zauważyć, jak bardzo zawęża się świat bohaterów. Nadałam temu nazwę klepsydry. Początkowo mamy ojca, wiele sług, potem pojawia się Heathcliff, żona Hindleya, rodzice Edgara i Izabeli Lintonów, lecz z czasem atmosfera robi się coraz bardziej klaustrofobiczna, delikatni umierają, większość sług odchodzi, aż bohaterowie pozostają samotni na końcu świata, tym bardziej narażeni na działanie wiatru na wrzosowiskach i obcych sił. To odcięcie jest kilkakrotnie podkreślane, zarówno przez Lockwooda – przybysza z zewnątrz – jak i przez Ellen Dean. Skądinąd w kontekście wcześniejszego porównania do szamanizmu izolacja Wichrowych Wzgórz i Drozdowego Gniazda nabiera nowego znaczenia. W pewnym momencie wzajemne łączenie się bez dopływu świeżej krwi zostaje nawet podkreślone przez nazewnictwo, obracamy się w rozmaitych kombinacjach imion i nazwisk: Katarzyna, Heathcliff, Linton, Earnshaw. Przybiera to wręcz postać symboliczną: pierwsza Katarzyna, z domu Earnshaw, została Katarzyną Linton. Jej córka przeszła przez warianty Linton, Heathcliff i wyraźnie powiedziane jest, że za niedługo zostanie Earnshaw. Tym sposobem historia zatoczy koło i nowy początek rzeczywiście się ziści. Klepsydra rozszerza się, przybywa obcy, Lockwood.
Czy rzeczywiście jednak nowy początek faktycznie będzie nowy? Obcy przybył – lecz i odjechał. Pierwszy obcy, za czyją sprawą stało się to wszystko, umarł. Na miejsce dawnej Katarzyny Earnshaw nastanie inna Katarzyna Earnshaw, w jeszcze większym odosobnieniu niż tamta, bo Drozdowe Gniazdo należy do niej. Mimo moich wątpliwości, życzę im – jej i Haretonowi - jak najlepiej. Tamta niespełniona Katarzyna odeszła, a po latach udręk również Heathcliff, a z nimi ulotniła się dzika, niszcząca siła. Hareton i młoda Katy mają więc szansę być prawdziwie wolni, spokojni i szczęśliwi. Przynajmniej oni.


"Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, aby im okazać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi". Pratchett

"Dłubanie w źle wysmażonym kotlecie jest mało rozwojowe" by Rumcajs

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4278
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » ndz 14 lut 2016, 15:23

Wichrowe wzgórza podobają mi się bardzo. Jako powieść - czyli jako kreacja literacka. Różne ich aspekty potrafię teraz zrozumieć i docenić o wiele lepiej, niż kiedy czytałam je po raz pierwszy, mając kilkanaście lat. W jedno tylko nadal nie mogę uwierzyć - że to fatalne zauroczenie, czyli miłość Katarzyny i Heathcliffa, będąca osią fabularną całości, jest rzeczywiście uczuciem niezwalczonym, a przez to wyniesionym do rangi jakiejś siły wręcz ponadnaturalnej.
Bo cóż - przyjmuję, że Katarzyna dopiero po wyjściu za mąż przekonała się, iż to nie mąż jest tym mężczyzną, którego pragnie naprawdę. Przyjmuję również, że powrót Heathcliffa po kilkuletniej nieobecności utwierdził oboje w przekonaniu, że są sobie przeznaczeni. Ale: czy to uczucie, zbyt późno rozpoznane, rzeczywiście musiało przerodzić się w destrukcję, niszczącą wszystkie inne związki i przynoszącą jedynie cierpienie im samym oraz ludziom, którzy byli z nimi związani?

Jane Austen, żyjąca mniej więcej w tym samym czasie, co Emily Bronte, wprowadza w jednej ze swoich powieści, bodajże Mansfield Park, drugoplanową bohaterkę, dziewczynę z dobrego domu, a jakże, która porzuca niekochanego męża (nikt jej zresztą do zamążpójścia nie zmuszał, był to typowy mariaż młodych ludzi w obrębie tej samej sfery, podobnie jak Katarzyny i Edgara), ucieka z kochankiem, po czym - gdy uczucie obojga dość prędko wygasa, a ona nie ma co ze sobą zrobić - zostaje przez surowego ojca skazana na... wyjazd do Francji, gdzie wraz z opiekunką żyje sobie dość skromnie, z pensji wydzielanej przez tegoż ojca.
W Anglii w owym czasie wiarołomnej żonie mogła grozić utrata majątku, pozycji społecznej, ostracyzm towarzyski i potępienie rodziny, lecz mimo wszystko - czy nie jest to cena, którą warto zapłacić, by związać się z miłością swego życia? Cóż, nasycone realizmem obyczajowym powieści Jane Austen wyraźnie różnią się jednak od mrocznej powieści gotyckiej, której bohaterowie tkwią w szponach niszczącej namiętności, chociaż, na dobrą sprawę, wcale nie muszą. Bo związek Katarzyny i Heathcliffa jest osiągalny, i do tego bynajmniej nie po trupach.

Jest w literaturze europejskiej podobna para. Tristan i Izolda, oczywiście. Ich sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdyż Tristan jest siostrzeńcem i wasalem króla Marka, któremu przywiózł Izoldę Złotowłosą jako żonę. Siła uczucia, jakie ich połączyło, sprawia jednak, że Izolda zdradza męża, oboje zaś oszukują, kłamią (innym, nie sobie nawzajem), krzywoprzysięgają, ściągają na siebie niesławę, cudem unikają śmierci (zasłużonej!), odtrąceni przez społeczność żyją w lesie i właściwie całe ich życie zależy wyłącznie od wspaniałomyślności czy może litości króla Marka. I nawet powrót na właściwą drogę niewiele daje: normy obyczajowe zostają wprawdzie przywrócone, ale umierający Tristan nie własną żonę chce widzieć przy sobie, lecz Izoldę Złotowłosą.
I to jest właśnie opowieść o miłości, która nie cofa się przed niczym. Izolda ryzykuje nie tylko utratą reputacji i dobrobytu, ryzykuje życiem. Tristan również. Nie wahają się jednak i nie przerzucają odpowiedzialności za to, co się stało, na innych. Dlatego mogli stać się parą archetypiczną.

A Katarzyna i Heathcliff? Cóż, zawsze miałam wrażenie, że oboje zabraniają sobie sięgnięcia po coś, co tak naprawdę jest do zdobycia. Kosztem dużym, owszem, lecz bynajmniej nie ściągającym na oboje żadnego nieusuwalnego piętna. Są w tym dla mnie bardzo wiarygodni, ale właśnie jako ludzie zbyt słabi, by z pełnym przekonaniem odrzucić obowiązujące normy społeczne. Dlatego szamanów ja bym jednak w nich nie widziała.
Emocje, jakie nimi kierują, mają charakter wyłącznie destrukcyjny. W kontakcie z obojgiem (czy poprzez ten kontakt) nie tworzy się żadne dobro.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Wolha.Redna
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1223
Rejestracja: sob 29 sie 2015, 20:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Wolha.Redna » pn 15 lut 2016, 18:07

Jeśli chodzi o Jane Austen i porównanie jej twórczości do twórczości sióstr Bronte, w grę wchodzi różnica pokoleniowa i obyczajowa, siostry żyły w epoce o surowszych regułach moralności. Plus do tego inne regiony kraju, inna sfera oraz trochę inna kultura, w środowisku J.A. królował tzw. Kościół Wysoki, natomiast w środowisku sióstr Bronte (córek pastora, z pochodzenia Irlandczyka, co w tamtych czasach oznaczało, że był biedny jak mysz nomen omen kościelna) Kościół Niski, który narzucał swoim owieczkom dość surowe reguły postępowania. Myślę, że te okoliczności w dużej mierze tłumaczą różnice w obyczajowości.
Niemniej jednak, rzeczywiście, w warstwie otoczki Heathcliff i Katarzyna są groźni i namiętni, w sednie zaś ani umywają się do Tristana i Izoldy (albo Berena i Luthien, to znów moje takie porównanie). Mimo ich uczucia i bardzo nieprzyjemnych charakterów, pozostali zaskakująco moralni, patrząc z punktu widzenia naszych czasów. Btw, ciekawostka - gdy Wichrowe Wzgórza ukazały się, zostały przez krytyków i ogół okrzyknięte książką amoralną, okropną, niegodną i w ogóle jak można było coś takiego napisać. Dzieła Charlotty i Anny doczekały się uznania, Emily nie doczekała się, dopiero potem jej dzieło wysunęło się na czoło.
Uwzględniając więc argumenty Rubii, proponuję rozwiązanie - Katarzyna i Heathcliff nie dorośli do swojego powołania :)


"Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, aby im okazać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi". Pratchett

"Dłubanie w źle wysmażonym kotlecie jest mało rozwojowe" by Rumcajs

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 752
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » pn 15 lut 2016, 23:17

Niewiele mądrego miałbym do dodania, aliści zważywszy na to, że tytuł działu jest sponsorowany przez literkę m- jak miłość, a w brawurowej interpretacji Wolhy tej emocji (w odniesieniu do dzieła) troszkę zabrakło, pozwolę sobie skreślić dwa zdania.

Otóż dla mnie osobiście mistrzostwo Emily B objawiło się w wieku późnopacholęcym, gdy, będąc już czytelnikiem co nieco zaawansowanym, wygrzebałem w domowej bibliotece egzemplarz powieści (bodaj z PIW-u) z okładką w burobrązowym, kompletnie niezachęcającym kolorku.

Archaiczność prozy zawartej w tomiku od początku nie ulegała dyskusji (tyle już naonczas mogłem powiedzieć przebiegając wzrokiem pierwsze kartki) i wcale nie byłem pewny, czy mam ochotę na lekturę. Jednak się zdecydowałem. I - ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu - nie mogłem się od książki oderwać.

Com nieraz już mówił - z przeczytanych dzieł pamiętam bardzo niewiele, zwykle ułamki fabuły i klimat, tak też było z "Wichrowymi Wzgórzami". Jednak kilkakrotna lektura (bo wracałem do nich, Wzgórz w sensie, jeszcze w wieku zaawansowanie młodzieżowym) na zawsze zaimplementowała mi w wyobraźni ów smagany wiatrem i deszczem krajobraz, rozległe wrzosowiska, pochmurne dni i pełne niewypowiedzianej grozy noce.

Można sobie analizować powieść pod dowolnym kątem, na przykład zastanawiać się nad wypełnieniem (albo nawet ustanowieniem) przez nią kanonu zawartego w określeniu "gotycka", ale dla mnie najważniejsze było spotkanie z ogromnym ładunkiem emocji, a też przemijalnością świata.

A dzisiaj? Nie wiem, boję się powtórzyć to czytelnicze doświadczenie. Że mysz mnie przetrąci :-) wybiegając spomiędzy kartek. Niech już sobie Katarzyna i Heathcliff zostaną tam, gdzie są, w osobistym skarbczyku rzeczy dobrych i ważnych, z którymi miałem przyjemność kiedyś się spotkać.




Wróć do „MML”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość