Smoke - "Pani Bovary" Gustaw Flaubert

Czyli moja miłość literacka.

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3520
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Smoke - "Pani Bovary" Gustaw Flaubert

Postautor: Godhand » ndz 28 lut 2016, 14:14

Autorem tekstu jest Smoke.

Gustaw Flaubert pochodził z bogatej szlacheckiej rodziny, sam nigdy nie założył własnej, co sprawiło, że przez większą część życia nie musiał troszczyć się o pieniądze. Kwestii tej nie można pominąć omawiając jego twórczość - dzięki majątkowi nie musiał pisać dla pieniędzy, nie musiał zarabiać pisaniem, między kartami brudnopisów nie walały się przeterminowane weksle, a żona nie lamentowała o pustej spiżarni i głodnych dzieciach. Pisał więc tylko dla siebie i czytelników, a to niepodważalna gwarancja, że w jego prozie nie znajdziemy cienia zbędnej litery, komercyjnych zagrywek czy imperatywu artystycznego szokowania.

Pisał od kilku do kilkunastu godzin dziennie, lecz często efektem tygodniowej pracy była jedna strona czystopisu. Jest uważany za ojca rytmiki obejmującej nie tylko zdania, ale całe akapity; jego prozę szczegółowo badał m.in. Proust i kontynuował bezkompromisowość w dbaniu o każdą sylabę tekstu. Ani jedno słowo nie mogło być przypadkowe, a każda opisywana rzecz była prześwietlana na wylot. Odwiedzał zakłady pogrzebowe (niestety, akurat w Paryżu), by opisać pogrzeb, przemierzył wszystkie Paryskie ścieżki swych bohaterów, anatomii uczył się w prosektorium, rozmawiał z weteranami walk, rzemieślnikami, uczestnikami pojedynków, naukowcami - słowem z każdym, kto dysponował wiedzą o opisywanym przedmiocie, nawet jeśli opis mieścił się potem w trzech linijkach. Z jednakowym spokojem, bez egzaltacji, opisywał śmierć i wesele, najgłębsze uczucia i najprymitywniejsze instynkty, paryskie salony i mansardy, bowiem z punktu widzenia ontologii (za którą tak wielbił go Kafka) wszystko jest jednakowo marne.
Niczego nie koloryzował, niczego nie przemilczał, zachowywał całkowitą niezależność, której musiał bronić we wściekłych kłótniach z redaktorami oraz przed sądem - za „obrazę skromności obyczajów i moralności religijnej”. Na nic zdały się interwencje wpływowych przyjaciół na cesarskim dworze.

Dorastał w czasach gdy powszechną sprawą było posiadanie kochanek. Fakt ten był dla wszystkich zupełnie naturalny, nie było jednak symetrii - kobieta przyłapana na cudzołóstwie była natychmiast linczowana moralnie. Taką właśnie historię poznał nastoletni Flaubert i fakt tej obłudnej niesprawiedliwości zaintrygował go. Krystalizowała się wizja powieści, którą debiutował w trzydziestym piątym roku życia.

„Pani Bovary” okazała się wielkim sukcesem. To pierwsza prawdziwa powieść realizmu, tak samo jak Flaubert był pierwszym prawdziwym realistą. Jej nowatorstwo zostało niezrozumiane przez krytykę (całe życie wrogą autorowi), dziś jednak wyraźnie widzimy, że otworzyła nową epokę w literaturze. Na szczęście świat literatury nie kończy się na kołtuńskiej krytyce i największe osobistości epoki broniły i wspierały Flauberta w recenzjach, polemikach i prywatnych rozmowach. Gratulacje przesłał Hugo, Lamartine poprosił debiutanta o spotkanie, Baudlaire wściekle bronił „Madame Bovary” na łamach prasy, a w późniejszym czasie do walki włączyli się Zola, Sand, Goncourtowie i wielu innych. Wszyscy oni pojęli, że mają do czynienia z genialnym novum.

Siłą powieści, poza niedoścignionym stylem (podczas czytania fragmentów na rozprawie sędziemu wyrwało się „wspaniałe”) jest to, co tak oburzyło obrońców moralności. Jaki był główny zarzut prokuratora, żądającego zakazu rozpowszechniania dzieła? Czytamy m.in.:
„...Kto w tej książce jest w stanie potępić tę kobietę? Nikt. Taki jest nasz wniosek. W książce tej nie ma ani jednej postaci, która może ją potępić...”
Flaubert jako pierwszy w historii, a przynajmniej pierwszy na najwyższym poziomie, rezygnuje z utartych już w starożytności ścieżek. W powieści nie ma banalnego układu „protagonista - antagonista”, nie ma drogi od punktu A do punktu B, nie ma konfliktu tragicznego - w którym każde rozwiązanie będzie złe, ale przecież przynajmniej jedno kogoś zadowoli, więc jedno będzie dobre. Bohaterowie powieści są zwykli, jak zwykli są ludzie. Nie ma nikogo wyróżniającego się czymkolwiek, również ich dobór jest życiowy; nie ma kompletu, nie ma nikogo kto by potępił Emmę. Sęk w tym, że wszyscy są jednakowo godni potępienia - równie dobrze to Emma mogłaby potępić tych, którzy tworzyli ten święty mieszczański ład. Flaubert brutalnie odebrał przyjemność uzurpowania sobie prawa do czystej moralności tym, którzy się za ostoję moralności uważali. Obnażył nędzne wartości ich świata - bez znieczulenia, ale i bez koloryzowania. Jakże cała zdrowa tkanka narodu (za którą mieszczaństwo uważa się w pierwszej kolejności) przyklasnęłaby powieści gdyby znalazł się w niej ów krystaliczny potępiciel (jeden z nich). Taka powieść też niewątpliwie odniosłaby sukces, problem jednak w tym, że byłaby jedną z dziesiątek tysięcy podobnych. Utonęłaby w szlamie kompromisowej sztuki i po roku nikt by nie pamiętał o niej, a dziś garstka badaczy słusznie uważałaby ją za prowincjonalne romansidło.

Flaubert pokazuje tragedię ludzką tak, jak tragedia ludzka się odbywa; po cichu, wśród najbliższych, bez spektakularnych zwiastunów zbliżającego się dramatu. Nie ma u Flauberta szatańskich werbli przy przekraczaniu Rubikonu, nie ma spadających na głowę gwiazd, nie ma krwawych łez, ani wrót piekieł, są za to błoto, przypadek, weksle. Bohaterowie są mali i słabi, lecz nie dlatego, że autor ich osłabił, lecz dlatego, że tacy są ludzie w swej naturze. Nikt nie jest tu całkowicie winny, ani bez winy. Nikt nie dorósł do swej roli, więc odpowiedzialność jaka spada na postacie ciąży im; przerzucają ją na innych jak gorący kartofel, a sami pogrążeni są w swoich nędznych namiętnościach.
Osamotnienie w tłumie i niezrozumienie to motyw tak ukochany przez literaturę, zwłaszcza w poprzedniej epoce romantyzmu. Zawsze jednak takim bohaterem była jednostka wybitna, szlachetna, mająca wielkie idee i godna podziwu i czci, lecz ponosząca klęskę przez własną wielkość i filisterskie społeczeństwo. Flaubert nie tworzy tego sztucznego, przerysowanego kontrastu, pokazuje, że wszyscy są siebie warci. Nie wprowadza żadnego potępiciela, ale i nie ma też nikogo wyjątkowo nikczemnego; wszystkich bohaterów moglibyśmy spotkać i spotykamy dziś, w prawdziwym życiu, lecz nie plujemy im pod nogi, tylko współegzystujemy, gdyż taki jest świat. Któż z nas nie zna osób zdradzających, zdradzanych naiwniaków, obrotnych karierowiczów, pospolitych naciągaczy, ograniczonych dewotów czy lokalnych donżuanów. Wszyscy są jednakowo brudni, nie ma tu (podobnie jak w życiu) krystalicznych herosów szamocących się w przesterowanej stęchliźnie arystokracji (lub innego domyślnego wroga). Wszyscy jesteśmy jednakowo brudni.

Flaubert unika w powieści moralizatorstwa, filozofowania czy wywodów psychologicznych. Ciężko znaleźć jakieś zgrabne aforyzmy czy mające chwycić za serce opisy uczuć. W życiu też nie widać skowronków nad głowami zakochanych, ani widma nad głową sąsiada, który następnego dnia powiesi się za trzepakiem. Fabuła kluczy, zwalnia, przyśpiesza, pełza - choć niby wiadomo jak to się skończy, to tak naprawdę nie wiadomo co będzie na następnej stronie. To tak jak w życiu - gdy odcinają wisielca każdy mówi: „Łe, to już od dawna było widać, że tak skończy”.

Powieść zaczyna się od szkolnych czasów „Karbovarego”, a kończy wyrokiem wydanym na jego córkę:
„Kiedy wszystko sprzedano, zostało dwanaście franków i siedemdziesiąt pięć centymów, które posłużyły na opłacenie podróży panny Bovary do babki. Poczciwa kobiecina zmarła tegoż roku; ojciec Rouault był sparaliżowany, więc wzięła ją do siebie ciotka. Jest uboga i posyła ją dla zarobku do przędzalni bawełny”.

Te zdania jasnym płomieniem rozpalają zasoby pamięci i wyobraźnię czytelnika. Przyszły los Berty przeraża, kontrastując z warunkami w jakich mogła dorosnąć gdyby jej rodzice dorośli do swojej roli. Natychmiast widzimy wszystkie znane nam XIX wieczne sieroty i ich beznadziejny los. Mała zapewne skończy w przędzalni, wyda się za pijusa z fabryki gwoździ i szczeźnie, złorzecząc na los. Możliwości jest tysiące, lecz każda kończy się w tym samym miejscu, los małej został przypieczętowany.
Bezlitośnie obnażył głupotę świata, jednak zamiast obdarzać nią szmondaków, niepoprawnych marzycieli, zgniłych arystokratów zaatakował wprost - wszak nie trzeba daleko szukać, by zderzyć się z nikczemnością ludzkiej egzystencji. Nie podkoloryzował jej przy tym ani turpizmem, ani sensacją - tak modnymi wtedy i dziś.

„Pani Bovary to ja” - zdanie nierozłącznie związane z jego osobą jest zupełnym nieporozumieniem. Wyrwane z kontekstu jest nośne, lecz jest tylko jednym z tysięcy zdań jego prywatnej korespondencji i odnosi się raczej do metody twórczej niż do określenia własnej osoby. Cytat, który o wiele lepiej określa postawę Flauberta brzmi: „Żyć jak mieszczanin, myśleć jak półbóg”.

Ostatnie lata życia Flaubert spędził w skromnych warunkach; poświęcił cały majątek na spłacenie długów rodziny. Nigdy nie miał też zmysłu praktycznego. Za „Madame Bovary” otrzymał, zgodnie z kontraktem, 800 franków, co było sumą śmieszną przy oszałamiającym sukcesie dzieła (szacował później, że mógł zarobić nawet 50000 franków). W późniejszym czasie z wydawcami w jego imieniu negocjowała George Sand.
Gustaw Flaubert zmarł nagle, przy własnym biurku. Ostatnim akordem życia tego wielkiego człowieka był pogrzeb, który przerodził się w makabryczny spektakl. Tak jak wielu wczoraj i dziś nie docenia go jako największego prozaika w dziejach, tak grabarze nie zdawali sobie sprawy z fizycznej wielkości giganta. Na oczach rodziny i przyjaciół szarpali się z trumną, która większa od wykopanego dołu zaklinowała się w nim skośnie, „głową w dół” i przy takim widoku żałobnicy musieli pożegnać Gustawa na zawsze.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 752
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » śr 02 mar 2016, 23:32

No to jest jednak niejaka aberracja, że naprawdę nikt, kompletnie nikt nie ma ochoty rzucić kilku zdań komentarza. W przeciwieństwie do Smoka Flaubert nie jest moim bożyszczem, czytałem go w czasach dość zamierzchłych i razem z innymi z tego kręgu kulturowego: Zolą, Stendhalem, Proustem, czy Hugo odłożył się w zakurzonym archiwum pamięci, które nawet niespecjalnie miałbym ochotę w ich sprawie odwiedzić. Jakoś mi myszką trącą, choć okolicznością łagodzącą jest fakt, że w ogóle jestem delikatnym frankofobem.

Mimo to esej Smoka przeczytałem z niesłabnącym zainteresowaniem, bowiem pobrzmiewa w nim osobista pasja Autora, nieco, jak sądzę, stłumiona wymogiem zachowania formy. Innymi słowy byłoby znacznie ostrzej, dowcipniej i choleryczniej, gdyby nawinął się jakiś leszcz, którego dałoby się przeciwstawić potędze pióra omawianego pisarza.

Ale i tak kilka zdań wydało mi się wartych zapamiętania.
Dzięki.



Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Smoke » czw 03 mar 2016, 19:01

Leszek Pipka pisze: byłoby znacznie ostrzej, dowcipniej i choleryczniej

na szczęście w paralelach na użytek własny nie muszę się ograniczać :P

domyślnym chłopcem do bicia jest Prus z "Lalką", jednak im więcej ich zestawiam, tym bardziej Prus zyskuje, zwłaszcza, że ponoć świadomie pisał gorzej niż potrafił

:o



Awatar użytkownika
slavec2723
Dusza pisarza
Posty: 513
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

Postautor: slavec2723 » czw 03 mar 2016, 19:37

Smoke pisze: zwłaszcza, że ponoć świadomie pisał gorzej niż potrafił


Czy mógłbyś myśl rozwinąć? Jestem zaintrygowany.


(...) zapoznam pana z moim wydawcą. To jest łajdak, jak wszyscy wydawcy. Ale uczciwy łajdak.
Paul Barz - "Kolacja na cztery ręce"

Mary Ann
Szkolny pisarzyna
Posty: 38
Rejestracja: sob 15 mar 2014, 09:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Mary Ann » czw 03 mar 2016, 20:21

Przyznam się, że nigdy nie przepadałam za Panią Bovary. Podchodziłam do niej kilkukrotnie, w końcu ją zmęczyłam, ale czytało mi się raczej ciężko.

Nie mogę odmówić trafności twojemu esejowi, Smoke, ani rzetelności we flaubertowskim opisie kobiecej natury. Z jednej strony czuję w jego wizji pewną głęboką prawdę, ale z drugiej równie głęboką i bolesną nieprawdę. Mimo pewnych podobieństw nie jestem Emmą, choć wielu próbowało mnie przekonać, że nie mam racji i każdy nią jest i kropka.
Chociaż może moja antypatia do autora (i przekonanie o jego megalomaństwie) wynika w znacznej mierze z zachwytów nad nim moich znajomych? Nie wiem.
Ostatnio zmieniony czw 03 mar 2016, 21:18 przez Mary Ann, łącznie zmieniany 1 raz.


.
“People in their right minds never take pride in their talents.”
― Harper Lee To Kill a Mockingbird

Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Smoke » sob 05 mar 2016, 13:24

Najpierw mała dygresja co do metod twórczych:
Flaubert gdy opisywał egzotyczny krajobraz napisał do wybitnego orientalisty prośbę o wykaz nazw wzgórz widocznych z danego punktu (najlepiej dwusylabowych) (!) - i do czasu otrzymania odpowiedzi nie dotknął pióra.
Proust, idący tą samą drogą, gdy postanowił wpleść w tekst jakiś włoski zwrot, choć schorowany, pędził w środku nocy przez pół Paryża do znajomego Włocha, by ten powiedział mu jak prawidłowo się go akcentuje, bo musi wiedzieć czy nie zepsuje to rytmu fragmentu.
Prus raz umieścił mieszkanie Stawskiej po lewej stronie, raz po prawej, a Rzecki już w lutym przejechał przez most, który oddano do użytku w marcu.
Oczywiście to żaden zarzut, skoro dziś Flauberta określilibyśmy przedstawicielem wyższej klasy średniej, a Proust był po prostu milionerem, natomiast Prus zauważył: społeczeństwo polskie nie płaci autorowi tyle, by ten mógł cztery lata poprawiać swoją powieść. Prus jest usprawiedliwiony także z tytułu wielkiej wiedzy socjologicznej, politycznej, gospodarczej jaką posiadał - nie musiał robić wielkiej kwerendy, by stworzyć wielkie dzieło. Nie trzeba też dokładności Flauberta czy Prousta, wystarczy zwykła elementarna ludzka uczciwość, by nie zagrzebać się w badaniach, a jednocześnie pisać szybko i dać czytelnikowi uczciwy produkt czy dzieło.

Zresztą błędy w Lalce zapewne zostały już poprawione przez redaktorów czy edytorów - to ich rola, poza tym wyciąganie takich drobnostek świadczy o zacietrzewieniu krytyki szukającej haków i znajdujących tylko takie, niegodne wspominania nawet szczególiki. Dlatego wypominano Prusowi inne rzeczy, pisano m.in. że w dwóch zdaniach napisał, że Wokulski wyjechał do Bułgarii i przywiózł miliony - i to ma wystarczyć czytelnikowi za wiarygodny fakt (to samo dotyczyło spółki), natomiast o wzdychaniu Wokulskiego są całe strony. Powoływano się na Balzaka, który przedstawiłby mechanizm tej działalności od podszewki. Co ciekawe, pół wieku wcześniej zarzucano Balzakowi, że zasypuje czytelnika rachunkami i liczbami, a zaniedbuje uczucia. To przykłady niezasadnej krytyki, dziś powiedzielibyśmy: hejtu.

(degresja w dygresji: teraz widać jak wobec powyższych przykładów plugawo, nikczemnie i żałośnie wyglądają dylematy przyszłych pisarzy objawiane choćby w krełatorium (a potem widoczne w tuwrzuciu)- nie wykona jeden z drugą choćby pół kliknięcia kwerendy, a potem lament, że VAT, że Żydzi, że krytyka, że ciężki rynek, że pincet innych powodów, winni są wszyscy tylko nie uciemiężeni i niedoceniani ałtorzy) Chyba teraz widać jak na dłoni dlaczego nie może być żadnego pobłażania dla paździerzy i paździerzowców.

a co do sedna sprawy:
Flaubert wyznawał zasadę "sztuka dla sztuki", Prus, podobnie jak Hugo czy Balzak chciał umoralniać, uszlachetniać, miał jakąś tam misję czy program; słowem: proza podporządkowana była czemuś, była tendencyjna. Flaubert mógł więc walnąć i walił pięścią prosto między oczy, Prus nie - Prus chciał oddziaływać, a żeby oddziaływać musiał się hamować i dostosować do czytlenika, który był słabszy od niego pod względem intelektu i wiedzy. Flaubert chciał ugodzić w społeczeństwo jak najmocniej, chciał, by prawda zabolała, Prus - nie (i to nie zarzut, gdyż robił to świadomie).

Porównując publicystykę Prusa z Lalką widać wyraźne (choć po gruntownym przeanalizowaniu już nie) uproszczenia w tej drugiej. W Lalce porusza wiele kwestii, ale tak, by nie drażnić za wielu, ale by jak najwięcej osób go zrozumiało. Tak jednak może wydawać się na pierwszy rzut oka, dlatego też użyłem zmiękczenia „ponoć” gdyż tak dawno temu sugerowali badacze. Moim zdaniem w tym przejawia się jednak geniusz Prusa; część postaci jest żywa i prawdopodobna, lecz jednocześnie skrajnie tendencyjna (mają tylko nieść na czole czy plecach karteczkę z ideami, dylematami czy wadami swojego stanu). Z punktu czystoliterackiego to zarzut, gdyż cofnął się do czasów Stendhala czy Balzaka, których nową jakością w kreowaniu postaci przyćmił Flaubert, jednak zważając, że Prus miał co do swojego dzieła ambicje inne niż tylko literackie - nie można powiedzieć o tym złego słowa, a dogłębna analiza (która zajęłaby z 200 stron) wskazuje, że w tym wszystkim była metoda i mimo wszystko Prusowi udało się przemycić to, co chciał powiedzieć. Lalka jest wielkim, genialnym dziełem, ale warsztatowo nie ma w niej niczego nowego - co jednak wydaje się świadomą decyzją Prusa.

Innym przykładem tej tendencyjności jest służebność niektórych bohaterów wobec innych. Jak Prus potraktował Stawską, tego anioła, Stawską? Prus potraktował Stawską jak scenarzysta telenoweli z Wenezueli. Miesza jej w głowie Woluskim, częściowo po to, by nieco zmylić czytelnika i zaburzyć liniowość starań o Belę, ale głównie po to, by pokazać jaki on dobry i uczciwy- odrzuca ją, by jej nie unieszczęśliwić - ok, dotąd wszystko gra i jest zrozumiałe. Co się dzieje dalej? Nieszczęliwie zakochana Stawska, w międzyczasie poniewierana przez Krzeszowską znika po cichu ze swoim cierpieniem i niespełnieniem. Podczas gdy cierpienia Stacha są rozdrabniane na każdej stronie, analogiczne cierpienie Stawskiej jest zbyte nawet nie połową zdania, coś tam przebąkuje chyba Rzecki. Helena zrobiła swoje, Helena może odejść. Nie, nie tak szybko! Prus wyzyskuje (i słusznie) i ten wątek. Ot, zakochana Stawska znajduje pocieszenie w lokalnym (teraz już międzynarodowym) dupcyngierze Mraczewskim, po trzech jego wizytach odkochuje się w Stachu i przyjmuje oświadczyny tamtego - ach, och.
Z punktu widzenia panowania nad tak rozległą fabułą jest to rozwiązanie genialne - jednym ruchem „pozbywa się” dwóch zawieszonych do tej pory postaci, a i co ważne- to rozgrzesza samego Wokulskiego - on to zwolnił subiekta i on to dał kosza Stawskiej, a teraz ta dwójka znajduje w szczęście łącząc się w parę - znów wina lub działanie Stacha przemienia się w korzyść. Czytelnik (jeśliby przejmował się nimi) jest zachwycony, a że powieść zmierza ku końcowi i trzeba wątki kończyć, to upiekł Prus dwie pieczenie na jednym ogniu.
I tu z pewnością stać było Prusa na więcej, lecz tak jak to zrobił jest dobrze - 99,99% pisarzy może tylko pomarzyć o takiej wenezueli. Długo by jeszcze mówić o takich niuansach.

Druga sprawa:
Flaubert nie był megalomanem, to jego wyznawcy tak go wielbią. Flaubert był skromnym człowiekiem- nie wywyższał się, unikał rozgłosu (w sumie był nieśmiały, co potęgowane było epilepsją i obawą przed kolejnymi publicznymi napadami choroby), nie tępił grafomanów, ale robił im profesjonalne weryfikacje, korespondował z selfpublisherami i podnosił ich na duchu, nie polemizował z krytyką (to Sand czy Baudlaire broniąc go pisali o zwiędłych umysłach krytyków itd.). Żył na odludziu, cofnął (wymaganą wówczas zgodę) na przedstawianie swojego wizerunku w prasie i powtarzał, że pisarz nie powinien mieć biografii (w sensie, że tylko jego twórczość miała za niego mówić).



Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 990
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: gebilis » ndz 06 mar 2016, 03:44

OCH i Ach - i tak prysł westchnień czar, że powieść można napisać ot tak.

(To nie krytyka tekstów Smoke, te były jak najbardziej przemyślane, tylko moje wrażenie o poprawnym pisaniu.)


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 752
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » wt 08 mar 2016, 23:33

No bardzo ciekawe. Się człowiek uczy całe życie. Teraz już będę umiał uzasadnić, dlaczego Prus wielkim pisarzem był, do tej pory miałem tylko własny gust i niedookreślone wyczucie :-P
Chociaż i tak wolę Reymonta i "Ziemię obiecaną".

Fajnie się czytało, srsly!




Wróć do „MML”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość