Którędy do Zamku? [reportaż]

w rolach głównych: My - forumowicze
Klucznik: Eldil

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1008
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pn 19 lip 2010, 11:42

Ostatni post z poprzedniej strony:

Władza wypoczywała w cieniu, pod ogromnym parasolem utkanym z palmowych liści. Lan Czcigodna sączyła kolorowego drinka przez słomkę, leniwym gestem zsunęła przeciwsłoneczne okulary i posłała Weberowi pełne triumfu spojrzenie.

- Dawaj dwie dychy, już tu lezie.
Weber niechętnie sięgnął do sakiewki, wydobył z niej dwa ciężkie talary i wręczył Imperatorowej.
- Ostatni raz się z tobą zakładam – westchnął. – Naprawdę byłem przekonany, że wytrzyma do dwunastej…
Pruło w ich stronę niewysokie, czarnowłose i wkurzone. Pruło dość pokracznie, wielka plażowa torba co chwilę zsuwała się z ramienia, a patykowate blade nogi co rusz plątały się, niezwyczajne spacerów po wydmach.

- Co to ma wszystko znaczyć?! – Łasic zatoczyła ramieniem widnokrąg, łamiąc ochroniarzowi nos łokciem.
- Wakacje na Wery – ziewnęła Lan, znów zerkając stronę Weba. Tym razem jej spojrzenie mówiło mniej więcej tyle, co: „spław ją, błagam. Błagam, błagam, błagam!!!”
- Nie chcą pisać, niech nie piszą – zaczął Web ostrożnie, zatrzymując wzrok na przeźroczystej plastikowej torbie, w której buszował mały aligatorek, próbujący dobrać się do flaszki z bimberkiem. – A co się łasicowi nie podoba? Słońce, złota plaża, palmy? Fale…? Dmuchane piłki i rękawki do pływania? – bawią się, gadają, pluskają… obliczyliśmy, że za mniej więcej tydzień znudzi im się i tylko patrzeć, jak zaczną stukać w klawiatury.
- A te słońce, to przegięcie! Nie widzicie, że wampirzyce się męczą?!
- E, tam… - Web wskazał Serenę, trzymającą w ramionach wątłego młodzieńca o uszkodzonej szyi. – Pić im się tylko chce, to normalne.
Serena zauważyła Łasica i pomachała doń radośnie, młodzieniec bezwładnie osunął się na piasek.
- Spoko, zaraz to posprzątam! – zawołała, próbując przekrzyczeć warkot motorówki z wielkim bananem na ogonie, wożącej rozchichotanych kmiotków w tę i nazad.
- A pisarze?
- Ocho, zaczęło się… - mruknęła Lan.
- Kupiliśmy im paletki do badmintona, wyglądają na zadowolonych.
Łasic zauważyła grupkę mężczyzn w fioletowych szortach, żwawo o czymś dyskutujących.
- Ja teraz nie idę po lotkę, niech Andrzej idzie! – Romek splótł ręce na piersiach, a Andrzej z wyraźną niechęcią poczłapał w stronę morza.
- A pisarze?!
- No dobra, ktoś musi pilnować baboli, a on zgłosił się na ochotnika. Głupie te babole, zaraz by się potopiły…
- Jak potopiły, przecież w tym leju po bombie nie da się utopić.
- Nie jesteś babolem, to nie wiesz. – Lan ucięła dyskusję.

- Nie podoba mi się to. – Łasic poprawiła torbę na ramieniu i odwróciła się na pięcie. Pijany w trąbę aligatorek próbował podskakiwać, żeby zwrócić na siebie uwagę Nietoperka zaczepionego pod sklepieniem parasola.
- Może bym jakiś punkt w regulaminie… - Kosiarz popadł w zadumę, widząc jak czarnowłose roztrzepane podbiega do wieży ratownika, najpierw krzyczy coś, machając rękami, później targając ratownika za ucho, prowadzi w stronę zamku.
- Biedny Jack… - westchnęła Lan.
- Biedny – przytaknął Web. – Cholera, już jakiś babol się topi… obawiam się, że muszę interweniować. Nic tylko praca, praca, praca…

A to dla podrasowania klimatu :P --> http://www.youtube.com/watch?v=lqNXE07f ... re=related O losie ;)


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 3960
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Faraon » pn 19 lip 2010, 12:54

Nagle usłyszane kobiece wrzaski zerwały Webera na równe nogi. Jeszcze kilka minut i byłby doszczętnie pogrzebany w złotych ziarenkach piasku. „Jakieś babsko jak zwykle musiało mi wszystko popsuć... Oby to nie była Ła...” – Imperatorka uśmiechnęła się do swojej wizji łasicowych tortur.
Śmierć rozejrzała się po plaży. Szybko dostrzegła grupkę biegających w kółko plażowiczów.
– Co się tam dzieje? - Lan z ciekawości podniosła lekko głowę.
– Faux próbuje złapać Malikę, Mamikę i Zithka, a Kan i Karol wraz z wielką zgrają kmiotków próbują go powstrzymać – zdał raport, a następnie znów leniwie legł obok Imperatorki.
– I nic nie zrobisz? - spojrzała na niego zaskoczona.
– Faux plus upał równa się burza hormonów. Faux lubi upał, hormony lubią kobitki. Kolejne przejechanie mu kosą po kostkach nic nie da. Nie mówiąc o tym, że nasz snajper został porwany z samej wieży, a kosę sam niedawno dokładnie wypolerowałem.



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1008
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pn 19 lip 2010, 13:03

Goooooooorąco ^^


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » sob 07 sie 2010, 15:26

[center]Plaża, dziewczyny i... administratorzy – czyli wakacje weryfikatorium.[/center]
   - Widzisz, co się dzieje? – Lan spoglądała na grupę ciągnącą w stronę wody. Dziewczyny i chłopaki wyposażeni w wątłej jakości sprzęt pływacki wyglądali na spanikowanych. Chyba po raz pierwszy mieli do czynienia z morzem. – Od razu na głęboką wodę, jak ci pisarze... – Zakończyła głośnym cmoknięciem, jakby usuwała resztki kmiotka spomiędzy zębów.
Mamika i Malika z trudem uniosły głowy, by zerknąć spod okularów na maszerującą gromadkę.
   - Eche, połowa się potopi, zanim zamoczy – podsumowała bez entuzjazmu Malika.
   - ... stopy, kochana, stopy. – Dokończyła Mamika, gdyż nazywanie po imieniu tylnej części ciała przy administratorce mogło skończyć się dużym plastrem srebrnej taśmy przyklejonym do jej świeżo umalowanych błyszczykiem ust. Mówiła, że to pomadka ochronna przeciw słońcu, ale każdy wiedział, o co chodzi.
   Powiedziawszy to, zachichotała ledwie słyszalnie, aby Lan nie spostrzegła sprawnego uratowania Maliki przed regulaminową karą. Chociaż „tylna część ciała” wcale brzydkim słowem nie była, plaża rządziła się surowszymi prawami, niż lochy. Kto by pomyślał, że z dala od łańcuchów, krwi w pucharach, koralach czostku zawieszonego nad kominkiem istnieje coś takiego jak regulamin.
   Dwie dłonie sprowadziły cień na skąpo schowane półkule Mamiki, by po chwili, niczym duch, bezszelestnie przemknąć poprzez piasek na krągłości Maliki. Jakże czuła musiała być skóra niewiasty, jeśli zanotowała brak słońca na przedniej partii ciała.
   Podniosła niemrawo powiekę i ujrzała ciemną postać, posępnie wiszącą nad nią z rękami wyprostowanymi do przodu a’la zombie.
   - Weber?!
Lan prychnęła, wiedząc co się święci.
   - Regulamin, moje drogie, regulamin.
   - Ale, ja... yyy, no, jak to? – składała zdanie tworząc wiekopomnego babola, ale przerwała jej Mamika.
   - No, właśnie, jak to regulamin?
   - Siedemnasty punkt, ustęp tysiąc pięćset sto dziewięćset mówi wyraźne, że, cytuję, nakrycie wierzchnie przednich półkul powinien być w formacie trójkąta o boku piętnastu centymetrów oraz kącie alfa sześćdziesiąt stopni, wobec czego na plaży obowiązuje strój kusy, lecz skromny.
   Obie zabuczały cichym „yyyyyy”, które trwało równie krótko, co dwa wydechy Webera. Nabrawszy sił po ciężkim wywodzie znanym na pamięć, dodał.
   - Za karę wrócicie do lochu!
    Spojrzały po sobie niebotycznie zdziwione, a później na stroje kąpielowe i w tej samej chwili na rechoczącą głośno Lan.
   - Wiedziałaś o regulaminie?! – zapytała Mamika.
    Lan tylko poprawiła białą koszulkę i nawet nie otworzyła oczu. Pozostanie tylko ona, administrator oraz banda kmiotków na głębokiej wodzie.
Ostatnio zmieniony sob 07 sie 2010, 15:57 przez Martinius, łącznie zmieniany 1 raz.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 3960
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Faraon » sob 07 sie 2010, 15:34

Ja chce z obiema do jednej celi! 8)



Awatar użytkownika
Herman
Pisarz osiedlowy
Posty: 357
Rejestracja: pn 10 maja 2010, 13:59
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Herman » sob 07 sie 2010, 17:20

Stary, nie jesteś sam ;) Zasady są po to, żeby je łamać. A jeszcze taka nagroda Cię czeka :D Łiii!



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 18 gru 2010, 21:35

<za namową niecnego, klawego Fauxa>


Tymczasem wakacje dobiegły końca.
Nadeszła jesień, nadeszła zima.
Nikt z nas już dawno nie widział słońca,
Za oknem zaś ostry mróz trzyma.

- Patrzcie, jaki fajny wierszyk wymyśliłam – pochwaliła się Luka. – A teraz, powie mi ktoś, którędy do zamku?
Nikt na dziewczynkę nie zwrócił uwagi.
- Nikt ci nie powie – odezwał się chłopak średniego wzrostu i średniej urody. Wziął się nie wiadomo skąd i stanął obok niej.
- A co ty tu robisz?
- Aaa... Coś Tam Piszę.
Ludzie, sztywno wyprostowani, ze wzrokiem utkwionym gdzieś przed siebie, wyglądali jak martwe posągi.
- Kim oni są?
- Oni? No cóż, po prostu nieaktywni. Jeśli szukasz kogoś do rozmowy, to może spróbuj tam...
Wskazał ręką na grupkę kilku osób, którzy z entuzjazmem o czymś dyskutowali. Niektórzy z nich byli ubrani na fioletowo.
- Niezbyt miła atmosfera – stwierdził chłopak. – Przed chwilą Andrzej próbował skopać kobietę, która ośmieliła się napomnkąć o samodzielnym wydawaniu... Ale tam się toczy fajna dyskusja.
Podszedł do ludzi w różnym wieku, różnej płci, statusie społecznym i poglądach religijnych. Tak, to wszystko było widać na pierwszy rzut oka. Machali rękami, krzycząc:
- Jestem ateistą!
Albo:
- To morderstwo!
Wyglądali, jakby mieli zaraz rzucić się na siebie z pięściami. Z samego środka wypadł młodzieniec, którego koszulka była biało-czerwona, a czapka w barwach flagi brytyjskiej.
- Łoooł! – zawołał. – Nie wchodźcie tam. Robi się za gorąco. Tworzy się wir, który was wciągnie i nie wydostaniecie się. Cokolwiek powiecie, zostanie obrócone przeciwko wam.
Coś Tam Piszący wzruszył ramionami.
- No tak, aborcja to nie jest przyjemny temat.
- Bardzo nieprzyjemny. Wiesz, co? Stwórzmy sobie własny wątek. O... No nie wiem. Kasi Cichopek.
- No dobra.
- A ja? – zapytała Luka. – Mogę też?
- Wszyscy mogą.
Cała trójka oddaliła się w ustronne miejsce.



Awatar użytkownika
malika
Dusza pisarza
Posty: 514
Rejestracja: pn 19 paź 2009, 20:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zza winkla
Płeć: Kobieta

Postautor: malika » śr 22 gru 2010, 01:03

  - Odkręcę tę kołatkę, na Ciemność, wydłubię tałatajstwo jak jeszcze raz ktoś zapu...
  Trzy potężne uderzenia sprawiły, że na biurku zatrzęsła się szklana kula. Weber w skupieniu wyłamywał każdą kostkę rąk po kolei, czekając aż prowokator zza drzwi przeleje czarę kolejnym puknięciem. Kosa błyszczała złowieszczo tuż przy framudze. Jeśliby kto wszedł zbyt szybko, zahaczy o drzewce i pozbawi się głowy nim padnie pierwsze słowo. Żniwiarz uśmiechnął się leniwie, czekając aż niecierpliwiec zza progu sam go wyręczy w egzekucji.
  - Chyba śpi - szepnął kobiecy głosik.
  - Ta, akurat. Śmierć ucina sobie drzemkę, a my wróciłyśmy do raju - sarknął drugi, nie da się ukryć, również kobiecy głos. - Pewnie go nie ma...
  Weber chrząknął głośno, aż kosa przesunęła się lekko w stronę drzwi, za którymi ucichła rozmowa, jak odcięta ostrym... Żniwiarz powstrzymał żądzę mordu, podszedł do drzwi i odwiesił atrybut władzy na hak tuż obok wejścia. W końcu był szefem, przynajmniej dopóki Marti nie wróci z urlopu. Musi dać szansę dojść do głosu tym gadatliwym głowom po raz ostatni, a potem jedno precyzyjne cięcie i zapadnie błoga cisza...
  Nie! Marti przecież wraca lada dzień. Jeszcze tylko trochę i uwolni się od tych dwóch, czarnych gaduł!
  Szarpnął klamkę aż powylatywały śrubki.
  - Czego?! – warknął, zerkając na część drzwi, która została mu w ręku. No to się Lan wścieknie…
  - Bo my, eee, ten, tego...
  - Przyniosłyśmy ci mięsko w warzywkach, Wilku... yyy... Webku! Znaczy, szefie - dodała Mamika i obie wyszczerzyły się jak po wizycie kontrolnej na stanowisku Colgate w supermarkecie.
  - I sok malinowy. - Malika szturchnęła koleżankę, która tylko spuściła głowę. - Mamiś, tylko mi nie mów, że wypiłaś po drodze - szepnęła konspiracyjnie, starając się ignorować nie wróżące nic dobrego strzelanie kości w dłoniach szefa.
  Mamika zachichotała i krzyknęła:
  - Skoczę po następną flaszkę, nara! - Pognała korytarzem w stronę piwnic.
  - Zołza! – Malika rzuciła za nią i podniosła głowę. Uśmiechnęła się do ciemności ziejącej z kaptura żniwiarza. - Głodny? - Podniosła koszyczek przed siebie, powietrze wypełnił aromat duszonych brukselek i marchewki z groszkiem zasmażanej na maśle.
  - Krwi bym się napił - odparł beznamiętnie i oparł się o framugę.
  - Och… - Malice mina zrzedła, koszyczek mało nie wylądował na podłodze. W sumie wyglądała tak, jakby ktoś z niej całą krew właśnie wyssał.
  - Żartowałem! - Weber zaklekotał szczęką w śmiechu tak, jak tylko czaszka potrafi. Cofnął się od drzwi i gestem zaprosił gościa.
  To była pierwsza wizyta Maliki w największej komnacie, na najwyższym piętrze, w najwyższej wieży Zamku, ale nie zobaczyła tam – jak głosiły plotki – rycerza na białym rumaku, przykutego do ściany nad biurkiem Administratorki. Było coś lepszego.
  - Uooaa - wymsknęło jej się, kiedy wsunęła głowę do środka. Zacisnęła ręce na koszyczku i przekroczyła próg. - Ale wypas... - zachwyciła się podręczną gilotyną, stojącą tuż przy oknie.
  W miejscu, gdzie kończyła się żywotność osobnika, który się pod nią znalazł, połyskiwała zielonkawo szeroka rynna, prowadząca do zsypu gdzieś za oknem.
  "Patyna" pomyślała Malika z niemałą ulgą. "Znaczy, że dawno nikt nie stracił tu głowy". Pogładziła się po szyi i poprawiła bujne loki, istnieje cień cienia szans na powodzenie jej misji. Skierowała się w stronę biurka, żeby rozłożyć jedzenie, ale natrafiła na dywanik. Cały był bordowy i miał jakieś takie zaschnięte ciemnobrązowe plamy. Zapewne tu batożą niesfornych kmiotków. Pokraśniała na twarzy.
  - Super! – pomyślała, tym razem jednak głośno.
  Gdyby Żniwiarz pod kapturem miał brwi, na pewno podjechałyby aż do połowy czoła, tak był zdziwiony.
  Malika zmitygowała się natychmiast, pospieszyła do biurka i zaczęła wyjmować zawartość koszyka.
  - Znaczy, eee, super, no… koń! O, ten koń, którego nie ma na ścianie, jest super. – Niech to szlag, dodała w myślach, za chwilę położy misję, a wtedy będą w du…użych kłopotach. Jakby jeszcze nie byli. Jęknęła wbrew sobie i kaszlnęła, nieudolnie próbując to ukryć.
  - Czemu zawdzięczam tę zacną wizytę? – Weber sprowadził ją na ziemię, kiedy usiadł za biurkiem, świdrując wzrokiem ukrytym w głębokim cieniu kaptura.
  - Hm, bo jest sprawa, szefu… eee… Szefie, no! – Stół zapełniał się ilością jedzenia, która zaspokoiłaby zapewne potrzeby gwardii przybocznej jakiegoś króla, i ździebko nieadekwatną do pojemności stojącego na podłodze kosza. – Ci nowi, Luka, Polisz i ten Coś Tam Pisze…
  - Wcale nie tacy nowi, szczególnie CeTePe – przerwał jej, przysuwając sobie talerz pełen brokułów i polał całość obficie sosem beszamelowym (bo narratorka nie wie, czy lubi czostkowy). – Widelec przyniosłaś? – zastygł z ręką wyciągniętą przed siebie w oczekującym geście.
  - Że co? – patrzyła na niego jakby spytał o rozszczepianie atomów. Po chwili jednak skojarzyła fakty : talerz – jedzenie – wyciągnięta, pusta ręka. – Ach, sztuciec? Jasne, już, chwila, miałam w kieszeni… - pogrzebała w przepastnym swetrze i wyciągnęła menażkę, a z niej łyżkowidelec i podała Weberowi. – Proszę – uśmiechnęła się słodko. – A wracając do Luki i paczki… - zerknęła, czy jedzonko smakuje. Poprawiła loki i ciągnęła przerwany wątek. - … mógłbyś ich, no nie wiem, zb – kaszlnęła – anować?
  Widelec z brokułem zatrzymał się w połowie drogi do kaptura.
  - A niby za co?
  - Hm, za wtrącanie się do każdej rozmowy na korytarzu?
  Weber pokręcił powoli głową.
  - Nie? Uch… no to, no więc, może za… O, mam! – uderzyła ręką w stół. – Za nielegalne wątki! – Spojrzała na szefa z triumfem, ale zaraz oklapła. – Cichopek się nie nadaje na nielegal?
  Znowu zaprzeczył.
  - Cholerka. – Malika zaczęła obgryzać paznokcie.
  - Co wy tam kombinujecie w tych lochach, co? – Opuścił głowę i zaczął wpatrywać się w siedzącą jak na szpilkach dziewczynę, aż jęknęła pod naporem spojrzenia.
  - Och… Gramy w Scrabble, no. I Luka z Polishem nas wszystkich ograli. Jak mówię wszystkich, to znaczy wszystkich. Fioletowych, czarnych, bezkolorowych i… i… - ściszyła głos do szeptu – nawet granatowego. – Rozejrzała się przerażona, czy przypadkiem Szymon nie czai się gdzieś w kącie.
  - I za to mam ich zbanować? Że wygrali z wami na słowa? – Weber wyglądał na rozbawionego.
  - Możesz zamiast tego pożyczyć mi ze dwadzieścia ka limitu znaków – mruknęła ledwie słyszalnie.


Cierpliwości, nawet trawa z czasem zamienia się w mleko.

Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » śr 22 gru 2010, 23:54

Autorka nie zrobiła za dobrych badań :P bo brokuły i brukselki tak ale marchewki z groszkiem to śmierć nie lubi :P


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 17 sty 2011, 14:24

Zimno, chłodno i feriowo.

   W przesiąkniętym wilgocią lochu stała grupa kmiotków i błagalnie wypatrywała ratunku. Szeptali złowieszczo na katów, strażników i pisarzy – oberwało się każdemu, ale min zagubionych owieczek nie zmienili.
   Faux szedł wzdłuż komnat, uderzając pustą miską w żeliwne pręty i chichotał. Śmiech był równie drażniący, jak brzęczenia naczynia.
   - Regulamin, łamagi, trzeba czytać!... I żeby jeden z drugim nie narzekali na przybytek, bo pocisnę do podziemia, gdzie jest ciemno jak w…
   - Mniej litość, zdejmij kłódkę! – Ktoś jęknął błagalnie, pozostając w zbitce ludzi.
Strażnik porządku przystanął przed jednym z lochów i przebiegle obejrzał obce twarze. Pewnie chciał ich złamać samym tylko spojrzeniem, lecz na nic to się zdało, bo wystraszeni kmiotkowie nie patrzyli dalej niż własne stopy.
   - Kto to powiedział? – zapytał.
Odpowiedziała przejmująca cisza.
   Ruszył dalej, do cel oznaczonych krwistym napisem „Dwa ostrzeżenia”. Tutaj panował względny spokój. Można by rzec, że gremium wzięło jakieś tabletki, bo chociaż drzwi do pomieszczeń były otwarte, dobrowolnie przychodzili w to miejsce. Kto ich tam wie, może pokutowali? Faux sprawdził, czy wszystko jest cacy i skierował się do wyjścia z lochów.
   - Nie ma to jak czas wolny. – Usłyszał ujmujący kobiecy głos.
Znikąd pojawiła się Lan. Wyrosła albo spod podłogi, albo spadła z sufitu. Być może urwała się z choinki, ale takowej w lochach nie było.
   - Sześć szefowa, co porabiasz?
   - Wychodzę z tobą na poligon.
   I wyszli, przez kręte schody, sieć tuneli, setki drzwi na ogromne przedpole Zamku Wery. I kiedy tylko ich oczy przywykły do jasności, zobaczyli sceny tak straszne, że musieli je na powrót zamknąć. Grupa userów karmiła Trolle! Nie takie zwykłe, pospolite, ale głodne, wiecznie nie najedzone Trolle! Było ich setki!
   - Reklama czyni cuda – stwierdziła ze smutkiem Lan. – Czyja to sprawka?
   - Wolfa, zapewne – skwitował Faux.
   W tej samej chwili kilkudziesięciu Trolli zaczęło biec w stronę strażnika, widząc jego czerwoną togę. Połowa chciała przekazać coś prywatnie, inni wrzeszczeli. Wystraszony Faux, niby przypadkiem, uciekł z powrotem do Zamku Wery, pozostawiając Lan na pastwę tej hołoty.

   Pełna mobilizacja nastąpiła dokładnie w południe. Przyszła Malika, zakapturzona Mamika, Arianna i pojawił się na wiecu kmiotek. Gremium patrzyło na niego z niedowierzaniem. Co tu robi, jak trafił do najwyższej komnaty? Po drugiej stronie okrągłego stołu zasiadał Weber, Faux i Marti. Ten ostatni coś tam mówił, ale nikt go nie słuchał. Wszyscy łypali na obcą.
   - Mam trzynaście lat, napisałam opowiadanie i chce być weryfikatorem – powiedziała z niebywałą pewnością w głosie.
Długo panowała cisza. A potem wszyscy zaczęli turlać się po podłodze i rżeć tak, że odpadał tynk ze ścian. Aż naraz salę przeszył ponury głos z oddali. Odezwał się „ten, który wszystko wie”. Tyle, że nikt nie widział, gdzie On przebywa. Jakby siedział w najciemniejszym zakątku.
   - Moja droga, są ferie. Usiądź, poczekaj aż ci przejdzie, czy coś. Normalnie, już tego wieczora zapomnisz o tej zachciance. Mógłbym tu zacytować mojego mistrza, ale…
   Jak nie błysło, huknęło, zawirowało i zawiało! Trzynastolatka zdjęła z siebie nakrycie i znikła, a już w sekundę później pojawiła się jako dorosła kobieta. Wszyscy ujrzeli znaną pisarkę, której imienia nie można wypowiadać nawet w lochu! Śmiech ustał natychmiast, i zebrani przy okrągłym stole zaczęli maleć w oczach (to pewnie zagięcie przestrzeni).
   - Na poligonie jest setki takich jak ja, łobuzy! Pokażemy wam, co i jak, gdzie i jak, i dlaczego tak! A wtedy Zamek Wery runie, wszystko obróci się w ni…
Brzdękało, gdy cynkowa miska odbiła się od głowy autorki. Wszyscy spojrzeli na Fauxa i Lan – ktoś z „góry” musiał rzucić, bo jakżeby inaczej? Ale oni wykrzywiali usta i kiksowali na wszystkie strony.
   - Bezczelność! Mam prawo wypo…
Znowu dostała miską. Tym razem próbowała uchylić się.
   - No ja was zaraz tu…
No i doigrała się. Weber rzucił tym cholernym okrągłym stołem. Ma chłopak pary za trzech, ale żeby od razu takie metody?
   - Pięknie Weber. Co teraz? – zapytała Lan, patrząc na spowitego powagą kolegę.
   - Teraz, to idziemy z tym stołem na poligon!


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » czw 20 sty 2011, 16:47

_____Wieczorną porą powoli robiło się cicho. Drzwi komnat zamykały się, a za nimi wszelki ruch i głos zamierał.
_____Przez korytarz płynęła Najpiękniejsza, Najmądrzejsza i Najjaśniejsza, niczym zjawa (!), spowita w błękitną suknię z mgły. Wystarczyłoby jej pstryknięcie palcami, żeby dostać się do własnej komnaty, lecz lubiła przed snem spacerować po Zamku, upewniając się, że wszystko w porządku.
_____Było już późno i najwyraźniej wszyscy ułożyli się do snu. Wszyscy, prócz Maliki i kilku jej znajomych, którzy opróżniali butelkę ruskiej wódki na wysokiej platformie na dziedzińcu. Nazywali to miejsce Krzykpudłem. Każdy mógł tam wykrzyczeć się do woli i nikomu to nie przeszkadzało. Nawet późną nocą.
_____Najmiłościwsza zatrzymała się na krużganku i wyjrzała zza łuku. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Następnie weszła do zamku, zaledwie dotykając stopami podłogi.
_____Droga, którą obrała, prowadziła przez wielką salę, dalej w lewo korytarzem, w prawo korytarzem, schodami, wąskim przejściem w ścianie na skróty, następnie przez pokój socjalny i znów korytarzem. Przed wstąpieniem na kolejne schody, Najcudowniejsza stanęła, zawiesiwszy nogę nad pierwszym stopniem. Usłyszała dziwne głosy zza drzwi do maleńkiej salki.
_____- ...zrugaj mnie, zbesztaj, jedź po mnie jak po burej kobyle!
_____- Nie ma, powtarzam, nie ma takiego frazeologizmu! Lubisz to, Ssssserenko?
_____Najmilsza otworzyła drzwi. To nic, że zamknięte były na zasuwkę – przecież cały Zamek był jej dziełem i miała wszechwładną moc otwierania wszystkich pomieszczeń. A zatem, otworzyła drzwi.
_____Jakiś mężczyzna natychmiast odskoczył od panienki, którą przyciskał do kołowrotka. On zaczął poprawiać kraciasty surdut, ona przeczesywać palcami rozczochrane włosy.
_____Najłaskawsza odezwała się dostojnie i łagodnie:
_____- Wolf? Co robisz?
_____- Lan, Lan Czcigodna... Bo my... Ja jej tekst poprawiałem! Wiesz, sztampa, nielogiczności! Gdzieś tu musi być...
_____Podrapał się ze zdenerwowaniem po głowie i rozejrzał się po podłodze. Znalazł jakiś brudny świstek, rzucił okiem, czy to na pewno to, czego szukał, a potem z westchnieniem ulgi wyciągnął w stronę Czcigodnej.
_____Ta jednak uśmiechnęła się dobrotliwie i obejrzała na korytarz.
_____- Przynajmniej załatwiacie to prywatnie.
_____Odpłynęła, pozostawiając ich w zdumieniu.
_____Weber tymczasem, zmęczony, zapracowany Weber, ostatkiem sił wspinał się do najwyższej wieży. Zahaczył długim, czarnym płaszczem o zbroję, stojącą na dole na straży.
_____Bo wejścia na wieżę pilnowała pusta zbroja. Niektórzy twierdzili, że kryje się w niej szkielet rycerza, który umarł ze strachu na widok Webera. Jednak siedziba jednej z najważniejszych osobistości Zamku Wery była sama w sobie na tyle przerażająca, że nie potrzebowała żadnej ochrony.
_____Weber zahaczył więc o zbroję. Potknął się i upadł, klekocząc wszystkimi kośćmi. Szczury w kącie zapiszczały ze śmiechu. On zaś, rozzłoszczony, wstał, rozłożył poły płaszcza i z okrzykiem...
_____- Sssssspieprzać!
_____...przyskoczył do ściany. Szczury, widząc straszliwego kościotrupa w krwawej aurze, dały nogę.
_____- No – mruknął Weber, podniósł kilka zgubionych kręgów i umieścił z powrotem w kręgosłupie. Potem pomknął na górę.
_____Jakież było jego zdziwienie, gdy zastał drzwi uchylone. Jeszcze większe, gdy na jego własnym fotelu bujała się ciemna postać, widoczna na tle rozjaśnionego księżycem nieba. Owa postać pochyliła się nad biurkiem. W świetle świecy ukazała się młoda, lecz przeniknięta złem twarz.
_____- Witaj i rozgość się – odezwał się intruz.
_____Weber był tak zaskoczony, że nawet nie przyszło mu do głowy machnąć kosą.
_____- Co tak patrzysz, jak kość w srokę? Od teraz, będzie to mój gabinet.
_____Wstał, obszedł biurko i w impertynencki sposób stanął przed Weberem. Ten zaś, choć już krew powoli kipiała mu w żyłach, ale tylko metaforycznie, gdyż żadnych żył nie posiadał – zmierzył młodzieńca wzrokiem od stóp do głów i rzekł spokojnie:
_____- Faux, cóż ci, chłopcze, do głowy strzeliło? Byłeś zawsze nieco niesforny, lecz jesteś przecież wychowankiem Wery, jesteś dziecięciem wychowanym na mym kościstym łonie. Jeżeli stroisz sobie żarty, to wiedz, że dziś nie mam humoru.
_____- Nigdy nie masz humoru – prawie wypluł te słowa Faux. – Ale kij w humor, bo nigdy nie masz czasu dla nas wszystkich! Wiecznie zajęty swoimi sprawami! Weber, przed którym drżą wszystkie kmiotki! Prawda jest taka, że gdyby nie nasze donosy, każdy mógłby łamać regulamin pod twoim nosem. Dlatego...
_____Faux bezceremonialnie zdarł Weberowi płaszcz z ramion, wywrócił na podszewkę i przyodział się czerwienią do góry.
_____- Teraz ja go będę nosił, i to tak przyzwoicie, a nie, jak ty, na lewej stronie. Jam jest Faux Czerwony. To także już do ciebie nie należy.
_____Wyrwał mu kosę z ręki i odstawił pod ścianę. Potem z zadowoleniem oczekiwał na reakcję Webera.
_____Weber uśmiechnął się i odparł serdecznie:
_____- Faux, mój drogi. Weź sobie ten płaszcz. W szafie mam drugi. I kosę również sobie weź, i tak była już zużyta. Ale wiesz, co ci powiem?
_____Po tych słowach błyskawicznie, z ogromną siłą chwycił chłopaka za wszarz i wyrzucił przez przymknięte, aczkolwiek w momencie rzutu, już roztrzaskane drzwi. Słuchając obijania się Fauxa spadającego ze schodów, wołał:
_____- Zapamiętaj to sobie, bo nie będę powtarzał. Nikt nie będzie spał w mojej trumnie!


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 25 sty 2011, 22:57

Szepty podsłuchane...

   W holu, tuż za ogromnymi drzwiami głównymi, panował wyjątkowy spokój. Weber z zadumą patrzył na poligon, gdzie od kilku dni zalegały resztki kmiotków, powalonych ciężkim stołem. Wzdychał, wiedząc iż ten błogi stan długo nie potrwa. Wtem wzmógł czujność, usłyszawszy szepty dochodzące zza niewielkiego krzaka. Tygrysim zwodem przeskoczył za drzewo (pewnie jabłoń, kto tam wie, co na poligonie rośnie?), i przycupnął w żabim stylu, nasłuchując.
   — ... jak tu przyszłam, to normalnie, serio mówię, nie wiedziałam gdzie iść – usłyszał delikatny, dziewczęcy głos.
   — Ja też, wiesz? Ale już się przyzwyczaiłam – powiedziała druga osóbka, o równie niebiańskim głosie.
   — Tak? To powiedz, chcę wiedzieć.
   — To było tak. Wchodzę przez bramę, jak wszyscy i łup! Tabliczka w twarz „regulamin”, i przez godzinę mnie nos bolał, a później oczy od czytania. Pomyślałam sobie, że chcą mnie zniechęcić, ale się nie dam. Nie pójdzie tak łatwo. Jakoś to przetrwałam. Jak już ogarnęłam tę litanię zakazów, to zaczęłam krążyć po zamku. Spotkałam gościa w czerni z kosą, i mało co się ze strachu... – Weber zachichotał. Prawie zdradził swoją obecność – ale jakoś przeżyłam, i potem trafiłam na piętro, gdzie mogłam się pokazać.
   — I? Pokazałaś coś?
   — Od razu! Tekst pokazałam, bo jak! Nawet poczytali, galeria cała ludzi tam była o przekroju od mądrali, do pisarzy, wiesz, jak to wszędzie, nie? I ja się nie dam! I nagle ŁUP! Regulamin znowu w twarz. Skończyłam w lochu, wtrącona przez jakiegoś Fauxa. Wiesz, jakie on ma zimne ręce?
   — Zimne ręce?
   — Nieważne. Ale musiałam się przedstawić, wiesz, z detalami.
   — Detalami?
   — Wymiary, upodobania, gusta i te sprawy. Wiadomo, w zamku to ważna rzecz.
Weber już turlał się ze śmiechu.
   — O mamo, ja chyba tu nie chcę zostać.
   — Dasz radę. Powiem ci jak! Musisz wszędzie być, gadać ile sił, i byle co, najważniejsze, aby cię zauważyli. Tylko, jest tu taka jedna, mówię ci, okropna, że facet z kosą to pryszcz!
Zza krzaków doszło głośnie „Uoooooooooo!”.
    — Kto to?
    — Szefowa. Musi być kucharka, albo co? Czort ją wie. Nikt w sumie jej nie widział, ale na samo jej imię wszyscy cisną się po kontach. Raz, jak rozmawialiśmy w krzykalni, to wpadł pewien chłopak i wrzasnął, że nadchodzi, i nawet nie zdążyłam nic zrobić, a ludzie powciskali się w szpary między kamieniami. Szczyt ekwilibrystyki w najlepszym wydaniu, a ja zostałam sama, tak wystraszona, że sznurówki mi się nawet trzęsły. I słyszę ciche kroki, ale echo robiło swoje, bum, bum bum, ktoś się zbliża. Bum!, BUM! Jest na pół piętrze! BUM, BUMMMM! Nawet stół miał wystraszoną minę, to bez namysłu rzuciłam się z okna wprost na ten krzak, pod którym tu siedzimy.
   — I co? Kto to był? Jak wyglądał?
   — Nie wie, słyszałam tylko „cześć Lan” i tyle.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 12 mar 2011, 15:22

____Do małej izdebki w podziemiach zamku wszedł mężczyzna w białym kombinezonie. Nie pytajcie, czemu to zawsze musi być najmniejsza klitka w najbardziej niedostępnym zakątku zamku. Po prostu tak już musi być.
____– Bry – odezwał się do znudzonej kobieciny przy wrzecionie. Ta ocknęła się z zamyślenia.
____– Ach, to ty, Martiniusie. Jak się sprawuje kombinezon?
____Martinius pokraśniał i zacisnął wargi, jakby właśnie ktoś zabrał mu grabelki z piaskownicy.
____– Niefunkcjonalny – wycedził. – To znaczy funkcjonalny, ale teraz wszystko się zmieniło. Muszę zadbać o imidż.
____– A kombinezon w czym przeszkadza?
____– Otóż obliczyłem, że wiarygodność kolesia w kombinezonie spadła o czterdzieści procent, odkąd na zamku przybyło więcej fanów fantasy. Ponadto kolor biały za szybko się brudzi. Z brudnymi ludźmi nikt się nie chce zadawać.
____– Zaraz coś znajdziemy! – odpowiedziała ochoczo i skierowała się do następnego pomieszczenia, dając mu znak, żeby poszedł za nią.
____Drugie pomieszczenie okazało się halą produkcyjną. Przy stanowiskach pracowało kilkadziesiąt krawców, a huk maszyn do szycia zagłuszał wszelkie rozmowy. Martinius z kobieciną przewędrowali przez salę i dostali się do magazynu. Tam było nieco ciszej. Przeszła wzdłuż wieszaków, energicznie rozgarniając ubrania i przyglądając się im pośpiesznie.
____– Proszę bardzo! – wykrzyknęła i zdjęła jedno z nich, niebieskie. – Prawieweberowski płaszcz z praktycznej mieszanki poliestru, bawełny i elastanu. Do kostek, z szerokim kapturem. Przesympatyczny kolor, nieprawdaż?
____Martinius z zaciekawieniem wziął płaszcz do ręki, pomacał materiał. Po chwili zarzucił sobie na ramiona, sprawdził kieszenie, wypróbował kaptur i ściągnął go sznureczkami, zakończonymi pomponikami.
____– Ale bajerancki – stwierdził.
____– Prawda? Weber zamawiał identyczne. Tylko czarne. Bez kieszonek. I z sukna. I bez srebrnych obszyć. No i kaptur był bardziej spiczasty. Pomponików też nie było…
____– Identyczny, zaiste – przerwał Martinius mrukliwie.
____Zajrzał pod podszewkę. Odkrył kilka rzędów wewnętrznych kieszonek, małych i dużych, z zapięciem oraz bez. Kobieta klasnęła w dłonie.
____– Kieszenie! Przydają się, kiedy chcemy coś zachamęcić…
____– Że co zrobić? – Mężczyzna utkwił w niej mordercze spojrzenie.
____– Schować na później – dodała bez mrugnięcia okiem. – Jedzenie ze stołówki na przykład…
____– Albo paluszki kmiotków złodziejaszków…
____Kobieta umilkła. Może uznała, że produktu nie trzeba już reklamować, a może wreszcie obleciał ją strach.
____– Biorę – oświadczył.
____– A zapłata? – palnęła znów bezmyślnie baba.
____Nie no, tego już za wiele – pomyślał.
____– A czy ja za każdym razem muszę ci przypominać, że faktury trzeba przysłać do gabinetu?
____– Dobra, dobra, żartowałam…
____– I gwarancję mi tu migusiem znajdź, bo jak mi się ta szmata znów podrze, kiedy zrobię krok…
____– Nie podrze się, nie podrze, było nie robić szpagatów w kombinezonie…
____Ponownie uciszyła się na widok jego miny i posłusznie kucnęła przy biureczku w kącie, by znaleźć potrzebne dokumenty. Co jakiś czas zerkała na niego obrażona. On tymczasem kręcił się przed lustrem i uważnie oglądał swoją sylwetkę.
____Już po chwili szedł korytarzem, zadowolony z siebie i wesoło machał połami płaszcza. Wyszedł na dziedziniec, przespacerował się do ogrodu. Minął dwie kmiotkówny, które gapiły się na niego z zaciekawieniem, a nawet uśmiechnęły się leciutko.
____– Supermen? – spytała jedna szeptem.
____– Chyba ministrant…
____Na szczęście Martinius tego nie słyszał.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
kanadyjczyk
Umysł pisarza
Posty: 943
Rejestracja: wt 02 wrz 2008, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Białystok
Płeć: Mężczyzna

Postautor: kanadyjczyk » ndz 10 kwie 2011, 23:46

- Azali kawalątek jeszcze ową ścieżką, potem lekutko w lewo za tym młodniakiem, aż dojdziem do złamanej sosny. Niedługo już, druhu będziem u celu - zaświstał głos, po czym zakapturzona i pochylona postać podniosła wyżej bladą latarnię.
Księżyc był w pełni, zatem noc zdawała się być jasna i przyjemna. Nic bardziej mylnego. Drżące, złowieszcze cienie, które mijało dwóch wędrowców były jak groźne, nieuchwytne duchy zwiastujące nieokreślone niebezpieczeństwo.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, Kan - powiedział Faux i kichnął siarczyście. - Poza tym jest zimno.
Nagle zderzył się z plecami przewodnika.
- Sorki.
Kan odwrócił się powoli i Faux usłyszał pytanie płynące złowieszczo z czeluści kaptura:
- Zaliż nie chcesz poznać owego weryfikatoryjnego woluminu, którego żem spisał onegdaj dla cię?
Drżący płomyk latarni oddalony kilka centymetrów od nosa przypomniał Fauxowi pewien niskobudżetowy film, którego nie lubił. W oddali odezwał się puchacz, gdzieś chłodny wiatr zaszeleścił w gałęziach drzew, a zbłąkana nieopodal rodzina jeży zwinęła się jednogłośnie w kłębki.
Faux zadrżał i przełknął szybko ślinę. Nie miał jej za dużo.
- Wolumin… miło mi będzie… tego… ujrzeć…
- Zatem chodźmy. Rychłoż znajdziem się tam.
Faux kichnął po raz drugi.


- Wielu zacnych tu bywało, druhu. Ileż to planów przedsięwziewaliśmy i ileż z nich nie wyszło. Ech… - Kan odchylił kaptur.
Fauxowi zdawało się, że oczy przyjaciela błyszczą. Nie potrafił jednak określić, czy były to gorzkie łzy, czy też strużka dymu dostała się w kanowe rejony twarzowe.
„Rejony twarzowe”… - pomyślał Faux i korzystając z tego, że gospodarz zajął się zapalaniem dziesiątek świec w izbie, wyjął z kieszeni swój wierny zeszycik i szybko zapisał w nim nowopoznane słowa. Zamknął go.
- Napalić? - spytał nagle Kan. - Drwa jeszcze nie ostygły.
- Nie musisz. W sumie to chciałbym wcześnie wrócić do domu. Wiesz…
- Wiele wiem… - świsnął gospodarz. - Wiem na ten przykład, iż…
Faux nagle się zniecierpliwił, ale przerwał przyjacielowi delikatnie i wesoło:
- Wiesz, bo ja chciałbym dostać od ciebie tę weryfikację i wypie… i nie zajmować ci więcej czasu. Pewnie masz dużo do roboty, prawda? Pisania dużo.
- Dobrze zatem - szepnął Kan i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Dopiero teraz Faux przyjrzał się izbie dokładniej.
Mieszkanie przyjaciela nie było duże, ale było w nim dużo wszystkiego. Stare, zakurzone księgi zajmowały trzy ściany. Sufit zamieszkiwały setki pająków. Przez chwilę nawet zdawało się Fauxowi, że niektóre z nich śpiewają jakieś znajome, biesiadne nuty. Przez chwilę też wydawało mu się, ze widział trzy stare myszy z plecakami i w goglach spawalniczych. Odrzucił jednak ten omam i spojrzał w dół. Na podłodze walały się różnorakie figurki, ale były tak małe, ze Faux nie widział, kogo, lub co przedstawiały. Niektóre jednak wydawały się znajome. Pochylił się i podniósł jedną z nich. Przedstawiała postać kobiety i była pełna powtykanych w różne jej części zardzewiałych szpilek.
- Ha!
Gość wystraszony upuścił lalkę na ziemię. Kan wpatrywał się w niego z uśmiechem trzymając pod w dłoni pomiętą kartkę papieru. - Dobrześ wybrał, druhu. Wiesz, kto zacz?
- Nie. - Asekuracyjnie odpowiedział Faux, albowiem nie wiedział, co to „zacz”.
- Niejaki Czerwony Kapturek. Zacna postać.
Gospodarz podszedł do przyjaciela i wyciągnął rękę.
- Oto słowo!
Faux sięgnął po zgnieciony, brudny papier i odetchnął z ulgą. Wreszcie będzie mógł wyjść z tego mrocznego i ciasnego kanowskiego dworzyszcza.
„Kanowskiego dworzyszcza”… - pomyślał i postanowił tego nie zapomnieć.
- Dzięki - powiedział. - To cześć, Kan. Do kiedyśtam.
Już chciał się odwrócić do ciężkich drzwi, kiedy zatrzymał go dziwny , szklany odgłos.
- Trzymał żem to na specjalna okazję. Owa właśnie nastała!
I Faux zobaczył w ręku przyjaciela litrowy gąsiorek z mętnym, zielonkawym płynem.
- Zasiądźmyż, bracie w Darwinie do stołu na chwilęż. Noc jeszcze młoda i na rozgrzewkę coś wypić trzeba.


Dwa tygodnie później w małym, starym domku w środku nieokreślonej puszczy otworzyły się skrzypiące, ciężkie drzwi.
Przez chwilę nie działo się nic, ale uważne ucho wychwyciłoby cichy i nierówny śpiew. Jakby trzy osoby śpiewały starą, znajomą piosenkę. Potem jeden z głosów ucichł i z chaty wyszedł chwiejnie sporej budowy niedźwiedź. Rozejrzał się wokoło, jakby pierwszy raz znalazł się w tej okolicy, po czym skierował się na północ. Głosy jednak dalej kontynuowały swoje trele.
Gdyby uważne ucho podeszło trochę bliżej i chwile poczekało, usłyszałoby, ze pieśń urywa się nieoczekiwanie. Potem do tego ucha doszedłby dźwięk rozbijanego szkła i taki oto dialog:
- Kumotrze umiłowany! Bracie w niedoli i doli! Przy drugiej zwrotce żem lekutko się zapultał.
- Tam żeś lekutko, druhu nad druhami! Wiela! Wiela żeś się zapultał!
- A w tę mogę wbić kilka tych zacnych szpileczków?
- Możesz, przyjacielu!
- A któż to tem razem będzie?
- Z tych różowych jagód wnoszę, iż jest to Lan.
- Zatem nanizywuję!
- Nanizywuj! Ale pierwej odśpiewamy naszę pieśń, co by się lepiej nanizywało!
- A ty kogóż będziesz kłuł, kumotrze? Przecie to szkielet jelitkami okonków powiązan.
- To Kosiarz, Fauxie. Kosiarz Web.
Po chwili nasze ucho słyszy znów odgłos uderzanego o siebie szkła i nierówny śpiew:

„Zabrałaś serce moje, zabrałaś moje sny,
a mnie pozostawiłaś te łzy cieknące (okrutne, lecące, płynące…) łzy…”

Przy drugiej zwrotce i tysiące kilometrów dalej, dwie osoby poczuły nagły przypływ weny.
Najmniej skorzystał na tym niedźwiedź.


"Ostatecznie mamy do opowiedzenia tylko jedną historię." - Jonathan Carroll

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1008
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » wt 17 maja 2011, 20:06

Nostalgią zapachniało, kurzem...

Klucze do zamku pogubiły się pod stertami zelżałych baboli, lecz tylko ta, która nie odróżna lewej od prawej zachowała zardzewiały komplet w kociołku po ogórkowej.
- Cholerna martwota, nawet interpunkcja gdzieś się zaszyła - mruknęła roztrzepana, mozolnie wspinając się po omszałych schodkach wiodących do zamku.

- Jak to nie pasujesz, kluczu, jak to, i ty przeciwko mnie? - Klucz stwierdził, że on i kłódka już do siebie nie pasują, nie chciał tam włazić, choć wcześniej aż rwał się do łaskotania kłódeczki, która radośnie klekotała zapadkami i drżała cała, gdy tylko się do niej zbliżał. Klucz wyszeptał roztrzepanej kilka pikantnych szczegółów ostatniej przygody rzeczonego mechanizmu z pospolitym łomem o parszywej przeszłości i Łasic stwierdziła, że posunie się do rozwiązania ostatecznego. Zza pazuchy wyjęła giwerę podstępnie skra... pożyczoną od Pana w Kapeluszu.
- Otwierasz się, czy nie? - mruknęła, mrużąc oko i celując samą dziurkę.
Zdawałoby się, że kłódka oszalała, jęła się szamotać, otwierać i zamykać zupełnie bez sensu. Łasic nacisnęła spust.
- Auć, moje oczko!!! - zakwiliła kłódka i spadła na ziemię.
- Przepraszam. Celowałam w zawias - Gładko skłamała roztrzepana i nacisnęła klamkę.
Westchnęła ciężko, łapczywie chwytając wilgotne powietrze pachnące resztkami ortografii, zacierem i czymś bardzo nieuchwytnym, może hardkorową recenzją, może przecinkiem złamanym na kolanie.
- Zamek uważam za otwarty - powiedziała i pochłonęły ją lochy prowadzące do tajemnej karczmy.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » czw 19 maja 2011, 13:52

Łasice potrafią w paru zdankach zawrzeć więcej treści, niż inni w epopejach.

PS. Zawsze twierdziłem, że zamki szyfrowe są lepsze! Ła, a w pewnych okolicznościach, najlepiej sprawdzają się zamki błyskawiczne ;) Zwłaszcza :)




Wróć do „Zamek WeryfikatoriuM”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości