NAJLEPSZAMINIATURAMARCA 2020 :arrow: GŁOSUJEMY :text-link: TUTAJ :!:

Teksty konkursowe i ankieta - etap I

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Swoje trzy głosy oddaję na teksty:

Czas głosowania minął wt 18 lut 2020, 10:44

Tekst 1
5
16%
Tekst 2
3
10%
Tekst 3
4
13%
Tekst 4
4
13%
Tekst 5
3
10%
Tekst 6
12
39%
 
Liczba głosów: 31

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3964
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Teksty konkursowe i ankieta - etap I

Postautor: Godhand » wt 11 lut 2020, 10:44

Tekst 1

Coś za coś, czyli chrzest w Noc Kupały




Wśród żabich udek zamkniętych w słoikach i spiżowych węży, pośród gałązek oliwnych, arcybiskup gnieźnieński Pełka czuł się nieswojo. Hermetycznie. Źle znosił mdły zapach potu w komnatach królestwa teogonii orfików i aksjomatu jedności materii. Uroboros! Ileż by dał monet własnych, arcybiskupich, za zniszczenie tego mitu o kosmicznej sprawiedliwości, ba! - wszystkich mitów! - przecież sprawiedliwość jest jedna – boska.


Jeszcze tylko przejść korytarzem przez zasłonę, jeszcze tylko wypchany przez taxi, derm - krokodyli pysk, a obok ibis i pawian we wcieleniu Thota.


Uff, gorąc, to piec Atanor i alchemik Joachim, ze szczypcami w dłoniach. Pochylony nad ogniem dostrzega duchownego, ale dalej woła: „Visita Interiora Terrae Rectificando Invenies Occultum Lapidem!”. Syk i buchająca para! Transmutatio udane, złoto z żelaza! Złoto!


Namacalna przemiana, świecąca żółcią, ością w gardle Pełce, bo prawdziwa jest tylko podczas mszy- misterium, chleba i wina w Ciało i Krew Boga.


- Dużo dzisiaj kruszcu? - spytał przybysz.


- Jedna grzywna, aż osiem uncji. - Wyliczył zgodnie z prawdą magik. - Ale wy zapewne w innej sprawie, czuję to. Macie jakąś intencję.


- Miałem objawienie, zstąpił z nieba archanioł Michał.


- We śnie?


- Na jawie. Wywijał mieczem ognistym, czubek ostrza we mnie skierował i rzecze – „Coś trzeba zrobić z zabobonami w Polsce. Czarownicami. Mieszko chrzest ziem tych przyjął, a nadal skrzaty do mleka szczają. Ja tobie robotę daję, zacznijcie od Skarbnika.”


Nastała cisza, wiszące pod sufitem i spreparowane zwierzęta, jakby z wyrzutem patrzyły na arcypasterza. Nawracać pogańskie, leśne chochliki? Chrzcić czarownice?


- Mam pomysł, weźmiemy ze sobą biblię – odezwał się w końcu Joachim. - Ruszamy do Wieliczki.


- Wspaniale!



Do kopalni soli wybrali się w niedzielę. Czarodziej na czarno, w szacie z kapturem i wywiniętymi rękawami. Z pentagramem na szyi. Metropolita w stroju chórowym w bieli i fiolecie, niósł torbę, a w niej przedmiot dla mieszkańca sztolni i chodników. Biblię Pauperum.


Mijając psy węgierskie i szlafy, grotę z halitami, schodzili coraz głębiej.


W czeluściach wyrobiska, przy ścianie tunelu, pojaśniało. Słychać było stukot kilofem, tu haeretica pravitas spotka religiosa simplicitas. Pojawił się, strzegący górników przed niebezpieczeństwem, prastary duch – Skarbnik. Z długą brodą i kagankiem w ręku, w mokrych butach.


- Po co przyszliście? Zawracanie głowy.


- A czujecie niepokój? Przemierzając korytarze nie widzicie ducha potężniejszego? Ducha Świętego? Ducha poświęconej kopalni? - Zasypywał pytaniami arcypasterz,


- Czuję.


- Donum mam dla ciebie. Księgę, przy której nawrócenia doznasz i nam pomożesz.


- Przeczytam.



Wrócili po tygodniu, w to samo miejsce, Skarbnika nie było. Czekali więc. Uśmiech Jana w świetle pochodni wyglądał złowieszczo, jakby w tych przepastnych rękawach coś miał do ukrycia. Pełka odmawiał Ave Maria za powodzenie misji. Słowa niosły się echem.


W blasku światła, jak poprzednio, i pewnie setki razy wcześniej, ze ściany wyszła znajoma zjawa. Z biblią pod pachą.


- Przeczytałem, ale to ludzkie sprawy, nie duchowe.


- Jak najbardziej duchowe, by rzec przygotowane dla ciebie. W Piśmie Świętym wszystko jest prawdą. Najważniejsze, że wierzysz w prawdę, bo wierzysz, prawda? - Grzeszył Pełka demagogią, wyrzucając z siebie dziwne konstrukcje zdań.


- Wierzę w prawdę.


- To wierzysz też na pewno w Jezusa Chrystusa – syna bożego.


Joachim się wtrącił - Znaczy Joshuę, namaszczonego, a Chrystus to nie miano, tylko przydomek - Christos z greki. Gnostycznie rozpalał do czerwoności czakrę krzyżową. Bo prawdziwa alchemia jest między kobietą i mężczyzną podczas aktu miłosnego, przecież Jozue miał dzieci i żonę...


- Milcz, heretyku! Miałeś pomagać! Uwagi te zachowaj dla siebie i innych szarlatanów – przerwał purpurowy ze złości Pełka – Skarbniku! By spokojnie chodzić wśród tych białych i słonych ścian, chrzest przyjmiesz. Ale nie sam. Razem z innymi stworzeniami, które czczą poganie i lud ciemny. Zgadzasz się?


- Zgadzam.



Zgodę dał Skarbnik i niczym Judasz, swoich wydał. Bo opisał arcybiskupowi, że na Łysej Górze, w Noc Kupały, sabat czarownic. I przybędzie Arkonost, Sirin i Gamajun. Domowik wraz z Porońcem. Zagulgota Utopiec a Leszy wystąpi z kniei. Dydko z Dolą, Raróg z Rusałką i chochliki i skrzaty. Cały świat słowiańskich wierzeń ludzkich w nadprzyrodzoną siłę, przybędzie w gości.



Sabat trwał w najlepsze. Zgodnie ze zwyczajem paliły czarownice ogniska, biorąc płomień ze smolnej, obrotowej szprychy. Tylko postawiły kocioł na środku, ugotują zupę.


Wzięły wiedźmy witki i na obrzeżach polany rysują krąg w ziemi. Najstarsza zaś mniejszy przy samym garnku. Wołają – Kręgi magiczne! Circulos magica! Niech przyjdą zaproszeni! Innym wara!


Zaproszeni przyszli. Wszelakie leśne stwory z bajań, straszne i groteskowe. Paru czartów z Rokitą. Sam Skarbnik.


Od lasu idąc żwawo, z kropidłem w ręku, przeżegnał się Pełka. Wejść na halę nie może. Jak od ściany odbija, słyszy rechot czarownic. Zaczął pacierz odmawiać... nagle siedem trąb zagrało! Snop żółtego światła z góry pada na garniec, z nieba archanioł zlatuje! W dłoni lanca, w drugiej tarcza, a na niej motto: „Quis ut Deus”. Deus ex machina!


Przerywa Michał bosą stopą krąg magiczny, zamazuje ślad. Przepuszcza arcybiskupa, gar obchodzi, niszczy mniejszą barierę. Woda w kotle ostygła.


- Egzorcyzmuję cię stworzenie wody w Imię Boga Wszechmogącego i Imię Jezusa Chrystusa, Syna Jego Pana Naszego i w mocy Ducha Świętego: abyś stała się wodą egzorcyzmowaną do odpędzenia wszelkiej mocy nieprzyjacielskiej i samego nieprzyjaciela i abyś mogła tegoż nieprzyjaciela wykorzenić i usunąć razem ze swoimi zbuntowanymi aniołami przez moc Pana Naszego Jezusa Chrystusa, który przyjdzie sądzić żywych i umarłych i świat przez ogień. Amen! - Święcił aqua metropolita.


Nici z zupy. Chrzcić będą! - syczą czarownice. Jakim prawem?!


- Boskim prawem! - grzmiał Pełka – Dziś dwudziesty drugi czerwca! Jutro wigilia świętego Jana Chrzciciela! Nadaję tej nocy jutrzejszej, nazwę Nocy Świętego Jana!


- Noc Świętojańska! - wrzeszczą strzygi.


- Ja was chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! - Machał ksiądz kropidłem na cztery strony świata.


- I co? Nie czuję zmiany – stwierdziła Boginka.


- Ja też.


- I my – potwierdziły chochliki.


- Grzech został pogrzebany w wodzie, spłynęła na was łaska. Jesteście namaszczeni i oświeceni. Macie szatę i pieczęć. Amen!


- Amen! - krzyknęli chórem wszyscy ochrzczeni.



Skończyły się psoty i sikanie do dzbanka, skończyły straszenia po nocach, skończyły też patronaty nad naturą. Byle nie popełnić grzechu. Nieśmiertelność też stracona, zestarzały się i umarły leśne dziady i baby, czorty i upiory, skrzaty i zmory. Żyją za to życiem wiecznym w niebie i zostaną wskrzeszeni w dniu ostatecznym.



Coś za coś.




Tekst 2

Zamknięci


Hej~~ka!
Ta kartka na parapecie jest ode mnie, ale wybrzuszenia w linijkach już nie.
Dajecie radę z czytaniem? Jest jak jest.
Nie ma zmiłuj.

Przeniosło nas między ramy. No i co. Żadna różnica.
Byliśmy w starych kątach. Prostokątach i trójkątach.
Ach, ach!
Formy proste zdefiniowane, fałszujące.
Odtąd – dotąd w rozwodzie z wyobraźnią.
I wara się wychylić.

Powiedział, że prosta niefalująca nie istnieje. Znaczenia w kątach uginają pole, a przestrzeń się zakrzywia. Tak naprawdę to nic nie jest proste ani płaskie, nic.

Kto powiedział? Coś jeszcze powiedział? – pytali w miasteczku.
I pukali się w czoło.

Mówił, że utknę, gdzie ciemno, ale z najszerszym widokiem na niebo usiane gwiazdkami, senną dolinę, wzgórza, przytulaśne domki, i na kościółek też.
Śmiał się.
Czuć trzeba, by zobaczyć więcej. Na Język patrzeć.
I kazał pisać.
Piszę. Zanim zniknę w jego ciemności.

To chyba cyprys. Prawdziwy olbrzym.
A ja przy nim. Groteskowy garbusik, niewidoczny, nieoswojony. Zamknięty jakby ciut mniej, ja inny, ja winny. Inaczej.
Pewnie takich jak ja... jest więcej, tu, na wzgórzu.

Czytacie sobie?
Nie widzimy się. Każdy stoi w sobie.
I w żółtym świetle okien, przy parapecie, a ja w ciemności.
Z ciemności lepiej się patrzy.

Postoimy do końca zestalonego czasu. Bo jednak wszystko się rozchodzi, farby i płótno, i olej. I my.
Ramy też. Wiadomo, materia co rusz wchodzi w game over.
A te mgławice u góry to już nie. Odwrotne są i kiedyś się zderzą, by zacząć. On to wie.

– Zderzą się, gdy obraz zniknie.
Tak powiedział.

Przysięgam, tak powiedział malarz z jednym uchem, i jeszcze:
– Trzy dwójki w zapisie miesiąca i roku przeniosą ludzi w mój obraz. Najbliższe dwójki trzy. Trzy razy dwa.

Kombinowałem, jak pewnie i wy teraz.

No tak, chodzi o... 02.2020.
Lepiej w lutym tego roku, niż w 06.6060, co nie? Trzy razy mniejsza siła.
Czy uwierzyłem na sto procent?
Nie.
Coś jednak każe składać mi literki na kartce.
Psychol ze mnie?
Jeśli czytacie, co piszę... to nie.

Krajobrazu z miasteczkiem trzeba się bać.
Skąd wiedział, że naprawdę to tak... tak trzeba odkłamać.
Rozetrzeć kształty na rozgwieżdżonym języku.
… brr... grr... brr... grr...
Słyszycie jak powarkuje?
Niektórym łagodnie.

Niebo nad doliną... Niby cicha noc, ciemna niebieskość nasycona ciepłymi pastelami.
Noc?
Noc za dnia lub dzień cały w nocy.
Zatarł Jednouchy, rozmazał im granice.

Chyba dobrze stać przy parapecie, gdy za plecami nieskończenie roziskrza się choinka. Kusi nierozbieralny stos prezentów. Prędzej, szybciej patrzeć!
Gdzie ta gwiazdka?
Pierwsza i niewinna.

Winni tylko patrzą.
Nie odwrócimy się. Nie zobrazujemy się. Niczego nie da się zacząć.
– Się – gubi tu sens.
Bezradne takie.

A Księżyc wschodzi i niebem kołysze.
Tak tu jest.


Tekst 3

Karolina

W firmowej kuchni szef powiesił obraz, który na mnie działa. Fizycznie jestem tutaj, wyciągam z mikrofali podgrzane wczorajsze spaghetti à la Carbonara z chudym boczkiem, posypane startym parmezanem. Za oknem szary, zimowo-jesienny park, rozmazany kroplami deszczu spływającymi po szybie. Jednocześnie duchem jestem gdzie indziej. Widzę te wzgórza porośnięte świerkami, wioskę rozciągniętą wzdłuż Dunajca. Na wysokiej skarpie nad lewym brzegiem, otoczony lipami i bukami, stary drewniany kościół pod wezwaniem św. Mikołaja z barokowym ołtarzem i amboną w zieleniach i czerwieniach. Wieża kościoła... Nie, on nie miał wieży, a dzwonnica stała na prawo od wejścia, a może na lewo?



***

— Ogłoszenia parafialne. W tym tygodniu obchodzimy...


— Co na wyjście? — szepnąłem do Edyty, animatorki muzycznej.


— “Będziemy tańczyć“ — wymieniła tytuł.


— Super! A co zagramy?


— Ha, ha, ha.


— Która strona?


— Trzydziesta czwarta.


— Dzięki. O, mam.


— Pan z wami! — zaintonował kapłan.


— I z duchem twoim... — odpowiedzieli wierni.



Będziemy tańczyć, będziemy śpiewać,
Będziemy klaskać w dłonie swe...


***

Powietrze drgało nad rozgrzanym asfaltem, tworząc mirażowe, srebrzyste kałuże. Droga wiła się wzdłuż Dunajca, który wabił chłodną górską wodą. Nad rzeką rozwieszona niebieska kładka jak Golden Gate, tylko z Tylmanowej. Można przejść na drugi brzeg. Zastanawiam się, po co kładką, skoro można przejść brodząc? Po mszy wracamy grupkami lub pojedynczo do naszej “oazy”. Wyprzedzając, Karolina klepnęła mnie w ramię:


— Fajnie dziś graliście.


— Dzięki. Codziennie fajnie gramy.


Uśmiechnęła się w odpowiedzi i poszła dalej. Dogoniła Edytę i razem świergoliły o czymś, wybuchając śmiechem co chwilę. Przejdę jednak kładką, lubi się kołysać, jeśli tylko odpowiednio stawiać kroki...



***

Po obiedzie zgłosiłem się na ochotnika do mycia naczyń. Talerze, kubki, sztućce i garnki leżą poukładane na trawie. Jedna osoba zgarnia resztki, następna myje, trzecia wyciera i odkłada. Kolejne dwie szorują garnki, to zawsze najgorsza robota. Dzisiaj wycieram.


Karolina też się zgłosiła. Związała włosy gumką, by nie przeszkadzały, gdy pochylona nad miską będzie szorować talerze. Ma jasne, lekko falowane włosy, nieco orli nos i dołeczki na policzkach, gdy się śmieje. A przynajmniej na prawym. Jej prosta, długa, jasno-kremowa sukienka, niby wszystko zasłania, a jednocześnie podkreśla kształt piersi, talię, pośladki. Zrobiło się nagle gorąco, aż zaschło mi w gardle. Zbyt długo się przyglądam. Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. Założyłem ręce na piersiach, zmarszczyłem brwi w udawanej irytacji:


— No, długo jeszcze będę czekał? — Zdradziły mnie śmiejące się oczy i czerwone policzki.


— A na co czekasz? — zapytała.


Nie zdążyłem odpowiedzieć, Maciek i Jarek złapali Aśkę zgarniającą resztki i wsadzili do sporego garnka po ziemniakach, przed momentem wyszorowanego. Darła się wniebogłosy albo pękała ze śmiechu:


— Zemszczę się! — wołała — Może mi ktoś pomóc?


— Ale w zemście, czy w czym? — zapytałem.


Krzyki sprowadziły kleryka Jędrzeja:


— Co wyście jej zrobili? — zapytał niepewny tego co widzi, lecz gdy już się zorientował, sam dołączył się do zabawy. — Obiad już był, chyba, że to na jutro?


— Niech mi ktoś pomoże w końcu — skarżyła się Aśka, zanosząc śmiechem.


Była mało przekonująca.



***

Pociągnięty bejcą dawno temu drewniany barak z jedną izbą, skrzypiał i dudnił. Służył jako refektarz. Podczas wieczornego agape zawsze jest pełen śmiechu. Stoły i ławy ustawiono wzdłuż trzech ścian tak, by zostało sporo miejsca na środku. Tam chętni lub wybrani prezentowali swoje skecze, żartobliwe piosenki i wciągali do zabawy pozostałych. Zostałem wylosowany razem z Aśką i klerykiem Jędrkiem. Czytaliśmy przepis na jabłecznik.


Kleryk deklamował “poemat”:


Dwie szklanki mąki pszennej. Trzysta — Uniósł palec — gram.


Asia komentowała wydarzenie sportowe.


Trzy łyżki cukru. Dwie łyżeczki cukru waniliowego. Dwieście pięćdziesiąt gram masła zimnego i... — zawiesiła głos na chwilę i rozejrzała się po sali — jedno jajko proszę państwa!


Burza oklasków.


A ja zacząłem od wyborczego hasła:


— Na jabłecznik! Na jabłecznik! Na jabłecznik!


Szybko podchwycili. Odtąd będą na mnie wołać “panie prezydencie”.



***

Dormitarze dziewczyn znajdują się w oddzielnym budynku, blisko baraku refektarza. Chłopaki mają pokoje u różnych gospodarzy, rozdzieleni na pięć domów. Dziewczyny mają cały, trzypiętrowy dom.


Po wejściu na trzecie piętro, pokój na prawo. Tam sypiała Karolina, razem z siódemką innych dziewcząt – “sióstr”. Tutaj na obozie same siostry i sami bracia.


— Co ty tu robisz? — zapytała Ola. — Jest prawie dwudziesta druga, nie wolno braciom przebywać tutaj o tej porze.


— Spokojnie, zaraz sobie pójdę — zapewniłem Olę i wyminąłem.


Część łóżek dziewczyny zsunęły razem, tworząc jedno większe. Karoliny było środkowe. Siedziała na nim po turecku, tuż przy szczycie łóżka.


— Cześć, co tam? — zagadałem inteligentnie.


— Łe jery, sam prezydent nas odwiedził, chyba kot zdechnie. — Chwyciła się pod boki. — A szkoda, ładny był biedaczek.


Miała na sobie krótkie spodenki i koszulkę. Mimowolnie mój wzrok zatrzymał się na spodenkach. Zauważyła to, więc zasłoniła poduszką. Pokręciłem głową zażenowany własnym zachowaniem.


— Tak tylko wpadłem... — odpowiedziałem niepewnie.


— Oj, wpadłeś — Edyta z Karoliną wymieniły spojrzenia.


Musiałem głupio wyglądać, na szczęście moderatorka Marta rozpoczęła sprawdzanie porządku u dziewcząt, przy okazji wypraszając gości. Nie chciałem, żeby mnie zobaczyła. Wymknąłem się na balkon i schowałem za jakimiś gratami, zgromadzonymi tam przez gospodarza. Marta zajrzała na balkon. Wcisnąłem się w kąt, wstrzymałem oddech i zamarłem. Pomogło, bo mnie nie zauważyła. Z pewnością Olka podpowiedziała Marcie, że w tym pokoju może przebywać ktoś nieproszony.


Gdy moderatorka poszła do następnych pokoi, na balkon zajrzała Karolina.


— Chodź, już jej nie ma — powiadomiła, śmiejąc się. — No, i to ja rozumiem. Jakie emocje. Chłop na balkonie, jak w jakimś romansie.


— Nie nabijaj się. — Czułem się trochę głupio. — Słuchaj... yyy.


— Tak?


— Poszłabyś ze mną na spacer?


— A kiedy?


— No teraz.


— Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł.


— Szkoda. — Pochyliłem głowę. — Chciałem coś pokazać, ale...


Wróciłem do pokoju sióstr, machnąłem ręką do wszystkich i wyszedłem żegnany oklaskami: Prezydent nie został wykryty. Kiedy byłem już w drzwiach wyjściowych budynku, usłyszałem Karolinę:


— Co chcesz pokazać?


— Proszę? To niespodzianka.


— Dobra. Za chwilę przyjdę.


— Super! — Uśmiechnąłem się szeroko. — Będę czekał przy bramie.



***

Buki pochylone nad kamienistą drogą, zwartą kopułą liści odcinały blade światło Księżyca, Tylko pojedyncze promienie znajdowały słabe punkty w drzewnym parasolu, pozwalając zorientować się, gdzie jest jeszcze droga, a gdzie już manowce.


W jednej ręce trzymam koc, drugą pomagam Karolinie. Wspinamy się ku łące na wzgórzu.


— Daleko jeszcze? — Jej głos zdradzał, że zaczyna zastanawiać się, czy nie popełniła błędu.


— Choćbym szedł ciemną doliną...


— Tylko mi tu nie ściemniaj — ironizowała.


— Spokojnie. Zaraz wyjdziemy z tego tunelu.


Po chwili buki ustąpiły świerkom, które nie strzegły tak zazdrośnie dostępu do światła. Wpatrzone w niebo jak mistycy, sięgają wyżej i wyżej jakby chciały wznieść się ponad ten marny świat. Ścieżka jest teraz lepiej widoczna. Jeszcze krótki wysiłek i wychodzimy na łąkę. Zapach suszącej się trawy na ostrewkach przypomina mi dom. Łaskocze w nos. Pod jedną z kop siana rozłożyłem koc.


— Tutaj będzie świetnie widać. — informuję Karolinę.


— Ale co będzie widać? — Przez trochę wyższy ton głosu dało się słyszeć zaniepokojenie.


— Droga pani. — Ukłoniłem się nisko. — Zapraszam serdecznie na niezwykły spektakl, odgrywany dziś specjalnie dla niej, przez najprawdziwsze gwiazdy tego sezonu. Przedstawienie nosi tytuł: Perseidy, czyli noc spadających gwiazd. Jeśli masz dużo marzeń, to powinnaś skorzystać.


— I po to wspinaliśmy się na to wzgórze? Przecież to samo widać z dołu.


— Przede wszystkim — pokręciłem głową — to nie prawda, że to samo. Stąd widać i niebo i ziemię jednocześnie. Spójrz tam.


Pod nami światła domostw przycupnęły wzdłuż niewidocznego Dunajca. Tuliły się do siebie wciśnięte między wzgórza, jakby trochę wystraszone. Za to ponad czarnymi szczytami Gorców błyszczała Droga mleczna. Księżyc przyglądał się i jednym światłom i drugim.


— O, jest! — Karolina pisnęła podekscytowana. — Widziałam.


— Jakieś marzenie?


— No co ty? Znam się na tym, nie wolno zdradzać.


— Poważnie?


— O, kolejna!


— Ale masz szczęście.


— Ale fajnie. Choć myślałam, że będzie cieplej.


— Mam pewien pomysł, ale to będzie wymagało zmniejszenia odległości między nami. Nie boisz się?


— Nie wiem, jak sobie z tym poradzę — odparła i przysunęła się bliżej.


— To teraz uważaj, złap prawą ręką za róg koca, ja złapię po swojej — poinstruowałem, kładąc swoją prawą dłoń na jej biodrze. — No i ciągniemy.


Owinęliśmy się kocem, przytuleni. Zrobiło się cieplej, a gwiazdy być może nadal spadały.



***

— Korzystasz z mikrofali?


Arek wyrywał mnie z zamyślenia.


— Nie, przed chwilą grzałem.


— Serio?


Spojrzałem na spaghetti i wzruszyłem ramionami.


— Lubię w temperaturze pokojowej. Nie parzy w ryja.



When you get older, plainer, saner
Will you remember all the danger
We came from?
Burning like embers, falling, tender
Longing for the days of no surrender
Years ago...


(LP, Lost On You)


Tekst 4

Widma


Wpatrywała się w płótno. Płaska powierzchnia, błyszcząca od werniksu, delikatnie odbijała promienie światła. Im dłużej się przyglądała, tym dostrzegała więcej. Widziała każde maźnięcie, ślady po pojedynczych włosach w pędzlu, kolory, które mieszały się ze sobą niczym plamy oleju na falującej wodzie. Zaczęła gubić się w tym labiryncie kresek, kropek, pacnięć i maźnięć. Mimo to czuła, że jest coś pomiędzy nimi. Zmrużyła oczy. Obraz wciągał ją głębiej i głębiej...





***


- Kontestuję!


- Daj spokój.


- Co „daj spokój”? Co „daj spokój”?! Powiedziałam: „kontestuję” i już.


- Dobra. Okej. Kontestujesz.


- No i dobra.


- Tylko co z tego wynika?


- „Co wynika”...! „Co wynika”? „Co z TEGO wynika”?!


- Ale nie musisz powtarzać moich pytań...


- Nie powtarzam! To ty... szukasz jakichś... insynuacje mi tu... Powiedziałam. Instytucjom totalnym mówię „nie”! Koniec. Basta.


- To znaczy, że składasz wypowiedzenie?


- ...gdzie wypowiedzenie... zaraz „wypowiedzenie”... Jakie tam wypowiedzenie! Żądam godnych warunków pracy.


- No, ale my przecież takie zapewniamy.


- Chyba sobie!


- Nie unoś się. Zresztą, to nie jest czas i miejsce na robienie dram.


- Ja robię dramę?! JA?! O, wypraszam sobie, walczę o mój dobrostan. Walczę nie tylko o ciepłą wodę w kranie, ale i o godność!


- ...Mamy przecież ciepłą wodę w kranach...


- To była metafora!


- Dobrze, już, dobrze. O co chodzi? Konkretnie.


- Po pierwsze: żądam, by...



***


Nie obchodziły go żadne widma – Marksa czy Engelsa – lecz widmo tego, co nadejdzie.


Długo zastanawiał się nad kompozycją, jak ich rozmieścić. Jak Arnolfinich? Razem, obok siebie, trzymających się za dłonie, a pomiędzy nimi wierny pies? A może jak portret ślubny? Ona siedzi, on za nią, trzyma dłoń na jej ramieniu. Nie, w nich nie było nic z Arnolfinich, nic z konwencji portretów ślubnych.


Postanowił zagrać symbolami.


Watchful and wistful. Foul and fair.


Jej dał książkę, mądrość i roztropność, oraz lilie – symbol czystości i zwiastowania pańskiego. Jemu – libertyńskiego kota, który nie przestrzega zasad, tylko robi, co chce.


On, choć pozornie zrelaksowany, czujnie obserwuje. Ona jest zadumana, melancholijna. Może sama już coś przeczuwa?




***


Wszędzie tam, gdzie było mieszczaństwo wielkomiejskie, pojawiała się psychoanaliza. Tam, gdzie powstawały wielkie ośrodki miejskie - w Europie, Chinach, Ameryce Południowej, Północnej, Australii i tak dalej – tam pojawia się psychoanaliza. Skąd się to wzięło? W poprzednim modelu społecznym lud nie miał prawa do indywidualnej historii. To prawo miała jedynie garstka szlachetnie urodzonych. Gdy spośród innych klas wydzieliło się mieszczaństwo, psychoanaliza zyskała na znaczeniu.


Tak, psychoanaliza dawała i daje mieszczaninowi indywidualną, różną od wszystkich innych, historię rodową. Mieszczanin, taki sam jak ty, może wreszcie opowiedzieć o sobie.


Indywiduacja była sukcesem i siłą psychoanalizy. Indywidualizowanie. Każdy jest osobą. Jest to jeden z kierunków budowania podmiotowości.


Ale pamiętaj, że to, co jest społeczne nie jest ponad psychologię indywidualną. Według psychoanalizy nie decydują o tobie zachowania społeczne. Psychoanaliza sama w sobie sprzeciwia się prymatowi tego, co społeczne nad tym, co indywidualne.


Szkoła frankfurcka doszła do wniosku, już w międzywojniu, że można połączyć marksizm z psychoanalizą, czyli myślenie o świadomości klasowej i myślenie o świadomości indywidualnej. Internalizujemy struktury spoleczne, które są przekazywane przez figury rodzicielskie. Stosunki społeczne są internalizowane przez struktury rodzinne. Ojciec i matka są reprezentacją klasowego położenia.


Co więcej, Percy, gdy uwolnisz swoje libido, zrobisz nie tylko rewolucję indywidualną, ale i społeczną.


Percy poruszył się niespokojnie na fotelu.





***


Jeśli ktoś chce się „nauczyć żyć”, to może się to jedynie zdarzyć pomiędzy życiem a śmiercią. Ani w samym życiu, ani w samej śmierci. A to, co zdarza się między światami, miedzy życiem i śmiercią, może się zadziać jedynie z widmem. Lecz widmo nie jest duchem. Nie jest ani substancją, ani esencją, ani istnieniem, ani czymś obecnym. Nauka staje się więc nauką życia z widmami, w ich towarzystwie. Żyć inaczej, lepiej, sprawiedliwiej. Z nimi.


Widma to duchy tych, którzy się jeszcze nie narodzili, którzy są już martwi – ofiary wojny, przemocy politycznej i innych jej rodzajów oraz nacjonalistycznej, rasistowskiej, kolonialistycznej, seksistowskiej eksterminacji. To ofiary opresji kapitalistycznego imperializmu i różnych form totalitaryzmu.


Tu rodzi się pytanie o przyszłość. To, co stoi przed nami, pochodzi od tego, co było wcześniej. Przyszłość musi być z przeszłości.


Ale widmo nie należy do czasu.


Pytanie o sprawiedliwość wobec widma musi wychodzić poza teraźniejsze życie, moje życie, nasze życie. Życie w ogólności.


Wszystko zaczyna się od pojawienia widma. Od czekania na jego pojawienie się. Antycypacja widma jest niespokojna, niepokojąca i fascynująca. Wszyscy czekają na to coś, co przyjdzie. Zemsta przyjdzie. Nie potrwa długo, ale sama w sobie trwa potwornie długo.


Widmo nie jest ani duszą, ani ciałem, ale jednym i drugim. Ciało daje duchowi postać widma, ale ciało niknie, gdy widmo się pojawia po raz pierwszy, gdy powraca lub gdy zemsta się dokonuje.


Widmo znika, nie wychodzi.


Ten nieobecny obecny i obecny nieobecny (oddalony) nie należy do wiedzy – jest poza nią. Nie wiadomo, czy żyje, czy jest martwy. Jest czymś pomiędzy. Jest czymś, co nas obchodzi, co na nas patrzy, lecz co jest niewidzialne. Tak zwany „visor effect”. Patrzy bez bycia widzianym. A my czujemy na sobie jego spojrzenie.


„Widzisz je?” - pytamy siebie, by upewnić się, czy się pojawiło. Zazwyczaj potrzebna jest jednak trzecia osoba, która swoimi oczami potwierdzi obecność widma.


Widmo jest nadprzyrodzone i paradoksalne. Widzialna niewidzialność, niewidzialność widzialnego X. Niezmysłowa zmysłowość, materialna niematerialność, ciało bez ciała. Widmo może być mną, podmiotem, osobą, świadomością itd.


Nie widzimy widma, więc musimy opierać się na jego głosie. Musimy widmo brać za słowo.


Widmo to żałoba. Trzeba wiedzieć trzeba kto, gdzie leży i czyje ciało należało lub należy do widma. Nie ma nic gorszego dla przeżywania żałoby niż niepewność. Niech lepiej zostanie w tym miejscu, gdzie jest i niech się stamtąd nie rusza.


Widmo działa, pracuje. Widmo ma siłę transformowania, przemieniania.


Szepce nam, by za sobą podążać. I my za nim idziemy, a ono za nami. A co, jeśli to widmo będzie podążać za nami... zawsze?





***


Rozumiem, że może to w tobie wywoływać pewien lęk. Rozumiem, że głęboko skrywane traumy nie pozwalają ci się uwolnić od dzieciństwa. I rozumiem, że mechanizmy tłumienia i wypierania wciąż są w tobie niezwykle silne. Ale to nie zmienia faktu, że moja teoria ci pomoże. To jest przede wszystkim teoria indywidualistyczna, która dotyczy funkcjonowania indywiduum w przestrzeni, oczywiście, miejskiej.


Percy wyjrzał za okno.


Jesteś jednostką wielkomiejską, Percy. Należysz do mieszczaństwa wielkomiejskiego, funkcjonujesz w świecie betonu, pośpiechu i smutku. Musisz to wreszcie zaakceptować.


Percy ponownie spojrzał na niego.


Jeżeli uwolnisz swoją seksualność, efektem będzie zmiana społeczna. Realna zmiana społeczna. Możesz zacząć rewolucję. Możesz być jednostką, od której zaczną się wszelkie zmiany. Siła tkwi w twoich lędźwiach. I teraz to od ciebie zależy, czy tę siłę wykorzystasz twórczo, czy destrukcyjnie... czy w ogóle jej nie wykorzystasz.


Percy zmienił pozycję. Było mu coraz bardziej niewygodnie.


Problem tkwi w twojej matce. Tak, Percy, nie odwracaj znów głowy, w twojej matce. Wiedziałeś, że, prędzej czy później, do tego dojdziemy.


Pozwól sobie pomóc, Percy. Przychodzisz do mnie już któryś raz. Sam wiesz, że potrzebujesz pomocy. Jesteś tego świadomy. Ale ja nie mogę ci pomóc bez twojej woli. Musisz się odblokować.


Puk, puk!


- Panie doktorze, przyszedł kolejny pacje... Och! No nie! Znowu ten dachowiec tu przylazł?!


- Zosiu, ależ to jest mój pacjent!





***


Rozdzielił ich otwartym oknem oraz spojrzeniem trzeciej osoby. Okno dawało powietrze i możliwość wyjścia (przezornie uchylił je tylko z jednej strony), a spojrzenie kogoś innego – napięcie.


Lecz kim był ten trzeci... ta trzecia? Kochankiem? Zwiedzającym muzeum? A może to był on sam?


Może to on był tym widmem, które z przyszłości kierowało wszystkimi ich wyborami?


Może to on był rozstaniem?




***


- ...aż tyle?! Chcesz, żebym padł na zawał?!


- Tylko tyle!


- O nie. Nie możemy spełnić tych żądań. Jest ich za dużo.


- Jak to?!


- Tak to. Nie mamy na to pieniędzy.


- To ja tu się produkuję, reprezentuję związki, pracownice, wypruwam żyły, flaki i przedstawiam nasze żądania, a ty tylko masz czelność... za przeproszeniem... „powiedzieć”, że ich nie spełnisz, bo jest ich za dużo???


- Wyrecytowałaś mi teraz sto żądań. I żądasz, bym, wraz z zarządem, się pochylił nad ich rządem?! O nie! Ja chcę to na piśmie.


- Nic nie będzie na piśmie. Umowa ustna.


- Posłuchaj mnie... rozumiem twoją walkę z instytucjami. To jest wszystko piękne i szlachetne, takie idealistyczne, i w gruncie rzeczy naiwne, ale... piękne. Kierujesz się pięknem, dobrem i prawdą, a może też i wiarą, nadzieją, i miłością... i ja to totalnie popieram. Masz ode mnie okejkę, serduszko, czy co tam sobie chcesz. Ale zrozum moje położenie. Tam na górze siedzi typ, który tym wszystkim kieruje i ja nie mogę po prostu do niego zadzwonić, i powiedzieć „Ej, stary, słuchaj, przyszła do mnie przedstawicielka związków zawodowych i ma sto żądań. I jak ich nie spełnimy, to wszyscy zaczną strajkować, z nią na czele”, a on by zaraz odpowiedział: „No słuchaj, Piotruś, ja tu zaraz sypnę manną z nieba, spełniaj wszystko”. Nie, tak nie będzie.


- W takim razie ogłaszam strajk.


- Czy tego chcesz, czy nie, Zakład A.S. Bytom będzie trwał wiecznie. Nawet bez ciebie!


- Ha! Zobaczymy!


- Możesz sobie strajkować do woli! Nie ugniemy się!


- Koniec z umowami śmieciowymi, koniec ze śmieciowym traktowaniem! Śmierć to nie śmieć! STRAJK, KURWA!


...


Bóg spojrzał na najnowszą tabelkę w Excelu i podrapał się po głowie. Od kilku dni w kolumnie „liczba zgonów” widniało wielkie „0”. „Cholera” – pomyślał. - „Chyba trzeba będzie zesłać jakąś plagę...”



***


Wynurzyła się z głośnym wdechem. Serce biło jej jak oszalałe, a przed oczami wirowało tysiąc kolorów. Zrobiła kilka kroków do tyłu. Zaczęła oddychać coraz spokojniej. Teraz już widziała wyraźnie.


Dwoje ludzie wpatrywało się w nią w oczekiwaniu.


Zrobiła krok, potem kolejny, stopy zatapiały się w miękkim dywanie. Ruszyła do przodu. Czuła powiew świeżego powietrza, zapach zieleni. Wyjrzała przez uchylone okiennice.


Przed nią roztaczał się cały świat.




Tekst 5

- Brudne fiuty jesteście!


Wrzask mocno wkurzonej Ziuty przerwał mój piękny sen. Dochodziła, co prawda do mojej świadomości burza decybeli z zewnątrz budynku, ale mózg zajęty projekcją wymarzonego ślubu z Kamilem mocno to ignorował. Na chwiejnych nogach ze sklejonymi powiekami i może po części rozumiejąca, co się wokół dzieje, podeszłam do okna i zamknęłam je z hukiem. Rzuciłam mojej współlokatorce spojrzenie jasno określające jej poziomi intelektualny i jeszcze popukałam się w czoło, tak na wszelki wypadek, żeby wszystko było jasne.


Powstrzymałam ją ruchem ręki. Odgłos młota kującego asfalt na ulicy był nieznośny nawet pomimo zamkniętego okna. Otworzyłam prawe skrzydło i poczekałam, aż jeden z roboli spojrzy w moją stronę. Złapałam za mocno wycięty dekolt koszuli nocnej, pociągnęłam w dół i pokazałam im to, co w życiu kręci faceta.


Panowie w brudnych kombinezonach krzyczeli i gwizdali przez minutę, ale diabelskie narzędzie jednak umilkło.


- Jak będzie cicho przez piętnaście minut, to pokażę wam jeszcze raz. - obiecałam, ponownie zakrywając dekolt.


Pokiwali głowami z uznaniem, a dwóch nawet biło brawo. Ale w moją stronę zaczęły lecieć niewybredne zaczepki, więc znów zamknęłam okno.


- Ty Mamcia, to dopiero masz pomysły. - Wyraz twarzy współlokatorki ze wkurwionego wojownika przeistoczył się w jeszcze głupszą Marilyn Monroe. - Żeby tak z rana... cycki do palantów wywalać... wow!


Nazywała mnie w ten sposób, choć była tylko o trzy lata młodsza. Początkowo, strasznie mnie to denerwowało, ale w końcu się przyzwyczaiłam. Ceniłam jej szczerą przyjaźń, brak zahamowań we wszystkich aspektach życia i co najważniejsze... to, że ona zawsze sprzątała mieszkanie. Zrzuciłam z siebie nocną koszulę i ubrałam się, patrząc na podręcznik anatomii ludzkiego ciała leżący w pościeli.


Poszłyśmy do kuchni i nad kubkami z gorącą kawą rozpoczął się festiwal ploteczek i sensacji z dni minionych.


- Kamil zwariował!


Niezręcznie było mi zaczynać od faceta, za którego tak bardzo chciałam wyjść za mąż, ale jego decyzja miała istotne znaczenie dla naszych warunków w pracy.


- Facet zawsze był jebnięty! - skomentowała Ziuta, nie mając pojęcia, że regularnie z nim sypiałam. Ta regularność sypiania polegała na wołaniu mnie do biura, kiedy tylko chciał, a że mój szef miał ogromny apetyt na seks, więc ta regularność faktycznie była.


Rewolucja przeprowadzona przez Kamila w naszej firmie, krótko mówiąc zszokowała dziewczyny. Z uwagi na malejący ruch w interesie, a co się z tym wiąże mniejszy zysk dla właściciela, ten sobie wymyślił, że teraz będziemy się ubierać w stylu lat trzydziestych. Tłumaczył nam, że pozwoli to podnieść standard świadczonych przez nas usług, a w związku z tym, cena, jaką będzie płacił klient, podskoczy mocno w górę i wszystkim nam będzie wtedy lepiej. Na dwie czy nawet trzy minuty po ogłoszeniu zapanowała cisza, za to przeglądarki w ifonach pracowały na najwyższych obrotach.


- Ochujałeś facet! - Pierwsza oczywiście odezwała się wtedy Ziuta. Ona zawsze pierwsza się odzywała. Później była ostra kłótnia, wyzwiska włącznie z groźbą zwolnienia. Teraz siedziałyśmy nad poranną kawą, serdecznie się z tego wszystkiego śmiejąc.


- Mam go gdzieś. Idę do roboty normalnie ubrana, a jak mu nie pasuję, to niech spada. Taką pracę, to wszędzie znajdę.


Ziuta położyła trupem moją chęć, pochwalenia się wczoraj kupionym kostiumem. Kurier przyniósł go wieczorem, a że śpieszyłam się wieczorem do pracy, to jeszcze nie miałam czasu go przymierzyć. Teraz jednak po stanowczej wypowiedzi koleżanki wolałam zachować to w tajemnicy. Nie było zresztą z tym kłopotu, bo ta szybko dopiła kawę, pocałowała mnie w policzek i wybiegła z mieszkania, twierdząc, że ma do załatwienia coś ważnego na mieście. Zostałam sama.


Nienawidziłam być tylko w swoim towarzystwie. Zaraz robiło mi się smutno i zazwyczaj kończyło się to popłakiwaniem po kątach. A, że robotnicy wrócili do zatruwania życia okolicznym mieszkańcom, więc ubrałam się i tez wyszłam z domu. Kiedy nie miałam nic do roboty i nie potrafiłam zorganizować sobie wolnego czasu, zawsze wtedy szłam na plac zabaw, gdzie bawiły się dzieci w towarzystwie mamusiek, kompletnie niezainteresowanych co dzieciaki robią. A maluchy krzyczały, płakały, biły się między sobą. Boże przenajświętszy... jak ja zazdrościłam tym kobietom. Marzyłam wtedy o takiej małej Ani albo o równie bobaskowatym Krzysiu. Patrzyłam, płakałam, aż w końcu musiałam uciekać, bo kobiety, coraz bardziej mi się przyglądały.


Tak samo stało się i tym razem. Cztero - może pięcioletnia blondyneczka z loczkami jak z bajki przez nieuwagę potrąciła chłopca, który bawił się obok niej. Ten uderzył głową o huśtawkę i padł jak martwy. Jednak po chwili pozbierał i gdyby nie nadgorliwa mama, to pewnie wszystko rozeszłoby się po kościach. Ta zaczęła go tulić i pocieszać, a wtedy malec wymiękł. Najpierw zaczęły drgać mu usta, kilka razy przetarł dłonią nabitego guza, a potem rozryczał się już na dobre. Zrobiło się niezłe zamieszanie, bo w nerwach prawie doszło do rękoczynów. Nie to jednak było ważne. Ta śliczna blondyneczka z loczkami jak marzenie podeszła do chłopca, pogłaskała go po twarzy, a potem pocałowała w policzek... trzy razy.


Teraz to mi zaczęły drgać usta i podbródek.


Zerwałam się z ławki i uciekłam w popłochu, nie patrząc nawet, gdzie biegnę. Pamiętam, że ocknęłam się dopiero po kilkuset metrach. Zła, a właściwie bardziej wściekła na siebie musiałam ochłonąć. Usiadłam na ławce, obserwując przechodzących ludzi. Dwóch z nich piło piwo z puszki i to wydało mi się dobrym rozwiązaniem. Postanowiłam odreagować i napić się coś mocniejszego.


Uspokoiłam się trochę i usiadłam przy barze w kawiarence. Zamówiłam gin z tonikiem. Miałam kilka spraw do przemyślenia, a najważniejszą z nich był mój związek z Kamilem. Pewnie, że zdawałam sobie sprawę, jaki to jest układ i na pewno nie można było nazwać tego czegoś związkiem, ale byłam zbyt słaba, by coś z tym zrobić. Ta słabość tez jednak już zaczynała mnie męczyć, więc nadszedł czas na zmiany.


Dwa drinki pozwoliły mi nabrać większej pewności siebie. Wyjęłam z torebki wyniki badań lekarskich i kolejny raz uważnie wszystko przeczytałam. Wniosek był jeden. Czekała mnie poważna rozmowa z moim kochankiem, a od jej wyniku bardzo dużo zależało.


Chciałam już wyjść z lokalu, kiedy mój wzrok przykuła para całujących się nastolatków. Mieli albo i jeszcze nie mieli po te osiemnaście lat i wyglądali na tak bardzo szczęśliwych. Dlaczego mnie to nigdy nie spotkało? Tyle trudów, poświęceń, a zawsze kończyło się w ten sam sposób. Facet zaliczył i kropka. Przez całe długie lata szukałam miłości, kogoś, kto mnie pokocha, a znajdywałam tylko beznamiętny seks i poczucie odrzucenia, kiedy już się komuś znudziłam. Patrzyłam na tych nastolatków i znów chciało mi się płakać.


Wróciłam do domu i zaczęłam przymierzać mój kostium z lat trzydziestych. Długa, obcisła sukienka i pończochy. Bielizny nie założyłam, bo byłam pewna, że Kamil będzie napalony na mój nowy image i będzie chciał przelecieć mnie na biurku. Kiedy był podniecony, to wpadał w amok. Brał, co chciał, a że figi kosztowały kilkaset złotych, było dla niego bez znaczenia. Kamil różnił się od poprzednich mężczyźni. Poznałam go trzy lata wcześniej. Miałam wtedy problemy finansowe i to spore. Kilkanaście tysięcy długu za podżyrowanie czyjeś pożyczki. Nie mogłam tego spłacić pracując w sklepie spożywczym.


Nowo poznany przystojniak zauroczył mnie w kilka minut. Uroczy, szarmancki i z gestem. Spotkałam się z nim kilka razy, ale nie przerodziło się to w związek. Pojawiła się za to możliwość zarabiania większych pieniędzy. Zaczęłam pracować, a mój nowy znajomy spłacił moje długi. Był cudownym kochankiem. Pieprzył mocno i długo, a jego magnetyzm powodował, że nigdy nie byłam w stanie mu odmówić.


Tak zleciało trzy lata. Zbliżałam się do trzydziestki i zatęskniłam za założeniem rodziny. Kamil był wolny i, pomimo że zbyt mocno mnie nie kochał, to jednak coś mi mówiło, że to właśnie on powinien zostać ojcem mojego dziecka. Zaradny, a chwilami nawet opiekuńczy, doskonale by się do tego nadawał.


Przyszłam do pracy pół godziny wcześniej. Dziewczyn jeszcze nie było i miałam czas, żeby spokojnie z nim porozmawiać. Weszłam do biura i oniemiałam. Wszystko tam zmienił: meble, dywan, obraz na ścianie, całe biuro wyglądała jak żywcem wyjęte z przedwojennego filmu. Kamil siedział przy antycznym biurku i przeglądając jakieś papiery, palił równie staromodną fajkę. Wyglądał olśniewająco w garniturze szytym jak dla hollywoodzkiej gwiazdy. Gary Cooper i Clark Gable w polskim wydaniu. Patrzyłam na niego z podziwem i dopiero poczułam, jak ta rozmowa może mnie krępować.


- Chciałam z tobą o czymś porozmawiać. - Własny głos wydał mi się całkiem obcy. Facet podobał mi się jak diabli, ale często też przerażał mnie swoim zachowaniem. Potrafił obdarzyć mnie takim spojrzeniem, że traciłam oddech i stałam bez ruchu. Dlatego właśnie tak mnie pociągał.


- Mów szybko, bo nie mam czasu. - Spojrzał na mnie przelotnie, uśmiechając się nieznacznie pod nosem. Byłam pewna, że on był pewny, że zastosuję się do jego poleceń w sprawie nowego ubioru.


- Zanim zaczniesz trajkotać o swoich problemach, podaj mi, proszę zestawienie przychodów z ostatniego miesiąca. - Wskazał ręką na regał z szufladami. - Jest w drugiej od góry.


Nie bardzo miałam ochotę rozmawiać teraz o rzeczach związanych z pracą, ale nie mogłam też zlekceważyć jego prośby. Przesunęłam palcami kilka teczek, aż trafiłam na tę właściwą. Położyłam przed nim na biurku.


- O czym chciałaś rozmawiać? - spytał bez zainteresowania.


- Spotykamy się już dość długo - byłam wściekła na siebie, że nie potrafię nad sobą zapanować. Głos mi ugrzązł w gardle, a trzęsące się dłonie schowałam za plecami. - Może więc już pora, żeby zalegalizować nasz związek. - Prawie to wykrzyczałam, ale jednocześnie poczułam ulgę.


Spojrzał na mnie jak na sprzątaczkę, która nagle chce zostać prezesem banku. Pogładził mocno przylizane i nażelowane blond włosy i odchylił się, dotykając plecami krzesła. Zaśmiał się, przesuwając palce po ustach. Spojrzał mi w oczy, a jego wzrok zmiażdżył ostatnie okruchy mojej pewności siebie.


- Jesteś kurwą, prostytutką, czy jak wy tam siebie nazywacie. - Nawet na ułamek sekundy nie spuścił ze mnie wzroku. - Zabawiasz klientów, robisz z nimi różne rzeczy, a ja mam z tego zysk. To cała historia naszych wspólnych relacji. A, że czasem cię zerżnę, to tylko mój bonus. Jak bileter w kinie. Przecież nie będzie kupował biletu, żeby zobaczyć nowy film z Bradem Pittem.


Traciłam oddech, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Na pewno nie tego się spodziewałam. Kamil w jednej chwili zmienił się w potwora.


- Ale zobacz... kochanie... ja jestem w ciąży... z tobą! - krzyknęłam, kładąc na blacie potwierdzenie mojego stanu od ginekologa.


Nawet nie spojrzał na arkusz papieru wyjęty z koperty. Po prostu zepchnął z biurka jak coś nieistotnego. Wstał, obszedł swoje miejsce pracy i stanął pół metra ode mnie. Położył mi dłoń na ramieniu i mocno zacisnął.


- Szukasz jelenia, żeby wysępić na skrobankę? Ty ze mną w ciąży? - Jego dłoń coraz mocniej miażdżyła mi ramię. Ból zrobił się tak nieznośny, że krzyknęłam.


- Krzycz suko! Człowiek daje takiej pracę, a ta, zamiast wdzięczności chce go orżnąć.


Puścił moje ramię, ale wciąż stał blisko. Opuścił głowę i ciężko oddychał, jakby właśnie skończył biec maraton. Zrobiłam powolny krok do tyłu potem drugi. Jeżeli szybko nie zniknę mu z oczu, to zatłucze mnie jak psa. Uderzył mnie wcześnie już kilka razy, ale zawsze zwalałam winę na siebie i jego impulsywność.


- Czy ja mam na czole napisane naiwniak? - spytał, robiąc krok w moją stronę. - Czy każdy w tym burdelu może mnie dymać, bo myśli, że jestem frajerem?


Zobaczyłam w jego oczach szał.


Nie byłam słabą kobietą i rzadko ktoś potrafił mnie przerazić, ale w tej chwili stałam jak sparaliżowana. Po tych latach znajomości z Kamilem dopiero do mnie dotarło, jak złym był człowiekiem. Okrutny klown pokazywał swoje prawdziwe oblicze, kiedy główny bohater najmniej się tego spodziewał. Biała suknie i marzenia o miłości przybrały teraz kolor krwi.


- Kochanie, uspokój się! - Znów krok do tyłu, ale on zrobił to samo. Znów jego twarz była zaraz przed moją.


- Naprawdę myślisz, że pozwolę się tak wydymać?


Palce Kamila ścisnęły mój policzek. Potem mocniej i jeszcze silniej. Krzyknęłam z bólu i rozpłakałam się na dobre.


- Puść mnie skurwysynu! - Próbowałam go odepchnąć, ale był zbyt silny. Jego mocno umięśniona ręka ukryta pod eleganckim rękawem garnituru była jak wściekły pitbull. Kiedy chwyci ofiarę, to już jej nigdy nie wypuści.


Pierwszy cios zmiażdżył mi nos. Po sekundzie pięść napastnika zgniotła mi żołądek. Upadłam na dywan i wymiotowałam. Ból, krew i bezsilność wobec przerażającej siły. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że to zabije nienarodzone dziecko w moim łonie, kiedy kopnął mnie w twarz.


Nie wiem, jak długo byłam nieprzytomna, ale w końcu otworzyłam oczy. Patrzyłam na sufit biura, próbując się poruszyć.


- Możesz wracać do domu.


Kamil stał przy oknie, obserwując ludzi na ulicy.


Podniosłam się powoli z podłogi, ocierając nasadą dłoni krew wciąż cieknącą z nosa. Już się nie bałam. Nie przerażał mnie. Chciałam po prostu go zabić.


- Dasz mi na taksówkę? - spytałam, początkowo nie wiadomo po co, ale już po sekundzie nożyk do papieru leżący na biurku przykuł moją uwagę. Wiedział, że musi mi dać kilka banknotów, po tym, co właśnie zrobił. Pieniądze zawsze trzymał w sejfie stojących na podłodze w rogu biura. Przykucnął, żeby otworzyć metalowe pudło z krwawicą moją i reszty dziewczyn.


Byłam nienaturalnie spokojna i pewna tego, co chcę zrobić. Zacisnęłam kilka razy pięści, chcąc mieć pewność, że dłonie nie zawiodą mnie w decydującej chwili.


Zawsze, kiedy otwierał sejf, napawał się widokiem zgromadzonej tam małej fortuny. Wlepiał wzrok w stosy banknotów i potrafił tak stracić poczucie rzeczywistości na długie sekundy.


Zsunęłam pantofle ze stóp i podeszłam do biurka. Chwyciłam nóż do otwierania listów. Odsłonięty kark był jak los wygrany na loterii, a ja za plecami jak kat, który nigdy nie chybia swoich ciosów. Bez emocji i przyspieszonego oddechu, po prostu wsunęłam ostrze w ciało. Zadrżał, więc okręciłam nóż i wepchnęłam po sam uchwyt. Rdzeń kręgowy i główna arteria szyi. Nikt nie mógłby tego przeżyć. Osunął się na dywan, nie wydając z siebie żadnego odgłosu.


Nie miałam żadnych zahamowań, kiedy chowałam pieniądze z sejfu do aktówki Kamila. Musiałam się śpieszyć, bo lada chwila mogły pojawić się dziewczyny.


Cóż, widać, że miłość nie była mi pisana, ale z takimi pieniędzmi stawałam się niezależna. Zawsze znajdzie się ktoś do łóżka, a kolejna wizyta w ginekologa wyjaśni, czy pobicie miało jakieś następstwa.


.


Tekst 6

Karykatura


W wieku dwudziestu sześciu lat po raz drugi stał przed sądem. Czy był złym człowiekiem? Może „głupcem, który dał się wplątać”, jak słyszał od matki?


Sala po brzegi wypełniona była ludźmi, hałasem, smrodem. Honoré nie miał złudzeń – cała ta ciżba nie przyszła, by go poprzeć. Nikt w tej sali go nie kochał. Przepełniała ich nienawiść; chcieli by wskazał im palcem, komu mieli rozerwać gardło. By ich poszczuł.


– Oskarżony Daumier. Czy przyznaje się, że z rozmysłem... występował przeciw... uprawiał... podważał... dyskredytował... spiskował...


Zdziwiony popatrzył na sędziego, niedbale machającego perfumowaną chusteczką. Oślepł, nie widzi zagrożenia? Wokół prężyły się mięśnie tkaczy, zaciskały pięści wozaków, zgrzytały zęby robotnic. Dlaczego ubrany w czarną togę prawnik jeszcze nie uciekł? Młodzieniec zmusił się do skupienia. Usłyszał tylko kilka słów z dłuższej przemowy, a przecież ważyły się jego losy.


– Nie, wysoki sądzie. Jestem pokornym poddanym jego królewskiej mości.


– Czy oskarżony należy, bądź należał w przeszłości, do ugrupowań politycznych? Jest, lub był legitymistą, bonapartystą, jakobinem, żyrondystą, hebertystą, feuilliantem, et cetera?


– Nie, wysoki sądzie. Stronię od polityki.


– Doprawdy? A jednak to oskarżonego skazano za autorstwo obrazoburczej karykatury „Gargantua”?


– Ubolewam nad tym, wysoki sądzie. Była to rycina do powieści Rabelais'go, traktująca o przygodach olbrzyma. Frywolna bajka dla dorosłych, rzecz jak najdalsza od polityki. Jestem w najwyższym stopniu oburzony, że mojemu oskarżycielowi, panu Fripon, postać żarłocznego monstrum skojarzyła się z najłaskawszym panem.


Na sali wybuchł śmiech. Nie było w nim ani krzty wesołości, sama pogarda, uciecha z poniżenia wroga. Sędzia wydawał się nie rozumieć, co go otacza. Skrzywił się na podrywanie autorytetu sądu, zagrzmiał wytartą formułką o karach. Jakby wokół nie było żądnego krwi tłumu! Czy zaraz go nie rozszarpią? A jeśli – po raz kolejny – Francja dozna rewolucji, czy nowa władza nie zacznie od powieszenia go? Daumiera olśniło. Zrozumiał, skąd ta pycha. Dawne ofiary staną się nowymi katami. Wciąż będą potrzebowali fachowca, który z jednakowym znudzeniem każe wieszać monarchistów i republikanów, popleczników Wersalu i Orleanu. Winnych i niewinnych. Zadrżał, patrząc na ostre rysy ucieleśnienia Nemezis. W istocie, było w prawniku coś na miarę greckich bogów. Wypełnił sobą całą salę, posiedzenie, myśli zgromadzonych. Wydawał się bardziej trwały od grubych ścian budynku, starszy niż wszelkie kodeksy, czy sama Francja. Jakby siedział w tym samym miejscu już za Karola Młota, obwieszczając: „śmierć!”. Honoré dopiero się zorientował, że ani oskarżyciel, ani obrońca nie odezwali się dotąd. Tu i teraz wymiar sprawiedliwości miał tylko jedno oblicze.


– Woźny, okazać dowód rzeczowy numer jeden. Czy oskarżony przyznaje się do autorstwa okazanej pracy?


– Tak, wysoki sądzie. Jestem jej autorem.


– Cisza! Albo opróżnię salę. Daumier, czy to kolejna ilustracja do bajek? A może to oskarżony opowiada bajki?


– To... to mój przyjaciel. Pan...




* * *

– August Blanchet. Jestem szewcem. Nie mam nic wspólnego...


Cichy, skromny mężczyzna wygłaszał najważniejszą mowę w swoim życiu. Ginette ciągle nazywała go safandułą; zazdrościła sąsiadkom przedsiębiorczych, hałaśliwych mężów. Dziś będzie z niego dumna. W tym domu jest mężczyzna! Gdy tylko wrócą, powie, wytłumaczy.


– August Blanchet, szewc. Nic...


Nagła myśl powstrzymała go. Czy godzi się tłumaczyć na leżąco? Raz w dzieciństwie położył się za dnia. Ojciec zbił go prawidłem; krzyczał, że nie wychował obiboka. Co by powiedział teraz, widząc swojego Augusta, opartego wygodnie o łóżko, niby jakiegoś jaśnie pana? Wstać, koniecznie trzeba wstać! Kiedy wrócą, będzie gotowy.


– Ginette...


Sam nie da rady. Nigdy dotąd nie wydał żonie polecenia, krępował się nawet prosić tę dumną i piękną kobietę. Gdyby nie swatka... Ale dziś jest jego dzień, dziś to on musi wszystkim pokierować. Gin podejdzie i podniesie go. Oprze o ścianę i podtrzyma. A on uniesie dumnie brodę i powie!


– Ginette, słońce...


Leżała obok. Widział kątem oka jej stopy, wiedział, że na próżno ją woła. A przecież musiał. Jest głową tej rodziny, musi wszystkiemu zaradzić. Uratuje ich, jak tylko przestanie się wylegiwać! Auguście Blanchet, dość odpoczynku, wstać, trzeba wstać! Całe swe siły włożył w zryw, który miał go podnieść, a jedyne co uzyskał, to lekkie przesunięcie. Dopiero teraz poczuł, że coś go uwiera. Charles! Przygniótł Karolka! Nie słychać płaczu, musi go natychmiast uwolnić! Na pewno da się coś zrobić, przetoczy się, wymyśli... Na miły Bóg, niech ktoś wyciągnie spod niego dziecko!


– Tato...


Surowa twarz ojca, tak często spięta gniewem, teraz złagodniała. Starzec wpatrywał się w sufit, niepomny na własne przestrogi przed wylegiwaniem się. August poczuł nadzieję. Papa był tak skupiony, że nawet nie mrugał. Zaraz zruga wszystkich, jak zawsze, a potem powie co robić. August zda się na staruszka, a tymczasem odpocznie, zbierze siły. Och, żołnierze nie powinni byli kłuć ich bagnetami – pierwsza upadła Ginette – armia to nie przelewki, strzelają do demonstrantów dzień i noc, ale w ich własnej sypialni? – żołnierz wyrwał mu Karolka i rzucił o ziemię – komuś może stać się krzywda – poczuł jak ostrze zagłębia mu się w ciało i upadł – lojalni poddani – urwane przekleństwo papy i cichy łomot jego chudego ciała – Daumier! O świcie miał odebrać buty, to solidny młodzieniec, jeszcze nie wszystko stracone! Wymyśliłeś ratunek, Auguście Blanchet! Niech teraz sąsiadki zazdroszczą Ginette sprytnego męża.


Drzwi zaskrzypiały, głośny stukot obcasów zapowiedział gościa – oficer. Jeden z tych, którzy wydali rozkaz. Od brudzenia się krwią miał żołnierzy, po co przyszedł? Mowa! Jedyna szansa, trzeba do niego przemówić!


– Niewinny... szewc... nic... lojalni...


Patrzy ze współczuciem, dobra nasza!


– Wiesz, z czego odlewa się trony? Nie ze złota, nie z żelaza. Z krwi. Wasza śmierć nie pójdzie na marne.


Wojskowy pochylił się nad Augustem i wyszeptał kilka słów. Szewc po chwili zdumienia modlił się, aby zdołał komuś je powtórzyć.




* * *


– Wysoki sądzie, mój rysunek to hołd dla przyjaciela, pracowitego, dzielnego poddanego jego królewskiej mości. Proszę spojrzeć, nie ma tam nic z polityki. To mój przyjaciel i jego rodzina, tak, jak ich zobaczyłem o świcie 15 kwietnia tego roku, przy ulicy Transnonain. Ten widok mnie prześladował, musiałem go z siebie wyrzucić. To nie karykatura ani propaganda, to czysta prawda.


– Co to jest prawda? – odpowiedział sędzia; nie wiedzieć, czy od siebie, czy erudycja nakazała mu posłużenie się stosownym cytatem. – Przyjaciele oskarżonego byli w coś zamieszani, mieli ulotki?


– Skądże, to prości ludzie, niepiśmienni. Nie wyznawali się w tych wszystkich modnych ideach, ani nawet nie chcieli o nich słuchać.


– Czy przed śmiercią coś powiedzieli?


– Owszem – Honoré zawahał się – August żył jeszcze przez moment. Wyszeptał coś... wpatrywał się we mnie, jakby to było ważne...


– Co powiedział?


– Proszę mnie dobrze zrozumieć, on już był bardzo słaby, ledwie go słyszałem, mogłem go źle pojąć...


– Co powiedział!


– Trzy słowa. Jakby... jakby... – poruszał ustami, nie mogąc wykrzusić niebezpiecznej frazy. Obecni patrzyli po sobie, niepewni, czy dobrze się domyślają. Trzy słowa rozniosły się po sali dziesiątkami szeptów, aż wreszcie ktoś nie wytrzymał i wykrzyczał je:


– Niech żyje republika!




.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3964
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Teksty konkursowe i ankieta - etap I

Postautor: Godhand » wt 18 lut 2020, 11:13

No i po głosowaniu :)
Do etapu drugiego przechodzą autorzy tekstów: pierwszego, trzeciego, czwartego i szóstego.
Wielkie gratulacje!!!

Co dalej z naszymi zwycięzcami?
Zapraszamy tutaj: viewtopic.php?f=236&t=22354


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.


Wróć do „Malowane słowem, czyli mistrzowie obrazowania”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość