Głos oddaję na tekst:

Czas głosowania minął ndz 15 mar 2020, 09:09 Można wybrać tylko 1. opcję

Tekst 2
Liczba głosów: 3 (21%)
Tekst 3
Liczba głosów: 4 (29%)
Tekst 4
Liczba głosów: 7 (50%)
Liczba głosów: 14

etap II - dogrywka

1
W związku z równą liczbą punktów, jakie w drugim etapie uzyskały trzy teksty, ogłaszamy dogrywkę.
Każdy user może przyznać jeden punkt. Ankieta trwa trzy dni.
Głosujcie!





Tekst 2

Uwaga:
Autor połączył postaci i wydarzenia historyczne z fikcyjnymi.
Tekst zawiera wulgaryzmy.

Simonetta

Cisza i mgła. Dwudziestopięcioletni Giuliano de' Medici nie był tchórzem, dławił więc narastającą trwogę, póki oczy i uszy nie odzyskały bodźców. Pierwsze dotarło do niego skrzypienie drewna, miarowe, głębokie. Później mgła uwolniła obrazy – rękojeści wioseł, dulki, burty. Był niemal pewien, że tak niskie i hałaśliwe odgłosy naprężeń, pracujących wioseł, wreszcie uderzanej i prutej wody mogły powstać tylko na ciężkiej galerze. Nie na łódce! Lęk wracał nową falą; niósł pytanie, na które nie chciał znać odpowiedzi – gdzie, u diabła, jest? Na dziobie stał człowiek w białej todze, wpatrzony w dal. Towarzysz podróży! Giuliano odzyskał spokój. Z wyuczoną od dzieciństwa pogardą zawołał:

– Sługo! Natychmiast przejmij ode mnie wiosła!

Postać nawet nie drgnęła. Szarpał się chwilę z drewnianymi trzonkami, próbował je wypuścić, przejść do krnąbrnego plebejusza, prostego jak krój jego szaty. Daremnie, magnat nie był już panem nawet nad sobą. Ramiona unosiły się i opadały, wbrew jego woli. Kiedyś nieskalany pracą fizyczną – inną niż władanie mieczem – teraz był parobkiem nieznanej mu siły. Ostatni przestał się miotać umysł. Medyceusz zawołał raz jeszcze, sprawdzając podejrzenia:

– Magu, czy to ty? Maximilien Tombeau, francuski mag?

– W istocie, znałeś mnie pod tym imieniem.

– Zdrajco, oszukałeś mnie! Miała się spełnić moja wola!

Żadne z plugawych imion, miotanych przez młodzieńca, nie poruszyło adresata. Mag odpowiedział leniwie, jak dorosły męczony pytaniami przez dziecko:

– Wymień jedną obietnicę, jakiej nie dotrzymałem, a zwrócę ci wolność.

– Oto wszystkie! Wieczna młodość, zwycięstwo nad wrogami, nieustanne bogactwo!

– Nie chciałeś kłamstw, więc ich nie będzie. Mów prawdę.

Jakie czary sprawiły, że szept smagał jak trzcinowa dyscyplina? Giuliano bezwolnie powtórzył dawne obietnice. Tym razem słowo w słowo, bez przekłamań.

– Młodość po grób. Skryci wrogowie ujawnią się i zmierzę się z nimi w otwartej walce. Nie utracę niczego co cenne. W zamian miałem przywieść do zguby niewinną duszę.

– Wszystko tak, jak sobie życzyłeś. Kiedyś podpisywał własną krwią dokument, czyś może wspominał, ile lat chcesz przeżyć? Albo że wrogowie mają się ustawić pojedynczo? A może opowiesz, jaki skarb miałeś i któż ci go odebrał?

De' Medici nie potrafił zaprzeczyć Francuzowi. Pojmował dziś tak jasno, ach! Zbyt jasno... Nie miał nic cennego. Wyłącznie pieniądze i klejnoty.

Tymczasem łódka zbliżała się do niewielkiej, skalistej wyspy. Giuliano podtrzymywał rozmowę, jakby mógł zyskać na czasie.

– Tam, gdzie mnie zabierasz... to Wyspa Umarłych? Podziemna Kraina Śmierci?

– Bardziej wielka dziura w ziemi, ale jak tam sobie wolisz.

– Jesteś moim katem?

– Ależ skąd! Kat czeka u celu. Ja jestem pomocnikiem kata. Jak to u was mówią? Hycel? Uprzątacz psów bezdomnych i padliny. Zbieram nieczystości i odwożę je do dołu kloacznego*.

– Taki sprytny jesteś, a zapomniałeś o moim bracie! Lorenzo wie o tobie, znajdzie cię i mnie pomści!

– Lorenzo Wielki, Lorenzo Wspaniały! Syn liczykrupy i podagryka największym politykiem Italii... I nikt nie pyta, skąd on to ma? Twój starszy brat ostrożniej dobierał słowa do obietnic, jakie mu składałem. I też złożył swoją ofiarę. Chcesz wiedzieć, kogo pozwolił mi zabrać?

* * *

Marco szalał z gniewu.

– Twój czempion odebrał już nagrodę?

– O czym ty mówisz?

– Pallas Atena! O tym mówię! Moja żona na sztandarze Medyceuszy jako piękna bogini!

– Nikt nie pytał mnie o zgodę...

– Mnie! Mnie powinni pytać. Ja jestem twoim mężem, twoim panem, twoim władcą. Kto pytał mnie? Pośmiewisko dla całej Italii, tym mnie uczyniłaś. Wiesz o co mnie pytają? Czy chcę wejść do Signorii** przez łożnicę żony!

– Słońce moje, przecież ja kocham tylko ciebie... od pierwszego spotkania w Genui! Byłeś pierwszym i jedynym mężczyzną!

– W tym problem, że byłem! BYŁEM! A teraz, co? Ten chłystek, jak mu tam? Boticelli... Powiedz mi, jak on namalował twój portret? Godzinami trzeba siedzieć nieruchomo jak ten posąg przed nadętym malarzyną, żeby łaskawie zrobił podobiznę. A ty? Zobaczył cię raz z daleka i już wystarczy, już nie trzeba pozować? Masz mnie za głupca? Wymykasz się nocami! Żadna uczciwa kobieta tak nie postępuje! Dziwka, ulicznica, prostytutka!

Każda obelga była jak cios, każdej towarzyszyło uderzenie pięścią. Simonetta chwiała się, jednakowo od słów i kułaków. Wrzaski męża zlewały się w jedno z błaganiami i płaczem żony, lecz wrzask się nasilał, a błagania cichły.

– Jeszcze ten francuski napisik na portrecie! Wszyscy wiedzą, że sam diabeł ubiera się z francuska, wszystkie utrapienia, które na nas przychodzą, idą z Francji! „La Sans Pareille”! „Niezrównana” – po francusku! Co to niby ma znaczyć? W czym niezrównana, dla kogo? Dla malarza? Dla Medyceuszy? Dla każdego cholernego faceta w mieście?

– Przecież takie są zwyczaje! Każdej damie można złożyć hołd na turnieju!

– Moja żona nie jest jak pierwsza lepsza dama. Dla pierwszej lepszej jest pokój przy wejściu, żeby nie budziła służby idąc nocą na schadzki. Won z moich oczu!

*

Pokój na płaszcze dla gości nie miał ogrzewania. Simonetta Vespuci mieszkała tu od sześciu miesięcy. Każdej nocy śnił jej się ten sam sen – podróż, skrzypienie drewna... Ojcowie dominikanie przestrzegali, żeby nie wierzyć w sny, ale ten powracał tak często... Błagała służki, by zaniosły wiadomość Marco, wpierw żebrząc o pojednanie, później powiadamiając o coraz gorszym stanie zdrowia, prosząc o lekarza, o księdza. Dziewki służebne coraz rzadziej przychodziły, coraz częściej słyszała ich chichoty dochodzące z komnat Marco. Mąż ugiął się dopiero, gdy zaczęła kaszleć krwią. Nawet wtedy sprawdził wpierw osobiście, czy „znów nie jest okłamywany”. Rzucił z jadem, że prędzej będzie płacił za leczenie włóczęgów z ulicy, niż jej.

– Żółtodziób, kandydat na lekarza, kandydat na zakonnika w jednej nieopierzonej osobie, to wszystko, na co zasługujesz. To syn znanego prawnika, przydatna znajomość. Właśnie przybył w odwiedziny do klasztoru św. Marka. Podpytam go o rodzinę, a potem może wyślę do ciebie. Tego... jak mu tam... Savonarolę.

*

– Ojcze...

– Bracie. Bracie Girolamo. Nie jestem jeszcze kapłanem. Twój mąż skierował mnie tutaj.

– Pewnie też opowiadał o mnie... Brat się mną gorszy?

– Wiele mnie gorszy w tym domu. I ty, pani.

– Żadna z tych rzeczy...

– Mam uszy zamknięte na plotki, ale oczy szeroko otwarte. Gorszy mnie mąż, który wpędził żonę w suchoty i pewną śmierć. Gorszy przepych tego domu, który jest wyrokiem śmierci dla ubogich. Nieużywane pokoje, gdy wystarczyłaby wam jedna izba; stroje na jedną okazję, służba, która robi za was to, co uczciwy człowiek powinien zrobić sam. W całym swym nędznym położeniu, wciąż żyjesz jak pijawka, z pracy innych. Wciąż masz na sobie złoto, srebro i perły, które niejedną wioskę mogłyby ocalić od głodowej śmierci na przednówku.

– Nie chciałam uwierzyć, że jestem złą osobą...

– Skąd mogę wiedzieć, jaka jesteś? Bóg to wie.

– Całe życie chciałam być dobra. Byłam posłuszna ojcu, potem mężowi. Niczego nigdy nie wybrałam sama, grzeczna i uległa, a kim się stałam? Infamia u ludzi i grzech przed Bogiem. Co zrobiłam złego?

– Nie ma niczego złego w posłuszeństwie, jednak jest decyzja, którą podjęłaś sama.

– Jaka?

– Źle wybrałaś, komu chcesz być posłuszna. Ten świat zmierza ku zagładzie, widzę to wyraźnie. Ludzie noszą w sobie dobro, w końcu to dzieci boże. A jednak tak łatwo ich zwieść... Jestem we Florencji, bo przywiódł mnie tu trop starożytnego zła, pod postacią francuskiego maga. Widziałem go przez moment – drapieżne rysy, w ręku perfumowana chustka, jakby brzydził się nawet zapachem ludzi. Przytłacza samą swą obecnością. Sieje intrygi wśród prostaczków i koronowanych głów, przywodzi do wojen, zabójstw. Cóż możemy wobec niego? Modlić się do Zbawiciela i tłumaczyć, przekonywać, uczyć... Ta rodzina cała byłaby uzdrowiona, gdyby wyzbyła się egoizmu i zaczęła kochać. Na jedne rzeczy jest za późno... na inne nie.

– Nawet dla Medyceuszów? Dla Boticellego? Przez nich całe moje cierpienie.

– Wybieram się do Lorenzo. Jest w nim siła, nie wierzę, żeby zupełnie poddał się władzy mroku. A Boticelli... Taka wielka iskra boża, niewiele trzeba by zawrócił. Jeszcze go przekonam, by spalił każdy swój niegodny obraz, by opiewał Stwórcę! Nawet Giuliano... W każdym jest choć trochę dobra. Może da się go ocalić? Może choć jego syn przyniesie pożytek światu i Kościołowi? Kto wie? A może nawet... Tak, nie trać nadziei! Może nawet dla twojego męża, mordercy, świętokradcy i cudzołożnika... jest nadzieja. Niech Bóg mi wybaczy próżną mowę, przecież to cudze sprawy, Tu i teraz ważna jesteś ty. Przygotuję cię do sakramentów i sprowadzę kapłana.

– Po co, bracie Girolemo? Bóg mnie nie wysłucha!

– Już cię wysłuchał. O tym mówi twoje imię – Szymona. Szm'on, Bóg wysłuchał. Wystarczy, że teraz zaczniesz słuchać ty. Sz'ma.

* * *

Drewno skrzypiało i postukiwało, w rytm egzekwii i zawodzeń. Powóz wiozący ciało Simonette okrążał całe miasto. Któż by nie chciał zobaczyć „dziewczyny pięknej jak Madonna”, „kwiatu Florencji”? Wokół konduktu szli chyba wszyscy prócz młodego wdowca. Szymonka przyjmowała całe to zamieszanie z dziwną obojętnością. Zapytała o to nawet świetlistą postać.

– To już nie jest twój świat. Zostawisz im garstkę szczątków, wspomnień, plotek. Jedni zaczną czcić cię jak świętą; inni będą bezcześcić Twoją pamięć aktami „z pamięci”, aż wszyscy zapomną, że zostały namalowane długo po twojej śmierci. Czy cokolwiek z tego jest dla ciebie ważne?

– Masz rację, nic. A przecież jest we mnie tyle siły, radości. Przepełnia mnie taka ciekawość! Okaż mi tę łaskę, świetlisty panie i powiedz – kim jesteś? I co mnie teraz czeka?

– Moje imię w twojej mowie brzmi: Ten-który-zbiera-najpiękniejsze-kwiaty-dla-Pana. A co teraz? Dobra duszo, co teraz? Nawet sobie nie wyobrażasz!


* Hycel w: M. Arct Słownik Ilustrowany Języka Polskiego, Wydawnictwo M. Arcta, Warszawa 1916; Czyściciel w: ibidem.
** Signoria (wł.): rządy możnowładców (signori – panowie) w miastach średniowiecznej i renesansowej Italii (przyp. aut.).




Tekst 3
Magizm realny
+++

Żółtawe światło lampy oświetlało postać młodej dziewczyny, przywiązanej do pięknie zdobionego krzesła, stojącego pośrodku piwnicznej celi. Z góry, nieco przytłumiony, dobiegał głęboki, chóralny śpiew mnichów.

— Obudź się.

Mężczyzna w taniej masce weneckiej z długim nosem jak dziób ptaka, prawdopodobnie zakupionej na Allegro, zdjął dziewczynie worek z głowy i podsunął pod nos chusteczkę nasączoną solami trzeźwiącymi. Dziewczyna mamrotała niezrozumiale przez chwilę, lecz zaraz wygięła się jak struna i otworzyła oczy. Rozglądała się nerwowo dookoła i szarpała więzy, próbują się uwolnić.

— Witaj, słonko. — przywitał dziewczynę. Miał głęboki, ciepły głos, a przy tym uśmiechał się słodko. — Nie jest ci za zimno? Strasznie się trzęsiesz. Te mury całkowicie zaszły wilgocią, a ogrzewania nie założyli. Szczerze cię za to przepraszam. Niczego lepszego nie udało mi się znaleźć.

Załamał ręce w geście bezradności.

— O, słyszysz? “Miserere mei, Deus” Allegriego. Psalm pięćdziesiąty pierwszy. — Zamknął oczy i nucił przez chwilę. — Oczyścisz mnie hizopem, a będę czysty; umyjesz mnie, a nad śnieg wybieleję — pochwalił się znajomością dzieła. — Ponad pięć wieków temu braciszkowie zbudowali ten klasztor, by oprócz modlitwy i duchowej formacji nowicjuszy, służył także jako areszt i miejsce przesłuchań heretyków. Tu na dole goszczono ich i tor... przesłuchiwano. Rozumiesz? Zaprojektowali go tak, by śpiew z prezbiterium docierał wszędzie, ale krzy... wyznania przesłuchiwanych już nie. Nie powinny bowiem zakłócać modlitewnego skupienia.

Zrobił kilka kroków, nucąc melodię psalmu. Targana drżeniem wszystkich mięśni, dziewczyna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

— Tamte czasy bezpowrotnie minęły. — Mrugnął do niej okiem. — Dobrze. Czy wiesz, dlaczego tu jesteś?

Dziewczyna pokręciła głową nerwowo, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

— Posłuchaj więc uważnie. Być może nie zrozumiesz tego od razu, ale z czasem sama przyznasz mi rację i gorąco zapragniesz, by wreszcie się wypełniło...

Skrzywił się, bo wydzieliny z nosa dziewczyny, oraz łzy łącząc się z pudrem, tworzyły maź, spływającą teraz po brodzie i policzkach. Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i wyczyścił dziewczynie twarz. Potem przyłożył do nosa, każąc wysmarkać resztę.

— No, śmiało. I z drugiej dziurki. Dobrze.

Kiedy uznał, że efekt jest zadowalający, wrócił do swojej przemowy:

— ...by wypełniło się twoje przeznaczenie, słonko.

+++

Przemykał wąskimi uliczkami w starszej części stolicy, kryjąc się w cieniu źle oświetlonych zaułków. Jeśli nie miał wyboru i musiał iść dobrze oświetlonymi chodnikami, gdy tylko ktoś się pojawiał, udawał, że przygląda się wystawom sklepowym, nawet jeśli nie było żadnego sklepu. W zabłoconych butach, starych, wyświechtanych jeansach i poplamionej bluzie z kapturem zaciągniętym głęboko na oczy, wyglądał jak uciekinier z ośrodka dla niepoczytalnych. Ludzie widząc go, przyspieszali kroku. Oglądali się potem nerwowo za siebie, tak dla pewności, czy przypadkiem nie idzie ich śladem.

Czuł się źle w tak wielkim i nowoczesnym mieście. Był na granicy paniki. Powtarzał jak mantrę adres, pod który zmierzał. To pomagało zapanować nad emocjami.

Dochodziła niemal północ, gdy w końcu odnalazł budynek. Stara kamienica z szarym, odpadającym tynkiem, robiła okropne wrażenie.

Niemożliwe, że ona tutaj mieszka — pomyślał, ale dla pewności sprawdził jeszcze raz adres. — Nie ma wątpliwości. To tutaj.

Zapach moczu wykręcał nos. Drzwi wejściowe, prawdopodobnie kiedyś zielone, w świetle lampy sodowej trudno było to określić, wyglądały na wysmarowane czymś ciemnym. Podobnie ściana i domofon. Nawet nie próbował zgadywać. Poświecił latarką i wcisnął przycisk z właściwym numerem. Po kilku minutach, gdy nikt się nie odezwał, zadzwonił jeszcze raz. Wtedy dobiegł z głośniczka zniekształcony głos:

— Czego mi tu? Północ jest.

— Pa... pani Adrianna? Kur... kurier — wystękał.

— O tej porze? Co ty życia prywatnego nie masz? No dobra, właź.

Drewniane schody skrzypiały, gdy wchodził na drugie piętro. Ledwie podszedł do drzwi mieszkania, te otworzyły się gwałtownie.

— Skąd... skąd pani wiedziała, że już tu jestem?

— Skrzypiące schody — odpowiedziała krótko. — Gdzie paczka?

— Nn... nie mam — wydusił z siebie. — Pani Adrianno, to bardzo ważna sprawa.

— Jak śmiesz?! — wrzasnęła. — Przyjmowanie petentów między ósmą a czternastą!

Próbowała zatrzasnąć drzwi, ale szybko włożył dłoń w szczelinę, uniemożliwiając ich zamknięcie. Tylko dzięki morderczym szkoleniom zignorował okropny ból miażdżonych kości śródręcza. Nawet nie pisnął.

— Proszę, to ważne — załkał. — Pani Emma zaginęła.

+++

— Jestem artystą, ale nie zwykłym. Niezwykłym nawet! — pochwalił się. — Pisarzem. No, przynajmniej chciałbym być...

Mężczyzna w masce kontynuował monolog. Emma przyglądała się uważnie. Coś w jego ruchach, może artykulacji, wydawało się znajome, lecz słabe światło i maska karnawałowa utrudniały rozwiązanie zagadki. Obserwowała więc w napięciu.

— ...raz na sto lat — ciągnął — pewna tajna organizacja, cech tak jakby, organizuje turniej. Li... literacki. Czekałem na to wydarzenie niecierpliwie. Starannie przygotowywałem się. Szlifowałem warsztat. Gdy wreszcie ogłoszono rozpoczęcie zmagań, gdy pojawiły się pierwsze utwory, wpadłem w rozpacz. Okazało się, że są wśród nich lepsze od mojego. Moje dzieło ledwo prześlizgnęło się do drugiego etapu. Zdaje się, że wiesz o czym mówię, prawda? No, dalej. Nie wykręcaj się.

Kiedy Emma kiwnęła głową, mężczyzna zacisnął pięści.

— Wiedziałem! Miserere mei, Deus. Dlatego tylko ty możesz mi pomóc. — naciskał — To jest twoje przeznaczenie. Dzięki tobie stanę się wreszcie prawdziwym mężczyzną! Prawdziwym pisarzem przez duże pe. A w zamian sprawię, że zrozumiesz i odnajdziesz wreszcie swoje przeznaczenie.

Emma zmarszczyła brwi, a na czole pojawiły się kropelki potu.

— Co zamierzasz... mi zrobić? — pisnęła.

Uśmiechnął się krzywo jak emotka ;> .

— Widzisz, brakuje mi doświadczenia. Takiego życiowego. — Zatarł energicznie ręce. — No nic, przed nami sporo pracy. Najpierw usta.

+++

— Skąd pewność, że zaginęła?

— No, bo byliśmy umówieni. Pracujemy nad nowym opowiadaniem. Już nawet sporo napisała. A wczoraj się nie pojawiła. Dziś też nie przyszła.

— Pomagasz jej pisać?

— Nie... zupełnie. Ja tylko... Ja...

— Śmiało — zachęcała. — Przecież nie gryzę.

— Ja tylko... robię, co mi każe.

— Co każe? Kim ty w ogóle jesteś?

Skulił się pod tak surowym spojrzeniem, ale odpowiedział.

— Na imię mam... ostatnio to chyba Rudolf. — zaczął.

— Ostatnio?

— No tak, pani Emma nadaje mi różne imiona, zależnie od opowiadania.

— Proszę? Niemożliwe...

— To prawda. Pani Emma umie takie rzeczy. Gdy wymyśla jakąś historię, wprowadza nas... postaci.

— Chcesz mi powiedzieć, że jesteś wymyśloną postacią Emmy? — Adrianna nie dowierzała.

— No, tak.

Adrianna patrzyła, nadal nie wierząc w to, co widzi i słyszy. Obeszła postać dookoła, zlustrowała ze wszystkich stron, w końcu się odezwała.

— Nie wyglądasz jak jej postać. Ten strój. To nie w jej stylu. Nie dość, że epoka nie ta, to jeszcze, spójrz na siebie, wyglądasz jak bezdomny.

— To tylko tak, by wtopić się w tłum.

— Wtopić? Chyba odstraszyć? My tu stolica chłopie!

— Prz... Przepraszam?

— No dobrze. Dlaczego ja?

— Bo pani Emma opowiadała, że jest pani mistrzynią magizmu realnego.

— Chyba realizmu magicznego.

— Możliwe. Czasem mylę kwestie... No i że pani umie.

— Co umiem?

— Magię i czary.

+++

— Hej, Emma! Ocknij się.

— Co się...

— Zemdlałaś. Rozumiem emocje. Może to i lepiej? Przygotowałem wszystko i już prawie jesteś gotowa.

— Na co jestem gotowa? Co przygotowałeś?

— Nic się nie przejmuj. Już prawie koniec. Została tylko jedna rzecz. Czy pozwolisz?

— Na co?

— Wi-wi-widzisz... — Zaczął się jąkać. — No, w su-sumie... Chyba tego do końca nie przemyślałem.

— Proszę?

— No ja, nie wiem... Wszystko do bani!

Mężczyzna nagle wybuchł płaczem. Usiadł na podłodze, łkając żałośnie. Kiedy Emmie minął pierwszy szok, zaczęła współczuć. Bądźmy szczerzy, każdy z nas będąc na jej miejscu, odczuwałby dyskomfort, ale niewielu z nas jest tak dobrą i współczującą istotą jak Emma. Dlatego zaczęła pocieszać mężczyznę:

— Nie przejmuj się tak. Będzie dobrze. Może, no wiesz, następnym razem?

— Jakim następnym razem? Jakim następnym? Jak nie napiszę drugiego opowiadania, to żegnaj kariero pisarza. Kim będę? Nikim... — Teraz już wył, zalewając się łzami.

— No, ej. Może nie będzie tak źle, co? Może... może będziesz pisać drabbelki? Na początek.

Wzruszył tylko ramionami, więc próbowała dalej:

— Może, nie wierzę, że to mówię, może ci jednak pomogę, co?

— Na prawdę? Pomogłabyś mi? — Spojrzał na Emmę z nadzieją.

— No nie wiem. Jaki miałeś plan?

— Chciałem cię ucharakteryzować na Simonettę jak na tym obrazie Piero di Cosimo.

— Serio?

— No i zaplotłem ci warkocze. Ozdobiłem jagodami śnieguliczki białej i poziomkami. I nawet... nawet ma-makijaż zrobiłem.

— Na prawdę?

— Tak, ale ona tam... bo wiesz, bo ona tam... — Spojrzał na Emmę zaczerwieniony jak burak. — Bo ona ma odsłonięte piersi...

— Coooo!? — wrzasnęła przerażona.

Spojrzała szybko w dół, ale na szczęście nadal miała na sobie bluzkę. Odetchnęła głęboko.

— Dlaczego w ogóle mnie porwałeś? Nie mogłeś zwyczajnie opisać obrazu?

— Bo... Bo raz mi już pomogłaś. To pomyślałem, że może teraz też...

— Pomogłam?

— No wiesz. “Szlifowanie warsztatu”?

— Marek?

+++

Adrianna przestała się dziwić. W końcu sama wielokrotnie udowodniła, że magia, oraz to, co piękne i cudowne bardzo łatwo przenikają do zwykłej, szarej rzeczywistości. Szczególnie wtedy, gdy to ona tę rzeczywistość opisuje.

— Chodź za mną.

Poprowadziła Rudolfa na poddasze. Miała tam przygotowane miejsce, gdzie mogła bezpiecznie rozpalać małe ognisko. Ogień już płonął. Wyciągnęła wielki, mosiężny kocioł i postawiła na stojaku nad płomieniem.

— To po babci w spadku — wyjaśniła. — Potrzebujemy wody, zwykła kranówa wystarczy, nalejesz? — poprosiła, podając wiadro. — Tam jest kran.

Nalał i podał Adriannie. Ona zaś przelała do kotła i kiwnięciem głowy nakazała: "Więcej!". Musiał tak z dwanaście razy.

— Teraz podaj mi, proszę, ten worek. Tam przy komodzie.

Rudolf podszedł, chwycił worek i próbował zarzucić sobie na plecy, ale tylko się przewrócił. Walczył jeszcze chwilę, w końcu pociągnął po deskach stryszku.

— Uff. Czy to nie jest przypadkiem TEN worek?

— Możliwe. Ostrożnie, łatwo się przeciera.

— Nie miał być pochowany razem ze zmarłym? — dopytywał Rudolf.

— Może i miał. Siedź cicho i nie przeszkadzaj.

Adrianna wyciągnęła z worka złoty sierp i wiązkę ziół. Sprawnymi ruchami posiekała zioła prosto do kotła. Chwilę mieszała patykiem. Następnie zaczęła sięgać do pobliskiej półki po różne buteleczki i słoiki z nieustaloną zawartością, z każdego dodając po trochę do wrzątku. W kotle zawrzało i buchnęła błękitnawa para, a dookoła rozniósł się mdławo-słodki zapach. Rudolf poczuł skurcz żołądka i zawroty głowy. Rozejrzał się za jakimś krzesełkiem lub taboretem, a wtedy zobaczył ruch na podłodze.

— Szczury. W dzień przylatują wrony i kawki — wyjaśniła Adrianna.

Wyciągnęła patyk i zatoczyła krąg dookoła ogniska, mamrocząc i sycząc niezrozumiale.

— Mowa węży. Szczury boją się węży, więc wywołuję iluzję, by trzymały się z daleka. Zakłóciłyby tylko wizję.

— Dzięki za te wszystkie wyjaśnienia...

— Co? To nie do ciebie. Nie odzywaj się niepytany. A teraz ciii... Coś widzę.

+++

— Marek? Nie znam człowieka. — Marek próbował kłamać. — Wiadomo przecież, że w ogóle nie bierze udziału w turnieju.

— Masz mnie natychmiast uwolnić! — zażądała stanowczo Emma.

— Bardzo mi przykro, ale...

— Natychmiast! Zrozumiałeś? — Emma nie dopuszczała Marka do głosu.

Zdawał sobie sprawę, jak krucha jest maska stanowczości, którą przywdział i jak słabą ma wolę. Stwierdził, że dalsze udawanie twardziela nie ma sensu.

— No, dobrze... już dobrze.

Ściągnął maskę i zniknął na chwilę w kanciapie obok. Śpiew mnichów umilkł, jakby ktoś wyłączył odtwarzacz. Rozjarzyły się lampki pod sufitem. Marek wrócił, trzymając w ręku duży nóż kuchenny. Odezwał się głosem ponurym jak grób.

— Trudno. Myślę, że czas już to zakończyć.

— No co ty? — pisnęła spanikowana Emma, obserwując nóż w ręku Marka. — Nie musisz się do tego posuwać, naprawdę.

— Co? A nie... — Rozciął sznurki i uwolnił Emmę. — I co teraz?

Emma nie potrafiła być długo zła. To znaczy, potrafiła, ale tym razem opanowała chęć mordu i po kilku głębszych oddechach nawet się uspokoiła.

— Jak mogłeś pomyśleć, że porwanie mnie, przetrzymywanie związanej i... — zauważyła siebie w odbiciu lustra wiszącego na jednej ze ścian. — Ojej, to nawet-nawet makijaż jest. Ty niezły jesteś.

— Dzi... dzięki?

— Nie myślałeś o karierze stylisty? Miałbyś spore szanse.

— Myślisz?

— No pewnie! — zapewniła. — Możesz mi zaufać.

— No, nie wiem...

— Daj spokój, masz talent. Serio.

Marek nie odpowiedział, już zaczął sobie wyobrażać, jak odbiera nagrodę "Stylisty Roku", jak udziela wywiadów dla “Elle” i “Answear”. W ogóle wywiady, zdjęcia, modelki. Rozmyślania przerwała Emma.

— ...halo, słyszysz mnie? Jak stąd wyjść? Gdzie my w ogóle jesteśmy?

— Co? A, tak. To Zamek Wery, jesteśmy w moim lochu. Wystarczy, że pstryknę...

Wypiął dumnie pierś. Chociaż tak mógł zaimponować.

— No i?

— Zaraz — Pstryknął palcami, ale nic się nie wydarzyło.

— To już?

— Nie, coś musiało... Momencik, tak?

Pstryknął jeszcze raz, ale z tym samym skutkiem. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Zaklaskał. Gwizdnął.

— Zapomniałeś, tak?

— Nie, nie. — zapewniał speszony — To na pewno tak było. Czekaj...

Pstryk, pstryk.

— Ja... ja nie rozumiem.

Pstryk.

— No, #$!@#, pięknie. — zaklęła szpetnie Emma.

+++

— Cicho — powtórzyła Adrianna.

— Przecież nic n...

Umilkł natychmiast, widząc spojrzenie Adrianny. Nawet szczury momentalnie gdzieś zniknęły. Po chwili jednak jej oblicze złagodniało. Dała znak ręką, by zbliżył się do kotła. W powietrzu dało się słyszeć delikatne trzaski.

— Spójrz.

Rudolf ostrożnie zajrzał. Początkowo niczego nie widział, poza mętną zawartością kotła. Dopiero gdy mocniej zaciągnął się oparami, coś zamajaczyło. Niewyraźny obraz jakiegoś lochu, krzesła, dwojga ludzi. Kiedy próbował przyjrzeć się dokładniej twarzom, nagłe uderzenie w tył głowy wyłączyło wizję. Tę standardową też. Jak po wypiciu etylenu. A nogi zrobiły się miękkie. Jakby były z waty. Nie miał jednak czasu na porównania, bo uświadomił sobie, że został wepchnięty do kotła. Postanowił walczyć, lecz stalowy uchwyt utrzymywał go tuż pod powierzchnią. Zamarł, nie wiedząc co robić. Oprawca... No dobra, po co udawać? Adrianna pomyślała, że już po nim, więc całkiem puściła. Bądź co bądź w kotle był wrzątek. Rudolf, gdy poczuł, że nacisk ustał, wyprężył się gwałtownie i niemal wyskoczył, czym zaskoczył Adriannę. Niestety tylko na ułamek sekundy. Zaraz chwyciła pałkę i jeszcze raz zdzieliła go po łbie. Tym razem solidniej. Zachwiał się i zapadł po powierzchnię wrzącego wywaru.

— Co ona z tobą robiła, biedaku, że wrzątek nie zabił od razu? — Pytanie zawisło w powietrzu. Wzruszyła ramionami. — Będzie trzeba przyspieszyć nasze plany.

c.d.n.

EPILOG

Rudolfa przepełniał spokój. Delikatne kołysanie działało usypiająco. Słońce grzało intensywnie, ale morska bryza dawała przyjemny chłód. Otworzył oczy. Na dziobie łodzi, na której leżał, stała wyprostowana postać w białej szacie.

— Przepraszam, dokąd płyniemy? — zapytał nieśmiało.

Postać nie odpowiedziała, wyciągnęła tylko rękę przed siebie. Rudolf spojrzał tam gdzie wskazywała. Przed nimi pojawiła się wyspa z wysokimi, białymi skałami na obrzeżach i jedną małą zatoczką pośrodku, akurat wystarczającą dla ich małej łodzi.

— Co to za wyspa? — zapytał.

Nie odczuwał lęku, ani zdziwienia. Tylko spokój.

— Chyba już wiesz.



Tekst 4


Robota dla Niemca


04.03.2020

Do kamienicy w Genewie, wszedł mężczyzna w skórzanej kurtce. Miał przyjść dokładnie o dwudziestej trzeciej.

Prosić Niemca o punktualność? Przecież z tego słynie cała Bundesnachrichtendienst.

Kiedy wskazówki zegarka pokazały jedenastą w nocy, agent BND wyciągnął z kieszeni klucze i otworzył drzwi mieszkania na pierwszym piętrze.

Niczemu się nie dziw, takie miał wytyczne. Ewidentnie zawitał do biura, placówki jakby z minionej epoki. Zabytkowy telefon, jeszcze z tarczą do wybierania numeru, stara maszyna do pisania. Dziwne. Okno otwarte, choć początek marca; grzały kaloryfery.

Na wprost, przy szafce, stała kobieta w okularach, niebieskiej sukience i butach na obcasie. Obok siedział za biurkiem, człowiek w garniturze. A z pomieszczenia po lewej, wyszedł postawny brunet i podał rękę na przywitanie.
- Jestem Polak. Tamta? – Wskazał kciukiem – Izraelitka.
- Znaczy Żydówka?
- Możesz tak mówić, nie obrazi się – uśmiechnął się wywiadowca. - Ty jesteś Niemiec, a to Szwajcar. I tak do siebie od teraz mówimy. Żadnych imion. Żadnych nazwisk.

Niemcowi niezręcznie było rozmawiać po polsku, z chęcią wolałby po angielsku. Jednak brnął dalej w zawiłości językowe Słowian.
- Co teraz?
- Chodź. Wszystko po kolei wytłumaczę. - Polak zaprowadził niemieckiego agenta do pokoju obok. Stał w nim parawan, wieszak, stół z laptopem, dwa krzesła i szafka. Włączony encefalograf pod ścianą. - Siadaj.

Posłusznie zdjął i powiesił kurtkę, usiadł.

Przyrząd medyczny był bez elektrod, ale cały czas powoli rysował na arkuszu bębnowym, dwa zygzaki, jeden czarny, jeden czerwony.

Polski kolega po fachu, wpisał "youtube.com" w pasku adresu. Następnie "pet shop boys always on my mind" w wyszukiwarce programu. Kliknął w teledysk.
- Spójrz. Całe wideo to ukryty przekaz, ale objaśnię najważniejsze. Kierowca to Wielka Brytania, pasażer z przodu – USA, dosiada się Związek Radziecki. Całę słowa piosenki Stany Zjednoczone kierują do sowietów. I refren, "you were always on my mind..."
- Zawsze o tobie myślałem?
- Albo zawsze byłeś/aś w moich myślach. To ESPerzy, Rosjanie czytający w głowie, teraz też pewnie nas podsłuchują.

Rosyjscy telepaci? Co on gada?
- I teraz najważniejsze – kontynuował Polak. - "I never took the time".
- Nigdy nie miałem czasu?
- Tak, ale tłumaczymy na "Nigdy nie zabrałem czasu".
- Czyli? - dopytywał Niemiec.
- Czyli, że Amerykanie nie skradli wehikułu czasu Anglikom. Widzisz te lustra w teledysku? To właśnie brytyjski Time Machine. Kowboje mają własny, najpierw był nieudany Eksperyment Filadelfia – za duża masa. W latach siedemdziesiątych, w Projekcie Pegaz wysłali dzieciaka do Gettysburga. Przyszłych prezydentów ponoć też teleportowali, w czasie i na Marsa. To jest Top Secret, tylko tyle wiemy.

Wehikuł czasu? Właściwie dwa? Co to za bajki? Pewnie będzie i trzeci...
- To kto ukradł? Rosjanie?
- Wy, Niemcy. To znaczy nazistowskie Niemcy. Tak się teraz mówi, naziści. Czytałeś „Człowieka z Wysokiego Zamku” Dicka?
- Tak.
- Ten świat istnieje. Rządzi nim wnuk Hitlera razem z cesarzem Japonii. Ale zanim Skorzeny brawurowo podwędził kapsułę i rozstrzelał wszystkich naukowców, Angole też wysłały dziecko, dokładnie ustawili datę na pierwszego września, trzydziestego dziewiątego. Kiedy ktoś się przenosi w czasie to następuje nagle załamanie pogody. Burza. Czytałeś „Burzę” Parowskiego?
- Nie. To polska powieść?
- O tym, jak dzięki ulewnym deszczom, cały sprzęt niemiecki grzęźnie w błocie, a polska kawaleria w tych warunkach spełnia swoje zadanie. Wygraliśmy wojnę. Encefalograf rysuje dwie linie – czarna to wszechświat Dicka, czerwona – zwycięska Polska.

Strasznie to wszystko naciągane... Polacy wygrali we wrześniu? Niemożliwe...
- To brzmi jak NWO i false flag WTC - skrzywił się niemiecki agent. - Wpiszesz w wyszukiwarce „itanimulli”, czyli Illuminati od tyłu, to przekieruje cię na stronę NSA.gov...
- Ktoś po prostu „trolluje” amerykańską agencję. Widziałeś maszynę do pisania przy wejściu? To Enigma, mamy rozszyfrowane raporty ze świata Dicka, dostajemy też wiadomości z alternatywnej Polski. I teraz najlepsze – mamy trzeci wehikuł czasu, to Wielki Zderzacz Hadronów w CERNie i część projektu ALICE i TOTEM. Zawiadujemy tym zdalnie z biura.

Wiedziałem, że będzie trzeci! Ale nie wierzę Polakowi. Uwierzę jak zobaczę.
- Jeszcze dwie kwestie i przejdę do pokazu. Bo nie uwierzysz jak nie zobaczysz. Wiedziałeś, że jest dziesięć wymiarów?
- Nie.
- Trzy wymiary to my. Czwarty – czas. Piąty to właśnie alternatywne światy, moja Polska, o której marzę. Działanie wehikułu. Szósty to zagięcie, przeskoczenie od razu, teleportacja do linii czasowej Dicka lub Parowskiego. A siódmy? To wszystkie możliwe rzeczy, które zdarzyły się od Wielkiego Wybuchu, aż do końca wszechświata. Nieskończoność. Punkt. Kolejne wszechświaty, ale o innej fizyce, ósmy wymiar.
- Jak w „Krieg der Sterne”? Dźwięk w próżni i blastery?
- Tak. Dziewiąty to znowu przeskok z naszych wszechświatów do tych znanych z filmów i książek. I teraz to wszystko, wszystkie możliwe linie czasowe, wszystkich możliwych wszechświatów wyobraź sobie jako jeden punkt. Dziesiąty wymiar.
- A nad nim Bóg?
- Albo Bóg to dziesiąty wymiar.

To czym Polak jeszcze zaskoczy?

Polski rozmówca wyjął książkę z szafki i otworzył na zakładce. Zaczął czytać.

"Wówczas Szwedzi jak wicher ruszyli ku orszakowi królewskiemu.
Tyzenhauz zaś ze swymi ludźmi skoczył ku nim i uderzyli się tak, że aż łoskot rozległ się po górach.
Lecz cóż znaczyła ta nowa tyzenhauzowska garstka przeciw potężnemu podjazdowi, blisko trzysta koni liczącemu.

Nie było już wątpliwości, że dla króla i jego orszaku musi nieubłaganie wybić fatalna godzina zguby lub niewoli.

Jan Kazimierz, woląc widocznie pierwszą od drugiej, wyswobodził na koniec lejce z rąk trzymających je biskupów i posunął się szybko za Tyzenhauzem.

Nagle stanął jak wryty.

Stało się coś nadzwyczajnego. Patrzącym wydało się, że same góry przychodzą w pomoc prawemu królowi i panu.

Oto nagle krawędzie wąwozu zadrgały, jak gdyby ziemia wzruszyła się z posad, jak gdyby bór rosnący w górze chciał wziąść udział w walce, i pnie drzewne, bryły śniegu, lodu, kamienie i okruchy skał jęły toczyć się ze straszliwym trzaskiem i łoskotem na zaciśnięte na dnie szeregi szwedzkie; jednocześnie nieludzkie wycie rozległo się po obu stronach parowu.

Na dole zaś, w szeregach, wszczął się zamęt, ludzką wyobraźnię przechodzący. Szwedom zdało się, że góry runęły i zsypują się na nich. Powstały krzyki, lament druzgotanych mężów, rozpaczliwe wołania o pomoc, kwik koński, zgrzyt i straszliwy dźwięk skalnych obłamów o pancerze.

Na koniec ludzie i konie utworzyli jedną kupę kłębiącą się konwulsyjnie, gniotącą, pełną jęków, rozpaczliwą, straszną.

A kamienie i złamy skał miażdżyły ją ciągle, tocząc się nieubłaganie na bezkształtne już masy ciał końskich i ludzkich.
- Górale! górale! - zaczęto krzyczeć w orszaku królewskim.
- Ciupagami psubratów! - ozwały się głosy na górze.

I w tej chwili po obu krawędziach skalistych ukazały się długowłose głowy, przybrane w okrągłe skórzane kapelusze, za nimi wychyliły się ciała i kilkaset dziwnych postaci poczęło spuszczać się w dół po pochyłościach śnieżnych."*

*Fragment powieści "Potop" Henryka Sienkiewicza

- To ja sprowadziłem górali. Użyliśmy europejskiego wehikułu pierwszy raz. Teraz będzie najlepsze.

Polak wychylił się przez framugę drzwi i krzyknął:
- Showtime! Pokażcie coś bez religii, polityki i wojska. Coś z kultury. A później misję dla Niemca!

Szwajcar podniósł słuchawkę telefonu.

Za parawanem zamigotało, zaświeciło barwami, oficer Agencji Wywiadu odsunął firankę.

Widać było hologram malarza i płótno na stojaku. Artysta mieszał farby, obraz był właściwie skończony.
- Znam to! Portret Simonetty Vespucci pędzla di Cosimo! - odgadł Niemiec.

Oglądam przeszłość! Niesamowite. Ale czad!
- Pierwszy raz widzę... - przyznał polski agent. - A teraz twoje zadanie. To po prostu, robota dla Niemca...
...który zobaczył salę narad, Hitlera i oficerów. I siebie. Tak, siebie! Identyczny on, przestawił walizkę z bombą za nogę stołu!

Hologram zniknął.
- Po śmierci Fűhrera, powstałby kolejny alternatywny świat. Uratujesz Adolfa, a właściwie już uratowałeś. Taki paradoks – wyjaśnił Polak.
- Istny determinizm!
- Możliwe. Tu masz mundur z dystynkcjami pułkownika. - Podał złożone w kostkę ubranie. - A tu mapę i diagram. Spójrz, numer jeden to Adolf Hitler, dwudziesty czwarty jest feldmarszałek Keitel. Dwójka, tuż przy bombie to gen. Heusinger, obok płk Heinz Brandt. Za nimi sam Stauffenberg – jeden z zamachowców. Przestudiuj cały bunkier i Wilczy Szaniec. O północy wchodzisz w holograficzny obraz drzew, w Chronowizor, później drogą do Wolfschanze, przestawiasz bombę i wracasz. Masz jeszcze zegarek z czasów wojny, w przeszłości jest dwunasta dwadzieścia. – Polak wręczył czasomierz i wychodząc, zamknął za sobą drzwi.

Mundur pasował idealnie. Była dwudziesta trzecia trzydzieści, zostało pół godziny. Niemiec czuł nerwowe napięcie, serce biło szybciej. Zerknął jeszcze raz na mapy, wie jak iść, przez głowę przemykały różne myśli. O wielkiej Polsce i wielkich Niemcach. Uratuję Hitlera! Paradoks – już uratowałem...

Wybiła dwudziesta czwarta, (przyszły?) podróżnik w czasie odsunął zasłonę parawanu i postąpił krok naprzód.

20.07.1944

Agent szedł drogą wzdłuż linii drzew, prosto do umocnień; nastawił zegarek na właściwy czas.

Było parno. I grzmiało.

Co jeśli stanę i nie pójdę dalej? Albo bomba wybuchnie za wcześnie? Przecież to już było, to przeszłość, dam radę.

Minął szlaban, strażnicy nie zdziwili się, ze jest pieszo, zasalutowali. Skręcił w lewo, wpierw przez tory trasy Rastenburg – Angerburg, między bunkier ogólny i budynek szefa prasy dra Otta Dietricha. Wprost do baraku narad sztabowych. W korytarzu najpierw w prawo, pomiędzy biurami i łącznością, i wprost przez drzwi do sali z dębowym stołem. Na Hitlera nie patrzył, chciał mieć to za sobą. Przestawił walizkę. Udał, że słucha Fűhrera, omiótł wzrokiem pomieszczenie. Okna były otwarte.

W drodze powrotnej, żołnierze znowu przepuścili Niemca, ten przyspieszył kroku. Uratowałem Hitlera! Co ja zrobiłem? Powinienem ubić jak psa! Posmutniał i cały zgorzkniał. Dotarł do hologramu, czas wracać.

05.03.2020

W Genewie, w biurze, nie było oficera BND tylko przez sekundę. Niemiecki agent usiadł z powrotem na krześle, ukrył twarz w dłoniach. To po prostu robota dla Niemca... Patrzył na encefalograf. Trzeci rysik ani drgnął.

Drgnął za to Niemiec, na dźwięk stukotu maszyny do pisania, przyszła depesza z Polski. A po chwili wiadomość z hitlerowskich Niemiec i Cesarstwa Japonii. Enigma wypisała ostatni wyraz:

Ende

"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

etap II - dogrywka

2
zdecydowanie Magizm realny punktuje
Prawo czy miłosierdzie, mądry wybierze to drugie wypełniając to pierwsze.

etap II - dogrywka

3
Mój głos na tekst numer 4.
Nie jestem w wieku, w którym nieświadomie popełnia się głupstwa.W moim wieku głupstwa popełnia się planowo i z dziką przyjemnością.
Brniesz w mgłę, a pod stopami bagno, uważaj - R.Pawlak 28.02.2018
Zablokowany

Wróć do „Malowane słowem, czyli mistrzowie obrazowania”

cron