Obrazek Weryfikatorium

[ZAKOŃCZONA] Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand (modyfikowana)

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 5245
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

[ZAKOŃCZONA] Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand (modyfikowana)

Postautor: ithi » pn 05 sie 2019, 15:42

Temat: "Ile może pomieścić worek z juty?"
Gatunek: dowolny
Objętość: 15-20 tysięcy znaków ze spacjami max
Termin: 04.08.2019

Oceniać można przez tydzień od wstawienia, tak więc w tym przypadku ostateczny termin wystawienia oceny to 12.08.2019 godz. 23:59. Po tym czasie temat zostanie zamknięty, a punkty podliczone.

Modyfikacja.
Stosujemy zmodyfikowany system ocen.
Każdy oceniający ma do dyspozycji trzy punkty, które w dowolny sposób może rozdysponować pomiędzy tekstami.


gosia

„Szczęście nie polega na tym, że możesz robić, co chcesz, ale na tym, że chcesz tego, co robisz.” (Lew Tołstoj).

Obrazek

Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 5245
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: ithi » pn 05 sie 2019, 15:48

TEKST I

Na podłodze gruby dywan w kolorze krwi. Wielkie biurko, na którym z powodzeniem mogłyby lądować myśliwce, lśniło czystością. Caleb Strathorne przechwalał się, że regularnie poleruje blat tyłkami co ładniejszych petentek, i nawet w jakiejś części stanowiło to prawdę. To tu zapadały najważniejsze decyzje półświatka Lost City. Prowizja od hazardu, podział stref wpływów, podaż narkotyków w przeliczeniu na mieszkańca – Caleb decydował o wszystkim. Najczęściej używanym słowem po przeciwnej stronie biurka było: „Tak”.


Prezes Strathorne jak na mafiosa był raczej typowy. Kwadratowa szczęka, drogi garnitur i okulary, których nie potrzebował. Przygładzone brylantyną włosy nadawały mu wygląd pomiędzy Bono a Alem Pacino, choć z cygarem w ustach, krzykliwie wydając rozkazy, przypominał J. K. Simmonsa ze „Spider-Mana”.


Tego dnia coś wyraźnie nie dawało mu spokoju. Po zakładzie krążyły plotki, że ma obsesję, ale nikt nie odważył się powiedzieć czegokolwiek głośno. Caleb wcisnął przycisk interkomu i połączył się z asystentem:


– Przyślijcie mi tutaj Gronsky’ego i jakiegoś świeżaka.


– Może być Jaros? – padło w odpowiedzi.


– Nawet nie wiem, kto to, kurwa jest. – Machał energicznie rękoma, jakby asystent mógł widzieć jego zniecierpliwienie. – Dawać mi ich tutaj.


Trzy minuty później zdobione dębowe drzwi zamknęły się za dwoma żołnierzami.


Gronsky wyglądał na oazę spokoju, jakby zaraz po zabiciu człowieka mógł od razu położyć się do łóżka i zasnąć snem sprawiedliwego. Sumiasty wąs i śródziemnomorska karnacja kazała myśleć, że ma latynoskie lub meksykańskie korzenie, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd pochodził.


Drugi, młodszy, niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, jak gdyby czekał na rozkazy, dzięki którym wespnie się na sam szczyt. Dołączył do zespołu niecałe dwa tygodnie wcześniej i pałał żądzą wprawienia w ruch imponujących mięśni. Był nadpobudliwy, ciągle drapał się po tatuażu na łysej głowie; widocznie zrobił go niedawno i potwornie swędziało. Calebowi się to nie podobało, ale potrzebował kogoś energicznego do pary ze statycznym, wręcz wyrachowanym Gronskym.


– Słyszeliście legendę o Nocnym Mikołaju? – spytał enigmatycznie.


Gronsky milczał, ale młodzik poczochrał się po łysym łbie i spytał:


– To ten gostek, co popyla nocą po mieście z worem, hehe, na wierzchu? – Caleb uniósł brew i wyglądał nieco jak Dwayne Johnson ze starych filmów. – Babka coś opowiadała, że był taki. Wójta im podobno porwał.


– Gronsky? – Szef zwrócił się do weterana.


Stary wyga cofnął się myślami kilkanaście lat i milczał przez moment, jakby zbierał siły do bitwy przeciwko sobie samemu.


– Widziałem go – powiedział nieco ciszej niż by chciał. – Odbierałem pijanych chłopaków z imprezy. Wpakowałem ich do auta i wtedy… wyszedł zza rogu. Cały na czarno, skradał się. Myślałem, że żul, że będzie żmendał na flaszkę albo papierosa. Na plecach worek, taki zwykły, jak kiedyś był na mąkę. Popatrzył na mnie bez strachu ten gość, potem na auto, pokiwał głową, jakbyśmy nie zdali egzaminu, i odszedł. 
Przerwał na moment, jakby chciał sprawdzić reakcję postronnych. Szef milczał, złączywszy dłonie koniuszkami palców. Jaros patrzył tylko, wyczekując dalszego ciągu historii. Po chwili Gronsky kontynuował.


– Słyszałem legendę. Facet przychodzi znikąd i donikąd odchodzi. Nikt nie wie, czego szuka, ani co ma w worku. Jedni mówią, że bogactwa, że albo idzie kraść, albo wraca. Jak ma pusty worek, chowaj portfel, ale jak ma pełny, to nic ci nie grozi. Drudzy gadają, że nocny, bo grasuje tylko nocą. A Mikołaj, bo worek ma, ale prezentów z niego nie daje, tylko do niego zbiera. Dusze w prezencie dla Szatana.


Gronsky skończył. Zapadła ciężka cisza, której nikt nigdy nie śmie przerwać. Aura grozy zapanowała w pomieszczeniu i zrobiło się jakby chłodniej. Naraz młodzik wybuchnął śmiechem, jakby Gronsky opowiedział wybitny dowcip. Kamienna powaga na twarzy weterana kontrastowała z wesołością rekruta. Jaros śmiał się kułak, aż z oczu pociekły mu łzy. Caleb zmierzył go wzrokiem. Młodzik w jednej chwili przestał się śmiać, przetarł oczy i powiedział:


– Nie no, szefie, sorry, ale koleś zalewa. – Wskazał palcem doświadczonego kolegę. – I mamy teraz niby znaleźć tego typa? Przetrzepać mu wora?


Caleb jedynie zerknął na Gronsky’ego. Ten zaś niespiesznie wyjął pistolet, odciągnął zamek i strzelił chłopakowi w skroń. Uderzenie szarpnęło Jarosem i rzuciło go w bok. Krew trysnęła naokoło. Łoskot upadającego ciała zagłuszył gruby dywan w kolorze czerwieni. Boss wywołał gestem połączenie z asystentem i zakomenderował:


– Przyślijcie tu speca od motywacji na zakładzie. Niech porobi zdjęcia i wywiesi z dopiskiem: „Ci, którzy kwestionują słowa Szefa”.


Energicznym ruchem zakończył komunikat i wstał, bacząc, by nie wdepnąć w karmazynową kałużę. Podszedł do wiernego pracownika i powiedział:


– Gronsky – poklepał go po ramieniu – znam cię od lat, wiem, że porządny z ciebie gość i można na tobie polegać. Chciałem ci dać kogoś z wigorem do pomocy, ale… – Wskazał na dziurę w łysej głowie. – Sam widzisz. Wygląda jakby dopiero teraz cokolwiek mogło mu wejść do głowy. – Nachylił się i spojrzał w otwór. – A przysiągłbym, że nie ma mózgu…


Gronsky skwitował uwagę delikatnym uśmiechem spod wąsa. Nie uszło to uwadze szefa.


– I to mi się podoba. Doświadczony pracownik z wysublimowanym poczuciem humoru. Doceni porządny żart, zamiast rżeć, jak nie przymierzając, wałach. Ale do rzeczy. Skoro znasz legendę, nie muszę ci niczego wyjaśniać. – Wskazał leżące na biurku zdjęcia. – Mam dowody, że facet istnieje. Muszę dostać ten worek, choćby to miała być ostatnia rzecz, jakiej w życiu dokonam. Znajdź tego typa i przyprowadź go do mnie, to awansujesz tak wysoko, jak tylko to możliwe.


Usiadł przy fotelu i wyjął cygaro. Włożywszy je do ust, powiedział:


– I zajmij się tymi od HR –u.


– Znaczy… – Musnął kolbę pistoletu.


– Nie, skąd. – Caleb zaśmiał się. – Wpierdol i do roboty. Niech przykładają większą uwagę do IQ, a mniejszą do muskulatury.



*** 

Richard Simpkins tego dnia był wyjątkowo kontent. Ubił kilka zyskownych interesów na rynku dalekowschodnim, a Natasha, nowa specjalistka od PR –u, dała mu się w końcu zaprosić na kawę. Przejrzał się w szybie swojego Maserati i uśmiech wychynął na jego twarz. „O, tak” – pomyślał. „Na kawie się nie skończy”. Richard ze zdumieniem odnotowywał, jak bardzo prosty jest świat. Jeśli tylko masz kupę forsy i jesteś nieziemsko przystojny, możesz dokonać praktycznie wszystkiego. Sekret? Nie być biednym i brzydkim.


– Przepraszam pana.


Nieznajomy z dziwnym workiem na plecach zbliżył się do Richarda. Ten tylko spojrzał na zegarek i bąknął:


– Ile chcesz, dziadu? Spieszę się.


– O nie, nie, ja nie potrzebuję pieniędzy, ale mogę pomóc panu się wzbogacić.


– Ty mi? – Simpkins uniósł brwi tak wysoko, że jeszcze trochę, a zrobiłyby rundkę dookoła głowy. – Spójrz na mnie, człowieku. – Wskazał po kolei szyty na miarę garnitur, zegarek, auto, a uwaga obcego była dlań wręcz obraźliwa. – To ja mogę ci coś dać.


– Och, z pewnością. Tylko że pan ma wszystko, co można kupić, a ja mam tu coś, czego kupić nie można. – Potrząsnął tobołkiem.


– Gościu, przecież ten worek jest pusty. – Biznesmen wskazał nieodpalonym papierosem.


– Zapewniam, że nie jest.


Tani naciągacz? Magik? A może naprawdę trzyma tam jakieś tajemnice?


Richard przez długą chwilę zastanawiał się, co to może oznaczać. Jakie bogactwa może trzymać obdartus w worku, który wygląda na pusty? Z jednej strony czas go naglił, Natasha czekała w „Berkley’s” a z pewnością nie należała do kobiet, które czas oczekiwania zaliczają do gry wstępnej. Z drugiej paliła go ciekawość.


– Dobra, pokaż co tam masz.


Nieznajomy rozchylił worek i Richard wiedział, że popełnił błąd.



*** 

Gronsky nie wierzył w to, co przed chwilą zobaczył. Widział w życiu wiele dziwów i syfów, ale scena sprzed Maserati podnosiła poprzeczkę. Odpalił silnik i niezwłocznie ruszył za typem.


Dogonił go po kilkuset metrach. Dyskretnie wycelował weń pistolet i rzucił krótkie:


– Wsiadaj.


Nieznajomy bez cienia strachu otworzył drzwi od strony pasażera i wskoczył do środka. 



***

W siedzibie firmy obcy zachowywał się normalnie zupełnie jakby zaproszono go na kawę a nie przed oblicze najgroźniejszego człowieka w mieście. Dał się prowadzić aż do samego gabinetu i bez obaw przekroczył wielkie drzwi. Widok Caleba Strathorne’a za ogromnym biurkiem też nie zrobił na nim wrażenia, co mafioso zauważył nie bez dezaprobaty. 


– Cokolwiek jest w worku, chcę to – powiedział bez ogródek, odpalając cygaro. – Zapłacę. Możesz się wzbogacić albo stracić życie, wybieraj.


– Pokażę ci, jeśli chcesz.


– Dawaj.


– Ale on musi wyjść. – Wskazał głową Gronsky’ego.


Caleb chwilę się wahał, w końcu ciekawość wzięła górę. Skinął ochroniarzowi i ten bez słowa opuścił gabinet. Mafioso wstał zza biurka i, wydmuchując dym, podszedł do nieznajomego.


– No to dawaj.


– Spójrz – powiedział, rozchylając worek.



*** 

Gronsky stał przed gabinetem i czekał na znak. Szef nie lubił zostawać sam na sam obcymi. Nigdy nie wiadomo, z kim masz do czynienia, i choć Caleb nie należał do ułomków, to mimo wszystko dla bezpieczeństwa wolał mieć kogoś u boku. Jednak po kilkunastu minutach stary gangster zaczął nabierać podejrzeń. Dobrze znał przełożonego, nie należało mu przeszkadzać pod żadnym pozorem, ale żaden interesant nie zabawiał tam więcej niż pięć minut bez uprzedzenia. Gronsky miał złe przeczucia. Postanowił wbrew zasadom wejść do środka.


Tam ujrzał tylko nieznajomego. Wyjął pistolet i wycelował.


– Gdzie szef?


Obcy tylko wzruszył ramionami.


– Gdzie on jest?!


– Tutaj go nie ma. – Wstał podnosząc ręce.


– Nie świruj kolego, bo na następne pytanie odpowiesz z kulką w udzie. Gadaj!


– Wszystko wyjaśnię.


– Coś za jeden? – warknął Gronsky. – I gdzie jest szef?


– Opuścisz broń?


– Opuszczę, jak będę chciał ci strzelić w stopę. Siad – wskazał lufą krzesło – i lepiej, żeby gadka była dobra.


Nieznajomy usiadł ciężko i westchnął. Milczał, trzymając w dłoniach najwidoczniej pusty worek.


– W sumie… już i tak po wszystkim. – Podniósł spojrzenie na Gronsky’ego. – Jestem chciwym idiotą. Ukradłem coś, czego nie powinienem w ogóle dotykać. Ech…


Gangster czekał. Lata przesłuchań nauczyły go, że milczenie też jest środkiem nacisku w takiej rozmowie.


– Miałem narzeczoną. Śliczną jak poranek. Mówiłem, że dałbym jej wszystko, ale ona chciała tylko, żebym ją kochał. Ja uważałem, że takie uczucie musi mieć wyraz. Zakradłem się do kościoła Bogini Miłości i ukradłem jej suknię z ołtarza. Wręczyłem ukochanej w prezencie. Najpiękniejsza suknia dla najpiękniejszej dziewczyny. Byłem głuchy na ostrzeżenia. Ludzie powiadali, że ta suknia jest przeklęta, że Bogini Miłości użyła jej, by uwieść tysiące mężczyzn i rzucić w otchłań Boga Śmierci.


Gronsky milczał. Babka opowiadała mu o zmaganiach bogów, o durnych, wydawałoby się, zakładach i zabawach kosztem śmiertelników. Nieznajomy podjął po chwili:


– Kiedy Anna ją założyła, zaparło mi dech w piersiach. Jeśli wcześniej była śliczna, to wtedy… Pobiegła na dół, żeby pochwalić się matce. Nastąpiła na kraniec sukni, potknęła się i spadła ze schodów. Kiedy zbiegłem na dół, już nie żyła.


Przerwał na moment. Gronsky uznał, że facet doszedł do najtrudniejszego momentu całej historii.

– Poszedłem do kościoła. Płakałem, błagałem, krzyczałem i kląłem. Bogini Miłości zstąpiła z ołtarza. Dostałem propozycję. By ukarać chciwość i sprawdzić miłość, dała mi ten pusty worek i nakazała schwytać w niego tysiąc chciwych dusz. Miałem skusić tysiąc nieszczęśników, nie posiadając nic. Jak skusić skąpca bez złota czy kosztowności? – Popatrzył na Gronsky’ego ze łzami w oczach. – Od stu lat błąkam się po świecie i łapię, kogo się da, ale nie dałem rady.


– Demon żeś, czy człowiek?


Obcy podniósł przepełniony bólem i tęsknotą wzrok i jęknął:


– Widziałeś demona zdolnego do uczuć? – Ponownie opuścił głowę ze zrezygnowaniem. – Dziś mija termin. Brakuje mi osiemdziesięciu ośmiu dusz.


Gronsky patrzył na załamanego człowieka. Przypominał mu psa, który wpadł pod samochód przed firmą kilka lat temu. Zwierzę już wiedziało, że jest źle, że z tego nie wyjdzie i wzrokiem szukało pomocy, jakakolwiek miałaby być. Gronsky skrócił jego cierpienia.


Nie wiedział, co zrobić z nieznajomym. Mówiło się o starym weteranie mafii, że nie ma uczuć, że dla niego pociągnąć za spust to jak splunąć. Korciło go, by wyciągnąć gnata, przeładować i skończyć żywot faceta, by nie cierpiał. Po chwili wpadł na pewien pomysł. Powiedział:


– Tak sobie dumam… na dole jest blisko setka chłopców, co by swoją matkę oddali do obozu za parę zielonych. Nadadzą się?


Nieznajomy podniósł wzrok i popatrzył na Gronsky’ego. Nie rozumiał tego, co właśnie usłyszał, jakby gangster mówił w obcym języku i jego słowa nie leżały w kontekście.


– Co masz na myśli? – spytał obcy.


Gronsky od dawna myślał o tym, żeby skończyć z dotychczasowym życiem. Nie pisał się na to, a fakt, że trafił do mafii wynikał raczej z sytuacji społecznej niż życiowego wyboru. Wszyscy chłopcy z jego dzielnicy poszli do wojska, do gangu albo do piachu. Paskudna dzielnica. Stary wyga wielokrotnie rozmyślał o tym, jak by to było, gdyby miał normalną pracę, żonę, może dzieci. Normalne życie. Co to w ogóle znaczy żyć? Patrzył na faceta. Gość wyglądał na trzydzieści kilka lat, mógłby być jego synem. Jak to jest mieć syna?


– No wiesz… – powiedział. – Ile dusz zmieści na raz twój worek?




TEKST II

Nie do udźwignięcia



Szli cichym pochodem, obładowani pustymi, złożonymi kartonami i wielkimi torbami rodem z bazaru lat dziewięćdziesiątych. Grzęźli po kostki w kałużach i lepkim błocie. Samochód musieli zostawić na rozstajach, gdzie kończyły się płyty monowskie, a zaczynała ziemna droga, beznadziejnie rozmokła po tygodniu deszczów.


– Odmłodniał – rzucił Antoni do opartej o płot Stefanii.


Szedł za mężczyznami od słupa telefonicznego. Nie z ciekawości – wiedział, gdzie idą – lecz by przypomnieć sobie stare czasy, gdy za dziecka całą hałastrą śledzili podobnych ludzi, przejęci i nieco przestraszeni. Stefa też wtedy za nimi biegała. Była nastolatką, więc czasem matka kazała jej zanosić pracującym zupę czy kaszę. Teraz, po śmierci Stacha, była najstarsza we wsi – wdziała więc tylko odświętną chustę i wyszła przed chałupę.


– No odmłodniał, odmłodniał – westchnęła, spoglądając za wiodącym pochód, żylastym mężczyzną.


– Babcia zna tych ludzi? Po co idą? – Sięgająca kobiecie do pasa dziewczynka o słomkowych włosach wyrosła u jej boku.


Wcisnęła staruszce laskę do ręki.


– Wyprowadzać pana Stacha będą…


– Co babcia gada? Przecie on już wyprowadzony. Mama mówiła, że jest w tej… kos-te-ni-cy.


– A to tak. Ale dom muszą opróżnić.


– Pan Władek z Filipem nie mogą?


– Nie, nie. Inaczej się wyprowadza taki dom, co to wymarł zupełnie. – Antoni wyciągnął rękę przez płot i zmierzwił włosy dziewczynce. – Do tego to trzeba fachowców, że tak powiem. Oj, fachowców! Pamiętasz, Stefa, jak dom po Jaczkowskich wynosili?


– Pamiętam. Dzień i noc chodzili z tymi pudłami.


– To zaraz po wojnie było – perorował Antoni trochę do małej, trochę do własnych wspomnień. – Wtedy to sporo domów tu do wyprowadzenia było. Jaczkowskiej brata i trzech synów ubili. A potem córka w Warszawie na zapalenie płuc zmarła. Wszystko bezdzietne…


– Aj tam bezdzietnie! Roman żonę i córkę miał, co je do obozu wzięli.


– A tak. No ale jakby nie było, jak Jaczkowska zmarła, to był rodziny koniec. A wielkiej rodziny. Ze dwa tygodnie wyprowadzali dom.


– Tydzień, pamiętam przecież. – Stefania popatrzyła na Antoniego zniesmaczona. – Ostatni tydzień przed rokiem szkolnym. Pamiętam, bo za nimi do miasta szłam. Nowe buty musiałam kupić.


– No może i tydzień.


– I teraz też będą tydzień wyprowadzać? – Mała wbiła wzrok w obciągnięte kraciastymi koszulami plecy oddalających się mężczyzn.


– A kto wie? U Stacha pewnikiem dużo do wyprowadzania. Sam ze sto trzydzieści lat miał. Dom pewno i starszy, ale może krócej im zejdzie. Teraz wszystko nowocześniejsze – odparł Antoni.


– A i ten Wojciech jakby odmłodniał – dodała Stefa.



Mężczyźni po kolei przeżegnali się przy skrytej wśród wierzb figurze Matki Boskiej i skręcili na zarośniętą ścieżkę prowadzącą ku drewnianej chałupie. Stanęli na podwórzu z trzech stron otoczonym budynkami, z czwartej zaś strzeżonym chaszczami pokrzyw, czerwonej porzeczki i agrestu. Wojciech dał znak, by czekali. Przegarnął za uszy rdzawe, sięgające ramion włosy, przygładził beżową koszulę z podwiniętymi rękawami, wytarł dokładnie buty w słomiankę i przekroczył próg sieni. Powitał go wystygły piec i garnuszek przypalonej kaszy manny. Dalej otwierała się spora izba. Niewiele się w niej zmieniło od czasu, gdy rządziła tu Marylka. Lepka przyrzucona była wzorzystą makatą, a na zasłoniętym koronkową chustą stole dumnie tkwił radioodbiornik Jupiter. Nad tapczanem wciąż wisiały obrazki świętych i tylko zdjęć rodziny, poutykanych za ramki, przybyło. Wojciech na chwilę stanął, przyjrzeć się znajomym i obcym obliczom. Ładnym i brzydkim, zadbanym i wyniszczonym, i tylko wszystkim, co do jednego, tkniętym smutkiem przemijania, skrytym pod uśmiechem. Za kolejnymi drzwiami otwierał się przechodni pokój, w którym kiedyś sypiali najmowani pracownicy. Z niego przejść można było do sypialni lub komory, a dalej zagłębić się w labirynt izdebek pobudowanych bez ładu i składu dla szybko rozrastającej się rodziny.


Stach siedział w ciemnościach komory. Dwadzieścia lat wcześniej jego prawnuk postawił tam fotel, poznosił książki, lampę i odmówił wychodzenia nawet na posiłki. Dożył w tym fotelu swoich dni. Teraz jego miejsce zajął zgięty czasem staruszek o opuchniętych oczach i zesztywniałych od artretyzmu palcach. Na jego kolanach tkwiła głowa Rutka – ukochanego psa. Sąsiedzi zabrali kundelka, gdy wyprowadzali ciało, ale kolana Stacha nawykły do ciężaru pupila, a ręka do gładzenia siwej sierści. Psy zaś są wierne.


– Wojciech! – Stach uderzył się wolną ręką po kolanie. – Przyszedłeś mi go zabrać? – Wskazał na łeb.


– Jego też. Wyprowadzić cię przyszedłem – odparł Wojciech.


Głos miał niski i głęboki, ale cichy. Kobiety w dawnych latach mówiły, że przykurzony i nasłuchiwały go z ciekawością. Tak jak i z ciekawością wypatrywały orlego profilu mężczyzny i jego tatuaży pozostałych ze służby na dalekich morzach, gdzie zatrudniali go do sprzątania wspomnień z kajut, a czasem i całych okrętów.



– Pakujcie ostrożnie. Dom będziemy zwijać w przyszłym tygodniu, jak trochę obeschnie. Więc żeby wam jakaś ściana czy komin nie wpadły do pudła, bo potem się będziemy szarpać jak głupi z wypakowywaniem. Jakby ktoś trafił jakieś szczątki ludzkie czy zwierzęce, to nie ruszajcie na razie. Mnie wołajcie.


Wojciech wygłaszał swoją typową mowę, podczas gdy robotnicy przenosili nieboszczyka na lepkę. Nie protestował. Upstrzona zgniłymi wykwitami chorej wątroby dłoń wciąż gładziła łeb psa.


– Starego na koniec? Razem z głową? – spytał szeptem Herman.


– Starego też mi zostawcie – westchnął Wojciech.


Choć Herman i Takeshi pracowali z nim od samego początku – jeszcze na statkach na Morzu Południowochińskim i w Ameryce Południowej – wciąż nie lubił pozostawiać im zasiedziałych zmarłych do wyprowadzania. Zwłaszcza, że stracili do nich serce i cierpliwość, gdy on, w pięćdziesiątym dziewiątym, przygnieciony półwieczem pracy i dwudziestoma latami wojennych wyprowadzek zostawiał im najgorsze ciężary, wierząc, że przejmą firmę. Z tamtego czasu pozostało mu zdjęcie własnej, zoranej głębokimi zmarszczkami, twarzy, zrobione w jakiejś połemkowskiej wsi.



Kartonami zastawiono całą sień, stół w kuchni i podłogi w pokojach. W tumanach kurzu wpadały do środka dywany, zasłony, pościel, materace i stare sienniki zrzucone na sięgający stropu stos. W kuchni, pobrzękując dancingowe hity, leciały sztućce z wybitymi znakami ośrodków wczasowych, szpitala MSWiA i sanatorium w Ciechocinku. Czasem zaplątał się dumny widelec Hefra albo srebrny nóż do ryb. Herman – śniady mężczyzna o włosach zbielałych od słońca – pracowicie wypakowywał szafki w kuchni. Z trudem wyrywał pająkom porcelanowe talerzyki, niebaczny na jazgotliwe protesty malutkich stworzeń.


– Elżunia tyle gadała do tej szafki, tyle gderała, że nawet pająki nauczyła gadać – Stachu, wyciągnął głowę spomiędzy zgarbionych ramion ruchem wychylającego się ze skorupy żółwia i perorował: – Przywiozła ten komplet od swojej ciotki z Czechosłowacji. Filiżanki jeszcze były. Takie w niebieskie wzorki. Wszystkie się wytłukły. Ku zgrozie Elżuni, która chciała nauczyć nas używać spodeczków razem z filiżankami.


Roześmiał się tak, że zapracowany mężczyzna omal nie wypuścił talerzyka. Chciał kopnięciem zamknąć drzwi kuchni, ale natrafił na chłodny wzrok Wojciecha. Pokręcił głową i otworzył kolejne drzwiczki. Na podłogę sypnęła się z lamentem kasza gryczana. Dwaj robotnicy szybko podsunęli pudło, bo sypała się bez przerwy, jakby cała sięgająca sufitu szafka była nią wypełniona. Ale i tego było mało. Przyniesiono kolejne pudło i jeszcze dwa, a potem wielką torbę. Wypełniły się w kilka chwil. Wojciech stał w progu, założył ręce na piersi i bezradnie słuchał wyrzekań nad sypiącą się kaszą.


– Jeść co nie ma, a ta wysypuje! Jezus Maryja! I co na obiad jutro będzie?! Do sąsiadów po prośbie poliziesz czy co? Matko Przenajświętsza! Duże to a głupie. Jedzenie trza szanować. O Boże mój, Boże.


– Ostawcie to, niech leci. Pudeł nam zaraz zabraknie – rzucił któryś z pracowników.


– Ani mi się ważcie. Dom zasypie, zanim się obrócimy – warknął Wojciech.


Przyskoczył do starego, nachylił mu się do ucha.


– Co to z tą kaszą. Co to za lament? Pamięta coś Stachu?


– Szefie, nie mieści się w nic! Ostatnie torby nam zostały. Te na gruz.


– To bierzcie je! Słyszy Stachu?


– Ano słyszy. To po wojnie zaraz. Bida była taka…


– I co?


– Nie mówiła ci Marylka? Przeca jej ciotkę znałeś. Genię, tę co to ni ręką ni nogą. Duża już była, jak ją matula ścierą po łapach smagnęła. Bo ta kaszę, co na trzy obiady miała być, rozsypała. A tu podłoga była wygniła, wszystko między klepki się chowało. Genka się przestraszyła, odskoczyła i jak nie wywinie orła! Upadła. A tak źle, że głową w próg uderzyła. I jak się obudziła, to już więcej ni ręką ni nogą. A dwa miesiące to w Warszawie, w szpitalu leżała.


– Ach, czyli to matka Geni…? Jak z nią dalej było?


– Uleńka jak Uleńka. Z Bogiem sobie wyjaśniła, o córę do śmierci dbała. Tylko Daruś, wiesz, stryjeczny Marylki, jak po latach się dowiedział, to pogłupiał i rzekł, że on na rodzinę patrzeć nie będzie. W komorze z książkami zasiadł i więcej nie wyszedł.


Wojciech machnął ręką. Wyprostował się, chmurny. W kuchni jego robotnicy już po kolana w kaszy stali.


– Ma Stachu coś, w co pakować można? Tutejszego? Starego?


– A worki po mące w szopie zostały. Weź jak potrzeba.



Worków po mące nie brakowało, ale wszystkie zetlałe i przeżarte tak, że rozłaziły się w palcach. W kącie stał jednak jeden cały – ściśle zawiązany, upstrzony pieczątkami i wypełniony kawą, którą przywiózł kiedyś Elżuni wielbiciel. Z samej Argentyny był podobno i wrócił do niej szybko, rozgniewawszy kobietę swymi manierami południowca. Wojciech wysypał zapleśniałe ziarno, krzywiąc się od zapachu. Surowy, jutowy wór podstawił pod szafkę w kuchni i czekał aż kasza przestanie się sypać. Pomieściła się i ta, co w szafce jeszcze została i ta, co ją z podłogi zamieciono i z innych pudeł przesypano. Czterech robotników sprzątało kataklizm, reszta znów rozeszła się po domu, wywlekać zjedzone przez korniki meble i kłócić się z myszami o zetlałe książki.



– Ashi – Takeshi wmaszerował z poważną miną do pokoju.


– Noga? – upewnił się Wojciech.


– So-to-py – odparł Japończyk ze znużeniem.


Obrócił się na pięcie i poprowadził w głąb dziecięcego pokoju, który przez lata zmienił się w składzik. W szafce, obok zużytych butli z gazem, stały faktycznie dwie stopy. Prawa i lewa. Bose, męskie, spracowane mocno, z wrośniętym paznokciem na jednym paluchu, zrogowaciałymi piętami i śladami lekkich odmrożeń. Takeshi wskazał na leżący obok wełniany kocyk. Wykonał enigmatyczny gest sugerujący, że stopy były nim spowite. Wojciech podniósł je ostrożnie. Skrzywił się od zapachu.


– Przynajmniej nie trzydzieści nocników – zaśmiał się Herman, obserwując szefa. – Pamiętasz, nie?


– Pamiętam. Takich domów się nie zapomina.


Stach rozparł się wygodniej na lepce, gdy mężczyzna niósł stopy do worka.


– O! To Waldka! To była dopiero historia. Pamiętasz?


Wojciech zatrzymał się i pokręcił głową, nim poznał, że stary mówi do Rutkowego łba.


– To było na któreś wybory. Poza Elżunią nikt ze wsi nie chciał iść, bo i po co? To poczciwi milicjanci dowozili. Heniek przyleciał nas ostrzec, więc się część rodziny u niego w szopie pochowała. Ale Waldek nie zdążył. Wymawiał się, że śnieg i że zimno, a oni, że zawiozą i przywiozą z powrotem. Butów nawet nie zdążył włożyć. Kurtkę ledwo ułapił. Ale jak dojechali pod szkołę, to wysiadł, wlazł do budynku i drugim wyjściem uciekł. I do domu pieszo wracał. Wyobrażasz sobie?! Z samego miasta, boso, po śniegu!


Stachu śmiał się, klepiąc psi łeb złożony wciąż obojętnie na kolanach, ale jego oczy pozostały smutne. Wojciech zapatrzył się w nie, zahipnotyzowany. Chwyciła go jakaś dziwna duszność, cisnął więc stopy do wora i ruszył na podwórze. Herman zatrzymał go w progu.


– W kredensie stoi jakaś dziecięca skarbonka. Wiesz, taka świnka. Pusta i obtłuczona, ale nie daje się ruszyć. Gryzie w palce i kwiczy, że więcej nie da ani grosza.


– Stachu? – Wojciech spojrzał przez ramię, ale nieboszczyk zapadł się na powrót w swoim świecie.


– Może rozbić i kawałki do tego worka wrzucić? Tak się powinno dać pozbierać.


Twarz Wojciecha wykrzywiła się w niechętnym grymasie. Wymienili z Hermanem porozumiewawcze spojrzenia i śniady wskazał szefowi kredens.



Świnka miała pokaźną dziurę w boku – nieco poniżej zwykłej szczeliny, przez którą wrzucało się pieniądze – i cały ryjek wymalowany w kwiatki i motylki.


– Łapy plec! To Dawidka! Nie dostanies więcej! – poczęła protestować i gryźć, gdy tylko Wojciech zbliżył rękę.


Wyjął z kieszeni zniszczony, skórzany portfel. Wygrzebał kilka drobniaków.


– Dołożyć chciałem.


Znieruchomiała, czujna. Podskoczyła jeszcze, gdy wrzucał monety, ale potem dała się wziąć w rękę.


– Niektóre wspomnienia trzeba sposobem – wyjaśnił zdumionemu pracownikowi Wojciech, niosąc skarbonkę do worka.


– Nie psujcie jej… – Zabrzmiało z lepki. – Przez Franka zrobiła się agresywna. Kradł dzieciakowi drobniaki, jak Marylka nie chciała dać na piwo.


– Stachu wie, że ja niczego nie zepsuję.


Stary podniósł wzrok, w którym tkwiło zaprzeczenie. Nic jednak więcej nie powiedział. Nie musiał. Wojciech skinął mu głową, wcisnął świnkę do worka i pospieszył na podwórze, gdzie dwóch robotników z hałasem pakowało zalegające w stodole kafle, pozostałe z rozbiórki starego pieca.


Wrócił do izby zziajany, by zobaczyć, jak los świnki-skarbonki dzieli wyschnięty wianek polnych kwiatów i cztery ruchliwe myszki, które w latach sześćdziesiątych (a może to były siedemdziesiąte?) pogryzły ukochaną lalkę Elżuni. Takeshi przemawiał do nich po japońsku, głaszcząc wyliniałe futerka tak, jak głaskano je słowami, ilekroć wspominano tę historię. Elżunia nie znalazła sobie sojuszników ani w swoim, ani w kolejnych pokoleniach. Podobnie jak Marylka… Wojciech westchnął i dołączył do dwóch pracowników, rozmontowujących sedes i umywalkę w łazience. Zaraz znów odciągnięto go, bo na strychu leżały połamane palce Frania, przez które nigdy więcej nie zagrał na wiolonczeli. Sama wiolonczela poszła do pieca w trakcie zimy stulecia. Co chwila z zagraconych pomieszczeń wyciągano coś, co żadną siłą nie mieściło się do pudeł ani toreb. Worek z juty zdawał się zaś nie mieć dna i choć Wojciech cieszył się ze swojego trafu, to momentami bał się, że zaraz wpadnie mu tam cała, drżąca z emocji chałupa.



Wreszcie dom opustoszał. Robotnicy wynosili pudła i torby. Zdjęli nieboszczyka z lepki, by zabrać makatę i posadzili na podłodze. Starcza dłoń wciąż gładziła łeb Rutka, a bezsilne od lat nogi, wątłe i powykręcane chorobą, układały się w koślawy wzorek przed starcem. Pośrodku izby pozostał jutowy wór, którego Wojciech wzbronił wynosić. Sam obszedł jeszcze wszystkie kąty. Ściany stały pewnie. Choć osłabione nagłą bezcelowością istnienia powinny dotrwać do wywózki. Gorzej prezentował się dach, który nad połową domu stracił sens już sześć lat temu, gdy zmarł Dawidek. A nawet wcześniej – kiedy chłopak wyjechał z Marylką do miasta.


– Nie szkoda ci? – spytał stary, gdy Wojciech przechodził przez pokój.


Mężczyzna zatrzymał się i usiadł po turecku na ziemi, naprzeciw Stacha. Wyprostował plecy, dłonie oparł na kolanach, jakby zamierzał medytować. Bo w istocie było w tym coś z prawdy.


– Żal – odparł.


– Głupi byłeś. Trzeba było zostać z Marylką. Jej by było lepiej i tobie. Franek do tego domu nie pasował. Ty tak.


Wojciech wzruszył ramionami. Starej głupoty nie mógł załadować do worka i wywieźć na wysypisko. Pozostało mu sprzątać to, co nigdy nie stało się jego.


– Stachu, musimy już kończyć.


– Ja wiem, ja wiem. – Staruszek wtulił nos w szorstką sierść na głowie Rutka i zamarł. – Mogę sam go spakować?


Pomagając sobie rękoma podpełzł do wora. Od lat już nie wstawał, jeśli nie musiał. Pogłaskał ostatni raz psi łeb i gdy Rutek przymknął stęsknione oczy, schował go i zawiązał wór sznurkiem ze snopowiązałki.


– No? Idziesz?



Wojciech wziął głęboki wdech, potem wypuścił powietrze. Bez słowa czekał, aż wszystkie głosy współpracowników przeniosą się na podwórze. Marek zdołał podprowadzić samochód, więc pakowano teraz z zapałem meble i pudła. Takeshi zajrzał do chałupy, ale ujrzawszy dwie tkwiące naprzeciw siebie, nieruchome figury, dał znak kolegom, by ruszali. Dom jęknął pożegnalnie. W stodole posypało się kilka gontów z dachu. A potem wszystko ucichło.



Siedzieli, wdychając nową ciszę wiejskiego domu. Nie tę, będącą przerywnikiem między codziennymi odgłosami domowników, lecz tę, po której nic więcej nie następuje. Czy też raczej to, co następuje należy już do nowego porządku. Wojciech jednocześnie cierpiał i cieszył się, ilekroć ją słyszał. Była znakiem dobrze wykonanego zadania i otwierającej się nowej przyszłości. Ale mężczyznę zawsze pociągał bardziej smutek przeszłości.


– Na mnie już pora.


Wstał płynnie, nie pomagając sobie rękami. Sięgnął po jutowy worek. Zarzucił go na plecy i upadł, przygnieciony ciężarem. Zerwał się zaraz na nogi.


– Zostaw… – odezwał się łagodnie zmarły. – Czasem do takiego wora zmieści się więcej niż człowiek może udźwignąć.


Oczy Wojciecha błysnęły uporem. Nigdy jeszcze nie zostawił niczego przy wyprowadzce. I Stachu to wiedział. Wstał nadzwyczaj pewnie. Rozciągnął zastałe mięśnie, uśmiechem przywitał zgrzytnięcie dawno nieużywanych kolan.


– Ja to zabiorę. Na cmentarz. Poczekam. Za dwa dni mnie pochowają, to zakopią i to. I tobie tak będzie lżej, i mi weselej.


Chwycił jedną ręką worek, zarzucił go na plecy, jakby ten nic nie ważył i raźno ruszył do wyjścia. Wojciech podążył za nim.



Ludzie chowali się do domów i schodzili z drogi. We wsi już rozniosła się wieść, że Wojciech – ten od wyprowadzek – idzie na cmentarz. A gdy szedł na cmentarz, to wiadomo było, że nie sam i że należy dzieci zgonić z podwórza i pozdejmować czapki z głów.


I tylko stara Stefania, zerkając dyskretnie zza zazdrostek, dziwiła się, że tym razem nie dźwigał wielkiego wora, do którego zbierał najgłębiej wrośnięte w dom wspomnienia.




TEKST III

Janotę – jak co dzień – obudził zimy język na twarzy.


- Borowy... - jęknął odsuwając delikatnie psi łeb. - Już wstaję.


Rozprostował kości aż chrupnęło w nie najmłodszym już ciele. Owczarek belgijski siedział obok łóżka. 


Czekał.


- Zaraz coś przygotujemy.


Janota ochlapał twarz wodą z metalowej miski, założył flanelową koszulę. Przejrzał się krytycznie w zawieszonym na gwoździu, krzywo wiszącym kawałku lustra i przeczesał palcami siwiejącą brodę. Podszedł do piecyka i rozpalił na poranną kawę. Drewniana chata i las za oknem wydawały mnóstwo odgłosów. Witały się z gospodarzem.


Mężczyzna założył znoszone, górskie buty, po raz któryś notując w pamięci, że trzeba pójść do szewca i naprawić rozdarcia. Gwizdnął na psa i wyszedł na zewnątrz. Sprawdził siatki i policzył kury, potem obejrzał prowizoryczny wędzok, składzik drewna do kozy.

Wszystko było na miejscu.


- Musimy uważać, Borowy – powiedział cicho, głaszcząc psa. - Na lisy. I ludzi.


Wrócili do chatki. Pies położył się w wielkim wiklinowym koszu, wyłożonym kocem, a Janota otworzył starą, ale dalej działającą lodówkę, na której przypięto magnesem pocztówkę z Oviedo. Wyciągnął pojemnik na jajka i westchnął. Nie musiał go nawet otwierać, był za lekki żeby coś mogło się znajdować w środku. Zalał kawę i usiadł w fotelu.


- Czeka nas spacer, Borowy.



*

Chatka Janoty znajdowała się blisko górskich szlaków, trochę na odludziu. Spacer do sklepu Marszczakowej zajmował mu ponad czterdzieści minut ale Janota lubił spacery. Borowy także. Janota wyrwał kartkę z notesu, zapisał ją szybko równym i starannym pismem, po czym włożył do wyciągniętej z szafki koperty. Przerzucił przez ramię wojskowy plecak, gwizdnął na psa i zamknął za sobą drzwi na dwie wielki kłódki.


Poszli lasem. Borowy biegł kilkanaście metrów przed swoim panem, sprawdzał teren. Janota znał ścieżkę doskonale, chadzał tędy co kilka dni. Po prawej strumień, za chwilę trzeba się wdrapać na skarpę, później przez zwalone drzewo i będą już na szlaku. Potem pół godziny spaceru w dół, do wsi. Z trudem wdrapał się na skarpę i musiał chwilę odsapnąć zanim ruszyli dalej. Pokonanie przewróconego drzewa poszło prościej, Janota wiedział doskonale gdzie są szczeliny w które może wsadzić stopę. Jeszcze odrobina wysiłku i byli już na szlaku. Nie spodziewali się nikogo spotkać, ta trasa była raczej rzadko używana przez turystów. 


Po kilkunastu minutach marszu Janota zatrzymał się gwałtownie. Był stary, mięśnie często odmawiały mu posłuszeństwa, ale wzrok miał nadal dobry.


- Noga! - zawołał.


Borowy natychmiast zawrócił i posłusznie usiadł obok pana.


Przez środek szlaku biegły ślady opon. Terenowego samochodu, bo żaden inny nie dałby rady tutaj wjechać. A pomiędzy nimi, w błocie, leżały cztery wypchane jutowe worki.


- Zostań – powiedział cicho do psa.


Podszedł powoli. Worki były nowe i leżały tu krótko - niezanurzona w błocie część, poza kilkoma śladami po rozprysku, była nadal idealnie biała. Janota przyjrzał się śladom opon. Nie był co prawda jakimś znawcą motoryzacji, ale mieszkając w górach widział sporo terenowych wozów. Ten musiał być spory, wskazywał na to rozstaw osi i głębokość z jaką opony wbiły się w ziemię.


Mężczyzna wstał i delikatnie trącił butem jeden z worków. Nawet nie drgnął – był ciężki, a zawartość nadawała mu nieregularny kształt. Janota wyciągnął nóż myśliwski i naciął kawałeczek worka. 


A potem westchnął, cofnął się kilka kroków na trawę i usiadł ciężko.


Popatrzył w niebo, gwizdnął i uniósł rękę, czekając aż psi łeb się pod nią wsunie.


- Widzisz, Borowy – powiedział smutno. - Są rzeczy których nie pojmuję.


Przez resztę drogi do wsi nie odezwał się do psa ani razu.



*

Po drodze do sklepu wrzucił kopertę do skrzynki na listy Maciejaków. W środku jak zawsze znajdowała się grzeczna prośba o zwrot długu w wysokości czterdziestu sześciu złotych. Janota pożyczył te pieniądze Maciejakowi pięć lat wcześniej. Stary Maciejak zmarł dwa lata później, ale jego córka opróżniała regularnie skrzynkę, a Janota uważał, że długi należy zwracać.


Zakupy zrobił skromne. Karma dla psa, jajka, tytoń, bochenek chleba. Nie wydawał dużo. Czasem jedynie na bimber, ot żeby nie zapomnieć jak to jest czasem zapomnieć.





Kiedy wrócili do domu Janota nasypał psu karmy, a sam skręcił papierosa. Palił w milczeniu patrząc w okno. Stukał palcami w okiennicę. Myślał.


- Zjadłeś? - zapytał psa. - Mamy robotę.


Z walącej się już ze starości, drewnianej kanciapki wyciągnął wózek transportowy. Wiekowy pojazd z dwoma pompowanymi kołami, podłogą z desek i metalowym pałąkiem. Co dziwne, powietrze nadal było w oponach, więc schował przygotowaną pompkę, podwinął rękawy koszuli i popchnął wózek.. Borowy po chwili wskoczył do środka wesoło merdając ogonem.


- Musimy naokoło – powiedział Janota. - Lasem nie damy rady z tym ustrojstwem.
Półtorej godziny zajął im dojazd do miejsca gdzie znajdowały się worki. Mężczyzna z trudem podniósł pierwszy z nich i wrzucił na wózek. Otarł pot z czoła, pochylił się oddychając ciężko. Odpoczął i wrzucił kolejny.


- To nie na moje lata, Borowy – wydyszał. Pies przyglądał się z boku, jakby z troską.


Dwa kolejne były już wielkim wyzwaniem, ale -bardziej chyba za pomocą hartu ducha, niż mięśni – udało się Janocie umieścić je na wózku.


Położył się na trawie i zapalił. Po dłuższej chwili chwycił pałąk wózka i zaklął siarczyście. Wyrzucił dwa worki i ruszył ciężko przebierając nogami. Wyrzucenie ładunku pod domem i powrót po kolejne dwa, z przerwami na odpoczynek zajęły mu prawie cały dzień.


Kiedy wrócił, nie miał siły nawet schować wózka. Ostatkiem sił odstawił go po prostu pod ścianę chaty, a sam tylko zdjął buty i w ubraniu położył się do łóżka.



*

W workach był gruz. Cztery worki gruzu na środku górskiego szlaku.


Janota, chociaż mięśnie paliły go żywym ogniem, wstał rano i zmusił się do wysypania gruzu przed chatą. Planował ubić go kiedy będzie w pełni sił i tym samym utwardzić nawierzchnię. Usiadł ciężko na ławie, zapalił. Obok niego leżała kupka papierów i śmieci, które wyzbierał spomiędzy gruzu. Zaczął je przeglądać. Paragony za farbę i gładź gipsową, rachunek z myjni, brudne od kleju gazety, pocięte kartony, pomięta i brudna pocztówka...


Delikatnie rozprostował kartkę i przyjrzał się jej uważnie. Na zdjęciu widniały wielbłądy, idące po pustyni w blasku czerwonego, intensywnego słońca. Fantazyjny napis poniżej głosił "Greetings from Marocco". Janota obrócił kartkę, przeczytał standardowe pozdrowienia dla całej rodziny, a potem spojrzał na adres. 


Dwie wsie obok.


Kartka przywrócił wspomnienia o synu. O zaproszeniu do Oviedo, o starym walkmanie schowanym w komodzie, w którym znajdowała się kaseta "Hiszpański dla początkujących". 


Kraj do którego nigdy nie pojedzie, syn, którego nigdy nie zobaczy. Przeglądanie map i nauka języka były tylko mydleniem własnych oczu. Ucieczką przed decyzją, która już została podjęta.


Westchnął i pogłaskał leżącego pod ławą psa.


- Musimy odpocząć.






Następnego dnia Janota wykąpał psa w balii, sam włożył najlepszą, kiedyś białą, koszulę i wizytowe spodnie. Na ramię wrzucił skórzaną, wytartą torbę. Nie miał eleganckich butów, więc ubrał górskie. Wyglądał cudacznie i choć zupełnie się tym nie przejmował, to zdawało mu się, że las się z niego śmieje. Nawet maszerujący obok Borowy miał minę jakby się uśmiechał. Ludzie we wsi też patrzyli dziwnie, kiwali tylko zdawkowo głowami w geście powitania i wracali do swoich zajęć. Janota wiedział, że nikt nie zaśmieje mu się w twarz, ale gadać będą, jak to na wsiach.


Wsiadł do pekaesu, Borowego wziął na kolana mimo skrzywionej miny kierowcy. Patrzył na zmieniający się krajobraz i pomyślał, że bardzo dawno nie oddalał się tak od swojego domu.



*

Brama była czarna, kuta w fantazyjne wzory i otwarta na oścież. Janota wytarł buty o trawę, otrzepał ślady kurzu ze spodni i koszuli, po czym wszedł na schody prowadzące do domu, jednocześnie obrzucając wzrokiem niebieską Toyotę Hilux, stojącą na podjeździe.
Nacisnął przycisk dzwonka.


Po chwili drzwi otworzyła kobieta w średnim wieku. Mimo dość wczesnej pory miała ubraną wieczorową suknię, a w dłoni kieliszek wina. Nosiła też mnóstwo złota. Obrzuciła Janotę zdziwionym spojrzeniem, popatrzyła na Borowego, potem spojrzała na dywanik i schody, jakby sprawdzając, czy ich nie ubrudzili. Z piętra dochodziły odgłosy wiertarki.


- Mogę w czymś pomóc? - zapytała chłodno.


Janota patrzył na nią długo. A kiedy otworzyła usta żeby coś powiedzieć, a może kogoś zawołać, wsadził dłoń do torby, wyciągnął stamtąd kawałek gruzu wielkości jabłka i wsadził oniemiałej kobiecie w dłoń.


A potem gwizdnął na Borowego, obrócił się i odszedł.





We wsiach ludzie gadają.


Po jakimś czasie Janota zauważył, że jakoś głębiej mu się kłaniają, nie odwracając zaraz głowy.


A pewnego dnia kiedy wrócił do domu, znalazł kopertę wetkniętą w szparę pomiędzy zamkniętymi na dwie wielkie kłódki drzwiami.


A w niej pięćdziesiąt złotych.



gosia

„Szczęście nie polega na tym, że możesz robić, co chcesz, ale na tym, że chcesz tego, co robisz.” (Lew Tołstoj).

Obrazek

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1584
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Misieq79 » pn 05 sie 2019, 23:09

Autorzy się niestety w stylu podpisali się, więc wyliczę po imieniu. Na strzelaninę B16 przyszedł z nożem, God z rewolwerem, Ad przyleciała szturmowcem. Niech będzie że AD-4. Cztery działka, bomby, nawet można podwiesić kibel.
Obrazek
Wybaczcie, tekst Ad mnie rozwalił. Rob, uwielbiam Twoje knajacko-zakapiorskie miejskie historie ale zestrzel ten szturmowiec z rewolweru.
Tekst I - 0
Tekst II - 2.5
Tekst III - 0.5


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3899
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Thana » wt 06 sie 2019, 10:21

Tekst I - 1
Tekst II - 2
Tekst III - 0

W pierwszym tekście jest fajny pomysł na gościa z workiem, ale klimaty mafijne się nie udały. Drugi - i pomysł piękny, i bardzo ładnie historia poprowadzona. Trzeci jest dla mnie niejasny, nie zrozumiałam, o co chodzi bohaterowi i zirytowały mnie błędy (ubrał buty, miała ubraną wieczorową suknię - co to za język?).


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
P.Yonk
WModerator
WModerator
Posty: 1310
Rejestracja: sob 17 cze 2017, 20:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: cukry.ozdobne.występy
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: P.Yonk » wt 06 sie 2019, 22:17

Tekst I - 0
Tekst II - 1
Tekst III - 2

Dlaczego?
Pierwszy tekst, choć początkowo wydawał się ciekawy, ostatecznie zmęczył. Rosło ciśnienie, rosło – a potem para w gwizdek.
Drugi, naprawdę doceniam pomysł, spójność, jakość tekstu. Niby wywózka wspomnień - choć sama w sobie jeszcze ok, w końcu tak to niemal wygląda - to już rozmowa z nieboszczykiem, duchami-wspomnieniami, jakoś zmęczyła mnie. Myślę, że to był ten moment, gdy fantastyczność historii przekroczyła próg akceptowalnej rozbieżności z rzeczywistością. Poczułem mdłości, jak po zbyt tłustej fusilli z wołowiną w sosie grzybowo-śmietanowym. Dobre, ale potem nie możesz patrzeć przez tydzień.
Najdziwniej było z trzecim. Początkowo nie mogłem się dać porwać. (Być może T.2 zawinił). Przeskoczyłem więc szybko do ostatniej scenki, a potem... Potem czytałem scenki po kolej, ale od końca. Końcówka zrobiła na mnie dobre wrażenie.


"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"
"Jem kamienie. Mają smak zębów."

Awatar użytkownika
Sarah
Poetyfikator
Poetyfikator
Posty: 2476
Rejestracja: pt 14 lip 2017, 18:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Sarah » wt 06 sie 2019, 22:19

Male votum separatum do zachwytów Misqa79,
Tekst II jest dobry, to prawda, to naprawdę dobrze wymyślona i opowiedziana historia. Ale żeby szturmowiec? hmmm :hm:

Tekst I wcale nie jest dla mnie najsłabszy. Ma swoje mankamenty, zdaje się, ze autorowi zabrakło trochę znaków by się moc rozwinąć.
Ale czytało mi się go dobrze, z lekkim uśmiechem na twarzy :) Trochę za ckliwa ta opowieść Mikołaja tłumacząca jego podroż , ale sam pomysł - bardzo fajny:)

Za to Tekst III umęczył mnie okrutnie. Przedzierałam się przez niego niczym naturystka przez pokrzywy, maliny i jeżyny na raz :P
I na dodatek, co rusz się gubiłam. Az zapragnęłam treści w tej treści a odnaleźć jej nijak nie mogłam. Oj coś tu poszło nie tak.. no nie tak Panowie, nie tak !

Punktacja :
Tekst I - 1.5
Tekst II - 1.5
Tekst III - 0


Nie jestem w wieku, w którym nieświadomie popełnia się głupstwa.W moim wieku głupstwa popełnia się planowo i z dziką przyjemnością.

Brniesz w mgłę, a pod stopami bagno, uważaj - R.Pawlak 28.02.2018

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4561
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Rubia » wt 06 sie 2019, 23:06

Tekst I - motywy z klasycznych baśni + nietypowe dla baśni środowisko = mogło być lepiej. Odstrzelenie młodego niedowiarka całkowicie zbędne, detale mafijne zabierają zbyt dużo miejsca, nic nie wnosząc do fabuły, a to przecież nie jest prolog powieści z życia sfer gangsterskich. Raczej skupiłabym się na worku: dlaczego ta końcówka zadania jest taka trudna? Wcześniej chętnie do niego zaglądali, a teraz nie? Zadziałała czarna legenda?
Tekst II - ciekawy i napisany z dużym wyczuciem szczegółu. Taki, powiedziałabym, realizm magiczny według dobrych wzorców :) Uprzątanie domów po zmarłych to właściwie temat-samograj emocjonalny, pod warunkiem, że autor nie popadnie w ckliwy sentymentalizm, czego w tym opowiadaniu, na szczęście, zabrakło. Za to rzeczywistość bardzo szybko staje się nierzeczywista, lecz mimo wszystko - przejmująco prawdziwa.
Tekst III - wszystko się rozwija jak trzeba - ot, takie sobie zwyczajne życie samotnika, trochę dziwaka - aż do końcówki, której nie rozumiem. Właściwie się spodziewałam, że worek z juty musi pomieścić wspomnienia, podobnie jak w tekście II, podobało mi się skupienie na drobiazgach, ale finał jednak okazał się rozczarowujący. No i błędy językowe.

I - 1
II - 1,5
III - 0,5

Na plus wszystkim Autorom liczy się, że worek z juty, nawet jeśli nie był głównym bohaterem, to jednak w każdym opowiadaniu odegrał ważną rolę, nie pojawił się li i jedynie pretekstowo, w tekście na zupełnie inny temat :)


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 630
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Chii » śr 07 sie 2019, 00:16

Kontestuję system ocen, bo każdy i tak zna wygranego. Uważam też, że feedback jest istotniejszy niż punkciki, więc dam Wam jakąś informację zwrotną, co sobie myślałam. Ponieważ Wy wymyśliliście sobie, że są 3 punkty, to uznam, iż są 3 kategorie, które mogę ocenić. Oczywiście, żeby nie było, wymyślę sobie te kategorie. Oto one wraz komentarzem:

1. Pierwszy akapit.
T1: O ile pierwszy równoważnik mnie zaciekawił, to reszta znudziła. Ot, opowieść o macho w półświatku... pewnie jakiegoś postapokaliptycznego świata.
T2: O, jest tytuł, jak miło. Klimatycznie. Torby, bazar, błoto, bieda, deszcz, szaruga. Jestem zaciekawiona.
T3: Takie sobie. Okeeej, ale nic mi to nie robi. Jakiś gość w średnim wieku, z psem (jakie ma znaczenie jego rasa?). Dzień jak co dzień. Sucho. Wzruszam ramionami.

2. Ostatnie zdanie.
T1: Znaczy, że co? Że bohater będzie dalej zabijał, i to masowo? Samo w sobie takie se.
T2: Ładne. Stara Stefania, zazdrostki, wór, wrośnięte, wspomnienia - te słowa mnie złapały. Precyzyjny obraz starej kobiety, które wygląda przez zza krótkich firanek w oknie starego domu (z pociemniałego drewna?) na mężczyznę, który idzie np. drogą, który się rozmywa w coś nieuchwytnego, co przestaje być. Jak wspomnienie. I że ten dom, który jest jakimś centrum wszystkiego, że tu się działo, żyło. Bardzo ładne.
T3: Pieniądze tam, gdzie ich miało nie być. Pewnie te 5 dych wcześniej zniknęło i teraz się odnalazły, i to nie w tym miejscu, co powinny. Wzruszam ramionami tak samo jak przy pierwszym akapicie. Oby to nie była opowieść z rodzaju "poszedłem po bułki". Oby.

3. Całość. (Komentarz spisywany w trakcie czytania)
T1: Byki małe są. Postaci papierowe na początku. Początek taki, że mam ochotę przewinąć dalej, bo go znam, tzn. znam schemat. Szczegóły też mnie nie obchodzą. Nie wierzę w zachowanie postaci, bo zalatuje mi slapstickiem. Nie umiem się nimi przejąć. Dlaczego boss otacza się ludźmi, których zlikwidowanie jest jak zabicie muchy? Czemu nie otacza się wartościowymi dla niego ludźmi, których jednak szkoda zabić, gdy się roześmieją? Acha, pojawia się superbohater z kupą szmalu i grzeszną aparycją... sztampa. Spoko, że jest trochę żonglerki perspektywą - w biurze/przed biurem. Kicz. Ale nie wiem, czy ten dobry kicz. Koktajl z Maserati, Boga Śmierci, Bogini Miłości, supermachobohatera, demonów, przejaskrawionych gangsterów i "wzroku przepełnionego bólem i tęsknotą" jest na granicy. Na razie nie tworzy to żadnej wartości dodanej, jest sumą elementów. I to bardziej taką średniawą, cringową niż cudownie, obrzydliwie kiczowatą. Zatrzymało się na krindżu. Nie wiem, co to jest... czy to jest bajeczka, czy kiczowata opowieść o gangsterach, czy metafizyczna opowieść o czymś tam... Tzn. to może być wszystkim jednocześnie, ale nie jest. Utknęło w półśrodkach. Autorze, jedź ostrzej po bandzie. I druga prośba: stwórz takie postacie, którymi można się przejąć. I trzecia: określ gatunek - i jak już określisz, to idź w niego tak ostro, że będziesz na granicy wypadnięcia z zakrętu.
T2: Ładne słowa, takie mięsiste. I kontekst historyczno-ludzko-życiowy. Obchodzi mnie. Dodatkowo dobra gra z czytelnikiem - na początku wydawało mi się, że to będzie o czym innym, a jest o czym innym. Dobre wyczucie. Czy pudła (kartonowe) były po wojnie? Czy raczej skrzynie? (w dialogu) Dobrze uchwycony sposób mówienia starszych ludzi. Tu szczegóły mnie obchodzą, ubarwiają świat, są jakimś takim nostalgicznym wspomnieniem czegoś, co było. Kolejne zaskoczenie - żywy martwy! Trochę nie wiem, po co tutaj to morze się nagle pojawiło, niepotrzebna dystrakcja. Tatuaże morskie kiedyś też po prostu po wojsku były, tym lądowym. Okej, jednak chyba na coś to morze jest, ale nie czuję się na razie do niego przekonana. Kasza, kasza, kasza! Po kolana! Tak! Utop ich w tej kaszy! Manna z nieba, a gryczana z szafki! Znając Japończyków i ich wymowę, to kwestia "So-to-py" brzmiałaby: "Su-to-pu". Mini-wykład: nie ma u nich "y" i wszystkie zbitki spółgłosek i "y" rozdzielają "u" lub kończą na "u", czyli stopy=sutopu lub stopa=sutopa. Pierdółka taka. Zużyte butle z gazem? Dużo? Dziesięć, dwadzieścia? To by mogło być ciekawe... zbierał butle, by np. zbudować szałas. Hm. Te ziomki, Herman i Takeshi, są trochę z innej bajki, ale jednak stwierdzam, że to dobrze, może tego Hermana nawet trzeba trochę podkręcić. Daję im okejkę. Tu się dziwne rzeczy dzieją... i nie dzieją. Podobają mi się te dziwne rzeczy, jakiś taki dreszcz ekscytacji mam na plecach przez nie. Super! Połamane palce na strychu? Das ist sehr geil! Koniec przepiękny! Autorze/Autorko - chcę Twą powieść! A zaraz potem prawa do przeniesienia jej na scenę! Chętnie przeczytam jeszcze raz, takie ładne. :) Serduszko ode mnie: <3 A, co mi tam, nawet dam trzy: <3 <3 <3
T3: Dziwne imię - spoko. Szewc - spoko. Pocztówka z Oviedo? Co to ma być? Vicky, Cristina, Barcelona? Por que Oviedo? Przecinki. Opowieść rozwija się tak, jak przewidywałam: bohater idzie po bułki. Po drodze wyraża swe cierpienie. O, kupił chleb. Po co ta wycieczka po chleb? Przecież o zwyczajnym świecie bohatera mówisz już w pierwszym zdaniu. Gruz w worku jutowym? Ciekawe. Bardzo sensowne, totalnie się nie przerwie i biodegradowalne... Kto wyrzuca gruz w worku jutowym? Ten bohater też jakiś taki... ech, podjął wielką decyzję, że nie zobaczy już nigdy syna. Nie wierzę mu. Nie obchodzi mnie też to, w co się ubiera. Zapchajdziury i tyle te szczególiki. Tu też jest wieś, podobnie jak w T2, ale strasznie ta wieś płaska, mimo że jest w górach. Szczegóły niczego nie wnoszą do opowieści. ZAKOŃCZENIE JEST TAK SŁABE, ŻE AŻ BOLI. Nie wierzę w nic. Płasko, nudno i bułki czerstwe. Ble.


Dzwoń po posiłki!

Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Pisarz osiedlowy
Posty: 391
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: tomek3000xxl » śr 07 sie 2019, 10:38

Ja krótko, bo żaden ze mnie juror.
Mozna by pomyśleć, że skoro troje ludzi z czołówki Wery, to można przygotować się na ucztę literacką. A tu panie wielki ZONK.
Gdzie tu historia, gdzie czytelnik nie może przestać delektować się bohaterami ich wyczynami. Gdzie te misterne zdania, które czytelnik chciałby zapamiętać i próbować powielać w swoich tekstach.
Nuda, nuda i pisanie na odczepnego.
Najgorszy jest tekst pierwszy, napisany jakby przez małą dziewczynkę, podglądającą ojca gangstera przez rózowe firaneczki swojej sypialni. W drugim i trzecim jest lepiej ze stylem ale porażająco bezbarwne i usypiające.
Tekst1 - 0
Tekst2 - 1.5
Tekst3 - 1.5
Tylko dla tego, że muszę je przyznać.
Wstyd weryfikatorzy, pisarze pokoleń...
Powinniście uczyć, poprawiać, a tymczasem muszę znów kupić nową książkę.

Edit: uprzejmie przypominam, że oceniamy tutaj TEKSTY, nie zaś autorów, ich rangi i zasługi dla Wery. Do wyrażania opinii o tym, co powinni weryfikatorzy, są przeznaczone zupełnie inne miejsca. A czytanie książek zawsze się przyda, Wery nie jest konkurencją dla księgarni.

Rubia



Awatar użytkownika
Wizimir
Pisarz osiedlowy
Posty: 283
Rejestracja: ndz 22 lip 2012, 21:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Wizimir » śr 07 sie 2019, 11:35

Tekst I jest napisany poprawnie, znajduję zaczątek potencjalnie ciekawej historii, ale po wszystkim wzruszam ramionami z lekkim rozczarowaniem. Przez sceny takie jak odstrzelenie młodego kretyna, całość jest dla mnie od początku zbyt komiksowa i nierzeczywista. Postaci pisane grubą kreską, nieciekawe. Motyw ze śmiercią ukochanej i boskim zadaniem zbierania dusz do worka - niestety, nie kupuję tego. Zakończenie bez specjalnego zaskoczenia. Nie zmienia to faktu, że czytało się nieźle - ale zapomnę o tym tekście bardzo szybko.

Tekst II jest ZDECYDOWANIE najlepszy literacko, ma też najciekawszy koncept. Lubię realizm magiczny, tu został wykorzystany dobrze. Mimo wszystko, czysto subiektywnie, w pewnym momencie poczułem się zmęczony powolną narracją połączoną z bombardowaniem mnie sentymentalizmem, choć teoretycznie takie klimaty nie powinny mi przeszkadzać (fan Myśliwskiego z tej strony). Mam dziwne wrażenie, że gdyby odrobinę to opowiadanie skrócić albo dodać mu różnorodności, byłoby jeszcze lepsze. Świetne są za to ostatnie zdania.

Tekst III, jeśli czymś mnie kupił, to klimatem i paroma ładnymi zdaniami. Niestety, nie w pełni pojąłem zamiar autora, zakończenie nie zrobiło na mnie zamierzonego wrażenia, do tego w czytaniu przeszkadzają błędy językowe i zjedzone przecinki. Nie mogę nie mieć wrażenia, że autorowi/autorce zwyczajnie zabrakło czasu.

Punktacja jest następująca:
Tekst I - 0,5
Tekst II - 2
Tekst III - 0,5


“One day I will find the right words, and they will be simple.” ― Jack Kerouac

Awatar użytkownika
brat_ruina
Legenda pisarstwa
Posty: 2168
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
OSTRZEŻENIA: 2
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: brat_ruina » pn 12 sie 2019, 08:12

Tekst I - 0,5
Tekst II - 1,5
Tekst III - 1


Jeszcze raz odwróciłam głowę, by zobaczyć, jak lafirynda odchodzi dumnym krokiem, plaskając głośno pośladkami

Ja sam przeczytałem już ok. 8 000 książek


http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 5_pop4.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 6_druk.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... tu_ABC.pdf

Awatar użytkownika
Iwar
Debiutant
Debiutant
Posty: 403
Rejestracja: sob 27 maja 2017, 15:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Iwar » pn 12 sie 2019, 14:15

T1
Pomysł fajny, ale jak dla mnie realizacja trochę nie gra. Wskażę dwa problemy, za leniwym na więcej. Jeden będzie makro, drugi mikro. Makroproblem zrealizowano w tym zdaniu: "Gronsky od dawna myślał o tym, żeby skończyć z dotychczasowym życiem". Moim zdaniem taki zwrot (akcji? psychiki bohatera?), wypadałoby zasygnalizować wcześniej. Mikroproblem jest tu: "włosy nadawały mu wygląd pomiędzy Bono a Alem Pacino". Osobiście nie cierpię takich porównań. Pop kulturę konsumuję jak pelikan uklejki, ale od autora wymagam więcej niż wskazania paluszkiem na fotosy. I pół biedy jak znam gębę, ale co jak nie znam? Co mi autor chciał przez to powiedzieć?

T2
Dobry tekst. Tylko chyba wolałbym odebrać go jako miniaturę. Nie jest to narracja, raczej zbiór luźnych wspomnień. Obrazki. Ładne, ale jako filister, wolałbym ruchome. Nieruchomość była pewnie zamysłem autora, ale osobiście wolę, gdy to wszystko prowadzi do jakiegoś rozwiązania.

T3
Jest tu coś. Coś, co pomimo takiesobieści pewnych rzeczy w tekście jednak mnie ujęło. Niby powierzchnia wód spokojna, ale jest pod nią jakiś nurt. Może nie porywający, ale wyczuwalny.

T1 - 0,5 - za pomysł

Dalej z oceną mam problem. Bo o ile T2 jest lepszym tekstem, to bardziej spodobał mi się T3.
A więc ostatecznie dam plusa T3, bo wyżej od książek dobrych cenię te, które mi się podobają.

T2 - 1,0
T3 - 1,5



Awatar użytkownika
Romecki
Pisarz
Pisarz
Posty: 4704
Rejestracja: czw 31 gru 2009, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Romecki » pn 12 sie 2019, 14:50

T1 - dobry pomysł, ale słaba realizacja, dla mnie sprawę ratuje puenta. 0,50
T2 - lepszy w zamyśle, ale jednak mnie znużył. Gdyby był ciutkę klarowniej napisany, bezapelacyjnie by zwyciężył. 1,25
T3 - mimo że do puenty prowadzą jakieś dziwne ścieżki (też mam problem ze zrozumieniem), doceniam sposób, w jaki został napisany. Lubię takie klimaty. Więc finalnie 1,25
Tak, uczciwie przed sobą nie umiem wybrać między T2 a T3 :)

Added in 3 minutes 10 seconds:
Edit po przeczytaniu komentarzy: ja tam w ogóle nie zawracałem sobie głowy kwestią, czyj tekst. Nie lubię głosować na nazwiska :)


"Hehe bez przesady. Nie wydaje mi się by komukolwiek z tego portalu udało się wydać książkę, i to jeszcze taką żeby była w sklepach." by Tomek Bordo
"Weryfikatorium to arena nie ma litości nie ma uuu nie ma" by brat_ruina;
Miłek z Czarnego Lasu http://tvsfa.com/index.php/milek-z-czarnego-lasu/ FB: https://www.facebook.com/romek.pawlak

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: MargotNoir » pn 12 sie 2019, 15:47

Ode mnie
Tekst 1: 0.0
Tekst 2: 1.0 Pomysł taki sobie, ale wykonanie zgrabne
Tekst 3: 2.0 Zrobił na mnie spore wrażenie, ale nie dostanie 3 pkt ze względu na rzucające się w oczy ubóstwo konstrukcji zdań. Jeśli zabieg był zamierzony, to do mnie nie trafił. Rozumiem skojarzenie prosty bohater-prosty język, ale IMHO przy takiej narracji to się nie broni.



Awatar użytkownika
Isabel
Dusza pisarza
Posty: 472
Rejestracja: sob 01 sty 2011, 21:25
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Bartosh16 vs Godhand

Postautor: Isabel » pn 12 sie 2019, 19:32

Tekst I : 1
Jakby nierówny - początek bardzo dobry, ale wszystko się w moim odczuciu posypało w momencie pojawienia się wątku fantastycznego. Jakoś mi on nie pasuje w takim mafijnym tekście... No i coś jest nie tak z proporcjami tego opowiadania - początek mocno rozbudowany, a później (od spotkania z Nocnym Mikołajem) jakoś to wszystko leci na łeb, na szyję...
Tekst II : 1,5
Roztentegowała mnie ta historia na drobne kawałeczki <3 Pierwszy zachwyt przy gadających pająkach, później już tylko rósł.
Szacun.
Tekst III : 0,5
Przykro mi, ale dość nijako :( Połówka punktu za Borowego.


Dobra architektura nie ma narodowości.
s


Wróć do „Nowa bitwa!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości