Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Mamika6 vs Sir Wolf - Bestia kryjąca się w człowieku

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Mamika6 vs Sir Wolf - Bestia kryjąca się w człowieku

Postautor: Lan » sob 17 kwie 2010, 11:18

Mamika6 vs Sir Wolf - Bestia kryjąca się w człowieku

Użytkownicy zarejestrowani na forum co najmniej od miesiąca mogą przyznawać opowiadaniom punkty wg schematu:

Pomysł - max 20 punktów.

Styl - max 20 punktów.

Realizacja tematu - max 10 punktów.

Schematyczność - max 10 punktów. (im więcej punktów, tym mniejsze chodzenie utartymi ścieżkami)

Błędy - max 20 punktów. (ort, gram, styl oraz językowe; im więcej punktów, tym mniej błędów)

Ogólnie - max 20 punktów. (wrażenia ogólne, przesłanie, wartości, itp.)

Ocena końcowa - zsumowane punkty





Termin składania prac do 9 maja.

Opowiadania proszę wysyłać do Webera.
Ostatnio zmieniony pt 23 kwie 2010, 09:00 przez Lan, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » wt 11 maja 2010, 21:04

Tekst I

WHO ON EARTH IS ALEXANDER LOOPE?

Las, polana

___Mężczyzna w czarnym płaszczu wstał z kolan.
___Raz jeszcze ogarnął wzrokiem leżące przed nim fragmenty ciała. Najdalej leżały stopy. Później, w zgrabnym rządku, łydki, uda, dłonie, przedramiona i ramiona. Tuż pod nogami mężczyzny leżała kobieca głowa. Martwa, choć wciąż piękna twarz promieniowała krańcowym przerażeniem i krańcowym bólem. Dziewczyna cierpiała do samego końca, morderca zadbał, by wszystko widziała i ani na chwilę nie straciła przytomności.
___Człowiek w płaszczu wyciągnął nowoczesny telefon. Wybrał numer alarmowy, a gdy po drugiej stronie odezwał się dyżurny, spokojnym głosem opisał, co i gdzie znalazł. Prośbę o podanie nazwiska skwitował zerwaniem połączenia. Rzucił martwej głowie jeszcze jedno smutne spojrzenie i odszedł.

Dwa dni później, gazeta, czwarta strona

Kolejna ofiara Siekacza!

Miasto w strachu! Piękna studentka Alexandra L. (20 l.) stała się kolejną ofiarą zwyrodnialca grasującego w mieście. Potwór w ludzkiej skórze od ponad miesiąca bawi się w kotka i myszkę z najlepszymi policjantami w kraju. Okrutny oprawca, słusznie zwany Siekaczem, zmasakrował nieszczęsną dziewczynę i porzucił jej zwłoki w lesie, nie interesując się ich dalszym losem. Ile jeszcze ofiar będzie musiało zginąć, zanim policja wreszcie da sobie z nim radę? Ile jeszcze kobiet zapłaci za niekompetencję naszych stróżów prawa?

Ten sam dzień, główna ulica

___Grafitowy Lexus LS sunął majestatycznie wśród innych samochodów. Z głośników płynęła piosenka Enyi.
___– Długo jeszcze, panie Loope? – zapytała pasażerka.
___– Jeszcze tylko chwilę, pani komisarz. Już prawie jesteśmy – odpowiedział kierowca.
___Przystojna brunetka siedząca na prawym fotelu poruszyła się niespokojnie.
___– Wciąż nie może pani uwierzyć, że na to przystała, prawda?
___– Owszem – odparła sucho.
___– I zastanawia się pani: „czego ten dupek tak w ogóle chce”, prawda?
___Tylko kiwnęła głową. Nie dalej jak minutę temu myślała właśnie tak, słowo w słowo. Czy ten dryblas jest jakimś telepatą?
___Kiedy blondyn w płaszczu przywodzącym na myśl Neo zażądał rozmowy z komisarz Melindą Albrecht, zrazu nic nie wskazywało, że jego życzenie będzie spełnione. Wyraźnie zaznaczyła, iż „nie ma jej dla nikogo, nawet samego prezydenta”. Siekacz (Melindzie przywodziło to na myśl Wojownicze Żółwie Ninja) od pięciu tygodni spędzał sen z powiek wszystkim policjantom w mieście. I wszystkim kobietom.
___Pięć tygodni, pięć ofiar. Każda zabita w sobotę. Ta sprawa nie przypominała niczego, z czym miała do czynienia. Nigdy nawet nie słyszała o niczym podobnym. Zgoda, seryjni zabójcy trafiali się raz na jakiś czas. Niektórzy torturowali swoje ofiary, ale w taki sposób – żaden. Dlaczego zabójca zostawiał tylko głowy i porąbane kończyny? Czy był kanibalem? Po drugim morderstwie informacja o tym, że zabierał tułowie, jakoś trafiła do mediów i sprawa ewentualnego kanibalizmu od razu zaiwtała na jedynki. Teraz, po piątym mordzie, brukowce jakby zaczęły tracić zainteresowanie samym przestępcą. Skupiały się bardziej na dowalaniu policjantom. Ci zaś oprócz pytania o kanibalizm mieli na rozkładzie gdzieś tak tysiąc innych. Ostatnio doszło na przykład pytanie o tajemniczego informatora.
___Albrecht ze współpracownikami tkwiła właśnie nad tymi zagadkami, gdy dyżurny wezwał ją przez interkom. Wyobrażając sobie, jak ten dupek będzie jęczał, gdy osobiście zacznie go kastrować, poczłapała do dyżurki.
___Gdy tam dotarła, po trosze zrozumiała, dlaczego ośmielił się złamać rozkaz. Nieznajomy jakby emanował… Hm, nie zaryzykowałaby użycia takich słów jak „magia” czy „hipnoza”, ale nie dało się zaprzeczyć, że człowiek ten miał niezaprzeczalny autorytet. Autorytet wynikający nie z majątku (chociaż kosztowny garnitur pod rozpiętym płaszczem wystawiał w tym względzie raczej pozytywne świadectwo), nie z pozycji społecznej czy zawodowej, ale z czegoś wrodzonego i znajdującego ujście w oczach, mimice, gestach, postawie. Cholera, gdyby nie obiektywne przeszkody, uznałaby go za atrakcyjny kąsek i obiecujący materiał na stałego partnera – chociaż trzeba przyznać, że wyglądał na bufona.
___Mężczyzna przedstawił się jako Alexander Loope i bez proszenia okazał potwierdzający to dokument. Ponury zbieg okoliczności: nowa ofiara Siekacza nazywała się Alexandra Lapinski.
___– Mam informacje na temat Siekacza – powiedział, schowawszy dowód osobisty do kieszeni na piersi. – Tylko dla pani oczu, tylko do rąk własnych.
___Wyciągnęła rękę, oczekując, że Loope filmowym gestem wyciągnie zza pazuchy kopertę, albo może płytę CD, albo pendrajwa. Tymczasem zagadkowy gość spojrzał na nią jak imam na człowieka, kto przekroczył próg meczetu w ubłoconych kaloszach.
___– Tylko dla pani oczu, tylko do rąk własnych – powtórzył już z normalną miną.
___– Wyjdź – poleciła dyżurnemu, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
___Policjant wycofał się z dyżurki w głąb komendy, ale Loope skwitował to jedynie krzywym uśmieszkiem. Bufon. Zanim zdążyła spytać, co jeszcze mu nie gra, wskazał zamontowaną na suficie kamerę CCTV.
___– Zaparkowałem przed komendą. Zawiozę panią i sama się pani przekona, co mam do zaoferowania. Potem odwiozę z powrotem. Albo do domu, albo gdziekolwiek. Proszę się pospieszyć, czekam maksymalnie pięć minut.
___Wykonał zgrabny zwrot na pięcie i zanim zdążyła zareagować, wyszedł. Tak po prostu, bez pożegnania, bez słowa wyjaśnienia. Zostawił ją tam stojącą jak kołek, z na wpół otwartymi ustami. Sama teraz wyglądała jak dyżurna. I pewnie to właśnie ją czeka, jeśli nie doprowadzi Siekacza do celi śmierci. Żądanie było absurdalne, ale czy miała wybór?
___Oczywiście, że miała. Mogła machnąć ręką i zapomnieć o tym, że ktoś taki jak Alexander Loope w ogóle tu przyszedł. Albo mogła kazać go znaleźć i nawet aresztować. Za utrudnianie śledztwa. Za nieujawnianie istotnych dla śledztwa informacji, które jak sam twierdził, posiadał. Mogła zawołać kolegów i wyciągnąć go z samochodu. Mogła…
___…Mogła usłuchać. Gdzieś głęboko w środku czuła, że ten człowiek mówił prawdę. Czy to dzięki temu, co powiedział? A może dzięki temu, czego nie powiedział. Żadnego przekonywania, żadnego błagania, żadnego cwanego błysku w oku. Przyszedł, powiedział – a teraz take it or leave it.
___Wzruszyła ramionami. Przez interkom przekazała, że wychodzi, nie wie, kiedy wróci, i że będzie pod telefonem. Nie przejmując się pozostawioną w gabinecie kurtką, podążyła za Loope'em.
___Że dawała tym dowód własnej desperacji? Trudno. Była zdesperowana.
___Jakoś niespecjalnie zdziwiło ją, że stanął tuż pod wejściem do budynku, czyli na zakazie. Wyglądał na człowieka, który robił takie rzeczy pięć razy dziennie – raz pod komendą, raz pod remizą i trzy razy przy hydrancie. Stał sobie teraz, oparty tyłkiem o lexusa, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Bufon, straszny bufon.
___Otworzył jednak przed nią drzwi niczym szlachcic starej szkoły. Nawet złożył ukłon i poczekał z zamknięciem drzwi, aż Albrecht umości się na fotelu i zapnie pas. Dopiero wtedy obszedł samochód i wsiadł za kierownicę. Kilka sekund później byli już w zdążającej na północ masie samochodów.
___Albrecht wytrzymała w ciszy jakieś dziesięć minut.
___– Długo jeszcze, panie Loope?
___– Jeszcze chwilę, pani komisarz. Już prawie jesteśmy. Jeszcze tylko kilka minut.
___Poruszyła się niespokojnie.
___– Wciąż nie może pani uwierzyć, że na to przystała, prawda?
___– Owszem – odparła sucho.
___– I zastanawia się pani: „czego ten dupek tak w ogóle chce”, prawda?
___Tylko kiwnęła głową. Nie dalej jak minutę temu myślała właśnie tak, słowo w słowo. Czy ten dryblas jest jakimś telepatą? Już chciała go o to zapytać, ale przyznała priorytet czemuś, co właśnie w tej chwili stwierdziła dzięki nader dobrze rozwiniętej orientacji przestrzennej.
___– Przecież ta ulica prowadzi do autostrady.
___– Owszem, tam właśnie jedziemy. Za kilka minut dotrzemy do zjazdu.
___Przez moment chciała sięgnąć do kabury. Zrobiłaby to, gdyby nie kolejne słowa Loope'a.
___– Musimy się spieszyć. Musimy go powstrzymać, zanim zabije kolejną dziewczynę.
___– Co?!
___– Musimy powstrzymać Siekacza. Dzisiaj znowu zabije.
___– Przecież dzisiaj poniedziałek. Zawsze zabija w soboty!
___– Dziś ostatnia noc przed nowiem. Dziś przełamanie rytuału.
___Co? O czym ten dupek mówi? Odbiło mu, nie ma dwóch zdań.
___– I co to ma znaczyć? Niby że Siekacz to jakiś cholerny wampir? Chłopie, tu jest prawdziwy świat, to nie jest powieść Anne Rice. – Ani Stephenie Meyer, dodała w myślach.
___– Nie, Kurtz nie jest wampirem. Nigdy nim nie będzie, nawet nie chce nim być.
___– Kurtz?
___– Tak się nazywa. Jak ten z „Jądra ciemności”. Zna pani „Jądro ciemności”? – Pokręciła głową. – Warto przeczytać. W każdym razie nazywa się Gustav Kurtz, karateka, lat czterdzieści. Włosy ciemnoblond, oczy… Zresztą to nie ma znaczenia. Niedługo będzie po wszystkim.
___– Chwila, moment! Jakie „po wszystkim”?! Skąd ty to w ogóle wiesz? Dokąd mnie wieziesz? – Wjechali na autostradę. – I o co chodzi temu całemu Kurtzowi? – Wyszarpnęła maleńkiego Glocka 26, odbezpieczyła i wycelowała w głowę Loope'a.
___Ten jakby w ogóle nie zauważył jej starań. Jechał dalej, nie spuszczając oka z drogi i stopy z pedału gazu. Wskazówka prędkościomierza uparcie tkwiła na stu milach na godzinę.
___– Mów!
___Wreszcie zaszczycił ją spojrzeniem. Nie dłuższym niż sekundę. I zaraz jego głowa powróciła do pozycji, jaką powinna zajmować głowa każdego szanującego się kierowcy. Powoli zdjął prawą dłoń z kierownicy, spokojnie przesunął ją za ucho („Pistolet? Jaki pistolet?”, mówiły jego gesty) i podrapał się. Potem sięgnął w kierunku pasażerki i teatralnym gestem przystawił palec wskazujący do wylotu lufy.
___– Niechże pani to schowa. Wszystko powiem, ale jak nerwy pani puszczą i dostanę kulkę przy tej prędkości, to kiepsko to się skończy.
___Miał rację. Zrezygnowana, zabezpieczyła pistolet, ale nie schowała go.
___– Wie pani, wyklepanie i lakierowanie sporo by mnie kosztowało.
___No co za bezczelny dupek! Nie dość, że obrzydliwie bogaty, to jeszcze sprawiał, że czuła się przy nim głupia. Przed chwilą coś jej przyszło do głowy. Postanowiła zaryzykować, może da radę zabłysnąć.
___– To pan zadzwonił w sprawie trupa w lesie.
___Loope spojrzał na nią z ukosa.
___– Mam odpowiedzieć szczerze czy kulturalnie?
___– Szczerze. – Czyżby spudłowała? Kiwnęła głową, że tak, szczerze.
___– Skoro tyle czasu zajęło pani domyślenie się czegoś tak oczywistego, nic dziwnego, że Siekacz wciąż zabija te biedne dziewczyny.
___Zatkało ją. Gdyby wciąż miała pistolet przy jego głowie, pociągnęłaby za spust, słowo honoru. A niechby płacił za lakierowanie, klepanie, niechby nawet kupował cały nowy samochód, jeśli dałby radę przeżyć. No ale trudno, przepadło.
___Odetchnęła głęboko. Przez chwilę próbowała wyliczyć, ile taki lexus może kosztować, ale zaraz odpuściła. Wpędzanie się w depresję w trakcie śledztwa to kiepski pomysł. Niemniej jednak, był to diablo wygodny samochód, świetnie się jechało. Żeby tylko kierowca nie był takim dupkiem.
___– No to słucham. Wyjaśnij mi, o co chodzi temu całemu Kurtzowi.
___– Proste. Odprawia rytuał przemiany w wilkołaka. Chociaż nie, źle powiedziałem. Robi coś, co według niego jest rytuałem przemiany w wilkołaka. Biedny głupek nie wie, że wystawiono go do wiatru.
___Gdyby oczy mogły ułożyć się w znak zapytania, oczy Melindy Albrecht śmigałyby z lewa na prawo na tle pomarańczowego kwadratu.
___– Dobra, powiem tak krótko, jak to możliwe. Moja, hm, organizacja miała na pieńku z organizacją Kurtza…
___– Przestępcza? – Jej głos był niepewny jak dziewica w burdelu.
___– Nie, nie przestępcza. Dobra, może nie jesteśmy zupełnie święci, ale i tak łamiemy mniej przepisów niż większość dużych korporacji. To zresztą nieważne. No więc nakłoniliśmy Kurtza, żeby był naszym kretem. Spisał się dobrze, dostarczył nam potrzebnych informacji, pozbyliśmy się rywali. Proste i logiczne, nie?
___Potaknęła. Ewentualna odpowiedź na pytanie, w jaki sposób się ich pozbyli, napawała ją obawą. Wszystko po kolei, nie łap dziesięciu przestępstw za ogon.
___– W zamian Kurtz chciał dostać księgę opisującą przemianę w wilkołaka. Z oczywistych powodów nie mogliśmy mu jej dać, ale facet się uparł. Nie chciał pieniędzy, nie chciał willi na Bahamach. Nic. Tylko księga i księga, rytuał i rytuał. To w końcu odpaliliśmy mu średniowieczny manuskrypt z naszych zbiorów. Wiesz, w tamtych czasach ludzie mieli różne dziwne pomysły. No więc dostał ten manuskrypt. Cholerstwo napisano po łacinie, do tego jakimś cholernie zanieczyszczonym średniowiecznym narzeczem. Kardynałowie w Watykanie mieliby z tym problem. Jak widać, tłumaczenie zajęło mu bite pięć lat. Byliśmy pewni, że kiedy pozna treść, kiedy pozna formę rytuału, zrozumie, żeśmy zrobili go w jajo, że to tylko rojenia jakiegoś podpitego mnicha. Powścieka się trochę, rozbije parę talerzy i na tym się skończy. Ale ten kretyn uwierzył.
___– Co on, psychiczny jakiś?
___– Dlaczego? Może nie jest wybitnie inteligentny, ale żeby od razu psychiczny?
___– No przecież sam powiedziałeś, że chce się zmienić w wilkołaka.
___– No i? – zapytał, jakby zupełnie nie rozumiejąc, co ją dziwi.
___– No przecież nie ma wilkołaków!
___Znów spojrzał na nią jak ten imam.
___– Ależ są.
___– Wilkołaki?! – Teraz to ona patrzyła jak imam. – Ty chyba kpisz. I co, może jeszcze zasugerujesz, że sam jesteś wilkołakiem? I to takim superwilkołakiem, co to nie boi się światła dziennego? A potem powiesz, że Hitler też był wilkołakiem?
___– Hitler nie. Ale Heydrich jak najbardziej tak. Kojarzysz, jak zginął?
___– W zamachu – odpowiedziała automatycznie. – Chyba w Czechach. – Kojarzyła tylko dlatego, że sama stamtąd pochodziła.
___– Owszem. Chociaż tak naprawdę zmarł nie bezpośrednio w zamachu, ale na skutek zakażenia krwi. Zakażenia srebrem. Gabčík, Kubiš i Valčík używali bardzo szczególnej amunicji oraz bardzo szczególnych granatów. Lekarze nie mieli pojęcia, z czym mają do czynienia, więc… – Znacząco zawiesił głos. – Gdyby wiedzieli, gdyby ktoś im wytłumaczył, jak leczyć wilkołaka zakażonego srebrem, uratowaliby go.
___Albrecht milczała, oszołomiona. Jechali dalej.
___– Podobnie było z Jeżowem. Właśnie dlatego nie wiadomo, kiedy i jak go stracono. NKWD miało z tym… Powiedzmy, że niejakie problemy. Nie mieli bladego pojęcia, jak go zabić. Donieśli o tym samemu Stalinowi. Przypadkowo usłyszał to stary Tatar, który służył na jego daczy i to on im wyłożył, co i jak. Przez jakiś czas moja organizacja podejrzewała, że wilkołakiem mógł też być Hoover, ale ostatecznie okazało się, że nie. Widzisz, one lubią zajmować się strukturami bezpieczeństwa, zwłaszcza nie do końca jawnymi. A my, to znaczy moja organizacja, wybacz, że używam takiego bezpłciowego terminu, no ale moja organizacja lubi wiedzieć, kto ma, a kto nie ma w sobie wilczej krwi.
___– A ty? – szepnęła.
___– Co ja? Czy ja też jestem wilkołakiem?
___– Aha.
___– A jak myślisz?
___– Kurde, nie wiem. I chyba wolę nie wiedzieć.
___Rozmowa zdechła.
___Lexus wciąż ciągnął sto mil na godzinę. Albrecht udawała, że patrzy to na drogę, to na krajobraz, ale w rzeczywistości raz po raz zerkała na Loope'a. Czy miał w sobie, jak to określił, wilczą krew? Nie mogła go rozgryźć, ale czy w tej okazji ktokolwiek mógłby mieć do niej o to pretensje? Przecież właśnie przekonywał ją, że istnieją wilkołaki. Mało tego, że dochodzą do szczytów władzy. A ona, Melinda Albrecht, sceptyczka patentowana… Ona chyba mu uwierzyła.
___Tymczasem on siedział sobie za kierownicą, sztywny jakby się całą noc krochmalił, i nawet na nią nie spojrzał.
___Gdyby chciała napisać marysuistyczny thriller, właśnie taki byłby jej główny bohater. Po pierwsze: przystojny, ale nie metroseksualny. Po drugie: inteligentny, tak w stylu Jacka Reachera. Po trzecie: trochę bufonowaty. Choć może nie aż tak bardzo jak Loope.
___Lexus zaczął delikatnie wytracać prędkość i przesunął się na pas zjazdowy.
___– To tutaj? – Albrecht bezwiednie zacisnęła dłoń na rękojeści Glocka.
___– Nie. Po prostu jestem głodny. Wiesz, normalny, ludzki – położył na to słowo szczególny nacisk – odruch. Tu jest motel na godziny i pizzeria. Lubisz hawajską?
___– Tfu, nie cierpię ananasów.
___– Ja też nie – odparł i chyba po raz pierwszy ciepło się uśmiechnął.
___Zaparkował przed motelem tak samo jak wcześniej przed komendą: dokładnie naprzeciwko wejścia. Gdyby ktoś wybiegał ze środka i nie patrzył przed siebie, rozpłaszczyłby się na masce limuzyny. No trudno, widać ten typ tak ma.
___Władcą absolutnym w recepcji był pryszczaty nastolatek. Sądząc po gwałtownym geście, jakim zareagował na widok wchodzących, właśnie przeglądał „Hustlera” albo chociaż „Playboya”, a teraz martwił się, czy aby nowi goście tego nie dostrzegli. Zupełnie jakby ich to obchodziło.
___– Dwójka na godzinę – powiedział Loope.
___– He, he, tylko na godzinę? – Recepcjonista łypnął na kobietę, szczególną uwagę poświęcając piersiom.
___– Zgadza się. Tylko na godzinę – potwierdził Loope. Miał teraz tak lodowaty głos, że gdyby w jego ustach siedział pingwin, biedny ptak zamarzłby na śmierć.
___– W porządku, jak sobie życzysz. Ale wiesz, u nas jest tanio, a twoja laska wygląda na taką, co to ma duże oczekiwania, he, he.
___Loope odwrócił głowę i spojrzał na Albrecht. Stała tam prawie na baczność, z całych sił zaciskając usta.
___– Obraziłeś panią – oznajmił Loope. Głos nie ocieplił się ani na jotę.
___– He, he, sorry. – Chłopak wyszczerzył żółte zęby.
___– Spójrz tam – polecił Loope, pokazując lewą ręką gdzieś w przestrzeń po tamtej stronie. Chłopak posłusznie obrócił głowę w prawo.
___Prawa ręka Loope'a wystrzeliła do przodu. Objęła recepcjonistę za potylicą, palce sięgały pewno aż do ucha. Zanim dzieciak zdążył się zorientować, Loope pociągnął do siebie i głowa młodego grzmotnęła o biurko, wgniatana w blat potężną dłonią.
___– Obraziłeś panią – powtórzył Loope, wciąż tym samym głosem.
___– Przepraszam, przepraszam, Jezu, przepraszam, puść mnie, przepraszam, nie chciałem, puść mnie, puść, proszęjezukrdebolipuśśśśśććććć…
___– Czujesz się usatysfakcjonowana? – zapytał Loope, nie spuszczając oczu z ofiary.
___– Chyba tak – odparła. – Tak, na pewno tak, możesz go puścić.
___Puścił.
___Dzieciak osunął się na krzesło, dysząc. Przerażony, na granicy płaczu, wbijał wzrok w swojego oprawcę.
___– Dwójka na godzinę – powtórzył Loope. – I przyniesiesz nam pizzę do pokoju. Dwie duże z podwójnym serem, na koszt firmy. Byle nie hawajskie. – Położył na blacie opłatę za pokój i nie pytając o pozwolenie, sięgnął do tablicy z kluczami. – Numer czwarty – poinformował i szarmanckim gestem zaprosił Melindę, by zechciała wstąpić na schody.
___Pokój, o dziwo, miał łazienkę i toaletę w dwóch odrębnych pomieszczeniach, co wyraźnie przyspieszyło czynności higieniczne. Akurat doprowadzali się do porządku, gdy ktoś zastukał do drzwi. Recepcjonista przyniósł pizzę. Drżącymi rękoma przekazał je Loope'owi i czym prędzej wykonał nieskoordynowany odwrót na pozycję w recepcji.
___Loope położył je na stole i otworzył pudełka. Z szynką. Świetnie.
___Albrecht usiadła obok. Zjedli pizzę w milczeniu. Dopiero przy ostatnim kawałku policjantka odważyła się zadać konkretne pytanie.
___– Jak ty to zrobiłeś, że nakłoniłeś dyżurnego? Miał wyraźnie przykazane, żeby mi nie przeszkadzać.
___– Mam dar przekonywania – odpowiedział z delikatnym uśmiechem.
___– W to nie wątpię – przyznała, wkładając do ust ostatni kęs pizzy. – Ale ty go przekonałeś do złamania rozkazu. To nie może być takie proste. Nawet dla ciebie.
___– Rozbierz się – polecił tonem klienta cukierni proszącego o podanie tego tutaj ciastka, bo ma dużo lukru.
___– Coś ty powiedział?!
___Loope przybliżył się i spojrzał Melindzie w oczy. Przez chwilę miała wrażenie, że szare tęczówki tęczówki błysnęły szmaragdowo.
___– Rozbierz się – powtórzył. Tym razem głos był niepokojąco głęboki.
___Wstała i sięgnęła pod szyję.
___Rozpięła pierwszy guzik białej koszuli. Nie czuła się zmuszana. Nie czuła, że postępuje wbrew sobie. Byłaby gotowa zeznać to pod przysięgą.
___Rozpięła drugi guzik. Po prostu chciała pokazać mu swoje ciało. Jak na czterdziestolatkę miała przecież naprawdę piękne ciało.
___Rozpięła trzeci guzik. Jest od niej młodszy, ale na pewno mu się spodoba.
___Złapał ją za rękę, gdy sięgała do czwartego guzika.
___– Wystarczy – powiedział.
___Spojrzała nierozumiejącym wzrokiem na dłoń obejmującą jej nadgarstek, na częściowo rozpiętą bluzkę i widoczny pod nią koronkowy biustonosz. Nie zamrugała, nie potrząsnęła głową, nie zrobiła nic z tych rzeczy, jakich spodziewać by się mógł ktoś wychowany na hollywoodzkich filmach.
___– Już rozumiesz? – zapytał, puszczając jej rękę.
___– Zahipnotyzowałeś mnie, prawda?
___Zaczęła na powrót zapinać bluzkę. Nie czuła gniewu, choć przecież powinna. Powinna dać Loope'owi w twarz. Wróć! Powinna rzucić się na tego dupka, wydrapać mu oczy, wykastrować go! Jak on śmiał? Powinna wyciągnąć pistolet i go zabić.
___– Zauważyłaś, że wszystko pamiętasz?
___Zauważyła. Właśnie dlatego nie czuła gniewu. Podświadomość zwyczajnie jej na to nie pozwalała. Rozebrałaś się dobrowolnie, szeptała świadomej części mózgu. Nie dlatego, że cię poprosił. Dlatego, że sama chciałaś.
___– Nie zahipnotyzowałem cię. I nie przejąłem kontroli nad twoim umysłem. To była… Myślę, że „sugestia” to dobre słowo. Bardzo mocna sugestia oczywiście.
___Albrecht skończyła zapinać bluzkę i z powrotem usiadła.
___– Ty to nazywasz sugestią?
___– Z braku laku.
___– A twoje oczy? – zapytała, mając na myśli szmaragdowy błysk. Jestem idiotką, skarciła się w myślach. Tylko ci się wydawało. Bufon zaraz mnie wyśmieje.
___– Dodatkowe wsparcie, dla lepszego efektu. Mógłbym też przesunąć dłoń przed twoją twarzą, jak Jedi w „Gwiezdnych wojnach”. Ale wiesz, nie muszę tego robić twarzą w twarz. Mogę przez telefon. Ba, mogę to zrobić nawet listownie. Ale wtedy musiałbym dołączyć swoje zdjęcie i mieć pewność, że adresat je obejrzy, zanim przeczyta list.
___– I do czego byłbyś w stanie mnie zmusić?
___– Ciebie? Do wszystkiego.
___Po plecach Melindy przebiegło stado lodowych mrówek.
___– Pewnie myślisz teraz o tym, czy mógłbym cię zaciągnąć do łóżka. Oczywiście, że bym mógł. Mógłbym sprawić, że z rozkoszą oddałabyś się dowolnemu mężczyźnie i poświęciła najbardziej zboczonym i obrzydliwym praktykom, jakie jest w stanie wymyślić człowiek.
___Przełknęła ślinę. Loope mówił o tym tak spokojnie, tak beznamiętnie. Jak profesor na wykładzie. Jego głos wywierał jednak, na przekór treści, uspokajający wpływ.
___– Na szczęście mama dobrze mnie wychowała. Staram się być dżentelmenem. – Zademonstrował czarujący uśmiech numer dwa i sięgnął po szklankę.
___– Ile utrzymuje się taka… sugestia?
___– Ile zechcę. Jeśli popracuję nad kimś przez kilka godzin, efekty mogą być dożywotnie.
___Jedzenie w żołądku Melindy zaczęło domagać się wyjścia na światło dzienne tą samą drogą, którą weszło. Ten człowiek mógłby ją… Mógłby sprawić, że…
___– Nie bój się, nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Może nie jestem szczególnie tolerancyjny, ale nie jestem też Fredem Phelpsem.
___Oczywiście. Jak mogła przypuszczać, że on tego nie wie?
___– To co, jedziemy? – powiedział po chwili. – Godzina już prawie minęła, a przed nami jeszcze trochę drogi.
___– W porządku, ale chyba jesteś mi dłużny wytłumaczenie, nie uważasz?
___– Uważam. Co konkretnie chcesz wiedzieć? Czy jestem wilkołakiem?
___Zamyśliła się.
___– Jesteś. Taka supermegahipnoza u człowieka? Nie ma mowy. Jesteś wilkołakiem.
___Loope wybuchnął śmiechem.
___– Piękna dedukcja, pani komisarz, nie ma co. Ale przykro mi. Nie trzeba mieć w sobie wilczej krwi, aby wykształcić taką umiejętność. To kwestia treningu. Długiego bo długiego, ale tylko treningu.
___Znów się zamyśliła. Coś jej umykało. Nie brała pod uwagę jakiegoś elementu układanki.
___– Coś takiego byłoby przydatne w trakcie przesłuchań – rzekła, niepewnie zmieniając temat.
___– Może kiedyś. Jeśli dobrze się spiszesz, niewykluczone, że udzielę ci paru lekcji.
___– Spiszę? Co ja właściwie mam robić? Jaki masz plan?
___– Bardzo prosty: zlikwidować Kurtza.
___– Zamierzasz go zabić z zimną krwią?
___– A dlaczego nie? Przecież sama zamierzasz go wpakować do celi śmierci.
___– Ale to co innego. To jest wyrok w majestacie prawa.
___– Nie żartuj. Jak masz karaluchy w kuchni, to też ciągasz je po sądach, żeby uzyskać pozwolenie na dezynsekcję?
___– Porównujesz człowieka do karalucha?
___– Nie, masz rację, to nieuczciwe z mojej strony. Karaluchy robią przecież tylko to, co każe im instynkt. Nie mają żadnego wyboru. Kurtz miał wybór. I wybrał źle.
___– No dobra, załóżmy, że przyjmuję twój punkt widzenia. I co? Czego ode mnie oczekujesz?
___– Wsparcia. Nie powinienem mieć kłopotów ze zlikwidowaniem Kurtza, ale jeśli nastąpi ten jeden przypadek na milion, chcę mieć za plecami kogoś, kto wie, co robi.
___– A skąd ta pewność? Przecież mówiłeś, że to karateka.
___– No właśnie. – Pstryknął palcami. – I już go nie ma. Zresztą nie zamierzam się do niego zbliżać bez przygotowania. W bagażniku mam broń.
___– O. – Nawet nieszczególnie ją to zdziwiło, ale wypadało jakoś zareagować.
___– Coś jeszcze?
___– Tak… Jedna sprawa nie daje mi spokoju, odkąd o tym wspomniałeś. Jak ty to ująłeś? Pozbyliście się tej organizacji, dla której robił Kurtz, tak? Co to znaczy? Jak nie chcesz, to nie odpowiadaj, ale zabiliście ich?
___– „Było nas trzech, w każdym z nas inna krew”. Znasz tę piosenkę? Nie jest tutejsza. Polska, stara. Znasz?
___– Nie.
___– Tak myślałem. No ale tak właśnie to wyglądało. „Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel”: wykonać zadanie. Poszliśmy tam. Mieliśmy od Kurtza plany budynku, rozkład ochrony, absolutnie wszystko, co mogłoby się przydać. Szło jak po sznurku od pierwszego do ostatniego momentu. Płot, okno, sypialnia, kulka w głowę przewodniczącego, kulka w głowę przewodniczącej, notabene jego żony, okno, płot, do widzenia.
___Zastanawiała się, czy kojarzy przypadek tego morderstwa. Loope wspomniał, że minęło pięć lat. Podwójne morderstwo, najwyraźniej w jakiejś willi. Hm. Nie, doszła do wniosku, że nie.
___– Gdzie to było?
___– Soczi. Rosja.
___No tak, nic dziwnego, że nie kojarzyła. Ale wynikało z tego, że „organizacja” Loope'a prowadzi bardzo międzynarodowe interesy. Ciekawostka.
___– Idziemy – zakomenderował.
___Poszli.
___Dzieciak w recepcji za wszelką cenę próbował udawać, że jest niewidzialny. Chyba nawet rozważał zasłonięcie oczu. Ja nie widzę ciebie, ty nie widzisz mnie.
___– Słuchaj – zagaiła, gdy wjeżdżali z powrotem na autostradę. – Opowiedz mi jeszcze o tej hipnozie, sugestii, jak zwał tak zwał. Rozumiem, co możesz osiągnąć w ten sposób, ale nie pojmuję, jak. Jaka jest psychologiczna natura tego?
___– Czytałaś kiedyś Oscara Wilde'a?
___– Nie miałam tej przyjemności.
___– „Wywierać na kogoś wpływ znaczy to samo, co obdarzać go swoją duszą. Człowiek taki nie posiada już wówczas własnych myśli. Nie pożerają go własne namiętności. Cnoty nie należą już do niego. Nawet jego grzechy, jeśli w ogóle grzechy istnieją, są zapożyczone od kogoś innego”. Wilde wiedział, co pisze. Bardzo dobrze wiedział. A ja niczego więcej ci nie powiem, bo sam nie wiem. Nie rozumiem, jak to działa. Wiem tylko, że działa.
___Postanowiła zmienić temat na bardziej istotny.
___– Wiesz dokładnie, dokąd jedziemy?
___– Oczywiście. Znam treść manuskryptu, z którego korzysta Kurtz. Ale trudno mi zrozumieć, jak mógł uwierzyć w takie bzdury. Tyle w tym logiki, co wartości literackiej u Pintera: zero. No i te zaklęcia, inkantacje. Matko… Największy kant w historii do czasu Blondlota i jego promieni N.
___– No dobra, to jeszcze jedno. Co daje zmiana w wilkołaka? Dlaczego Kurtzowi tak na tym zależy? Bo podejrzewam, że nie sprowadza się to do przemiany w wilka przy pełni księżyca.
___– Owszem, pełnia nie ma tu nic do rzeczy. A przemiana w wilka… – Zamyślił się. – Tak, myślę, że można tu mówić o częściowej, podkreślam: częściowej przemianie w wilka. Co zyskujesz na tym, że masz w sobie krew wilka? Szybkość, zręczność, siłę, refleks, typowe umiejętności przydatne w walce. Przyspieszoną regenerację zmniejszoną wrażliwość na ból. Odporność na większość chorób. A do tego długowieczność. Ale nie nieśmiertelność.
___– Jak długo może żyć taki wilkołak?
___– O ile nic go nie zabije: co najmniej sto lat od przemiany.
___– A jak… No, jak… się można przemienić. Nie żebym chciała, ale… – Ale zaczynało jej to chodzić po głowie. Ciekawe, czy to boli.
___– Zwróć uwagę, że nieprzypadkowo powiedziałem: mieć w sobie krew wilka. Chodzi dokładnie o to. O transfuzję pewnej ilości krwi. Krew wilkołaka jest, że tak powiem, agresywna, działa trochę jak wirus. Łączy się z krwinkami organizmu, do którego ją wprowadzono, i dokonuje rekombinacji genetycznej. Jeśli ugryzie cię wilkołak, samo to nie grozi niczym oprócz wycieczki w jedną stronę na tamten świat. Chyba że ma paradontozę i krwawią mu dziąsła.
___Nie zdążyła pomyśleć nad kolejnym pytaniem. Lexusem nagle zarzuciło. Wyraźnie przekraczając dopuszczalną prędkość, Loope skręcił na koniczynkę węzła drogowego. Wjechali na idący górą wiadukt i już po chwili mknęli drogą niższej kategorii. Kilka minut później odbili w prawo (Loope bodaj ani razu nie tknął hamulca, jedynie odpuszczał pedałowi gazu) i już zdążali w kierunku ciągnącego się obok autostrady lasu.
___Zatrzymali się dopiero po przekroczeniu linii drzew.
___– Jesteśmy na miejscu?
___– Mam nadzieję…
___Spojrzała nań pytającym wzrokiem.
___– Las jest duży. Może być gdziekolwiek. Rytuał… a raczej „rytuał” – powtórzył jadowicie – tego nie precyzuje. Ruletka. Postawiłem na jego wygodnictwo. Uznałem, że nie będzie mu się chciało jechać dalej, że nie będzie się jakoś szczególnie ukrywał. Tylko tyle, żeby nie przeszkodził mu nikt przypadkowy. Jeśli się pomyliłem, zginie kolejna dziewczyna. Na szczęście już ostatnia. Chyba że odbije mu i dojdzie do wniosku, że to on coś pomerdał, a rytuał jest w porządku. Wtedy pewnie go powtórzy.
___Wysiedli. Loope wyjął z bagażnika dużą sportową torbę. Wyciągnął matowoczarną bluzę i spodnie i zaczął zdejmować ubranie. Płaszcz, buty, skarpety, marynarka, koszula. Albrecht bezczelnie gapiła się na jego tors. Wyglądał jak ożywiony Dawid Michała Anioła, tyle że miał bardziej męską twarz. Teraz stał przed nią w samych slipach i chociaż nie zaszczycił jej nawet ułamkiem swojej jaśnie wielmożnej uwagi, zaczęła się zastanawiać, czy aby nie pozostawił jej odrobiny tej swojej „sugestii”. Tak sobie na niego patrzyła i patrzyła. I podobał jej się, choć przecież wcale nie powinien. Cholerny Goebbels.
___Gdy naciągał rękawy i nogawki, zwróciła uwagę na wyjątkową elastyczność materiału. Dobrze przylegał do ciała Loope'a, lecz równie dobrze leżałby na człowieku o siedemdziesiąt funtów cięższym. Ciężkie, wojskowe buty, grube rękawiczki. Jej strój zupełnie tu nie pasował.
___– Przygotuj broń – polecił. – I od tej pory trzymasz się za mną. Zbyt łatwo cię zauważyć.
___Bufon. Dupek. Ordynus. Co on sobie myśli? Że miałaby chodzić do pracy w battledressie, na wypadek, gdyby akurat przyszedł jakiś facet i chciał ją wyciągnąć do lasu na polowanie na morderców?
___Tymczasem święta trójca Bufona, Dupka i Ordynusa w jednej osobie kontynuowała przygotowania. Loope delikatnie przyciemnił twarz czarną szminką, głowę obwiązał czarną chustą, nałożył kamizelkę taktyczną i znów sięgnął do bagażnika. Wyjął drugą, identyczną torbę, ale po tym, jak ją podnosił, oraz po dźwięku, jaki wydała, gdy ją postawił, dało się poznać, że tym razem zawartość jest znacznie cięższa.
___Bawiąc się Glockiem, bardziej przywodzącym na myśl zabawkę niż prawdziwy pistolet, Albrecht patrzyła, jak Loope wyciąga z torby wystarczająco dużo broni, aby wyposażyć całą drużynę piechoty. Sześć egzemplarzy broni strzeleckiej, w tym subkarabinek, do tego magazynki, kilka flashbangów, Kabar, garota. I on to wszystko wiózł przez miasto. No ładne rzeczy.
___Nóż przytroczył do uda, granaty do kamizelki, Glocka (większego niż ten, którego obracała w palcach Melinda Albrecht) wsunął do kabury na piersi. Zastanawiał się tylko, którą broń maszynową wybrać. Wreszcie sięgnął po coś, co dla laika wyglądało jak przerośnięty pistolet. Uzi. Do kamizelki powędrowały jeszcze dwa magazynki.
___Torby wróciły do bagażnika. Błysk kierunkowskazów potwierdził aktywację centralnego zamka.
___– Ruszamy. Nie sposób orzec, ile mamy czasu.
___Nie szli utartą ścieżką. Loope, jakby kierując się węchem, kluczył między drzewami, czasem przystawał, by spojrzeć w niebo, to znów na jakieś drzewo czy krzak, albo po prostu na ziemię, szukając chyba śladów. Czasami nawet podbiegał kilka metrów. I prawie nie oglądał się na ledwo nadążającą Melindę Albrecht, która raz po raz gratulowała sobie, że akurat tego dnia nie założyła do pracy szpilek.
___Jej serce łomotało jak stado mustangów na prerii. Maszerowali tak chyba z pół godziny i już tylko patrzyła pod stopy, bo zwyczajnie nie miała…
___Wpadła na plecy Loope'a z taką siłą, że na chwilę zabrakło jej tchu.
___– Milcz – szepnął ostro i wskazał przed siebie.
___Pomiędzy drzewami, trochę na lewo od Loope'a i Albrecht, prześwitywała czerwona terenówka, pewnie Jeep Wrangler.
___– Dziesięć kroków za mną – rozkazał, wciąż szeptem. – Pistolet w gotowości. Ale nie waż się strzelać bez pozwolenia. Jasne?
___Potwierdziła energicznym ruchem głowy. Niemal czuła, jak pracują nandercza, pompując do krwiobiegu roczny przydział adrenaliny. A już bez wątpienia czuła skutek tak hojnego przydziału. Czy adrenalina wpływa też na zdolność logicznego myślenia? Nie była pewna, jak dokładnie działa ten hormon, ale z pewnością zaczęła myśleć logiczniej. Co też jej przyszło do głowy? Jak mogła dać się wywieźć do lasu? A on? Wyglądało na to, że zamierza wyskoczyć na Kurtza jak bohater kiepskiego filmu akcji. Czy on w ogóle wie, co tam zastanie? Jeśli Kurtz ma wspólnika, Loope dostanie kulkę i koniec zabawy. Będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli dostanie tylko jedną.
___Patrząc trochę obok, a trochę ponad ramieniem Loope'a, zaczynała już dostrzegać to, co działo się na polanie. Widziała trzech mężczyzn. Wszyscy odwróceni tyłem, chyba pochyleni. Nad ofiarą? Prawdopodobnie tak. Na pierwszy plan wyskoczyła kolejna myśl: spóźniliśmy się?
___Loope zaczął iść szybciej.
___Jeden z mężczyzn przyklęknął.
___Loope puścił się biegiem.
___Z polany dobiegł przeraźliwy krzyk. Krzyk kobiety.
___Wciąż biegnąc, Loope puścił serię ponad głowami tamtych. Klęczący wypuścił z ręki coś błyszczącego, chyba duży nóż. Wszyscy jak na komendę odwrócili się, ich ręce pomknęły do kabur przytroczonych do pasków.
___Loope stanął pomiędzy drzewami, uniósł broń i prawie nie celując, strzelił.
___Głowa bandyty z lewej eksplodowała fontanną krwi.
___Loope obrócił się w kierunku środkowego. Ciemnoblond włosy, mniej więcej czterdzieści lat. Kurtz.
______Strzał rozbrzmiał, zanim jeszcze Loope zdążył do końca ściągnąć spust.
___Loope zachwiał się. Odchylił do tyłu. Pociski z Uzi poszybowały w powietrze.
___Bandyta po prawej strzelił po raz drugi.
___– Loope!
___Albrecht skoczyła w kierunku Loope'a, który właśnie skrył się za drzewem, by uniknąć kolejnych pocisków. Powstrzymał ją gestem. Kulejąc, przebiegł za kolejne drzewo. Dwa strzały, dwie kule uderzyły w korę. Kolejne drzewo, jeszcze jeden strzał. Byle dalej od nich. Wreszcie usiadł za grubym dębem i dopiero wtedy, również gestem, przywołał policjantkę.
___– Gdzie cię trafił? – krzyknęła, zanim jeszcze do niego dotarła.
___– Lewy bark, prawe udo. Nic poważnego. – Jego głos nie zdradzał bólu, który na pewno musiał czuć. Nie tak dawno temu tym samym tonem wyjaśniał, jak może hipnotyzować ludzi.
___– Świetnie – uniosła broń i zerwała się do biegu.
___Prawie upadła, gdy złapał ją za kostkę.
___– Akurat dasz sobie radę z tym śmiesznym pistolecikiem.
___– No to co mamy zrobić? Przecież zaraz zabiją tę nieszczęsną dziewczynę.
___– Nie zdążą. Ofiary nie zabija się nożem. Raczej chcieli tylko zedrzeć z niej ubranie. Do zabójstwa jeszcze długa droga, jakiś kwadrans.
___– Wzywam wsparcie, może zdążą. – Wyjęła z kieszeni starą Nokię.
___– Nie zdążą. Nie znajdą tego miejsca tak łatwo. Pamiętaj, że nie szliśmy ścieżką. A Kurtz i reszta przyjechali raczej z drugiej strony polany, tu nie było żadnego duktu.
___Albrecht czuła, że pod jej powiekami gromadzą się łzy. Sama nie da sobie rady z dwójką morderców, choćby nawet wzięła broń Loope'a. A oni niemal na jej oczach zabiją bezbronną dziewczynę.
___Powinna chyba jakoś opatrzyć Loope'a. Przecież może się wykrwawić. Z drugiej strony…
___– Zrób coś! – wrzasnęła.
___– Odwagi – odparł spokojnie. – Zaraz zrobię – Na jego ustach wykwitł uspokajający uśmiech.
___– A co to niby ma znaczyć?
___Loope wstał. Może niezbyt energicznie, ale też nie jak człowiek, który przed chwilą zarobił postrzał w nogę. Łagodny uśmiech na jego twarzy nabrał wilczej drapieżności.
___– Nic strasznego – wskazał na bark. – Już nie takie rzeczy przeżywałem. Chociaż ostatnio postrzelili mnie chyba ze trzydzieści lat temu.
___Trzydzieści? Przyjrzała się z bliska jego twarzy.
___– Ile ty masz lat?
___– A na ile wyglądam? – Zdjął z głowy chustę i zsunął z ramion kamizelkę. Broń zachrzęściła, upadając na runo.
___– Na trzydzieści parę.
___Jego oczy błysnęły szmaragdowo.
___(Oczy! Właśnie to jej umykało! To jest ten element układanki! Jaki człowiek mógłby się nauczyć czegoś takiego?!)
___Drgnął i znieruchomiał, wydawało się, że jednocześnie naprężył wszystkie muskuły. Jego sylwetka przygarbiła się, ale jednocześnie spotężniała, jakby nagle przybył mu cetnar masy mięśniowej.
______Szczęki delikatnie wysunęły się do przodu, na twarzy wyrosła ciemnoszara sierść. Oczy błyszczały zielenią.
_________Rozbrzmiał ryk przywodzący na myśl raczej tygrysa niż wilka.
____________Alexander Loope wyskoczył zza drzewa i popędził w kierunku polany.
___Melinda Albrecht wyglądała zza drzewa jak mała, przerażona dziewczynka.
___Kurtz i jego kumpel na pewno usłyszeli ryk. Stali z pistoletami gotowymi do strzału.
___Loope wyskoczył spomiędzy drzew. Strzelili.
___Któryś chyba nawet trafił, ale na wilczej bestii nie zrobiło to zauważalnego wrażenia.
___Loope doskoczył do bandyty po prawej. Uderzył weń całym impetem masywnego ciała i niemal wgniótł w glebę. Zanim tamten zareagował, w jego szyi utkwiły zęby. Loope szarpnął głową w tył. Wyrwał tyle ciała, że głowa prawie oddzieliła się od tułowia.
___Kurtz strzelił ponownie. Trafił gdzieś w okolice żołądka, ale zyskał tylko tyle, że Loope zwrócił nań uwagę. Wstał z martwego już ciała i ruszył na człowieka, który marzył, by stać się takim jak on.
___Loope powoli ruszył w jego stronę. Stawiał kroki spokojnie, bez pośpiechu, z jakąś kinową manierą. „Każdy mój krok w twoją stronę to twój krok w stronę śmierci”. Jak w hollywoodzkim filmie, ale to działo się naprawdę. Przesunął się w bok, tak że rozdzielał teraz Kurtza i jego ofiarę. Albrecht zrozumiała. Podbiegła do dziewczyny leżącej bez przytomności na trawie. Drobna, delikatna blondynka, 5 stóp i jeden, dwa cale. Buzia jak u aniołka. Mogła mieć siedemnaście, osiemnaście lat.
___Dotknęła palcami jej szyi.
___– Żyje! – krzyknęła do Loope'a, ale ten nie zwrócił nawet uwagi.
___Albrecht widziała potężne plecy napinające czarny materiał battledressu. Spoza jego sylwetki dostrzegała tylko od czasu do czasu rękę czy nogę cofającego się Kurtza.
___Znowu strzelił. Albrecht instynktownie pochyliła się, osłaniając leżącą dziewczynę, ale zaraz zrozumiała bezsensowność takiego ruchu. Kurtz na pewno celował w Loope'a, a z takiej odległości nie tylko nie mógł spudłować. Choćby chciał, nie trafiłby w nic innego. Powinna się chyba przejmować, jak działają na niego te strzały, ale jakoś zupełnie jej to nie martwiło. Nic nie wskazywało, że Kurtz mógłby mieć srebrne pociski.
___Nagle Loope skoczył naprzód.
___Mało brakowało, a zasłoniłby sobą to, co zrobił Kurtzowi. Melindzie Albrecht przemknęło przez myśl, że może tak byłoby lepiej.
___Prawa ręka (łapa?) Loope'a uderzyła w pistolet Kurtza i razem z nim wyrwała trzymające go palce. Zanim mózg tamtego zdążył zareagować, zanim kazał ustom krzyknąć, a drugiej ręce złapać zmasakrowaną kończynę, Loope pochylił się i zacisnął zęby na tym, co z niej pozostało. Szarpnął głową i Kurtz nie miał już prawej dłoni.
___Wilcza bestia nie wypluła tego, co odgryzła.
______Albrecht poczuła, że robi jej się niedobrze.
_________Kurtz wył.
___Dobrze mu tak, pomyślała Albrecht. Tak samo wyły jego ofiary. Rozdzierająco, ogłuszająco. Aż po rozdarcie krtani. Aż po ostatnie cząsteczki powietrza w płucach.
___Loope złapał go za szyję. Albrecht zrobiła dwa kroki w bok, aby lepiej widzieć jego dłoń. Była porośnięta sierścią, pazury przebijały skórę Kurtza. Ale zasadniczo – to były dłonie człowieka, a nie zwierzęcia.
___Kurtzowi zabrakło powietrza. Umilkł.
______Loope uniósł go nad ziemię. Jedną ręką. Na niej zacisnęła się lewa dłoń Kurtza.
_________Oczy mordercy wyszły z orbit. Zrozumiał, że umiera.
___– Loope! Nie!
___Obrócił na nią szmaragdowe spojrzenie. Spojrzał z powrotem na człowieka, którego trzymał i z którego kropla po kropli wyciskał życie.
___– Loope! – podbiegła do niego. – Loope, to nie jest sposób. Trzeba go postawić przed sądem. Dostanie karę śmierci, nie ma dwóch zdań. Ale dostanie ją w majestacie prawa. Nie zniżaj się do jego poziomu. Loope!
___Spojrzał na nią. Spojrzał na Kurtza.
___Szarpnął ręką i czoło tamtego zderzyło się z jego czołem. Nieprzytomny Kurtz opadł na trawę.
___Loope drgnął i znieruchomiał, wydawało się, że jednocześnie naprężył wszystkie muskuły. Jego sylwetka wyprostowała się, ale jednocześnie zeszczuplała, jakby nagle ubył mu cetnar masy mięśniowej. Znów był człowiekiem.
___(O ile w ogóle był człowiekiem…)
___– Po co byłam ci potrzebna? – zapytała, gdy Loope uklęknął przy Kurtzu i zaczął go obszukiwać.
___– Żeby ludzie się dowiedzieli, że są już bezpieczni – odpowiedział. W jednej z kieszeni znalazł zapalniczkę. Ronson Whirlwind. Kosztowne cacko. Odwróciła wzrok, gdy Loope przytknął płomień do rozszarpanej ręki Kurtza.
___– Tylko po to?
___– Wyobraź sobie, że znajdujecie tych trzech. Sama sobie odpowiedz na pytanie, co by się wtedy działo. Raczej zaczęlibyście szukać kolejnego mordercy. I to takiego, co łazi po lesie z wilkiem.
___– No tak…
___Wstał i spojrzał jej w oczy.
___– Będzie żył. Ale zrozum jedno: jeśli nie dasz mi dobrego powodu, żebym ci go odstąpił, usiądę tu, poczekam, aż odzyska przytomność, a potem rozerwę go na kawałki, dokładnie tak, jak on zabijał te biedne dziewczyny. Słucham.
___– Loope… Wiem, że zrobisz, jak zechcesz. Domyślam się, że masz za sobą jakieś sto, dwieście, może nawet tysiąc lat życia. Że widziałeś takie rzeczy, jakie mnie się nawet nie śniły. Ale spójrz na to z mojej perspektywy. Z perspektywy tego narodu, tych czasów. Ten człowiek i tak umrze. Trafi na krzesło elektryczne. Nie ma innej opcji. Może trochę mniej boleśnie, może później… Za to będzie czekał na śmierć przez wiele miesięcy. Będzie się odwoływał, ale tak naprawdę będzie cały czas wiedział, że nic mu nie pomoże. Chcesz, żeby cierpiał? Więc będzie cierpiał. Psychicznie. I długo.
___Loope pokiwał głową.
___– Czy będę mógł patrzeć, jak umiera?
___Zasępiła się.
___– To może być problem. Prawo do obserwowania egzekucji przysługuje tylko krewnym ofiar.
___– To nie będzie problem – odparł. – Alexandra Lapinski była moją córką.
Ostatnio zmieniony wt 11 maja 2010, 21:23 przez Weber, łącznie zmieniany 2 razy.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » wt 11 maja 2010, 21:06

Tekst II

[center] Noc Krystiana [/center]

WWWPrzez cały ranek Andrzej uwijał się w palącym słońcu. Miał dwadzieścia lat, dwa metry wzrostu i plecy szerokie jak autostrada. Lepki pot spływał mu strużkami po karku i wsiąkał w materiał koszuli. Przyciasne ubranie trzeszczało w szwach przy każdym ruchu, gotowe rozedrzeć się na strzępy; w miasteczku Brzezie nie było sklepu dla nietypowych.
WWWDuży Andrzej. Andrzej Wielkolud.
WWWMiał w pierony innych problemów, ale starał się o nich nie myśleć. Nie było to przesadnie trudne – prawdę mówiąc, od kiedy skończył sześć lat, myślenie wcale nie przychodziło mu łatwo.
WWWSiedział cicho i robił swoje.
WWWZaczął od razu po śniadaniu, usuwając z trawnika wszystkie sprzęty, które mógłby zmieść wiatr. Gromadził je najpierw przed małą szopą za domem, a potem usiłował jakimś sposobem pomieścić je w środku. Nikt specjalnie nie dbał o schludność posesji i kiedy wreszcie praca dobiegała końca, szopa była zawalona po dach. Najwięcej trudności sprawił olbrzymi stół, przy którym od lat nikt nie siedział – był zgniły i cuchnął. Andrzej nie był pewien, czy mógłby go unieść wiatr, ale jego także zawlókł do szopy, tak na wszelki wypadek. Zatrzasnął rozklekotane drzwi i prawie natychmiast o nim zapomniał. O wielu sprawach zapominał.
WWWPoczłapał ze szklanką wody pod daszek werandy i opadł na schodki, ledwie się mieszcząc między barierkami.
WWWDochodziła dwunasta.
WWWPo wypalonym słońcem trawniku naprzeciw bliźniaczki Wilczyków ganiały z ogrodowym wężem, chlapiąc wodą na prawo i lewo. Gdzieś w domu dziewczynek głośno grało radio. Andrzej wysłuchał piosenki Bajmu i Wilków. Chyba się zdrzemnął, ale nie był pewien.
WWW– Czyniący spustoszenia u sąsiadów huragan Krystian słabnie i prawdopodobnie oszczędzi nasz kraj – zadudnił nagle głos spikera i Andrzej rozchylił powieki. – Meteorolodzy ostrzegają jednak przed bardzo silnym wiatrem, który uderzy nocą. Apelujemy o sprawdzenie budynków pod kątem wrażliwości na wichurę, a także zaopatrzenie apteczek w lekarstwa i podstawowe środki opatrunkowe. Porywy wiatru mogą uszkodzić linie wysokiego napięcia, dlatego radzimy zabezpieczyć się na ewentualną możliwość braku prądu. Powtarzam…
WWWAndrzej spojrzał w lewy narożnik podwórka. Na trawniku pod drzewem stała lotnia, wyciągając ku niebu potężne skrzydło i odbijając promienie sobotniego słońca. Zdawała się tylko czekać, aż ktoś ją uwolni.
WWWJuż niedługo, pomyślał i uśmiechnął się.
WWWKiedy pan Marek, ze sklepu żelaznego po drugiej stronie miasteczka, zaproponował mu wywiezienie uszkodzonej konstrukcji na złom (o mało mnie to cholerstwo nie zabiło!, powiedział mu w sekrecie), Andrzej zgodził się natychmiast. Nie wiedział nic o lotniach, oprócz tego, że potrafią unieść człowieka w powietrze, i nawet to nie było mu to potrzebne, by wynieść ją na śmietnisko, ale z jakiegoś powodu pan Marek dorzucił mu także fachową książkę – jak obiecał, było w niej wiele kolorowych obrazków.
WWWPrzez następne dni Andrzej studiował je w pokoiku na piętrze, ze skupieniem godnym naukowca, często powracając na strony, które sumiennie zaznaczał kawałkami tekturki, a czasem dorysowując coś ołówkiem. Nigdy dotąd nie czuł takiego podekscytowania. Rozszyfrowanie ilustracji graniczyło z cudem, dobrze o tym wiedział, jednak tym razem postanowił, że nie da za wygraną.
WWWO mało mnie to nie zabiło! Wierz mi, Duży, to cholerstwo to gwarantowana śmierć!
WWWAndrzej wierzył.
WWWWkrótce potem zatęchłą piwnicę domu wypełniły potworne stukoty młotka, ogłuszające trzaski spawarki i zgrzyt piłowanego metalu. Nie milkły przez wiele kolejnych dni, a kiedy nadeszły pierwsze komunikaty o huraganie, Andrzej był gotowy. Od rana słuchał...
WWW– Długo jeszcze będziesz się obijał? – Głos, który dobiegł go zza pleców, był ostry i brzydki, przypominał chrobot szczura pomykającego kanałem ściekowym.
WWWAndrzej zacisnął dłoń na szklance, omal jej przy tym nie miażdżąc. Mało brakowało, aby się odwrócił. Od kilku lat matka niczym w niego nie rzuciła, ale miał głęboko w pamięci poprzedzony bezdusznym świstem łomot mosiężnej popielnicy odbijającej się od czoła – akurat ją zapamiętał.
WWWPopielnica śmigała w jego stronę; czerwone litery wokół przewijały się szybko z prawa na lewo niczym napisy w świetlnym neonie, coraz większe i większe, aż wreszcie zobaczył je zupełnie wyraźnie i mógłby je odczytać, ale nie potrafił. Miał sześć lat i naukę alfabetu dopiero przed sobą. Nigdy już nie miał nauczyć się czytać.
WWW– Tak, mamo.
WWW– Tak, mamo. Tak, mamo. – Kilka kropel śliny opadło mu na kark. – Może byś wreszcie ruszył dupę.
WWW– Tak, mamo. – Odłożył szklankę na schodek.
WWW– Najpierw nabierzesz wody ze studni – powiedziała. – Napełnisz nią wszystkie wiaderka, po kolei. A kiedy skończysz, naprawisz furtkę i zamocujesz okiennice.
WWWNie odwracając się, ze sztywnymi ramionami, bez słowa ruszył po schodkach.
WWW– W rękach zamierzasz wodę nosić? Wiadra są w kuchni, matole!
WWWWykonał błyskawiczne w tył zwrot. Stefania Kukułka stała w drzwiach, z rękami podpierającymi boki i wyrazem twarzy ławnika na procesie Teda Bundy'ego. Wchodząc po schodach, Andrzej patrzył pod nogi, ale i tak widział jej oczy, nieruchome i zimne jak u ryby. Kiedy ją mijał, odniósł wrażenie, że kobieta zamierza trzepnąć go w kark. Wcisnął głowę w ramiona, ale matka go nie dotknęła. Przestała go bić mniej więcej wtedy, kiedy przestała rzucać ciężkimi przedmiotami, a może nawet stało się to równocześnie. Andrzej nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego.
WWWCzuł, jak odprowadza go wzrokiem do kuchni i z powrotem. Schodząc z wiaderkami po schodkach, zdał sobie nagle sprawę, że wokół zapanowała dziwna cisza, ale obrócił się dopiero, kiedy na powrót dzieliła ich bezpieczna przestrzeń podwórka. Chociaż stał na ziemi, wcale nie musiał specjalnie unosić wzroku, żeby spojrzeć jej w oczy.
WWW– Wystraszyłaś dzieci – powiedział z wyrzutem.
WWWPopatrzyła ponad nim na drugą stronę ulicy, skąd dziewczynki sąsiadów obserwowały ich pełnymi niepewności oczami.
WWW– Głupie bachory – splunęła na schodki. – Nic, tylko się wydzierają od samego rana. Powinny być, smarki, w szkole.
WWW– Są wakacje.
WWW– Co tam znowu pyskujesz?
WWW– Nic – szepnął Andrzej. – Powiedziałem, że są wakacje.
WWWJej oczy zwęziły się w szparki. Wyglądały jak dwie poziome kreski nabazgrane przez fatalnie sypiającego trzylatka; miały w sobie dokładnie tyle dobroci i ciepła, co potwór czyhający w kurzu pod łóżkiem.
WWW– No proszę, proszę! – wyszczerzyła zęby. – Jaki mądrala!
WWWAndrzej oblał się rumieńcem. Popatrzył na swoje buty, ubabrane ziemią. Prawy miał dziurę w miejscu największego palca; niedużą, ale paskudnie wystrzępioną. Kiedy uniósł palec, zobaczył kawałek brudnej skarpetki.
WWWStefania zarechotała. Przez chwilę patrzyła na niego z wyrazem złośliwego rozbawienia na twarzy, a potem uśmiech nagle spełzł jej z ust, pozostawiając tylko zjadliwy grymas.
WWW– W życiu to coś nie poleci – syknęła.
WWWAndrzej poderwał głowę.
WWW– Poleci!
WWW– Pierdoły! I dokąd się tym wybierzesz?
WWW– Nie wiem. Daleko. – Ściągnął brwi w wyrazie najwyższej koncentracji. Kiedy wreszcie znalazł właściwe słowo, twarz pojaśniała mu nagle, a na usta wystąpił uśmiech. – Bardzo daleko – powiedział głośno.
WWWI naraz uśmiech zgasł, niczym płomień świeczki włożony do wody. Wyraźniej niż przez powiększające szkło zobaczył, jak jej dłonie powoli zamykają się w pięści, wargi układają w idealnie poziomą kreskę, a broda pod nią z lekka zaczyna drżeć. Pamiętał bardzo dobrze te pięści i dobrze pamiętał te usta. Pamiętał też popielnicę z czerwonym napisem, który rósł i rósł, aż wreszcie Andrzej mógł go zobaczyć zupełnie wyraźnie. A potem stało się coś bardzo złego i lekarz musiał powiedzieć matce, że jej syn nigdy nie będzie czytać.
WWW– Rób, co ci każę! – wrzasnęła i szarpnęła drzwiami, które huknęły potwornie, zostawiając Andrzeja z wiadrami na środku podwórka, z głową wciśniętą w ramiona i zwieszoną tak nisko, że brodą niemal dotykał klatki.



WWWPrzez całe popołudnie nosił wodę ze studni, naprawiał obluzowane okiennice i mocował się z furtką, która nigdy nie chciała się dobrze zamknąć. Słońce powoli zachodziło, oblewając niebo rumieńcem i kiedy wreszcie zgasło, Andrzej wczołgał się na werandę i legł w fotelu, który zatrzeszczał pod nim i prychnął obłoczkiem zalegającego kurzu.
WWWPrzyszło mu do głowy, że zapomniał wynieść stary mebel do szopy. Powinien zdobyć się jeszcze na ten jeden wysiłek – i z tą myślą zasnął.
WWWObudził go pierwszy ciepły podmuch. Wiatr przeczesał włosy, pomknął dalej i uderzył w drewnianą ścianę domu, która zatrzeszczała groźnie i donośnie.
WWWRozchylił powieki i natychmiast zamknął je z powrotem. Zaschło mu w gardle. Bolał go kark, zdrętwiały ramiona i plecy, mimo to chciał nadal spać, nie miał ochoty powracać z tego snu, w którym były lotnie i…
WWWI nagle sobie przypomniał i raptownie otworzył oczy.
WWWLotnia pod drzewem płonęła. Ogień był wysoki, bezgłośny. Chybotał, raz w jedną, raz w drugą stronę, gwałtownie uderzany wiatrem. Czasem wiatr cofał się nagle, jakby próbując nabrać siły i ogień natychmiast wędrował słupem w powietrze.
WWWAndrzej wstawał powoli. Palce wpijały się w fotel, krusząc starą tapicerkę i wyszarpując podgniłą gąbkę. Przez chwilę patrzył w ogień z wyrazem bezgranicznego oszołomienia na twarzy, czując koszmarny, palący ból, który zaczynał się pośrodku klatki piersiowej, a kończył gdzieś w okolicach lędźwi. Poruszył ustami, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.
WWWO mało mnie to nie zabiło! Wierz mi, to cholerstwo to gwarantowana śmierć! Lepiej się tym nie baw, Duży. Jeden podmuch silnego wiatru i będą cię zeskrobywać z pnia pierwszego napotkanego drzewa…
WWWŚwiat pociemniał wokół – wcale nie bezgłośnie – Andrzej wyraźnie usłyszał w głowie martwe, głuche „pok”, wraz z którym wszystkie kolory zgasły nagle.
WWWWiatr zahuczał od wschodu; wpadł pomiędzy bezbarwne liście drzewa, wywołując dziki szum, zaklekotał obluzowanymi słupkami barierki i pomknął dalej.
WWWA potem, gdzieś u góry, coś zachichotało złośliwie.
WWWNiczym w transie najpierw powoli odwrócił głowę, a potem uniósł ją wysoko, aż zatrzeszczały mu ścięgna szyi. Wpatrzył się w sufit ganku. Nad gankiem było okno. Może było zamknięte, a może nie. Już nie pamiętał czy zabijał w nim okiennice. Przez chwilę znowu nie słyszał nic, tylko żałosne pogwizdywanie wiatru.
WWWAle nagle wiatr umilkł i potem znów ten chichot, brzydki i ostry, przypominający chrobot szczura w kanale ściekowym.
WWWAndrzej ściągnął brwi. Świat pociemniał jeszcze bardziej i pojawił się inny dźwięk, cichutkie, jednostajne brzęczenie, bardzo przypominające brzęczenie transformatora. Z początku nie wiedział, skąd dobiega, musiało upłynąć jeszcze dobre kilkanaście sekund, nim wreszcie zdołał pojąć, że odzywa się w jego własnej głowie, tuż pod podstawą czaszki.
WWWRozbrzmiało kolejne, martwe „pok” i zgasły wszystkie myśli.
WWWPrzeszedł sztywno po deskach werandy, pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się przy wtórze smętnego skrzypnięcia i zamknęły za nim z cichym trzaskiem.
WWWSkrzyp-trach.
WWWW środku było ciemno i duszno. Ciężko stąpając, minął hol. Kroki nagle przycichły na starym, miejscami wytartym dywaniku, by po chwili zadudnić znowu. Zatrzeszczał pierwszy stopień schodów, przeciągle, rozpaczliwie. Potem rozbrzmiało jeszcze sześć, powolnych, przeciągłych skrzypnięć, zakończonych odgłosem dostawianych na podeście stóp.
WWWSzust-szust.
WWWAndrzej stał przed uchylonymi drzwiami do sypialni matki, czując gorąco, rosnące gdzieś w okolicach żołądka i pulsujące rytmicznie. Z cichym świstem wolno wciągał powietrze w płuca; potężna klatka unosiła się, opadała, unosiła, opadała...
WWWI znowu cichutkie, jakby stłumione dłonią chichotanie.
WWWWyciągnął rękę i popchnął drzwi. Poczęły otwierać się przed nim wolno i bezgłośnie, ukazując ciemność niewielkiego pokoju. W twarz uderzyło go paskudne ciepło zatęchłego powietrza. Zdawało mu się, że drzwi otwierają się niemal przez wieczność, wreszcie z głuchym stukotem dobiły do ściany.
WWWSiedziała na łóżku, z kolanami pod brodą i chudymi dłońmi na ustach. Biała plama jej twarzy majaczyła w ciemności. Kościste ramiona drżały, raz po raz wstrząsane napadami złośliwego śmiechu; podrygiwała wisząca na nich koszula nocna.
WWW– Mówiłam ci, że nie poleci – syknęła postać zjadliwym głosem, który wypłynął spomiędzy palców. – Mówiłam, że to gówno nie da rady!
WWWI raptem dziki, ochrypły śmiech wypełnił pokój po sufit. Rozbrzmiewał i rozbrzmiewał, zagłuszając jednostajne buczenie transformatora i głośny świst wciąganego w płuca powietrza. Zagłuszał huk wiatru za oknem i brzęk metalowych rynien na dachu.
WWWWszystko zagłuszał.
WWWLedwie zdając sobie sprawę co robi, Andrzej wolnym krokiem ruszył w stronę łóżka i w tej samej chwili rechot umilkł jak nożem uciął.
WWW– Andrzej? – wychrypiała niepewnie biała plama na łóżku, cofając się pod ścianę. – Andrzej… co robisz? Nie zbliżaj się do mnie… Ani mi się waż!
WWWStał już przed łóżkiem i spoglądał w dół. W dłoniach trzymał poduszkę, mieląc delikatnie jej róg i głaszcząc czule palcami. Nie pamiętał, kiedy brał ją do ręki. Ciągle o czymś zapominał.
WWW– A… Andrzej. Co robisz?
WWWObrzucił ją bezmyślnym wzrokiem, przekrzywiając lekko głowę
WWW– Zniszczyłaś moją lotnię – powiedział spokojnym głosem. – Nie poleciałem. Wiesz, że chciałem lecieć.
WWW– To nie byłam ja – powiedziała szybko i oblizała usta. –To był piorun. Uderzył zupełnie nagle, nic nie mogłam zrobić. Wierzysz mi, prawda? Chyba wierzysz matce?
WWWAndrzej zmarszczył brwi i zastanawiał przez chwilę. Coś było nie w porządku w tym, co mówiła, jednak nie miał pomysłu co. Z jakiegoś powodu czuł, że piorun tej nocy nie mógł uderzyć, ale dlaczego? Spróbował sięgnąć myślą za mgławą, popielatą barierę, która od dziecka wypełniała mu czaszkę i wyłowić stamtąd odpowiedź, ale i tym razem okazało się to zbyt trudne. Kropelka potu spłynęła mu po czole.
WWW– Nieważne – powiedział w końcu. – Nie poleciałem.
WWWWyciągnął wolno dłonie.
WWW– Andrzej?
WWW– Ciii… – szepnął spokojnie. – Wybierzesz się w podróż za mnie.
WWW Wrzasnęła i wyciągnęła ręce, usiłując odeprzeć poduszkę. Oczy wychodziły jej z orbit, dwie czarne plamy na bladym, okrągłym tle.
WWW– Nigdy się ode mnie nie uwolnisz! – krzyknęła, młócąc dłońmi na oślep. – Nigdy! Nic ci to nie da! Słyszysz?! Nic!
WWWPopchnął ją mocno i rozbrzmiał tępy odgłos głowy grzmocącej o barierkę łóżka. Biała plama zawyła, z potwornym rzężeniem usiłując wciągnąć powietrze.
WWWPochylił się i zakrył ją poduszką. Przycisnął z całej siły, ledwie czując uderzenia kościstych dłoni na klatce, niemal nie słysząc głuchych uderzeń bosych stóp o ścianę. Tylko to paskudne, jednostajne buczenie pod czaszką. Buuuuuuu… Trzymał mocno.
WWWTrzymał… trzymał… i trzymał…
WWWWiatr zawodził za oknem. Raz po raz uderzał w dom, szarpiąc okiennicami i hucząc w kominie na dachu. Łamał gałęzie drzew, trzaskał na nowo urwaną furtką. Coś z przeraźliwym łomotem wyrżnęło w ścianę i pomknęło dalej, gnane niecichnącą wichurą.



WWWAndrzej siedział na schodkach ganku w dusznym powietrzu wczesnego poranka. Trawnik usłany był ułamanymi gałęźmi, poszarpanymi liśćmi i dywanem przeróżnych śmieci. Pod trzymającą się tylko na jednym zawiasie furtką, leżał fragment komina.
WWWPo drugiej stronie ulicy bliźniaczki Wilczyków snuły się po trawniku, zbierając co mniejsze gałęzie. Andrzej pomachał do jednej z nich. Dziewczynka zawahała się, odmachała i wzruszyła ramionami rozbrajająco.
WWW– Długo jeszcze będziesz się obijał? – głos, który dobiegł go zza pleców był ochrypły i brzydki. Kojarzył się ze szczurem pomykającym kanałem ściekowym. – Ruszyłbyś wreszcie dupę!
WWWAndrzej wcisnął głowę w ramiona, jednak się nie odwrócił.
WWW– Tak, mamo.
WWW– Tak, mamo, tak, mamo – prychnęła i kilka kropel śliny opadło mu na kark. – Wiecznie to samo – westchnęła. – Trzeba zebrać wszystkie gałęzie i wynieść je za szopę. Wieczorem zrobisz ognisko. Śmieci zapakuj do worków. Później pomyślę, co z nimi zrobisz.
WWW– Tak, mamo.
WWWAndrzej zaczął od trawnika na froncie. Skrupulatnie zbierał gałęzie i zanosił je za dom, układając na stercie, która koło południa sięgała mu niemal po brodę.
WWW– Proszę pana? – Jedna z bliźniaczek stała przed wyłamaną furtką, trzymając coś w dłoniach.
WWWKiedy Andrzej podszedł, ledwie rozpoznał w tej rzeczy kawałek spalonej lotni.
WWW– To chyba należy do pana? – Podała mu osmolony fragment nad bramką. – To była piękna lotnia – powiedziała. – Szkoda, że zniszczył ją wiatr.
WWWAndrzej zwiesił głowę.
WWW– To był piorun – powiedział cicho. – Uderzył zupełnie nagle. Nic nie można było zrobić.
WWW– Piorun? – Dziewczynka zmarszczyła brwi. – Wczoraj nie było piorunów.
WWWPopatrzył na nią spokojnie.
WWW– To musiał być piorun – wyjaśnił. – Mama mi mówiła.
WWWDziewczynka wzruszyła ramionami.
WWW– Aaaandrzeeej!
WWWPodskoczył, obejrzał się i zobaczył Stefanię w drzwiach, z rękami pod boki i zaciśniętymi szczękami. Jej koścista twarz była bledsza niż zwykle. Pod oczami widniały paskudne sińce.
WWW– Muszę już iść – powiedział do dziewczynki szybko. – Mam mnóstwo pracy.
WWWPokiwała głową.
WWW– Aaaandrzej!
WWWAndrzej zawahał się.
WWW– Nie musicie się jej bać – szepnął. – Ona nie zrobi wam krzywdy.
WWW– Pańska mama?
WWWPrzytaknął.
WWW– Ma dzisiaj gorszy humor niż zwykle. Oboje mieliśmy ciężką noc, bo… – zamyślił się i podrapał po głowie. – Zapomniałem.
WWWDziewczynka uniosła wzrok i przez chwilę patrzyła na dom.
WWW – Ale dobrze się czuje? – zapytała. – Pańska mama. Nie widziałam jej dzisiaj.
WWWAndrzej obejrzał się na werandę. Kobieta w drzwiach trzęsła się już ze złości.
WWW– Nie widziałaś jej?
WWWBliźniaczka przyjrzała się mu niepewnie, a potem znowu przeniosła spojrzenie na dom.
WWW– Nie – powiedziała i pokręciła głową. – Nie widziałam.
WWWWydawało mu się, że obrót zajął mu całą wieczność. Obracał się i obracał, a na jego twarzy rosło przerażenie.
WWWW dusznym, ciężkim powietrzu twarz matki stojącej w cieniu werandowego daszku, była koszmarnie blada… zbyt blada…
WWWI naraz jej usta rozciągnęły się w paskudnym, pełnym szyderstwa uśmiechu. Poruszyła bezgłośnie białymi wargami.
WWWNigdy się ode mnie nie uwolnisz.


Po to upadamy żeby powstać.



Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3755
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » śr 12 maja 2010, 17:09

Tekst I


Pomysł: 10/20
Zbyt dosłowne podejście do tematu.

Styl: 15/20
Dosyć dobrze, choć znalazłoby się kilka potknięć. Chwilami jest trochę mętnie, można się zgubić, np. nie rozumiem, po co poszli do hotelu na pizzę, skoro im się śpieszyło?

Realizacja tematu: 7/10
Temat, w gruncie rzeczy, zrealizowany, ale trochę tu za dużo bestii, a za mało człowieka.

Schematyczność: 4/10
Schematycznie. Żadnych zaskoczeń.

Błędy: 15/20
Nie jest źle, ale zdarzają się powtórzenia i drobne niezręczności.

Ogólnie: 14/20
Nic głębszego. Czysta rozrywka, ale jako taka - broni się.


Razem: 65/100



Tekst II


Pomysł: 17/20
Podoba mi się, choć można chyba jeszcze coś z tego pomysłu wyciągnąć.

Styl: 17/20
Nic nie razi, ale można jeszcze parę drobiazgów doszlifować.

Realizacja tematu: 10/10
Perfekcyjna realizacja - dwoje różnych ludzi, dwie różne bestie i do tego interakcje między nimi.

Schematyczność: 8/10
Dużo dobrego robi tutaj sam pomysł, później jest przeplatanka - trochę przewidywalnie, trochę - nie. W efekcie wyszedł dość ciekawy tekst.

Błędy: 18/20
Minimalne. Dwie, trzy rzeczy mi zazgrzytały.

Ogólnie: 17/20
Główną zaletą tekstu jest opis interakcji między ludźmi i między tkwiącymi w nich bestiami. Trochę niewykorzystana (ale jednak zasygnalizowana) symbolika lotni (skrzydeł) i latania. Myślę, że ten tekst zyskałby, gdyby rozbudować tę warstwę symboliczną, dodać znaczących detali (jak ta popielniczka), wzbogacić klimat... ale i tak jest nieźle.


Razem: 87/100



Pozdrawiam Autorów!


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Joe
Umysł pisarza
Posty: 975
Rejestracja: pn 21 wrz 2009, 21:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Joe » śr 12 maja 2010, 20:55

Tekst 1

Pomysł: 13/20
Od normalności, za którą bym wlepił dychę to to odstaje - zdecydowanie.

Styl: 17/20
Gdybym ja tak pisał, dałbym mniej, a że dużo mi brakuje, i błędów nie widzę, bo i specjalnie się nie przyglądam, masz tyle, na ile zasługujesz.

Realizacja tematu: 7/10
Pokazałeś to ze wszech stron - może jednak nie zbyt dosadnie.

Schematyczność: 5/10

Błędy: 17/20

Ogólnie: 13/20


Razem: 72/100
Niech mnie kule bija, jeśli zaniżam średnią krajową - wyjątek jestem, szlachetne indywiduum, o!


Tekst 2

Pomysł: 13/20

Styl: 15/20

Realizacja tematu: 8/10

Schematyczność: 6/10

Błędy: 14/20

Ogólnie: 11/20


Razem: 67/100
Pomysł nadrabia luki - zdecydowanie.



Awatar użytkownika
L_J
Pisarz domowy
Posty: 189
Rejestracja: pn 22 cze 2009, 10:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: inąd
Płeć: Mężczyzna

Postautor: L_J » czw 13 maja 2010, 10:21

Tekst I

Pomysł: 11/20
Dość oklepane ale nie najgorzej.
Styl: 13/20
Nawet dobrze, niektóre momenty zgrzytają, a miejscami niekiedy nudnawo.
Realizacja tematu: 8/10
Dosłownie i tyle. Ale zarzucić nic więcej nie można.
Schematyczność: 3/10
Bardzo schematycznie. Po nitce do kłębka.
Błędy: 16/20
Niekiedy coś zazgrzyta, ale generalnie dobrze.
Ogólnie: 15/20
Nieźle. Nie jest oryginalnie, jest schematycznie, ale dobrze się czyta i można te parę minut przyjemnie spędzić.
Razem: 66/100

Tekst II

Pomysł: 18/20
Świetnie. Można doszlifować, ale ogólnie super.
Styl: 18/20
Też świetnie. Ciekawie, nic nie przynudza, ładnie operujesz słowem.
Realizacja tematu: 10/10
Cóż - w 100% o to chyba chodziło. Przede wszystkim bez popadania w banalną dosłowność.
Schematyczność: 9/10
Oryginalnie, ciekawe podejście. Nic do zarzucenia.
Błędy: 18/20
Nie stwierdziłem większych zgrzytów.
Ogólnie: 18/20
Ciekawy tekst, bardzo dobrze się czyta, nie przynudza a trzyma w napięciu. Końcówka świetna, chociaż niepotrzebne ostatnie zdanie. Wiem, czepiam się, ale trochę to oczywiste.
Razem: 91/100



Awatar użytkownika
maniek25
Zarodek pisarza
Posty: 13
Rejestracja: czw 08 kwie 2010, 23:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: kujawsko-pomorskie
Płeć: Mężczyzna

Postautor: maniek25 » czw 13 maja 2010, 18:13

Tekst I

Pomysł: 10/20
I to naciągane 10. Jeden z najprostszych pomysłów na realizację tego tematu.

Styl: 17/20
Styl mi się podobał.

Realizacja tematu:6 /10
ok

Schematyczność: 4/10
Bardzo schematycznie.

Błędy: 19/20
Tekst napisany bardzo poprawnie.

Ogólnie: 12/20
Nie rewelacyjnie, ale na pewno dobrze.

Razem: 68/100

Tekst II

Pomysł: 19/20
Genialne uchwycenie osoby(matki) jako zła wcielonego na kilka sposobów.
- Zniszczenie synowi życia, przez co jest zacofany w rozwoju(motyw z popielniczką)
- Znęcanie się psychiczne oraz ''spalenie'' jedynego marzenia Andrzeja.
- Sama jest zgniła od węwnątrz poprzez swoje zachowanie, postrzeganie i sposób bycia.
Pomysł świetny

Styl: 18/20
Czyta się jednym tchem, bardzo dobry warsztat, autor umiejętnie gra na emocjach czytelnika.Jest klimat(dramatyczny), postacie są barwne i wyraziste.

Błędy: 19/20
Sprawiedliwie jak w poprzednim tekście nie dopatrzyłem się szczególnych błędów

Realizacja tematu: 10/10
Przedstawienie ''bestii kryjącej się w człowieku'' w ten głębszy sposób jest strzałem w dziesiątkę.

Schematyczność: 9/10
Tekst nieprzewidywalny.

Ogólnie: 19/20
Podsumowując ukłon do autora.

Razem: 94/100


''Więcej wart jest człowiek pełen polotu i ognia, choćby nawet popełniał dużo błędów, niż ograniczony i zbyt ostrożny.''
(Nieznany Autor)

Awatar użytkownika
malika
Dusza pisarza
Posty: 514
Rejestracja: pn 19 paź 2009, 20:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zza winkla
Płeć: Kobieta

Postautor: malika » pt 14 maja 2010, 13:17

Tekst I

Pomysł : 10/20
Pierwsze skojarzenie, które przychodzi na myśl, czytając temat bitwy.

Styl: 17/20
Dobrze, choć w kilku miejscach chaotycznie.

Realizacja tematu: 8/10
Podobało mi się ukazanie dwóch aspektów rozumienia tematu: człowieka potwora i dobrej bestii w ludzkiej skórze.

Schematyczność: 4/10
Dość schematyczne. Bez zaskoczenia.

Błędy: 16/20
Kilka literówek i powtórzeń, więcej nie zauważyłam.

Ogólnie: 14/20
Czytało się dobrze, bez zgrzytów jako takich, ale tekst nie zostanie na dłużej w pamięci.

Suma: 69/100



Tekst II

Pomysł: 18/20
Świetnie. Podobało mi się.

Styl: 18/20
Gładko, bez potknięć, ciekawie.

Realizacja tematu: 9/10
Trochę mało bestii w tym wielkoludzie. Gdyby był większy przeskok w zachowaniu, dałabym 10. Poza tym - świetnie.

Schematyczność: 9/10
Oryginalnie, nie ma co, choć zakończenie nie zaskakuje. Duży plus za symbolikę.

Błędy: 18/20
Kilka drobiazgów, które nie zakłócają odbioru.

Ogólnie: 18/20
Czuję lekki niedosyt, trochę zawiodłam się na zakończeniu, ale poza tym podobało mi się bardzo.

Suma: 90/100


Cierpliwości, nawet trawa z czasem zamienia się w mleko.

Awatar użytkownika
hardrick
Pisarz domowy
Posty: 168
Rejestracja: śr 07 paź 2009, 20:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: hardrick » ndz 16 maja 2010, 18:18

Pierwszy:

Pomysł: 10/20
10 dlatego że jest, i jako tako zgadza się z tematem przewodnim bitwy.

Styl: 17/20
Czyta się bez zgrzytów, jest ok. Dobra podstawa do doszlifowania i stworzenia "ideału".


Realizacja tematu: 5/10
a) Zbyt łopatologiczny, prosty, małowymiarowy, płytki, przewydywalny, dosłowny.

b) Tekst możnaby skrócić o połowę i nic by na tym nie stracił. W wielu miejscach pisarz odchodzi zupełnie od fabuły i rzuca rzeczy nie mające z nią związku, ani nie wywierająae na nią wpływu. To krótkie opko, a nie książka.

Schematyczność: 4/10

Miałem wrażenie, że prościej już się nie dało.


Błędy: 20/20

Gdyby to był dział weryfikacji dałbym pewnie mniej.
Biorąc pod uwagę, że nie da się samemu zobaczyć wszystkiego i że błędy w tym opku nie wpłynęły na jego odbiór, daje zasłużone 20. Dobra robota.

Ogólne: 15/20
W formie biasu do całości.

Razem: 10+17+5+4+20+15=71



Drugi:

Pomysł: 17/20
Niedosłowny, nietuzinkowy, nie wbijający się w schematy, do tego dość ważny, opisujących niestety rzeczywistość wielu ludzi.

Styl: 19/20
Oceniam jako czytelnik. W dziale wery dałbym pewnie mniej. Mimo wszystko, jest to kawał dobrej pisaniny, która stanowi doskonały fundament dla fabuły. Jeśli miałbym być bohaterem książkowym, chciałbym żeby pisano mnie w takim stylu (z takim stylem? ;) )
19 a nie 20 bo na zachętę, coby na laurach nie spocząć ;P

Realizacja tematu: 8/10
Skupiasz się na toni, a nie na powierzchni. To dobrze bo zmuszasz czytelnika do zanurzenia się w twoje opko, pobrudzenia się nim i wytarzania się mentalnie w jego odmętach. To sprawia, że nawet jak czytelnik się przebierze, wysuszy i usiądzie z dziewczyną rozmawiając o błahych sprawach, nadal będzie czuł na sobie zapach twojego tekstu.
8 a nie 10 za brak widocznego rozwiązania, więcej emocji by tu się przydało. Inaczej mówiąc, w reszcie tekstu było dużo więcej emocji niż w głownej scenie opka.

Schematyczność: 8/10

"Niedosłowny, nietuzinkowy, nie wbijający się w schematy."
Końcówka bez zaskoczenia, stąd 8 a nie 10.

Błędy: 20/20
Gdyby to był dział weryfikacji dałbym pewnie mniej.
Biorąc pod uwagę, że nie da się samemu zobaczyć wszystkiego i że błędy w tym opku nie wpłynęły na jego odbiór, daje zasłużone 20. Dobra robota.

Ogólnie: 17/20
Autor nie wykrzesał z tego pomysłu wszystkich jego możliwości.
Poza tym, świetnie.

Razem: 17+20+8+8+20+17=89



Awatar użytkownika
Zith
Pisarz domowy
Posty: 196
Rejestracja: ndz 25 paź 2009, 20:57
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Kobieta

Postautor: Zith » wt 18 maja 2010, 00:14

Tekst I

Pomysł : 17/20

Wilkołak? Że niby kolejne opko o tajemniczym przedstawicielu tajemniczej rasy? Raczej nie. Uwaga czytelnika miała być chyba zwrócona na kryminalny aspekt historii. Wilkołak pomaga w pochwyceniu jeszcze groźniejszej bestii.

Styl: 19/20
Podobały mi się porównania i przedstawienie postaci z ironią. Uśmiechnęłam się w kilku miejscach: "Tymczasem święta trójca Bufona, Dupka i Ordynusa w jednej osobie kontynuowała przygotowania." :D (no dobra, zarechotałam głośno).

Realizacja tematu: 8/10
Dosłowność. To chyba największy minus. Owszem, można było podrążyć temat, mam jednak słabość do skoków w fabule z przeciętności w to, co niezwykłe.

Schematyczność: 8/10
Spodziewałam się sensacji, a poszło w stronę fantastyki. Nie ma tu powłóczystych spojrzeń, urwanych myśli, rozdartych wewnętrznie bohaterów i innych rozmiękczaczy i pierdół typowych dla "opowiastek o odmieńcach". Jest sarkazm, nieuprzejmość i krzywy uśmieszek, który ja (czytelnik) odwzajemniam.

Błędy: 19/20
Znalazłam tylko to: "Tymczasem zagadkowy gość spojrzał na nią jak imam na człowieka, kto przekroczył próg meczetu w ubłoconych kaloszach. "

Ogólnie: 17/20
Podobało się. Temat bitwy można było wziąć za łeb od innej strony, przykładowo zacząć tekst od zdania "X zawsze był bestią..." i pociągnąć dalej :P

Suma: 88/100



Tekst II

Pomysł: 18/20

Dłuższe rozmyślanie nad pomysłem opłaciło się :)

Styl: 19/20
Sugestywny, wciągający klimat, kadry filmu przemykały w wyobraźni bez zgrzytów.

Realizacja tematu: 9/10
Trochę podpinam się pod wypowiedź Maliki. Czekałam na atak na małoletnie sąsiadki ze strony bohatera, potem urwaną głowę pana Marka, ale gdy doszłam do opisu postaci matki - zrozumiałam gdzie stoi czarna owca w stadzie. I tak delikatnie, bezszelestnie wziął poduszkę w dłonie...

Schematyczność: 9/10
Uwierzyłam, że jednak poleci i dopiero wówczas będziemy świadkami czegoś niemożliwego. Przy końcówce jednak równie uparcie kombinowałam z zakończeniem.

Błędy: 19/20
Znalazłam tylko to: "i nawet to nie było mu to potrzebne".

Ogólnie: 18/20
Duży plus za skupienie się na szczegółach, zgrabnie budujesz na nich klimat.

Suma: 92/10

Kurde, teksty są różne. Autorzy postawili na zupełnie inne rzeczy, nie widzę powodu, by wdeptywać któreś opko bez uzasadnienia w ziemię. Zaznaczyłam jakie wyłapałam potknięcia pod względem "błędów" i za to odjęłam punkt. Może to niewiele, może zmęczenie, a może są genialni lub ja dałam się wciągnąć w tekst i pozwoliłam czujności przysnąć - nie mniej jednak uważam, że przy cyferkach (szczególnie tych niskich) należy się kilka słów wyjaśnienia.
Chylę czoła i pozdrawiam autorów.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » śr 19 maja 2010, 15:26

OFICJALNE WYNIKI BITWY

Mamika6 vs Sir Wolf - Bestia kryjąca się w człowieku



ZWYCIĘZCĄ ZOSTAJE: Mamika6



Tekst pierwszy - Sir Wolf - suma: 499 pkt; średnia: 71,3 pkt



Tekst drugi - Mamika6- suma: 610 pkt; średnia: 87,2 pkt


Po to upadamy żeby powstać.



Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Bitwy z przeszłości”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość