Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 367
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » ndz 07 sty 2018, 16:11

Zawsze, kiedy tu przychodziłem, ogarniał mnie przedziwny stan umysłu – rodzaj senności doprawionej szczyptą smutku. To pewnie pod wpływem uroku tych starych, pokręconych drzew, które uginały się teraz pod naporem grudniowego wichru, odczuwałem melancholię – taką samą, gdy spoglądam na coś archaicznego, schorowanego, zgarbionego, prawie już rozpadającego się. Ich konary i pomniejsze gałęzie, czarne i przez tę czerń skontrastowane z barwą śniegu, wplatały się tu i ówdzie w objęcia samych siebie – swoich dalszych i bliższych sąsiadów, jakby starały się zespolić w jakąś organiczną całość wyższego rzędu, która jest zdolna myśleć kolektywnie i przeżywać wspólnie nieuchronny etap jesieni życia. I miałem w oczach ludzi, którzy dawno już pomarli, a którzy z pewnością pamiętali lepsze czasy tego starego i mocno przerzedzonego lasu. I widziałem gdzieniegdzie na jego styku z polem nieliczne, cherlawe drzewka owocowe, również pokręcone i spróchniałe, tak słabe i podatne na działanie zimnego, grudniowego wichru.
Na ugorze, na polnym wygwizdowie ujrzałem parę długaśnych kikutów niedorżniętej kukurydzy, lekko przyprószonej śniegiem, zaś w pobliżu dróżki, wokół mnie – jakieś krzaki, przywodzące na myśl koronę cierniową Chrystusa, i przechodzące w wyższych partiach stopniowo w zeschłe drzewostany – całe ich witki, wstążki oraz pasemka, o kondycji wątpliwej i nader mizernej, i wyraźnie już nadgryzione przez czas i korniki. Cóż za beznadzieja! To było właśnie Bucze, tak wyglądało to niewielkie wzgórze, położone na Śląsku Cieszyńskim.

***

A godzina była już późna, wieczorna i widoczność stawała się przez to coraz bardziej ograniczona, mętna, zacierały się kontury. I z szarówki, z zaułków zmierzchu pozornie wypełzały przeróżne dziwne i nienazwane cienie – dzieci szarej godziny. Wstawały, wypełzały i jeszcze śmielej prostowały obolałe swe członki. A im śmielej je prostowały, tym bardziej robiły się upiorne. I tak na każdym kroku i zza każdego zakamarka Bucza dopadała mnie jakaś nieopisana wręcz, niewysłowiona tajemnica, a każdy przedmiot, każdy kamień i każde pojedyncze drzewo zaczynało mamić i zwodzić. Lubiłem to nawet, przyznać to muszę, lubiłem te gry wyobraźni, w ramach których na jednym krańcu znajdowała się czysta przyjemność i pożywka dla mego intelektu, na drugim zaś – nic, tylko blady strach.
A gdy wreszcie zaszło słońce i zza wzgórza zaczęły napływać śniegowe chmury, o tak charakterystycznej, niezwykłej barwie, poczułem się obco i niepewnie. Przyspieszyłem kroku i nerwowo rozglądałem się na boki. Od czasu do czasu przystawałem, nasłuchiwałem jakiegoś dźwięku i oglądałem się za siebie. Na szczęście niczego podejrzanego nie słyszałem, jedynie delikatny wiaterek szumiał w koronach drzew i wyśpiewywał wkoło tę samą, znaną na całym chyba świecie kołysankę. Nikt też mnie od przodu ani z boku nie zachodził, nie nawiedzał, i nie miałem żadnego (ale to żadnego) „ogona”. W ogóle nikogo, żywej duszy tu nie widziałem, a wioska zdawała się być wymarła. I nawet w pewnej chwili, tam gdzieś na szczycie, zauważyłem radośnie zbiegającą od strony Bucza (coś jakby) sarenkę. Cóż za piękne i zwinne stworzonko! Doprawdy, istny cud!

***

Sarna była coraz bliżej i wcale się mnie nie bała. Jej gibkie kontury wydawały mi się dziwnie znajome. Uwielbiałem zwierzęta, szczególnie sarny, jelenie, kózki oraz owce. Ubóstwiałem podziwiać te bydlątka w ich naturalnym środowisku, na halach, górskich pastwiskach, w zagrodach, bacówkach oraz lasach. I z tego wszystkiego prawie zapomniałem, jak bardzo się spieszę i jak wielce muszę być teraz ostrożny.
Była już blisko, o wiele za blisko, prawie się ze mną witała i wcale to a wcale nie czuła przede mną lęku, nie zdradzała oznak żadnego respektu. A przecież powinna zdradzać. I nie było w tym zresztą nic nadzwyczajnego. O Boże! Oto bowiem, kiedy przystanęła i dokładnie się jej przyjrzałem, okazało się niestety, że nie jest to sarna, o nie! Struchlałem w tej sekundzie, a gorący pot zaczął spływać po policzkach, fala gorąca uderzyła mi do głowy. I zobaczyłem, że oto od strony skarpy spływał, spełzał, zlatywał właśnie jeden z plugawych i niezwykle niebezpiecznych dronów, tak zwanych pełzaczy. I już mnie chyba nawet zauważył, bo ponownie ruszył w mym kierunku. A więc to, co brałem początkowo za sarnę, o ja, nieszczęsny, było tak naprawdę jedynie ułudą, było upiorem tej szarej godziny.

***

A wszystko przez to, że w roku dwa tysiące pięćdziesiątym, a więc dziesięć lat temu, została wprowadzona przez Światowy Rząd Myślących Maszyn godzina policyjna. Ludzie nie mogli się swobodnie poruszać ani wychodzić z domu po zapadnięciu zmroku. Przestrzegania godziny policyjnej pilnowały roboty, działające na zasadzie poduszkowca i patrolujące każdą pojedynczą dróżkę, każdą, najmniejszą nawet górską i leśną ścieżkę, nie mówiąc już o głównych arteriach miast i miasteczek, o wiejskich gościńcach czy o placach targowych i przykościelnych. Pełzacze były niezwykle szybkie, ciche, zwrotne i dobrze uzbrojone. I były groźne, śmiertelnie groźne. Nie chciałbym, nikt by nie chciał nigdy, przenigdy spotkać ich na swej drodze, gdyż mogła to być zwyczajnie droga, prowadząca do zguby, droga do zatracenia.

***

Pełen najgorszych obaw, spiesząc się i sapiąc jak parowóz, ruszyłem natychmiast z powrotem w stronę lasku. Biegłem co tchu. Krzewiaste runo raniło ręce, kuło w nogi. I choć nie oglądałem się za siebie, to i tak czułem podskórnie obecność piekielnej maszyny, która mnie z wolna doganiała.
A był tam nieopodal wąski i niepozornie wyglądający wąwóz, chyba lessowy. Cóż, nie znam się na tutejszych glebach, ani na roli i jej uprawie, ale… nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ów wytwór natury kroił szczyt Bucza niczym przedziałek dzieli i porządkuje włosy na głowie kobiety (i mężczyzny). Biegłem krótkim trawersem, który krzyżował się z tym właśnie wąwozem i prowadził dalej, dalej, jeszcze dalej, hen w kierunku dworku Kossaków. Postanowiłem skręcić, zboczyć w lewo. I skryć się pośród lessów. I tak też uczyniłem.
Przykucnąłem pośród gęstwiny połamanych konarów i plątaniny zeschłego runa leśnego, i zza pokaźnych rozmiarów pniaka obserwowałem rozwój wypadków. Po upływie piętnastu sekund – a więc tylko taki interwał dzielił mnie od ewentualnej zguby – pojawił się pełzacz i przeleciał jakieś cztery metry ode mnie. Objawił się i poszybował dalej tym trawersem, prowadzącym w kierunku dworu.
Musiał poszybować daleko – hen, hen... aż do samej stanicy harcerskiej, obrazu nędzy i rozpaczy, już od dawna nieczynnej, gdyż długo nie powracał. (Ludzie, cóż to była za stanica, kiedyś! Ta druciana siatka, wyglądająca równie żałośnie dwadzieścia, co i teraz, i pięćdziesiąt lat temu, powyginana na wszystkie strony, na lewo, na prawo, te ruiny budynków, z odrapanym tynkiem… Tak, kiedyś zapewne musiała wyglądać przepięknie, no, a obecnie? Nie było o czym mówić obecnie).
Odczekałem kolejnych piętnaście, no, może dwadzieścia sekund, upewniłem się, że nie wraca, i dopiero teraz odetchnąłem z ulgą. Ach, i oto żyłem; na razie jeszcze żyłem! Ale musiałem się spieszyć i nie dać się za nic w świecie złapać.
Ten dron, szkodnik paskudny musiał mieć zapewne jakiś sposób na to, aby porozumiewać się z innymi dronami i w ogóle całym sztabem zarządzania pościgami, i mógł już (pewnie dawno to zrobił) wezwać posiłki. Miałbym wtedy naprawdę (ale to naprawdę) przechlapane; miałbym, jeśliby mnie skubańcy dopadli.
Nie mogłem wracać najkrótszą drogą, musiałem więc kluczyć naokoło i przedzierać się przez potworne zaspy, śnieżne bałwany oraz dzikie, monstrualne chaszcze. Ale – no, powiedzcie sami – co jest lepsze: błądzić, kluczyć, posuwać się po omacku, i na dodatek po zmroku, lecz dotrzeć do domu i przeżyć, po prostu przeżyć, czy też może biec wytyczonym szlakiem i wydeptaną ścieżką, naszpikowaną krwiożerczymi machinami, i prędzej czy późnej zostać przez którąś z nich namierzonym, pojmanym, a w końcu także i unicestwionym. No!? Powiedzcie sami, którą wy byście opcję wybrali: wybralibyście życie… czy wybralibyście śmierć? Ja, moi kochani, ja wybrałem życie. Ale nie ma tego złego… Tak oto dowiedziałem się, przynajmniej, jaki dźwięk wydają drony tej nowej, najnowszej generacji. Choć były ciche, sukinkoty, to jednak – były słyszalne. Ta wiedza o tym, czego dokładnie mam unikać na otwartym terenie – teraz, tutaj, o tej sądnej godzinie – mogła mnie uratować. Mogła, gdyby się tylko grunt pode mną nie zatrząsł, a ja sam bym się nie zapadł pod ziemię.

***

W ten sposób ukazało mi się wnętrze głębokiego szybu, na końcu którego znajdował się właz. A ja? Cóż, ja leżałem tuż przed nim, w tym ponurym i tajemniczym wnętrzu, i oświetlałem sobie drogę, naprędce wyszperaną z kieszeni, latarenką. Ów sezam udało mi się wkrótce sforsować i wślizgnąłem się do środka czegoś, co mógłbym nazwać Krwawą Oberżą (Krwawą Komnatą) – tyle że pozbawioną picia, strawy i osoby samego oberżysty.
I wtedy, prawie natychmiast, pośród grobowej ciszy i czerwonej, mrugającej poświaty, zaiskrzyły mi przed nosem ślepia wygłodniałych bestii. Byli to miejscowi kanibale – zbieranina wiejskich typków, krewkich i chamskich już z samego tylko wyglądu – którzy mi mieli za złe to, iż przez swoje lekkomyślne zachowanie skupiłem uwagę maszyn właśnie na Buczu. Wiedzieli, że zginą, że drony także ich dopadną. I postanowili zemścić się w jedyny, znany ludożercom sposób. A mianowicie zapragnęli mnie zabić i w ramach ostatniej swej wieczerzy pożreć. Zamarzyło im się choć raz jeszcze napełnić sobie brzuchy przed śmiercią mięsem, świeżym mięsem. Och, gdybym tylko wiedział, jakie będą przykre, tragiczne wręcz skutki mej Góreckiej wędrówki, nigdy bym się na nią nie zdecydował. I gdyby tylko się znajdowała w tej (niby) Oberży jakaś machina czasu, mógłbym uciec i się uratować, no… chyba że bym trafił z jej pomocą źle, bardzo źle, i przeniósł się w czasie na przykład do nazistowskich Niemiec, do jednej z tamtejszych komór gazowych. Z moim pechem wszystko jest możliwe. Tak, mógłbym trafić do gazu, a tego bym nie chciał, to by mi się wcale to a wcale nie spodobało.

***

Tego dnia nad Buczem, jeszcze długo po zapadnięciu zmroku, latały bezzałogowe poduszkowce – cała armia, cała plejada (banda) tych wygłodniałych potworów okładała i przeczesywała teren, przetrząsała knieję. Ich mechaniczny szmer – klasyczny, laboratoryjny przykład szumu białego – mieszał się z posępnym wyciem bezwzględnego i lodowatego wichru, a śnieg mienił się tu i ówdzie w blasku laserowych spojrzeń, promieni widzialnych i niewidzialnych, oświetlaczy podczerwieni i ultrafioletu…

I tylko las zdawał się nie zważać na to całe zamieszanie i – tak jak dawniej – w spokoju celebrował ostatnie chwile swej starości. Na ugorze, na polnym wygwizdowie – podobnie jak przedtem – dyndały długaśne kikuty niedorżniętej kukurydzy, lekko przyprószone śniegiem, a w pobliżu majaczyły krzaki, przywodzące na myśl koronę cierniową Jezusa. To było właśnie Bucze, tak wyglądało o sądnej godzinie niewielkie wzgórze, położone na Śląsku Cieszyńskim.



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1098
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: szopen » pn 22 sty 2018, 22:06

Strasznie, ale to strasznie to jest nierówne. Pierwsze zdanie przeczytałem i pomyślałem: o, coś fajnego. A potem zacząłem czytać dalej i mam wrażenie, jakby ktoś BARDZO chciał pokazać, że umie pisać kunsztownie i dobrze. Dużo tu zabawy formą. Jeżeli to ma być fantastyka, to ja, jako target fantastyki, mówię takim praktykom stanowcze nie.

Piszę teraz o stylu i odbiorze, a więc już dobrze, że możemy dyskutować na takim poziomie.

maciekzolnowski pisze:Source of the post taką samą, gdy spoglądam na coś archaicznego, schorowanego, zgarbionego, prawie już rozpadającego się

Mieszanina czasów wybija z rytmu.

maciekzolnowski pisze:Source of the post wplatały się tu i ówdzie w objęcia samych siebie – swoich dalszych i bliższych sąsiadów, jakby starały się zespolić w jakąś organiczną całość wyższego rzędu, która jest zdolna myśleć kolektywnie i przeżywać wspólnie nieuchronny etap jesieni życia.

To jest dla mnie okropne. Naprawdę. Właśnie to zdanie pięknie stoi za przykład wszystkiego innego. Zaraz pewnie ktoś mnie zjedzie, że czytelnik fantastyki kumaty i mu piętrowe zdania nie przeszkadzają, i może będzie miał rację --- ale mnie takie zdanie zabija. Gdybym przeglądał książkę i trafił na takie zdanie, już dałbym -1 do kupna. Gdybym był wydawcą i miał takie zdanie w książce, już bym się zawahał, czy czytać dalej.

Dalej są drony, które nie mają ani czujników ciepła, ani nie wyposażone są w węch i kanibali.

Weźmy spadek do tej jamy kanibali. Coś strasznego przecież, śmierć grozi - a tam się nic nie dzieje. Ot, bohater sobie rozmyśla, długimi zdaniami sobie rozmyśla, zdaniami ładnie skonstruowanymi, spokojnymi - że zginie i że ma pecha.

Tak więc dla mnie to wszystko jest przekombinowane, przebarwione i dlatego - mimo wszystko jednak bardzo słabe w moim odczuciu. Brakuje emocji, dynamizmu - za dużo formy i to takiej, która u mnie - reprezentanta twojego targetu czytelniczego - budzi tylko irytację.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4281
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: Rubia » wt 23 sty 2018, 12:42

maciekzolnowski, z Twoimi tekstami mam ten problem, że - w gruncie rzeczy, ja lubię taki styl. I taki świat nieoczywisty. Czasem trochę naplączesz, trochę się zamotasz (rzadko łamiąc reguły gramatyki, co jest zdecydowanym plusem), lecz narracja płynie sobie meandrując, niespiesznie, dygresyjnie, obrazy przesuwają się przed oczyma - i jest dobrze. Co prawda, "dobrze" dotyczy małych form, kilkustronicowych. W przypadku większych całości, taka narracja mogłaby okazać się męcząca, gdyż własciwie każde zdanie należy czytać w skupieniu, cały czas koncentrując się na tekście. Nie ma w nim fragmentów, które można by szybko przeskoczyć, jedynie omiatając wzrokiem, i poszukać wartkiej akcji.
Natomiast w tym konkretnie fragmencie widzę kłopot z zakonczeniem. Twój bohater-narrator trafia pomiędzy ludożerców.
maciekzolnowski pisze:Source of the post I gdyby tylko się znajdowała w tej (niby) Oberży jakaś machina czasu, mógłbym uciec i się uratować, no… chyba że bym trafił z jej pomocą źle, bardzo źle, i przeniósł się w czasie na przykład do nazistowskich Niemiec, do jednej z tamtejszych komór gazowych. Z moim pechem wszystko jest możliwe. Tak, mógłbym trafić do gazu, a tego bym nie chciał, to by mi się wcale to a wcale nie spodobało.

Narracja bohatera ucina się w tym miejscu właściwie bez żadnego uzasadnienia. To znaczy, nie domagam się tutaj jakiejś dramatycznej relacji z nierównej walki, aż po ostatnie słowa rozszarpywanego, gdyż mogłoby to przynieść efekt niezamierzenie groteskowy. Ale jednak jakaś jego reakcja wydaje mi się niezbędna. Choćby próba wycofania się, spostrzeżenie, że już nie ma szans, że został otoczony... Stworzyłeś taką sytuację, że bohater musi podjąć działanie, nawet gdyby owi ludożercy po chwili mieli złapać go za kark. Dobrowolne poddanie się, gest bezradności też jest jakąś opcją. Cokolwiek, co wychodzi poza obserwację - refleksję.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
rtv
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: sob 09 gru 2017, 03:09
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: rtv » śr 24 sty 2018, 02:14

No cześć.

Krótkie to, ale mimo tego jakieś długie się wydaje. To znaczy - jest opis, całkiem zgrabny, choć, jak już powiedzieli przedmówcy, przekombinowany trochę (brakuje balansu, bo przez taki tekst trzeba brnąć, nie można płynąć), ale kuleje akcja. Zbudowana w taki sposób sprawia, że jako czytelnik zwyczajnie tego nie czuję, tego pośpiechu, tego stresu, nie czuję potu, to wszystko jest jakby obok mnie, bo narrator opowiada o wszystkim jakby od niechcenia, jak prezenter pogody.

I pozwolę sobie na czepialstwo jeszcze (o ile to wyżej tym nie było) - kanibale? Ich istnienie wydaje się być niezbyt logiczne. Jeśli są kanibalami i pragną żyć, to znaczy żreć, to serce puszczy nie jest najlepszym miejscem na polowanie, tym bardziej, że godzina policyjna i tak dalej. Tacy kanibale raczej szybko by wymarli. Sięgnę jeszcze głębiej: dlaczego są kanibalami, skoro, jeśli dobrze rozumiem, ludzie są eksterminowani? Nie łatwiej byłoby im upolować coś, ja wiem, leśnego? Niż żyjących w ciągłym ukryciu ludzi?

I jeszcze... Co bohater tam w ogóle robił, skoro świadomy był zagrożenia?

Ale traktuj moją opinię z dystansem, bo recenzent ze mnie marny.



Awatar użytkownika
mijabi
Pisarz domowy
Posty: 196
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: mijabi » śr 24 sty 2018, 10:42

Sama fabuła nie ścina z nóg, ale opisy są piękne.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Na ugorze, na polnym wygwizdowie ujrzałem parę długaśnych kikutów niedorżniętej kukurydzy, lekko przyprószonej śniegiem, zaś w pobliżu dróżki, wokół mnie – jakieś krzaki, przywodzące na myśl koronę cierniową Chrystusa, i przechodzące w wyższych partiach stopniowo w zeschłe drzewostany – całe ich witki, wstążki oraz pasemka, o kondycji wątpliwej i nader mizernej, i wyraźnie już nadgryzione przez czas i korniki. Cóż za beznadzieja! To było właśnie Bucze, tak wyglądało to niewielkie wzgórze, położone na Śląsku Cieszyńskim.

Bardzo wyraźny obraz i klimat.


..

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 367
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » śr 24 sty 2018, 17:09

Mijabi, dzięki! Cieszę się. :)

Postaram się jak najszybciej odnieść do wcześniejszych Waszych postów, za które jestem wdzięczny (wiadomo: krytyki nigdy za wiele).



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 367
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W]Bucze futurystycznie - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » śr 07 mar 2018, 16:34

Dzięki raz jeszcze za komentarze! Reasumując: nie jest to opowiadanie, ale coś w rodzaju zbieraniny różnych scenek. Techniczny patchwork się kłania. Scena z kanibalami (a zwłaszcza reakcje głównego bohatera) tworzy klimat absurdu, co wg mnie jest OK. Target "fantastyki" zmieniłem na target "inne", "surrealistyczne", "dziwne".




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości