Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Aż się łezka w oku kręci

Chcesz pokazać innym swój punkt widzenia? Tu możesz to zrobić

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
De.eS.
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: wt 30 wrz 2014, 15:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Aż się łezka w oku kręci

Postautor: De.eS. » wt 30 wrz 2014, 20:31

Zaglądając do najgłębszych zakamarków pamięci mojego komputera wpadłem na istną perełkę - przynajmniej dla mnie. Otóż natrafiłem na teksty, które jako początkujący adept sztuki pisania nakreśliłem ok. 2-3 lat temu. Znalezisko tym cenniejsze, że zmuszające do autorefleksji.

Wybaczcie, że nie zastosuję się do kultowej maksymy rodem z popularnej „Trylogii” o Kargulu i Pawlaku: „gości przodem puszczam”. Tym też sposobem pozwolę sobie na kilka słów objaśnień i wniosków.

Pierwszym co przyszło mi na myśl po przeczytaniu tekstów, które spokojnie oczekiwały na dzień swej reedycji jest ich merytoryka, a raczej braki w niej widoczne. Mało argumentów i twardych faktów. Z zadowoleniem jednak stwierdzam, iż w tym aspekcie rozwinąłem się znacznie. Moja domowa biblioteczka wzbogaciła się w ciągu kilku lat o sporo mądrych ksiąg, te zaś „zasiliły” swą mądrością mój umysł. I tak, historia Polski leżąca w kręgu zainteresowań i zaprzątająca mą głowę w znacznym stopniu, stała się mi o wiele bliższą, dogłębniej zbadaną. Tym samym zwielokrotniłem szanse na to, by stawiane przeze mnie tezy imały się w znacznym stopniu rzeczywistości oraz co ważniejsze, zwiększyłem szanse i możliwości ich obrony solidnym argumentem. Forma, która niegdyś górowała nad treścią (tak mi się przynajmniej wydaje), ustąpiła pierwszeństwa. Propaganda młodego, nieświadomego patrioty, bo tak to nazwać można, ewoluowała w prawdziwie dojrzały etos. Przy tym nie zmieniłem (w stopniu znacznym) poglądów, za to znalazłem ich potwierdzenie. To na plus.

Teraz forma. No właśnie - tu zauważyłem pewien niepokojący zwrot. Otóż trochę odbiegłem od stylistyki opartej na lekkiej nonszalancji i ripoście (mniej lub więcej ciętej). Przestałem bawić się słowem i poddałem się (w jakiejś części) panującej manii na stuprocentową poprawność stylu.

Trzecia sprawa, z punktu widzenia każdego z nas chyba najważniejsza - zaprzestałem systematycznego pisania. Moja wyobraźnia widocznie na tym ucierpiała. Myślę, że na ten temat nie ma co się rozpisywać, gdyż każdy wie jak ważna jest to kwestia.

Mógłbym rzucić jeszcze garść przemyśleń, ale nie po to założyłem temat. Chciałbym tylko podkreślić, iż doświadczenie wynikające z zagłębienia się w to co przeszłe, może tylko i wyłącznie pobudzić nas do działań pozytywnie wpływających na nasze życie. Zarówno w nawiązaniu do historii jak i namiętnego hobby kreślenia słów. A, że jedno i drugie nie jest mi obce, więc pierwszym tekstem jaki tu zamieszczę będzie artykuł nawiązujący do książek jak i drugiej, niekoniecznie ostatniej mojej pasji.

Co kilka dni będę wrzucał kolejne. Jeśli kogoś zaciekawi – będę szczęśliwy. Jeżeli nie – zacznę mocniej pracować nad sobą;)

--------------------------------------

MIEJSKA BIBLIOTEKA NIEPUBLICZNA

Słyszalną była przyczyna, zaś widocznym skutek – głos zza okna błogim uśmiechem ułożył się na mej twarzy. „Kaszlem”, odejścia na zasłużoną emeryturę domagał się stary, poczciwy „Mały Fiat”. Dobrotliwie żachnął rozrusznikiem, raz jeszcze zakasłał i jakby chcąc zaprzeczyć pierwszemu wrażeniu, dziarsko niczym osiemnastolatek ruszył z miejsca. Plama oleju i podążająca śladem reliktu przeszłości smuga czarnego dymu, przyćmiły młodzieńczą wizję, dekonspirując wiek poczciwego staruszka.
Nostalgiczny, miarowo niknący w oddali dźwięk, porwał mą duszę… i tylko wzorem ułudy, dobiegając z oddali, jakby spoza granic rzeczywistości, nieskazitelną taflę wspomnień lat dziecinnych, lekką falą mącił odgłos dobiegającego zza ściany wiercenia…

No żesz ku***! - zapragnąłem wygarnąć sąsiadowi prosto w twarz. Fizyczną niemożliwością okazało się jednak przelanie złotej myśli na równie cenny, praktyczny wymiar. Bo o ile przez ponad godzinę decybele przekonywały mnie swoim równym, mistrzowsko wysokim poziomem o zaletach spacerów pod deszczowym niebem, o tyle ich wszędobylski charakter gubił mój zmysł orientacji. Głosem młotów, wiertarek, kosiarek i łamanych posadzek grzmiała sąsiedzka zmowa – a wśród tego harmidru ja – ofiara tejże.

Nie tylko „co dobre”, ale i „co złe” kiedyś się kończy. Znużone trudami pracy, do snu ułożyły się decybele, ustępując miejsca błogiej ciszy. Wyobraźnia pobudzona porannym warkotem domagała się kolejnych pieszczot, a nic tak nie pobudza tej „ważniejszej od wiedzy”, jak kubek aromatycznej kawy, delikatnie sączonej nad dobrą książką. Sęk w tym, iż cały mój księgozbiór wnikliwie już prześledziłem – potrzebowałem więc „świeżyny”.

Dziwny ten Internet – pomyślałem. Papierowe stringi można nabyć, a i trochę kultury „liznąć”. Jako ten, którego wstrętem napawa już sama myśl o damskich ciuszkach opinających męskie pośladki, postanowiłem trochę „polizać” i już po sekundzie monitor komputera dumnie prezentował napis „Miejska Biblioteka Publiczna”. Efekt poszukiwań postawił mnie jednak w stan zakłopotania. Wynik wyszukiwania hasła „Ochotnik do Auschwitz. Witold Pilecki 1901-1948” nakazywał stwierdzić, iż wyjdzie z całego zamieszania… to z czego robi się jesień średniowiecza, a co i wyżej wymieniony rodzaj majtek opina. Zrozumiałem komercyjny głos molocha zwanego „Empikiem”, którego dzień wcześniej odwiedziłem - bezskutecznie. Wszak tu liczone są zyski, a pozycja, na którą brak popytu traci kompatybilność z głównym założeniem. Ta sama „rozczochrana”, która tak szybko przetrawiła tę gorzką prawdę, nie czuła się na siłach, by pojąć stan rzeczy jaki zastała
w bibliotece miejskiej – pełniącej przecież funkcję publiczną. Ba! Nawet i edukacyjną,
a posiadanie owych zobowiązuje.

Społeczeństwo różnorodne pod względem kulturowym, wyznaniowym i ideowym wymaga tematycznego zróżnicowania dostępnych pozycji, tak by zadowolić nie tylko nurt „przeciętniaków”, ale i tych z niszy. Tok myślowy dość dziwny jak na mnie – wszak należę do tzw. nietolerancyjnych. Esencją smaku lektury wszelakiej treści książek jest jednak możliwość swobodnej interpretacji – czego massmedia unikają – w wyobraźni narodu pokładam więc nadzieję na prawidłowe korzystanie z tego przywileju. Wynikiem równouprawnienia tych „lewych”, jak i „prawych” (i to mówię ja?), zachowana powinna pozostać zatem równowaga tematyczna zbiorów – od tych chełpiących władzę i wszelaką „inność”, aż po teksty ciętą ripostą krytykujące wszędobylskość lewicowych zapędów. Tymczasem niczym „szarą masę” próbowano nasycić mój głód wiedzy, rzucając ochłapy
z literackiego stołu, podczas gdy „ostrzyłem zęby na mocno wypieczony stek” Pawła Zyzaka „Lech Wałęsa”. Danie to w apetyczny sposób eksponował wspomniany „moloch” – wszak kontrowersje przynoszą krociowe zyski. Wzbudzając swoją treścią zbyt wielkie „niepoprawne” emocje, nie znalazło się jednak owe dzieło na „publicznej karcie dań”.

Biblioteki jako twór państwowy czy też miejski, istnieją dla ludzi – nigdy dla państwa, a tym bardziej dla danego rządu. Wspaniałomyślność tejże zasady „stojąc murem” za przeciętnym obywatelem, wzbraniać powinna przed kreacją jedynie pozytywnego wizerunku sprawujących władzę. Od białego do czarnego – wszelki odcień politycznej działalności winien zdobić biblioteczne półki. Społeczne konsultacje wydają się więc być najrozsądniejszym sposobem na ucieczkę z obecnego „szachu”. Niech zatem biblioteki wyjdą na ulicę – by szukać natchnienia. Niech wyjdą do ludzi – by należycie pełnić swą misję.

Poprzedzę przemyślenia co poniektórych – mój „prawy” nos nie zwęszył spiskowej teorii dziejów. O nie! Pewne rzeczy bywają fizycznie niemożliwymi – moja „prawa” głowa jest tego w pełni świadoma. Na drogę rozważań sprowadzić chciałem Wasze myśli. Rozważań na temat tego, tak naprawdę ostatniego wolnego medium – książek, których jakby nie ima się zamysł świata zarządzanego przez koncerny pakujące nam do głów ohydną, niezdrową, medialną papkę. Przeciwieństwem telewizji na złotej tacy podającej gotowy obraz „rzeczywistości”, każdą „prawdę objawioną” spisaną tuszem możemy negować – a to dzięki wyobraźni. Znanym zaś jest fakt, że „nic tak jej nie pobudza, jak kubek aromatycznej kawy, delikatnie sączonej nad dobrą książką…”.



Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 770
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » czw 02 paź 2014, 00:16

Na pewno czujesz się podle zignorowany. bo minęła już doba od chwili, gdy wystawiłeś na ogień krytyki ukochane dziecko... i nic. Fatalne uczucie :-P które rozumiem.

Wiesz, w tym dziale, kilkanaście postów niżej jest całkiem udatny poradnik niejakiego Smoke'a o pisaniu felietonów. Muszę Cię zmartwić (a czynię to z ciężkim sercem), bo mianowicie podpadasz pod większość wymienionych przez niego cech, jakimi felieton - a tym bardziej felietonista - NIE powinien się charakteryzować. Zerknij, proszę i zobacz, czy moje pretensje mają uzasadnienie.

A swoimi słowami powiedziałbym tak: miałeś myśl niepoślednej wagi (że biblioteki publiczne powinny mieć przyzwoity standard, który nie urąga miejscu i czasowi, w jakim jesteśmy), po czym ubrałeś tę myśl w kostium gwiazdy glam rocka. Styl felietonu może być lekki, może zawierać błyskotliwe zawijasy, lecz nie powinien być popisem sam dla siebie. Użycie w czterech czy pięciu akapitach niemal wszystkich zabiegów stylistycznych, jakie ma do dyspozycji felietonista powoduje wrażenie formalnego wyuzdania, jakie powinno towarzyszyć myśli co najmniej epokowej, a takiej nie udało Ci się sformułować.

Na plus - ładne związanie początku z końcem i dobry słownik. Jeśli uprościsz formę i odbanalizujesz treść, to coś z tego pisania będzie :-)



Awatar użytkownika
De.eS.
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: wt 30 wrz 2014, 15:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: De.eS. » czw 02 paź 2014, 09:54

To co napisałeś nie jest powodem do zmartwień, tak więc serce Twoje może poczuć trochę ulgi;) Przecież tak na prawdę uwagi, o których prawisz zawarłem we wstępie. Przerost formy nad treścią jest tu jak najbardziej widoczny - nie ma co się spierać.

Zgodzę się też z tym, że forma powinna być nieco prostsza (choć nie prostacka), a ciekawie wkomponowana w treść gra słowna działa jak najbardziej na plus. Ba, uważam nawet, że bez takiej zabawy felieton istnieć nie może, a felietonista nie posiadający umiejętności w tym zakresie może zastanawiać się nad przekwalifikowaniem na zawód mniej finezyjny.




Wróć do „Dziennikarstwo i publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość