Ayreon

Co nam w duszy (lub nad uchem) gra.

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Misiael
Pisarz domowy
Posty: 152
Rejestracja: sob 27 cze 2009, 11:01
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Łuków
Płeć: Mężczyzna

Ayreon

Postautor: Misiael » sob 02 kwie 2011, 21:22

Kiedy pisze się o projekcie holenderskiego multiinstrumentalisty Arjena Lukassena bardzo trudno uniknąć używania takich słów jak "epickie", "rozmach" i "ponadczasowość", dlatego nawet nie będę próbował. Prawda jest taka, że siedmiopłytowa (+dodatki) rock opera ukrywająca się pod tytułem "Ayreon" jest dziełem, które każdy fan fantastyki naukowej znać powinien. Przyznam, że po raz pierwszy spotkałem się z tak spójną i wielowątkową opowieścią przekazaną za pomocą połączonych fabularnie utworów muzycznych. I, jak zapewne już widać, od razu wpadłem w zachwyt.

Obrazek

"Ayreon" to imię głównego bohatera pierwszej płyty cyklu - krążka zatytułowanego "The Final Experiment". Mamy rok 2084. Dziesiątkowana licznymi wojnami, wyniszczona zatruciem środowiska naturalnego i pognębiona pokładaniem zbytniego zaufania w technologię ludzkość znajduje się na skraju wymarcie. Grupka naukowców korzystając z procesy zwanego czasową telepatią usiłuje skomunikować się z ludźmi z przeszłości i w porę przestrzec ich przez tymi zagrożeniami. W końcu udaje im się porozumieć z żyjącym w 6 w. n.e. niewidomym minstrelem imieniem Ayreon. Ociemniały bard za pomocą śpiewu przekazuje mieszkańcom swojego grodu przerażające posłannictwo. Przestraszeni mieszkańcy wyrzucają go z miasta i skazują na banicję. Bard rozpoczyna podróż na dwór Króla Artura, z zamiarem przekazania mu ostrzeżenia, które - w swojej wierze - otrzymał od Władców Czasu (Time Lords). Czy mu się uda? Wysłuchajcie tej płyty, a się przekonacie.

Obrazek

"Actual Fantasy", druga płyta sagi, jako jedyna nie prezentuje spójnej fabuły, jest to raczej zbiór opowiadań inspirowanych rozmaitymi dziełami popkultury, jak i oryginalnymi pomysłami Arjena Lukassena. Płyta zdecydowanie najsłabsza, głównie ze względu na brak spójnej koncepcji łączącej poszczególne utwory, ale nie można odmówić jej wysokiego poziomu merytorycznego i garści zaskakujących i przejmujących motywów muzycznych. Nie jest jednak potrzebna do zrozumienia fabuły tej wielotomowej space-opery.

Obrazek

Na samym początku opowieści hipnotyczny, przejmujący głos informuje bohaterów o tym, że zostali zabrani ze swoich czasów i miejsc, by wypełnić pewne zadanie - odnaleźć i dostać się do Elektrycznego Zamku. Highlander, Indian, Knight, Barbarian, Egyptian, Roman, Hippie i Futureman - ludzie z różnych epok, miejscy i warstw społecznych, których dzieli absolutnie wszystko, zmuszeni są ze sobą współpracować, by przeżyć, wypełnić zadanie i poznać tożsamość zleceniodawcy. Nie wszyscy wyjdą cało z tej epickiej przygody...
W "Into the Electric Castle" odkrywamy pewne novum - w każdego bohatera wciela się inny piosenkarz lub piosenkarka, co przydaje projektowi neo-operowego klimatu. Muzyka tradycyjnie wgniata w fotel, a fabuła zaskakuje.

Obrazek

Schyłek XXI wieku. Ostatni żywy człowiek we Wszechświecie powoli umiera w opuszczonej stacji na Marsie. Aby w jakiś sposób wykorzystać pozostałe mu godziny, podłącza się do urządzenia zwanego Dream Sequencer, dzięki któremu może odbyć coś w rodzaju psychicznej podróży w czasie. Po kolei ogląda wspomnienia ludzkości, zniszczenie Ziemi, cofa się przez wieki aż do narodzin pierwszego człowieka, a potem jeszcze dalej w głąb historii, do samego początku wszechświata i ostatecznie poznaje genezę całego istnienia. Czym jest Universal Migrator? Ode mnie się tego nie dowiecie, ale trzeba przyznać, że pomysł jest niesamowity.

Obrazek

Wypadek samochodowy może być tajemniczy - jeśli ktoś uderza w stojące na poboczu drzewo podczas jazdy środkiem prostej, pustej drogi w środku dnia, coś musiało się przydarzyć. Główny bohater tej płyty znalazł się właśnie w takiej sytuacji - cudem wyciągnięty z dymiącego wraku trafił do szpitala w stanie śpiączki. Na dwadzieścia dni staje się więźniem własnego ciała, swoich wspomnień, uczuć i lęków, które powoli wracają do jego udręczonego umysłu. Jakby tego było mało, jego uczucia najwyraźniej zyskały świadomość - Strach, Miłość, Pasja, Duma, Gniew przemawiają własnymi głosami, często mamiąc i zwodząc głównego bohatera. Ponadto, żywe wspomnienie despotycznego ojca także uzyskuje świadomość, zaś od czasu do czasu, jakby z oddali, bohater słyszy głosy swojej żony i najlepszego przyjaciela, którzy czuwają nad jego łóżkiem. Czy bohater wydostanie się z okowów własnej psychiki? Zwycięży? I kim on tak naprawdę jest? Tego wszystkiego dowiemy się z "Human Equation", najlepszje płyty z cyklu Ayreon.

Obrazek

Ostatnia płyta sagi, wieńcząca cały cykl i wyjaśniająca powiązania pomiędzy poszczególnymi rozdziałami. Oto starożytna kosmiczna rasa zwana Forever of the Stars, zamieszkująca planetę Y straciła swoje uczucia w wyniku techno-ewolucji. Chcąc je odzyskać, decyduje się stworzyć nową rasę istot zdolnych odczuwać zapomniane przez Forevers emocje. Najlepiej do tych celów nadaje się oczywiście Ziemia... Płyta jest bardzo ciężka i niepokojąca, ale chyba najbardziej urokliwa z całej sagi.

Jak wspominałem, opowieść "Ayeron" powinien poznać każdy fan kabelków, komputerów i kosmicznych wojaży. Projekt ten nie jest bez wad, nikną one jednak w ogromie klimatu i wielowymiarowości dzieła. To "Blade Runner" muzyki, "Gra Endera" dźwięku, "Ghost in the Shell" rockowej opery. Nie znać "Ayreona" to jak nie znać wyżej wymienionych arcydzieł.



Wróć do „Muzyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość