NAJLEPSZAMINIATURAMARCA 2020 :arrow: GŁOSUJEMY :text-link: TUTAJ :!:

Zwycięska praca Zorcka pt. "Mikołaj" - 2011

Prace, które zwyciężyły w konkursie

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2889
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Zwycięska praca Zorcka pt. "Mikołaj" - 2011

Postautor: Lan » pt 25 lut 2011, 15:35

Mikołaj


88888Był taki bezdomny mężczyzna, który ustawiał się naprzeciw mojego sklepiku co dzień rano. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, przynajmniej, jeśli chodzi o ubiór. Niedopasowane części garderoby, pozakładane „na cebulę”, brudne dłuższe włosy przykryte czapką, oczywiście uszanką. Tak jakby wszyscy bezdomni na świecie uparli się ujednolicić swój strój i nieodzownym elementem stylu stała się właśnie uszanka.
88888Nieważne.
88888Co było istotne w owym mężczyźnie, to twarz. Łagodna, szlachetna, powiedziałbym nawet dumna. Zupełnie niepasująca do włóczęgi czy żebraka. Oczy patrzące ostro i na wskroś, czasem nawet delikatny uśmiech, ironiczny, jakby mężczyzna wiedział coś, czego nie pojmowali mijający go dzień w dzień i ignorujący uparcie przechodnie.
88888Polubiłem go. Nie rozmawialiśmy nigdy, co to to nie. Miałem sklep po drugiej stronie ulicy, nie potrzebowałem, żeby zagrzewał się w nim bezdomny o nieznanej przeszłości. Niemniej, jego widok stał się stałym elementem krajobrazu. Zacząłem się przyzwyczajać, a jako że nie lubiłem zmian – zacząłem co dzień rano wrzucać do żebraczego kubeczka drobne. Ot, tyle, żeby się przyzwyczaił i nie zmienił miejscówki, ale też nie na tyle dużo, żeby go ośmielić do bliższej znajomości.
88888Wszystko było pięknie do czwartkowego poranku, tuż przed świętami. Szedłem do pracy nieco spóźniony, gdyż Monika podrzuciła naszego syna z poślizgiem. Sklęła zakorkowane ulice na czym świat stoi, po czym natychmiast pojechała dalej, uzupełniać świąteczne zakupy. Brakowało mi jej.
Mój mały synek – Mikołaj – dreptał teraz tuż przy mnie, trzymając kurczowo za rękę. Był nieśmiały, bał się nowych miejsc, sytuacji, w których nie wiedział jak się zachować. Miał to po mnie. Do sklepu zabierałem go po raz pierwszy. Wiszące nad Moniką zaległe zakupy, były okazją na wytargowanie nieco większej ilości czasu z synem.
88888Szliśmy więc tak, uważając na śliską nawierzchnię i dyskutując o tym, co „dorosły Mikołaj” zamierza sprezentować „młodemu Mikołajowi”, oraz czego ten drugi od pierwszego oczekuje. Swoją drogą pomysły zmieniały się jak w kalejdoskopie. To właśnie wtedy bezdomny zastąpił nam drogę, wychynąwszy nagle z wąskiej bocznej uliczki. Miałem akurat na tyle czasu, żeby zatrzymać się przed nim na odległość kilku centymetrów. Dzieciaka odruchowo schowałem za sobą.
88888Co ciekawe, mężczyzna nie śmierdział bezdomnością. Teraz uśmiechnął się szeroko, prezentując pełen garnitur zdrowych, białych zębów. Kolejne zaskoczenie. Zanim zdążyłem zareagować, z prędkością kobry ukucnął tuż przed – trzymającym mnie kurczowo za nogę – Mikołajem.
88888– Wesołych świąt – powiedział miłym, melodyjnym głosem, po czym wręczył mu złota monetę. Taką dużą, złotą monetę. Dzieciak wyciągnął rękę i bez wahania prezent przyjął.
Po tym wszystkim facet podniósł się i napotkał mój napięty wzrok.
88888– Ma pan wspaniałego syna – powiedział – niech pan go strzeże jak oka w głowie, to największy skarb w życiu mężczyzny.
88888Zapomniałem języka w gębie. Gość obrócił się na pięcie i odszedł na swoje stałe miejsce – jakieś sto metrów od naszego obecnego stanowiska, dokładnie naprzeciwko witryny mojej księgarenki. Patrzyłem za nim jak zaczarowany.
88888– Tatusiu, popatrz – ze stuporu wyrwał mnie dopiero głos synka.
Spojrzałem w dół. Mały jadł czekoladkę, którą tak naprawdę okazała się moneta. Czekoladką w złotku. Ukucnąłem.
88888– Hej chłopie, nie jedz tego – za późno, pochłonął już i tak większą część. – Nie wiemy co to jest.
88888– Czekolada, tatusiu.
88888No tak, jasne, tyle już wiedziałem. Czego nie wiedziałem, to skąd pochodziła. Zabrałem mu resztkę – w zasadzie upaćkane złotko – i chusteczką wytarłem umorusane niemiłosiernie usta, które zacisnął w oczekiwaniu końca. Szeleszczący papierek bezwiednie wcisnąłem do kieszeni kurtki i ponownie złapałem syna za rękę.
88888– Chodź.
88888Ruszyliśmy w stronę bezdomnego. Przyglądał się nam, gdy maszerowaliśmy wprost na niego. Uśmiechał się szeroko do małego i jakoś tak porozumiewawczo do mnie. W myślach układałem już tyradę. Jednak, co ciekawe, zamiast powiedzieć coś – cokolwiek! – po prostu wrzuciłem przygotowane zawczasu drobne do kubeczka i również się uśmiechnąłem. Po czym przeszliśmy na drugą stronę ulicy otwierać podwoje naszego królestwa.
*
88888Patrzyłem za okno, oglądając jak bezdomny zaczepiał kolejnych przechodniów. Robił tak co dzień. Nie zrażał się tymi, którzy ostentacyjnie go ignorowali, w szarmancki sposób dziękował tym, którzy oddali jakieś grosze, czasem zamieniał z ludźmi kilka słów. Zdawał się bawić sytuacją. Zupełnie nie jak człowiek, przyciśnięty przez życie do tego stopnia, że musi przełamać w sobie blokady, poniżyć się i prosić obcych o łaskę. Było to dla mnie niesamowite. W jakiś pierwotny sposób karmiłem własne lęki, oswajałem je. Nie wiem skąd mi się to brało, ale za dziecka strasznie bałem się zostać bezdomnym. Ne było ku temu jakichś szczególnych przesłanek, po prostu jedne dzieci boją się potwora w szafie, ja bałem się bezdomności i życia o żebraczym kiju.
88888Teraz oderwałem wzrok od szyby i wróciłem myślami do wnętrza sklepu. Klientka czekała. No tak, trzeba zapakować. Szybko wyciągnąłem odpowiedni, kolorowy papier i obłożyłem książkę. Dołożyłem złotą kokardkę i gotowe. Prezent świąteczny. Oddałem paczuszkę kobiecie, pobrałem opłatę a następnie przytrzymałem drzwi, aby mogła zmieścić się ze wszystkimi tobołami. Minęła się w drzwiach z dwoma facetami w garniturach. Proszę, jakie dziś miałem szczęście, nawet japiszony do mnie zaglądały. Nie wyglądali i nie zachowywali się jak klienci. Przeszli się co prawda dla zasady wokół regałów, ale od razu wyczułem, swoim szóstym, sklepikarskim zmysłem, że nic im nie sprzedam. Ale ci dwaj nie przyleźli również oglądać, ani poczytywać w ukryciu. Najwięcej uwagi poświęcili Mikołajowi, który siedział ze mną za ladą.
88888– Mogę jakoś pomóc?
88888Wyższy z nich podniósł na mnie wzrok, jakby zaskoczony moją obecnością. Zawahał się, co wykorzystał niższy.
88888– Chcielibyśmy pana o kogoś zapytać.
88888Oho! Nie wyglądali na policjantów, na prywatnych detektywów również nie. Nie miałem zamiaru robić za drogowskaz.
88888– Panowie z policji?
88888Obaj uśmiechnęli się szeroko. Pewnie myśleli że są ujmujący. Zły wniosek. Jakoś mi się nie podobali, być może dlatego, że nie kupili wcześniej nic, nawet symbolicznego.
88888 – Nie. Szukamy pewnego człowieka. Bezdomnego.
88888 Pokazali mi zdjęcie.
88888 Niedoczekanie.
Niestety, odruchowo spojrzałem za okno a oni oczywiście podążyli za moim wzrokiem. Faceta nie było, chociaż na ogół nie znikał spod ściany przed czternastą. Ciekawe.
88888 – Opieka społeczna? Brat Albert? – obrzuciłem ich garnitury wymownym spojrzeniem.
88888 Ten wyższy nachylił się do mnie i popatrzył w oczy. Pachniał dość ostrymi perfumami. Pomiędzy palcami pocierał coś, co barwiło jego palce na złoto. Strząsnął pył na ladę i dmuchnął w moją stronę. Cóż za buc.
88888 – Proszę nam pomóc – powiedział patrząc mi w oczy.
Było to wszystko dość sugestywne, ale jak już powiedziałem, nie spodobali mi się. Potrząsnąłem więc głową.
88888 – Bezdomnych jest wielu, ale żadnego ostatnio nie widziałem.
88888 Wydali się zaskoczeni moją odpowiedzią, wręcz jakby poczuli się niezręcznie. Popatrzyli sobie w oczy, potem obaj na mojego syna. O co tu do cholery chodziło?
88888 – To pański chłopak? – zapytał ten wyższy.
88888 – Tak
88888– Proszę go pilnować. To największy skarb w życiu mężczyzny.
88888Ojojojoj... Czuły punkt. Popatrzyłem na syna, który odwzajemnił spojrzenie znad swojej książeczki. Nie słuchał nas. Uśmiechnąłem się więc uspokajająco i kazałem wrócić do lektury. Dłoń położyłem mu na głowie i odruchowo poczochrałem włosy.
88888– Kim jesteście?
88888Znów jakby poczuli się niezręcznie i znów obaj spojrzeli najpierw po sobie, a następnie na Mikołaja.
88888 – Zaniepokojeni obywatele.
88888 Jasne.
88888 – Jeśli zostawicie numer telefonu, to odezwę się, jeśli faceta zobaczę.
88888 Niższy wzruszył ramionami.
88888 – Tu ma pan moją wizytówkę, gdyby się pojawił proszę dzwonić.
88888 Spławiłem ich wtedy i gdybym posłuchał intuicji, zamknąłbym po tej dziwnej rozmowie sklep i do świąt się nie pojawiał, aby sprawa załatwiła się sama. Nie posłuchałem, dostałem więc za swoje.
*
88888Sytuacja była bardzo dziwna. Najpierw pilnować chłopca każe mi bezdomny, którego w zasadzie co może obchodzić, w jaki sposób wychowuję własne dziecko? Później jednak, pojawia się dwóch ważniaków w garniturach, którzy sugerują mi to samo: „pilnuj pan własnego syna”. Czy to była zawoalowana groźba? Ale niby po co? Żebym im powiedział, że owszem, kręci się tu taki jeden o bystrym spojrzeniu… O proszę, właśnie wpadłem na to, że moi goście wyglądali dość podobnie. To znaczy spojrzenia mieli podobne, jakby patrzyli wskroś człowieka i oceniali jego duszę. W cokolwiek między sobą grali, kibicowałem bezdomnemu. Czy to moje dziecięce traumy? Czy po prostu czysta niechęć do korporacyjnych „garniturków”?
88888Kibelek sprzyja egzystencjalnym myślom, mówcie co chcecie.
88888Gdy wróciłem z zaplecza, zaparzyłem sobie gorącej herbaty a dopiero potem przekręciłem zamek w drzwiach, ponownie otwierając się na klientelę. Spojrzałem za okno, bezdomny znów stał na swoim miejscu. Śnieg zaczął sypać tak gęsto, że ledwo rozróżniałem jego sylwetkę. Głupi jakiś? Przecież powinien schować się gdzieś pod dach, zwiać do przytułku czy pod most, w taką pogodę i tak nikt nie chodził, ergo żebractwo nie wchodziło w grę. A jednak im bardziej nie powinno go tam być, tym bardziej stał naprzeciw mojej witryny. Popatrzyłem jeszcze raz. Wyglądał jakoś inaczej, już nawet nie chodziło o to, że cała lewa strona twarzy i tułowia oklejone były zacinającym mokrym śniegiem. Jego postawa się zmieniła. Przygarbiony, oparty o ścianę, dłonie jakoś tak zwisające bezładnie wzdłuż ciała, głowa ukryta w ramionach. Niby było zimno, niby padał śnieg… Ale to nie to.
Wyszedłem jak stałem – w samym swetrze – i przeszedłem na drugą stronę ulicy. Facet patrzył na mnie, tępym, zobojętniałym wzrokiem.
88888– Koledzy cię szukali.
88888Machnął lekceważąco ręką i uśmiechnął się.
88888Przestąpiłem z nogi na nogę. Czułem się trochę jak idiota. W sumie co mnie obchodziło jego życie? Owszem, przyzwyczaiłem się do widoku, ale żeby się interesować…
88888– Czemu tu stoisz? Przecież zaraz zrobi z ciebie bałwana, nie widzisz, że jest śnieżyca?
88888Ponownie machnął ręką, po czym stracił równowagę i się przewrócił. Sukinsyn był pijany.
88888– To już wszystko nieważne, i tak znaleźli… – wymamrotał z ustami pełnymi białego puchu.
88888Już miałem sobie pójść. Zauważyłem wystającą z kieszeni kurtki butelkę. Sukinsyn sobie nie żałował, walił whisky! Jednak gdy tak popatrzyłem na niego, jak leży i przytula – z idiotycznym uśmiechem – policzek do ośnieżonego chodnika, nie potrafiłem go zostawić.
88888– Niech cię szlag i niech szlag trafi moje sumienie i świątecznego ducha – mruknąłem, kopiąc go lekko w bok. – Wstawaj durniu, wilka złapiesz.
88888Nie zareagował. No oczywiście, po co reagować, wiatr już usypywał mu pierzynkę z płatków śniegu. Durny, pijany idiota. Ale nie mogłem przecież tego tak zostawić. Złapałem go pod rękę i postawiłem na nogi.
88888– Chodź kretynie, ogrzejesz się trochę, wytrzeźwiejesz, a potem zadzwonię do twoich kumpli.
88888Mikołaja, Monika zabrała dwie godziny temu. Gdyby w sklepie było dziecko, pewnie zostawiłbym faceta na ulicy i zadzwonił na policję, żeby posprzątała śmieci. A tak mogłem się pobawić w samarytanina. Weszliśmy na zaplecze sklepu, posadziłem gościa przy niewielkim stoliku i wstawiłem wodę na herbatę. Flaszkę z jego kieszeni wrzuciłem do kosza. Nogą podsunąłem też bliżej elektryczny piecyk. Pomieszczenie było niewielkie, nagrzewało się łatwo, ale mojemu towarzyszowi potrzeba było więcej, ostatecznie długo stał na mrozie. Śnieg dopiero zaczynał znikać ze zniszczonej kurtki, i skraplać się pod nogami. Usiadłem naprzeciw. Postawiłem przed nim herbatę.
88888– Święta idą, życzliwość wisi w powietrzu, żona, jak za starych dobrych czasów, przyniosła mi drugie śniadanie, wypij herbatę, a potem zjemy na spółkę.
88888Sięgnął do kieszeni i wyjął jakiś woreczek. Wydobył z niego szczyptę złotego pyłu, chwilę mu się przyglądał, po czym dmuchnął mi w twarz.
88888– Zawsze wiedziałem, że jesteś dobrym człowiekiem – wyszeptał.
88888Kichnąłem. Raz, potem drugi.
88888– Co do cholery?... – zacząłem.
Złożywszy dłonie w błagalnym geście, popatrzył mi prosto w oczy.
88888– Adoptuj mnie.
*
88888Ciężko się jeździ, gdy niebo w napadzie szału rzuca w samochód kolejne partie śniegu a wiatr z wyciem nienawiści próbuje zepchnąć cię z drogi, wprost w nowo powstałą zaspę, którą uformował na poboczu specjalnie dla ciebie. Trudno się manewruje samochodem na letnich oponach, gdy na ulicach białego puchu po kolana. Cud, że moje auto nie odmówiło posłuszeństwa i nie zdecydowało się odpocząć gdzieś na środku trasy. Mrużyłem oczy i wyginałem szyję na wszelkie sposoby, byle w zamieci dojrzeć cokolwiek, byle poprawić widoczność o kilka centymetrów. Jechaliśmy z zawrotną prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę.
88888– Szyba zamarza nam od środka. Zupełnie jakby coś sprzysięgło się, żebyśmy nie dotarli dziś do domu.
88888Mój pasażer wziął głęboki wdech, jakby się czymś zachłysnął, po czym poczerwieniał. Otworzył usta, zamknął je i ponownie otworzył. Jakkolwiek wyglądało to fascynująco, musiałem dzielić uwagę pomiędzy niego a drogę.
88888 – Przyśpiesz… tato – poprosił w końcu – przyspiesz proszę.
88888 – Ależ po co? Lepiej dojechać później, ale w jednym kawałku… Matka i tak się nas nie spodziewa.
88888 – Dureń ze mnie, przyspiesz proszę!
88888 Docisnąłem gaz bezwiednie, poruszony nieco tonem głosu, po czym zaryzykowałem szybkie spojrzenie na syna.
88888 – Miejmy nadzieję, że się mylę – wymamrotał.
88888 Zamilkliśmy. Trudno się czasem rozmawia z tym moim chłopakiem, zupełnie, jakbyśmy znali się od godziny. Ciężko zrozumieć o co mu chodzi, nadążyć za jego tokiem rozumowania. Niemniej ufałem że wie o czym mówi. Zamknąłem więc jadaczkę i skupiłem się na tym, by jak najszybciej dowieźć nas do domu. Ciekawy byłem, co powie moja była, gdy przywiozę dawno nie widziane dziecko. Zima, jakby wyczuwając naszą determinację, stawiła jeszcze większy opór. Mimo to wreszcie – co ważne, w jednym kawałku – dotarliśmy na miejsce. Zaparkowałem na poboczu, nie kłopocząc się otwieraniem bramy. Ostatecznie co za różnica, gdzie mi zasypie auto, na posesji, czy pod nią?
88888– Wszystko w porządku? – zapytałem dla zasady, wysiadając w to śnieżne piekło. Wysiadł z drugiej strony i spojrzał na nasz dom.
88888– To tutaj? – zapytał.
88888– A ty co? Z wojny wróciłeś? Nie poznajesz rodzinnej chałupy?
88888Rozejrzał się wokoło, jakby rzeczywiście widział miejsce po raz pierwszy. Ponownie wziął głęboki wdech. Za czym węszył w tych warunkach odgadnąć nie mogłem.
88888– Chodź, schowamy się, zanim nas zasypie – krzyknąłem do niego, otwierając furtkę do ogrodu.
Złapał mnie za ramię.
88888– Ktoś tu był.
88888 – Matka z Mikołajem, chłopcze, co z tobą?
88888Zbliżył się do furtki i zerwał z siatki coś zielonego.
88888– Co? Co tam masz? – zajrzałem mu przez ramię i zobaczyłem że w dłoni trzyma kawałek zielonego materiału.
88888– Czy możemy wejść do środka? Zamarzniemy tu, panie detektywie. – poprosiłem zawiedziony znaleziskiem.
88888 Weszliśmy. Wtedy i ja zrozumiałem, że coś jest nie w porządku. Myślę że każdy czuje tak samo, gdy wchodzi do swojego domu, mieszkania albo azylu. Nieważne, czy jest to wynajmowany pokój, piwnica w domu rodziców, własny apartament czy loft. Czy też dom rodzinny, w którym już nie mieszkasz. Czujesz, że ktoś naruszył przestrzeń.
Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu, cicho, spokojnie, czysto. Właśnie: cicho. Gdzie Mikołaj, który z tupotem małego słonia przybiega do swojego ojca, rzuca mu się na szyję? Gdzie Monika, która, zaskoczona naszym widokiem, staje w drzwiach do pokoju, opierając się o futrynę? Gzie moja rodzina?
88888 – Monika! Mikołaj! – krzyknąłem na próbę, chociaż wiedziałem, czułem podskórnie, że nie dostanę odpowiedzi. Nie dostałem.
W pokoju Mikołaja był bałagan. Porozrzucane klocki, samochodziki, wybebeszona kolejka, którą dostał ode mnie na urodziny, rozrzucona po podłodze pościel. Można by powiedzieć standardowy pokój małego chłopca. Mikołaj rzadko jednak bałaganił. Ukucnąłem przy kolejce, która wyglądała tak, jakby ktoś nadepnął na wagony, niszcząc je bezpowrotnie. Dotknąłem palcem powierzchni jednego z nich. Osadzała się na niej jakaś czarna ni to maź ni to pył. Co do cholery? Moją uwagę przykuł teraz jakiś refleks światła spod szafki. Podszedłem tam i podniosłem przedmiot. Moje dziecko zdecydowanie nie miało w domu złotych dzwoneczków. Takich z prawdziwego, ciężkiego jak diabli złota. Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju, obracając w dłoni znalezisko. Znalazłem kolejną rzecz, która mnie już naprawdę przestraszyła. Czarny ślad stopy na pościeli.
88888 – Synu! – zawołałem, odwracając głowę do salonu. Chłopak wszedł natychmiast, wciąż trzymając ten zielony materiał w dłoni. Popatrzył na pokój, potem jego wzrok zawiesił się na trzymanym przeze mnie artefakcie. Pokazałem ślad na łóżku. Pochyliliśmy się obaj nad prześcieradłem. Nie było protektora, zupełnie jakby podeszwa buta była gładka. Ślad był rozmazany i niewyraźny, ale jedno było jasne – ten ktoś nosił obuwie o ostrym nosku.
88888 – Nikt w tym domu nie nosi kowbojek, do kurwy nędzy – siliłem się jeszcze na spokój – czy znalazłeś mamę, brata?
88888 Pokręcił tylko głową, znów patrząc na trzymany przeze mnie dzwoneczek.
88888 – Dzwonię na policję – zdecydowałem, wychodząc do salonu.
88888 – Poczekaj, pozwól, że ci najpierw coś pokażę – zawołał za mną i pociągnął w okolice kominka.
88888Popatrzyłem na podłogę, na ślady biegnące do pokoju syna, na ciągnące się po parkiecie smugi sadzy, wreszcie na porozrzucane polana i poczułem się, jakby mi ktoś przyłożył jednym z nich w czerep.
88888 – Co to znaczy? Chcesz mi powiedzieć, że ktoś wlazł przez komin, poszedł do pokoju Mikołaja i go następnie przez ten komin wciągnął na górę, wcześniej gubiąc co? Złoty dzwoneczek?
88888– Tak… To ich modus operandi.
88888– Co? Czyj?
88888Pokręcił głową, jakby walczył z otumanieniem. Pokazał mi.
88888– Jeden dzwoni do drzwi wejściowych, udając kolędnika, hydraulika, świadka Jehowy… W zależności od profilu psychologicznego matki. W tym czasie dwóch kolejnych zakrada się przez komin do domu, porywa chłopaka i wciąga na dach, do sań.
88888 Istniało w moim słowniku pojęcie zawieszenia niewiary, ale to, co zaczęło projektować się w mojej głowie było ponad wszelkie siły.
– Chcesz powiedzieć, że syna porwał mi nomen omen Mikołaj?
88888– Technicznie rzecz biorąc, to elfy.
88888– Jakie elfy na Boga?
Na jego twarz wypełzło zrezygnowanie.
88888 – Takie jak ja – powiedział, zdejmując tą idiotyczną uszankę i pokazując równie idiotyczne uszy. Szpiczaste.
Następnie dmuchnął mi złotym pyłem w twarz. Czar prysł. Poczułem się nagi, ograbiony z poczucia bezpieczeństwa, z prawa do własnych myśli, własnego zdania. Patrzyłem w obcą twarz.
88888 – Kim… Kim jesteś? Co mi zrobiłeś? Gdzie moja rodzina?
88888 – Twój syn został porwany przez elfy. Te same, które szukają mnie.
88888– Porwany? Chryste! – po chwili jednak dotarła do mnie druga część wypowiedzi. – Jakie elfy, do jasnej cholery? Kpisz ze mnie? Dzwonię na policję!
88888– Zanim to zrobisz, pozwól, że pokażę ci jeszcze tylko jedną rzecz – poprosił ponownie. Miał smutną twarz, ale znów był jedynie tym bezdomnym. Tym przeklętym, spotykanym codziennie i mijanym przeze mnie bezdomnym, którego nie znałem i nie chciałem znać. Na Boga, co on ze mnie zrobił? Zatruł mnie jakoś? Zahipnotyzował? Pozwoliłem się zaciągnąć na piętro, następnie na balkon. Zawieja nie ustępowała, formując pokaźną zaspę, przeszkadzającą nam w wyjściu na zewnątrz. Do tej pory szedłem za nim, gdyż czułem się otumaniony, nieprzytomny, nie mogłem pozbierać myśli. Teraz jednak, gdy wszedł na drabinkę prowadząca na dach, zareagowałem.
88888 – Zwariowałeś? Zabijemy się.
88888 Odwrócił na mnie wzrok, patrząc z góry.
88888 – Jeżeli mam rację, to na dachu będą ślady sań, prawda? Nie zdążyło chyba ich zawiać do reszty.
88888To było idiotyczne, Wiedziałem, czułem. Niemniej poszedłem za nim.
88888– A Monika? Ją też porwali? – przyszło mi nagle do głowy, gdy lawirowałem nad przepaścią, próbując przejść bezpiecznie na płaską część dachu.
88888 – Nie wiem. Prawdopodobnie się zorientowała, poznała ich i nie mogli jej tak zostawić, musieli zabrać ze sobą. Pył nie miał prawa zadziałać w obecności Mikołaja, nie mogła zapomnieć.
88888 – Czego oni chcą?
88888 Przerwał mi ruchem ręki. Z tej strony dachu, osłoniętej od wiatru wyższą częścią poddasza, nie było tyle śniegu. Ślady były więc wyraźne. Płozy sań, tuż przy kominie. Ślady płaskich podeszw z noskami, nawet bosa stopa. Maleńka, mojego syna… Poza tym ślady kopyt.
88888– Renifery – odpowiedział, na moje niezadane pytanie.
88888No tak, sanie nie przyleciały tu same. Usiadłem tyłkiem w śniegu i złapałem się za głowę. Na Boga! Moje dziecko, moja żona – zostali porwani. Co mam powiedzieć policji? Panie władzo - wpadli przez komin i uprowadzili ich do latających sań? Boże! Potrząsnąłem głową i spojrzałem na swojego towarzysza. Wydawał się sporo wiedzieć o całej sytuacji, kim był, czego chciał? Co ze mną zrobił? Usiadł w śniegu, tuz obok mnie.
88888 – Ja… Nie jestem jednym z nich. Już…
Milczałem, czekając.
88888 - Chciałem być jedynie blisko twojego syna, blisko Mikołaja. Grzać się... Widzisz, twój syn jest wyjątkowy… Elfy nie mogą żyć bez blasku bijącego od takich jak on… Nawet gdy przyleźli dziś do twojego sklepu, byłem przekonany, że szukają mnie. Dureń ze mnie! Być może gdyby nie trafili po moich śladach…
88888 – Kim oni są? Przecież nie bandą świętego Mikołaja?
88888 – Dokładnie tym – rozwiał moje nadzieje. – Policja nic tu nie pomoże.
88888 Tyle już zdążyłem zrozumieć.
88888 – Myślałem, że Mikołaj to ten dobry!
88888 Westchnął.
88888 – Widzisz, technicznie rzecz biorąc masz rację, wyobrażenie jest właściwe, tylko o czym ludzie zapominają, to, że Mikołaj jest człowiekiem, takim z krwi i kości, rozumiesz?
88888 – Nie – przyznałem.
88888 Ponownie westchnął.
88888 – Zejdźmy na dół – poprosił. – Wyjaśnię ci co nieco i postaramy się ułożyć plan działania.
*
88888 – Mikołaj może umrzeć. Ba, umierał już kilkukrotnie – uświadamiał mnie nowy przyjaciel. – To nie tyle imię, co… stanowisko. Jak papież, jak prezydent.
88888 Przyznam, wirowało mi w głowie. Oto siedziałem w moim salonie, przy kominku – przez który porwano mi syna – z elfem – prawdopodobnie przyjacielem porywaczy – i dyskutowałem o teoretycznych podstawach pracy świętego Mikołaja. Czas najwyższy przybić do brzegu.
88888 – Co mogę zrobić, żeby ich ratować? – zapytałem. – Jak ich znaleźć?
88888 Rozejrzał się po pomieszczeniu, następnie wyjrzał za okno. Stanąłem przy nim.
88888– Ile tu jest piesków? – zapytał.
88888 – Trzy – odpowiedziałem, zaskoczony. – Reksio, Boss i Pusia. Z tym że Pusia to bardziej szczur niż pies.
88888 – Nada się.
88888 – Do czego? Co zamierzasz?
88888 Zamiast mi odpowiedzieć, ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu.
88888 – Sanki. Potrzebuję sanek.
88888 – W piwnicy – podpowiedziałem.
88888 – To przynieś. Ja się w tym czasie przygotuję.
88888 – Do czego? Cholera, odpowiedz mi!
88888 Zatrzymał się wpół drogi do kuchni i obrócił w moją stronę. Twarz miał zaciętą, zdawał się zdeterminowany.
88888 – Na wojnę – powiedział. – Oni czekają.
88888 – Skąd wiesz? I co nam może grozić z rąk świętego Mikołaja?
88888 – Widzisz – pokazał mi palcem złoty dzwoneczek, który położyłem na stoliku – to jest prowokacja. Wyzwanie. Wszystkie ślady były tak wyraźne… Żebym nie miał wątpliwości, że to oni, że wystrychnęli mnie na dutka. Mówią: chodź i się z nami spróbuj. To ja ich do ciebie sprowadziłem, teraz pomogę się ich pozbyć!
88888 Skończył i popatrzył mi w oczy. Miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze, że usiądzie bezradnie w kucki i zacznie bić pięściami po podłodze. Jednak zamiast tego, otarł twarz rękawem. Wzrok ponownie mu zhardział.
88888 – Zamierzam uratować twojego syna, gdyż nie podoba mi się sposób, w jaki to się odbywa poprzez wieki, ale żeby się udało, potrzebuję się przygotować… I twojej pomocy Nie zadawałem już pytań, tylko zszedłem do piwnicy w poszukiwaniu tych cholernych sanek.
*
88888 Nie wierzyłem, gdy powiedział mi co zrobimy. Nie byłem przygotowany na cud. Wielki cud, który zachwiał całą moją wiarą w uporządkowany, może trochę nudny świat.
88888 Po pierwsze kazał mi się ubrać ciepło. Nie byle jak, tylko najcieplej jak potrafiłem sobie wyobrazić. Onuce, maska na twarz, stary szalik, nawet ciężkie, skórzane rękawice…. Po drugie prowiant. Konserwy, czekolada, suchary. Po trzecie jakieś żelastwo – tak zwany sprzęt survivalowy. Cokolwiek to znaczyło.
88888 Lecieliśmy na biegun północny.
Tak właśnie. Lecieliśmy. Na biegun.
Nie wierzyłem już w to, że pieski pociągną obładowane dziecięce sanki, chociaż Reksio był rzeczywiście psem zaprzęgowym. Ale Boss, bokser, który owszem odgryzie jaja nachalnemu gościowi, nie pociągnie sań wyładowanych sprzętem. A już przypięta jakimś dziwacznym systemem uprzęży (z moich starych szelek i pasków) Pusia, mały ratlerek, wyglądała na tle pozostałych zwierzaków nader komicznie.
– Będzie przewodnikiem, jak Rudolf – powiedział Elf, pochylając się nad zwierzakami ze złotym proszkiem w dłoni.
Potem usiedliśmy na sankach, ledwo się mieszcząc. A potem polecieliśmy.
*
88888– Nie wierzę! – darłem się, mocniej obejmując w pasie mojego towarzysza. – My lecimy!
Patrzyłem w dół, na miasto. Oglądałem zaśnieżone dachy, ulice i parki oraz sunących poprzez śniegi ludzi, z nisko pochylonymi głowami, chroniących twarz przed śniegiem i wiatrem. Nikt nas nie zauważył. Poza małym dzieckiem, siedzącym w oknie, przyklejonym wręcz do niego. Pomachałem. Dziecko odmachało i pobiegło gdzieś w głąb mieszkania, pewnie pochwalić się rodzicom, że widziało Mikołaja. Tylko jego tatę, skarbie.
88888– Jak to możliwe? – zapytałem, gdy wreszcie nieco ochłonąłem i przyzwyczaiłem się do nietypowego środka lokomocji.
Wszystkie trzy pieski dzielnie przebierały nogami w powietrzu, Pusia dodatkowo szczekała, cała zadowolona. A my lecieliśmy.
88888– To elfia magia.
Czary mary, elfy, latające zaprzęgi, Mikołaj… Właśnie, Mikołaj.
88888– Po co im mój syn? – zapytałem – powiedz wreszcie o co chodzi.
88888Obrócił się, popatrzył chwilę na mnie, szukając chyba czegoś w oczach. Po chwili jednak odwrócił się bez słowa. Milczał jeszcze dłuższą chwilę, i już miałem go pogonić, gdy wreszcie się odezwał.
88888– Jak mówiłem, Mikołaj może umrzeć. Co się wtedy stanie?
88888– Jest to problem wykraczający poza moje zdolności wyciągania wniosków, wybacz, ale mój światopogląd właśnie rozpadł się w pył.
Po chwili jednak wzruszyłem ramionami.
88888– Jak umrze Mikołaj, to nie będzie Mikołaja.
Jakże odkrywcze.
88888– Właśnie. Po to im twój syn. Ma być następcą. Jak mówiłem, elfy nie mogą żyć bez źródła blasku.
88888– Ale że co? Że zostanie świętym?
Teraz to on wzruszył ramionami.
88888– Wspominałem już, że to bardziej stanowisko? Wybiera się chłopców o tym imieniu tylko przez wzgląd na tradycję. Twój chłopiec będzie piastował urząd dożywotnio, a przed śmiercią, wybierze swojego następcę. Chyba że go uratujemy.
88888– Ale czemu oni porywają dziecko?
88888– Nie słuchałeś mnie?
88888– Słuchałem, ale nie rozumiem. Przecież Mikołaj to dobra postać…
88888– Dlatego właśnie odszedłem, uciekłem. Nie chcę uczestniczyć w czymś tak podłym.
88888Zamilkłem. Mikołaj porywający dzieci. Tego jeszcze nie grali.
88888– Czemu nie robią… nie wiem, castingów? Albo nie szukają takich, co to dobrowolnie?
88888Znów się odwrócił, prezentując krzywy uśmiech.
88888– To nie po elfiemu. Elfy nie proszą. Elfy decydują, wybierają, porywają. Nie znasz bajek?
88888– No coś tam…
88888– Poza tym, ilu znasz chętnych do zamieszkania na biegunie?
88888Co mówiąc, ponownie założył swoją śmieszną uszankę.
88888– Zimno się zaczyna robić. Zbliżamy się.
Właśnie wtedy nas zaatakowali.
*
88888Było ich czterech – po dwóch w każdym pojeździe. Pierwszym były sanie, do których zaprzęgnięto dwa niedźwiedzie polarne. Wielkie te misie. Choć przebierały łapami w powietrzu, jak nasze pieski, byłem te dziwy jeszcze w stanie przełknąć. Ale drugim pojazdem był rydwan, zaprzęgnięty w smoka. Białego jak mleko. Pięknego i strasznego. Mieliśmy przechlapane.
88888– Mamy przechlapane – wyartykułowałem. – Przecież te stwory nas pożrą…
88888– Trzymaj się mocno!
88888Złoty dzwoneczek w rękach elfa zagrał delikatną melodię. Pusia szczeknęła a po chwili saniami szarpnęło. Przyspieszyliśmy. Za plecami tylko wściekłe ryki. Odważyłem się obrócić. Rydwan objął prowadzenie w peletonie pościgowym. Smok dyszał parą, wściekłość malowała się w jego nabiegłych krwią oczach. Niedobrze.
88888– Jesteśmy szybsi, nie ma strachu – wykrzyknął mój przewodnik. – Jeśli nie zaczną strzelać…
88888W tym momencie oczywiście zaczęli strzelać. Towarzyszący woźnicom pasażerowie szyli z muszkietopodobnej broni, wypluwającej w naszym kierunku kłęby złotego pyłu.
88888– Wstrzymaj oddech – krzyknął elf. – Nie pozwól pyłowi dostać się… – umilkł, gdyż ogarnęła nas złocista mgła.
88888Ja również wziąłem ostatni oddech i zatrzymałem go w płucach. Ryki docierały teraz jak zza ściany, wszystko malowane było złocistymi, migoczącymi barwami. Pył opadał, ale strasznie powoli. Wyciągnąłem rękę – drobinki zatańczyły wokół moich palców, po czym ostatecznie opadły poniżej. Świat nagle przyspieszył, a ja znów usłyszałem potężne i wściekłe ryki. Wciąż nas gonili.
88888– Co robimy? – zapytałem chwytając spazmatycznie oddech.
88888– Mamy chwilę, zanim przeładują, musimy ich zgubić.
88888– Jasne, ale jak?
88888Ponownie zagrał delikatną melodię na dzwoneczku. Pusia zaszczekała, a nami znów szarpnęło. Obróciłem się. Nieco oddaliliśmy się od naszych prześladowców, ale to wciąż było za mało. Zacząłem szperać w leżącym za mną, przywiązanym do sań plecaku. Wyciągnąłem pierwszy cięższy przedmiot, który wpadł mi w ręce.
88888– Co robisz?
88888– Bombarduję.
88888Trafiłem smoka rondlem, prosto w pysk. Zaryczał okrutnie.
88888– Lepiej żeby nas nie dopadli. Teraz to już na pewno mamy przerąbane.
88888Nie skwitował żartu, więc bez ceregieli znów zacząłem grzebać w plecaku.
88888– Celuj w woźnicę – podpowiedział. – Smok się irytuje, ale nie przyniesie nam to wymiernego efektu! I czymkolwiek rzucasz, nie wyrzuć żelazka!
Nie ruszać żelazka, ok… Więc kolejny gar poleciał w kierunku szofera. Zawsze miałem dobre oko. Strąciłem gościa za drugim rzutem.
88888– O cholera – zawahałem się – chyba go zabiłem!
88888– Ma wystarczająco czasu, zanim spadnie.
88888– Na co?
88888– Na to – wskazał dłonią mlecznobiałą mgłę.
88888Nie zdążyłem wyrazić wątpliwości. Zagłębiliśmy się w gęstą jak wata cukrowa masę. Dosłownie masę. Przebijaliśmy się przez to dziwaczne, waciane tworzywo, a wyrwany przez nasze pieski korytarz natychmiast się za nami zasklepiał. Nie widziałem już niedźwiedzi, ale wciąż słyszałem ich ryk.
88888– Zgubiliśmy ich?
Pokręcił głową.
88888– Na to bym nie liczył. Ale może kupiliśmy sobie w ten sposób nieco czasu.
88888Sprowadził nasz pojazd do lądowania. Przebiliśmy się przez unoszącą się mgłę od spodu i powoli osadziliśmy sanie w miejscu. Wreszcie świat wokół przestał wirować.
88888– Dalej przemieszczać się będziemy metodą konwencjonalną – zakomunikował mi, starając się przekrzyczeć świst wiatru. – Przestrzeń powietrzna jest jak widać silnie patrolowana!
88888– Co to znaczy konwencjonalną?
88888– Psim zaprzęgiem oczywiście.
Po czym gwizdnął na pieski i zagrał melodyjkę po raz trzeci.
88888– Jak to w ogóle możliwe, że Pusia i chłopaki są w stanie nas pociągnąć? – wydarłem mu się do ucha.
88888– Elfia magia!
No jasne, powinienem był się przyzwyczaić.
88888– Gdzie jesteśmy? – zapytałem więc, widząc wokół siebie jedynie białą pustkę oraz wirujące płatki śniegu, prowadzone w szalonym tańcu przez wiatr.
88888– Niedaleko, widzisz kształt przed nami?
Nawet jeśli coś majaczyło, to nigdy nie rozpoznałbym, co to jest.
88888– Być może.
88888– To nasz cel. Witamy na biegunie północnym!
*
88888Ów nieokreślony kształt to był zamek. Ogromny biały zamek ze śniegu i lodu. Potężny, strzelisty, o setkach wieżyczek i baszt. Okolony wysokim, stumetrowym chyba murem.
88888– A gdzie brama? – zapytałem, gdy wreszcie odzyskałem głos. – Z drugiej strony?
88888– Mógłbyś objechać zamek tysiąc razy i nie znajdziesz żadnej bramy.
88888– To jak dostaniemy się do środka? Wlecimy?
Bez słowa pokazał mi kursujące nad murem niewielkie kształty. Wyciągnął z plecaka zabawkowy kalejdoskop, najwyraźniej wyniesiony z pokoju mojego syna, po czym podał mi.
88888– Zobacz.
Przytknąłem „lunetę” do oka, przyzwyczajając się powoli do kolejnych cudów. Zobaczyłem krążące nad murami rydwany, sanie i inne pojazdy. Nawet fruwające samochody rodem z Harrego Pottera. Patrolowana przestrzeń powietrzna, nie ma co.
88888– Czyli co teraz? – zapytałem, skończywszy oględziny.
88888– Mam nadzieję, że nie wyrzuciłeś żelazka?
Zacząłem grzebać w plecaku.
88888– Nie, gdzieś tu na pewno jest… O, proszę. – podałem mu.
88888– Świetnie, teraz jeszcze akumulator. Też jest w plecaku.
Zajrzałem na dno.
88888– Nie wierzę! Rozmontowałeś samochód? Po cholerę?
88888– Potrzebujemy baterii do żelazka.
Oczywiście. Nie pytałem dalej. Rozsiedliśmy się ponownie wygodnie, elf cmoknął na pieski i ruszyliśmy szybkim kłusem w kierunku fortecy. Podróż trwała zaskakująco długo.
88888– Jak to możliwe, że nikt tego nigdy nie odnalazł? – mruczałem.
Odwrócił się do mnie.
88888– Nic nie mów – zastrzegłem – pewnie elfia magia.
W odpowiedzi zobaczyłem jedynie szeroki uśmiech. No jasne.
Ostatecznie jednak dotarliśmy na miejsce. To znaczy pod mur.
88888– I co teraz?
88888– Podłącz żelazko do akumulatora proszę.
88888– Co? Po co? Jak?
88888– Byle jak, po prostu podłącz – zirytował się. – Chcesz się dostać do środka, czy nie?
88888Czy to tylko ja, czy zrobił się jakiś taki nerwowy, napięty? Już bez słowa zdjąłem klemy z akumulatora, po czym nożem zdarłem powłokę zabezpieczającą z kabla żelazka. Odsłonięty przewód przywiązałem byle jak do baterii. W końcu to magia, jeśli ma zadziałać, to zadziała. Pokazałem wyciągnięty w górę kciuk, że gotowe i czekałem na efekt. Towarzysz wyciągnął woreczek z magicznym proszkiem i zważył w dłoni.
88888– Kończy się. Niedobrze.
Po czym wziął szczyptę i obsypał złotem naszą mechaniczną hybrydę. Coś przy tym szeptał. Pierwszy raz byłem obecny i przytomny podczas rzucania zaklęć, mając świadomość tego, co się dzieje. Nie spodziewałem się fanfarów, ale na pewno czegoś więcej, niż tylko prostego stwierdzenia.
88888– Będziesz działać.
88888– Już? I co teraz?
Wziął żelazko do ręki.
88888– Pomóż mi.
Na mnie oczywiście spadło tachanie ciężkiej baterii. Zbliżyliśmy się do muru.
88888– Trzymaj tak, żeby nie dotknęło śniegu, bo zrobimy zwarcie – zastrzegł i przyłożył taflę żelazka do ściany.
88888Zaskwierczało, zasyczało, po czym spod urządzenia zaczęła wydobywać się para, a pod nogi zaczęła lać się woda. Skurczybyk wypalał dziurę w ścianie! Pokręciłem głową w niedowierzaniu, ale już po chwili musiałem się skupić na utrzymaniu akumulatora. Cholerstwo było ciężkie, a praca czasochłonna. Ostatecznie jednak „prasowanie” śniegu przyniosło wymierne efekty. Przeszliśmy.
Odłożyliśmy urządzenie pod mur i przykryliśmy niedużą warstewką śniegu. Mogło się jeszcze przydać, gdyż według słów towarzysza, mur zasklepiał się samoczynnie. Nic mnie już chyba nie było w stanie zdziwić.
88888– Co teraz? – nie wiem czemu, zacząłem szeptać, czując motylki podniecenia w brzuchu.
88888– Do sali tronowej – zakomenderował. – Musimy zdążyć, nim stary wróci z podróży dookoła świata.
88888– Zaraz – zaoponowałem – a co z pieskami? Nie zostawię ich tutaj, żeby jakiś smok, czy niedźwiedź…
88888– Nie martw się, popatrz.
Piesków nie było. Słyszałem poszczekiwania Pusi, widziałem nawet ślady zwierzaków, ale samych psin nie było.
88888– Co? – zapytałem niemądrze.
88888– Są niewidzialne, bezpieczne – uśmiechnął się elf. – Przecież nie pozwoliłbym skrzywdzić bezbronnego stworzenia. A teraz chodź.
No to poszliśmy. Przemknęliśmy przez główny dziedziniec pod ścianę zewnętrzną zamku. Oparłem się o zimną ścianę czołem. Zacząłem się pocić, denerwować. Nagle, ni z tego, ni z owego opadły mnie obawy. „Co jeśli się nie uda”?, „co jeśli zawiedziesz”? Otrząsnąłem się szybko. Takie myślenie nie mogło przynieść nic dobrego, było bezsensowne. Przecież byłem tutaj, próbowałem. Przecież chodziło o mojego synka, do cholery!
88888Oderwałem czoło od lodu i spojrzałem na towarzysza. W rękach trzymał raki. Zajrzałem pod podeszwę podanych mi butów, a następnie jęknąłem.
88888– Widelce? Zastawę mojej żony też rozbebeszyłeś? Przecież ona mnie zabije!
Ponownie jedynie się uśmiechnął. A ja raz jeszcze obejrzałem obuwie. W podeszwę adidasów powtykane były – ząbkami do dołu – pourywane główki widelców. Prowizoryczne raki. Absurd. Elfia magia, jasna cholera.
88888Bez słowa zmieniłem buty.
88888– Tam gdzie wejdziemy, poślizg oznacza w zasadzie wycieczkę w niebyt, dlatego stąpaj ostrożnie – poradził elf.
88888Nawet nie pytałem. Wciąż przytuleni do ściany zamku, zaczęliśmy przekradać się do ogromnej bramy – tym razem wyraźnie widocznej, otwartej na oścież, niemal zapraszającej. Po obu stronach wejścia stały bałwany. Na głowach miały garnki, wyglądające niczym hełmy.
88888– Gdy wejdziemy na pierwszy schodek, biegnij i raczej nie oglądaj się za siebie – pouczył mnie towarzysz. – Jeśli zwolnisz, upadniesz, albo się zatrzymasz, już po tobie.
88888– Przed czym uciekamy?
88888Pokazał palcem bałwany i ich druciane miotły. Oczywiście wtedy jeszcze nie zrozumiałem. Przebiegliśmy między śnieżnymi strażnikami – o ile poruszanie się w rakach, po lodzie, nazwać można jeszcze bieganiem – i wpadliśmy na schody.
88888– Teraz już nie zwalniaj!
A ja oczywiście pierwsze co, to się obróciłem. Bałwany już pełzły w moją stronę, wymachując i robiąc kołowrotki tymi swoimi drucianymi drapakami. Oj niedobrze.
88888– Cholera jasna! – krzyknąłem – Trzeba było mnie uprzedzić! Jak długie są te schody?
I spojrzałem w górę. Stopnie wiły się w kierunku nieba i niknęły w ciemnościach. Potężna, niekończąca się spirala, która przyprawiała o zawrót głowy.
88888– Oszczędzaj oddech, w tym tempie powinniśmy do jutra dotrzeć na miejsce!
88888Uciekaliście kiedyś przed bałwanami? Ale takimi śnieżnymi, z marchewką zamiast nosa, o szczerzącym się złym uśmiechu z guzików i miotłą z drutu? Którym to drutem zamiatają owe bałwany przestrzeń przed sobą tak, że lodowe odpryski kaleczą, uderzając o plecy? Głupie pytanie. Ja niestety uciekałem. Adrenalina dobra rzecz, ale nie jest w stanie zapewnić sił na cały dzień wbiegania po schodach. Organizm krzyczy: dość, zwolnij, zaraz się wyłączę! A ty – w zwierzęcym strachu – odkrzykujesz: jeszcze chwilę, jeszcze jeden krok, jeszcze jeden, już coraz bliżej!
88888A potem spoglądasz nieopatrznie w górę i widzisz niknące w ciemnościach, nieskończenie długie schody. I chcesz zwolnić, chcesz zrezygnować, pozwolić się zamieść temu bałwanowi, albo jeszcze lepiej – rzucić się w dół, w kierunku – dawno już przykrytego mrokiem – początku swojego szalonego biegu. Jednak wciąż biegniesz, gdyż tam gdzieś na górze czeka na ciebie syn. Potrzebuje cię. Nawet nie słyszysz pokrzykiwań i dopingu towarzysza. Nie potrzebujesz tego. Robisz to dla dziecka. A po chwili organizm znów krzyczy: zwolnij! I tak w kółko. Oszaleć można.
88888Bałwany nie wydawały żadnego odgłosu. Zresztą w pewnym momencie, poddany zupełnej monotonni, przestałem zwracać uwagę na jakiekolwiek dźwięki. Tylko krok za krokiem, krok za krokiem… Nawet nie zauważyłem, gdy przekroczyłem potężne drzwi. Ktoś złapał mnie za ramię, a niespodziewany wstrząs spowodował, że upadłem na ziemię. Wiedziałem, że już się nie podniosę, organizm wreszcie spełnił swoją groźbę, wszystko spowijał mrok.
88888– Obudź się, bądź pełen sił, wypoczęty i sprawny.
Potem ktoś dmuchnął mi w twarz. Otworzyłem oczy i spojrzałem przed siebie. Otarłem resztkę pyłu z nosa i zacząłem bezmyślnie oglądać zabarwione złotem palce.
88888– Fajna ta twoja magia, czasem dość praktyczna – wymamrotałem, czując jak siły wracają do mnie w nienaturalnym tempie.
Podniosłem się na nogi.
88888– Jesteśmy na miejscu.
Byliśmy w sali tronowej. Potężnej, przestronnej, zbudowanej z czystego lodu sali tronowej. Szkarłatny dywan biegł przez całą długość pomieszczenia i kończył się przy złotym tronie. Siedział na nim mój syn, a u jego stóp skrępowana i zakneblowana Monika. Wokół tłoczyły się elfy, całe mnóstwo elfów.
88888– Jaki jest plan?
88888– No cóż, szczerze mówiąc nie ma żadnego. Nie spodziewałem się takiego komitetu powitalnego.
88888– Najwyraźniej oni spodziewali się nas – mruknąłem, robiąc pierwszy krok w stronę centralnego punktu sali i zrzucając idiotyczne buty. – W dupie to mam. Żaden noszący zielone rajtuzy i czapeczkę Piotrusia Pana kurduplowaty elf nie będzie porywał mojego syna i wychodził z tego cało. Zrobimy to teraz po mojemu.
88888Pojęcia nie miałem, co znaczyło po mojemu. Po prostu po całym tym absurdzie odnalazłem wreszcie syna. Był cały i zdaje się zdrowy. Chciałem go tylko porwać na ręce, chciałem uwolnić moją żonę i obudzić się z tego snu. Jeśli miałem w tym celu dać w mordę każdemu obecnemu, to bardzo proszę.
Rzucili się na mnie całą bandą, w ciszy. A ja rozdawałem kopy, ciosy, wybijałem zęby, rozbijałem nosy, kopałem w piszczele. Zacieśnili więc krąg, chcieli mnie zadusić masą. Zacząłem z rykiem przeciskać się w stronę syna. Wściekłość dodawała mi siły. Zacząłem stąpać po przewróconych wrogach. Gryźli, drapali, wieszali się na szyi. Słowem jak małe dzieci. Ale było ich dużo. Za dużo. Nie miałem szans, pomimo że miotałem się jak ranne zwierzę w klatce. Już, już gdy mieli mnie przydusić do ziemi usłyszałem gromki okrzyk, który poniósł się echem i – zda się – wzruszył w posadach lodowe fundamenty twierdzy.
88888– Dość!
88888Odpuścili natychmiast, rozbiegli się i pochowali za filarami, za tronem. A najwięcej z nich schowało się za grubym staruszkiem, ubranym w czerwony kubrak. Przecierałem oczy ze zdumienia. Obok mnie pojawił się „mój” elf.
88888– Stary wrócił, mamy przerąbane – zakomunikował, ocierając krew z rozbitych ust.
88888Popatrzyłem w oczy Świętemu Mikołajowi. Temu staremu skurwielowi, który zorganizował porwanie mojego dziecka, mojej żony.
88888– Dlaczego? – chciałem koniecznie wiedzieć.
Długo nie odpowiadał, przyglądając się nam obu. Głaskał przy tym brodę, jakby była kotem, albo psem. Stary był, zniedołężniały, chodził o lasce.
88888– Czy twój przyjaciel wyjaśnił, co tutaj robimy? – odezwał się wreszcie cicho.
88888– Tak. Stanowisko świętego wakuje, dzieci płaczą o prezenty a elfy nie pytają rodziców o zgodę!
88888 – To tylko wierzchnia warstwa prawdy – odparł, kiwając głową, jakby wszystko rozumiał. – Świat nas potrzebuje. Świat potrzebuje świętego Mikołaja.
88888– A ja potrzebuję swojego syna! I teraz zabieram go do domu – ruszyłem w kierunku tronu. – Żonę też!
88888Nikt nie zastąpił mi drogi. Podszedłem więc do Mikołaja i wyciągnąłem rękę. Chciałem go mocno przytulić, porwać na ręce i obiecać, że nic mu już nie grozi. Później, nie tutaj, gdzie wciąż z wizytą wpaść może rydwan zaprzęgnięty w niedźwiedzie.
88888– Chodź synku, już wszystko w porządku.
Zastanawiało mnie, dlaczego do tej pory nie ruszył się ze swojego złotego siedziska, dlaczego do mnie nie przybiegł, jak zawsze czynił, gdy po niego przychodziłem do domu. Teraz, patrząc w jego oczy, zrozumiałem. Wahał się.
88888– Synu, chodź, nie możemy tu zostać! – powiedziałem nieco ostrzej.
Rozglądałem się nerwowo. Starzec zbliżał się powoli, a wraz z nim cała wataha przyczajonych elfów.
88888– Zostań gdzie jesteś! – wyciągnąłem w jego stronę palec.
88888– Tato, ja nie chcę iść. – usłyszałem.
Obróciłem się, robiąc wielkie oczy. Cóż to za fanaberie?
88888– Mały, ja się ciebie nie pytam co chcesz. Już. – nerwowo wyciągnąłem dłoń, zdecydowany złapać go za rękę i wyciągnąć z tego popieprzonego miejsca, nawet siłą.
88888– Twój syn już zrozumiał – ponownie odezwał się starzec.
88888– Co zrozumiał? – wściekłem się. – Co może zrozumieć taki brzdąc?
88888– Nie doceniasz swojego chłopaka. On ma własny rozum. Wie, czego potrzebuje świat, który bez pomocy, bez poświęcenia, przestanie istnieć!
88888– Przestań, nie chcę tego słuchać!
88888– Wojny, gwałty, kradzieże, rozboje, morderstwa, głód, korupcja, wypadki! – zaczął wyliczać. – Wszystko to znasz, ale nie masz pojęcia do jakiej eskalacji dojdzie, jeśli za rok żaden święty nie przeleci nad światem w swoich saniach i nie rozrzuci dobrej woli po świecie!
88888– Dobrej woli?
88888– Złotego pyłu. Oto prawdziwy prezent od świętego Mikołaja! Dlatego wciąż są ludzie, którzy pomagają bezdomnym zwierzętom, pomagają chorym dzieciom, ratują ludzi od wypadków! Oto dlaczego żona nie zabija męża we śnie, mąż nie okrada żony ze spadku, a rodzice pomagają dorosłym dzieciom!
88888– To co wyliczasz, to margines! – uniosłem się, czując, że próbuje na mnie wpłynąć frazesami. – Popatrz na nasz świat! Jest popieprzony!
88888– A wyobraź sobie, co będzie, jeśli nas zabraknie.
Podszedł mnie. Zgłupiałem. Popatrzyłem na mojego towarzysza, na elfa, który nawiał stąd, który pomagał mi ratować syna. Chciałem usłyszeć, że to wszystko kłamstwa.
88888– To prawda – rozwiał nadzieje. – Moje zastrzeżenia nie dotyczą tego co robią, tylko jak to robią.
88888– Cel uświęca środki – powiedział święty Mikołaj.
Mogłem się po kimś takim spodziewać czegoś więcej, niż wytarty frazes. Niemniej, do kurwy nędzy, oni porwali mojego syna. Znów zwróciłem na niego swój wzrok.
88888– Tato, oni mnie potrzebują, bardziej niż ty – wypalił mi prosto w twarz mój maluch.
88888– Dziecko drogie, co ty opowiadasz – kucnąłem przed nim. – Popatrz co oni zrobili? Związali twoją matkę, porwali ciebie, nawet nic mi nie powiedzieli…
Zacisnął ustka w zacietrzewieniu. Zupełnie jak wtedy, gdy czyściłem mu je z czekolady.
88888– Tato, ty sobie beze mnie poradzisz. Świat nie.
Popłynęły mi łzy. Co ten mój dzieciak opowiadał? Co to za chora martyrologia? Nie zamierzałem na to pozwolić! Wstałem i złapałem go wpół, po czym wziąłem na ręce. Zaczął krzyczeć.
88888– To nie musi tak wyglądać – odparł starzec, wyciągając palec w moją stronę. – Możesz mieć wpływ na ostateczny kształt naszej umowy!
88888– Nie mamy żadnej umowy!
88888– Ale możemy mieć. Twój syn i tak nigdy nie spędzi swojego życia z tobą! Jest mu pisana świętość, tak czy inaczej. Jeśli go zabierzesz, to w wieku szesnastu lat ucieknie pomagać głodującym w Afryce, albo zostanie misjonarzem, albo księdzem, względnie jakimś aktywistą, który nigdy nie będzie miał czasu dla rodziny!
88888– Nie wiesz tego!
Ostatnio zmieniony pt 25 lut 2011, 20:50 przez Lan, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2889
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » pt 25 lut 2011, 20:50

– Oczywiście że wiem, jest mu to pisane. Ale to co oferuję jemu, co oferuję tobie – jest wyjątkowe! Ponadto nie musisz o tym pamiętać. Twoja żona tez nie musi.
Popatrzyłem na wciąż skrępowaną Monikę. Patrzyła na mnie swoimi wielkimi, orzechowymi oczyma. Rozszerzonymi teraz ze strachu i przejęcia. Te piękne oczy które mnie kiedyś zahipnotyzowały, a potem krzywdziły każdego dnia, gdy roniły łzy. Starzec chyba czytał w moich myślach.
– Jest prosty sposób na to, żebyście znów byli szczęśliwi. Byli rodziną.
– Tato, proszę.
Bliski byłem obłędu. Patrzyłem w te oczy, które jako jedyne zdawały się popierać mnie w moim postanowieniu. Kucnąłem przed żoną. Patrzyliśmy tak na siebie dłuższą chwilę, aż wreszcie ona zrozumiała, że podjąłem decyzję. Zaczęła się szamotać wściekle w więzach, a po policzkach popłynęły jej zły. Wiedziała, że zamierzam ją oszukać. Że sprzedam własnego syna, za te oczy – raz jeszcze wypełnione miłością.
Spojrzałem na towarzysza, który pomógł mi się tu dostać. On też zrozumiał. Zaryzykował wszystko, dla blasku Mikołaja, a teraz miał to stracić. Bezdomny, skazany na powolną śmierć.
– Mam jeden warunek – powiedziałem, zwracając się do staruszka. – Zrobię to sam, po mojemu.
Popatrzyłem na mojego elfa.
– Masz jeszcze ten proszek? Jak on działa?
– Wystarczy, że dmuchniesz nim w twarz i wypowiesz życzenie, a dobra wola sprawi, że choćbyś poprosił o skrzydła, takowe ci wyrosną.
Podał mi woreczek. Puściłem syna na podłogę i zbliżyłem się do Moniki, wciąż wściekle rzucającej się w więzach. Popatrzyłem na nią, potem na syna, który stał tam – taki dorosły, taki mały i dziecięcy… Zwróciłem oczy na elfa.
– Chodź. – złapałem go za rękę.
Zdawał się zaskoczony, ale posłusznie kucnął przy mnie.
– Będziesz miał na imię Mikołaj – oznajmiłem mu.
Popatrzyłem ostatni raz na syna, oczy zaszły mi łzami, ale on jedynie kiwnął głową. Popatrzyłem na starego Mikołaja. Równie poważny. Zwróciłem wzrok na zrozpaczoną, wciąż skrępowaną Monikę. Pogłaskałem ją po głowie, a ona z obrzydzeniem próbowała mi uciec. Zbliżyłem twarz do jej twarzy, to samo zrobił elf. Wytrząsnąłem resztkę złotego pyłu na dłoń, po czym dmuchnąłem tak, że wzbił się w powietrze wokół całej naszej trójki.
– O wszystkim zapomnimy… – zacząłem.


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec


Wróć do „Podium”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość