Na packingu

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Na packingu

Postautor: maciekzolnowski » pt 12 paź 2018, 14:16

Siedzę przy kominku i czytam na głos bajkę o „Kocie w butach”. Ciapka to uspokaja, więc powtarzam mu ją do znudzenia. Przestał miauczeć i teraz tylko mruczy, ja tymczasem dożywiam się kanapką z serem i szynką z psa. Żartowałem! Kanapkę mam z szynką, którą zakupiłem na stoisku mięsnym w pobliskich delikatesach.
Za oknem – jesień, niedobłysk miesiąca, już dawno po zmierzchu. Wicher zuchwale miota opadłym z drzew listowiem, a po okolicy snują się mgły nadobne, których obecność wyczuwam niemalże podskórnie. W pewnej chwili dzwoni telefon, który mnie wybudza ze swego rodzaju letargu.
– Co? Praca na packingu? Aha, a kiedy? Od zaraz? A co? „Eat and Go”, znowu? 

Wychodzę na dwór. A tam – sceneria jak z horroru niewyśpiewnego i niewysłowionego. Od razu widać, ile mógłbym stracić, gdybym nie zdecydował się na nockę. Biedny mruczek będzie musiał poczekać na dokończenie swojej bajanki. Wichura wymiotła wszystkich i zapędziła do domostw, a sama panoszy się na opustoszałych ulicach niedoumarłej mieściny. Egipskie ciemności zdążyły się już całkiem zadomowić na upiornym cmentarzysku, przez które przyszło mi wędrować. Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł, jakichś lotnych niepochwycień, a wiatr wygrywa najwyśmienitsze partie ornamentalne i nie stroni od dysonansów w pochodach. Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie spod ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…
Za masywną bramą miejscowego Hadesu czeka służbowa wołga, która zawiezie do pracy mnie oraz podobnych do mnie lunatyków, których są setki, i którzy nie lękają się nocy zachwiewu. Wsiadamy i ruszamy, twarzy kierowcy nie znamy i nie poznamy. Po kwadransie takiej komfortowej jazdy w oddal poprzez góry i lasy, bezpola i bezlasy wylewamy się, wszyscy jednocześnie, z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn przed wrotami labiryntowego zamczycha, którego zimne wnętrza zostały specjalnie zaadaptowane na potrzeby korporacji. Koniec jazdy oznacza koniec luksusów!

***
Punktualnie melduję się, podpisując własnoręcznie listę obecności. Czyżbym podpisywał cyrograf? W szatni zakładam na siebie niebieskie kombinezony, jeden, drugi oraz trzeci, bo w środku zimno jak cholera, więc wypada ubrać się na cebulkę. I czapkę na zagąszcz kędziorów zaciągam, a na tę czapkę siatkę ochronną, aby mi włos z głowy nie spadł i broń Boże nie wylądował w jednej z kanapek z: serem i szynką, albo serem i pomidorem, albo serem i jajkiem, albo serem i czymś innym, równie znośnym, na przykład: Azorem. Okej, ponownie żarcik!
Idealna dla kanapek, nie dla pracowników, temperatura wynosi mniej niż pięć stopni Celsjusza, ale też nie mniej niż zero. Podczas pierwszych godzin nocnej zmiany chłód nie daje się jakoś specjalnie we znaki. Dopiero po paru godzinach, trzech, czterech, spędzonych w chłodniach, ręce grabieją i robi się niefajnie, a człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.
Wszyscy pracownicy, starzy i nowi, bliżsi mi i dalsi oddaleńcy, są już gotowi i stają na swych miejscach. O pełnej godzinie rozlega się przeciągły dzwonek, a właściwie buczek. Słychać praszczęk startujących maszyn, łożysk, pasków klinowych i łańcuchów. Zaczynają obracać się zębatki z odwrzaskiem. Taśmociąg rusza z kopyta, a my wraz z nim. Tempo pracy jest, powiedziałbym, rześkie. Czujemy się orzeźwieni i nawilżeni niczym atleta podczas wyczerpującego, wieczornego treningu.
Robota wygląda na ciekawą (aha, akurat). Jedna osoba podaje kartonowe boksy, druga pakuje do nich kanapki, trzecia zamyka i odkłada gotowe paczki z żarciem na bok, zmyślnie układając je na palecie: jednej, drugiej, trzeciej; a potem kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej… Wszystko to łatwe i proste tak w ogóle, a w szczególe – żmudne i niespecjalnie przyjemne. Ot, praca jak praca, co wpisuje się w cały wielki praznój człowieczy!
Od czasu do czasu korzystamy z pomocy „nowych”. Boże, co byśmy bez nich zrobili?! Ucinamy im palce u rąk i nóg, a oni nawet nie pisną. I wkładamy je do kanapek delikatesowych, zwanych od tego momentu: soczystymi delicjami, wyborowymi sandłidżami oraz specjałami pretty little thing. Krew tryska – podłoga śliska! Jakiś bezzębny Szkot stoi z mopem i zaczyna nim ją ścierać. Porządne chłopisko, myślę, bystre, zaradne, a jak trzeba to i przewidujące. To się chwali, tak trzymać, all right! Prawie językiem tę podłogę liże, bo zębów, jak się powiedziało, nie ma.
Spostrzegam w międzyczasie, jak jedno wielgachne Murzynisko o twarzy anioła w negatywie odrąbuje sobie kawał łapska toporkiem szwedzkim z Chin (twardziel nawet nie zawyje, niezawyjec), a następnie stara się to odrąbane, hm… mięcho wtrynić na siłę do pudełka. No i proszę! To się nazywa… nie wiem, jak to się nazywa. Inni mu w tym pomagają, odczuwając nierasistowski przeżal i współczucie. Też się dla zakładu poświęcają, a co! W naszej fabryce kanapek pracownicy dają z siebie wszystko, całego siebie ofiarowują… oczywiście w rozsądnych znikomkach czasu, nie od razu, jakby tego oczekiwali od nas nasi kochani szefowie-superwajzery, pilnujący, wszechwiedzący, wszechwidzący i patrzący nam ufnie z największym możliwym zaufaniem na nasze, odrąbane lub całe, ręce. I wszędzie te kamery CCTV, wszędzie to węszenie nieposkromione, wszędzie donosy-komplejny, wszędzie, na każdym kroku jakieś reguły, przepisy, normy czy zasady! Po co, się pytam. Po co, po co!? Przecież my tutaj wszyscy bezgranicznie sobie ufamy, no nie?
Mimo trudów i znojów, czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich. Została tylko godzina do pierwszej i jedynej przerwy, która jest oczywiście niepłatna. Dostrzegam kątem oka starego Rumuna o imieniu Radu, co zwyczajnie stracił głowę dla naszej wspólnej, robotniczej sprawy, i któremu cała kolejność cyklu produkcyjnego się pokiełbasiła. Miał odciąć, zapakować w kartony i wysłać w daleki świat najpierw nogi, potem ręce, a dopiero na sam koniec pozostawić do oberżnięcia górną część swojego ciała. Ale debil pomylił kolejność i swój zbłąd zaczął od głowy. Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno! Błąkał się teraz, obijając nieestetycznie tynk ze ścian, niczym błędny rycerz z tytułowego „Jeźdźca bez”… bezsensu, bez czerepu i wierzchowca, a nawet bez zwykłego, najzwyklejszego na świecie konika na biegunach z demobilu holenderskiej armii. W końcu usłużyli krajanowi, przybyli z końca hali, kompani z Transylwanii, którzy przyszli mu z pomogą i całym tabunem wyciągnęli biedaka z opresji. Ich widocznie krwawe sprawy, tak jak i mnie, za bardzo nie przerażały. Jęli trzymać dziadka-rozbryzgańca w okolicach podudzia i odwracać, i obracać nim do góry nogami, co spowodowało w efekcie, iż płynna jucha, niczym sos cumberland, rozlała się szeroką, purpurową rzeką po całej kanapkowej strawie. I o to chodziło!
Był tam taki jeden smutak – Rusek Dimitri, prawdziwy pies na robotę i potworny lizus, który przez cały czas dwoił się i troił, dwoił i troił. A dzisiaj… no po prostu wyszedł z siebie, zdarł z ciała skórę i stanął obok niej, cały przy tym poraniony, że niby taki purpuracik… i tentego. Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, a na dodatek jeszcze: „Krwawy”. Aż niektórych trafił szlag i krew troista zalała z zazdrości, w ramach rywalizacji pracowniczej, zdrowej i dobrej, bo któż by nie chciał być na jego miejscu, w jego skórze, któż by nie chciał wieść prym wśród przodowników i przodowniczek. Potem zrezygnowany Dimitri powiesił skórę obok kurtek zimowych i płaszczy jesiennych w przyzakładowej szatni, obsługiwanej przez Trzaśniętego Rysia, bo – jak się okazało – od naskórka w strawie kanapkowej bardziej jednak była zdatna skórka od ogórka. Chciał zabłysnąć kak zvezda, ale niestety jego wysiłek okazał się zbyteczny, menadżerom firmy zaś nie spodobała się Ruska samowolka i beznamysł.
Tak ogólnie, to w naszej firmie fajnie jest. Atmosfera zabójcza – też dobra, trochę góralska, a trochę górska, najbardziej jednak wysokogórska. I można sobie pogadać o dupie Maryni podczas przerwy, czyli tak, jak właśnie teraz to robimy w trójkąciku:
– Johnny: Anet, czy słyszałaś o tym seryjnym mordercy, którego złapali wczoraj?
– Mimo: Zaczekaj, Johnny. Anet, chcesz kanapeczkę?
– Johnny: Poćwiartował żonę i nigdy nie znaleźli jej ciała. Masakra!
– Mimo: …czyli chcesz z serem, czy tak? Masz, trzymaj. Wygląda apetycznie!
– Anet: Och, fantastik, Johnny!
– Johnny: What do you mean, fantastic!? Chyba żartujesz, Anet? Poćwiartował ją, ale wiemy, że tak właśnie zrobił tylko dlatego, że sam o tym opowiedział policji.
– Anet: Och, sorki, Johnny. W takim razie nie-fantastik!

W naszej firmie wszystko jest fantastik. Można pałaszować do woli, ile tylko wlezie, ile uda nam się później z tego strawić, no bo… trawienie i spalanie nocnych pokarmów jest ważką sprawą najwyższej wagi. Oczywiście jemy tylko podczas przerwy, tylko w stołówce (w ustach mając szczery bezśmiech), i tylko to, co nam dają. A dają oczywiście kanapki, łaskę ich dosiężenia. I trzeba szybko wszystko wszamać i wracać do roboty. Ani jednostki szamanie, ani też sama jednostka nie są aż tak istotne, jak szamanie wielu, połączonych wspólnym korytem, jednostek, stanowiących grupę szamaczy. I nawet nazwa „Eat and Go” sugeruje rotację personelu i pewną przechodniość wszystkiego, co nas tutaj otacza. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, odchodzą i przychodzą, jak te ofoliowane kanapki na taśmociągu, a firma trwa i musi trwać w bezczasie! Amen!

***
Po robocie czarna wołga odwozi mnie i do mnie podobnych nocnych marków z powrotem w znany mi świat – świat z mży i mgły. Z wolna świta, nocy cichanka w bezbyt się obraca, i mruczek zdążył się już zapewne porządnie wylulkać. Podkładam nieco trzaseczek do kominka, by podtrzymać płomu czar, i zapadam w drzemkę.
Śni mi się, jak noga za nogą, sukcesywnie i po kawałeczku gubię części ciała na rzecz kanapek, które – odpowiednio wzbogacone o smak uszek, paluszków, wątróbki i nerek – trafiają w różne, różniste zakątki świata całego za sprawą samolotów linii British Airways. Wiem, że prędzej czy później moje rojenie się ziści, i że w końcu wyląduję gdzieś na plaży w Tahiti albo Bora-Bora za sprawą tej nocnej fuchy, którą mam obecnie, bo życie trwa i musi trwać, albo i nie! Ole!



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Na packingu

Postautor: maciekzolnowski » pt 12 paź 2018, 21:12

Tym razem próbuję swych sił w bardziej krwawym bizarro. Nie obruszajcie się na mnie i nie rzygaj**... no dobrze: nie wymiotujcie, proszę. Szkoda Waszych monitorów i laptopów! :)



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1260
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Na packingu

Postautor: Gorgiasz » pt 12 paź 2018, 21:47

Podoba mi się Twój tekst, jego zgryźliwy humor pokrywający bystrą i wnikliwą obserwację, ciekawe, nowo wymyślone słownictwo (trochę przypomina Lema, trochę Leśmiana, ale zachowując pełną indywidualność), surrealistyczne, narastające akcenty. I ogólnie dobrze napisany. Całość można potraktować jako metaforę współczesności. Trafną i gorzką. Czyli cień Kafki jeszcze przemyka.

Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł,

W nocy to ptaszydła są mało aktywne, sowy, puchacze i takie tam co najwyżej, ale one mają zwyczaj pohukiwać, a nie zawodzić.

Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie spod ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…

Powtórzone „spod”.

Krew tryska – podłoga śliska!

Zrezygnowałbym z tego rymu.

Porządne chłopisko, myślę, bystre, zaradne, a jak trzeba to i przewidujące.

Może lepiej tak:
Porządne chłopisko – myślę – bystre, zaradne, a jak trzeba to i przewidujące.

Mimo trudów i znojów, czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich.

Usunąłbym przecinek po „znojów”.

Wiem, że prędzej czy później moje rojenie się ziści, i że w końcu wyląduję gdzieś na plaży

Zbędny przecinek po „ziści”.

Ole!

Zdecydowanie do usunięcia.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Na packingu

Postautor: maciekzolnowski » sob 13 paź 2018, 10:36

Wielkie, stukrotne dzięki za ciepłe słowa i cenne uwagi, Gorgiasz!
Dzięki Tobie pousuwałem zwłaszcza liczne przecinki, ale także zająłem się myślnikami i - nie zawsze potrzebnymi - wielokropkami. "Ole" jednak pozostawiłem! A co mi tam! :)
Jeszcze co do tych neologizmów... Tak, masz rację. Można by potraktować powyższy tekścik jako swego rodzaju ćwiczenie z neologizmów i leśmianizmów właśnie. Zwłaszcza tych ostatnich pojawia się całe słowotwórcze morze.
Pozdrawiam serdecznie!

Added in 4 minutes 25 seconds:
* - Chodzi mi o leśmianizmy i neologizmy tworzone na wzór tegoż autora, poety (czyli: leśmianizmy bis... czy jak je tam nazwać).



Awatar użytkownika
martar
Pisarz domowy
Posty: 76
Rejestracja: czw 05 paź 2017, 21:44
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Sosnowiec
Płeć: Kobieta

Na packingu

Postautor: martar » sob 13 paź 2018, 12:24

Widać, że potrafisz dobrze pisać. Zamiast się wymądrzać, wymienię fragmenty, które najbardziej mi się podobają:
maciekzolnowski pisze:Source of the post z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn
maciekzolnowski pisze:Source of the post człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Słychać praszczęk startujących maszyn
maciekzolnowski pisze:Source of the post Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, a na dodatek jeszcze: „Krwawy”.


Niektóre neologizmy wydają mi się niepotrzebne i niewiele wnoszące (na przykład poziąb), ale inne są bardzo trafne i pomysłowe (praszczęk).

W początkowym fragmencie wykorzystujesz patos dla osiągnięcia humorystycznego efektu (na przykład zestawienie nadobnych mgieł z szynką z delikatesów). W środkowej części głównie bawisz się znaczeniem słów ("Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno!"). Oba zabiegi stosujesz bardzo zręcznie, ale początek trochę różni się stylem od środka.

Podobają mi się żarciki narratora o psim mięsie (rany, ale to brzmi!) i początkowa scena, w której czyta kotu "Kota w butach".
Oczywiście humor jest czarny, a wydźwięk całości ponury i skłaniający do refleksji.
Podsumowując: dobrze napisany tekst, obudził we mnie zazdrość.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Na packingu

Postautor: maciekzolnowski » ndz 14 paź 2018, 10:21

"Podsumowując: dobrze napisany tekst, obudził we mnie zazdrość".
Dzięki, nie masz czego zazdrościć, Martar. W osiemdziesięciu procentach to słowo panuje nade mną, a nie ja nad słowem. A powinno być odwrotnie, ale, no cóż... Ciekawe, co też robiłem przez ostatnie dwadzieścia (zmarnowanych-niezmarnowanych) lat?! I czemu wtedy nie pisałem?! Najważniejsze, że są takie fora, jak to, i że jeśli ktoś ma ochotę skorzystać z wiedzy i doświadczenia mądrzejszych od siebie, to na pewno skorzysta. Plus: są też klasycy, mistrzowie, jak Leśmian, Gombrowicz czy Bułhakow (i jeszcze wielu, wielu, wielu innych). Pozdrawiam serdecznie! Maciek




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości