Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

[W]Sildrul (18+)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Kalypsol
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: śr 13 wrz 2017, 23:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Sildrul (18+)

Postautor: Kalypsol » pt 15 wrz 2017, 23:45

Jak wszystkie moje opowiadania słyną z okrucieństw, wulgaryzmów, narkotyków i innych aspołecznych zjawisk, tak Sildrul osiąga pod tym względem absolutny absolut, dlatego ludzi o słabszych nerwach prosiłbym o danie sobie spokoju. Historia jest wyjątkowo wulgarna - chciałem Was przed tym ostrzec.
Gdyby ktoś był zainteresowany zapraszam na: https://chomikuj.pl/Kalypsol gdzie możecie znaleźć trochę więcej, jednak nie zamieszczam tam całości, bo akurat tą książkę chciałbym wydać.
Miłej lektury.


„Ten, kto staje się potworem, zrzuca z
siebie ciężar bycia człowiekiem”

dr. Samuel Johnson


„Psychopata” (/saɪˈkɒpəθ/) - osoba głęboko zaburzona psychicznie, nieuznająca zasad moralnych, agresywna, pozbawiona wszelkich uczuć wyższych, w tym empatii, miłości lub współczucia.



I



Oto, co się wydarzyło. Po serii gwałtownych burz, które ostatnimi czasy nawiedziły środkową część Kalifornii – szczególnie jedno miasteczko o nazwie Berkeley – praktycznie wszyscy, szukający orzeźwienia obywatele tej mieściny wyszli ze swoich domów, próbując zaznać choćby szczypty przyjemnego chłodu. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak, że odkąd ulice zdążyły wyschnąć, zaś lokalny burmistrz – pan Hernandez, odwołał stan wyjątkowy, indukowany oczywiście masakryczną ulewą, zakątki owej części świata znowu nawiedziła fala turystów.
Ludzie chodzili, rechotali, szczerzyli zęby niczym pensjonariusze zakładu dla czubków największego kalibru, roztrząsali mnóstwo różnych, błahych spraw, jedli lody tudzież robili zakupy; wszyscy cieszyli się relatywnie ładną pogodą, oprócz małej, liczącej około stu dwudziestu mężczyzn bądź kobiet grupki. Wśród tych nieudaczników, zwykłych oferm, można było wyróżnić trzech szczególnych facetów – Waltera Neumanna, Rogera Stahla oraz Willarda Braxtona.
Ten pierwszy przypominał raczej małpę, niż człowieka, koniec końców miał gigantyczne, opinające spodenki plus koszulkę mięśnie, kwadratową szczękę, gęsto zarośnięty tors (czarne włosy zdobiły mu nawet barki), łysą głowę oraz setki pasujących dziar. Drugi wyglądał już miliard razy lepiej, ale wciąż czegoś mu brakowało; posiadał chude niby kogut nogi, ręce, złocistożółte kudły i wytatuowaną pod okiem gwiazdkę, tymczasem jego ostatni kolega – mając około sześćdziesięciu lat – wyhodował sobie długą, liczącą kilka centymetrów brodę.
Ci ludzie właśnie stali obok wymalowanego grafitti muru, popijając chłodniutkie, skądinąd też obrzydliwe piwo. Był miły, czerwcowy wieczór; znad oceanu atlantyckiego wiał dziwnie ciepły wiatr, niebo koloru różu przyozdobiła pomarańczowa poświata zachodu, jednakowoż ulice Berkeley oblał zielonkawy strumień światła, bijącego od latarni. „Chyba trochę zbyt wcześnie na ich włączanie”, pomyślał troll-wielki patriota. „Gdyby Hernandez zaczął oszczędzać prąd, moglibyśmy dać jedzenie monstrualnej wręcz rzeszy głodnych dzieci.”
Jasna sprawa dziewczyna imieniem Tracy – mała, zgrabna, odziana różową, wyzywającą sukienką plus białymi szpilkami Murzynka – wykazywała a propos tego tematu zupełnie odmienne zdanie. Według rozpieszczonej, czarnoskórej kobiety, im więcej iluminacji, tym lepiej, zwłaszcza, iż praktycznie co pół godziny musiała przypudrować sobie nos lub nałożyć kolejną warstwę błyszczącej, czerwonej szminki. Cóż... popularność wśród lokalnych wieśniaków zobowiązuje, prawda? Jeżeli chce być lubianą, pożądaną osobą, powinna dbać...
- Ej, patrzcie! Idzie brązowa kurwa - zakomunikował reszcie swoich towarzyszy Walter, bardzo cicho zresztą. - Załatwimy ją?
- Durne pytanie - odparował zirytowany głupotą przyjaciela chuderlak. - Taki nasz obowiązek.
Rzeczywiście: w swoim imbecylizmie, zmierzając ku salonowi piękności, modnisia zapomniała, że ów teren (przynajmniej praktycznie – teoretycznie należał do miasta) jest prywatną-publiczną własnością Bractwa Aryjskiego. Lekkomyślna piękność szła jeszcze parędziesiąt metrów zlokalizowanym przy drodze chodnikiem, aż nagle – celem skrócenia sobie drogi – zaczęła stąpać po wilgotnej nawierzchni betonowego kortu, gdzie często trenowali koszykarze.
Spostrzegłszy głupkowatą dziewczynę, Willard schował lewą dłoń wewnątrz kieszeni swoich spodni, skąd wyciągnął duży, składany nóż, zlustrował również twarze pozostałych członków gangu; wszyscy, niezbyt licznie tu zgromadzeni mężczyźni byli gotowi zaszlachtować ją niczym prosię, wypruć flaki albo uciąć łeb, byle oddać hołd ich największemu autorytetowi – Adolfowi Hitlerowi. Kij tam, że głównym zadaniem owej mafii jest sprzedaż krystalicznej Metamfetaminy dzieciakom, nawet negroidalnym, które dostarczały im monumentalne ilości pieniędzy, grunt to mieć określone zasady i według nich żyć, prawda?
Jeden krok ślicznej kobiety, drugi, trzeci... Minęło jeszcze pięć sekund, sześć, siedem... Czarnoskóra lalka pokonała wreszcie kilka ostatnich, dzielących ich jardów oraz znalazła się na wyciągnięcie ręki pierwszego lepszego durnia. Właśnie wtedy ową sytuację wykorzystał Roger: młody chłopak uniósł prawą, górną kończynę, chwycił trzymaną przezeń, jaskrawoczerwoną torebkę, następnie dla zabawy wyrwał ją onieśmielonej kompanią trzech łysych imbecyli pannie. Reszta przyjaciół blondyna wyłącznie parsknęła gromkim śmiechem.
- Kurwa mać! - ryknęła wojowniczo Tracy. - Pogięło cię?
Słysząc chamskie pytanie przedstawicielki rzekomo gorszej rasy, chuderlak wyszczerzył złowieszczo zęby i oddał niezbędnik każdej modnisi swojemu koledze – Walterowi. Ten chętnie wziął podarunek, zmarszczył groźnie brwi, tak że uległy złączeniu nad grubym, chyba odrobinę cygańskim nosem, po czym uniósł go wysoko, uniemożliwiając kobiecie odebranie swojej własności, suma summarum troll miał prawie dwa metry wzrostu, dziewczyna – tylko trzy czwarte tego wyniku.
- Oddaj mi to, ty łysy brudasie! - rozwścieczona Murzynka podeszła bliżej swojego wroga.
- Eee... - Willard próbował odpowiednio dobrać słowa. - Ona wyśmiała twoją fryzurę, wiesz? Pozwolisz tej suce z ciebie kpić?
- Gdzież tam. Rodger, jak myślisz? - wielkolud wciąż trzymał torebkę nad swoim łbem. - Pociągnie mojego kalifornijskiego węża boa?
Ojć, tego już zbyt wiele! O ile wcześniej Tracy chciała relatywnie pokojowo rozwiązać wspomnianą sprawę, teraz cała jej dobroć trysnęła jak bańka mydlana, bo przecież ci trzej idioci omawiali tą ewentualność, że dziewczyna zrobi im lub przynajmniej jednemu dobrze, zaspokoi ich/go miłością francuską. Wobec takiego zbiegu okoliczności należało opracować dobrą strategię, wymyślić coś, co uratuje ją przed potencjalnym gwałtem, złym zbiegiem okoliczności głowa modnisi była obecnie pusta niby dziurawe wiadro.
Teoretycznie mogłaby wezwać mendziarzy, gdyby zdołała wyciągnąć komórkę z torebki, czyli ten plan odpada; skoro kobieta wykluczyła jedną alternatywę, należało wziąć pod uwagę drugą. Cóż powinna teraz zrobić? Zaczął błagać tych skurwieli, prosić tą hołotę o darowanie życia? Głupie rozwiązanie, wszelako ci ludzie woleliby raczej dać odciąć sobie fiuty, niż zignorować perspektywę skrzywdzenia „czarnej suki”. Aktualnie Murzynce pozostawały dwa wyjścia – spróbować uciec albo obsłużyć trzech bydlaków i liczyć, że zwrócą głupiutkiej przedstawicielce płci pięknej torebkę.
- Coś nagle zamilkła? - spytał dziewczynę Roger.
- Powiedziałam, oddaj mi moją własność! - wrzasnęła jeszcze głośniejszym, aniżeli kilkanaście sekund temu tonem.
Ponieważ troll nie miał zamiaru wykonywać poleceń gorszej istoty, kobieta jęła skakać jak kangur – próbowała dosięgnąć trzymany przezeń przedmiot. Jej odziane białymi szpilkami stopy unosiły się cyklicznie ponad ziemią i znowu opadały w rytm rechotu świadków owego wydarzenia, zaś dłoń czarnoskórej bez przerwy śmigała obok wrednego oblicza Waltera. Trzeba przyznać: wielkolud odziedziczył po swoim ojcu wszystko, prócz rozumu, godności plus zasad dobrego wychowania.
- Patrzcie! Skacze niczym pierdolona małpa! - ryknął kolejną porcją śmiechu olbrzym. - Może powinniśmy sprzedać ten worek łajna zoo!
Zaledwie przebrzmiał ostatni wyraz, Tracy odniosła pewien mały sukces, bo wyprostowanym palcem wskazującym oślepiła głupiego neonazistę; jeszcze raz podskoczyła, wzięła głęboki wddech i umiejscowionym nań paznokciem naruszyła integralną strukturę prawej gałki ocznej durnego wyznawcy Adolfa Hitlera. Wbrew temu, iż kiedyś podczas bójki z grupką rozwścieczonych SHARP`owskich skinheadów jeden typ złamał mu obie ręce paroma ciosami kija baseballowego, wbrew temu, iż facet znał ból niby własną kieszeń, obecny dyskomfort natury czysto fizjologicznej uniemożliwił tępakowi dalszą próbę uprzykrzania życia ślicznotce.
Aktualnie wielkolud mógł tylko puścić torebkę rozgniewanej kobiety i oburącz zasłonić twarz przed następnymi próbami wydłubania oczu, co też uczynił. Widząc wspomniane widowisko, dwójka jego kumpli aż otworzyła usta ze zdziwienia – pierwszy raz odkąd zajęli ów teren ktoś ośmielił się im podskakiwać. Ta doba zostanie zapamiętana jako dzień pokrzyżowania jasnych, klarownych planów Bractwa Aryjskiego przez hardą, brązową dziwkę. Ależ fascynujące wydarzenie!
Tak czy inaczej, Walter klęknął, obiema dłońmi zasłonił swoje ślepia, następnie zgiął plecy niczym ktoś, kogo bardzo boli brzuch; ciszę czerwcowego wieczoru przerwał ogłuszający ryk wściekłego, wytatuowanego matoła, jaskrawo-czerwona torebka przeleciała kilka metrów nad ziemią oraz upadła parę jardów dalej. Właśnie wówczas świadomość dwóch osób – Tracy plus Willarda – nawiedziła pewna, dość oczywista myśl: trzeba ją podnieść.
Aczkolwiek Murzynka umieściła weń mnóstwo ultrapotrzebnych rzeczy – między innymi lusterko, szminkę, telefon komórkowy, kartę kredytową czy paczkę prezerwatyw – obecnie rozsądniejszym, niż odzyskanie przedmiotu wyjściem byłoby chyba wziąć nogi za pas. Obojętnie, cóż teraz jest lepszym, bezpieczniejszym pomysłem, dziwnym trafem Tracy zatkało, jej umysł wypełnił nagle gigantyczny maelstrom strachu, jakby dopiero zdała sobie sprawę z zagrożenia, wobec czego nie zdołała podjąć żadnej racjonalnej decyzji.
Mogła jedynie obserwować Braxtona, który wypatrzył skarbnicę kobiecych tajemnic, szybciuteńko niby kolej transsyberyjska rzucił się ku niej oraz – ledwo stanął koło torebki – zgiął plecy. Jego prawa ręka powędrowała w stronę leżącego przedmiotu, złym zbiegiem okoliczności umysł podnieconego aktualną sytuacją gościa zapomniał zarejestrować obecność dwóch dziwnych przybyszów. Ci dwaj faceci mieli wszystko zmienić.
Ze swojej perspektywy Willard najpierw zobaczył swą, chwytającą niezbędnik każdej kobiety rękę, potem spostrzegł czyjś czarny, sportowy but, co przydeptał ją niczym słoń małego robaka, aż wreszcie poczuł gigantyczną falę obezwładniającego bólu. Dyskomfort był tak silny, że mężczyzna stracił kontrolę nad swoim ciałem, ot dlaczego wrzasnął głośno, podobnie kastrowanym koniom, zacisnął mocno szczękę, później upadł na kolana, wyczekując końca tych piekielnych katuszy...
- Skurwysyn! Ja pierdole! - zawtórował mękoleniom Neumanna brodacz.
...odniósł ponadto wrażenie, że praktycznie każdy pojedynczy, zlokalizowany wewnątrz dłoni mięsień ulega natychmiastowemu rozerwaniu, każda tętnica lub kość pękła tudzież wręcz eksplodowała pod naporem gigantycznej siły napastnika. Brodacz wypuścił też przypadkowo dzierżony lewą ręką nóż. Ostrze upadło, indukując cichy, metaliczny dźwięk, Tracy obserwowała parę tajemniczych mężczyzn, którzy najwyraźniej próbowali ocalić jej nędzne życie.
Stręczyciel starucha liczył sobie około czterdziestu pięciu lat – nosił obcisły bezrękawnik, wybitnie szerokie bojówki plus adidasy, oczywiście wszystko barwy ichtiolu albo najciemniejszej we Wszechświecie smoły. Posiadał gęsty, kilkudniowy zarost niczym Hugh Jackman lub Gerard Butler, wygoloną dokładnie głowę – pośród nicości wyrastał nań jedynie dwu-trzy centymetrowy mohawk – spojrzenie zimnokrwistego mordercy, podkrążone oczy, gigantyczne mięśnie i szereg zdobiących je świeżych bądź zagojonych blizn. Przypominał raczej kryminalistę największego kalibru, niż normalnego, przeciętnego obywatela.
Obok niego stała jego wierna kopia: chłopak miał identyczne ciuchy, równie zmęczone ciągłymi problemami ślepia, tylko inne rysy twarzy oraz całkowity brak włosów. Nie mógł być synem wspomnianego mężczyzny, za to istniało duże prawdopodobieństwo, że napastnik był dlań autorytetem, pełnił funkcję idola osiemnastoletniego zakapiora. Swoją drogą stanowili dobraną parę – dwóch seryjnych morderców, wyjętych spod prawa bandytów. Może oni będą zdolni pomóc przerażonej aktualnymi wydarzeniami Murzynce.
- Richard, weź tą maleńką kosę - polecił towarzyszowi przestępca. - Inaczej ktoś zrobi sobie nią kuku.
- Kurwa mać! - zaklął stosunkowo głośno Neumann. - Kim wy jesteście, pierdolone pojeby?! Dajcie mi spokój!
Słysząc ordynarną wypowiedź, czy może raczej prośbę tamtego, człowiek imieniem Raymond Boothwell mocniej przydusił jego dłoń lewym butem, następnie uniósł prawą nogę oraz opuścił ją tak, iż podeszwa adidasa nadepnęła z ogromną siłą czubek głowy zbira; typ wrzasnął jeszcze głośniej, podbródek bandyty wyrżnął o twardą powierzchnię chłodnego asfaltu. Gorączkowe skomlenia Neumanna zakłócił trzask kości. Willard stracił przytomność, wskutek zbyt dużej dawki gigantycznego bólu, obrażeń wewnętrznych głowy.
- Złamana podstawa czaszki. Około dwóch miesięcy rekonwalescencji plus kilka lat na regenerację uszkodzonych komórek nerwowych. Ktoś jeszcze chce spróbować? - zadał pytanie dwóm trzeźwym neonazistom mohawk.
Jako świadek dość ekscentrycznego popisu ojczyma (rodzice osiemnastolatka umarli dekadę temu), Richard Heisenberg szybciutko wykonał polecenie groźnego zbira, wolał wszak podnieść majcher otumanionego druzgocącym ciosem rasisty, niż tłumaczyć agresywnemu opiekunowi, czemu nie spełnił żądań tamtego. Miał oczywiście swoje powody – wielokrotnie widział już efekty czyichś głupich wybryków, zmasakrowane twarze dowcipnisiów, co pomalowali mu sprayem samochód, obrzucili dom jajkami albo powywieszali wszędzie plakaty ozdobione podobizną Boothwella plus napisem: „Daję dupy za talerz zupy”.
Gnany chęcią uniknięcia potencjalnych kłopotów, różnego rodzaju przykrości, chłopak kucnął, pociągnął nosem oraz złapał rączkę składanego noża. Reszta świadków owego wydarzenia postępowała zupełnie inaczej: przerażony Walter zasłaniał oczy jedną dłonią, wciąż próbował znieść napad solidnego szczypania gałki ocznej, Roger obserwował cwaniaka rozwścieczonym wzrokiem, natomiast Tracy stała niczym słup soli – lustrowała kolejno wszystkich licznie tu zgromadzonych facetów zdezorientowanym spojrzeniem.
Kwestia tego, kto jest dlań większym niebezpieczeństwem: dwójka cwanych facetów lub para neonazistów stanowiła spore, intelektualne wyzwanie.
- Stary, daj, kurwa, spokój - powiedział wyrażającym sporą dawkę fizycznych katusz głosem Walter. - Przecież jesteśmy jedną, białą, chrześcijańską rodziną. Żadne...
- Dopóki nie występujesz przeciwko innym rasom możesz sobie wierzyć w każde archaiczne, mistyczne, zabobonne, średniowieczne gówno, jakie tylko zechcesz.
O ile wcześniej Stahl zdołałby wybaczyć mu zrobienie krzywdy Braxtonowi, aktualnie miał zamiar dołożyć temu pajacowi. Dlaczego? Ponieważ zuchwały Raymond śmiał zszargać jego uczucia, podważyć dogmaty odwiecznych przekonań członków Bractwa Aryjskiego, czyli zasugerować, że bóg, jahwe, obojętnie, to zwykły głupi wymysł czarnogrodzkich matołów, którzy – używając delikatnie ordynarnego języka – gówno wiedzieli albo słyszeli i, będąc wysłannikami owej fantaluzyjnej siły, dokonywali mnóstwa różnych rzeczy, między innymi palenia czarownic.
Wobec tej zniewagi Roger musiał zareagować, dać solidny wycisk przemądrzałemu frajerowi. Właśnie powodowany tą świadomością chuderlak zacisnął mocno obie pięści oraz szybciuteńko ruszył ku pobliźnionemu mężczyźnie. Jeden metr, dwa, trzy... Im więcej czasu upływało, tym bliżej przeciwnika był rasista, zaś ów fakt implikował następny, mianowicie, iż wielkimi krokami nadchodził moment jego zgonu albo – ewentualnie – utraty przytomności. Tak czy inaczej bandytę czeka marny los.
Skoro zaraz nadejdzie moment krótkiej, acz prawdopodobnie ekscytującej konfrontacji, Tracy plus Richard postanowili trochę się cofnąć – dziewczyna wykonała ów manewr prawie natychmiast, przy okazji mrugając nerwowo oczami, syn Bootha – chwilę po niej, on wszak musiał jeszcze wstać. Niemniej oboje pokonali pewien odcinek zlokalizowanego za nimi gruntu i aktualnie śledzili przebieg nadchodzącego starcia.
Było ono stosunkowo krótkie: ledwo dzieciak podszedł bliżej roześmianego brawurą swojego młodego antagonisty mohawka, przestał przebierać nogami, stanął niczym ofiara głębokiej traumy, bezmyślnie taksując oblicze Raya oraz wyprowadził mizerny prawy sierpowy. Jasna sprawa celem uniknięcia ataku mężczyzna ugiął lekko kolana (dłoń gnojka przeleciała mu około piętnastu centymetrów nad głową), wreszcie wyprostował kulasy, opracował szybciuteńką strategie wyeliminowania upartego bandyty.
Otóż zdjęty falą ironicznego śmiechu Boothwell zacisnął prawą pięść, jeszcze raz dokładnie obejrzał źrenice chuderlaka (ślepia Rogera pałały monstrualną wręcz dozą gniewu) i uderzył bachora prosto w splot słoneczny. JEB! Nie minęły nawet dwie sekundy, jak gnojek wytrzeszczył parę oczu, otworzył szeroko usta niczym ktoś, kto doznaje ultrasilnej seksualnej satysfakcji, jęknął, zmrużył powieki, aby nagle znieruchomieć czy upaść na plecy.
Zajmując przestrzeń mokrego, betonowego boiska, Stahl rąbnął tylną częścią łba o twardy grunt, wskutek czego prawdopodobnie odniósł jeszcze większe obrażenia, niż wcześniej. Nawet gdyby cios nie pozbawił go przytomności, owej strasznej rzeczy dokonałby ów brzemienny skutkami wypadek – zza obolałego cymbału rasisty wypełzło kilka dźwięków pękających kości, wypłynęła odrobina krwi (całe szczęście ciemnoczerwonej, czyli rana jest powierzchowna), nic poza tym.
- Kurwa mać! - przeklął mocno zdenerwowany Walter. - Ja stąd spierdalam!
Zgodnie ze swoim postanowieniem, szybciuteńko niby wąż atakujący swą ofiarę, Neumann przetarł zaczerwienione oko, pociągnął nosem jak zapłakany przedszkolak, wykonał gwałtowny obrót oraz zaczął biec ku sercu najgroźniejszej tu dzielnicy – Height-Ashbury: liczył, że agresywny obrońca czarnuchów zignoruje możliwość gonienia członka Bractwa Aryjskiego, da mu święty spokój. Miał rację, bo uśmiechnięty facet strzelił karkiem, chwilę odprowadzał wzrokiem uciekiniera, następnie zlustrował głupiutką Murzynkę.
- Psia krew... - Tracy wręcz zatkało. - Ja...
- Weź swoją torebkę - zasugerował jej grobowym głosem Raymond.
No faktycznie! Z tych wszystkich nerw dziewczyna zapomniała, czemu oczekiwała dalszego rozwoju wydarzeń, dlaczego chciała zobaczył finał całej tej akcji – musiała odebrać swoją, tymczasowo skradzioną skarbnicę kobiecych sekretów. Zdając sobie sprawę, że dla własnego dobra powinna wykonać polecenie seksownego brutala, zrobiła kilka kroków naprzód, podchodząc bliżej mohawka, stanęła centralnie obok niego i obdarzyła gościa promiennym, wciąż odrobinę nerwowym uśmiechem. Prawdę powiedziawszy delikatnie przerażał ją sposób bycia ojca wspomnianego chłopaka – ten jego roszczeniowy ton, zimnokrwisty wzrok bądź słowa pełne lodowatej grozy.
Oczywiście każdy rodzaj bólu (Boothwell wiedział o tym doskonale) albo strachu może rozwiać nuta rozkoszy. Mniej więcej tak wyglądały uczucia, jakie Tracy żywiła wobec brutalnego typa, wszelako gość wzbudzał wen panikę oraz jednocześnie dziwnego rodzaju podniecenie, fizyczny pociąg. Pierwszy raz odkąd Murzynka była świadkiem bójek pseudokibiców (około pięć lat temu) zobaczyła prawdziwego mężczyznę – kogoś, kto wręcz emanował potęgą lub bezwzględnością.
Gnana tym zewem, czarnoskóra ślicznotka zrobiła półobrót, po czym schyliła się, ponętnie wypinając okrągły tyłek: pod kusą spódniczką nie miała majtek ani stringów, tylko czystą, zadbaną, wygoloną macicę. Widząc brązową waginę, Ray pociągnął nosem i odwrócił wzrok, jakby miał lepsze widoki, natomiast zawstydzony nagością jej narządów płciowych Richard przełknął nerwowo ślinę. Policzki chłopaka oblał krwistoczerwony rumieniec. Chyba chciał ją zaliczyć.
Obojętnie, cóż planował Heisenberg, dziewczyna złapała leżącą u swoich stóp torebkę, wyprostowała kręgosłup, znowu wykonała zgrabny piruet: czyniąc to, otaksowała beznamiętne oblicze mohawka, otworzyła delikatnie usta, aż wreszcie koniuszkiem opiercingowanego języka (trzymała nań jeden kolczyk, który przebijał sam środek omawianej części ludzkiego organizmu) polizała górną wargę. Nadal zero reakcji ze strony psychopaty Raymonda – kurde, ów gość ma prawdopodobnie solidnie narąbane we łbie...
- Znaczy... - lekko zdziwione zachowaniem faceta dziewczę próbowało odpowiednio dobrać słowa. - Ja... Dziękuję, że mnie uratowałeś. Serio, bardzo...
- Wykonywałem swój obywatelski obowiązek - przerwał ślicznotce mohawk.
- Wiem. Chciałam zapytać, czy może moglibyśmy umówić się na... randkę?
Usłyszawszy kwestię kobiety, Richard ledwo powstrzymał napad gwałtownego śmiechu. „Ojciec i randka?”, pomyślał rozbawionym głosem swojej wyobraźni. „Super dowcip.” Jasna sprawa reakcja osiemnastolatka wynikała stąd, iż odkąd umarła Kacy – żona mężczyzny, jednocześnie również macocha Heisenberga – ów facet przybrał postać steranego życiem ramola, przeciwnika wszelkich imprez bądź dobrej zabawy. Kiedyś wesoły, zadowolony, radosny, dziś zaczął odgrywać rolę rzeczywistego odpowiednika Walta Kowalskiego – bohatera filmu Gran Torino. Od dokładnie dwa tysiące dziesiątego roku jego jedynymi zainteresowaniami były: praca, adoptowany syn plus różnego rodzaju narkotyki.
- Odpowiedź brzmi nie - powiedział Booth tonem miliard razy chłodniejszym, aniżeli wcześniej.
- Czemu? - pragnęła wiedzieć zdezorientowana Tracy, koniec końców zazwyczaj dostawała to, czego chciała.
- Bo dawniej dziewczyny takie jak ty miały mnie gdzieś - odparował zdenerwowany mężczyzna. - Kurwy twojego pokroju cenią wyłącznie bogatych, wpływowych snobów, nikogo więcej, wobec tego spierdalaj robić dobrze Billowi Gatesowi albo innemu, srającego forsą gościowi, inaczej przefasonuję ci tą śliczną buźkę.
Cóż... delikatnie rzecz ujmując aktualnie Raymond postąpił niczym zwykły prostak, cham największego formatu, jednakże ciężko mu się dziwić: przez całe swoje życie, bardzo dawno temu, próbował zaskarbić sobie uwagę przedstawicielek płci pięknej, co przysporzyło mężczyźnie więcej kłopotów, aniżeli pożytku. Obojętnie, ile mówił im komplementów (dużo albo wcale), kupował prezentów (mnóstwo tudzież żadnych), czy okazywał uczuć (krocie bądź zero), babom zawsze było źle, dlatego pewnego dnia odkrył, że jest zwykłym mizogenikiem.
- Twój wybór - stwierdziła rozczarowana Murzynka. - Jeszcze raz dzięki.
Tak, jak wcześniej jej twarz zdobił promienny uśmiech, teraz zastąpiła go nuta wściekłości; czarnoskóry anioł chciał podziękować za okazaną dobroć, tymczasem facet potraktował go niby śmierdzącego kundla, ewentualnie pierwszego lepszego, żebrzącego pijaka. Wobec tego typu zwrotu akcji, kobieta zrobiła smutną minę, bez słowa ścisnęła mocno torebkę, wykonała kolejny półobrót i zaczęła iść ku głębszym częściom dzielnicy Height-Ashbury, dystryktu Bractwa Aryjskiego. Następny błąd, spowodowany prawdopodobnie nerwami.
- Szkoda, żeś ją spławił. Miała fajny tyłek.
Wnet dojmującą ciszę przerwał dźwięk głosu Heisenberga. Chłopak strzelił zawadiacko karkiem, podszedł bliżej swojego ojca, przestępując nieprzytomnego Willarda oraz jął śledzić wzrokiem odchodzącą panienkę – jego oczy nadal pożerały przestrzeń między dwoma pośladkami, gdzie dziewczyna chowała swój ośrodek rozkoszy. Ah, gdyby tylko był bardziej cywilizowanym człowiekiem, wychował go ktoś posiadający większe spektrum emocji, niż gniew czy obojętność, gdyby jakiś człowiek nauczył Richarda CZUĆ, nawiązywać relacje interpersonalne, wówczas dzieciak zatrzymałby JĄ przy sobie...
- Cycki też... - dodał rozmarzonym głosem Richard.
- Moim zdaniem stanowczo zbyt małe.
- Wszystko, co małe jest piękne.
- Mówisz teraz o swoim pitolu? - Boothwell parsknął śmiechem.
- Bardzo zabawne.
Ignorując wypowiedź jedynego członka rodziny (starzy Raya odwalili kitę kilka lat temu), mężczyzna kucnął: jedną ręką dotknął przestrzeń chłodnego gruntu, drugą wsadził do prawej kieszeni znokautowanego Braxtona. Chwilę grzebał wewnątrz portek moczymordy, aż nagle wyciągnął zeń brązowy, skórzany portfel plus kilka skrawków papieru. Zafascynowany możliwością znalezienia mniejszej czy większej ilości gotówki, Boothwell uniósł wolną rękę, chwycił kawałki urzędowych pism oraz położył je obok nieprzytomnego bandyty.
Wykonawszy tą czynność, facet chwycił lewe skrzydło przedmiotu, otworzył go, po czym zlustrował zawartość. W środku, między dwoma fragmentami tajemniczego, sztucznego materiału zauważył trzy banknoty pięciodolarowe, ogółem raptem piętnaście baksów, za mało, zważywszy, iż Willard jest członkiem Bractwa Aryjskiego, które sprzedaje bogatym gnojkom mnóstwo czarnorynkowej Metamfetaminy. Ten gość powinien nosić pół wypłaty mohawka. Raymond przeklął cicho.
- Co robimy? - spytał nagle Richard.
- Idziemy szukać opium. Coś powinniśmy znaleźć, chyba, że ten chuj z traktora znowu opryska całe pole jakimś antymakowym gównem.
Wypowiedziawszy swoją stosunkowo ordynarną kwestię, wielkolud zrobił kilka następujących rzeczy: wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze przez nos, położył portfel koło nieprzytomnego zbira i wstał. Dokonując tego zespołu czynności, zmarszczył groźnie brwi, otaksował twarz przybranego syna (oblicze Heisenberga zdradzało duży, spowodowany odejściem Tracy żal), dał mu znak głową, że będą szli ku południowym obrzeżom miasta.
Wobec takiego zwrotu akcji, dzieciak, który miał zniszczone wskutek ciągłego zażywania Kokainy śluzówki, pociągnął kinolem oraz ruszył śladem swego ojca. Mniej więcej trzydzieści pięć minut później obaj mężczyźni osiągnęli granice Berkeley – wyściełany gigantyczną połacią zieleni skrawek terenu – gdzie teoretycznie mieli napotkać parę roślin wytwarzających opium, mało fortunnym zrządzeniem losu nie zdołali zauważyć ani jednego, naturalnego źródła Morfiny. Chyba faktycznie „chuj z traktora” znowu spryskał pole jakimś antymakowskim gównem.
Skurwysyn.



II



Prawdę powiedziawszy, oprócz wielu różnorakich rozrywek pokroju narkotyków (pod tym względem największą sławą cieszyła się dzielnica Height-Ashbury), kin, restauracji, pubów, domów publicznych, centrów handlowych lub studiów tatuażu, metropolia ta oferowała miejscowym jeszcze jedną sposobność fajnego spędzania czasu – miłość. Gdyby pamiętnego lata dwa tysiące piętnastego roku ktokolwiek – prezenter telewizyjny, dziennikarz bądź inny matoł - próbował znaleźć miasto o najmniejszym odsetku ludzi samotnych, musiałby stwierdzić, iż jest nim właśnie Berkeley.
Odkąd Raymond Boothwell – prywatny detektyw, tudzież jego „syn” - Richard Heisenberg, uczeń Santa Rosa High School, sięgał pamięcią wstecz, rzadko widywał tu singli – wszędzie, dokądkolwiek powędrował wzrok można było spostrzec zakochane pary. Otumanieni uczuciami ludzie łazili ciasnymi uliczkami tej ogromnej wioski, robili zakupy, urządzali pikniki, przesiadywali blisko stadionów... Byli w każdym zakątku owej części świata.
- Skarbie, zwolnij! - nawoływała dziewczyna wesołym głosem. - Zaraz mi uciekniesz!
Wczoraj tą wesołą grupkę zasiliło kolejne małżeństwo: Isla Shaik (zreformowana muzułmanka, która dla swojego partnera porzuciła pierwotną religię) oraz Rodrigo Menandez – ortodoksyjny ateista. Wobec faktu, że dzisiaj upływał im pierwszy dzień miesiąca miodowego, dwójka ludzi postanowiła uczynić coś wyjątkowego – rano zrobili sobie tatuaże, oczywiście z imionami drugiej połówki, później zjedli obiad u Marriota, a teraz zapragnęli pojeździć na rolkach.
Super zabawa, czuć, jak chłodny, wiejący znad oceanu atlantyckiego wiatr muska twoją skórę, widzieć szybko znikające za lewym lub prawym kątem oka budynki albo promienie słońce zalewające gorącą falą całe Berkeley... Rejestrować obezwładniającą, wywołaną miłosnym uniesieniem euforię... Ach, spośród każdego, pojedynczego wspomnienia owej doby, kobieta najlepiej zapamiętała moment, gdy sześć tudzież siedem minut przed trzecią, zmęczeni tym konkretnym rodzajem sportu, oboje podjechali bliżej siebie; mężczyzna dla żartu zasymulował utratę równowagi, wreszcie faktycznie się wyglebił, pociągając rękę roześmianej żony i razem zajęli przestrzeń gorącego, stosunkowo szorstkiego asfaltu.
Około siedmiu sekund po owym incydencie facet zaczął rechotać niczym chory umysłowo czubek, objął lewym ramieniem śliczną partnerkę, wreszcie zaczął całować, jakby próbował wyssać zeń wszystkie soki życiowe. Ledwo dokonał tego czynu, mózg Rodrigo oblała oczywiście fala szczęścia – oto Wiek Samotności dobiegł końca. Nigdy więcej żrącego bólu duszy, frustracji spowodowanej nudnym weekendem, miesiącem czy nawet dekadą, nigdy więcej oglądania pornosów bądź durnych ranek, poznawania nowych, beznadziejnych dziewczyn. Osiemnastego czerwca bieżącego roku zakończył się smutny żywot Menandeza, zaś rozpoczął – radosny, pełen nadziei, optymizmu plus dobrobytu.
Przez resztę dnia małżeństwo robiło jeszcze krocie stosunkowo intrygujących rzeczy: odwiedzili tutejszą lodziarnię, gdzie głowa przyszłej rodziny zamówiła im dwa zimne niby ciekły azot desery (specjalność lokalu - „owocowa fantazja”, czyli trzy gałki truskawkowe, cztery jagodowe, polewa bananowa plus rozsypane nań kawałki mrożonych wiśni) i otumanione miłością oszołomy usiały koło gigantycznego, ukazującego panoramę Berkeley okna.
Podczas wspomnianego czasu nowożeńcy roztrząsali mnóstwo nudnych spraw – gadali o polityce, beznadziejnych rządach równie beznadziejnego prezydenta, ich wspólnych, dotyczących przyszłości planach, ewentualnym spłodzeniu bądź adoptowaniu dziecka, ogólnie rzecz biorąc zwykłych, trywialnych głupotach. Jasna sprawa w ustach Isli nawet temat fizyki kwantowej lub paradoksów równań różniczkowych brzmiał ultra ciekawie, tak bardzo kochał ją ten szaleniec – Menandez.
Oczywiście ledwo dziewczyna poruszyła drażliwą kwestię jej życia zawodowego – piastowała funkcję nauczycielki obu wspomnianych przedmiotów – mężczyzna chwilowo odpłynął: mimowolnie zamknął oczy, oblizał językiem spierzchnięte wargi, dał porwać swą świadomość Morfeuszowi. Celem obudzenia mężczyzny, dziewczyna szturchnęła go ramieniem, metalową, deserową łyżeczką nabrała odrobinę lodów oraz ubrudziła mu nimi nos. Dopiero ów czyn zaowocował pożądanym rezultatem, bo typ otworzył ślepia, spostrzegł, że ma ubrudzony kinol, wreszcie odwdzięczył się partnerce identycznym aktem.
Dalsze wydarzenia wyglądały miliard razy bardziej interesująco. Otóż dwójkę partnerów naszła ochota obejrzeć jakiś film, a ponieważ oboje byli fanami horrorów, razem przejrzeli repertuar, wybierając noszącą tytuł „Zmierzch Nad Creepfalls” produkcję. Dokonawszy tego wyboru, Isla ubrała wysokie, czarne szpilki, identycznego koloru sukienkę, koniec końców musiała pokazać innym, że jej piękno jest, można rzec „własnością” Rodrigo, wypsikała sobie szyję najlepszymi perfumami oraz podjechała ze swoim mężusiem pod kino stylowym, czerwonym ferrari.
Mniej więcej po połowie filmu, co opowiadał historię cierpiącego amnezję człowieka imieniem Diego Velasquez, który szukał swojej tożsamości wśród mrocznych uliczek zawładniętego siłami piekieł miasta – tytułowego Creepfalls – Menandez zrobił żonie dość głupi numer. Mianowicie wyciągnął zza lewego skrzydła kremowej kurtki rączkę noża, akurat jak Shaik obserwowała scenę bestialskiego mordowania dziwacznego stwora, wydobył malutkie opakowanie keczupu, pochlapał sobie nim koszulkę, przyłożył majcher bez ostrza do klatki piersiowej oraz znowu zamknął ślepia.
Zafascynowana fabułą kobieta długo ignorowała swojego kochanka – obserwowała przejętym wzrokiem serię enigmatycznych, przypominających urojenia chorego umysłowo człowieka zwrotów akcji, wysłuchiwała dokładnie każdego słowa, dopóki nie zrozumiała, iż wszystkie wydarzenia mają miejsce wyłącznie wewnątrz głowy głównego bohatera, wieloletniego użytkownika substancji halucynogennych.
Dopiero wtedy wyszczerzyła rząd eleganckich, śnieżnobiałych zębów, kiwnęła zadowolona głową, otaksowała blade oblicze ukochanego. Wraz z dostrzeżeniem martwego wyrazu twarzy męża, spostrzegła wbity między żebra majcher i zaczęła krzyczeć niczym gwałcona ofiara psychopatycznego zboczeńca. Oczywiście wrzask panienki wystraszył również innych obserwatorów skąd inąd dobrego, wręcz wybitnego filmu: ludzie wstawali ze swoich miejsc, lustrowali teren dookoła, szukając źródła głośnego ryku, ktoś nawet zapalił światła, chcąc wezwać policję, straż pożarną lub miejską.
Powstrzymał ich Menandez, który nagle otworzył parę zmęczonych oczu, odsunął nóż od klatki piersiowej i uśmiechnął się jak głupek. Świetny żart – gdyby projekcję podziwiała osoba mająca wadę serca, prawdopodobnie faktycznie trzeba byłoby wykręcić numer 911, ponadto oskarżyć typa o nieumyślne spowodowanie zdrowotnego uszczerbku. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wszyscy byli zdrowi: Shaik ofukała dowcipnisia, pod adresem Rodrigo rzucono kilka wyjątkowo ordynarnych komentarzy, następnie kontynuowano oglądanie filmu.
Wreszcie ostatnim przystankiem w trakcie dość długiego – ciężko też zaprzeczyć – interesującego dnia, była plaża Springrose, gdzie dwójka zakochanych miała odbyć swój pierwszy stosunek płciowy. Obecnie para zakochanych szła bardzo długim brzegiem skąpanego kalifornijskimi ciemnościami oceanu – zewsząd dochodziły ich dźwięki wesołej muzyki, prawdopodobnie dance hall`u albo trance`u, rześkie powietrze wypełniła duża ilość ozonu, przez co miał on piękny zapach, dodatkowo jeszcze ciepło wieczoru sprawiło, iż piasek posiadał relatywnie wysoką temperaturę rzędu kilkunastu stopni Celsjusza.
Idealne miejsce na rozdziewiczenie jakiejś ładnej dziewczyny; gdyby jeszcze pasmo ziejących kolorowymi światłami sklepów, barów, restauracji, czy salonów gier zlokalizowano trochę dalej – powiedzmy czterdzieści-pięćdziesiąt metrów stąd – świeże małżeństwo nie musiałoby obawiać się ewentualnego wykrycia... Aaa, zresztą, najwyżej zauważy ich kilka zaciekawionych odgłosami seksu osób.
- Pięknie tu - rzuciła dość wyświechtanym tekstem kobieta.
Faktycznie mówiła prawdę: ledwo trzymający ją za dłoń mężczyzna zlustrował teren dookoła lub podniósł głowę wyżej, omiatając wzrokiem niebo, odniósł wrażenie, że właśnie zwiedza najfajniejszy zakątek Wszechświata. Pal tam licho Tahiti, Hawaje, porośnięte halucynogennymi kaktusami pustynie Meksyku, wodospad Salto Angel, islandzkie jaskinie tudzież Hollywood albo Las Vegas: jego raj był tam, gdzie przebywała Isla.
Dzisiejszej nocy Rodrigo zdecydował, że chce trwać u jej boku, dopóki starczy mu życia. Gnany chęcią pokazania partnerce siły swoich uczuć, facet zrobił ten pierwszy krok – puścił rękę Shaik oraz stanął niczym słup soli, dziewczyna zaś wykonała identyczny zestaw ruchów. Aktualnie oboje patrzyli sobie w oczy wśród dojmującego mroku, szumu fal bądź rzadkich przebłysków kolorowych świateł, oboje też mieli ochotę zrzucić maski niewiniątek.
- Wziąłeś prezerwatywę? - chciała wiedzieć wesołym głosem dawna muzułmanka.
- Łyknęłaś dzisiaj tabsy? - odpowiedział pytaniem Menandez.
- Owszem.
- Dobrze. Gotowa?
Bez zbędnych słów ani dywagacji nad słusznością czynienia tego typu rzeczy TUTAJ, Isla kiwnęła twierdząco głową. Wobec takich zwrotów okoliczności, facet uniósł ręce, dotknął mini twarzy partnerki, jakby próbował palcami pogładzić fakturę wyrzeźbionej przed chwilą wenus, sprawdzić, czy jest odpowiednio gładka i zaczął powoli, delikatnie, całować usta ślicznej ateistki. Kobieta poczuła serce łomoczące wewnątrz swej piersi.
Jedno zetknięcie mokrych, śliskich warg, drugie, trzecie... Pierwsze cmoknięcie, kolejne... Im więcej czasu mijało, tym twardszego członka miał Rodrigo, natomiast ów fakt implikował następny, mianowicie, że mężczyzna opuścił dłonie, chwycił nimi oba pośladki żony i jął ugniatać niczym ciasto. Brązowoskórej pannie sprawiło to chyba ogromną przyjemność, bo ilekroć typ zaciskał lekko pięści, szum fal przerywał cichy jęk zachwyconej tą sytuacją kobiety.
Nagle gra wstępna nabrała zupełnie nowych zasad. Trzymający onegdaj tyłek swojej żonki gość odsunął wnet od niego ręce, po czym lewą wsadził sobie w portki, macając nabrzmiałego penisa, prawą zaś umiejscowił pod czarną sukienką partnerki, szukając białych, koronkowych stringów, które tego dnia dziewczyna założyła specjalnie dla niego. Oho, gość odniósł sukces: chwycił mały kawałek jsanego, zasłaniającego wilgotną macicę materiału oraz pojedynczym szarpnięciem zerwał go zeń jak rasowy gwałciciel.
Fragment jedwabiopodobnego tworzywa wylądował u stóp Isli, tymczasem Rodrigo wolną ręką popchnął żonę tak, iż ta zajęła plecami stosunkowo ciepłą przestrzeń piasku. Oto nadszedł ten upragniony moment: napaleniec złapał guzik swoich eleganckich dżinsów, szybciuteńko niczym kolej transsyberyjska odpiął metalowy przedmiot, opuścił drogie, markowe spodnie. Teraz kobieta mogła zobaczyć tylko białego koloru bokserki, blade uda ukochanego mężczyzny plus gmerającą za gaciami dłoń podnieconego męża.
Oczywiście natychmiastowo też one poszły w dół, albowiem Menandez zdjął galoty, pochylił znacząco plecy oraz wyprostował kręgosłup, pokazując partnerce swoją twardą, nabiegłą czerwienią kuśkę. Relatywnie szokujący widok, koniec końców osiemnaście spośród dwudziestu lat swego życia Isla wyznawała muzułmanizm, zabraniający kobietom pożądać fizycznie innych mężczyzn, oglądać ich nago tudzież barabarzyć z kim popadnie, prawda? Gdyby kobieta zignorowała jakikolwiek nakaz owej religii, mogłaby ponieść srogie konsekwencje owego czynu.
Tym bardziej zachwycona obecnymi wydarzeniami Shaik złapała rąbek czarnej, wieczorowej sukni i podwinęła ją, okazując facetowi swoje wdzięki: między nogami miała wygoloną bruzdę, skąd wypływała odrobina dziwnego śluzu. Widząc tą część ciała kobiety, facet podniósł wysoko głowę, następnie podszedł bliżej swego największego skarbu.
- Bądź delikatny, dobrze? - spytała wyzywająco brązowoskóra.
- Zerżnę cię jak zwykłą dziwkę - odparował nerwowym tonem mężczyzna.
Na przekór temu, iż obecny sposób wysławiania Rodrigo bardzo podobał się ateistce (lubiła brutalnych, gwałtownych typów), jej uwagę zwróciło coś zupełnie innego, niż napalony mąż. Otóż parędziesiąt jardów dalej cnotka zobaczyła nagle dziwaczny przebłysk błękitnego światła: luminescencja przecięła dojmującą czerń nocy, przybrała formę piorunu kulistego, zniknęła, zostawiając monotonną pustkę i znowu zakłóciła strukturę wszechogarniającej ciemności.
Obecnie wyglądała miliard razy potężniej, aniżeli kilka uderzeń serca temu; oto snop niebieskiej fluorescencji rozbłysnął pośród kalifornijskich ciemności, najpierw obierając kształt kuli, dopiero potem z zastraszającą prędkością powiększając swoją tuszę, aż nadał on sobie rozmiar pierwszego lepszego kiosku. Oczywiście zaabsorbowany perspektywą przelecenia ukochanej mężczyzna nie zauważył owego enigmatycznego fenomenu – szedł naprzód małymi krokami ku leżącej kobiecie, jednocześnie obciągając swoimi dłońmi napletek.
Kiedy wreszcie stanął przed Islą, klęknął, jedną ręką chwycił lewe udo żony (teraz lepiej widział jej wilgotną macicę), drugą chwycił sam trzon penisa oraz wsadził między ciasne ściany owego narządu, jęcząc zarazem niczym klient najpiękniejszej, najbardziej uzdolnionej prostytutki we Wszechświecie. Jasna sprawa Shaik wciąż obserwowała tajemnicze zjawisko zza prawego ramienia otumanionego miłosnym zaklęciem faceta.
Trzeba przyznać: fascynujący twór nie próżnował. Przez raptem pięć-sześć sekund zdołał nabrać znacznie intensywniejszych, niż onegdaj barw, zacząć tryskać dookoła małymi strużkami żółtej energii, które zapalały umiejscowiony opodal gąszcz tropikalnych roślin. Dziewczyna prawie natychmiast spostrzegła, iż za przezroczystą taflą wyładowań elektrycznych ktoś stoi, być może nawet obserwuje uprawiającą seks parę.
Akurat, jak Menandez jął wykonywać frykcyjne ruchy biodrami, cały festiwal mistycznych świateł zniknął, zastąpiony przerażającą ciemnością: pół uderzenia serca wcześniej trwał tam, rozjaśniał kurtynę czerni, teraz zaś przepadł niby zapach kamfory lub bańka mydlana, jednak zostawił po sobie ślady.
Pierwszym okazały się wciąż płonące chaszcze – ogień unosił wysoko swe eteryczne ciało, trawił drewniane części roślin niczym kwas fluorowodorowy ludzkie kości, drugim – czerwone hałdy piasku w miejscu powstania zjawiska, trzecim – żywego człowieka... No cóż: prawie żywego, koniec końców liczący mniej więcej metr osiemdziesiąt wzrostu typ – definitywnie żółtek o ciemnych, ichtiolowych włosach plus półprzymkniętych ślepiach – miał goły tors, białe adidasy, zielonkawe bojówki...
- Kotek zaraz cię zje – powiedział swojej partnerce Menandez.
- Temu gościowi już ktoś coś zeżarł.
...odcięte lub nawet wyrwane ręce – spomiędzy wybrakowanych ramion nadal tryskały długie pasemka ciemno-czerwonej krwi – nadzwyczajnie wręcz podrapaną klatkę piersiową oraz brzuch. Chińczyk albo Japończyk wyglądał, jakby najpierw niedźwiedź swymi pazurami odgryzł mu górne kończyny, a potem tygrys szablozęby próbował swymi pazurami zedrzeć zeń całą skórę. Szczególnie kiepsko prezentowała się szyja podróżnika między-wymiarowego (albo człowieka znającego tajniki teleportacji), suma summarum właśnie ten element jego organizmu zdobiła wielgachna, wybrakowana rana, cudem tylko omijająca umiejscowioną blisko niej tętnicę – złoty, przewieszony przez kark łańcuszek jedynie pogarszał ból, jaki musiał czuć ów mężczyzna.
Co ciekawe, wbrew temu, iż Shaik poinformowała męża o obecności dziwnego przybysza, Rodrigo kontynuował zwyczaje godowe: sapał niczym wieprz, macał piersi ukochanej albo penetrował macicę pięknego stworzenia swoim nabuzowanym członkiem, całkowicie ignorując wywody zdezorientowanej plus dość mocno przestraszonej owym karnawałem absurdów dziewczyny. Najprawdopodobniej gdyby teraz obok nich wybuchła bomba atomowa, wspomniany fakt uszedłby uwadze napaleńca.
Obojętnie, jakie myśli bądź pragnienia wypełniały umysł Menandeza, Isla wciąż obserwowała milczącego żółtka. Aktualnie Japończyk (przyjmijmy tą wersję) zlustrował teren dookoła niby ktoś, kto czegoś szuka, wypatruje zguby, przełknął nerwowo ślinę oraz zauważył zlokalizowany opodal szereg bijących różnokolorowymi światłami sklepów.
Na przekór ciągle wzrastającej fali podniecenia, ateistka dostrzegła, że facet jął iść w kierunku tego zbiorowiska świątyń rozrzutności; śmiało pokonywał kolejne jardy wyznaczonej trasy, przebierał szybko nogami, dla utrzymania równowagi pochylał też bądź uginał delikatnie tułów, byle nadal skracać dystans między sobą i obranym celem. Kompletnie ignorował przeogromny dyskomfort natury fizjologicznej, tryskającą wokół juchę tudzież dziesiątki głębokich skaleczeń, aż dziewczę poczuło monumentalny podziw względem dokonań twardziela. Hardy skurwiel, trzeba przyznać.
- Isla, skarbie... - rzucił bezsensownym tekstem Menandez. - Kocham cię... Jesteś jedynym sensem mojego życia...
Wraz z ostatnim słowem typ zwiększył tępo ruchów bioder, można rzec, dymał ją jak byk, któremu krowy zbyt długo (może nawet parę miesięcy) odmawiały seksu. Chociaż oboje byli bliscy finału, koniec końców mąż dawnej muzułmanki zaczął czuć przyjemne łaskotanie u podstawy penisa, zaś Shaik zarejestrowała enigmatyczne... coś... wewnątrz cewki moczowej, postanowiła prześledzić losy bezrękiego, żółtego typa.
Akurat, jak Rodrigo przestał się ruszać, jednakowoż Isla spostrzegła, iż gorąca sperma zalewa środek jej narządów płciowych, Japończyk osiągnął kraniec plaży: padł na kolana niczym dekapitowany samuraj, dotykając nimi chłodnego asfaltu, zamknął ślepia oraz stracił przytomność. Jasna sprawa widok mężczyzny zaowocował atakiem paniki wśród grupki rozwydrzonych, kilkunastoletnich uczennic, co właśnie oglądały wystawę sklepu odzieżowego trzy-cztery metry dalej.
Kobieta nie słyszała ich słów, mogła za to stwierdzić, że – poza głośnym wrzeszczeniem wszystkich dziewczyn – jedna podeszła bliżej leżącego mężczyzny, kucnęła obok dziwaka i dotknęła dłonią jego poharatanego torsu. Wyczuwszy brak reakcji wyciągnęła telefon komórkowy, wybrała 911, numer mendziarzy, przyłożyła urządzenie do ucha, następnie wezwała pomoc, natomiast mąż Isli wyciągnął swojego członka spomiędzy ścian jej macicy. Właśnie wówczas wrażenia towarzyszące ocieraniu się lekko zwiotczałego przyrodzenia o wnętrze waginy spowodowały u niej gigantyczną falę orgazmu.
Odtąd nic już w Berkeley nie było takie, jak kiedyś.



III



- Kogo wolisz: Eminema czy Snoop Doga? - zapytał Eric stojącego naprzeciw kumpla.
On, wspomniany chłopak imieniem Matthew, Mulat – Carlos Santiago plus ich najlepsza przyjaciółka – Kacy Jordan siedzieli właśnie na szkolnym korytarzu, zwyczajowo dla siebie poruszając głupie, bezsensowne tematy. Wczoraj rozstrzygali kwestię tego, która piosenkarka ma fajniejszy tyłek: Jennifer Lopez bądź Nicki Minaj, wobec czego aktualnie należało wyłowić najbardziej uzdolnionego rapera. Wykluczywszy członków zespołu Fort Minor, 50 Centa, Dr. Dre i 2PAC`a, pozostał im dość trudny wybór – biały kontra czarny.
Buda Santa Rosa High School nie figurowała jako wybitny przykład placówki zrzeszającej ultramiłych ludzi ani nawet miejsce pieszczące zmysły swoim wyglądem. Oprócz dziesiątek zdobywających tu wiedzę chuliganów, wyrzutków społeczeństwa, ów kompleks mógł poszczycić się najgorszym we Wszechświecie wystrojem wnętrz: ściany pokrywała warstwa grubej, brzydkiej, żółtej farby, przy czym należy zaznaczyć, iż dominujący tu kolor stanowiła czerń, okna pozaklejano przezroczystą taśmą lub zasłonięto tandetną dyktą, plamy po różnych rzeczach bądź przebarwienia zakryto brzydkimi dywanami, a uschnięte rośliny zastąpiono sztucznymi kwiatami.
Trójka kumpli zajmowała przestrzeń długiej, drewnianej, ustawionej wzdłuż równie długiego kaloryfera ławki – z obu stron potencjalny obserwator widział końce gigantycznego korytarza, wypełnionego mnogą ilością roześmianych bądź wybitnie ponurych dzieciaków. Matthew stał naprzeciwko spoczywających kolegów, ciągle mrugając oczami tudzież przełykając ślinę. Nosił obcisłe dżinsy, wieśniackie oficerki plus szeroką, luźną bluzę, co cudem mieściła duże mięśnie chłopaka.
- Tego pierwszego – odparł spokojnie wielkolud. - Czarni nie mają zielonego pojęcia, o czym kurwa, śpiewają. Ich utwory przypominają zwykły bełkot.
- Zupełnie niczym rozmowy twoich starych, prawda, Carlos? - wtrącił nagle Eric.
Oczywiście ledwo tamten zadał owe pytanie, wszyscy zgromadzeniu tu przyjaciele ryknęli stłumionym śmiechem. Bardzo rozbawił ich ten dowcip, zwłaszcza, iż starzy Santiago odbiegali od stereotypowych wyobrażeń głów normalnych rodzin; ojciec młodego mężczyzny, wielki pan dyrektor, posiadał dokładnie sto pięćdziesiąt różnobarwnych muszek plus osiemdziesiąt par granatowych butów, jednakowoż matka każdego rana spryskiwała swoją szyję dziesięcioma rodzajami drogich perfum.
Poza dziwacznymi nawykami ubierania lub pachnienia, mieli szereg innych wad – nie rozmawiali podczas niedzielnych obiadów, dwa razy tygodniowo byli uczestnikami mszy świętej, codziennie głośno czytali cztery „rozdziały” biblii...
- Moi przynajmniej rozmawiają. Za to twojej matce całe życie ktoś zatyka mordę kutasem, wobec czego ciężko jest jej mówić.
Kolejna fala śmiechu.
- Ej, przestańcie już. Idzie nasz ulubiony przygłup, Richard. Też mi imię – rzuciła dość ciekawym spostrzeżeniem Kacy.
Wypowiedziawszy ów zlepek słów, Jordan obdarzyła idącego dziesięć-jedenaście metrów dalej Heisenberga pogardliwym spojrzeniem oraz wskazała go palcem. Mimo że łysy chłopak wielokrotnie spuszczał łomot ogromnej ilości szkolnych rówieśników, ci wciąż próbowali się zeń nabijać. Tak było również tym razem: rozbawiona trójka dyskutujących mężczyzn skierowała oczy tam, gdzie kazała im śliczna, młodziutka kobieta, dostrzegając zarazem przedmiot ich aktualnej rozmowy.
Rzeczywiście „syn” Raymonda lazł korytarzem ku klasie od fizyki. Wyglądał okropnie: miał czarny dres, tego samego koloru adidasy plus bezrękawnik, stosunkowo duże, ozdobione świeżymi ranami lub zagojonymi bliznami mięśnie, łysą głowę, podkrążone oczy... Jednym słowem przypominał raczej psychopatycznego mordercę spod ciemnej gwiazdy, niż normalnego, szczęśliwego nastolatka. Problemy psychiczne dzieciaka odzwierciedlał też batalion zlokalizowanych koło zgięcia lewego ramienia śladów po igle bądź oznaka zniszczonych ciągłym zażywaniem Kokainy śluzówek – stale pociąganie nosem tudzież ścieranie cieknącej zeń wydzieliny.
Widząc opuszczone kąciki ust, gwałtowne, zamaszyste ruchy górnych kończyn lub wspomniane świadectwo uzależnienia rówieśnika, czwórka idiotów parsknęła cichym śmiechem. Im bliżej nich oczywiście podchodził Richard, tym ciszej i intensywniej rechotali tamci, ostatecznie przecież ich zdaniem gość robił z siebie zwykłe pośmiewisko. Zresztą, tych kretynów bawiło praktycznie wszystko, nawet cierpienia innych ludzi, czemu więc zachowanie łysola miałoby być smutne, przygnębiające?
Jeden krok, dwa, pięć... Wnet sylwetka Heisenberga przybrała odrobinę większych rozmiarów; ćpun przeszedł koło zaniedbanej, stojącej przy automacie do kawy dziewczyny, która pół roku temu straciła swoich rodziców, kiwnął jej głową (biedulka odwzajemniła gest) i zaczął iść obok bandy zadowolonych błaznów. Zaledwie wyminął tą dziecinadę, nadal obserwując pustą przestrzeń przed sobą, Matthew postanowił rozweselić swoich towarzyszy.
Mianowicie zmarszczył szybko brwi, opuścił kąciki ust niczym pracownik zakładu pogrzebowego, następnie posłał spojrzenie kolegom, zaczął iść za Richardem, naśladując jego specyficzne zachowanie – taksował potylicę nastolatka groźnym wzrokiem, machał szeroko rękami jak ktoś, kto ma monstrualne wrzody pod pachami dodatkowo jeszcze pociągał cicho nosem albo wycierał go prawą dłonią. Świadomi wygłupów przyjaciela, Eric, Carlos plus Kacy wyszczerzyli zęby podobnie świrom największego kalibru. Strasznie bawił ów motłoch ten popis braku tolerancji.
Zaledwie wielkolud przeszedł cztery tudzież pięć jardów, imitując ekscentryczne nawyki Richarda, gwar rozmów uczniów przerwał stosunkowo głośny dzwonek: słysząc wspomniany hałas, dureń chwilę odprowadzał wzrokiem niczego nieświadomego typa, wychwycił spojrzenie zniesmaczonej owym dowcipem sieroty, otworzył szeroko usta, robiąc dzióbek, zacisnął prawą pięść oraz zaczął zbliżać ją doń lub oddalać, naśladując osobę uprawiającą seks francuski.
Reakcje na ten wybryk były dwie: kumple oszołoma znowu jęli rechotać, zaś młoda kobieta prychnęła pogardliwie, wygięła kręgosłup, złapała leżący obok niej tornister, wyprostowała plecy, aby nagle zacząć iść w stronę najbliższej klasopracowni. Podobnie zresztą postępowali inni ludzie – wszyscy chwycili swoje plecaki, ruszyli odfajkować kolejną, nudną, przepełnioną durnymi zajęciami godzinę.
Jasna sprawa identyczna sytuacja dotyczyła czwórki ziomków; wiedząc, że muszą zaliczyć następne czterdzieści parę minut irytujących przedmiotów, każdy członek bandy wstał. Santiago i Jordan wzięli swoje torby, Eric własną plus Matthew`a (odkąd sześć miesięcy temu osobiście widział, jak tamten wpierniczył naraz dwóm wielkim karkom, typowym koksom planował być dlań wyjątkowo uprzejmy), następnie koledzy ruszyli kontynuować tortury.
Kacy plus syn bogobojnych katolików szli przodem, za nimi mozolnie kroczyła para zdenerwowanych perspektywą marnowania dnia znajomych. Dupoliz zlustrował twarz wielkoluda, co szedł akurat obok niego – wypatrywał ładnych, puszczalskich dziewczyn – wyciągnął doń trzymającą tornister rękę oraz czekał. Stosunkowo szybko nawiasem mówiąc troll zacisnął mocno szczękę, przyjął podarunek, dalej lazł ku otwartym drzwiom klasopracowni.
- Elegancko załatwiłeś tą ciotę – rzucił pełnym zachwytu wobec dokonań przygłupa głosem.
- Się wie. Imbecyli trzeba tępić.
Wnet najfajniejsza, najpiękniejsza uczennica tej zapyziałej budy – Kacy – skręciła w lewo, przekroczyła próg pomieszczenia, gdzie zaraz mieli mieć fizykę. Jej śladem jasna sprawa poszła reszta durnego towarzystwa: najpierw Carlos, potem wielgachny chłopak, wreszcie sam Eric. Wszystkich również zastanawiało, czy Richard tam jest bądź też zdecydował, iz lepiej będzie zwiać celem uniknięcia dalszych upokorzeń, aniżeli nadal znosić głupawe podśmiechujki.
Wewnątrz liczącej około czterdziestu-pięćdziesięciu kilku metrów kwadratowych sali panował ogromny zaduch: koledzy bądź koleżanki Matthew`a wachlowali się książkami, owiewali twarze swoimi własnymi oddechami, machali rękami, chcąc przynajmniej odrobinę, chwilowo, zniwelować skutki gigantycznego upału. Zza szyb wpadały tu intensywne promienie słońca, które rozjaśniały latające wszędzie drobinki kurzu, wybielały kolory plakatów promujących zdrowe odżywianie czy dbanie o środowisko.
Ogółem klasa przypominała inne, amerykańskie bądź europejskie – duża tablica z przodu, stojące przy niej biurko, trzydzieści kilka ławek, cztery ich rzędy, mnóstwo śladów kredy plus spora ilość sztucznych roślin. Ledwo przyjaciele tu weszli, spostrzegli wyśmiewaną wcześniej postać – Richard siedział obok okna naprzeciwko nich, lustrując oświetlane blaskiem dziennej gwiazdy liście rozłożystego dębu. Bardzo ładny widok, jeśli człowiek parę minut temu zarzucił odrobinę LSD-25 albo zjadł trochę halucynogennych kaktusów.
- Oho, jest nasz seksowny łysol – powiedział rozbawionym głosem troll.
Biorąc pod uwagę, iż wszystkie miejsca oprócz tych obok drzwi były zajęte, trójka kumpli wykorzystała tą okazję, siadając razem. Jordan podeszła bliżej jednego stołu, zaraz również dołączył doń Carlos, tymczasem za nimi usiadł rozbawiony sprzeczką tej dwójki Eric. Wielkolud upuścił delikatnie swój tornister (przedmiot upadł, wydając cichy dźwięk) i zaczął taksować pogardliwym spojrzeniem Heisenberga, kiedy wszyscy licznie zgromadzeni tam uczniowie jęli obserwować ze śmiechem milczącego syna Raymonda.
- Spierdalaj, matkojebco – rzekł grobowym głosem chłopak; nadal lustrował świat zewnętrzny. - Idź zrób sobie loda.
- Mam zbyt mało elastyczny kręgosłup. To tak, jakbyś kazał wenezuelskiemu kangurowi odśnieżać ulicę.
- W Wenezueli nie ma kangurów – prychnął ironicznie dzieciak.
- Chcesz poznać smak mojego buta?
- Twoja stara ciągnie menelom za flachę.
Cóż... prawdę powiedziawszy rozmowy tej dwójki wyglądały tak praktycznie odkąd Heisenberg poznał Matthew`a. Ich pierwsze starcie jasna sprawa zakończyło się zwyczajną przepychanką plus kilkoma wulgarnymi, skierowanymi pod adresem obu chłopaków słowami, inaczej dzisiaj nie byłoby aktualnego konfliktu: gdyby łysol spuścił mu łomot parę miesięcy temu, obecnie miałby spokój. Złym zrządzeniem losu zignorował możliwość wpieprzenia owemu bydlakowi, dlatego teraz musiał ponieść konsekwencje swoich lekkomyślnych czynów.
- Przestań cwaniakować, bo jak zobaczę cię kiedyś na mieście to zobaczymy...
„Kompletny przygłup”, pomyślał rozbawionym głosem swojej wyobraźni Richard. „Ten kretyn chce mi podskakiwać? Zaraz pokażę matołowi, gdzie raki zimują.” Natchniony owym pomysłem syn Boothwella wreszcie zareagował: jeszcze raz staksował oświetlone promieniami słońca liście, pociągnął mocno nosem. Oburącz chwycił krzesło, przesunął je parędziesiąt centymetrów wstecz, wstał i zaczął iść ku zdenerwowanemu tą decyzję nastolatkowi.
O ile wcześniej mnóstwo osób – świadków tych wydarzeń – gadało, wymieniało złośliwe uwagi a propos narkomana albo szczerzyło bezmyślnie zęby, teraz wszyscy przestali artykułować: przełknęli głośno śliny, wybałuszyli oczy, zaczęli uważnie śledzić bieg sytuacji. Matko chrystusowa, kto wygra? Troll? Ćpun? Jeżeli olbrzym pobije tego szaleńca, tamten zmieni klasę, zdecyduje opuścić ich szkołę ich garować gdzieś indziej? Czy obrażenia będą jedynie powierzchowne bądź też głębokie, chlustające dookoła krwią, suma summarum znajomi durnia wiedzieli, że ów człowiek dawno temu własnymi zębami przegryzł mięśnie zdobiące kark swojego przeciwnika?
Kilka następnych sekund miało wyjaśnić tą, skądinąd dość interesującą kwestię.
- Siadaj, póki jeszcze masz szansę – nakazał łysemu typowi Matthew.
Oczywiście Heisenberg puścił to polecenie mimo uszu. Powodowany gigantyczną dawką wściekłości chłopak podszedł bliżej swego nemezis, które zlustrowało go parą wściekłych, delikatnie spanikowanych ślepi, znowu wciągnął wypływające smarki oraz jął uważnie taksować oblicze zdezorientowanego obecnym zajściem dzieciaka. Wbrew powierzchowności prawdziwego bandyty, stuprocentowego zakapiora, blondyn był jedynie zwykłym, zakompleksionym, szukającym zrozumienia, uwagi gnojkiem...
Tyle, iż Richarda nie obchodziły odczuwane przezeń emocje lub myśli bachora. Skoro gość każdego dnia wyśmiewał jego fryzurę, sposób ubierania tudzież chodzenia, syn Raya powinien wymierzyć antagoniście solidną karę, prawda? Głównie z tego względu, świr warknął niczym wściekły pies, prawą ręką złapał go za wstrętne, żółtawe włosy i – zanim oszołom zdążył wdrożyć odpowiednie procedury zapobiegawcze – rąbnął łbem pseudo-bohatera o twardą, drewnianą powierzchnię ławki, gdzie akurat siedział Carlos plus Kacy.
Nerwową ciszę zakłócił hałas miażdżonych tkanek, nadwyrężanych kości, jak również dźwięk małej ilości tryskającej juchy. Faktycznie, Richard lekko przesadził: siła ciosu okazała się tak wielka, iż skóra pokrywająca czoło kozaka uległa częściowemu rozerwaniu, chlustając odrobiną czerwonego płynu. Jasna sprawa degenerat wciąż żył – oddychał, mamrotał coś pod nosem niczym zamroczony bokser tudzież wieloletni, napruty spirytusem alkoholik, tylko chwilowo stracił zdolność racjonalnego myślenia.
Zadowolony ze swoich osiągnięć Heisenberg puścił kudły przeciwnika – otumaniony kretyn zajął ciepłą, brudną podłogę - uniósł wysoko głowę oraz zlustrował wzrokiem zimnokrwistego mordercy resztę uczniów. Wnet zapadła jeszcze bardziej dojmująca pustka natury fonicznej, aniżeli dosłownie przed chwilą; nawet, jeżeli ktoś miał ochotę wrzasnąć, krzyknąć, słowem wyrazić sprzeciw wobec dokonań łysola, każdemu zabrakło odwagi. Wytykanie błędów psychopatom, zwłaszcza członkom rodziny Raymonda Boothwella, wymagało gigantycznej odwagi.
- Ktoś jeszcze chce spróbować zrobić mi krzywdę, wyśmiać mój styl ubierania lub chodzenia? Moje nawyki?
Zero odpowiedzi; wszyscy taksowali bandytę tępymi ślepiami.
- Tak myślałem.
Nagle miała miejsce stosunkowo nieprzyjemna scena: otóż zza drewnianej tafli drzwi wyłonił się nauczyciel od fizyki, pan Werner Grass, ortodoksyjny Żyd, wybitny wręcz nudziarz. Starszy jegomość nosił czarne, garniturowe spodnie plus buty, białą elegancką koszulę, standardową jarmułkę wyznawców Judaizmu i długą niczym żmija zygzakowata, siwą brodę.
Widząc głupi popis Richarda, zmarszczył groźnie brwi, przekroczył próg klasopracowni, następnie uważnie zlustrował obrażenia Matthew`a. Podczas około trzydziestoletniej tu pracy bywał świadkiem gorszych inscenizacji, dzięki czemu znał powagę aktualnych wydarzeń, wiedział, że chłopak bez najmniejszych problemów przeżyję ową napaść – wystarczy podać mu dożylnie parędziesiąt gramów mannitolu albo gliceryny, trochę leków moczopędnych, zafundować kilka dni wolnego od szkoły, żaden problem.
- Heisenberg, coś ty znowu narozrabiał? - spytał uniesionym tonem belfer.
- Gówno – rzekł chamsko dzieciak.
- Oż ty gnoju jeden... Do dyrektora!
Usłyszawszy ordynarną odpowiedź tamtego, staruszek stanął centralnie koło narkomana, po czym prawą, wolną dłonią złapał go za lewe ucho. Znawca substancji psychoaktywnych zareagował natychmiast: uniósł jedną dłoń, chwycił przegub nabzdyczonego gościa oraz wykonał taki ruch, iż wykręcił facetowi ramię, które akurat śmiało naruszyć jego nietykalność cielesną. Aktualnie też Werner trwał pochylony przed cwaniakiem, poprzez ciche, urywane skomlenie obwieszczał reszcie licznie tu zgromadzonych osób swój skądinąd duży ból.
- Sam pójdę – narzucił Grassowi swoją wolę Rich. - Wiem, gdzie przebywa szef tego chlewu.
Jakkolwiek nauczyciel krótką chwilę miał zamiar wyrazić sprzeciw wobec postanowień dzieciaka, sekundę lub dwie później zignorował ów pomysł: gdyby próbował mu wtłóc, spuścić łomot, odgrywać rolę zapaśnika, prawdopodobnie skończyłby dość kiepsko. Lepiej wsadzić sobie honor, dodatkowo zachować końskie zdrowie, niźli strugać bohatera, dostając jednocześnie ostry wpiernicz, racja? Mędrcy odnoszą większy sukcesy, niż kozacy.
Mniej więcej tak oto wyglądał kolejny dzień z życia Heisenberga – najpierw chłopak musiał wysłuchać wiązanki skierowanych pod jego adresem wyzwisk, potem tłumaczyć się ze swoich zachowań. Zirytowany faktem, że znowu musi gadać z dyrektorem, puścił nadgarstek Wernera, zrobił skwaszoną minę i przeszedł między framugami, idąc ku gabinetowi następnego starego pruca, belfer zaś wziął głęboki wdech, obrzucając dziwnym spojrzeniem resztę uczniów. Za nieudzielenie pomocy zaatakowanemu pracownikowi szkoły będą pisać ciężką kartkówkę.



IV



- Oho! Idzie ojciec tego przygłupa!
No jasne, typowe powitanie: ledwo Raymond przekroczył żółtą, policyjną taśmę, która odgradzała spory skrawek terenu (miejsce znalezienia bezrękiego faceta) od reszty świata, mężczyzna musiał zostać poczęstowany dawką codziennego chamstwa ze strony upośledzonych umysłowo stróżów prawa. Oto trójka rechoczących gliniarzy – Alexander „Rusek” Formichenko, Guillermo Moreno (meksykanin włoskiego pochodzenia) oraz Priya Reed, hinduska, prawdopodobnie najładniejsza pracownica komendy głównej Berkeley – stali obok zlokalizowanego dwadzieścia-trzydzieści metrów przed brzegiem oceanu atlantyckiego sklepu zoologicznego, lustrując nadchodzącą sylwetkę Boothwella.
- Masz coś przeciwko mojemu synowi, pierdolona, stalinowska kurwo? - spytał groźnie mohawk; głos chrzęścił mu niczym żwir.
- Owszem – były mieszkaniec Związku Radzieckiego uniósł dumnie łeb. - Gówniarz myśli, że jest gwiazdorem, bo pociął sobie łapy.
- On przynajmniej ma większe jaja, niż ty cymbał.
Akurat, jak narkoman wypowiedział ostatnie słowo, stanął centralnie obok rozmówcy i obrzucił go chłodnym, wręcz lodowatym spojrzeniem. Dzisiejszej doby czterdziestoletni komunista założył cienką, kremową kurtkę, brązowe spodnie,, eleganckie buty czarnego koloru i zawadiacki, kowbojski kapelusz. Miał podkrążone ślepia, przekrwione gałki oczne, parodniowy zarost plus małą bliznę nad lewą częścią górnej wargi.
Moreno prezentował się jeszcze gorzej: policyjne ciuchy, dłonie przyozdobione białymi rękawiczkami lub przewieszony przez szyję polaroid nadawał mężczyźnie wyglądu wzorowego mendziarza, chluby wszystkich psów, zaś jego partnerka – Priya wyzywająco olśniewała swoją egzotyczną urodą. Natura obdarzyła ją puklem ichtiolowych włosów, ładnym pieprzykiem powyżej ust, parą największych we Wszechświecie oczu oraz seksownie pucatych policzków (dla ścisłości ważyła raptem pięćdziesiąt siedem kilogramów). Gdyby ktokolwiek, kiedykolwiek zechciał wyłonić najpiękniejszą mieszkankę całej Kalifornii, musiałby bezapelacyjnie honorować tym zaszczytnym mianem właśnie ją.
Podczas wspomnianego mierzenia spojrzeniami, które zainicjowali dwa wybitni inteligenci, rusek wydął zmysłowo wargi. Jasna sprawa ów znak miał głęboko zakorzenioną konotację, przypominał Ray`owi hecę sprzed paru dni: otóż pod koniec ubiegłego tygodnia, gdy wieloletni ćpun pisał raport z ostatniej akcji, całkiem przypadkowo zostawił włączony komputer. Jeden spośród gigantycznej bandy znienawidzonych gliniarzy wykorzystał tą sposobność, rozpoczynając dokładne przetrząsanie laptopa detektywa, czego rezultatem był fakt, że kundel znalazł tam spore zbiorowisko pornograficznych filmów, zrzeszających gwiazdy pokroju Sienny West albo Britney Amber.
Od tamtej pory praktycznie codziennie ktoś żartował na ten temat, chcąc ośmieszyć irytującego Booth`a. Taka sytuacja miała miejsce również teraz: widząc gest zarezerwowany dla podnieconych dziewczyn lub – ewentualnie – aktorek produkcji xxx, dwójka mendziarzy parsknęła falą stłumionego śmiechu. Oczywiście próbowali rechotać jak najciszej, suma summarum nie mieli zamiaru obrażać pana detektywa – woleli być jego sojusznikami, zwłaszcza, iż mohawk uchodził tu za wielkiego zbira, postrach innych bandytów czy wyśmiewających go głupców.
- Ustaliliście już potencjalnych sprawców? - Raymond przerwał denerwującą ciszę.
- Dotychczas wykluczyliśmy parę osób – kontynuował swoją tyradę Formichenko. - Naszym zdaniem mógł zrobić to każdy, oprócz Audrey Bitoni oraz Arii Giovanni.
Tym razem zęby wyszczerzył również sam Alexander, po czym otaksował on kolejno wesołe oblicza swoich kolegów. Świadom bezsensowności tej rozmowy, mohawk przewrócił oczami, westchnął głęboko, wykonał piruet i jął iść wzdłuż śladów zaschniętej krwi. Najwięcej czerwonego płynu zgromadziło się obok wystawy sklepu zoologicznego – odrobina spryskała nawet dużą szybę, za którą widać był klatki, kółka, plastikowe kości bądź różnego rodzaju zwierzęcy pokarm – ale sporo juchy długą, przerywaną linią zdobiło też powierzchnię asfaltowej drogi plus piasek.
Słysząc głupie podśmiechujki durnych znajomych, ojciec Heisenberga pokonał ostatnie pięć metrów odgrodzonego terenu, następnie podniósł prawą nogę nad żółtą taśmą: postawił stopę poza wydzieloną enklawą, zrobił identyczną rzecz z lewym kulasem oraz prześledził wzrokiem plamy krwi. Najwyraźniej przed osiągnięciem swojego punktu docelowego, Japończyk (?) musiał przejść czterdzieści jardów, bo dwadzieścia stanowiła linia prosta, później zaś skręcała.
„Fajna gromadka”, pomyślał rozwścieczony zachowaniem psów Boothwell. „Para kutasów plus jedna, tępa cipa”. Obojętnie, jakie uczucia względem nich żywił, mężczyzna pokonywał kolejne cale wyznaczonej trasy, aż nagle jego buty napotkały rozgrzaną taflę asfaltu – mocno krętej, przeznaczonej dla miłośników rolek albo deski drogi, gdzie czerwona substancja przybrała trochę innego odcienia; tutaj, przeciwnie innym miejscom, miała barwę ciemnej, złamanej purpurą pomarańczy. „Hmm, ciekawe, skąd ta zastanawiająca zmiana koloru?”
Zainteresowany owym fenomenem Raymond klęknął, wyciągnął prawą rękę, wyprostował palec wskazujący i postanowił zdrapać trochę zaschniętej krwi. Najpierw gość przejechał delikatnie paznokciem, odnotowując mały lub nawet żaden rezultat – wysuszona posoka nie miała ochoty szybko schodzić – dopiero później zdecydował trochę się wysilić. Właśnie ta postawa przyniosła detektywowi konkretne efekty.
Ledwo typ zaczął skrobać kilka drobnych fragmentów suchego tworu, uległa oddzieleniu od macierzystego zbiorowiska martwych komórek. Ucieszony mini-sukcesem narkoman umiejscowił dłoń przy rozchylonych wargach, polizał końcówkę kciuka spierzchniętym językiem, wreszcie zwilżoną częścią ciała dotknął wolno leżących fragmentów kałuży krwi; drobinki osocza przylgnęła do wilgoci, toteż mężczyzna zlokalizował paluch wewnątrz swojej gęby, uważnie badając smak dziwnej mieszanki chemikaliów.
Prawdę powiedziawszy, jako chemik-amator, Booth znał ogromną ilość różnych substancji: poza batalionem halucynogennych tudzież euforyzujących narkotyków, mężczyzna ogarniał właściwości wielu związków typu benzoesan sodu, molibden, chrom, etakrydyna, piorunian rtęci, skatol – główny, cuchnący składnik odchodów zwierząt - formaldehyd lub kwas aurotiojabłkowy, jednocześnie należało zaznaczyć iż tutaj wyczuwał duże ilości hydroksylowanych pochodnych żelaza. Skąd akurat takie cuda? Czemu pierwiastek o skrócie „Fe” uległ uwodnieniu?
Woda zmieniła jego strukturę? Mało prawdopodobne, koniec końców ostatnio nie padał ani mililitr deszczu. Może wiatr naniósł nań krople z oceanu? Również kiepskie wytłumaczenie – reakcje między różnymi molekułami, szczególnie następujące samoistnie, bez pomocy katalizatorów, tudzież środków redukujących wymagają dużej ilości czasu. Kilka godzin to stanowczo zbyt mało.
Obojętnie, cóż mogło stanowić wyjaśnienie owego relatywnie interesującego zjawiska, Boothwell kontynuował śledztwo: zupełnie, niczym swój przybrany syn pociągnął nosem (długotrwałe używanie Kokainy zniszczyło śluzówki również mu) wyprostował nogi, opuścił rękę, zaczął iść wzdłuż śladów krwi. Sadząc po umiejscowieniu czerwonego płynu, mężczyzna musiał czasem przystawać, ponieważ pewne skrawki terenu zdobiła większa, niż normalnie ilość juchy.
Drugim interesującym zjawiskiem był fakt, że jedynie posoka zdobiąca asfalt przybrała pomarańczowo-purpurowy kolor, suma summarum piasek szpeciły czarno-czerwone skrzepy. Dlaczego? Czemu akurat tutaj posiadała ona jedną barwę, tam zaś drugą? Nagle Raymonda olśniło: przecież po drodze dla skateboard`zistów jeżdżą różni ludzi, plują, charkają, wylewają przypadkowo napoje tudzież – bardzo rzadko – szczają. Ktoś mógł mimowolnie rozlać colę, pepsi bądź odmienny trunek i odjechać bez informowania o wspomnianym incydencie gliniarzy. Cóż... badania chromatografem cienkowarstwowym wykażą przyczyną owej anomalii.
Zaledwie Raymond wysnuł tą hipotezę, przekroczył linię plaży. Tutaj, paręnaście metrów przed brzegiem rozszalałego oceanu, powietrze zdawało się po stokroć bardziej rześkie, przyjemne. Ilekroć mężczyzna stał koło takich gigantycznych zbiorników wody, czuł ciepłe pocałunki słońca albo – jeszcze lepiej – robił owe czynności, mając owładnięty działaniem euforyzujących narkotyków mózg, odnosił wrażenie bycia królem świata. Wszystkie ograniczenia natury fizycznej lub psychicznej, bariery, kłopoty dnia codziennego znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Złym zrządzeniem losu aktualnie obowiązki detektywa nie pozwalały facetowi podziwiać tajemniczego żywiołu. Mohawk musiał dokładnie obejrzeć miejsce znalezienia tamtego Japończyka, wobec czego jął iść dalej, ku skręcającym śladom krwi; Ray wziął głęboki wdech, wzruszył ramionami, pokonał kilka ostatnich, oddzielających go od upragnionego celu jardów. Szybko załatwi ten problem, weźmie pigułkę ecstasy albo wciągnie krechę ulubionej trucizny Richarda, Fencyklidyny, i wróci tu poleżeć, popodziwiać dzienną gwiazdę.
Kiedy wreszcie Booth zrealizował pierwszą część obranego planu, ruszył w prawo. Przebycie następnych siedmiu czy ośmiu metrów dziwacznej, znaczonej długą linią posoki trasy zaowocowało podejściem bliżej miejsca, skąd wyszedł człowiek imieniem Suzuke Takashi – enigmatycznego skrawka terenu, który zdobiła ogromna ilość ciemno-brązowego piasku plus duża dziura głębokości mniej więcej wyprostowanej dłoni dorosłego mężczyzny oraz szerokości przeciętnego kiosku.
Zainteresowany tym fenomenem, zdziwiony aktualnym widokiem Boothwell stanął obok rozpadliny. Krótką chwilę miał wrażenie, iż owe zagłębienie zrobił spadający meteoryt, dopiero później zrozumiał swój błąd, koniec końców gdyby wysnuł prawidłową spekulację, ściany tworu byłyby nieregularne, posiadałyby mnóstwo wybrzuszeń albo wgłębień, tymczasem przypominały one raczej odcięte denko piłki nożnej, aniżeli pusty wewnątrz kamień, głaz młynarski. Coś mu tutaj śmierdziało.
- Kurwa mać – zaklął cichuteńko świadek tych fantasmagorii.
Wnet świadomość ojca Heisenberga nawiedziło wspomnienie zeznań Isli Shaik – żony Rodrigo Menandeza., nauczycielki fizyki. Dziewczyna twierdziła, jakoby zobaczyła ogromną falę gorącej, jasnobłękitnej energii, co tryskała wokół żółtymi promieniami, podpalając żywym ogniem rosnące opodal rośliny. Obojętnie, czy jej wywód brzmiał sensownie bądź irracjonalnie, zdezorientowany detektyw zlustrował teren dookoła – szukał wymienionych przezeń chwastów.
Raptem sekunda uważnego wypatrywania wskazała ciekawskiemu mężczyźnie lokalizację tych tworów natury. Cokolwiek umieściła tam dawniej Dobra Matka Ziemia, obecnie zostały zeń same zgliszcza; faktycznie Raymond zauważył szereg poczerniałych, bezlistnych krzaków, dodatkowo jedno malutkie drzewo (chyba mimozę), złym zbiegiem okoliczności życie opuściło te cuda kilka przerażających, brzemiennych skutkami godzin temu. Nawet, jeżeli ktoś wcześniej polał je łatwopalnym rozpuszczalnikiem bądź obsypał dla konkretnego efektu substancją wybuchową – nitrogliceryną, nadmanganianem amonu – teraz ciężko będzie znaleźć choćby odrobinę dowodów takiego postępowania.
Zirytowany skalą aktualnych problemów, mohawk obejrzał się przez ramię – zobaczył trójkę dowcipkujących, pilnujących miejsca zbrodni mendziarzy. „Ciekawe o czym gadają?”, pomyślał jeszcze mocniej zdezorientowany Boothwell. „Pewnie obrabiają mi dupę albo snują plany, jak ośmieszyć mnie przed całą, pieprzoną komendą. Niech ich wszystkie szlag trafi.”
Oczywiście zawiść kolegów miała swoje dobre strony, gdyż naturalnie złośliwy facet mógł irytować zazdrosnych kumpli wysoką skutecznością prowadzonych śledztw. Gnany chęcią utarcia im nosa, pokazania, iż jest lepszym specjalistom, narkoman zaczął iść ku wspomnianym chaszczom. Obecnie wolał poświęcić tej sprawie resztę dnia, darować sobie wciągania PCP tudzież Koksu, byle tylko czym prędzej rozwikłać zagadkę Suzuke Takashi.
Jeden krok, dwa, trzy... Im więcej czasu mijało, tym mocniej skracał dystans między sobą i krzakami Raymond, jednakowoż ów fakt implikował kolejną kwestię – nadchodzący szybko problem zebrania odpowiednich dowodów. Przecież mężczyzna nie potrafił ściągnąć odcisków palców ze spalonych kawałków drewna, prawda? Cóż wobec tego może począć? Sfotografować sfajczone rośliny? Pobrać... Oho, właśnie; weźmie trochę popiołu! Niehcchemicy zidentyfikują jego skład, używając chromatografów cienkowarstwowych – może akurat wykryją weń obecność materiałów wybuchowych.
- Raymond Boothwell? - Dobiegł mohawka czyjś grobowy, chropowaty głos.
Słysząc pytanie, ćpun spojrzał tam, skąd dobiegał ów zlepek wyrazów. Mniej więcej czterdzieści jardów dalej, współczesny odpowiednik Sherlock`a Holmes`a zauważył tajemniczą, wręcz tryskającą grozą postać: typ, bez wątpienia mężczyzna, miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, czarny komplet ubrań (adidasy, bojówki, krótką koszulkę) plus maskę odrażającego szkieletu. Wyglądał niczym przebieraniec z horroru klasy B albo ewentualnie C.
- Halloween dopiero za cztery miesiące! - odkrzyknął facetowi narkoman. - Ściąg tą trupią mordę, to pogadamy!
- Zostaw sprawę Suzuke, inaczej marny twój los! - ostrzegł go uprzejmy, dobroduszny przebieraniec.
Aczkolwiek – przynajmniej teoretycznie - ponury gość mógł udzielić swojemu rozmówcy konkretnych wyjaśnień, zignorował tą możliwość. Po prostu wypowiedział swą kwestię, zrobił półobrót i szybko niczym wąż atakujący swoją ofiarę tudzież spadająca kometa jął biec ku widocznej opodal miejskiej dżungli. Prawdopodobnie – nie chcąc ujawniać własnej tożsamości – postanowił zniknąć między gęstą czeluścią betonowych domów, wieżowców lub bloków.
Zaintrygowany groźbą tamtego, ojciec Richarda pociągnął nosem, wzruszył ramionami, następnie kontynuował oględziny krzaków. Prawdę powiedziawszy detektywa gówno obchodziły zachcianki bądź plany innych ludzi, szczególnie te zagrażające jego życiu: jeżeli ktoś ma zamiar ukatrupić Raymonda Boothwella, najtwardszego skurwiela, jakiego kiedykolwiek dźwigała Matka Ziemia, niech spróbuje. Musi tylko zdawać sobie sprawę z tego, że przez czterdzieści kilka lat egzystencji mężczyzna wiele razy unikał śmierci – przeżył dwadzieścia parę postrzałów, siedem ugodzeń nożem plus dziewięć lub dziesięć prób przejechania samochodem.
Zupełnie niby bandyci, których śledził, kalifornijskiego Sherlock`a Holmes`a bał się nawet sam Ponury Żniwiarz.



Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sildrul (18+)

Postautor: Smoke » śr 15 lis 2017, 21:38

jak mógł taki text przez dwa miesiące nie doczekać się choćby jednego komentarza :shock:

jest tu masa zdań o nietypowej konstrukcji, poprzestawianych i wielokrotnie złożonych - po pierwsze jest to bardzo męczące, po drugie wymaga perfekcyjnego opanowania interpunkcji, bo tu interpunkcja leży, przez co niektóre zdania nie mają sensu, albo trzeba czytać po pięć razy, by zrozumieć o co chodzi.
choć interpunkcja zdaje się być najmniejszym problemem

oprócz tego masa innych błędów i wypaczeń, których nie ma sensu ogarniać - bo w sumie tego nie da się czytać, to okrutna paździerzmania, rezerwuar babolarium i wyrób literaturopodobny

Kalypsol pisze:Source of the post Gnana tym zewem, czarnoskóra ślicznotka zrobiła półobrót, po czym schyliła się, ponętnie wypinając okrągły tyłek: pod kusą spódniczką nie miała majtek ani stringów, tylko czystą, zadbaną, wygoloną macicę.


:roll:



Awatar użytkownika
Zwodzisia Trąbisia
Pisarz domowy
Posty: 58
Rejestracja: pn 10 paź 2016, 15:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Sildrul (18+)

Postautor: Zwodzisia Trąbisia » sob 18 lis 2017, 23:10

Wspaniały komentarz mr Smoke :) Nie zdołałam przebrnąć nawet pierwszej części tekstu, ale bardzo się cieszę, że udało mi się wytrwać i przewinąć do końca by się ubawić setnie komentarzem roku.
Kalypsol nawet psychopaci powinni wiedzieć, że w macicy nie rosną włosy i widoczna jest jedynie, gdy wypadnie :lol:



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Sildrul (18+)

Postautor: MargotNoir » pn 03 wrz 2018, 11:16

Bartosh, Twój komentarz zaginął w katastrofie, która spotkała forum, ale pamiętam, że to Ty wyciagnąłeś to cudo z pomroki dziejów. Chciałam Ci serdecznie podziękować!

Autor już raczej nie zagląda, więc można mówić szczerze - to jest piękne. Zakładkuję sobie, bo jestem w stanie czytać po kilkanaście zdań na raz i cały proces trochę zajmie, ale to jest kopalnia smaczków. Mam nadzieję, że przy jakimś sprzątaniu nikt tego nie wyrzuci.



Awatar użytkownika
Kruger
Umysł pisarza
Posty: 870
Rejestracja: śr 12 paź 2011, 09:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Sildrul (18+)

Postautor: Kruger » pn 03 wrz 2018, 11:46

Na Wery nic nie płonie, chyba, że przypadkiem (zapaść systemu itp.) :)

A piękne zaiste jest, jeden akapit na raz do przyswojenia. Więcej się nie da.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2600
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Sildrul (18+)

Postautor: Bartosh16 » śr 05 wrz 2018, 11:50

MargotNoir pisze:Source of the post Bartosh, Twój komentarz zaginął w katastrofie, która spotkała forum, ale pamiętam, że to Ty wyciagnąłeś to cudo z pomroki dziejów. Chciałam Ci serdecznie podziękować!

Autor już raczej nie zagląda, więc można mówić szczerze - to jest piękne. Zakładkuję sobie, bo jestem w stanie czytać po kilkanaście zdań na raz i cały proces trochę zajmie, ale to jest kopalnia smaczków. Mam nadzieję, że przy jakimś sprzątaniu nikt tego nie wyrzuci.


Żartujesz, prawda? Jest rano, jak dla mnie, i jeszcze nie skończyłem kawy, więc mogę nie wyłapać aluzji.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Sildrul (18+)

Postautor: MargotNoir » śr 05 wrz 2018, 16:58

Bartosh16, zapewniam Cię, że w moim poście nie ma żadnej aluzji.

Może chodziło o sarkazm?




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości