Trzy dziurki

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mr Żubr
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 25 mar 2013, 20:17
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: znikąd
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: Mr Żubr » ndz 29 lip 2018, 18:46

Jest to druga wersja tekstu, pierwsza już kiedyś została zweryfikowana. Zawiera wulgaryzmy.

Nastawiam budzik w zasadzie już z przyzwyczajenia. Codziennie i tak budzę się o około dziewięćdziesiąt osiem sekund przed jego piskliwym wyciem. Teraz też. Przeczekuję ten czas, leżąc z otwartymi oczami i gapiąc się w sufit. Kiedy tylko zaczyna się ten jego jazgot, wyłączam chińskie, plastikowe badziewie pewnym ruchem ręki. Pewnym, bo atakuje mnie zawsze z tego samego miejsca na szafce nocnej. Wzdycham, wstaję i kieruję się w stronę łazienki, zostawiam za sobą Kaśkę, która już nawet nie zauważa mojego poranka, tylko chrapie jak natchniona. Odmierzam cztery kroki, podnoszę klapę, szczę. Myję zęby, uszy, pachy. Chwilę potem sam jem śniadanie i sam robię sobie kanapki do pracy. Wychodzę trzynaście minut po godzinie siódmej. Narzucam na siebie jeszcze kurtkę, bo zimno, i czapkę; pewnie powiedzielibyście, że dziwna, że podstarzałe dziady takie noszą. Ale jestem podstarzały, więc mogę. Lubię ją.

Na stacji czekam zawsze dziewięć minut. Pociąg spóźnia się codziennie o cztery, a dziś tylko o dwie i pół. Nieźle. Podjeżdża, zwalnia, staje - ociężały pociąg podmiejski. Wsiadam do wagonu trzeciego i zajmuję moje stałe miejsce przy oknie z lewej strony. Lubię przed pracą patrzeć na szaro-zielony, podmiejski krajobraz. Jak sunie, przewija się za oknem. Nie myślę o niczym. Ani o żonie, która jeszcze chrapie, ani o dzieciakach, które będą się zaraz budzić, ani nawet o robocie. Mgła za oknem, łąki. Pojedyncze budynki. Coraz ich więcej, coraz większe, coraz bardziej skupione. Podwórka, przemysłowe osiedla. Pociąg dojeżdża do stacji. Zatrzymuje się i wszyscy pracownicy fabryk zbierają się do drzwi, ja też. Wylewam się na peron z całą falą ludzi, chyba podobnych do mnie. Idę i patrzę pod nogi. Większe i mniejsze grupki oddzielają się od całości, idą na swoje zakłady. W końcu zostaje nas trzech. Dwóch facetów gada ze sobą, ja - kilka metrów za nimi. Przyspieszają albo ja zwalniam - nie wiem.

Punktualnie odbijam kartę, w szatni zakładam niebieski kombinezon. W końcu staję przy taśmie produkcyjnej, na swoim stałym miejscu w fabryce doniczek. Podłączam dziurkownicę do prądu. Linia uruchomi się za siedem minut, tyle ile potrzebuje dziurkownica, żeby się porządnie rozgrzać. O pełnej godzinie rozlega się dzwonek. Słychać szczęk ruszających maszyn, paski klinowe, łańcuchy i zębatki zaczynają się obracać. I jazda. Jestem gotowy. Rozgrzana do czerwoności dziurkownica pali się do pracy. Taśmociąg przesuwa się przede mną, jeszcze pusty, jeszcze trwam w bezruchu. Patrzę w stronę zastygarki. Widzę pierwsze doniczki, sunące stamtąd w moją stronę, denkami do góry. Kiedy dojeżdżają, każda zatrzymuje się przede mną na ułamek sekundy. W sam raz, żebym trzema ruchami dziurkownicy wybił w nich trzy równe otwory, układające się w trójkąt o boku długości siedmiu i pół centymetra. Nigdy nie liczę, ile jest doniczek. O tych, co próbowali, krążą legendy. Zaczynali prowadzić statystyki i tabele. Niektórzy, świadomi tego, ile doniczek mają za sobą, wpadali w depresję. Każdy prędzej czy później jakoś wariował. Dlatego ja robię swoje. Nie zaprzątam sobie głowy. Teraz zaczynam myśleć o Kaśce i co będzie, jak wrócę do domu.


— Hej, Kochanie! Wróciłem. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało!
— Siadaj Skarbie, obiad gotowy jak zwykle punktualnie. Co takiego? Awansowali cię?
— Poranny pociąg kolei podmiejskiej spóźnił się tylko dwie i pół minuty! Uwierzysz?
— Och.
— Ale to nie wszystko! Siedzenia były dziś wyjątkowo wygodne!
— Och.


Wymyślam tę rozmowę kilka razy od nowa. Nagle słyszę dzwonek. Taśmociąg zwalnia, nie jedzie do mnie już żadna doniczka. Na przerwie siedzę sam i jem kanapki które zrobiłem sobie rano też sam. Dzisiaj z mielonką. Do tego kawa w plastiku. Wracam do pracy i znów myślę o żonie. Tym razem o żonie sąsiada, pana Jacentego. Co ta młoda, świetna dupa robi z takim starym pierdzielem? Co taki stateczny człowiek robi z taką tępą gówniarą? Trzyma ją w domu, bo młodziutka, bo szczuplutka. Za to pewnie niedoświadczona kłoda. Nie to, co starsze, jak na przykład moja Kaśka. Najchętniej w sumie sam bym sprawdził. Tak dla porównania. Dla pełnego obrazu. Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił, niż pan Jacenty. A niech tylko zejdzie on z tego świata. W sumie jednak, to ja bym na taką nawet nie spojrzał. Choćby na czworaka przyszła i błagała na kolanach, choćby ocierała mi się o kapcie jak kotka w rui, wypinając swoją zgrabną pupę, to ja bym jej nie chciał. Jeszcze by z laczka na odchodne dostała, że się nie szanuje.

I tak myślę sobie, czego to nigdy w życiu bym z nią nie zrobił, za nic. Nagle słyszę jakieś takie szczęknięcie. Trochę jak przy odpalaniu linii produkcyjnej, tylko jakby głośniejsze, jakby twardsze. Takie: jeb! Trwa to może sekundę w sumie, ale ja mam wrażenie, jakby zatrzymała się Ziemia. Dzieje się to, co się nigdy nie działo. To, czego się nie spodziewałem. Przyczyna tego wydarzenia nigdy nie zostanie wyjaśniona, choć hipotez będzie mnóstwo. Może między tryby maszyny dostał się kiep papierosa palonego przez kogoś na jednym z tarasów górnego poziomu hali? Może dostał się tam jakiś przypadkowy paproch, niesiony wiatrem z systemu chłodzenia spalarnika? Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy. Najważniejsze jest to, że po raz pierwszy od trzydziestu ośmiu lat, trzech miesięcy i czterech dni linia produkcyjna zacina się na ułamek sekundy.

Doniczka zatrzymuje się przede mną na dłużej niż zwykle. Ja, zaskoczony, nie wierzący w to wszystko, zachowuję się irracjonalnie, panicznie i przypadkowym ruchem robię w doniczce czwartą dziurkę. Cztery dziurki. Zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

Oczy stają mi w słup. To się zdarzyło po raz pierwszy! Nie tylko mi, ale pewnie i w historii fabryki albo całego bożego świata. Czuję, że grunt usuwa mi się spod nóg, a świat, który nigdy czegoś takiego nie widział, zaczyna drżeć w posadach. Kolana mi miękną, krople potu wypełzają na czoło, a ręce zaczynają drżeć. Wszystko to dzieje się jednocześnie, w mgnieniu oka, a czas znowu przyspiesza, wracając do swojego normalnego tempa. Wzdrygam się na myśl o tym, czego się - przez przypadek, ale jednak - właśnie dopuściłem. W spazmie obrzydzenia do tego występku i siebie samego robię niekontrolowany krok do tyłu, potykam się o własną nogę, wywracam na plecy jak długi, wymachem ramienia wyrzucam rozgrzaną dziurkarkę w górę; dziurkarka spada, cała gorąca wbija mi się w twarz i umieram na miejscu.

***

Unoszę się do góry. Widzę swoje ciało, widzę całą halę, cały zakład. Także gabinet dyrektora Rychlejki. Na dyrektora Rychlejkę nie ma chuja. Dyrektorowi Rychlejce można naskoczyć. On wszystko ma na monitorach. Wszystko. Może tam obserwować pojedyncze ruchy każdej zębatki, każdego pracownika; śledzić drogę każdej pojedynczej doniczki. Siedzi jak panisko w wygodnym, dyrektorskim, prestiżowym fotelu. Nogi ma wyjebane na pulpit. Widzi nie tylko obraz z kamer, ma tam też tabelki, wykresy i grafy, one ten zakład nie tylko ogląda cały, on go całego czuje, on nim oddycha. "Ta fabryka to ja" mówi czasem i w zasadzie ma rację. Nie dopuszcza do siebie myśli, że może czegoś nie zauważyć. Pół papierosa dymi mu w zębach, a on w bezruchu gapi się w jedną z tabel. Nie wie co, ale coś się nie zgadza. Dyrektor widzi zgrzyt w sunących z góry na dół cyfrach, coś się nie zgadza, ale nie widać jeszcz dokładnie, co. Jego oczy zaczynają biegać od tabeli, do diagramu i z powrotem. Nagle go dostrzega. Błąd, który siedzi tam, jak rzep uczepiony psiego ogona. Błąd w jednej z tabel, kryjący sią jak zakamuflowany snajper na polu bitwy. Wzrok dyrektora Rychlejki wpatruje się w ten jeden, migotliwy punkt na ekranie. Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które gdy tylko rozumieją powagę sytuacji, wracają przestraszone do środka.
— Dajta mnie tu starszego brygadzistę! — ryczy w interkom dyrektor Rychlejko.

Siedzi nieruchomo, gapi się w ten sam punkt, tyłem do wejścia, kiedy słyszy otwierające się drzwi i głos za swoimi plecami:
— Starszy brygadzista Podłoga Sławomir melduje się na wezwanie!
Bezruch i cisza po tym okrzyku trwają dwie i trzydzieści setnych sekundy, ale dla starszego brygadzisty Podłogi Sławomira to jest wieczność. Nie słychać lecącej muchy, bo to nie ta pora roku; za to dyrektor Rychlejko doskonale słyszy cieniutką stróżkę potu sunącą po karku podwładnego. Dyrektorski fotel obraca się powoli i ze zgrzytem. Dyrektor patrzy w oczy Podłogi, Podłoga stara się nie patrzeć w podłogę.
— Sławomirze. Czy widzicie ekrany za moimi plecami? — cedzi przez zęby dyrektor.
— Ano.
— No i?
— O, tam. W sektorze C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście. Nie dziurkuje się — zauważa szybko brygadzista.
— No właśnie, nie dziurkuje się. Kto jest tam przypisany? Kto tam dziurkuje?! Pytam się!
— A to ja nie wiem, panie derektorze kochany, to by trzeba spytać młodszego brygadzistę z sektora C, hala numer trzysta dwajścia.
— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już w dawno w drodze. Wraca po dwóch godzinach i zastaje dyrektora Rychlejkę nalewającego sobie whisky do szklanki. W butelce jest już sama końcówka.
— Starszy brygadzista, Podło…
— Gdzie on jest? — syknął dyrektor — Gdzie jest młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia?
— Widzicie, panie derektorze — wydukał Sławomir, mietosząc w dłoniach czapeczkę starszego brygadzisty — nie ma go.
Starszy brygadzista Sławomir oglądał kiedyś program w telewizji satelitarnej o tym, jak się komunikować z ludźmi. Mówiono tam, jak ważny jest kontakt wzrokowy z rozmówcą; że należy bezustannie patrzeć w oczy. Jeśli jesteśmy na to za mało odważni, należy skupić uwagę na jego czole, gdzieś powyżej punktu położonego centralnie między oczami. Podłoga z całych sił wwierca więc wzrok w czoło dyrektora, którego krople potu są już odważniejsze i prowokująco świecą na jego dostojnym i szerokim czole.
— Widzę, że nie ma. A gdzie JEST? - fuka Rychlejko.
— No… nigdzie go nie ma, no bo on ten. Jak to. Tego. Umer. Umer i nie żyje, panie derektorze.
— Nie żyje?
— No dwa lata już będzie, jak zszedł na tamten świat, się okazuje. Przygniótł go tłok prasy hydraulicznej.
Dyrektor Rychlejko bierze głęboki wdech, dopija duszkiem. Wstaje w milczeniu i zaczyna powoli krążyć za biurkiem, skubiąc przy tym wargę. Brygadzista wodzi za nim wzrokiem w wyczekującym milczeniu. Tymczasem dyrektor powoli, szczegół po szczególe przypomina sobie tamten dzień sprzed około dwóch lat, kiedy to po raz pierwszy i ostatni w życiu zdrzemnął się w swoim gabinecie. Na nie więcej niż trzy minuty. Tak, młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście, Dylewski Zdzisław musiał stracić życie właśnie wtedy.
— Brygadzisto Podłoga, idziemy z inspekcją — mówi sapiąc i stając w miejscu dyrektor Rychlejko.

— O, tam jest — Podłoga niemal krzyczy, dumny z tego, że to właśnie on pierwszy zauważył niedziałającą taśmę numer osiemnaście w hali fabrycznej numer trzysta dwajścia sektora C. Idą, mijają, pracowników hali stojących na swoich stanowiskach, a każdy z nich w stroju roboczym, niektórzy w ochronnych okularach, inni w słuchawkach, strzegących przed hałasem pracujących maszyn. Każdy tak zajęty pracą, że nawet nie zauważa dyrektora. Ten, w towarzystwie starszego brygadzisty Podłogi w końcu dociera do ostatniego działającego stanowiska. Dalej jest już tylko nieruchomy, osiemnasty taśmociąg, kłujący dyrektora Rychlejkę w jego małe, wściekłe oczy. Podchodzą do ostatniego pracownika, a jest nim niski, krępy i schowany za odzieżą ochronną mężczyzna. Wyposażony w pistolet do malowania dba o to, by każda z doniczek, które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment odjeżdżała pomalowana bardzo dokładnie na trudny do określenia kolor - gdzieś pomiędzy czerwonawą barwą cegły i jasnym brązem biegunki. Pistolet ów jest zwieńczeniem węża, który zaczyna się gdzieś hen, poza zasięgiem wzroku, podpięty do ukrytej w ciemności maszyny, huczącej jak cała reszta maszyn.
— Zatrzymać taśmę numer siedemnaście — zarządza do krótkofalówki brygadzista Sławomir. Taśma staje a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej. Ta niespodziewana sytuacja wybija z transu malującego doniczki robotnika, który podskakuje lekko w szoku, wypuszczał pistolet z rąk i pewnie zachlapałby sraczkowatą farbą wszystko dookoła, gdyby nie fakt, że wraz z zatrzymaniem taśmociągu odcięty został dopływ barwnika do jego pistoletu. Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero, gdy dyrektor, stojąc mu za plecami, kładzie dłoń na jego ramieniu.
— Chryste Panie przenajświętszy — mówi robotnik.
— To tylko ja, spokojnie — odpowiada powoli, spod byka, dyrektor Rychlejko.
— Całe szczęście, całe szczęście. Ale to już drugi raz dziś, jak coś mi przerywa pracę, to i się wystraszyłem lekko. Najpierw to — skinął na taśmociąg numer osiemnaście — a teraz pan przychodzi. W czym mogę pomóc, dyrektorze?
— Jak zginął?
— Ten obok?
— No a kto? Papież?
— Ja to nie wiem, proszę pana dyrektora. Bóg mi świadkiem, że od pracy oderwali mnie dopiero sanitariusze, jak przyszli.
— To kto ich wezwał? Nieboszczyk?!
— Ja nie wiem, naprawdę.
— Pamiętacie jego nazwisko?
— A skąd.
— Jak wyglądał?
— Pamiętam tylko, że mało z kim gadał. A tak to ten. Wąsaty był chyba. Znaczy brodę miał taką… Siwą. Łysy był i wysoki. Chudy, ogolony dokładnie, krępy blondyn. No rudawy lekko, szpakowaty, z kilkudniowym zarostem. No jakiś taki… A bo ja wiem?

***

Tycjan i Barnaba to przesłodkie dzieciaki. Piękniejszych bliźniaków świat nie widział. Ładniejsi od rówieśników kilkuletni chłopcy, są najmądrzejsi i najbystrzejsi z całej klasy. Z wuefu mają najlepsze oceny. Z innymi przedmiotami jest co prawda nieco gorzej, ale to wina nauczycielek, które za nimi nie przepadają, bo pewnie zazdroszczą im tego anielskiego błękitu oczu i oszałamiających blond czupryn. Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli kiedy tylko chcą w co tylko chcą. Tycjan wkłada do czytnika płytę z grą "Mortal Kombat". Z językami na wierzchu chłopcy wybierają postacie.
Choose your destiny.
— Patrz jak cię dojeżdżam! Patrz! Patrz!
— Weeeeeź spierdalaj! Zoba!
— O, wywinął się jebany! Co odjebał!
— Aaaaa, ty kurwo! Widziałeś?
— Czekaj... Czekaj... Aaaaa, patrz, takiego chuja!
— Jebany, skąd znasz takie combo?
— A z dupy.
— Ta, na panikę ciskasz.
— Patrz, jak po piździe dostajesz! Fatality, kurwa, cwelu w dupę pierdolony!
— Kurwa mać!
Matka w kuchni przerywa robienie obiadu. Kiedy wchodzi do dużego pokoju, chłopcy wybierają wojowników przed kolejnym starciem.
— Ja Sub-Zero! Ja gram Sub-Zero, a ty możesz walić się na swój brzydki ryj.
— Chłopcy — mówi, stojąc w wejściu, ale nie reagują.
— Nie, ja Sub-Zero teraz!
— Chłopcy — Powtarza matka.
— No dobra, to ja Scorpion.
— Tycjan! Barnaba! — mówi, głośniej, a gdy się w końcu odwracają, dodaje: — Ojciec nie żyje.
Bracia patrzą na nią przez dobrych kilkanaście sekund.
— Albo ja Liu Kang — mówi Barnaba, odwracając się w stronę telewizora.

***

— Czy ja te doniczki sam produkuję, proszę pani? — mówi zniecierpliwiony sprzedawca. Niecierpliwi się, bo pani Krużgalska z synami już od dobrego kwadransa nie chcę wyjść ze sklepu.
— Ja tam nie wiem, panie ekspediencie kochany, ale proszę mi powiedzieć, jak ja na pogrzeb męża mam zanieść chryzantemy do kościoła w takich doniczkach, co mają cztery, a nie trzy dziurki? — pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi, a bukietami.
— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani — sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.
— O nie! Tak być, to nie będzie — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej. — Chłopcy, wychodzimy! Nie będę sobie wstydu na pogrzebie męża przynosić niedorobionymi doniczkami! Toż to dziwadła jakieś, nie doniczki! Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym. No. Pracownikiem tego. No tej. Jak to się nazywa? No?



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 203
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Trzy dziurki

Postautor: MargotNoir » czw 02 sie 2018, 08:22

Podoba mi się pomysł. Zderzenie tragedii z trywialnością, absurd, trochę "memento mori", a właściwie "pamiętaj, że jesteś śmieszny i nic nie znaczysz". Przez to prześmiewcze podejście zwraca uwagę, żart jest trochę jak klaps, po którym rodzic dopiero zaczyna mówić.

Realizacja też jest prawie dobra. Prawie, bo zabrakło czegoś, co moim zdaniem mogłoby uczynić tekst dużo lepszym.
Chodzi mi o to, że nędza życia dziurkacza jest niesamowicie przerysowana. Esencją tekstu jest to, że umarł przez przypadek i głupotę, a jedynym, co po sobie zostawił jest czwarta dziurka. To już samo w sobie jest ponure. Wystarczy tej goryczy. Nie trzeba już brzydkiej żony, taniego budzika, niesmacznych kanapek, śmierdzących pach, zaniedbanych, niewychowanych dzieci. Dodaj temu facetowi trochę radości albo odejmij mu trochę tego brudu, którego nawrzucałeś tyle, że przesłania główne założenie tekstu.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1260
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Trzy dziurki

Postautor: Gorgiasz » czw 02 sie 2018, 11:06

Zatrzymuje się i wszyscy pracownicy fabryk zbierają się do drzwi, ja też. Wylewam się na peron z całą falą ludzi, chyba podobnych do mnie.

Za dużo „się”.

Linia uruchomi się za siedem minut, tyle ile potrzebuje dziurkownica, żeby się porządnie rozgrzać. O pełnej godzinie rozlega się dzwonek.

Za dużo „się”.

— Hej, Kochanie! Wróciłem. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało!
— Siadaj Skarbie, obiad gotowy jak zwykle punktualnie. Co takiego? Awansowali cię?
— Poranny pociąg kolei podmiejskiej spóźnił się tylko dwie i pół minuty! Uwierzysz?
— Och.
— Ale to nie wszystko! Siedzenia były dziś wyjątkowo wygodne!
— Och.

Znakomicie ujęte.

Na przerwie siedzę sam i jem kanapki które zrobiłem sobie rano też sam.

Na przerwie siedzę sam i jem kanapki, które zrobiłem sobie rano też sam.

Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił, niż pan Jacenty.

Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił niż pan Jacenty.

Oczy stają mi w słup. To się zdarzyło po raz pierwszy! Nie tylko mi, ale pewnie i w historii fabryki albo całego bożego świata. Czuję, że grunt usuwa mi się spod nóg, a świat, który nigdy czegoś takiego nie widział, zaczyna drżeć w posadach. Kolana mi miękną, krople potu wypełzają na czoło, a ręce zaczynają drżeć.

Powtarzane „mi”.

Dyrektor widzi zgrzyt w sunących z góry na dół cyfrach, coś się nie zgadza, ale nie widać jeszcz dokładnie, co.

„jeszcze”

Błąd w jednej z tabel, kryjący sią jak zakamuflowany snajper na polu bitwy.

„się”

Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które gdy tylko rozumieją powagę sytuacji, wracają przestraszone do środka.

Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które, gdy tylko rozumieją powagę sytuacji, wracają przestraszone do środka.
Ale konkluzja zdania bardzo dobra.

— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już w dawno w drodze.

— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już dawno w drodze.

— Widzicie, panie derektorze — wydukał Sławomir, mietosząc w dłoniach czapeczkę starszego brygadzisty — nie ma go.

„miętosząc”

które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment odjeżdżała pomalowana bardzo dokładnie na trudny do określenia kolor

które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment, odjeżdżała pomalowana bardzo dokładnie na trudny do określenia kolor

Taśma staje a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej.

Taśma staje a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy, zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej.

— O, tam jest — Podłoga niemal krzyczy,

— O, tam jest. — Podłoga niemal krzyczy,

Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero, gdy dyrektor, stojąc mu za plecami, kładzie dłoń na jego ramieniu.

Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero gdy dyrektor, stojąc mu za plecami, kładzie dłoń na jego ramieniu.
(„dopiero gdy” - spójnik złożony)

Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli kiedy tylko chcą w co tylko chcą.

Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli, kiedy tylko chcą, (i) w co tylko chcą.

— Patrz jak cię dojeżdżam!

— Patrz, jak cię dojeżdżam!

— Chłopcy — Powtarza matka.

— Chłopcy — powtarza matka.

Niecierpliwi się, bo pani Krużgalska z synami już od dobrego kwadransa nie chcę wyjść ze sklepu.

„chce”

pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi, a bukietami.

pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi a bukietami.

— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani — sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.

— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani. — Sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.

Tak być, to nie będzie — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej.

Tak być, to nie będzie. — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej.

Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym. No. Pracownikiem tego. No tej. Jak to się nazywa? No?

Zmieniłbym jakoś formę zapisu. Na przykład:
Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym... No.... Pracownikiem tego, czy tej... Jak to się nazywa? No?

Pomysł ciekawy i nieźle ujęty. Dobrze, płynnie się czyta. Wykorzystałbym szerzej i pełniej obserwacje, doznania, może nawet wprowadził jakąś ingerencje z tamtego świata – po śmierci bohatera. To jest zbyt krótkie i po macoszemu potraktowane. I z tymi dwoma latami, to przesada. Sądzę, że dwie godziny byłyby dostatecznie absurdalne, ale jednak na pograniczu realizmu, czyli bardziej przekonujące.
Dobre dialogi.

I ogólnie na plus.



Awatar użytkownika
Made
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Trzy dziurki

Postautor: Made » wt 07 sie 2018, 14:56

Krąży opinia, że dobry kucharz to taki, który podsunie pierogi osobie nielubiącej pierogów i ta osoba powie, że nie lubi pierogów, ale te w sumie jej smakowały. Coś podobnego mogę powiedzieć o twoim tekście: nie przepadam za absurdem, a nawet go nie lubię, a tymczasem ten tekst przypadł mi do gustu. Sama jestem zdziwiona, ale pozytywnie.

Zacznijmy od tytułu. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale przyciąga i intryguje. Nie tylko świetnie podsumowuje treść (chociaż ja na twoim miejscu nazwałabym tekst „Czwarta dziurka”, bo to właśnie ta czwarta była przyczyną tego wszystkiego, co się stało), ale jest po prostu nieoczywisty i ciekawy.

Po drugie, gatunek, czyli absurd. Trudny, bo nie każdy go lubi i trzeba mieć szczególne poczucie humoru zarówno do pisania, jak i czytania (o czerpaniu przyjemności nie wspomnę). Tobie udało się trafić w punkt. Masz ciekawy styl, który sprawia, że czytelnik (a przynajmniej ja) ma ochotę czytać i czytać, bo jest ciekawy, jak to się skończy. Bardzo dobra i cenna cecha. Tekst nie jest przegadany, zmierza konsekwentnie do celu i to również bardzo mi się podoba.

Sposób narracji jest… interesujący. W pierwszej części mamy głównego bohatera, który mówi w pierwszej osobie, a w części drugiej narrator jest bardziej nieokreślony, co nie jest dziwne, skoro jest martwy. Swoją drogą, poniższy fragment to istny majstersztyk:
Mr Żubr pisze:Source of the post W spazmie obrzydzenia do tego występku i siebie samego robię niekontrolowany krok do tyłu, potykam się o własną nogę, wywracam na plecy jak długi, wymachem ramienia wyrzucam rozgrzaną dziurkarkę w górę; dziurkarka spada, cała gorąca wbija mi się w twarz i umieram na miejscu.

Nie mogłam przestać się śmiać. Urocze, naprawdę. Pocieszna perełka.

A więc główny bohater dorabia sobie przypadkowo dodatkową dziurkę w nosie i kopie w kalendarz. Pojawiają się inni bohaterowie, z których każdy ma swój urok. W pierwszej kolejności: dyrektor Rychlejko i starszy brygadzista Podłoga Sławomir. Ten pierwszy: typowy „Janusz biznesu” nastawiony na zysk, dla którego kasa musi się zgadzać, a moc przerobowa każdego dnia być większa i ten drugi, uroczy fajtłapa.
Mr Żubr pisze:Source of the post Dyrektor patrzy w oczy Podłogi, Podłoga stara się nie patrzeć w podłogę.

Takich zabaw językiem jest więcej i każdą traktuję jako puszczenie oczka do czytelnika. Miłe.

Gorgiasz pisze:Source of the post Wykorzystałbym szerzej i pełniej obserwacje, doznania, może nawet wprowadził jakąś ingerencje z tamtego świata – po śmierci bohatera. To jest zbyt krótkie i po macoszemu potraktowane. I z tymi dwoma latami, to przesada.

Tutaj nie do końca zgadzam się z przedmówcą w obu kwestiach - według mnie brak rozwodzenia się nad życiem po śmierci, brak refleksji bohatera jest atutem, bo dzięki temu tekst jest tak absurdalny w swoim absurdzie, że tworzy się niemal absurdowa incepcja. Gość właśnie przebił sobie mózg dziurkownicą i skonał na miejscu, ale opisane to zostało tak, jakby nic się nie stało, ot, wypadek, bo to rzadko się taki przytrafia? I tak miał szczęście, bo one zazwyczaj chodzą parami, a tu, proszę, szybko, prosto, na temat, od razu w zaświaty. A że dwa lata to przesada? Owszem, i to znaczna - ale chyba o to w tym tekście chodzi. Może autorowi chodziło o to, żeby właśnie nie brać tego zbyt serio, bo tylko zepsujemy sobie radość czytania?

Podpisuję się natomiast pod spostrzeżeniem o dobrych dialogach (bardzo autentyczny, płynny język!). Łajanie przez dyrektora Rychlejkę Podłogi wpatrującego się w podłogę (przepraszam, musiałam) to tylko jeden z przykładów. Drugi fragment, który zwrócił moją uwagę i podbił serce to scenka gry na konsoli. Chciałabym, ach, bardzo bym chciała napisać, że wulgaryzmy są niepotrzebne, wyolbrzymione, młodzi są kulturalniejsi, grzeczniejsi, nie obrzucają się tak błotem… ale wiadomo, że nie mogę, jeśli nie chcę kłamać ;). Doskonale scharakteryzowana grupa społeczna, jaką są dzieciaki w tym wieku, bardzo trafnie, chociaż wnioski nie są może zbyt optymistycznie. (Te dialogi naprawdę są świetne. Tak żywego języka dawno nie spotkałam.)

Cudowne jest to, jak ludzie reagują na tę nieoczekiwaną śmierć; ona po nich generalnie spływa.
Mr Żubr pisze:Source of the post — Tycjan! Barnaba! — mówi, głośniej, a gdy się w końcu odwracają, dodaje: — Ojciec nie żyje.
Bracia patrzą na nią przez dobrych kilkanaście sekund.
— Albo ja Liu Kang — mówi Barnaba, odwracając się w stronę telewizora.

Mocne, naprawdę mocne. I bardzo mi się podoba. W opowiadaniu jest dużo zdań, które zapadają w pamięć - być może za kilka tygodni nie będę już w stanie opisać fabuły, ale na pewno będę mieć z tyłu głowy, że ten a ten tekst jest przykładem dobrego absurdalnego opowiadania z wyrazistymi postaciami. Więc chyba zrobiłeś dobrą robotę.

I na koniec jeszcze słowo o pierwszej części, czyli opis dnia w fabryce doniczek. Muszę przyznać, że znów mnie zdziwiłeś, bo mnie takie klimaty - powiedzmy roboczo „steampunkowe” - niespecjalnie interesują (taki eufemizm od „totalnie nie obchodzą”), a tymczasem tutaj zapoznałam się z tym z ciekawością. Dbałość o szczegóły, dokładne opisanie procesu produkcji, maszyn, specyfika pracy na taśmie (swoją drogą, moja ciocia pracuje na taśmie w fabryce sezamków, na kontroli jakości… nie wyobrażam sobie takiej rutyny) - to wszystko zostało dobrze ujęte i jest dzięki temu prawdziwe.

MargotNoir pisze:Source of the post Zderzenie tragedii z trywialnością

Tak, to jest chyba największa wartość tego tekstu.

MargotNoir pisze:Source of the post Chodzi mi o to, że nędza życia dziurkacza jest niesamowicie przerysowana.

Nie jestem pewna, czy ten pan faktycznie ma tak źle… Znaczy, wiadomo - właśnie umarł i choćby z tego powodu jego sytuacja nie jest zbyt ciekawa, ale nie o to chodzi. Mam na myśli, że jego życie nie jest (nie było) wybitnie złe. Pan nie był, jak to się mówi, przegrywem. Miał rodzinę - miał. Żona, dzieciaki w takim wieku, że za dodatkową godzinę grania na konsoli mogłyby sprzedać własną matkę (ale chyba każdy gówniak przez to przechodzi), ale pewnie generalnie cała trójka go kochała. Miał pracę bynajmniej nie marzeń, ale przyzwyczaił się i chyba nawet czerpał przyjemność z tej rutyny (dopóki nie sprawdził twardości własnej czaszki za pomocą dziurkownicy). Przecież masa ludzi żyje w ten sposób i nie narzeka… Nie no, wiadomo, że narzeka, ale nie uwiera ich to do tego stopnia, że im się odechciewa żyć.

Podsumowując, uważam ten tekst za przykład tego, że jeśli coś jest dobrze wykonane, to może podejść nawet osobie, po której nie należało się spodziewać aprobaty.

Pozdrawiam!
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
szopen
Umysł pisarza
Posty: 906
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: szopen » wt 07 sie 2018, 16:35

Czytałem chyba wersję poprzednią i chyba komentowałem, chociaż nie chce mi się sprawdzać. Niemniej mam wrażenie, że jest lepiej, a miejscami dobrze.

Mr Żubr pisze:Source of the post chińskie, plastikowe badziewie pewnym ruchem ręki

Jeden przymiotnik bym wywalił. Po co za dużo przymiotników.

Mr Żubr pisze:Source of the post Przyczyna tego wydarzenia nigdy nie zostanie wyjaśniona, choć hipotez będzie mnóstwo.

Mr Żubr pisze:Source of the post Nie dowiemy się tego już nigdy.

Wywaliłbym, bo przecież on zaraz umiera, a potem czy jest duchem, czy nie, nie ma najniejsze wpływu na nic.


radomirdarmila.pl

a

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Trzy dziurki

Postautor: maciekzolnowski » śr 08 sie 2018, 21:24

Znakomite! Co tu dużo gadać - świetne opowiadanko... takie, rzekłbym, w moim stylu, tzn. w stylu, który lubię, cenię, i który sam staram się, z różnym skutkiem, tworzyć. ;)

Added in 13 minutes 47 seconds:
Uważam też, że jest to wspaniały materiał na offową miniaturę (etiudę) filmową. Duży plus za naturalizm i brawurę w budowaniu dialogów. Tekst obrazowy, a na dodatek - o czymś, a nie o niczym. Pachnie mi tutaj komediami obyczajowymi oraz kinem byłej Jugosławii (np. "Kto tam śpiewa" itp.). Klimat przedstawiony powyżej jest nie tylko słowiański, ale jest też miejscami bardzo, bardzo polski (dialog wulgarnych gów***... no już dobrze - nastolatków przywodzi mi na myśl rozmowy moich wiecznie imprezujących wieczorową porą sąsiadów i ich gości - rym do "się wynoście" niezamierzony). ;))



Awatar użytkownika
Mr Żubr
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 25 mar 2013, 20:17
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: znikąd
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: Mr Żubr » pn 20 sie 2018, 13:45

MargotNoir pisze:Source of the post Podoba mi się pomysł. Zderzenie tragedii z trywialnością, absurd, trochę "memento mori", a właściwie "pamiętaj, że jesteś śmieszny i nic nie znaczysz". Przez to prześmiewcze podejście zwraca uwagę, żart jest trochę jak klaps, po którym rodzic dopiero zaczyna mówić.

Realizacja też jest prawie dobra. Prawie, bo zabrakło czegoś, co moim zdaniem mogłoby uczynić tekst dużo lepszym.
Chodzi mi o to, że nędza życia dziurkacza jest niesamowicie przerysowana. Esencją tekstu jest to, że umarł przez przypadek i głupotę, a jedynym, co po sobie zostawił jest czwarta dziurka. To już samo w sobie jest ponure. Wystarczy tej goryczy. Nie trzeba już brzydkiej żony, taniego budzika, niesmacznych kanapek, śmierdzących pach, zaniedbanych, niewychowanych dzieci. Dodaj temu facetowi trochę radości albo odejmij mu trochę tego brudu, którego nawrzucałeś tyle, że przesłania główne założenie tekstu.


Wielkie dzięki za merytoryczny komentarz, myślałem długo o tym, co napisałaś. Mam jednak poczucie, że gdyby tak zrobił zostałoby w tym opowiadaniu niewiele czegokolwiek, a czuję też, że to co wg Ciebie powinno zostać usunięte, może dla innego czytelnika stanowić atuty tego tekstu.

Jeszcze raz dzięki i pozdro!

Added in 1 minute 28 seconds:
Gorgiasz pisze:Source of the post
Zatrzymuje się i wszyscy pracownicy fabryk zbierają się do drzwi, ja też. Wylewam się na peron z całą falą ludzi, chyba podobnych do mnie.

Za dużo „się”.

Linia uruchomi się za siedem minut, tyle ile potrzebuje dziurkownica, żeby się porządnie rozgrzać. O pełnej godzinie rozlega się dzwonek.

Za dużo „się”.

— Hej, Kochanie! Wróciłem. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało!
— Siadaj Skarbie, obiad gotowy jak zwykle punktualnie. Co takiego? Awansowali cię?
— Poranny pociąg kolei podmiejskiej spóźnił się tylko dwie i pół minuty! Uwierzysz?
— Och.
— Ale to nie wszystko! Siedzenia były dziś wyjątkowo wygodne!
— Och.

Znakomicie ujęte.

Na przerwie siedzę sam i jem kanapki które zrobiłem sobie rano też sam.

Na przerwie siedzę sam i jem kanapki, które zrobiłem sobie rano też sam.

Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił, niż pan Jacenty.

Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił niż pan Jacenty.

Oczy stają mi w słup. To się zdarzyło po raz pierwszy! Nie tylko mi, ale pewnie i w historii fabryki albo całego bożego świata. Czuję, że grunt usuwa mi się spod nóg, a świat, który nigdy czegoś takiego nie widział, zaczyna drżeć w posadach. Kolana mi miękną, krople potu wypełzają na czoło, a ręce zaczynają drżeć.

Powtarzane „mi”.

Dyrektor widzi zgrzyt w sunących z góry na dół cyfrach, coś się nie zgadza, ale nie widać jeszcz dokładnie, co.

„jeszcze”

Błąd w jednej z tabel, kryjący sią jak zakamuflowany snajper na polu bitwy.

„się”

Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które gdy tylko rozumieją powagę sytuacji, wracają przestraszone do środka.

Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które, gdy tylko rozumieją powagę sytuacji, wracają przestraszone do środka.
Ale konkluzja zdania bardzo dobra.

— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już w dawno w drodze.

— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już dawno w drodze.

— Widzicie, panie derektorze — wydukał Sławomir, mietosząc w dłoniach czapeczkę starszego brygadzisty — nie ma go.

„miętosząc”

które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment odjeżdżała pomalowana bardzo dokładnie na trudny do określenia kolor

które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment, odjeżdżała pomalowana bardzo dokładnie na trudny do określenia kolor

Taśma staje a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej.

Taśma staje a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy, zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej.

— O, tam jest — Podłoga niemal krzyczy,

— O, tam jest. — Podłoga niemal krzyczy,

Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero, gdy dyrektor, stojąc mu za plecami, kładzie dłoń na jego ramieniu.

Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero gdy dyrektor, stojąc mu za plecami, kładzie dłoń na jego ramieniu.
(„dopiero gdy” - spójnik złożony)

Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli kiedy tylko chcą w co tylko chcą.

Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli, kiedy tylko chcą, (i) w co tylko chcą.

— Patrz jak cię dojeżdżam!

— Patrz, jak cię dojeżdżam!

— Chłopcy — Powtarza matka.

— Chłopcy — powtarza matka.

Niecierpliwi się, bo pani Krużgalska z synami już od dobrego kwadransa nie chcę wyjść ze sklepu.

„chce”

pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi, a bukietami.

pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi a bukietami.

— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani — sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.

— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani. — Sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.

Tak być, to nie będzie — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej.

Tak być, to nie będzie. — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej.

Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym. No. Pracownikiem tego. No tej. Jak to się nazywa? No?

Zmieniłbym jakoś formę zapisu. Na przykład:
Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym... No.... Pracownikiem tego, czy tej... Jak to się nazywa? No?

Pomysł ciekawy i nieźle ujęty. Dobrze, płynnie się czyta. Wykorzystałbym szerzej i pełniej obserwacje, doznania, może nawet wprowadził jakąś ingerencje z tamtego świata – po śmierci bohatera. To jest zbyt krótkie i po macoszemu potraktowane. I z tymi dwoma latami, to przesada. Sądzę, że dwie godziny byłyby dostatecznie absurdalne, ale jednak na pograniczu realizmu, czyli bardziej przekonujące.
Dobre dialogi.

I ogólnie na plus.


Bardzo dziękuję za wyczerpującą weryfikację i ocenę końcową. Szanuję, pozdrawiam :)

Added in 5 minutes 41 seconds:
Made pisze:Source of the post Krąży opinia, że dobry kucharz to taki, który podsunie pierogi osobie nielubiącej pierogów i ta osoba powie, że nie lubi pierogów, ale te w sumie jej smakowały. Coś podobnego mogę powiedzieć o twoim tekście: nie przepadam za absurdem, a nawet go nie lubię, a tymczasem ten tekst przypadł mi do gustu. Sama jestem zdziwiona, ale pozytywnie.

Zacznijmy od tytułu. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale przyciąga i intryguje. Nie tylko świetnie podsumowuje treść (chociaż ja na twoim miejscu nazwałabym tekst „Czwarta dziurka”, bo to właśnie ta czwarta była przyczyną tego wszystkiego, co się stało), ale jest po prostu nieoczywisty i ciekawy.

Po drugie, gatunek, czyli absurd. Trudny, bo nie każdy go lubi i trzeba mieć szczególne poczucie humoru zarówno do pisania, jak i czytania (o czerpaniu przyjemności nie wspomnę). Tobie udało się trafić w punkt. Masz ciekawy styl, który sprawia, że czytelnik (a przynajmniej ja) ma ochotę czytać i czytać, bo jest ciekawy, jak to się skończy. Bardzo dobra i cenna cecha. Tekst nie jest przegadany, zmierza konsekwentnie do celu i to również bardzo mi się podoba.

Sposób narracji jest… interesujący. W pierwszej części mamy głównego bohatera, który mówi w pierwszej osobie, a w części drugiej narrator jest bardziej nieokreślony, co nie jest dziwne, skoro jest martwy. Swoją drogą, poniższy fragment to istny majstersztyk:
Mr Żubr pisze:Source of the post W spazmie obrzydzenia do tego występku i siebie samego robię niekontrolowany krok do tyłu, potykam się o własną nogę, wywracam na plecy jak długi, wymachem ramienia wyrzucam rozgrzaną dziurkarkę w górę; dziurkarka spada, cała gorąca wbija mi się w twarz i umieram na miejscu.

Nie mogłam przestać się śmiać. Urocze, naprawdę. Pocieszna perełka.

A więc główny bohater dorabia sobie przypadkowo dodatkową dziurkę w nosie i kopie w kalendarz. Pojawiają się inni bohaterowie, z których każdy ma swój urok. W pierwszej kolejności: dyrektor Rychlejko i starszy brygadzista Podłoga Sławomir. Ten pierwszy: typowy „Janusz biznesu” nastawiony na zysk, dla którego kasa musi się zgadzać, a moc przerobowa każdego dnia być większa i ten drugi, uroczy fajtłapa.
Mr Żubr pisze:Source of the post Dyrektor patrzy w oczy Podłogi, Podłoga stara się nie patrzeć w podłogę.

Takich zabaw językiem jest więcej i każdą traktuję jako puszczenie oczka do czytelnika. Miłe.

Gorgiasz pisze:Source of the post Wykorzystałbym szerzej i pełniej obserwacje, doznania, może nawet wprowadził jakąś ingerencje z tamtego świata – po śmierci bohatera. To jest zbyt krótkie i po macoszemu potraktowane. I z tymi dwoma latami, to przesada.

Tutaj nie do końca zgadzam się z przedmówcą w obu kwestiach - według mnie brak rozwodzenia się nad życiem po śmierci, brak refleksji bohatera jest atutem, bo dzięki temu tekst jest tak absurdalny w swoim absurdzie, że tworzy się niemal absurdowa incepcja. Gość właśnie przebił sobie mózg dziurkownicą i skonał na miejscu, ale opisane to zostało tak, jakby nic się nie stało, ot, wypadek, bo to rzadko się taki przytrafia? I tak miał szczęście, bo one zazwyczaj chodzą parami, a tu, proszę, szybko, prosto, na temat, od razu w zaświaty. A że dwa lata to przesada? Owszem, i to znaczna - ale chyba o to w tym tekście chodzi. Może autorowi chodziło o to, żeby właśnie nie brać tego zbyt serio, bo tylko zepsujemy sobie radość czytania?

Podpisuję się natomiast pod spostrzeżeniem o dobrych dialogach (bardzo autentyczny, płynny język!). Łajanie przez dyrektora Rychlejkę Podłogi wpatrującego się w podłogę (przepraszam, musiałam) to tylko jeden z przykładów. Drugi fragment, który zwrócił moją uwagę i podbił serce to scenka gry na konsoli. Chciałabym, ach, bardzo bym chciała napisać, że wulgaryzmy są niepotrzebne, wyolbrzymione, młodzi są kulturalniejsi, grzeczniejsi, nie obrzucają się tak błotem… ale wiadomo, że nie mogę, jeśli nie chcę kłamać ;). Doskonale scharakteryzowana grupa społeczna, jaką są dzieciaki w tym wieku, bardzo trafnie, chociaż wnioski nie są może zbyt optymistycznie. (Te dialogi naprawdę są świetne. Tak żywego języka dawno nie spotkałam.)

Cudowne jest to, jak ludzie reagują na tę nieoczekiwaną śmierć; ona po nich generalnie spływa.
Mr Żubr pisze:Source of the post — Tycjan! Barnaba! — mówi, głośniej, a gdy się w końcu odwracają, dodaje: — Ojciec nie żyje.
Bracia patrzą na nią przez dobrych kilkanaście sekund.
— Albo ja Liu Kang — mówi Barnaba, odwracając się w stronę telewizora.

Mocne, naprawdę mocne. I bardzo mi się podoba. W opowiadaniu jest dużo zdań, które zapadają w pamięć - być może za kilka tygodni nie będę już w stanie opisać fabuły, ale na pewno będę mieć z tyłu głowy, że ten a ten tekst jest przykładem dobrego absurdalnego opowiadania z wyrazistymi postaciami. Więc chyba zrobiłeś dobrą robotę.

I na koniec jeszcze słowo o pierwszej części, czyli opis dnia w fabryce doniczek. Muszę przyznać, że znów mnie zdziwiłeś, bo mnie takie klimaty - powiedzmy roboczo „steampunkowe” - niespecjalnie interesują (taki eufemizm od „totalnie nie obchodzą”), a tymczasem tutaj zapoznałam się z tym z ciekawością. Dbałość o szczegóły, dokładne opisanie procesu produkcji, maszyn, specyfika pracy na taśmie (swoją drogą, moja ciocia pracuje na taśmie w fabryce sezamków, na kontroli jakości… nie wyobrażam sobie takiej rutyny) - to wszystko zostało dobrze ujęte i jest dzięki temu prawdziwe.

MargotNoir pisze:Source of the post Zderzenie tragedii z trywialnością

Tak, to jest chyba największa wartość tego tekstu.

MargotNoir pisze:Source of the post Chodzi mi o to, że nędza życia dziurkacza jest niesamowicie przerysowana.

Nie jestem pewna, czy ten pan faktycznie ma tak źle… Znaczy, wiadomo - właśnie umarł i choćby z tego powodu jego sytuacja nie jest zbyt ciekawa, ale nie o to chodzi. Mam na myśli, że jego życie nie jest (nie było) wybitnie złe. Pan nie był, jak to się mówi, przegrywem. Miał rodzinę - miał. Żona, dzieciaki w takim wieku, że za dodatkową godzinę grania na konsoli mogłyby sprzedać własną matkę (ale chyba każdy gówniak przez to przechodzi), ale pewnie generalnie cała trójka go kochała. Miał pracę bynajmniej nie marzeń, ale przyzwyczaił się i chyba nawet czerpał przyjemność z tej rutyny (dopóki nie sprawdził twardości własnej czaszki za pomocą dziurkownicy). Przecież masa ludzi żyje w ten sposób i nie narzeka… Nie no, wiadomo, że narzeka, ale nie uwiera ich to do tego stopnia, że im się odechciewa żyć.

Podsumowując, uważam ten tekst za przykład tego, że jeśli coś jest dobrze wykonane, to może podejść nawet osobie, po której nie należało się spodziewać aprobaty.

Pozdrawiam!
Madeleine



Pięknie dziękuję, ten komentarz był dla mnie miodem na serce. Chciałbym się jakoś merytorycznie odnieść, ale po tylu pochwałach to aż głupio. Biorąc pod uwagę, że ludzie chętniej wygłaszają negatywne opinie, tę kanonadę dobrych słów doceniam jeszcze bardziej.

Pozdrawiam, dzięki raz jeszcze!

Added in 1 minute 27 seconds:
szopen pisze:Source of the post Czytałem chyba wersję poprzednią i chyba komentowałem, chociaż nie chce mi się sprawdzać. Niemniej mam wrażenie, że jest lepiej, a miejscami dobrze.

Mr Żubr pisze:Source of the post chińskie, plastikowe badziewie pewnym ruchem ręki

Jeden przymiotnik bym wywalił. Po co za dużo przymiotników.

Mr Żubr pisze:Source of the post Przyczyna tego wydarzenia nigdy nie zostanie wyjaśniona, choć hipotez będzie mnóstwo.

Mr Żubr pisze:Source of the post Nie dowiemy się tego już nigdy.

Wywaliłbym, bo przecież on zaraz umiera, a potem czy jest duchem, czy nie, nie ma najniejsze wpływu na nic.


Wielkie dzięki za odniesienie się do tekstu i zwrócenie uwagi zwłaszcza na logikę w ostatnim przypadku.
Pozdro!

Added in 1 minute 39 seconds:
maciekzolnowski pisze:Source of the post Znakomite! Co tu dużo gadać - świetne opowiadanko... takie, rzekłbym, w moim stylu, tzn. w stylu, który lubię, cenię, i który sam staram się, z różnym skutkiem, tworzyć. ;)

Added in 13 minutes 47 seconds:
Uważam też, że jest to wspaniały materiał na offową miniaturę (etiudę) filmową. Duży plus za naturalizm i brawurę w budowaniu dialogów. Tekst obrazowy, a na dodatek - o czymś, a nie o niczym. Pachnie mi tutaj komediami obyczajowymi oraz kinem byłej Jugosławii (np. "Kto tam śpiewa" itp.). Klimat przedstawiony powyżej jest nie tylko słowiański, ale jest też miejscami bardzo, bardzo polski (dialog wulgarnych gów***... no już dobrze - nastolatków przywodzi mi na myśl rozmowy moich wiecznie imprezujących wieczorową porą sąsiadów i ich gości - rym do "się wynoście" niezamierzony). ;))


Dzięki, czytanie tego komentarza to była sama przyjemność, a porównanie tekstu do tego, a nie innego rodzaju kina traktuję jak ogromny komplement.
Pozdro!




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość