Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » ndz 05 sie 2018, 18:02


Małe wyjaśnienie:

Ładnie rzecz ujmując, jest to spin-off. Dzieje się w tym samym świecie, co „Bez Powrotu”, choć z tamtym tekstem wiąże się bardzo luźno i spokojnie może być czytany niezależnie. Różni się też praktycznie pod każdym względem, jeśli chodzi o wybór narracji, stylu, gatunku, tempa, tematyki, wszystkiego.
W zasadzie wiąże je jedna postać. I właśnie w celu rozwoju i ćwiczenia stylu wypowiedzi tej postaci powstał poniższy tekst, będący typową obyczajówką, czy nawet, jak chcecie, wyciskaczem łez. Pierwsza wrzutka z planowanych trzech. Na razie mniej tego wyciskania łez, ale pójdziemy w tym kierunku, jeśli będzie wola w narodzie.

Wrzucanie czegoś takiego to taktyka ryzykowna, wiem o tym, ale wygrywa ciekawość reakcji i odbioru czegoś takiego.

Jeszcze dosłownie kilka koniecznych uwag:
Hayrik - po ormiańsku "tata".
Arpi - imię żeńskie, będące także nazwą jeziora w zachodniej Armenii, oznaczające "promyk słońca".
Główny bohater, Aram Krelliyan, to jednocześnie jedna z centralnych postaci w "głównym tekście", saper z jednostki typu Yankee, czyli sił specjalnego przeznaczenia, charakteryzujących się niecodziennymi metodami i poleganiu na inwencji pojedynczych specjalistów.
Yankee, Foxtrot, Lima itd. - oznaczenia typów jednostek.
Otar - Dowódca jednostki, w której służy główny bohater.
Yusuf - Przyjaciel Arama, przeciągnięty na 'jasną stronę mocy' Turek, który jako dziecko został przymusowo wcielony do armii muzułmańskiego imperium. W tekście (później, nie w tej wrzutce) znajdują się nawiązania do historii ich poznania się, kiedy Aram został wzięty do niewoli i zmanipulował Yusufa, by się uwolnić.
Garen i Gohar - brat i bratowa Arama.

No, to jedziemy:


WULGARYZMY, MNÓSTWO WULGARYZMÓW



HAYRIK

ARPI
Niektórzy, kiedy o tym wspominam, mówią, że to niemożliwe, ale ja bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym dowiedziałyśmy się z mamą, że tata nie żyje.
To było w jesieni dwa tysiące setnego roku, zaraz po kwartalnym zebraniu komitetu okręgowego. Nie chciałam wtedy tam iść, spotkania zawsze były nudne, a kiedy przestawały być nudne, było jeszcze gorzej, bo dorośli kłócili się o sprawy, które wtedy wydawały mi się błahostkami. Ani trochę mnie nie obchodziło, kto ile owiec ponad kontrakt jest w stanie odesłać do lokalnego i czy lepiej za to dostać nowe panele słoneczne dla wspólnoty, czy dla każdego narzędzia i linki według udziału, jak rozdzielić ogólny przydział bionafty, kogo oddelegować do konserwacji bunkrów i czy jesteśmy w stanie jako gmina przyjąć chociaż kilka drużyn na hibernę. Teraz rozumiem, dlaczego mama tak się denerwowała i upierała, żebym już zaczęła się uczyć dbania o swoje sprawy, tego, jak rozmawiać z ludźmi, jak odmawiać, jak zdawać raport z obrotów w gospodarstwie, ale wtedy jeszcze wydawało mi się, że nigdy nie przyjdzie czas, bym musiała ją w tym wyręczać. Nie docierało do mnie, dlaczego to było takie ważne, ani jak wiele złego może się stać, gdy dom i gospodarstwo źle przygotuje się do zimy, kiedy się nie jest gotowym na obronę, kiedy się nie żyje w zgodzie z zarządem gminy i sztabem okręgowym.
Dopiero teraz widzę, jak dobrze rodzice dawali sobie radę, jak zręcznie mnie chronili, żebym nawet nie wiedziała, gdy coś mi groziło. Musiały minąć lata, bym zrozumiała, czym była nasza specjalna zabawa w chowanego, kiedy tata odwracał się na chwilę, a potem sprawdzał, czy leżę na ziemi i ukryłam się za czymś twardym, albo kiedy szukaliśmy się po całym sadzie i zakładaliśmy się, czy zdążę dotrzeć do “bazy” w piwniczce zanim mnie zobaczy. Wtedy byłam jeszcze dzieckiem i chociaż niektóre z koleżanek w moim wieku widziały już śmierć, głód i chorobę, ja mogłam kaprysić, czytać książki i marzyć. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego w niektóre miejsca nie wolno było chodzić ani dlaczego, kiedy w pobliżu stacjonowały jakieś oddziały, młodym dziewczynom zabraniano samym wychodzić z domu. Nie rozumiałam, dlaczego oprócz strzelby po dziadku, która leżała na szafie w kuchni i z której uczyłam się strzelać od kiedy skończyłam pięć lat mieliśmy jeszcze pistolet, maluteńką Zastavę, którą można było nosić nawet pod ubraniem, dlaczego mieliśmy do niej tylko jeden magazynek i dlaczego, kiedy tata dawał ją mamie tak dziwnie na nią patrzył, i powiedział, że ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej chciałby wierzyć w to, że nam się nigdy nie przyda.
Teraz wiem, rozumiem. Widziałam, co się dzieje, gdy pogranicze zbliży się niepostrzeżenie i wchłonie jakąś wieś, gdy nagle spokojne pastwiska i sady zmieniają się w teren działań, a ludzie, przywiązani do swoich domów jak bociany do gniazd codziennie zastanawiają się, czy zaufać broniącym ich żołnierzom i ryzykować śmierć od kuli, czy odejść, porzucić ziemię, która ich żywi i wybrać pewność życia w nędzy. Teraz już wiem, że strzelba była po to, by bronić się przed złodziejami albo dzikimi zwierzętami, czasami postraszyć nią pijanych piechociarzy, którzy nie byli naszymi rodakami i myśleli, że przez to mogą nas traktować inaczej, niż swoje własne matki i siostry. Wiem, że gdyby wioskę zdobyli Muzułmanie, to mógłby nam się przydać tylko pistolet, i że dwie kule by wystarczyły.
Nie wiem, dlaczego świadomość tego wszystkiego zaczęła na mnie spadać tak nagle po tamtym dniu. Przecież niewiele się zmieniło. Taty i tak prawie nigdy nie było w domu, nie tęskniłam bardziej, niż zwykle i na wspólnych wspominkach musiałam specjalnie przypominać sobie, że już go nie zobaczę, żeby w ogóle poczuć żal. A jednak od tamtej jesieni zaczęłam dorastać.
Pamiętam, że przed wyjściem na to spotkanie zrobiłam jeszcze mamie scenę, wolałam zostać w domu, w cieple, drzeć pierze albo smażyć konfitury na zimę, ale nie chciała nawet słyszeć o odmowie. To była ostatnia taka nasza kłótnia, kiedy płakałam i tupałam nogami, bo myślałam, że mama mnie do czegoś zmusza tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Niedługo potem zrozumiałam, że nie tylko ja potrzebowałam jej. Ona też potrzebowała mnie. Później już nigdy się tak nie kłóciłyśmy.
Zebranie ciągnęło się do wieczora. Było już ciemno, kiedy wszyscy nareszcie zgodzili się, zaprotokołowano postanowienia i ludzie zaczęli się rozchodzić. My z mamą czekałyśmy, bo koń, na którym przyjechałyśmy we dwójkę był młody i nerwowy, niedawno wytrzebiony, więc jeszcze został mu charakter i czasami kopał się z innymi końmi, kiedy był za duży tłok. My i tak musiałyśmy wracać po ciemku, miałyśmy broń i flary, więc nie robiło już nam różnicy, czy ruszymy pół godziny wcześniej, czy później.
Siedziałyśmy pod ścianą sali, przykryte wełnianym kocem, kiedy do mamy podszedł przewodniczący cywilnego zarządu okręgu. Powiedział, że dobrze się składa, nie będzie już jej musiał szukać i może od razu przekazać jej list ze sztabu lokalnego.
Pamiętam, jak mama wtedy zbladła. Po otwarciu koperty rzuciła tylko okiem na zawartość, potem przez chwilę patrzyła na mnie, jakby się zastanawiała, aż w końcu podała mi kartkę z tego ładnego, gładkiego, prawojennego papieru.
Zawiadomienie było wypisane na maszynie na formularzu, odbitym z linorytu, dość niewyraźnie, ale i tak wystarczyło móc przeczytać połowę, żeby wszystkiego się z niego dowiedzieć. Sama formułka i dopisane dane były w dwóch wersjach, jedna pod drugą, w cyrylicy i prawdziwym alfabecie, a ja, nie wiem dlaczego, musiałam przeczytać obie, żeby uwierzyć.
Były troszeczkę inne. W tej po rosyjsku po zawiadomieniu o zaginięciu w akcji i uznaniu prawnej śmierci dodano, że został przedstawiony do pośmiertnego odznaczenia złotym orłem poległych i odznaką ofiarnych imienia Andranika. W tej po ormiańsku nie było nawet miejsca na wpisanie nazw odznaczeń, zamiast tego był jakiś głupi dwuwiersz o orłach, które mają przypominać o duszach poległych fedayi. Najbardziej byłam zła o ten dwuwiersz, bo był dodany tak bezmyślnie, że poczułam się, jakby ktoś nas obraził. Jeśli cokolwiek miałoby mi przypominać tatę, to na pewno nie orły. Jeśli już, to lampka nocna na baterie słoneczne, którą zamontował przy moim łóżku, żebym się nie bała; bezdętkowe opony na kołach od wozu, których wszyscy nam zazdrościli; ślad imadła, które przykręcił do blatu w kuchni, kiedy kleił sobie buty, a w warsztacie było za ciemno; rysy wokół zawiasów na drzwiach do spiżarni, które kiedyś naprawiał, potem obiecał wymienić okucia na nowe, żeby nie były brzydkie, ale w końcu nigdy tego nie zrobił; maluteńka blizna na brodzie, która została mi po tym, jak uczył mnie strzelać z Browninga i pierwszy raz poczułam prawdziwy odrzut; zapasowe gwoździe, które wbił gołą ręką w krokiew, kiedy naprawiał nam dach, spieszyło mu się i nie miał co z nimi zrobić.
Miałam wtedy ochotę iść do tego sztabu, znaleźć tego całego pułkownika Aghayeva, który się nawet nie podpisał sam, chociaż to w jego imieniu z przykrością zawiadamiano i łączono się w bólu z wdową opłakującą stratę, i powiedzieć mu, żeby się wypchał swoimi orłami, bo nie znał taty, nie wiedział, że on miał w nosie ordery, wiersze, pomniki i wielkie słowa. Kochał życie. Za nie walczył.
To wiem, w to nigdy nie przestanę wierzyć. Niektórzy, kiedy o tym wspominam, mówią, że to niemożliwe. Że nie mogłam go tak dobrze znać, przecież rzadko się widywaliśmy, a ja pytam, jak to możliwe, żeby nie znać i nie rozumieć własnego taty?
Niektórzy, kiedy tak mówię, wytykają mi, że kalam pamięć swojej rodziny, ale to też nieprawda. Szanuję imię mojego ojca, i kiedy w dniu Apelu Poległych zbieramy się, by wspominać swoich bliskich, zawsze jego wymieniam pierwszego. Zawsze jest dla niego miejsce w moim sercu, ale nie w mojej pamięci. Nie mogę przywołać ani jednej chwili, ani jednego obrazu, ani skrawka twarzy Gevorga Minassiana, mojego ojca. Pamiętam tylko tatę. Arama Krelliyana.


ARAM
Zawsze się śmieję, kiedy Yusuf mówi, że wszystko jest z góry postanowione i zapisane w księdze losu. On sam raczej w to nie wierzy, tylko tak sobie ględzi, pewnie żeby się wydawać bardziej interesującym, chociaż faktycznie czasami ciężko się nie zacząć zastanawiać. Ot, chociażby taka Yeva. Mówi, że jej spadłem z nieba, chociaż gówno prawda, bo właśnie, że świeżo wylazłem wtedy z piekła i właśnie dlatego wracałem naokoło, żeby nie telepać się po tej żwirowej patelni koło Çildir Gölü. Wprawdzie był dopiero środek maja, ale jak to zwykle bywa słońce miało w tyłku kalendarz i przywaliło taką żarówą, że myślałem, że się roztopię. Nazwijcie mnie mięczakiem jak chcecie, ale po miesiącu pełzania po kamieniach jak jaszczurka można mieć dość i każdy stopień mniej robi różnicę, zresztą łatwo się mówi, jak się tego nigdy nie doświadczyło. Przysięgam, jak już wracałem z tej smażalni, jadąc po ciemnej skale czułem smród palonych końskich kopyt. U nas też bywa ciepło, ale zawsze jest jakieś drzewko, górka dająca cień, strumyk, jeziorko albo kępka trawy, a tam nic, wbij zęby w ścianę, piach i kamulce jak okiem sięgnąć, ja nie wiem, jak ludzie mogą tak żyć. Jak jakieś pierdolone salamandry. Nic dziwnego, że są tacy narwani i tak im spieszno do raju. Wszystko jest lepsze od życia na tym pustkowiu, a oni nawet spizgać się nie mogą, no nic, tylko się do grobu położyć.
Teraz, jak się nad tym zastanawiam, to właściwie mógłbym powiedzieć, że wpakowałem się w to wszystko na własne życzenie, bo w sumie co mi szkodziło jechać prosto do domu. Sam postanowiłem wracać lasami, no ale z trzeciej strony kto, do licha, mógłby to przewidzieć?
Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Otar przewidział, ale on się nie liczy. Cały czas twierdzi, że mnie zna jak zły szeląg i zawsze się po mnie spodziewa wszystkiego, co najgorsze, ale to nieprawda, że to wszystko sam sobie ściągam na głowę. To się jakoś tak samo dzieje, a on jest po prosu uprzedzony. Zresztą nie wierzę, że z innymi Diabłami nie miał nigdy takich problemów, Razmik swego czasu też podobno nieźle namodził, aż w końcu wyciął swój ostatni numer i kopnął w kalendarz, a do niego się Stary jakoś nigdy nie dopierdala i teraz menda siedzi sobie w tym swoim niebie i pewnie się z nas śmieje w przerwach między majstrowaniem kolejnych dzieciaków.
Chociaż rzeczywiście nigdy nie sprowadził do bazy niedźwiedzia ani Turka, to mu trzeba przyznać.
W każdym razie zboczyłem mocno na Wschód. Miałem czas, bo i tak się wyrobiłem przed terminem jak zwykle, więc Stary się mnie nie spodziewał za prędko, mogłem sobie kluczyć koło jeziora Arpi. No właśnie, jeziora Arpi. Uciekałem przed słońcem, a wpadłem z deszczu pod rynnę, znaczy się w jeszcze gorsze słońce. Yusuf by się od razu zaczął mądrzyć, że widocznie los tak chciał, że nie da się uciec przed przeznaczeniem i w ogóle zacząłby pieprzyć te wszystkie farmazony, co je bierze nie wiem skąd. Może i tak. Że też mnie wtedy nie tknęło...

*** *** ***

Jak już mówiłem, wracałem sobie lasem na tej nędznej szkapie, którą mi zazwyczaj przydzielali do powrotów, jak pracowałem sam. Dobrze, że jak zaczynałem robotę, to mnie chociaż prawie na miejsce przerzucili jeepem, bo jakby mi przyszło jechać na tym trupie, to wojna by się skończyła, zanim bym dojechał.
Zbliżał się wieczór, zaczynało się robić naprawdę chłodno i powoli zabierałem się za szukanie jakiejś wygodnej dziury, żeby się w niej przekimać, bo już nie mogłem się doczekać pierwszej nocy na normalnej, miękkiej ziemi i okazji, żeby wreszcie naprawdę zmarznąć, kiedy zobaczyłem na drodze przed sobą jakiś tłumek. Z daleka było widać, że to Ruscy w tych swoich zielonych wdziankach do łażenia po bazie. Miały być niby tylko do ćwiczeń, chociaż trzeba przyznać, że z czasem dziadostwo blakło tak, że robił się z tego całkiem niezły kamuflaż. Skoro byli w ubrankach do ćwiczeń, to znaczyło, że przed wyruszeniem na pogranicze gdzieś się niedaleko skoncentrowali na manewry, a skoro tak, to znaczyło, że im się nudziło, a to nie za dobrze. Ruscy znają trzy sposoby na radzenie sobie z nudą. Jednym z nich jest chlanie, a raczej nie chlali na stojąco na środku drogi. Bałałajki też nigdzie nie widziałem, zatem musiało chodzić o to trzecie.
Kiedy podjechałem bliżej, zobaczyłem, że zebrali się w wianuszku nie bez powodu. W samym środku był nie za duży koń i wóz z gumą w przednim prawym kole, zresztą trochę wjechany do rowu, nie za dużo, tylko tym jednym kołem, gdyby nie kapeć, to koń spokojnie by dał radę go wyciągnąć. Jednak Ruskim nie chodziło o konia, a o babeczkę, która stała przy tym całym majdanie i nie wyglądała na zadowoloną z całej sytuacji, czemu trudno się było dziwić, bo piechociarze nie wyglądali, jakby chcieli jej pomóc, to znaczy może i tak, ale nie za darmo.
I niech mi nikt nie mówi, że zrobiłem to, co zrobiłem dlatego, że babeczka była naprawdę pierwsza klasa. Tak, przyznaję, oczy miała takie, że się można było utopić, a jak się schyliła, to prawie zapiałem, jak jej się kawałek kamizelki odchylił i przez chwilę było widać prawie wszystko, ale to nie dlatego. Parchatej wiedźmie też bym pomógł, chociaż do takiej pewnie tylu żołdaków by się nie zleciało... chociaż z trzeciej strony cholera ich tam wie, przecież to Ruscy.
W każdym razie postanowiłem rozładować napięcie w sposób raczej profesjonalny, to znaczy bez rękoczynów. Dałbym radę tamtej ósemce, byli już trochę wcięci, poza tym to były jakieś leszcze z Foxtrota, oni mają to do siebie, że trzeba liczyć ich przez pół, bo jak połowa padnie, to reszta bierze nogi za pas, zatem miałem na głowie maksymalnie czterech, a w takim przypadku już w ogóle nie ma o czym mówić. Problem jednak polegał na tym, że to mimo wszystko byli nasi, może i mieli zamiar zrobić coś, za co potem dostaliby po nosie od własnych dowódców i ewentualnie dałoby się sprawę rozdmuchać do zarzutu zaogniania tarć w ramach regionu, ale gdybym ich sprał, pewnie miałbym sprawę dokładnie o to samo, zatem trzeba było jednak działać mądrze. Tak to niestety wygląda.
Na szczęście było tak chłodno, że chwilę wcześniej założyłem kufajkę z numerem jednostki. Trochę łyso, że bez baretek, bo te ćwoki mogły nie wiedzieć, że Yankee nie dostają odznaczeń i to normalne, że pasek nad kieszenią się ma puściuteńki, miałem jednak nadzieję, że sama literka ich wystraszy. Do kompletu trzeba było założyć berecik. Dziękowałem sobie w duchu za pomysł tego węzełka z tyłu, na antypodach emblematu, bo nasz rozdrożowy "celownik" ma niestety to do siebie, że jak się ubierze beret chociaż trochę krzywo, wygląda się jak ciećwierz. Sprawdziłem, czy się udało i już mogłem występować z powagą majestatu.
Zastanawiałem się tylko, czy zsiąść z konia, bo i tak głupio, i tak głupio, ale w końcu jednak zsiadłem. Trupem nie musiałem się przejmować, zostawiłem go tak, jak stał, bo wprawdzie był płochliwy, ale zbyt leniwy, żeby dać dyla, więc jak go coś spłoszyło to i owszem, panikował, ale stacjonarnie.
- Chorąży Aram Krelliyan, szesnaście Yankee jeden, w czym problem? - rzuciłem po rosyjsku, podchodząc do grupki.
Kobitka łypnęła na mnie z początku koso, ale coś ją tknęło, może jakiś instynkt. Drugi raz spojrzała już przyjemniej, trochę pytająco.
Największy ruski byczek stanął przede mną z założonymi łapskami. Okazało się, że był szefem tej bandy, sierżantem, więc trzy stopnie niżej ode mnie, ale tak życiowo to wyższym prawie o pół głowy. Że też u nich zawsze tak jest – im większy chłop, tym więcej gwiazdek, jakby nic poza tym się nie liczyło.
- Nie ma żadnego problemu. Pomagamy tej pani zmienić koło.
- A pani o to prosiła? - znowu spytałem i nie czekając na odpowiedź, przechyliłem się trochę, żeby zza tego zakapiora spojrzeć na babeczkę. - Wszystko w porządku? - spytałem po naszemu.
Rozpromieniła się, bo chyba wcześniej nie była pewna, czy jestem swojakiem, od razu przewróciła oczami i rozłożyła ręce.
- Mówiłam im, że sobie sama poradzę. – Westchnęła.
- No właśnie. – Wróciłem do rosyjskiego. - Pani sobie nie życzy waszego towarzystwa.
- A my twojego. – Byczek zaczął z werwą, ale jeden szeregowiec chyba miał dwie szare komórki więcej, albo po szkoleniu jeszcze coś pamiętał, zanim mu spirytus wypalił mózg tak, jak pozostałym, bo zaczął targać swojego szefa za rękaw jak dzieciak i coś mu szeptać, wskazując wzrokiem na moją kurteczkę.
Poczułem się jak eksponat, a raczej nie na tym powinno polegać występowanie w chwale majestatu, no ale cóż. Yankee to Yankee, nie ma się czego wstydzić.
Gdy młody tak sobie szarpał swojego sierżanta, na mnie spłynęło objawienie. Przypomniałem sobie, jak Otar pół zimy mantyczył, że faktycznie na wiosnę ma się pod granicą zebrać parę pułków Foxtrota i Limy, żeby się dograć i razem iść na południe, i że tymi Ruskimi miał dowodzić jakiś Nikita, ponoć straszny burak.
Po zabiegach młodego zakapior wstępnie zmiękł, zatem postanowiłem szybciutko go dobić i spytać, czy chciałby, żeby Nikita się dowiedział, że jego ludzie sobie o zmroku hasają po lesie i zaczepiają miejscowych. Trochę blefowałem, ale pomyślałem, że nawet, jak Otarowi nie o tych chodziło, to u Ruskich zawsze się znajdzie jakiś Nikita, a że miałem przed sobą samo dno łańcucha dowodzenia, to od nich do samej góry było jeszcze ho ho. Mnóstwo miejsca, żeby się tam jakiś Nikita zaplątał.
I tak już zupełnie z głupa cmoknąłem na trupa, żeby przyczłapał bliżej, a Ruscy zobaczyli po pierwsze mojego Khaybara na szynie magnetycznej, a to naprawdę nie jest spluwa, którą się daje byle melepetom, a po drugie Remingtona, a konkretniej to lufę, co wystawała z pokrowca. Woziłem go do góry nogami, bo jak siedział w torbie normalnie, to czółenko haczyło przy wyciąganiu o źle wszyty zamek, a nie chciało mi się go poprawiać, bo trzeba by było szyć żyłką, żeby to wszystko dobrze usztywnić, a żyłką nie lubię, bo się łamie.
W każdym razie zobaczyli wystającą z pokrowca rurę jak od armaty i oczywiście nie skojarzyli, że to gładkolufowa, bo nikomu normalnemu by nie przyszło do głowy, że w siłach specjalnych jest ślepidło, co jak nie ma czasu na zabawę z lornetką to musi strzelać z garłacza, bo gówno widzi. Jak to faceci, pomyśleli, że im większa rura, tym większy kozak, popatrzyli na Khaybara, na mnie, potem na strzelbę, potem znowu na mnie, trochę zmiękli, a największy kafar zrobił pół kroku w tył.
Z tym Nikitą chyba też trafiłem. Chłopcy poburczeli jeszcze trochę między sobą, ale odpuścili, zebrali się i poszli w siną dal, to znaczy od przysiółków w stronę Ghazanchi, pewnie tam ich nasi trzymali, bo jest w miarę płasko i z dala od cywilizacji, a z takimi to wstyd się ludziom pokazać.
Zaledwie Ruscy się zebrali i zostaliśmy na drodze sami z kobitką, zaczęło do mnie docierać, jak niezręczna sytuacja się wyklarowała. Wprawdzie wśród betów na prawie pustym wozie – pewnie wracała z targu albo coś – zamajaczyła mi strzelba, jeszcze ta starego typu, z drewnianym łożem, bardzo ładna, spora, ale smukła i świetnie utrzymana poza tym, że oczywiście od spodu była obdarta z lakieru, ale tego się nie da uniknąć, jak się spluwy używa – więc kobitka miała się jak obronić, gdyby jeszcze ktoś chciał ją nagabywać, ale umówmy się, strzelanie do ludzi, zwłaszcza z gnata, który działa na mały dystans i robi z ciebie sito nie jest przyjemne i nie znam nikogo, kto wybrałby tę opcję, gdyby miał inną możliwość. Dobrze by było, żebym ją odprowadził, tylko, że sprowadzenie obcego faceta do domu było zapewne dokładnie tym, czego chciała uniknąć i w tym celu woziła strzelbę.
Kiedy tak myślałem, ona westchnęła, przewróciła oczami, zdjęła sandały, podwinęła spodnie do kolan i nie oglądając się na mnie wlazła do tego rowu, żeby zobaczyć, co się dało zrobić. Wyszło jej chyba, że nie za wiele. Nawet ze swojego miejsca usłyszałem, jak mlaskało błoto pod jej stopami, a kobitka nawet nie próbowała wracać po podnośnik, tylko kucnęła przy kole, zaczęła zaglądać pod ośkę i obmacywać miękką ziemię pod spodem.
- Mogę zerknąć? - spytałem, bo babeczka miała w sobie coś takiego, że poczułem, jakby wtedy ten konkretny kawałek rowu należał do niej i biada każdemu, kto by tego nie uszanował.
- Pewnie – odparła, wycierając ręce o szmatkę, którą potem wsunęła za pasek. - Za wiele nie zdziałasz. Nie ma punktu oparcia.
Zerknąłem i faktycznie, okazało się, że kawałek drogi się osunął, z wierzchu wyglądała jeszcze na nieźle utwardzoną, ale od spodu podmył ją strumyk, który teraz ledwie sobie ciurkał między zielskiem, a przy deszczach pewnie garnął całkiem mocno i gdyby próbować położyć podnośnik na wierzchu, tylko ukruszyłby jeszcze większy kawałek gliny. Przyszło mi do głowy nawet, że mógłbym spróbować po prostu wypchnąć to koło normalnie, na ramieniu, ale było tak ślisko, że po wszystkim pewnie padłbym na pysk prosto w to błoto, a to mi się niespecjalnie widziało.
Wyprostowałem się. Kobitka stanęła obok mnie.
- Mówiłam. - Oparła pięści o boki. - Muszę iść po drugiego konia.
Spojrzałem na nią, ona zmierzyła mnie wzrokiem i leciuteńko się uśmiechnęła do własnych myśli. Straszliwie zaćmiło mi umysł, bo dopiero, kiedy prawie zaczęła się śmiać skojarzyłem fakty.
- No przecież mamy trupa. To znaczy... - zaciąłem się, bo za diabła nie mogłem sobie przypomnieć, jak on naprawdę się nazywał. Ze złości tak na niego mówiłem, a że cały czas byliśmy sami, to wiedział, że o niego chodzi, zresztą i tak jemu to raczej różnicy nie robiło. - No, Trupa. - Poddałem się. Trudno, niech myśli, że naprawdę mam konia, który się tak nazywa. - Może i nie wygląda najokazalej, ale ma jeszcze trochę wigoru – skłamałem.
Kobitka przez chwilę patrzyła mi w oczy z przedziwną miną, a potem szybko pochyliła głowę. Zerknąłem w dół i zobaczyłem, jak przygryzała wargi, żeby nie zacząć się śmiać na głos. Kiedy tak patrzyłem, siłą rzeczy na linii wzroku miałem miejsce, gdzie zbiegały się poły jej koszuli, bo nie miała jej zapiętej, tylko założoną na zakładkę jak arkhaluk i kiedy się tak kotłowała przy wozie, trochę więcej materiału wysunęło jej się zza paska, więc było widać naprawdę sporo.
Poprawiła się bez pośpiechu.
- Dobrze – Uśmiechnęła się, tym razem już naprawdę do mnie. - Jeśli możesz, będę wdzięczna.
Wskoczyła na wóz, pogmerała tam przez chwilę i podała mi liny. Z płachty do spania skręciłem coś na kształt chomąta, za mocne to nie było, ale wystarczyło, żeby wprząc Trupa i jakoś wspólnymi siłami wytargaliśmy wehikuł z rowu. Podtoczyliśmy go nad spory kamień, na którym dało się już oprzeć podnośnik. Kobitka znała się na rzeczy, razem raz dwa zmieniliśmy koło i znowu niezręczność sytuacji do mnie dotarła, zwłaszcza, że w międzyczasie zrobiło się prawie całkiem ciemno. Wprawdzie noc była księżycowa, było dość jasno, żeby się trzymać drogi i dotrzeć do jakiejś wioski, ale szukanie dziury w ziemi do noclegu pod chmurką w takim byle jakim świetle odpadało, nawet z latarką nie za wiele bym wskórał, a ta pierwsza noc po opuszczeniu terenu działań miała być przyjemnością, a nie godzinami kulenia się w jakimś wykrocie z nadzieją, że nie wtarabaniłem się po ciemku w gniazdo żmij albo coś gorszego.
Nie wiem, czy to wyczuła. W każdym razie odetchnęła głębiej, jakby się nad czymś zastanawiała. Poprawiła włosy, przy okazji rozmazując sobie trochę smaru na skroni i nie wiem czemu, ale wyglądała tak jeszcze lepiej.
- Przepraszam, zapomniałam się przedstawić. Jestem Yeva. – Wyciągnęła do mnie rękę, a potem szybko ją cofnęła, kiedy zobaczyła, że cała była w błocie i smarze. Zaśmiała się uroczo. Miała niski głos, jak na kobietę, ale śmiech miała jasny i srebrzysty jak śpiew piecuszka.
- Aram – przypomniałem, bo przedstawienie się po rosyjsku chyba się nie liczyło. - Jedziesz do Garnarich? Mogę cię odprowadzić, jak chcesz.
- Do Yeghnajur - odpowiedziała. Zrobiłem nietęgą minę, bo tego zadupia był jeszcze spory kawałek. - Nie trzeba – dodała twardo.
- Na pewno? O ile dobrze pamiętam, wiosną miało się tu zebrać całe mrowie tych Ruskich na manewry. Jacyś mogą się jeszcze pałętać.
Uniosła jedną brew.
- No proszę, a skąd ty to możesz wiedzieć? - spytała, ładując się już na wóz, ale posłała mi jeszcze spojrzenie z ukosa nad ramieniem i niech mnie mrówki zjedzą żywcem, jeśli to nie było najbardziej zalotno-drapieżne spojrzenie, jakie w życiu widziałem. Rzęsy miała jak skrzydło kruka.
Wpakowałem ręce do kieszeni i zacząłem się rozglądać dookoła, jak idiota, żeby się już tak na nią nie gapć.
- A wiem to i owo - walnąłem bez sensu. Zawsze miałem talent to tekstów na podryw, nie ma co.
- A może nie wiesz, gdzie masz jednostkę i dlatego się sam włóczysz po lesie, co?
- No przecież wracam właśnie.
Też potoczyła wzrokiem wokoło. Musiała sobie zacząć uświadamiać, że zrobiło się naprawdę późno i średnio bezpiecznie, bo przy następnym pytaniu nie brzmiała już, jakby chciała się droczyć, tylko naprawdę czegoś o mnie dowiedzieć.
- Dokąd wracasz? - Jeszcze raz mnie obejrzała, teraz trochę mniej ufnie. - Chyba nie do domu? Nie jesteś stąd. Wiedziałabym.
Niedługo jej zajęło zapędzenie mnie w kozi róg. Oczywiście, że nawet dla kogoś średnio zorientowanego prawda musiała brzmieć jak kompletna bzdura, bo nikt nie mógł wiedzieć, że po pierwsze Diabły działają zazwyczaj w pojedynkę, a po drugie mają kwaterę główną daleko w głąb ETO, bo obrabiają spory teren, więc muszą mieć wszędzie blisko, a poza tym są jednostką maksymalnie podwyższonej gotowości, więc zebranie się z naszej górki i dotaszczenie na teren działań przy dobrych wiatrach zajmuje mniej, niż stacjonującym na samym pograniczu ciemięgom znalezienie własnych gaci. Samotny facet pałętający się po wioskach z dala od pogranicza musiał, na logikę, jechać na przepustkę do domu, a nie wracać po akcji do jednostki, bo wszystkie inne stacjonowały dalej na południe i zachód. Zresztą nawet, gdyby to nie brzmiało jak bzdura, nie za bardzo mogłem jej powiedzieć prawdę. Niespecjalnie chciałem też uderzać w ton „to absolutnie najtajniejsza rzecz na świecie i nie mogę nic zdradzić, bo to tajemnica państwowa i w ogóle jestem strasznie ważny”, co też było prawdą, ale brzmiało już zupełnie jak kiepska bujda, jaką głąby zachłyśnięte mundurem czasami sprzedają nierozgarniętym podfruwajkom.
Na ratunek przyszła mi ciocia Rusiko. Nie przepadałem za nią, bo się kreowała na wielką damę, ciągle narzekała, że, tak jak mama, wżeniła się w ormiańską rodzinę i nie mogła się nadziwić mamie, że z tatą jej się układało, przez co dość wcześnie dowiedziałem się, że Gruzini ogólnie mają nas za troglodytów, jakby sami nie sypiali po szałasach z owcami, jak jest zimno. W każdym razie raz w życiu się przydała.
- Jak to nie? Miałem ciocię w Garnarich. Teraz nie żyje, ale bywałem u niej, jak byłem mały. Czasami, jak mam po drodze, to jeżdżę tędy. Lubię jeziora – paplałem, czując, że Yeva powoli zapominała, jak bardzo podejrzana była w tym czasie i miejscu obecność łazikującego w pojedynkę faceta z dziwnej jednostki, uzbrojonego w lastgenowy karabin szturmowy i zwykłą plujkę do strzelania gwoździami, na zdychającej w oczach chabecie. - Sam mieszkam nad Sewanem. To znaczy już nie, ale tam się urodziłem. W Garnarich mieszkała siostra mamy, Rusiko. Gruzinka, może kojarzysz.
- Rusiko? - Yeva prychnęła z pogardą. - Oczywiście, że kojarzę. Zanim ją diabli wzięli, jeszcze zdążyła męża wpędzić do grobu... - syknęła pod nosem, a potem spojrzała na mnie, spłoszona, jakby dopiero wtedy do niej dotarło, że mówiła o mojej rodzinie. Ulżyło jej, kiedy przewróciłem oczami i potwierdziłem:
- Tak, to ta.
Yeva była już gotowa do drogi. Wskoczyłem na siodło i ruszyliśmy razem żółwim tempem po ubitej drodze. Kiedy wyjechaliśmy spomiędzy drzew i z rozgwieżdżonego nieba padło więcej światła, zacząłem się jej lepiej przyglądać. Powoziła jak facet, zaparta rozłożonymi nogami o belkę przed sobą, trochę zgarbiona, ale nie była babochłopem, co to, to nie. Ogólnie była drobniuteńka, chociaż na słabą też nie wyglądała. No i te oczy. Zastanawiałem się, ile mogła mieć lat. Wyglądała na młodziutką, a z drugiej strony sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, co robi i jak o siebie zadbać. Cholera wie, pewnie gdybym się nie pojawił, jakoś by tych Ruskich spławiła. Poza tym, głupio trochę przyznać, ale kiedy tak na mnie zerkała, uśmiechała się półgębkiem i przygryzała wargi, miałem wrażenie, że, no cóż, dziewicą to ona raczej nie była.
Brama wioski była już zamknięta, trzeba było objechać Garnarich dookoła. Zrobiło się mniej fajnie, na dróżce między krzakami, a wałem z częstokołem ciemno było jak w dupie, i właśnie wtedy Yeva spytała, czy chciałbym zostać na noc.
Pytanie było trochę retoryczne, bo nawet, gdyby nie zaproponowała, spróbowałbym się zakitrać gdzieś za stodołą. I tak pewnie padłoby na jej dom, bo był na samym końcu przysiółka, pod lasem, z dala od innych. Wyglądał trochę dziwnie, bo miał wysoki parkan od strony ludzi, a od lasu tylko linki na dziki i drut kolczasty, ale pomyślałem, że faktycznie nie musiała się jakoś specjalnie przejmować dzikimi zwierzętami. Sam dom był solidny, z czerwonego kamienia, niski, ale na podmurówce i z wysokim dachem. We wszystkich oknach, przynajmniej od strony drogi, były szyby, a stajenka i koziarnia też wyglądały porządnie. Odruchowo od razu rozejrzałem się za jakimś schronem i faktycznie, miała coś na kształt piwniczki z kilkoma otworami strzelniczymi w zboczu pagórka pod sadem, a przy okazji, kiedy się tak rozglądałem, zobaczyłem na gałęzi huśtawkę z plecionym z wikliny siedzeniem, takim jak raz dla małego dziecka.
No pięknie.
Dokonałem szybkich obliczeń i wyszło mi, że Yeva mogła mieć jeszcze rodzeństwo w tym wieku, ale w takim przypadku w domu musieliby czekać starsi państwo, gotowi wyrazić swą wdzięczność junakowi, który ocalił cnotę ich córki, z naciskiem na ocalił.
Ta szelma jakby to wyczuła. Kiedy zatrzymaliśmy się przed stajnią, włączyła światło, zaczęła wyprzęgać konia jakoś tak dziwnie głośno i rzuciła do mnie radośnie:
- Spokojnie, nie musimy być cicho. Jesteśmy sami.
- Nie masz rodziny?
- Mam. - Przechyliła głowę w bok. - Ale od śmierci męża to tylko mój dom.
Cwaniara, mogła powiedzieć, że mieszkała sama, ale wtedy to byłoby kłamstwo, a w ten sposób nie skłamała. Muszę się nauczyć bardziej zwracać uwagę na to, jak kobiety ujmują różne rzeczy w słowa, bo to przechodzi ludzkie pojęcie, jak one potrafią namotać.
Wtedy jednak nie myślałem za bardzo o niebezpieczeństwach, jakie na mnie czyhały, zresztą miałem na nie niezawodny sposób – zniknąć i więcej się nie pojawić. W moim fachu dużo trudniej jest człowieka zobaczyć drugi raz, jeśli się chce, niż nie zobaczyć już nigdy, jeśli się nie chce. Zamiast się zamartwiać zająłem się Trupem, którego na szczęście nie trzeba było jakoś specjalnie czyścić, bo jego skrajne lenistwo miało tę dobrą stronę, że szczwana gadzina prawie w ogóle się nie brudziła. Człapał tak niemrawo, że gdzież by tam podrywał kopytami jakieś błoto czy cokolwiek. Zebrałem tylko swoje fanty, rozsiodłałem szkapę i byle jak omiotłem z pyłu, a potem wprowadziłem do stajni za klaczką Yevy. Ona w tym czasie jakoś tak się uwinęła ze swoją robotą, że nawet nie zauważyłem, kiedy przyniosła wodę ze studni, bo bym jej pomógł. Przytargała od razu dwa wiadra, po jednym w każdej ręce, chociaż były tak wielgachne, że kiedy je postawiła, sięgały jej nad kolano. Widać zresztą było, że wiele więcej by nie uniosła, bo pizgnęła nimi o beton, aż echo poszło po stajni, i musiała tak robić nieraz, bo u dołu emalia była całkiem odłupana z obrzeży, a cześć metalu pod denkiem była już konkretnie pogięta.
Mimo to uśmiechnęła się, jeszcze trochę przygięta i zaczerwieniona od wysiłku. Z tymi rumieńcami, rozwichrzoną fryzurą, w ciepłym świetle słabej żarówki wyglądała na jeszcze młodszą, niż wcześniej, ale tylko z twarzy. Oczy miała dorosłego.
Przelałem wodę do koryta i przez chwilę patrzyłem, czy Trup z tą małą, beczkowatą klaczką się nie pogryzą, bo wyglądała na narwaną, ale jemu wszystko było tak obojętne, że nawet nie zauważył, kiedy próbowała go zaczepiać i żłopał spokojnie, jakby był u siebie.
Przebiegłem w głowie swoją listę rzeczy do sprawdzenia na wszelki wypadek. Fajerwerki, co mi zostały zdałem u chłopaków na granicy, więc nie było czego zabezpieczać, broni nie musiałem czyścić, buty i mundur tak, ale to później, nie ma takich sytuacji, żeby życie człowieka zależało od czystych butów. Z grubszych rzeczy nie zostało nic takiego, co by nie mogło poczekać do rana.
Yeva przez moment stała obok i też coś chyba sobie kalkulowała albo przepowiadała w myślach. Skończyła, otrzepała kolana i spojrzała na mnie.
- Gotowy? - spytała z energią.
Chyba trochę po mnie było widać, że nie do końca zrozumiałem.
Znowu rozległ się ten jej srebrzysty chichot. Głową wskazała na Trupa.
- A, tak. Jemu wiele nie trzeba - odpowiedziałem.
- To chodź. – Odwróciła się, skinąwszy na mnie palcem i prowadząc mnie w stronę domu, mówiła wesoło: – Mam jeszcze trochę khashu z rana, chyba, że najpierw wolałbyś się umyć. – Dwa kroki zrobiła tyłem, żeby rzucić mi zadziorne spojrzenie.
Zwolniłem, bo nie lubię takich sytuacji. Wyczułem w tym jakiś haczyk. Przecież nie mogłem wyjść na głodomora i fleję, a głodny byłem jak wilk i nie czułem się jakoś szczególnie brudny, chociaż po całym dniu w drodze może i byłem jak na cywilne standardy. Tego jednak nie zrozumie ktoś, kto nie wie, jak to jest mieć ręce upierdolone po łokcie heksogenem, od którego świeczki w oczach stają, a jak się czegoś niechcący dotknie a potem to przygryzie, język kołkowacieje, jakby się zjadło ropuchę. Wtedy rzeczywiście nie ma się ochoty na nic, dopóki się człowiek porządnie nie wyszoruje. Przy tym diabelstwie trochę pyłu z drogi to pikuś.
- Może rzeczywiście dobrze byłoby się trochę ochłodzić – odparłem niechętnie.
- W porządku. To idź tam. – Znowu głową wskazała mi miejsce za domem. - I daj to. – wyciągnęła ręce.
Teraz już naprawdę się zdziwiłem
- No daj. – Wzrokiem wskazała pokrowiec ze strzelbą i karabin, który niosłem na ramieniu. - Zaniosę do domu. Przecież ci nie ukradnę – dodała na zachętę. - Krzywdy sobie też nie zrobię.
Ostrożnie podałem jej najpierw pokrowiec, który przewiesiła sobie przez pierś jak chlebak, a potem Khaybara, ale cofnąłem rękę dopiero, kiedy zobaczyłem, że wzięła go za łoże, porządnie, z rękami z dala od spustu, sprawdziła komorę nabojową, cały czas z lufą w ziemię. Widać umiała się obchodzić nie tylko z bronią, ale też z ludźmi nieco przewrażliwionymi na punkcie broni. Gdyby ktoś z chłopaków od nas się tak certolił, pewnie bym się z niego śmiał, ale u cywila takie coś się ceni.
- A to? - Zerknęła jeszcze na nóż na łydce i pistolet na udzie. Pokręciłem głową.
- To zostaje.
- Jak chcesz. - Przewróciła oczami. - Zaczekaj, przyniosę ci mydło i ręcznik. - Ruszyła w stronę domu i jeszcze pod nosem burknęła: – Ech, mężczyźni...
Po chwili w jednym z okien rozbłysło światło, też takie słabe, miodowe i ciepłe. W oświetlonym prostokącie było wreszcie widać, skąd dochodził ten delikatny, szklisty szum, który wcześniej słyszałem. Parę metrów od ściany ziemia się obniżała, a dnem zagłębienia płynął spory strumyk, z brzegami zarośniętymi poniżej i powyżej domu, ale na krótkim odcinku porządnie uregulowany przytarganymi nie wiadomo skąd płytkami chodnikowymi. Kilka z nich tworzyło na brzegu niewielką platformę, na której można było sobie klapnąć. W sumie wszystko było całkiem zmyślnie rozwiązane i tłumaczyło ten gęsty parkan.
Światło nie zgasło, jednak usłyszałem ciche, lekkie kroki za sobą. Yeva wracała, niosąc dwa ręczniki, jeden jeszcze prawojenny, pocerowany i zblakły, kiedyś chyba w kwiatki, a drugi normalny, lniany. Położyła je na betonie nad wodą, na nich słoiczek mydła, wyprostowała się i dopiero wtedy zobaczyłem, że sama miała na sobie już tylko lekką, białą halkę.
- Mam zaczekać, aż skończysz, czy mogę się przyłączyć? - spytała, a głos miała jeszcze niższy i dźwięczniejszy, niż wcześniej.
Jakoś nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wcale nie pytała, czy chciałem, a jedynie o to, kiedy.
Sytuacja była o tyle nieciekawa, że wyglądało to trochę tak, jakbym miał zrobić dokładnie to, przed czym powstrzymałem tamtych Ruskich. Przysięgam, że byłbym się bardziej starał być rycerski i z kurtuazją dowieść czystości swoich intencji, gdyby nie to jej spojrzenie. Nawet pustelnika by zbałamuciło. Chodzi o to, przynajmniej takie mam wrażenie, że czasami kobiety, kiedy chcą coś ugrać, patrzą na mężczyznę tak, żeby mu dać do zrozumienia, że jeśli on będzie chciał, to one nie mają nic przeciwko. Ona patrzyła na mnie tak, jak czasami patrzyli faceci. Po prostu miała ochotę i już. A wiadomo, że człowiek może spokojnie znosić to, jak przepiękna dziewczyna bezczelnie się na niego gapi i ostrzy sobie na niego zęby tylko do pewnego momentu.
- Chodź... – Kiwnąłem na nią głową.


*** *** ***

Wstyd przyznać, ale obudziłem się dobrze po wschodzie słońca. Nie, żebym był wielkim piewcą wczesnego wstawania czy uważał je za wyznacznik pracowitości, co to, to nie, przecież każdy wie, że w moim fachu regularny tryb życia kończy się wraz z ostatnim dniem szkoły. Chodzi o to, że nic mnie nie obudziło. Po pierwsze Yeva chyba musiała się wyplątać dość brutalnie z łóżka, bo ocknąłem się z pyskiem w poduszce, a nigdy sam z siebie nie śpię na brzuchu, więc chyba trochę mną tam pomanewrowała, co w zasadzie byłoby dziwne, bo musiałaby być naprawdę krzepką babeczką, żeby dać radę z takim chłopem, jak ja, a ona, no cóż, parę w rękach może by i miała, ale za mało bezwładności i nie miałaby czym nadać momentu pędu, bo wtedy jeszcze była chudzinką, że aż przykro. Dopiero potem nabrała ciałka. Możliwe, że rzeczywiście byłem tak padnięty, że jednak zasnąłem na pływaka sam z siebie. Trzeba przyznać, że ta mała cholernica trochę mnie wymęczyła. Nie, żebym nie dał rady, ale spacerek to też nie był. No nic, nieważne.
Tak czy siak przespałem też całą kotłowaninę przy gospodarstwie, a cała ta rogacizna przecież musiała się z rana dopominać swego. Potem się okazało, że Yeva miała tego sporo, więc nie wiem, jakim cudem udało mi się zalegać w pościeli tak długo.
Zaraz, jak tylko trochę oprzytomniałem, zobaczyłem na nakastliku dzbanek z wodą i miskę, a obok woskową tabliczkę z liścikiem od pani domu, żebym się nie przejmował, bo jej może nie być, jak się obudzę, bo idzie coś załatwić, że broń jest na szafie koło drzwi (rzeczywiście, była) i żebym czuł się jak u siebie w domu i w razie czego zrobił sobie kawę, bo była na półce pod oknem w puszce po Nesquicku.
Było to o tyle problematyczne, że byłem goły jak święty turecki, a moje portki, jak się w świetle dziennym okazało, upierdolone błotem i pyłem z drogi po jaja. Przy łóżku leżały za to świeżo wyprane koszulka i gatki. Gatki – niestety – te, co miałem na sobie poprzedniego dnia, czyli podróżne, a zatem, oględnie rzecz ujmując, dość przewiewne i nie mam tu na myśli kroju. Normalnie może bym się i nie przejmował, tylko, że, no właśnie.
Ściany były z kamienia, izolowane czerwono-żółto-białymi dywanami, a drzwi grube i solidne, z płyty wiórowej obitej deskami, żeby się nie sypała ze starości, a mimo to od razu usłyszałem, co się działo w kuchni. Woda gotowała się w czajniku, Yeva stukała naczyniami, krzątała się i rozmawiała – o ile można to tak określić – z dzieckiem.
Wszystko się zgadzało. Huśtawka, dziwne gadanie, nawet te blizny na jej brzuchu, które swoja drogą wyglądały zajebiście. Pół wieczoru zastanawiałem się, gdzie to młode upchnęła. Chyba je komuś poprzedniego dnia wtryniła, bo teraz pytała, jak tam było u cioci, dziecko gulgotało po swojemu a ona, co zupełnie niepojęte, odpowiadała tak, jakby coś z tego bełkotu rozumiała, albo przynajmniej udawała.
Niby w porządku, nie moja sprawa, tylko, że dzieciakowi jakoś tak głupio było się pokazać w wyświechtanych majciochach, a na kawę miałem straszną ochotę, więc kuchnia wzywała. Na szczęście moja torba była przy łóżku, chociaż nie pamiętałem, żebym ją tam przynosił, więc gdy tylko jakoś się ogarnąłem, wygrzebałem w torbie szczotkę i nią oraz resztkami wody z dzbana doprowadziłem portki do stanu używalności.
Wydawało mi się, że dopieszczanie mojej prezencji poszło całkiem nieźle, niemniej jednak gdy tylko wszedłem do kuchni, mała się zapowietrzyła, otwarła pyszczek, na chwilę skamieniała, wpatrując się we mnie wielkimi jak spodki oczyma, a potem zeskoczyła ze swojego stołeczka i hycnęła za maminą spódnicę.
- Cześć. – Przywitałem się, nadal stojąc w drzwiach.
- Dzień dobry. – Yeva uśmiechnęła się nerwowo. Zza jej nóg najpierw wyłoniła się głowa z aureolą cieniutkich, kasztanowych włosów, a potem ręka. Mała pociągnęła Yevę za ubranie, zerkając to na nią, to na mnie.
- To to? - spytała teatralnym szeptem. To, że myślała, że jej nie usłyszę było nawet trochę urocze.
- Aram. – Yeva odparła spokojnie. Dziwne, bo jakby mi ktoś powiedział coś takiego uznałbym, że nadal chuja wiem, ale dziewczynka chyba była mniej wymagająca, bo zrobiła jeden ostrożny krok, a potem drugi i wciąż trzymając jedną ręką za fałdę spódnicy zaczęła już zupełnie na bezczela się na mnie gapić.
Normalnie bym ją olał i zrobił sobie kawę, ale Yeva tak na mnie dziwnie patrzyła, że postanowiłem jej trochę utrzeć nosa, żeby sobie nie myślała, że się nie domyśliłem już na samym początku.
Podszedłem bliżej i kucnąłem przy małej. Drgnęła, ale się nie cofnęła. Zabawnie było tak obserwować, co się z nią działo, bo dzieci chyba niespecjalnie potrafią udawać, to znaczy nie wiem, nie mówię, że są szczere, bywają wredne, ale jakoś tak wszystko po nich widać. Po tej było widać, że z jednej strony była nielicho spękana, a z drugiej cholernie zaciekawiona. Trzeba przyznać, że jak na takie małe bobo miała całkiem sporo ikry. Pamiętam smarki Garena, zawsze przede mną spierniczały, a ta ich ostatnia, jak mnie pierwszy raz zobaczyła, zaczęła tak wyć, że Gohar nie mogła jej uspokoić przez pół godziny, a też była coś w tym wieku, to znaczy już łaziła, ale gadać to nie za bardzo umiała.
Zacząłem się zastanawiać, czy jak coś do niej powiem, to zrozumie i odpowie. Yeva wcześniej tak jakby z nią rozmawiała, więc była szansa.
- To twoja huśtawka tam w sadzie? - spytałem. Zerknąłem na Yevę z byka, żeby zobaczyć, jak jej mina rzednie, a potem uśmiechnąłem się do małej.
Wyszło chyba średnio, bo aż nią gibnęło, jakby była trochę cyknięta. Pewnie się zastanawiała, czy dać dyla, czy jednak zostać i to niezdecydowanie od razu z głowy poszło w nogi. Utrzymała jednak pozycję. Chwilę coś tam podumała i przytaknęłą.
Skończyły mi się pomysły na tematy do rozmowy, więc wstałem. Zerknąłem jeszcze raz w dół, a ona uniosła głowę z wlepionymi we mnie cały czas tymi swoimi cholernymi, wielkimi, zielonymi oczami.
Zrobiłem krok do tyłu.
- To co, mogę sobie zrobić tą kawę? - Spytałem. Yeva drgnęła. Wyglądała na nieco nieprzytomną. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że spała pewnie połowę z tego, co ja, bo nasze harce skończyliśmy dobrze po północy, a kozy to nie Otar, nie da się ich zbyć ani wziąć na litość. Nawet się porządnie nie uczesała, nie, żeby wyglądała źle, ale sporo siejek wyplątało jej się z warkocza i jeden większy kosmyk dyndał jej tuż nad brwią. Wiedziałem, jak to wkurwia, więc odgarnąłem go jej do tyłu. Uśmiechnęła się słabo, ja też, a ona się leciuteńko zarumieniła i spuściła wzrok, zupełnie, jakby poprzedniej nocy nie dobierała się do mnie z taką werwą, że momentami się bałem, że mnie naprawdę zajeździ na śmierć.
- Siadaj - poprosiła miękko. - Ja ci zaparzę.
Zająłem miejsce na brzegu ławy pod ścianą, za stołem. Yeva na moment się wyprostowała z rękami opartymi o plecy, wzięła oddech, a potem schyliła się i ku mojemu przerażeniu posadziła tą małą na krzesełku obok.
Powinienem był to przewidzieć, bo niby gdzie ją miała posadzić, jeśli nie na jej krzesełku, a rzucało się w oczy jak nie wiem co, bo było czerwono-niebiesko-żołto-zielone z jakiegoś nieziemsko dobrego plastiku, bo zdaje się, że wcale nie zblakło. Ja nie wiem, czemu prawojenni uważali, że wszystko, co dla dzieci powinno być tak absurdalnie pstrokate, przecież dzieci potrzebują spokoju, a nie, żeby im od małości napierdalać prosto w oczy takimi kolorami. W każdym razie plułem sobie w brodę. Było usiąść gdzie indziej, no ale już trudno, nie mogłem przecież tak ewidentnie uciekać.
Mała ani na ułamek sekundy nie spuściła mnie z oka.
Zerkałem to na nią, to na Yevę, która tymczasem sypała do tygielka kawę i przyprawy.
- Cukier czy miód? - spytała.
- Skąd masz cukier? - zdziwiłem się. Trochę głupio wyszło, bo w sumie niepotrzebnie pytałem. Wyglądało na to, że jej mąż był żołnierzem, bo raz, że całkiem niedawno zaczęło się właśnie w tych okręgach robić gorąco i ludzi z okolicy brali pod broń jak leci, a poza tym Yeva jakoś tak dziwnie mi pasowała na żonę wojskowego, one mają w sobie coś takiego, są zawsze pogodne i pogodzone z losem, a jednocześnie potwornie smutne. Jeśli dziecko było jego, to musiało znaczyć, że przekręcił się niedawno i spokojnie mogła jeszcze mieć sporo trwałych środków z zapomogi.
Mała gapiła się na mnie cały czas.
- Po prostu mam. – Yeva odwróciła się do mnie z łyżeczką w jednej ręce i tygielkiem w drugiej.
Mała przekrzywiła głowę i na chwilę stuliła pyszczek w dzióbek, a potem lekko otwarła. Zmarszczyła brwi, aż jej prawie żyłka wyskoczyła.
- To jak będzie?
Pytanie Yevy wyrwało mnie z zamyślenia, aż mną potrzepało.
- Obojętne – bąknąłem, a potem szybko się poprawiłem. – To znaczy nie. Miód. Chyba. Czego tam masz więcej. Nie przejmuj się mną, ja tam wszystko łyknę, może być nawet gorzka – pieprzyłem bez sensu. Źrenice tej małej rozszerzyły się na moment, jakby zobaczyła coś niesamowicie interesującego. Uniosła lekko głowę. Mars znikł z jej czoła. Miałem wrażenie, że już prawie-prawie by się uśmiechnęła, ale Yeva trochę za głośno postawiła tygielek na palniku kuchenki. Mała drgnęła. Znowu chwilę walczyła ze sobą. Chyba tym razem zaczęło ją brać na płacz, jakoś tak się dziwnie skrzywiła, a Yeva wytargała ją z tego krzesełka, wzięła na ręce i usiadła obok mnie. Wtuliła twarz we włoski tej małej.
- Zerknąłbyś, czy się nie zagotuje? - spytała, patrząc na mnie znad jej głowy.
Naprawdę miała cholernie ładne oczy.
Skinąłem, bo w sumie byłem teraz bliżej blatu, a jej się należała odrobina wytchnienia. Młoda na chwilę odwróciła się do niej, coś tam pomamrotała, a Yeva mruknęła „mhm” i z uśmiechem potarła nosem jej nos. Odwróciła ją, żeby teraz mała siedziała na jej kolanach przodem do mnie.
- A może przywitasz się z Aramem, co? - Yeva zagadała uroczo z ustami tuż przy jej skroni.
Osiągnęła tyle, że mała znów zaczęła się na mnie gapić, jakby chciała mnie przewiercić wzrokiem na wylot. Nie ma co, spojrzenie to ona miała po mamusi.
Zaczęło się robić dziwnie, więc postanowiłem działać.
- Cześć! – Pomachałem małej. Znowu tak samo przekrzywiła głowę. Nie zareagowała jakoś szczególnie, ale troszkę się jakby rozjaśniła.
W sumie to było nawet dość ciekawe.
Pochyliłem się lekko, żeby bardziej się do niej zbliżyć. Zamarłem, kiedy powolutku, czujnie, jakby skradała się do dzikiego ptaka, zaczęła wyciągać rękę w stronę mojej twarzy, a potem ostrożnie, chociaż niezgrabnie chwyciła czubkami palców parę włosów z mojej brody. Nie ciągnęła, tylko przytrzymała je na moment, a potem puściła. Zmarszczyła znów brwi i z wypisanym na twarzy tęgim namysłem nachyliła się jeszcze głębiej, by sięgnąć do włosów. Miałem rozpuszczone, bo Yeva wieczorem zerwała mi rzemyk z kucyka i gdzieś się zachachmęcił. W tym całym zaambarasowaniu zupełnie jej umknęło, że dla złapania równowagi oparła się drugą ręką o moje ramię, bo cały czas gapiła się tylko na tę pierwszą i moje kudły, przesypujące jej się między palcami, za to z taką rewerencją, że aż zacząłem się martwić, że też wyglądam tak głupio, jak rozpracowuję minę-pułapkę z trzema warstwami zabezpieczenia przed rozbrojeniem.
Nie wiem, co za niepojętą zagwozdkę mała chciała rozwikłać, trawiła to dość długo, jednak w końcu chyba jej się udało, bo sapnęła z ukontentowaniem, jej buzia znów się rozjaśniła, a bruzdy na czole rozprostowały. Yeva przytrzymała ją delikatnie, więc mała cofnęła się i odsunęła, ale nadal trzymała jeden kosmyk, bardzo leciutko, to jej trzeba przyznać, i prześledziła go wzrokiem, jakby nie mogła pojąć, że nadal był przyczepiony do mojej głowy.
Yeva pogłaskała ją po plecach.
- I co? - odezwała się przymilnie. - Podobają ci się włosy Arama?
Dziewczynka pokiwała głową, najpierw bez przekonania, ale po drodze nabrała rozpędu i skończyła kiwać już z całkiem pokaźną amplitudą.
Yeva cmoknęła ją w skroń.
- Prawda, że ładne? Mamie też się podobają. - Puściła mi oczko.
No dobrze, trzeba przyznać, że to było trochę dziwne. Nie wiem, co takiego zrobiłem, ale efekt był taki, że mała zaśmiała się krótko.
Yeva znów zbliżyła usta do jej ucha.
- Słoneczko, a może powiesz, jak się nazywasz?
Mówiła do niej, ale spojrzała na mnie znacząco. To znaczy chyba znacząco jej zdaniem, bo ja nie miałem pojęcia, o co jej mogło chodzić. Po chwili straciła cierpliwość. Ponaglająco poruszyła głową i bezgłośnie, tak, żebym mógł czytać z ruchu jej warg powiedziała:
- No, przywitaj się.
Drgnąłem.
- Cześć, jestem Aram. A ty? - Znowu pomachałem niepewnie. Nie miałem zielonego pojęcia, czy tak się to robi, chociaż idea podawania dziecku ręki wydawała się wtedy jeszcze głupsza.
Nie spodziewałem się, że coś osiągnę, a jednak mała odezwała się.
- Ziwam sie Api.
Wzięła mnie z zaskoczenia tak, że nawet nie ogarnąłem, który fragment miał być imieniem, bo może jakbym się zawczasu wsłuchał, coś bym wyłapał, a tak, to ni w ząb.
- Co? - Zmarszczyłem brwi, zerkając na Yevę pytająco.
- Arpi. - Yeva znów wytłumaczyła bezgłośnie.
No i wpadłem. Koniec, amen, przejebane. Było nie jechać koło tego jeziora, albo przynajmniej wtedy zebrać się i uciekać, gdzie pieprz rośnie, a nie, że jak idiota jeszcze na odchodnym zaproponowałem, że jakbym miał kiedyś czas, to wpadnę Yevie naprawić furtkę, bo opadała i ewentualnie skombinować jej jakieś lepsze loftki do strzelby, bo miała tylko śrut, a takim śrutem powyżej dziesięciu metrów to sobie może kogoś najwyżej połaskotać. W każdym razie przyjechałem do nich jeszcze raz dwa miesiące później, potem jeszcze raz na jesieni, a potem to już poszło.



Awatar użytkownika
Juliahof
Debiutant
Debiutant
Posty: 389
Rejestracja: sob 13 sty 2018, 22:44
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Juliahof » ndz 05 sie 2018, 19:56

MargotNoir, rewelacyjnie napisane, gratulacje:-))
To niekoniecznie musi być spin-off, to może być także fragment "Bez powrotu", tak myślę, albo któryś z tomów.
W każdym razie czekam niecierpliwie na dalszy ciąg.



Awatar użytkownika
Czarna Emma
Dusza pisarza
Posty: 582
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Czarna Emma » pn 06 sie 2018, 15:23

Ciekawy pomysł. Wulgaryzmów ogólnie nie lubię, więc miałam miejscami kłopoty z negatywnymi odczuciami, ale doczytałam do końca. Podoba mi się Twój zamysł, masz ładny styl. No i sam tytuł mnie zainteresował. :)


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » pn 06 sie 2018, 19:29

Juliahof, Czarna Emma, ślicznie dziękuję!



Awatar użytkownika
Marzyciel
Pisarz domowy
Posty: 81
Rejestracja: wt 13 mar 2018, 21:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Marzyciel » pn 06 sie 2018, 21:04

Tekst podobał mi się bardziej niż poprzednie (również pisany w tandemie?). Narracja pierwszoosobowa nadała Aramowi wiarygodności. Fabularnie nie będę oceniał, ponieważ to tylko fragment. Przeczytałem z zaciekawieniem, ale jeśli nie zamierzasz jej zabić w następnej scenie, to niekoniecznie chciałbym poznać historie relacji tych dwojga. To gusta i guściki oczywiście. Żeby nie było za słodko, to się przyczepie.

Musisz uważać na zaimek zwrotny: się.
MargotNoir pisze:Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Otar przewidział, ale on się nie liczy. Cały czas twierdzi, że mnie zna jak zły szeląg i zawsze się po mnie spodziewa wszystkiego,

MargotNoir pisze:Zerknąłem i faktycznie, okazało się, że kawałek drogi się osunął,

Przyczepie się tez dialogów. Mam wrażenie, że w kilku miejscach to takie zapchaj dziury.
Przyczepię się też „swiftek".
MargotNoir pisze:dodała twardo.
prychnęła z pogardą.
odparłem niechętnie.
Mój osobisty faworyt:
spytała teatralnym szeptem.

Po raz kolejny zaznaczam, że to tylko moje fanaberie. Mam wrażenie, że musisz upewnić się czy czytelnik na pewno Cię zrozumie. Zaręczam, że jeśli poprawnie napiszesz wypowiedź, to zrozumie i zwróć uwagę, że atrybucje są czytane po wypowiedzi. W języku istnieje wystarczająco dużo zwrotów, które mają odpowiedni wydźwięk. Przykładowo:
- O co ci znowu chodzi?
- O nic!
Wyrwane z kontekstu, ale nie ma większych wątpliwości, jak to jest wypowiedziane.
Dlatego:
MargotNoir pisze:- Nie trzeba – dodała twardo.

Zastąpić:
- Obejdzie się!
W sumie nie wiem, czy teks pasowałby do twojej bohaterki, ale to na szczęście nie mój problem. :)
Pozdrawiam.


„Druga gwiazda na prawo, i prosto, aż do poranka". J.M. Barrie

Awatar użytkownika
Krążownik
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: śr 18 lip 2018, 11:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Krążownik » pn 06 sie 2018, 22:42

Jak na moje było zbyt dużo zdań wielokrotnie złożonych. Po jakimś czasie przywykłem i końcówkę mi się nawet nieźle czytało. Przyzwyczajanie się zajęło mi długo zapewne dlatego, że w tekście (czyli w owych zadaniach wielokrotnie złożonych) jest wiele powtórzeń. np:
Nie chciałam wtedy tam iść, spotkania zawsze były nudne, a kiedy przestawały być nudne, było jeszcze gorzej, bo dorośli kłócili się o sprawy, które wtedy wydawały mi się błahostkami.

2x nudne, 2x się.

Kochał życie. Za nie walczył.

To wiem, w to nigdy nie przestanę wierzyć.

Dlaczego te zdania są w osobnych akapitach?

Zawsze jest dla niego miejsce w moim sercu, ale nie w mojej pamięci. Nie mogę przywołać ani jednej chwili, ani jednego obrazu, ani skrawka twarzy Gevorga Minassiana, mojego ojca. Pamiętam tylko tatę. Arama Krelliyana

Niby wiadomo, o co chodzi, ale sam bym to zaznaczył, coby nie wprowadzać zamieszania. np: Pamiętam tylko mężczyznę, na którego wołałam tato.

Nic dziwnego, że są tacy narwani i tak im spieszno do raju. Wszystko jest lepsze od życia na tym pustkowiu, a oni nawet spizgać się nie mogą, no nic, tylko się do grobu położyć.

Z założenia raj powinien być lepszy od każdego innego miejsca. Imo zły dobór słów, tutaj praktycznie każdy synonim zaświatów/śmierci będzie brzmieć lepiej.

Teraz, jak się nad tym zastanawiam, to właściwie mógłbym powiedzieć, że wpakowałem się w to wszystko na własne życzenie, bo w sumie co mi szkodziło jechać prosto do domu.

Chyba trochę po mnie było widać, że nie do końca zrozumiałem.

Generalnie rzeczy ujmując, pewien nie jestem i chociaż sam, w komentarzach na wery, chyba nadużywam wyrażeń bodaj osłabiających pewność wypowiedzi oraz w sumie tych uogólniających także, to one właściwie nadają pewnej komiczności niektórym wypowiedziom, zapewne nieznacznie osłabiając wydźwięk utworu literackiego, prawdopodobnie, nawet jeśli zabieg wydaje się raczej zamierzony, no i mam wrażenie, że przypuszczalnie warto wspomnieć, iż owe zaznaczanie niepewnej egzystencji marginesu błędu zazwyczaj praktycznie nic nie wnosi.
W skrócie: no niby te wszystkie właściwe, w sumie, trochę, nie do końca itd. mi nie przeszkadzają, ale w większości przypadków można je spokojnie wywalić.

Sam postanowiłem wracać lasami, no ale z trzeciej strony kto, do licha, mógłby to przewidzieć?

Trzeciej strony?

W samym środku był nie za duży koń i wóz z gumą w przednim prawym kole, zresztą trochę wjechany do rowu, nie za dużo, tylko tym jednym kołem, gdyby nie kapeć, to koń spokojnie by dał radę go wyciągnąć.

Jaki?

I tak już zupełnie z głupa cmoknąłem na trupa, żeby przyczłapał bliżej

Znowu niby wiadomo, o co chodzi i jak poprzednio, ja znów wyrażałbym się jaśniej. Tu wystarczy dać imię konia z wielkiej. Imo warto upewnić się, że ktoś nie pomyśli sobie, iż Aram jest nekromantą.

Cwaniara, mogła powiedzieć, że mieszkała sama, ale wtedy to byłoby kłamstwo, a w ten sposób nie skłamała.

Nie chodziło przypadkiem o "że mieszka sama"?

Z tymi rumieńcami, rozwichrzoną fryzurą, w ciepłym świetle słabej żarówki wyglądała na jeszcze młodszą, niż wcześniej, ale tylko z twarzy. Oczy miała dorosłego.

Z tego wynika, że oczy nie do końca są częścią twarzy...

Normalnie może bym się i nie przejmował, tylko, że, no właśnie.

W tym przypadku przy "tylko że" jest cofanie przecinka, to wyżej sprawia, że nie mam pojęcia jak rozumieć zdanie. "(...)przejmował, tylko że... no właśnie"?

- To co, mogę sobie zrobić tą kawę?

Tę.

Popracuj trochę nad powtórzeniami i bardzo przyjemnie będzie się czytało Twoje teksty. Sam fragment raczej na plus. Bohaterowie są fajnie przedstawieni, tak "płynnie" bez wciskania charakterystyki na siłę.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » wt 07 sie 2018, 00:05

Marzyciel,
Dzięki!
Tak, też pisany w tandemie, jak zwykle MargotNoir klepie, a BlancMargot myśli.

Część powtórzeń i błędów jak najbardziej była celowa, w końcu to narracja pierwszoosobowa. Celem było zapisanie historii, którą ktoś mógłby opowiedzieć przy wódce i ognisku. Uchwycenie właśnie języka mówionego.

Co do powtarzania "się" rzeczywiście można się zastanowić nad przeredagowaniem niektórych zdań.

Przyczepię się też „swiftek".


Rozumiem. Niektóre rzeczywiście niepotrzebne, ale akurat "spytała teatralnym szeptem" jest raczej dość potrzebne. Jak inaczej sobie wyobrazić, jak zostało zadane to pytanie?

Co do:
MargotNoir pisze:
- Nie trzeba – dodała twardo.
Zastąpić:
- Obejdzie się!

ośmielę się nie zgodzić z tym konkretnym przypadkiem.

Rozważmy następujące możliwości:

- Obejdzie się! - Masz racje, ton takiej wypowiedzi czuć od razu, tylko, że tak mówi wieśniaczka (i nie mam tu na myśli mieszkanki wsi, tylko osobę o niskiej kulturze osobistej), bezczelna prostaczka. Niefajna osoba.

- Nie trzeba. - Tonu takiej wypowiedzi nie czuć. Jest to coś, co powie człowiek lubialny i miły nawet, jeśli jest zdenerwowany, ale o tym, że jest zdenerwowany trzeba już jakoś poinformować czytelnika, bo równie dobrze "nie trzeba" mogła powiedzieć zalotnie albo z onieśmieleniem pensjonarki. Ale masz rację, można to zrobić inaczej, bez korzystania ze schematu (synonim słowa "powiedzieć")+(przysłówek)

Generalnie osobiście bardzo nie lubię robienia z postaci emocjonalnie niestabilnych nastolatków i buraków tylko po to, by mogły się one wypowiadać w sposób dość dosadny czy emocjonalnie naładowany, żeby w ten sposób budować konflikt lub dodawać tekstowi barw. Takie zachowania, przynajmniej dla nas, nie są naturalne. Czytając podobne teksty zawsze mamy ten sam "WTF": przecież ludzie się tak nie zachowują.

Ale tak, jeśli didaskalia drażnią, to są do przemyślenia i może do częściowej likwidacji, tylko może nie pójdziemy konkretnie w tym kierunku.

Krążownik,

Super, dzięki za długaśny komentarz!

W skrócie: no niby te wszystkie właściwe, w sumie, trochę, nie do końca itd. mi nie przeszkadzają, ale w większości przypadków można je spokojnie wywalić.
Ależ to jest kwintesencja Arama. Podobnie, jak wielokrotnie złożone, przedługaśne, makaroniaste zdania. Rozumiem, można nie lubić, ale zabieg był celowy.

Krążownik pisze:Source of the post Nie chodziło przypadkiem o "że mieszka sama"?

Ech, cały czas stosuję angielskie następstwo czasów. Dzięki za zwrócenie uwagi.

Krążownik pisze:Source of the post Trzeciej strony?


Jak najbardziej :) To też celowe. W swoich dyskusjach ze samym sobą Aram dochodzi czasami i do siódmej strony i drąży tak długo, aż wyjdzie na jego.

Krążownik pisze:Source of the post
- To co, mogę sobie zrobić tą kawę?
Tę.


Mało osób tak mówi. To bardzo popularny błąd językowy i tutaj znalazł się celowo.

Dzięki za komentarz!



Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 164
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Figiel » wt 07 sie 2018, 14:00

Ucieszyłam się na spotkanie z Aramem. I jak go lubiłam, tak lubię nadal:)
Ogólnie, bardzo mi się podobało, choć straszliwie się w tym fragmencie Aram rozgadał, wręcz rozgawędził. To nowa odsłona, bo poprzednio mówił stosunkowo niewiele i mądrze, a tu mamy trochę komika, który sobie bajdurzy o różnościach. Ale fajnie bajdurzy, więc może.

Mamy też tu Arama w odsłonie cywilnej, tej prywatnej, rodzinnej, na razie co prawda w jej początkach. Wygląda jednak na to, że dobrze się sprawił – zyskał uczucia Arpi i jej matki, choć zapewne, z uwagi na profesję nie był „stacjonarnym” typem ojca i męża. Ciekawe, więc kim Aram jest ”bardziej” - właśnie ojcem i partnerem rodzinnym, czy żołnierzem. Intuicja mówi, że to drugie, choć niekoniecznie, bo przecież mamy dopiero początek opowieści.

Zastanawiam się też nad językiem, którym bohater snuje opowieść. Sporo w nim wulgaryzmów, nie wątpię, że starannie odmierzonych przez Autorki. Najprościej byłoby powiedzieć, że Aram to prosta, nieskomplikowana żołnierska natura, która, jak to żołnierz, w słowach nie przebiera. Ale to chyba nieprawda, bo poza wzmocnieniami Aram wypowiada się z rozwlekłą swobodną elokwencją, czasem wręcz erudycją. Więc na ślepo stawiam tezę, choć może na wyrost: wulgaryzmy maskują wrażliwą stronę natury bohatera, starają się ją trzymać w ryzach, by nie była za bardzo widoczna. Używanie mocnych słów pozwala Aramowi nie odbiegać od oczekiwanego wzorca wojennego speca, faceta, który ma co najmniej trzy metry wzrostu, jest kuloodporny, a na dodatek ma na na wszystko wywalone.

Z spraw technicznych:

Warto zerknąć na częstotliwość używania spójnika „i”, czasem mnoży się w zdaniach nadmiernie.
MargotNoir pisze:Source of the post To było w jesieni dwa tysiące setnego roku

Wciąż nie mogę przywyknąć do poprawności tej formy, choć muszę się z tym pogodzić. Pewnie sama dla świętego spokoju własnego i czytelnika napisałabym „jesienią”.
MargotNoir pisze:Source of the post Dopiero teraz widzę, jak dobrze rodzice dawali sobie radę, jak zręcznie mnie chronili, żebym nawet nie wiedziała, gdy coś mi groziło.

Zręczniej by brzmiało: żebym nawet nie wiedziała, że mi coś grozi.
MargotNoir pisze:Source of the post Miałam wtedy ochotę iść do tego sztabu, znaleźć tego całego pułkownika Aghayeva, który się nawet nie podpisał sam, chociaż to w jego imieniu z przykrością zawiadamiano

Wiem, powtórzenie zamierzone, ale zobacz co się dzieje: pierwsze „tego” zbiera całą moc i kieruje ją na sztab ( zespół nieznanych ludzi), podczas gdy Apri ma żal do konkretnego pułkownika, który nie podpisał się własnoręcznie na zawiadomieniu. Po „tego sztabu” słowa „tego całego pułkownika” brzmią już słabiej. A gdyby tak opuścić pierwsze? Zastanowiłabym się też nad „sam”, wiadomo, że chodzi o brak własnoręcznego podpisu.
MargotNoir pisze:Source of the post Teraz, jak się nad tym zastanawiam, to właściwie mógłbym powiedzieć, że wpakowałem się w to wszystko na własne życzenie, bo w sumie co mi szkodziło jechać prosto do domu. Sam postanowiłem wracać lasami, no ale z trzeciej strony kto, do licha, mógłby to przewidzieć?

Dlaczego z trzeciej? Niby tak: pierwsza to Yusuf, druga to przekonanie Arama że sam się wpakował, a trzecia to niemożność przewidzenia konsekwencji. Ale zobacz gdzie jest przywołanie Yusufa, a gdzie „trzecia strona”. Pomiędzy mamy spory blok o gorącu, kamieniach i innych sprawach, trudno w tej rozlewności zapamiętać istotę pierwszego zdania, którego konsekwencje sięgają parę metrów dalej. Myślę, że bezpieczniej dla czytelniczego odbioru byłoby pozostać przy dwóch stronach rozważań samego Arama – z jednej strony sam się wpakował, z drugiej, kto mógł przewidzieć.
MargotNoir pisze:Source of the post Jak już mówiłem, wracałem sobie lasem na tej nędznej szkapie, którą mi zazwyczaj przydzielali do powrotów, jak pracowałem sam. Dobrze, że jak zaczynałem robotę, to mnie chociaż prawie na miejsce przerzucili jeepem

Jaki się rozlazły i włażą w szkodę:)
MargotNoir pisze:Source of the post Parchatej wiedźmie też bym pomógł, chociaż do takiej pewnie tylu żołdaków by się nie zleciało... chociaż z trzeciej strony cholera ich tam wie, przecież to Ruscy.

Parchata wiedźma boska, dwa razy „chociaż”, i po kiego on się tej trzeciej strony tak kurczowo trzyma?
MargotNoir pisze:Source of the post bo nasz rozdrożowy "celownik" ma niestety to do siebie, że jak się ubierze beret chociaż trochę krzywo, wygląda się jak ciećwierz.

W co oni te berety ubierali, że ubranko berety musiały nosić na prosto? Beret i części ubrania zakładamy/wkładamy, ubieranie zostawmy choince na Boże Narodzenie:)
MargotNoir pisze:Source of the post bo zaczął targać swojego szefa za rękaw jak dzieciak i coś mu szeptać, wskazując wzrokiem na moją kurteczkę.

Zastanawiam się nad celowością zdrobnienia w tym miejscu. Poprzednio, gdy Aram mówił lekko o elementach swojego umundurowaniu ok, ale tu chyba zwykła kurtka byłaby lepsza, Moim, oczywiście, zdaniem.
MargotNoir pisze:Source of the post - Mogę zerknąć? - spytałem, bo babeczka miała w sobie coś takiego, że poczułem, jakby wtedy ten konkretny kawałek rowu należał do niej i biada każdemu, kto by tego nie uszanował.
.
Niepotrzebne dookreślenie "wtedy". Wiadomo, że nie zawsze, tylko właśnie wtedy, a odczucie odnosi do tej konkretnej sytuacji. Mam wątpliwości do „poczułem”, bo niby jak miał poczuć związek „tego czegoś” z rowem, jakim zmysłem? Może prościej - „...wyglądało, jakby ten konkretny kawałek rowu..?
MargotNoir pisze:Source of the post Miała niski głos, jak na kobietę, ale śmiech miała jasny i srebrzysty jak śpiew piecuszka.

Wiadomo.
MargotNoir pisze:Source of the post Lubię jeziora – paplałem, czując, że Yeva powoli zapominała, jak bardzo podejrzana była w tym czasie i miejscu obecność łazikującego w pojedynkę faceta z dziwnej jednostki, uzbrojonego w lastgenowy karabin szturmowy i zwykłą plujkę do strzelania gwoździami, na zdychającej w oczach chabecie.

Mam z tym zdaniem problem. Po pierwsze, nie wiem czy jakikolwiek facet nazwie swoją, choćby najdurniejszą wypowiedź, paplaniem. Po drugie jeśli „czując” to mówimy o czasie dla nich teraźniejszym, poprawnie w moim odczuciu zdanie powinno brzmieć:
„...czując, że Yeva powoli zapomina, jak bardzo podejrzana jest w tym czasie i miejscu obecność łazikującego w pojedynkę faceta z dziwnej jednostki, uzbrojonego w lastgenowy karabin szturmowy i zwykłą plujkę do strzelania gwoździami, na zdychającej w oczach chabecie.”
MargotNoir pisze:Source of the post Ostrożnie podałem jej najpierw pokrowiec, który przewiesiła sobie przez pierś jak chlebak, a potem Khaybara, ale cofnąłem rękę dopiero, kiedy zobaczyłem, że wzięła go za łoże, porządnie, z rękami z dala od spustu, sprawdziła komorę nabojową, cały czas z lufą w ziemię.

Z palcami z dala od spustu. Jakby nie chciała trzymać Khaybara do sprawdzenia komory, dłoń zawsze znajdzie się w okolicy spustu. Tylko nie wiem, po co w ogóle to robiła, zwykłe zabezpieczenie broni nie wystarczyło? Prawdę mówiąc, oczekiwałam, po sprawdzeniu komory wypnie magazynek i go rozbroi, bo to wygląda jakby się bała, że broń sama z siebie zionie ogniem. Mimo że sama ją posiada i wie jak się z żelastwem obchodzić.
Ale nie to jest dla mnie dziwne, lecz zachowanie Arama, który spokojnie oddaje broń, dopiero co poznanej dziewczynie, martwiąc się jedynie, czy ona aby się przypadkiem nie postrzeli. Wystarczyło mu zapewnienie, „jesteśmy sami”? A co, jeśli skłamała? Przecież nawet nie zajrzał do wnętrza domu, nie był w żadnym pomieszczeniu, nie sprawdził nic, a był sam na nieznanym terenie. Dla mnie, biorąc pod uwagę opisywane czasy i profesję Arama, to on w tej scenie jakby się z choinki urwał. Żołnierz, stary wyjadacz, nie wiadomo komu oddaje najskuteczniejszą broń, jaką posiada i spokojnie patrzy, jak ona znika razem z nieznaną kobietą w domu, którego progu nawet nie przestąpił?I tak dobrze, że resztką przytomności nie oddał wszystkiego łącznie z Trupem jako bonusem. Co też babskie wdzięki potrafią zdziałać:)
MargotNoir pisze:Source of the post Po pierwsze Yeva chyba musiała się wyplątać dość brutalnie z łóżka, bo ocknąłem się z pyskiem w poduszce, a nigdy sam z siebie nie śpię na brzuchu, więc chyba trochę mną tam pomanewrowała, co w zasadzie byłoby dziwne, bo musiałaby być naprawdę krzepką babeczką, żeby dać radę z takim chłopem, jak ja, a ona, no cóż, parę w rękach może by i miała, ale za mało bezwładności i nie miałaby czym nadać momentu pędu, bo wtedy jeszcze była chudzinką, że aż przykro.

Ojej. Jakie długie zdanie i ile w nim odwołań do fizyki, by ostatecznie skonkludować:
MargotNoir pisze:Source of the post Możliwe, że rzeczywiście byłem tak padnięty, że jednak zasnąłem na pływaka sam z siebie.

MargotNoir pisze:Source of the post Było to o tyle problematyczne, że byłem goły jak święty turecki, a moje portki, jak się w świetle dziennym okazało, upierdolone błotem i pyłem z drogi po jaja. Przy łóżku leżały za to świeżo wyprane koszulka i gatki. Gatki – niestety – te, co miałem na sobie poprzedniego dnia, czyli podróżne, a zatem, oględnie rzecz ujmując, dość przewiewne i nie mam tu na myśli kroju. Normalnie może bym się i nie przejmował, tylko, że, no właśnie.
Ściany były z kamienia, izolowane czerwono-żółto-białymi dywanami, a drzwi grube i solidne, z płyty wiórowej obitej deskami, żeby się nie sypała ze starości, a mimo to od razu usłyszałem, co się działo w kuchni. Woda gotowała się w czajniku, Yeva stukała naczyniami, krzątała się i rozmawiała – o ile można to tak określić – z dzieckiem.
Wszystko się zgadzało. Huśtawka, dziwne gadanie, nawet te blizny na jej brzuchu, które swoja drogą wyglądały zajebiście. Pół wieczoru zastanawiałem się, gdzie to młode upchnęła. Chyba je komuś poprzedniego dnia wtryniła, bo teraz pytała, jak tam było u cioci, dziecko gulgotało po swojemu a ona, co zupełnie niepojęte, odpowiadała tak, jakby coś z tego bełkotu rozumiała, albo przynajmniej udawała.
Niby w porządku, nie moja sprawa, tylko, że dzieciakowi jakoś tak głupio było się pokazać w wyświechtanych majciochach, a na kawę miałem straszną ochotę, więc kuchnia wzywała. Na szczęście moja torba była przy łóżku, chociaż nie pamiętałem, żebym ją tam przynosił, więc gdy tylko jakoś się ogarnąłem, wygrzebałem w torbie szczotkę i nią oraz resztkami wody z dzbana doprowadziłem portki do stanu używalności.

Bez względu kobietę, a już tym bardziej niekumatego dzieciaka, facet po prostu włożyłby czyste gacie na tyłek, na nie „portki upierdolone pyłem i błotem po jaja” i tak wystrojony wparadował po kuchni. To na pewno ten sam Aram? Pchał łapę do pyska niedźwiedzia, odwalił ten numer przy grodzi, a teraz przejmuje się, że dzieciak zobaczy go w wyświechtanych gaciach i ma z tego powodu kłopot? Żeby tylko się zastanawiał, byłoby to nawet humorystyczne. Ale on serio wziął się za czyszczenie spodni. Rozumiem, że człowiek to nie monolit i nie zawsze zachowuje się zgodnie z linią wiodącą, ale dla mnie to zbyt duży rozrzut, nawet jak na pokazanie, że chłopak gubi się w cywilnej codzienności.
MargotNoir pisze:Source of the post Chwilę coś tam podumała i przytaknęłą

Literóweczka.
MargotNoir pisze:Source of the post - To co, mogę sobie zrobić tą kawę?

Tę.
 
MargotNoir pisze:Source of the post wzięła oddech, a potem schyliła się i ku mojemu przerażeniu posadziła tą małą na krzesełku obok.

Bez „tą”, innej małej tam nie ma, wystarczy po prostu „małą”
MargotNoir pisze:Source of the post Nie miałem zielonego pojęcia, czy tak się to robi, chociaż idea podawania dziecku ręki wydawała się wtedy jeszcze głupsza.
 
Podawanie ręki ideą? No nie wiem... Raczej zaledwie pomysłem.
MargotNoir pisze:Source of the post Było nie jechać koło tego jeziora, albo przynajmniej wtedy zebrać się i uciekać, gdzie pieprz rośnie, a nie, że jak idiota jeszcze na odchodnym zaproponowałem, że jakbym miał kiedyś czas, to wpadnę

Myślę, że pierwszego „że” można się spokojnie wyzbyć.

I jeszcze jedno: świetnie opisane zachowanie dziecka. Dziewczynka mówi ruchem, a ruch przekłada się na jej emocje. Widać, naprawdę widać.

Ogólnie: całość bardzo się podoba, czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam:)



Awatar użytkownika
szopen
Umysł pisarza
Posty: 913
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: szopen » wt 07 sie 2018, 16:23

MargotNoir pisze:Source of the post Ale tak, jeśli didaskalia drażnią, to są do przemyślenia i może do częściowej likwidacji, tylko może nie pójdziemy konkretnie w tym kierunku.


Nie, mnie nie drażnią. Podpisuję się obiema rękami pod Twoją argumentacją.

Tekst fajny, ponieważ przemielony przez innych, nie mam zbyt dużo do dodania.

Natomiast:

Widać, że starasz się, by Aram i Arpi brzmieli inaczej i czasami to wychodzi, a czasami nie. To znaczy, jednak ich wypowiedzi brzmią do siebie czasami podobnie. Arpi lubi długie zdania, z wtrąceniami, ciągnące się od przecinka do przecinka i Aram również. Ja bym trochę jednak styl Arama spróbował pociąć i tych długich zdań mu powycinać. Jeszcze raz dodam - widać, że starałaś się, by mieli swój styl i to wychodzi - ale nie wychodzi zawsze i nie wychodzi idealnie, a do idealnego wychodzenia powinniśmy dążyć, no nie?

Dodam jeszcze, że długich zdań nie lubię, czytania na komputerze nie lubię również - a jednak Twój tekst przeszedłem do końca i nawet bez specjalnego zmuszania się. Oznacza to, że na papierze musiałoby się czytać już całkiem przyjemnie. Styl jakoś tak bardziej mi pasuje do prozy "głównonurtowej", niż rozrywkowej, tak przy okazji, ale to nie jest ani pochwała, ani przytyk, po prostu uwaga na marginesie.


radomirdarmila.pl

a

Awatar użytkownika
Marzyciel
Pisarz domowy
Posty: 81
Rejestracja: wt 13 mar 2018, 21:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: Marzyciel » wt 07 sie 2018, 18:25

MargotNoir pisze:- Obejdzie się! - Masz racje, ton takiej wypowiedzi czuć od razu, tylko, że tak mówi wieśniaczka

Rzuciłem to tylko przykładowo, zaznaczyłem również że niekoniecznie będzie pasować do bohaterki. Po prostu można uniknąć wielu przysłówków poprzez odpowiednie poprowadzenie rozmowy.
MargotNoir pisze:Ale tak, jeśli didaskalia drażnią, to są do przemyślenia i może do częściowej likwidacji, tylko może nie pójdziemy konkretnie w tym kierunku.

Czepiam się, bo sam teraz nad tym pracuje. Obrałem strategie „Przysłówek twój wróg”. Widzę u siebie zauważalne postępy. Widzę też, że tak to robią mistrzowie dialogów. Myślę, że mój punkt widzenia będzie dobrze widoczny, gdy odejmiesz didaskalia i zostawisz gołą rozmowę.
MargotNoir pisze:ale akurat "spytała teatralnym szeptem" jest raczej dość potrzebne. Jak inaczej sobie wyobrazić, jak zostało zadane to pytanie?

Ja rozprawiłbym się z tym w poprzednim akapicie.


„Druga gwiazda na prawo, i prosto, aż do poranka". J.M. Barrie

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 1/3 (obyczajówka, post-apo, humor, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » wt 07 sie 2018, 21:50

Jestem pod wrażeniem :) Kolejna fala wnikliwych i cennych komentarzy. Prawdziwe żniwa i raj dla wrzucacza.

szopen pisze:Source of the post Widać, że starasz się, by Aram i Arpi brzmieli inaczej i czasami to wychodzi, a czasami nie. To znaczy, jednak ich wypowiedzi brzmią do siebie czasami podobnie. Arpi lubi długie zdania, z wtrąceniami, ciągnące się od przecinka do przecinka i Aram również. Ja bym trochę jednak styl Arama spróbował pociąć i tych długich zdań mu powycinać. Jeszcze raz dodam - widać, że starałaś się, by mieli swój styl i to wychodzi - ale nie wychodzi zawsze i nie wychodzi idealnie, a do idealnego wychodzenia powinniśmy dążyć, no nie?


Hmm, a gdyby tak pociąć Arpi, a Arama zostawić nietkniętego? Rzeczywiście warto dążyć do doskonałości, ale akurat zależy nam na tym, żeby właśnie indywidualną cechą wypowiedzi Arama były te potwornie przerośnięte zdania.

szopen pisze:Source of the post
Dodam jeszcze, że długich zdań nie lubię, czytania na komputerze nie lubię również - a jednak Twój tekst przeszedłem do końca i nawet bez specjalnego zmuszania się.

Bardzo miło to słyszeć. Dzięki!


Krążownik pisze:Source of the post Z założenia raj powinien być lepszy od każdego innego miejsca. Imo zły dobór słów, tutaj praktycznie każdy synonim zaświatów/śmierci będzie brzmieć lepiej.


Słuszna uwaga. Zafiksowałam się na skojarzeniu, że „raj” jest równoznaczny ze śmiercią, która jest zasadniczo zła. Kwestie jakościowe jakoś umknęły.

Krążownik pisze:Source of the post niby wiadomo, o co chodzi i jak poprzednio, ja znów wyrażałbym się jaśniej. Tu wystarczy dać imię konia z wielkiej. Imo warto upewnić się, że ktoś nie pomyśli sobie, iż Aram jest nekromantą


Słuszna uwaga.

Krążownik pisze:Source of the post tym przypadku przy "tylko że" jest cofanie przecinka, to wyżej sprawia, że nie mam pojęcia jak rozumieć zdanie. "(...)przejmował, tylko że... no właśnie"?


Rzeczywiście zmiana interpunkcji pomaga.

Marzyciel pisze:Source of the post Czepiam się, bo sam teraz nad tym pracuje. Obrałem strategie „Przysłówek twój wróg”.



Z tym się zgadzam. Rzeczywiście przysłówki czynią didaskalia sztywnymi i ciężkostrawnymi. Czy jednak całkiem pozbywać się didaskaliów? To chyba rzeczywiście kwestia indywidualna.
Ja osobiście bardzo nie lubię dialogów ich pozbawionych. Lubię smakować sytuację, mowę ciała postaci, mimikę, a dodatkowo mam coś takiego, jak „czytanie real time”. Jeśli postaci nie mówią szybko i nie wchodzą sobie w słowo, to potrzebuję didaskaliów, by to poczuć. Czas zajęty czytaniem didaskaliów odpowiada naturalnej przerwie w dialogu.

Krążownik pisze:Source of the post Z tego wynika, że oczy nie do końca są częścią twarzy...


Racja.

Figiel pisze:Source of the post Ogólnie, bardzo mi się podobało, choć straszliwie się w tym fragmencie Aram rozgadał, wręcz rozgawędził. To nowa odsłona, bo poprzednio mówił stosunkowo niewiele i mądrze, a tu mamy trochę komika, który sobie bajdurzy o różnościach. Ale fajnie bajdurzy, więc może.


Czekałyśmy na Twój komentarz :) Ostro bierzesz się do rzeczy. Bardzo dziękujemy za wnikliwość, wręcz rentgenowską analizę.

Słuszna uwaga. Troszeczkę za wcześnie, by rozmawiać tutaj o całej kreacji postaci Arama, która jest dość złożona.

Przyznajemy, że faktycznie czasami postaci nam się wymykają, są za mało spójne. Po namyśle zaczyna docierać, że Soren rzeczywiście - tak, jak zauważyłaś - jeździ za szeroko po spektrum od wystraszonego chłopczyka do dowódcy, trzymającego swoich ludzi twardą ręką. Aram też chyba czasami jeździ niepotrzebnie, ale tutaj masz świetną intuicję.

W scenie przy ognisku miał być troszkę inny. Przede wszystkim pijany. In vino veritas, a z Arama alkohol wyciąga jego prawdziwą naturę: człowieka refleksyjnego i do pewnego stopnia zgorzkniałego. Poza tym rozmawia tam z Sorenem przeczuwając, że akurat jemu nie zaimponuje niekończącymi się opowieściami o przygodach dzielnego wojaka. Kiedy jednak trzeba oczarować narybek i pokazać fasadę przeza*bistego, kuloodpornego wojennego speca, Aram potrafi gadać o sobie godzinami.


Figiel pisze:Source of the post Więc na ślepo stawiam tezę, choć może na wyrost: wulgaryzmy maskują wrażliwą stronę natury bohatera, starają się ją trzymać w ryzach, by nie była za bardzo widoczna. Używanie mocnych słów pozwala Aramowi nie odbiegać od oczekiwanego wzorca wojennego speca, faceta, który ma co najmniej trzy metry wzrostu, jest kuloodporny, a na dodatek ma na na wszystko wywalone


To dalszy ciąg tej samej bardzo trafnej obserwacji. Masz rację dostrzegając, że Aram jest pozerem. Częściowo przez to, w jakim środowisku dorastał. Częściowo przez to, że (jak już zostało zasugerowane) ma powody, by czuć, że musi coś udowadniać. O tym będzie więcej w kolejnej wrzutce, ale już tutaj Aram przyznaje się, że nie jest „pełnowartościowym żołnierzem”. Może nie będziemy teraz za dużo odsłaniać, by nie uprzedzać wypadków przed kolejną wrzutką. Z czystego egoizmu – po to, żeby zobaczyć, czy zawarte w tekście sugestie są czytelne.


Figiel pisze:Source of the post Ciekawe, więc kim Aram jest ”bardziej” - właśnie ojcem i partnerem rodzinnym, czy żołnierzem. Intuicja mówi, że to drugie, choć niekoniecznie, bo przecież mamy dopiero początek opowieści.


Kolejna wrzutka odpowie na to pytanie.

Oby nie okazała się rozczarowaniem. Tekst miał być wprawką, zatem przy kolejnej wrzutce pożegnamy się na jakiś czas z gawędziarskim stylem Arama, bo rolę narratora przejmie ktoś inny. Mają być ćwiczenia, więc będą ćwiczenia i jazda po całym spektrum stylistyki.

Figiel pisze:Source of the post nie mogę przywyknąć do poprawności tej formy, choć muszę się z tym pogodzić. Pewnie sama dla świętego spokoju własnego i czytelnika napisałabym „jesienią”.


Nam obojętne, więc może być i tak.


Figiel pisze:Source of the post zręczniej by brzmiało: żebym nawet nie wiedziała, że mi coś grozi.


Angielskie następstwo czasów wraca jak mantra. Tak, po polsku jest inaczej. Trzeba walczyć ze złym nawykiem.

Figiel pisze:Source of the post Wiem, powtórzenie zamierzone, ale zobacz co się dzieje: pierwsze „tego” zbiera całą moc i kieruje ją na sztab ( zespół nieznanych ludzi), podczas gdy Apri ma żal do konkretnego pułkownika, który nie podpisał się własnoręcznie na zawiadomieniu. Po „tego sztabu” słowa „tego całego pułkownika” brzmią już słabiej. A gdyby tak opuścić pierwsze? Zastanowiłabym się też nad „sam”, wiadomo, że chodzi o brak własnoręcznego podpisu.


Tak. Zdecydowanie tak. Dzięki. Wspaniale, że zauważasz takie niuanse.

Figiel pisze:Source of the post Po pierwsze, nie wiem czy jakikolwiek facet nazwie swoją, choćby najdurniejszą wypowiedź, paplaniem.


True.

Figiel pisze:Source of the postPo drugie jeśli „czując” to mówimy o czasie dla nich teraźniejszym, poprawnie w moim odczuciu zdanie powinno brzmieć:


Angielskienastępstwoczasówjezukiedyjasięodzywczaję...


Figiel pisze:Source of the post Myślę, że bezpieczniej dla czytelniczego odbioru byłoby pozostać przy dwóch stronach rozważań samego Arama – z jednej strony sam się wpakował, z drugiej, kto mógł przewidzieć.


Figiel pisze:Source of the post i po kiego on się tej trzeciej strony tak kurczowo trzyma?


A może trzecią stronę zostawić chociaż tam, gdzie wszystkie trzy strony są bardzo blisko i wiadomo, o co chodzi?

Figiel pisze:Source of the post Jaki się rozlazły i włażą w szkodę:)


Poradził sobie z niedźwiedziem, poradzi sobie i z jakami :)


Teraz scena przekazania karabinu. Tak coś czułam, że trzeba się będzie gęsto tłumaczyć.

Aspekt pierwszy:

Figiel pisze:Source of the post z palcami z dala od spustu. Jakby nie chciała trzymać Khaybara do sprawdzenia komory, dłoń zawsze znajdzie się w okolicy spustu.


Można to było inaczej opisać. Wzięła go tak, jak wzięła, a potem przesunęła rękę?

Figiel pisze:Source of the post
Tylko nie wiem, po co w ogóle to robiła, zwykłe zabezpieczenie broni nie wystarczyło? Prawdę mówiąc, oczekiwałam, po sprawdzeniu komory wypnie magazynek i go rozbroi, bo to wygląda jakby się bała, że broń sama z siebie zionie ogniem. Mimo że sama ją posiada i wie jak się z żelastwem obchodzić


Zastanawiałam się nad wyjęciem magazynku, ale uznałam, że Aram mógłby w ogóle nie przewozić broni gotowej do strzału. Jest na terenie własnego kraju, na terenie nieobjętym działaniami. Chce spać w rowie. Czuje się w miarę bezpiecznie. Magazynka mogło od początku nie być... ale racja, to nie zostało jasno napisane.

Jeśli chodzi o sprawdzanie komory, to tutaj research był. Aram stwierdza, że ceni taką kulturę obchodzenia się z bronią u cywila, chociaż śmiałby się, gdyby któryś z jego kolegów tak uważał. Wiele instrukcji obchodzenia się z bronią „dla laików” zaleca właśnie na taką absurdalną ostrożność. Zakładanie, że broń się sama naładuje, jeśli się ją na chwilę spuści z oka. Sprawdzanie po milion razy. Brak zaufania dla samego zabezpieczenia. W jednej z instrukcji dosłownie padały zdania, żeby spodziewać się inwazji złośliwych krasnoludków i nawet, jeśli mamy 99.999999% pewności, że karabin nie wystrzeli, traktować go tak, jakby był nabity.

Jak już pisałam, ja sama osobiście nie mam doświadczenia z bronią palną poza (poza kilkoma próbami z kabekaesem, które ostatecznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem do niczego). Blanc Margot już w ogóle. Jej fetysz militarny jest w zaniku. Za aspekty militarno-eksplozyjno-taktyczno-techniczne w całym tym galimatiasie w 100% odpowiadam sama i posiłkuję się głównie Internetami (po części tylko opowieściami taty – prawie-że-niedoszłego-sapera) więc nie będę się upierać. Niemniej jednak „tak pisało w Internecie”, więc to musi być prawda ;)

Aspekt drugi:

Figiel pisze:Source of the post nie to jest dla mnie dziwne, lecz zachowanie Arama, który spokojnie oddaje broń, dopiero co poznanej dziewczynie, martwiąc się jedynie, czy ona aby się przypadkiem nie postrzeli. Wystarczyło mu zapewnienie, „jesteśmy sami”? A co, jeśli skłamała? Przecież nawet nie zajrzał do wnętrza domu, nie był w żadnym pomieszczeniu, nie sprawdził nic, a był sam na nieznanym terenie. Dla mnie, biorąc pod uwagę opisywane czasy i profesję Arama, to on w tej scenie jakby się z choinki urwał


Dwie pary wdzięków na pewno miały w tym swój udział...

A tak serio:

Ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony uwaga jak najbardziej słuszna. Z drugiej jest coś, co usprawiedliwiałoby zachowanie Arama. Może trzeba było to bardziej uwypuklić?

Nie mówię, że na 100% mam rację, chcę tylko pokazać sposób myślenia, który doprowadził do stworzenia takiej sceny. Co Ty na takie wyjaśnienie:

Po apokalipsie świat jest pogrążony w konflikcie na tle etnicznym. Może rzeczywiście tutaj jeszcze tego nie widać. W każdym razie podejście ludzi z 2100 roku różni się od naszego, a przypomina bardziej podejście ludzi z XVIII czy XIX wieku. My, jako obywatele globalnej wioski o wiele większą wagę przykładamy do cech indywidualnych, charakteru, wartości. Częściowo wiąże się to z liberalizmem i wiarą w to, że tylko czyny (a nie pochodzenie czy religia) decydują o tym, jakim ktoś jest człowiekiem. Częściowo z przyzwyczajeniem do życia w społeczeństwie stanowiącym mieszankę ludzi o bardzo różnych światopoglądach i systemach wartości.
To jednak dość nowy sposób widzenia sprawy. Przez całe wieki etniczność, urodzenie, pochodzenie, wiara, w jakiej ktoś został wychowany – to wszystko określało, jak oceniano człowieka. Opisywany przez nas świat właśnie taki jest. Nasz gatunek ma tendencję do tego, by w obliczu kryzysu jednoczyć się w ramach grupy ludzi podobnych do siebie genetycznie. To jeden z podstawowych instynktów.

Może trzeba było dłużej się nad tym tematem pastwić. Na razie w „Bez powrotu” pojawia się informacja, że na świecie zostało bardzo mało ludzi, a szybka komunikacja i podróże są mocno utrudnione. Wracamy więc do sytuacji z XVIII/XIX wieku. Nie ma globalnej wioski.

W tym konkretnym tekście są takie wskazówki:

Yeva z początku ma problem z zaufaniem Aramowi, ale są dwa momenty, które ją przekonują. Po pierwsze słyszy, jak Aram mówi po ormiańsku. To rozwiewa wątpliwości, czy jest jej rodakiem. Potem Aram wymienia swoją krewną, którą Yeva znała. To pokazuje, że jest „swojakiem”. Dzięki tym dwóm informacjom Yeva decyduje się zaprosić pod swój dach człowieka, który mógłby ją skrzywdzić. Nie obawia się gwałtu, bo nie da się zgwałcić chętnego, ale mogłaby się bać, że zostanie okradziona albo zmaltretowana w przypływie agresji niestabilnego żołnierza. Mimo to, decyduje się mu zaufać i to w pełni, kiedy tylko Aram wymienia ciocię Rusiko. To, że Aram przedstawia się jako „swojak” całkowicie wystarczy Yevie jako gwarancja, że jest przy nim bezpieczna. Zresztą to jest dość zrozumiałe w małych społecznościach, w których praworządność jest oparta na osobistych znajomościach między ludźmi i na ostracyzmie. To paradoksalnie bardzo naturalny i instynktowny mechanizm, a dopiero ostatnie dziesięciolecia i życie w ogromnych społeczeństwach (przy praktycznym zaniku czegoś takiego, jak społeczność) odzwyczajają nas od takich naturalnych mechanizmów, stojących na straży bezpieczeństwa.

Arpi zresztą wcześniej wspomina o tym samym zjawisku. Yeva potrzebowała strzelby, by bronić się przed żołnierzami z państw sojuszniczych, którzy „nie byli rodakami i myśleli, że przez to mogą nas traktować inaczej, niż swoje własne matki i siostry”. To wskazuje, że w tamtej kulturze i rzeczywistości kobieta może się spodziewać ochrony i uprzejmości ze strony każdego mężczyzny, z którym dzieli ojczyznę.

To samo działa w drugą stronę. Wzajemna lojalność w ramach jednego narodu, lojalność cywili i żołnierzy uwikłanych w ten sam konflikt wystarczy, by Aram zaufał Yevie. Jest przyzwyczajony, że cywile pomagają. Że szanują żołnierzy.

Ta scena miała zaskakiwać, a jednocześnie przez to zaskoczenie pokazywać, w jakiej rzeczywistości funkcjonują obywatele dwudziestodrugowiecznej Armenii.

Co Ty na to po takiej argumentacji?


Figiel pisze:Source of the post facet po prostu włożyłby czyste gacie na tyłek, na nie „portki upierdolone pyłem i błotem po jaja” i tak wystrojony wparadował po kuchni. To na pewno ten sam Aram? Pchał łapę do pyska niedźwiedzia, odwalił ten numer przy grodzi, a teraz przejmuje się, że dzieciak zobaczy go w wyświechtanych gaciach i ma z tego powodu kłopot? Żeby tylko się zastanawiał, byłoby to nawet humorystyczne. Ale on serio wziął się za czyszczenie spodni. Rozumiem, że człowiek to nie monolit i nie zawsze zachowuje się zgodnie z linią wiodącą, ale dla mnie to zbyt duży rozrzut, nawet jak na pokazanie, że chłopak gubi się w cywilnej codzienności.


Znowu twardy orzech. Z jednej strony masz rację, z drugiej... może sprawa rozbija się o pojęcie brudu? Faktycznie wizja zaprawionego w bojach wojaka glancującego spodnie jest komiczna, z drugiej... spodnie po robocie czasami są tak brudne, że nie da się nawet nigdzie usiąść, bo zostawia się ślady, a przy każdym kroku błoto osypuje się na podłogę. Z trzeciej strony :) dom Yevy to nie pałac w Wilanówku, więc może faktycznie Aram by sobie darował?


Figiel pisze:Source of the post z „tą”, innej małej tam nie ma, wystarczy po prostu „małą”


Zaiste.

Figiel pisze:Source of the post Podawanie ręki ideą? No nie wiem... Raczej zaledwie pomysłem.


Istotnie.

Figiel pisze:Source of the post Tę.


No weź. Prosty żołdak, a ma pamiętać, że tę, a nie tą?

Figiel pisze:Source of the post
I jeszcze jedno: świetnie opisane zachowanie dziecka. Dziewczynka mówi ruchem, a ruch przekłada się na jej emocje. Widać, naprawdę widać.

Dzięki! Bardzo miło się czyta takie uwagi :)


Marzyciel pisze:Source of the post rozprawiłbym się z tym w poprzednim akapicie.


Ale w sensie, że tak:
Mała pociągnęła Yevę za ubranie, zerkając to na nią, to na mnie. Teatralnym szeptem spytała:
- To to?

?

Jeszcze raz ogromne dzięki dla wszystkich!




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości