Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Regina Domino
Szkolny pisarzyna
Posty: 30
Rejestracja: wt 04 gru 2007, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: Regina Domino » pn 13 sie 2018, 20:03

Cześć! Dawno mnie tu nie było więc postanowiłam wrócić i wrzucić fragment niedokończonej powieści. Ciekawa jestem opinii :o
Pozdrawiam :wink:


Rozdział 1

W którym wykazuję się niebywałą głupotą a potem zmieniam całe swoje życie

Gdyby tylko odwołanie całej tej szopki było możliwe nie wahałbym się nawet chwili. Niestety członkowie rodziny królewskiej muszą przestrzegać świętej tradycji nawet za cenę własnych pragnień. Przygotowania do rejsu trwały od kilku miesięcy i rodzice nigdy nie wybaczyliby mi gdybym zrezygnował. Jednym słowem - sytuacja bez wyjścia. W takich momentach Bertie lubił powtarzać, że jedyne co można zrobić to poddać się biegowi wydarzeń.  
Był jasny, wietrzny poranek. Orkiestra nadworna stroiła instrumenty do hymnu na moją cześć, przybysze z całego miasta tłumnie zapełnili Siromi, dziesiątki kolejnych statków przecinały niebo. Wszyscy mieli podziwiać triumf lub porażkę księcia. Do rozpoczęcia ceremonii zostało pięć minut a ja próbowałem zawiązać buta.

- Naprawdę, mogę ci z tym pomóc, nie bądź uparty, Alex – westchnął Bertie przewracając oczami. Jego także zżerało zdenerwowanie. Patrzył na moje zmagania z rosnącą irytacją. Jak zawsze w tym swoim długim do ziemi czarnym, kaszmirowym płaszczu i ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nie polepszasz mojej sytuacji – syknąłem.

Cholerne sznurówki! Minęło dwadzieścia lat a wciąż sprawiały mi problemy. A to przecież dopiero czubek góry lodowej. Za chwilę będę musiał opuścić pokój, wyjść na plac obserwowany przez tysiące ciekawskich oczu i dokonać Ożywienia Anny Kareniny (długo zastanawiałem się nad imieniem dla mojej brygantyny i w końcu wybrałem to – klasyczna bohaterka tragicznego romansu, która skończyła żywot pod kołami pociągu, wydawała się najodpowiedniejszą opiekunką dla statku, przynajmniej w tamtym momencie).
Już oczami wyobraźni widziałem niezadowolone miny rodziców, jeśli w ogóle wiedzą kim była Anna – w dzisiejszych czasach, gdy ludzie woleli raczej tułać się po świecie czytanie książek, zwłaszcza tych sprzed pięciu wieków nie należało do popularnych zajęć. Ale ja miałem inne priorytety. Zamiast nauki strzelania i żeglowania preferowałem studiowanie historii. Bardziej od rozwlekłych dysput na tematy związane z etykietą dworu lub powinnościami królewskiego syna ceniłem spacery po Wyspie i podziwianie przyrody. Nauczyciele i guwernanci rwali sobie włosy z głowy, uskarżali się na moje zachowanie, ale nikt nie mógł nic na to poradzić – taki już byłem. Przynajmniej tego mi nie odebrali. Ostatecznie jednak nie było innego wyjścia jak tylko wypełnić zobowiązania – wyruszyć w trzymiesięczną podróż inauguracyjną a potem przejąć schedę po władcy. Nadal nie mieściło mi się to wszystko w głowie. Teraz tylko rozwiązane sznurówki dzieliły mnie od rozpoczęcia show.

Bertie westchnął tak znacząco, że musiałem na niego spojrzeć.

- Okay, okay – powiedziałem zrezygnowany napotkawszy jego spojrzenie, które natychmiast zmiękło. Miał wielkie oczy barwy falujących na wietrze zbóż.

Podszedł bliżej, a właściwie przemknął cicho, płynnie niczym cień. Potem ukucnął i jednym ruchem zawiązał mi buta. Nagle zachciało mi się płakać. Było to całkowicie obezwładniające uczucie i nim zdążyłem coś zrobić łza spłynęła po policzku. Bertie ujął mnie za lewą rękę, jedyną, która mi została i ucałował ją.

- Nie płacz, mój książę – szepnął. – Jestem przy tobie i jeśli trzeba, będę zawiązywał ci te sznurówki do końca życia.
- To nie dlatego, głuptasie – jęknąłem zatroskany własną słabością. Nie chciałem żeby widział mnie takiego, ale prócz niego nie miałem na tym świecie nikogo przed kim mógłbym być sobą, prawdziwym sobą. Nawet gdybym udawał on rozpoznałby kłamstwo. Za dobrze mnie znał.
- Wiem – odpowiedział. Po raz pierwszy tego dnia na twarzy Bertiego pojawił się uśmiech. Wstał i poklepał mnie jeszcze po ramieniu. - Nic się nie martw, wszystko pójdzie dobrze. Wylecisz w podróż, poznasz świat.
- To mnie nie pociesza. I tak nie będę mógł robić tego czego bym chciał.
- Ale przynajmniej będziesz daleko stąd.
Westchnąłem.
- To nic nie znaczy.

Bertie pokręcił głową.

- Mój ty pesymisto.

Przez chwilę wyglądał za okno. Niebo było okrutnie błękitne, słońce świeciło z całą mocą. Gwar narastał co świadczyło o niechybnie nadciągającym początku ceremonii. A ja stałem tak cały sztywny próbując uspokoić zszargane nerwy. Nic z tego. Serce i tak zabiło mi mocniej, gdy rozległy się kroki w korytarzu. Wkrótce do pokoju wpadł szambelan. Skłonił się lekko i podjął oficjalnym tonem:

- Książę Aleksandrze, prosimy cię o przybycie na miejsce próby.

Bez słowa uniosłem wyżej podbródek imitując władczy gest króla. Potem ruszyłem do wyjścia w takiej pozie opanowanego i pewnego siebie. Ostatecznie cały z trudem osiągnięty efekt zepsuł Bertie.

- Książę, zaczekaj – powiedział a ja usłuchałem go niczym pies swojego pana. Z piekącymi ze wstydu policzkami czekałem aż on poprawi mi mundur i pelerynę. Gdy skończył dałem znak szambelanowi, żeby kontynuował i wszyscy wyszliśmy z pokoju. Byłem za bardzo zdenerwowany, żeby dąsać się na Bertiego jednak zapisałem sobie w pamięci, żeby dać mu srogą reprymendę za niestosowne zachowanie, gdy już zaczniemy rejs.

Przemierzając długi jak wnętrzności węża korytarz cały czas ćwiczyłem przemowę. Rozgrywałem też w myślach różne możliwe sceny. Na przykład: rzucam zaklęcie a statek nie ożywa, albo ożywa a zaraz zamiera a potem jest wrzask, gwizdy i śmiech – słowo daję chyba bym tego nie przeżył. Ale w głębi duszy choć to niewiarygodne żarzył mi się płomyk nadziei, że być może wszystko pójdzie jak z płatka a ludzie będą wiwatować na moją cześć.
Snułem także i dalsze scenariusze, o podniebnej żegludze z załogą złożoną z obcych mężczyzn, komenderowaniu i wypełnianiu każdego przepisowego zadania z Księgi Przykazań, które studiowałem przez ostatnie lata… Gdybyście poprosili o przytoczenie jakiegoś z pamięci to musiałbym przyznać ze wstydem, że nie pamiętam ani jednego bez zaglądania do ściągawki. Takie to było interesujące, doprawdy. Nie mówiąc już o tych razach otrzymanych od wściekłych nauczycieli („Ile jeszcze będziemy to powtarzać nim zapamiętasz?!” ).

Więc tak sobie szliśmy przez korytarz a ja miałem to stado myśli w głowie, które wcale nie pomagały. Na domiar złego ciało z nerwów zrobiło mi się miękkie i rozlazłe jak galareta. Dziwne, że ludzie zwykle uważali mnie za spokojną osobę, gdy w środku szalała burza.
W końcu stanęliśmy przed wrotami. Chociaż były zamknięte ja czułem się tak jakbym już zajmował miejsce na placu przed zgromadzoną wielotysięczną widownią. Ich wścibskie oczy już się we mnie wwiercały. Słychać nawet było drwiny. Wykonałem głęboki wdech strofując się w duchu „koniec tego biadolenia, do roboty!”. Szambelan skinął lekko głową, chyba dla dodania otuchy, ale ja skupiłem całą uwagę na lekko uśmiechniętym Bertiem, który stanął teraz po mojej prawicy. Jego spojrzenie było najważniejsze. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Szambelan pchnął wrota i wyszliśmy na plac.

Siromi stanowił centrum wyspy, przedsionek dworu królewskiego oraz największy port komercyjny w kraju. Było to też święte miejsce, jedyny skrawek ziemi należnej staremu światu sprzed wybuchu termonuklearnego, który zniszczył Ziemię piętnaście lat temu. A więc najodpowiedniejsza lokalizacja do tego typu imprez. Mi kojarzył się natomiast z zabawami w berka i chowanego a także a może przede wszystkim ze srogim głosem ojca, gdy kolejny raz zostałem przyłapany na podjadaniu jabłek z pobliskich straganów. Życie w pobliżu Siromi wiązało się z wieloma upokorzeniami. Próbując przegonić natrętne wspomnienia, gotowy na wszystko co miało mnie spotkać ruszyłem ku Trybunałowi.

Honorowe miejsce po środku placu zajmowała rodzina królewska oraz pięcioosobowa Rada Główna, wszyscy w odświętnych czarnych mundurach i pelerynach przetykanych złotem i kamieniami szlachetnymi, które błyszczały oślepiająco w słońcu. Długie, puszczone luźno włosy szargał im wiatr. Rytualny, bardzo mocny makijaż na twarzach sprawiał, że wyglądali jak manekiny, na wpół żywe istoty o nieprzejednanych, pustych spojrzeniach. Gdy zmierzałem w ich stronę stali zupełnie nieruchomo. Natomiast zgromadzona wokół gawiedź wyciągała ciekawsko głowy, gadała i pokazywała na mnie palcami. Ponieważ była to druga Królewska Ceremonia Ożywienia w historii oczywiście wzbudzała wiele emocji.

Na chwilę zapomniałem o całym dotychczasowym strachu i wstydzie. Zobaczyłem bowiem moją Annę Kareninę w całej okazałości. Unosiła się całkiem swobodnie kilka metrów nad ziemią. Jej podłużny cień ogarniał połowę placu. Wszystkie żagle były postawione, dziób miała skierowany w niebo i wyglądało to tak jakby statek nieożywiony jeszcze już prężył się niczym drapieżny kot, podekscytowany i gotowy do drogi.

Serce drgnęło mi w piersi. Dotąd uznawałem wszystkie te powinności za karę lecz teraz po raz pierwszy pomyślałem: „może jednak się mylę?”. Jedno spojrzenie na srogie twarze rodziców starczyło jednak, by ostudzić mój zapał. Dotarliśmy przed oblicza Rady. Szambelan złożył pokłon i odwrócił się w moją stronę kiwając głową. Na ten znak wokół zaległa cisza, w której padłem na kolana oficjalnie pozdrawiając Trybunał. Potem cicho zmówiłem modlitwę polecającą moją próbę opiece Najwyższego. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć twarzy Bertiego. Jednak świadomość, że stoi w niewielkiej odległości za mną dodawała mi odwagi. Wstałem z klęczek.

- Książę Aleksandrze – zwrócił się do mnie ojciec. – Nadszedł dla ciebie dzień próby. Dziś dokonasz ożywienia okrętu i wyruszysz w swój pierwszy rejs. To będzie inauguracja i uświęcenie obowiązku, który na ciebie czeka. Już za trzy miesiące przejmiesz władzę, na twoich barkach spocznie los tego państwa. Czy jesteś gotowy?

- Tak – odpowiedziałem. Mój głos zabrzmiał piskliwie i nieprzekonywująco. Zdawało się, że zginął pochłonięty przez rozległą przestrzeń Siromi. Ojciec skinął głową aprobując moją decyzję, ale oczy nadal miał zimne. Ile to już razy obdarzał mnie tym spojrzeniem?

- Zaczynajmy więc – rzekł.

Rozległy się pierwsze takty hymnu granego przez orkiestrę i na plac wmaszerował oddział dwunastu mężczyzn dowodzony przez Admirała Jacobsa, siwego mężczyznę o postawie niedźwiedzia. Odznaczał się wybitnymi zasługami i nieposzlakowaną opinią człowieka walecznego, honorowego i stojącego na straży tradycji, czym zaskarbił sobie przyjaźń króla. Dlatego też spośród kilkunastu innych równie wybitnych Admirałów to właśnie jego spotkał zaszczyt przewodniczenia mojemu inauguracyjnemu rejsowi. Ustawił swój oddział w niewielkim oddaleniu od Anny Kareniny.

Potem odbył się cały ten nadęty żołnierski ceremoniał – salutowanie, prezentowanie broni, musztra. Obserwowałem to z chłodnym zainteresowaniem, oceniając ludzi, z którymi miałem wypłynąć. Stanowili oni kwintesencję tego wszystkiego czym gardziłem – dyscyplina i wykonywanie rozkazów, sztywne wojskowe ramy. Niestety teraz i ja będę musiał się im podporządkować.

Przebrzmiały ostatnie takty i orkiestra umilkła. Żołnierze złożyli broń na piersi, stanęli na baczność, stuknęli obcasami. Plac wypełnił dźwięk jak strzał armaty. I Admirał wydał komendę:

- Spocznij.

Potem zasalutował przekazując mi w posiadanie swój oddział. Starannie dobrany kwiat żołnierskiej braci. Rzygać się chciało. Oddałem mu pokłon jednak nie głębszy niż jego własny. Zasalutował jeszcze raz. I oto miała rozpocząć się ostateczna próba.
Z szeregu Trybunału wystąpił Lambert - Najwyższy Biskup i podszedł do chłopców czyniących posługę. Odmówił modlitwę namaszczającą święty sztylet, wzniósł go do nieba inkantując dalsze zaklęcia. Chociaż wielokrotnie wcześniej czytałem w podręcznikach na temat przebiegu tego obrządku, odbierałem nauki od nauczycieli, nie mówiąc już o próbie generalnej to nigdy wcześniej nie byłem tak przerażony. Sztylet zaczął jaśnieć delikatnym światłem i zdało się, że mnie przyzywa. Szepcze. To światło szeptało. Wiatr dmuchnął mocniej targając nas za włosy i ubrania. Anna Karenina drgnęła ledwo zauważalnie jakby już miała startować a jej żagle nadęły się nabierając powietrza i załopotały głośno.

- Powierzam ci tą błękitną krew. Czyń teraz swą powinność – zawołał Biskup. – Podejdź książę.

Przełknąłem ślinę i wziąłem głęboki wdech. Polecenie wykonałem wolno jak we śnie. Dłoń i nogi zaczęły mi drżeć, ale już nie było odwrotu. Biskup ujął mnie za rękę. Wzrok miałem skupiony na ostrzu, które opadało ku mojej skórze, ale kątem oka zarejestrowałem też wstrząs na twarzy matki, obojętność na pozostałych i wygładzone troską rysy tej ostatniej, najważniejszej – twarzy Bertiego. Wiedziałem, że z chęcią zająłby moje miejsce. Byliśmy jak bliźniaki, od małego razem, nie odstępowaliśmy się na krok. On był moją Nemezis, a ja należałem do niego. Co spotykało mnie dotykało i jego. Kiedy w końcu sztylet zadał mi ranę i pociekła krew, skrzywiłem się pod wpływem bólu i zobaczyłem, że on także to robi. Potem mocny, niemal huraganowy wiatr wdarł się na Siromi uderzając w zebranych i lewitujące nad ziemią statki. Widmowe wycie wypełniło mi uszy. I wtedy usłyszałem:

Hm, ciekawe.

Znów był to szept, delikatny i ulotny niczym szelest liści i brzmiał tylko w mojej głowie, wypełniał myśli jakby stanowił część mnie. Zrozumiałem, że to mój okręt przemówił. Spojrzałem w jego stronę. Anna Karenina załopotała żaglami po czym powoli, bardzo powoli zaczęła opadać ku ziemi.

Cześć - przemówiła raz jeszcze. Miała zawadiacki, dziewczęcy głos, od którego przeszło mnie mrowie.
Cześć – powiedziałem do niej w myślach, ciekawy czy usłyszy.
Cześć, cześć, cześć – zaśpiewała w odpowiedzi po czym przyśpieszyła tempo opadania. Wyczułem jej zainteresowanie i dziecięcy entuzjazm. Zupełnie jakbyśmy byli parą znajomych mających się spotkać po latach rozłąki a ona bardzo, bardzo czekała na to spotkanie. Pędziła by zobaczyć jak wyglądam. Dziwne uczucie być przez kogoś tak wyczekiwanym. Wyszedłem jej na spotkanie. Dziobem już niemal muskała podłoże. Uniosłem rękę by ją dotknąć, ale w porę przypomniałem sobie o kolejności rytuału. Najpierw zapytać o pozwolenie.
Zanim cokolwiek zrobiłem ona odezwała się znowu.

Jak masz na imię, książę?

Aleksander… Aleksander Desiree.

Hm… - zamruczała. - Hm, hm. Otworzyłam oczy i pierwsze co zobaczyłam to niebo. Niebieskie niebo i chmury. A potem byłeś ty. Jesteś bardzo jasny. Czy każdy człowiek tak jaśnieje? Nie widzę innych.

Powinnaś widzieć. Jest tu wielu ludzi – szepnąłem zaintrygowany, ale też przerażony.

Niepokój powracał wolną falą. Anna Karenina załopotała żaglami. W istocie było tu wielu ludzi lecz ja podobnie jak ona nie dostrzegałem już nikogo. Może dlatego?

Przedtem ogarniał mnie mrok. Teraz jestem gotowa. A ty? Pobawimy się trochę, zgoda?

Zgoda – odparłem z wahaniem. Nie miałem pojęcia co dla okrętu oznacza zabawę. Ale chyba te słowa można by uznać za pozwolenie.

Poczyniłem ku niej krok. Zraniona ręka piekła. Wyciągnąłem ją przed siebie i dopiero wtedy dostrzegłem, że jaśnieje różową poświatą. Dziub okrętu zadrżał jakby głośno wypuszczał powietrze. Światło z ręki rozprzestrzeniało się powoli acz sukcesywnie. Po chwili tworzyło już gęstą sieć łączącą mnie z Anną Kareniną. Najgrubsza, najmocniejsza z linii biegła od mojego serca do kadłuba statku. Zacząłem szybciej oddychać. Oto się zaczęło.

Mój nauczyciel mówił: „Wszyscy teraz ożywiają okręty. Bez nich prawdopodobnie przestalibyśmy istnieć. Ziemia została zniszczona i teraz musimy sobie jakoś radzić w powietrzu, bez niej. Dlatego tak wielką czcią darzymy nasze statki. Czy widziałeś jak mogą się one różnić? Są statki o pysznych żaglach i rozłożystych skrzydłach, dumnej, smukłej sylwetce – te właśnie darzone miłością swoich właścicieli. Są też statki - łajby zaniedbane, brudne i cuchnące, w których legną się szczury i inne robactwo. Tych nie szanują właściciele lub nimi gardzą a więc gardzą też sami sobą. Wielu nie akceptuje rzeczywistości. A to błąd. Nigdy nie będziesz żył w spokoju ducha jeśli tego nie zrobisz. Posiadając taki stan umysłu, gdy wypełnia cię wdzięczność za życie i okręt, który je czyni możliwym upuścisz krew i Ożywisz go. Od ciebie będzie zależało, w którego z tych właścicieli się wcielisz.”

Rozumiałem o co mu chodziło. Każdy mógł ożywić okręt, ale z jakim skutkiem? Cała ceremonia miała zwiększyć moje szanse na stanie się właścicielem statku godnym miana członka rodziny królewskiej. A jeśli to nie wystarczy? Jeśli zawiodę? Czułem nić porozumienia z moją Anną Kareniną. Zaraz zostaniemy połączeni na zawsze. Chciałem być dla niej dobry. Zobaczyłem strużkę krwi płynącą po nadgarstku. Nie czekałem dłużej.

- Witaj Anno Karenino! Oddaję się pod twoją opiekę! – wykrzyknąłem.

Potem dotknąłem dziobu okrętu. Ciało przeszył mi ból tak wielki, że cały świat zatrząsnął się w posadach. Omal nie przypłaciłem tego upadkiem. Chwytając łapczywie powietrze i resztkę zdrowych zmysłów jakie mi pozostały wykonałem zamaszysty ruch. Szeroki łuk krwi zdobił teraz dziób statku. Oto dopełniłem ceremonii. Pozostało tylko czekać.

Przez parę chwil nic się nie działo. Nawet wiatr przestał wiać. Członkowie Trybunału milcząco obserwowali zupełnie nieruchomy okręt. Nikt ze zgromadzonych nie śmiał pisnąć. Anna Karenina ucichła zupełnie. Zacząłem mieć obawy, że rozmowa z nią była tylko zwykłym przesłyszeniem, wytworem wyobraźni.

A potem wreszcie to usłyszałem. Ledwie syknięcie, cyt, cyt, jak przeskok iskry. Następnie coraz głośniejsze pomruki. W końcu mogłem już rozpoznać: ten sam głos nucił delikatną melodię, słodką piosenkę, niemal kołysankę. Ale to nie była kołysanka, nie mogła nią być. Bo oto Anna Karenina zamiast zasypiać budziła się.

Nagle znów zadął wiatr, podmuchy uderzyły we mnie tak mocno, że musiałem się cofnąć zasłaniając ręką twarz, opanowując burzę niesfornych włosów, które zasłaniały mi widok. A ja chciałem patrzeć, nasycić niecierpliwy wzrok. Sam tego dokonałem. Mamusiu, tato, czy jesteście ze mnie dumni?

W miarę jak z kadłuba statku wyrastały skrzydła wrzawa na placu stawała się coraz głośniejsza. Widziałem już w życiu kilka transformacji, ale ta była szczególna bo należała do mnie. Każdy statek posiada własną niepowtarzalną postać – budowę i kolor, głos, zachowanie. Anna Karenina to wznosiła się to opadała jakby wykonywała radosny taniec. A śpiewała przy tym i śmiała się jak mała dziewczynka. Rzucała też pióra – długie biało-szare i uderzała mnie nimi w twarz. O, aksamitne piórka! Cóż za słodycz móc je poczuć!

Skrzydła rosły i rosły. Na moich oczach potężniały aż uzyskały swój całkowity rozmiar. Były ogromne jak skrzydła drapieżnego ptaka, tyle że dwadzieścia razy większego niż w rzeczywistości. Kondora, którego widziałem w dzieciństwie w zoo, jedynego jaki przeżył. Gdy skończyła transformację mierzyły około pięćdziesięciu metrów każde, czyli tyle żeby móc utrzymać cały statek w powietrzu. Anna Karenina zamachała nimi radośnie i powiedziała do mnie:

Jestem gotowa, Alex. Pobawmy się.

Alex… tak zdrabniał moje imię tylko jeden człowiek, Bertie. Prawie nieprzytomny ze szczęścia, obezwładniony tymi wszystkimi uczuciami, dumą, niepewnością, błogim poczuciem spełnienia obowiązku spojrzałem za siebie, ale nie dostrzegłem tam Bertiego. Chciałem spojrzeć w jego oczy i radować się radością, którą czuł z mojego powodu. Chciałem zobaczyć jego minę. Na chwilę zaznałem ukłucia bólu i paniki, ale szybko się uspokoiłem. Wiedziałem, że wszedł już na statek i czekał tam na mnie. A więc byłem bezpieczny, nie potrzebował już mnie doglądać, wszystko poszło dobrze. Jakby na potwierdzenie tych myśli Anna Karenina zadrżała po czym zrzuciła drabinkę. Ostateczne przyzwolenie.

Pokłoniłem się przed nią i odwróciłem do Trybunału. Pokłoniłem się jeszcze raz.

- Matko, ojcze. Proszę o wasze błogosławieństwo.

Ojciec kiwnął nieznacznie głową. Matka miała łzy w oczach.

- Jest ci dane, synu.

Moi żołnierze jeden po drugim zaczęli wchodzić po drabince na pokład statku. Przez jedną, krótką chwilę pomyślałem, że Annie Kareninie się to nie spodoba. Mogła zrobić coś dziwnego, żeby usunąć intruzów, na przykład korkociąg albo inne harce w powietrzu. Ale jej mruczenie było słodkie i melodyjne i wyczułem w nim spokój. Nie było więc mowy o takich wyskokach. Chciała mnie wpuścić do swego świata – mnie i moich ludzi.

Wszystko było gotowe a mimo to nogi pode mną zadrżały, gdy zasalutowałem przed Trybunałem. Ludzie zgromadzeni na placu zaczęli wiwatować na moją cześć. Ponad ich głosy wybijał się łopot skrzydeł Anny Kareniny. Była już mocno zniecierpliwiona, nie chciała dłużej czekać. Nie miałem raczej w zwyczaju zawodzić innych, toteż ostatni raz ogarnąwszy wzrokiem Siromi, dom i rodziców ruszyłem ku drabince.

Już czas – powiedziała Anna Karenina. Jej głos przeszedł w śmiech.

Ja nie mogłem się jeszcze śmiać ani podzielać jej entuzjazmu. Walcząc z lękiem wysokości wchodziłem na górę. Potem miałem rozdzielić obowiązki załodze no i najważniejsze – poderwać do lotu statek. Wydawało się to proste a jednak miałem pewne obawy…

Wszedłem na pokład. Bertie stał oparty o jeden z masztów z założonymi na piersi rękami. Patrzył na mnie z dumą w oczach, ale był też rozbawiony. I nie wiem z jakiego powodu – czy wyglądałem aż tak niedorzecznie pełzając po stopniach drabinki? Reszta mojej załogi zajęła już swoje pozycje. A więc Admirał Jacobs mnie wyręczył. Zbyt błahy powód, by się wściekać, uznałem. Bez słowa podszedłem do steru. Pod sobą czułem delikatne ruchy statku. Oddech, drżenie napiętych mięśni, wstrząs, gdy poruszała skrzydłami, jak żywa, organiczna istota a przecież zbudowana ze stali i drewna. Odetchnąłem. Z ręką na kole – bogato zdobionym kole z hebanu, objąłem wzrokiem mój nowy dom.

Jesteś tam jeszcze? – spytałem Annę Kareninę.

Jestem, książę – odparła.

Tyś moją pierwszą – wyznałem. – Pomóż mi trochę, bo nie bardzo wiem, co robić.

Zaśmiała się słodko.

Chcę tego, co ty. Nic nie musisz robić. Pokaż mi tylko czego pragniesz, książę.

Przed oczami zatańczył mi widmowy obraz. Czyste, jasne przestrzenie pod błękitnym niebem a w dole pustka. Strach i ekscytacja. Mój pierwszy lot. Potem pomyślałem o oceanach, które znikły. Nikt nie wiedział, gdzie są. Jedyna woda spadała z chmur pod postacią deszczu. Deszczówka sprawiała, że istnieliśmy, wciąż zależni od przyrody, która przecież tyle z naszej ręki wycierpiała. Mimo wszystko nadal nas błogosławiła, kochana, miłosierna przyroda.

Tak, właśnie tak – zamruczała Anna Karenina.

Poruszyła całą sobą, w końcu powoli zaczęliśmy się unosić. Wiatr zadął w żagle i Anna Karenina mocno machnęła skrzydłami. Nie widziałem już Trybunału, rodziców ani zebranej na Siromi gawiedzi. Słyszałem tylko szum wiatru. Piórka tańczyły po pokładzie a niebo stawało się coraz bliższe. Inne statki lewitujące w powietrzu leniwie rozsuwały się, torując nam drogę.

Skierowałem okręt na prawo, ku wyjściu z portu. Tak wyruszyliśmy w nieznane. Ja, Anna Karenina, Bertie i oddział Admirała Jacobsa.


**Are you waiting for somebody else to move?

Don't you know in your heart is the power to change everything?**~

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 246
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: MargotNoir » wt 14 sie 2018, 06:53

Zanim się wypowiem, mam dwa pytania:
- do kogo kierujesz ten tekst?
- czytałaś "Łzy diabła" Magdaleny Kozak?



Awatar użytkownika
Regina Domino
Szkolny pisarzyna
Posty: 30
Rejestracja: wt 04 gru 2007, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: Regina Domino » wt 14 sie 2018, 11:55

Hej :) Nie czytałam "Łez diabła". A nad grupą odbiorców się jeszcze nie zastanawiałam. :wink:


**Are you waiting for somebody else to move?



Don't you know in your heart is the power to change everything?**~

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 246
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: MargotNoir » wt 14 sie 2018, 20:15

Pytałam o "Łzy Diabła", bo ten fragment bardzo skojarzył mi się z początkiem tamtej książki. Nie na tyle, by mówić o plagiacie, ale wydaje mi się, że może wystąpić tutaj podobny problem. Jeśli lubisz takie klimaty, to polecam. Pozwolę sobie mimo wszystko powiedzieć, o co mi chodzi, bo może sięgniesz po "Łzy" i łatwiej Ci będzie zrozumieć, co mam na myśli.

"Łzy Diabła" to książka moim zdaniem, no cóż... taka sobie pod względem literackim. Nie tragiczna, widziałam dużo gorsze, po prostu taka sobie. W pierwszym rozdziale dostajemy w twarz łopatologicznie wyłożoną kreacją świata, momentalnym zawiązaniem akcji, tekturowymi postaciami i sztywnymi dialogami, w które ekspozycja zostaje wepchnięta tak bardzo na siłę, że postaci aż się krztuszą. I jak widać też tak można pisać, a ludzie będą to czytać. Chodzi o to, że wartość wspomnianej książki polega na czymś innym. W przebraniu fantastyki mamy ładny kawałek prawdziwej, paskudnej historii i to w dodatku relację z pierwszej ręki. Dzięki temu można wybaczyć braki.

Twoja historia zaczyna się bardzo podobnie pod względem fabuły, ale też i pod względem sposobu, w jaki jest poprowadzona. Od razu dajesz wszystko na talerzu. Problem głównego bohatera na razie jest jakiś taki... żaden (mam zrobić coś ważnego i ludzie paczo). Mam ten sam problem z wiekiem głównego bohatera, który miałam rozpoczynając czytanie "Łez" - powierzone mu zadania wskazują, że powinien być przynajmniej starszym nastolatkiem, a śledząc to, co się dzieje w jego głowie mam wrażenie, że to przedszkolak.

Połączenie futurystycznych klimatów z estetyką XVIII czy XIX wieku to domena anime i też już gdzieś to widziałam. Pomysł z "okrętami kosmicznymi" nawet spoko, ale niestety już był w "Planecie Skarbów" Disneya. Zawiewa trochę dziełami Miyazakiego. Co do języka - o tym później, ale to też nie jest atut tego tekstu (i, co ciekawe, problem jest też bardzo podobny jak we "Łzach": momentami unosi oryginalność, ale co chwile to przekombinowanie "wykrzacza się" na niezgrabnościach. Niestety muszę dodać, że u Ciebie jest tych niezgrabności dużo więcej, niż u pani Kozak).

Jak już pisałam - zdarza się, że ludzie kupują kiepsko napisane książki, ale wtedy tekst musi kusić czymś innym. Czym ma kusić ten? I kogo?
Dlatego właśnie spytałam o grupę docelową. Na razie pomyślałam właśnie o fanach anime (a konkretnie to yaoi, bo z Bertie'm chyba będzie coś na rzeczy i ogólnie wyczuwam takie fluidy). W takim razie może warto dorzucić elementy, które przyciągną właśnie ich?

Poza tym opowieść, która nie pociąga formą potrzebuje dobrej fabuły i intrygującego, oryginalnego zawiązania akcji. "Dziecko wyrusza na questa" to nie jest intrygujące, oryginalne zawiązanie akcji.

Teraz kwestie językowe:
Regina Domino pisze:Source of the post Do rozpoczęcia ceremonii zostało pięć minut a ja próbowałem zawiązać buta.

But.
Regina Domino pisze:Source of the post Jak zawsze w tym swoim długim do ziemi czarnym, kaszmirowym płaszczu i ze zmarszczonymi brwiami.

Bertie naprawdę niegdy nie robił innej miny?
Regina Domino pisze:Source of the post dokonać Ożywienia Anny Kareniny
Trzeba zmienić zapis. Obecny sugeruje, że Ożywienie Anny Kareniny to jakiś stały termin. Osobno mamy Ożywienie jako nazwę uroczystości, a osobno Annę Kareninę jako imię statku. Może "dokonać Ożywienia Anny Kareniny"?
Regina Domino pisze:Source of the post (długo zastanawiałem się nad imieniem dla mojej brygantyny i w końcu wybrałem to – klasyczna bohaterka tragicznego romansu, która skończyła żywot pod kołami pociągu, wydawała się najodpowiedniejszą opiekunką dla statku, przynajmniej w tamtym momencie).

Z tekstu wynika, że Anna Karenina to prawie okręt flagowy i wyrusza w jakąś ważną misję z kupą wojska na pokładzie. Brygantyna to taka większa łódka. Na pewno pakowaliby księcia z Admirałem i Bóg wie kim jeszcze na pokład brygantyny? Trochę nie licuje.

Regina Domino pisze:Source of the post Teraz tylko rozwiązane sznurówki dzieliły mnie od rozpoczęcia show.

Bertie westchnął tak znacząco, że musiałem na niego spojrzeć.

- Okay, okay – powiedziałem zrezygnowany napotkawszy jego spojrzenie, które natychmiast zmiękło.

Może jednak pisz po polsku?

Regina Domino pisze:Source of the post Miał wielkie oczy barwy falujących na wietrze zbóż.

Po pierwsze: barwa zboża jest niezależna od falowania.
Po drugie: barwa zboża jest zależna od fazy wzrostu, pory roku i gatunku zboża.
Regina Domino pisze:Source of the post ale kątem oka zarejestrowałem też wstrząs na twarzy matki, obojętność na pozostałych i wygładzone troską rysy tej ostatniej, najważniejszej – twarzy Bertiego. Wiedziałem, że z chęcią zająłby moje miejsce. Byliśmy jak bliźniaki, od małego razem, nie odstępowaliśmy się na krok. On był moją Nemezis, a ja należałem do niego. Co spotykało mnie dotykało i jego. Kiedy w końcu sztylet zadał mi ranę i pociekła krew, skrzywiłem się pod wpływem bólu i zobaczyłem, że on także to robi.

Tu już może nie kwestia językowa, ale no o rany, no... Ja wiem, że ten książę ma być delikatesem, ale żeby aż tak? I czym niby matka ma być wstrząśnięta? Nie wiedziała, na czym polega ceremonia?

Regina Domino pisze:Source of the post . Wiedziałem, że wszedł już na statek i czekał tam na mnie. A więc byłem bezpieczny, nie potrzebował już mnie doglądać, wszystko poszło dobrze. Jakby na potwierdzenie tych myśli Anna Karenina zadrżała po czym zrzuciła drabinkę.

Bertie teleportował się na statek?

Regina Domino pisze:Source of the post Miała zawadiacki, dziewczęcy głos, od którego przeszło mnie mrowie.
Mrowie czego?
Mrowie =/= mrowienie.

Regina Domino pisze:Source of the post Więc tak sobie szliśmy przez korytarz a ja miałem to stado myśli w głowie, które wcale nie pomagały

Zdanie do przemeblowania.

Regina Domino pisze:Source of the post Dziub

Ort.

Regina Domino pisze:Source of the post Chociaż wielokrotnie wcześniej czytałem w podręcznikach na temat przebiegu tego obrządku

Jakby się baaaaardzo uprzeć, to da się obronić ten "obrządek", ale zostałabym jednak przy obrzędzie.

Szczerze mówiąc jest tego trochę, nie podaję tu wszystkiego. Jest mnóstwo błędów ortograficznych, sporo niezgrabnych sformułowań. Może jeszcze pogrzebię przy następnej okazji.

Teraz na koniec jeszcze ogólne uwagi:

Cały przedstawiony problem jest bardzo naiwny i typowy właśnie dla schematu, jaki pojawia się w anime dla nastolatków: jakiś odludek z niską samooceną okazuje się strasznie ważny, ma go spotkać "Przygoda" przez wielkie P, on chce się wyrwać ze swojego świata, gardzi ludźmi, którzy nie mają kolorowych włosów i cały czas marudzi, że system, zło, zasady, trzeba odrabiać zadania domowe, jeść jarzyny i myć zęby. Kompletnie nie mój klimat, może stąd to narzekanie, ale jak widać są ludzie, którzy to kupują. Skoro już złapałaś ten schemat i to Ci leży, to warto w to iść, ale nawet fanom tego klimatu trzeba pokazać tekst napisany poprawnie i starannie.

Moja rada jest taka, żebyś zastanowiła się nad kilkoma sprawami:

- Czy na pewno chcesz iść w konwencję animca dla licealistów, czyli: wyskakujące z d*py wypowiedzi, które w anime jak gdyby "poza akcją" wypowiadają postaci w wersji chibi; absurdalnie przesadzone, nierealistyczne reakcje emocjonalne; tekst "epileptyczny", skaczący po estetyce od patosu, przez tani sarkazm do wścieklicy nastolatka, któremu rodzice nie dali kieszonkowego; motyw nastolatka - outsidera, który jest bardzo ważny i nosi ładne ubrania. Jak już pisałam, są ludzie, którzy to łykają, ale to bardzo bardzo bardzo hermetyczna grupa. Nie bez powodu budzi tak skrajne emocje. Wspomniana estetyka jest miła zagorzałym fanom, ale nie-fanom rzadko jest obojętna. Raczej drażni. Czasami nawet bardzo. To nie jest tak, jak chociażby z klasycznym kryminałem w stylu Agathy Christie: "W zasadzie nie mój typ, ale tak sobie przeczytałem i było spoko". Jak ktoś nie jest fanem z krwi i kości, to umrze na zapalenie trzustki, jeśli spróbuje zapoznać się z dziełem w tej estetyce. Dlatego jeśli nie uda Ci się trafić z samą historią w potrzeby otaku i weebos, to zostajesz całkowicie bez grupy docelowej.
- Nacechowanie pewnych wyrazów. Łączysz tutaj kolokwializmy z napuszonym, podniosłym stylem. Na domiar złego niektóre zdania nie są ani takie, ani śmakie, tylko przypominają po prostu mowę potoczną. Czasami zaburzanie "zasady decorum" daje fajny efekt, ale trzeba to robić umiejętnie, nie losowo.
- Znaczenie tego, o czym piszesz. Musisz wiedzieć, co oznaczają słowa, których używasz. Musisz wiedzieć, co oznaczają zdania, które zapisujesz. Czasami wygląda tak, jakbyś chciała napisać trochę co innego, a wyszło co innego.
- Oczywiście interpunkcja.



Awatar użytkownika
Słowik
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: wt 14 sie 2018, 08:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: Słowik » czw 16 sie 2018, 17:02

Regina Domino pisze:Source of the post (długo zastanawiałem się nad imieniem dla mojej brygantyny i w końcu wybrałem to – klasyczna bohaterka tragicznego romansu, która skończyła żywot pod kołami pociągu, wydawała się najodpowiedniejszą opiekunką dla statku, przynajmniej w tamtym momencie)


Nie jestem przekonany, co do tłumaczenia wyboru nazwy. Niby jakiś zwiastun katastrofy, ale brak wiary w przesądy nie pasuje mi do pełnego trosk, delikatnego bohatera. Może lepiej się go pozbyć i dać szansę obeznanym w temacie Anny Karentyny na poczucie satysfakcji, o ile nie ma to zbytnio fabularnego uzasadnienia.

Regina Domino pisze:Source of the post Pod sobą czułem delikatne ruchy statku. Oddech, drżenie napiętych mięśni, wstrząs, gdy poruszała skrzydłami, jak żywa, organiczna istota a przecież zbudowana ze stali i drewna.


Rozumiem, że to fantasy, lecz odczucia bohatera są nieco nielogiczne, bo przecież statek zbudowano "ze stali i drewna". Do tego te skrzydła... Więc organiczna, sztuczna, pół na pół?

Regina Domino pisze:Source of the post Nie mówiąc już o tych razach otrzymanych od wściekłych nauczycieli („Ile jeszcze będziemy to powtarzać nim zapamiętasz?!” ).


Nauczyciel bijący linijką po łapach swego przyszłego króla?

Poza tym, jak dla mnie, bohater to dziewczynka zaklęta w chłopca. Może łatwiej byłoby uczynić Aleksandra Aleksandrą? Choć wtedy problemem mogłoby być utrzymanie Bartiego z dala od niej...

Dodam, że piszesz zrozumiale, nie gubisz się we własnych myślach i potrafisz ubrać je w słowa, a to dobrze.



Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: Made » pt 17 sie 2018, 14:14

Faktycznie opowiadaniu trochę brakuje do poziomu "wybitny", ma pewne mankamenty i autor zastosował kilka rozwiązań, których nijak nie mogę pojąć (za chwilkę o nich napomknę), jednak nie zgadzam się absolutnie z opinią poprzednika, że tekst mało wnosi i nie jest wartościowy. Przede wszystkim stanę w opozycji do opinii, że opowiadanie ma zadatki na książkę “taką sobie pod względem literackim; nie tragiczną, lecz taką sobie”.

MargotNoir pisze:Source of the post "Łzy Diabła" to książka moim zdaniem, no cóż... taka sobie pod względem literackim. Nie tragiczna, widziałam dużo gorsze, po prostu taka sobie. (...) Twoja historia zaczyna się bardzo podobnie pod względem fabuły, ale też i pod względem sposobu, w jaki jest poprowadzona.


Nie czytałam wspomnianej pozycji, a także nie mam właściwie żadnego doświadczenia w kwestii anime, więc w sumie nie powinnam się wypowiadać ;). Radosław Kotarski jednak w jednym z odcinków “Polimatów” przeprowadził eksperyment potwierdzający, że właśnie na takie tematy ludzie wypowiadają się najchętniej. A tak serio, chciałam uspokoić autorkę, że tekst wcale nie wydaje się aż tak oczywisty, banalny i powtarzalny osobie, która nie zna konkretnych gatunków, więc dla kogoś takiego jak ja (a takich jak ja jest pewnie sporo, a przynajmniej mam nadzieję, że nie jestem aż takim ignorantem).

Historia mnie również skojarzyła się mocno z “Planetą Skarbów”. Nawet bardzo mocno - to chyba przez ten latający okręt i podobieństwo, jeśli chodzi o wiek/płeć głównych bohaterów. Na tym generalnie cechy wspólne się kończą i tutaj pozwolę sobie również nie zgodzić się z MargotNoir, że “wszystko jest wyłożone na talerzu”. Według mnie właśnie jest odwrotnie - w “Planecie Skarbów” nastolatek, krnąbrny rozrabiaka, wyrusza w podróż, ponieważ przez jego niefrasobliwość matka straciła majątek i poszukuje możliwości odkupienia win (w czym fortuna z rzeczonej planety bardzo by pomogła). W tekście nie wiemy tak naprawdę, o co chodzi; jakaś misja - każdy chłopiec (każdy książę?) udaje się diabli wiedzą gdzie i ożywia statek diabli wiedzą po co, a jak nie uda mu się ożywić, to dzieje się diabli wiedzą co, ale na pewno nic dobrego. Co to za misja? Czego młodzieniec ma dowieść? Można się domyślać, ale nie ma się pewności. Według mnie jest to wystarczająca enigma jak na zawiązanie akcji.

Jedna uwaga - ciągle piszę “tekst, tekst”, bo, przyznam szczerze, tytuł “Battle cry” z trudnością przechodzi mi przez klawiaturę. Być może jest jeszcze za wcześnie i dlatego nie rozumiem, skąd ten tytuł, może ten angielski ma uzasadnienie, wierzę, że tak, ale na tym etapie moja patriotyczna dusza płacze. Szczególnie że tytuł po angielsku został napisany z błędem, bo w angielskim wszystkie wyrazy pisze się wielką literą.

Takich szczegółów jak imię okrętu się nie czepiam, jej miano nie kojarzy mi się ani bardzo źle ani dobrze. Z bohaterów najbardziej intrygujący na ten moment wydaje mi się chyba Bertie. Poprzedniczka stwierdziła, że wyczuwa między nim i głównym bohaterem “fluidy yaoi” (swoją drogą, bardzo fajne określenie, muszę zapamiętać), a według mnie to trochę zbyt daleko posunięta interpretacja. (Posunięta, hue, hue; tak bardzo odpowiednie słowo w kontekście potencjalnego yaoi, hue, hue; ależ mam wysublimowane poczucie humoru, psia jucha.) Ja Bertiego odebrałam bardziej jak kamerdynera z filmu o tym samym tytule albo Lionela z “Jak zostać królem”. Taki… niby lokaj, sługa, guwernant, opiekun, nauczyciel… Nie wiem, jak to określić, ale chyba wiadomo, co mam na myśli. Kogoś “niżej na drabinie społecznej”, ale bardzo kochanego i docenianego przez danego osobnika. Nie wiedzieć czemu jak myślę o Bertim, to mam przed oczami mężczyznę dojrzałego, 40-, 50-letniego, który właśnie dla młodziutkiego księcia mógłby stanowić przewodnika i powiernika.

Oczywiście moja interpretacja musi być błędna, przynajmniej w tym ostatnim aspekcie, gdyż, ponieważ, bo:

Regina Domino pisze:Source of the postByliśmy jak bliźniaki, od małego razem, nie odstępowaliśmy się na krok. On był moją Nemezis, a ja należałem do niego. Co spotykało mnie dotykało i jego.

Czyli chyba jednak są równolatkami… Na dodatek:

Regina Domino pisze:Source of the post Wiedziałem, że z chęcią zająłby moje miejsce.

A więc dodatkowo Bertie chyba jest na tej samej pozycji na drabinie społecznej… Jednak z drugiej strony wobec Aleksandra Bertie zachowuje się bardzo charakterystycznie, nieco “służalczo”:

Regina Domino pisze:Source of the post Bertie ujął mnie za lewą rękę, jedyną, która mi została i ucałował ją.


Regina Domino pisze:Source of the post Wzrok miałem skupiony na ostrzu, (...) ale kątem oka zarejestrowałem (...) wygładzone troską rysy tej ostatniej, najważniejszej – twarzy Bertiego.


Naprawdę jestem w kropce. To się chyba nazywa “konfundacja”. Jestem skonfundowana. Nie umiem na razie określić, kim właściwie jest Bertie dla księcia i bardzo mnie to intryguje. Choćby dla określenia ich wzajemnej relacji chciałabym przeczytać dalszy ciąg. (No i żeby się dowiedzieć, w jaki sposób Aleksander stracił rękę, ale to swoją drogą.)

Wydaje mi się, że chłopak zachowuje się całkiem OK jak na młodą osobę, młodego księcia, od którego sporo się wymaga, jakichś czarów-marów i innych bzdetów. Być może ma trochę “dziewczęcy” sposób zachowania, jest emocjonalny, ale kamą, to jeszcze dzieciak. Znaczy, chyba - stawiałabym na ok. 15-16 lat.

Jeśli chodzi o styl i technikalia - podoba mi się język (narracja pierwszoosobowa pasuje jak ulał, tak samo jak owa “kwiecistość” wypowiedzi; w końcu mamy do czynienia z księciem, który nie może odzywać się jak plebejusz). Rzucił mi się w oczy tytuł rozdziału, ale to dlatego, że bardzo lubię tę formę zapisu (subiektywizm w ocenie mode on). Strona techniczna według mnie dopracowana i z przyjemnością się na ten tekst patrzy. Większych błędów nie zauważyłam. A, i wiem, z jaką jeszcze książką skojarzył mi się ten fragment, a konkretnie - ta część, kiedy chłopak już rozmawia ze swoją Anną Kareniną. Z “Eragonem”, no jasne! Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że właśnie tam rozmowy z pupilką głównego bohatera, smoczycą Saphirą, były zapisane w ten sam sposób. Wiadomo, że smok czy tym bardziej okręt nie wyda z siebie dźwięku podobnego do ludzkiej mowy, więc zwraca się bezpośrednio do swojego właściciela “w myślach”... Fajny zabieg, klimatyczny i pasuje do fantastyki.

W kwestii detali, rzuciło mi się w oczy:
Regina Domino pisze:Source of the post Miał wielkie oczy barwy falujących na wietrze zbóż.


MargotNoir pisze:Source of the post Po pierwsze: barwa zboża jest niezależna od falowania.
Po drugie: barwa zboża jest zależna od fazy wzrostu, pory roku i gatunku zboża.

Po trzecie, gdyby bohater miał oczy w barwie falującego na wietrze zboża, byłyby one takie:

https://tiny.pl/gvwkp
https://tiny.pl/gvwkj

Do którego z tych uroczych stworzonek bardziej podobny jest Bertie? ;)

Podsumowując: strona techniczna jest odpowiednio jak dla mnie dopieszczona, a główny bohater jest tym, kim powinien być - a jest przecież młodziutkim chłopcem, trochę przestraszonym, trochę niepewnym, poddawanym ciągłej presji, a na pewno ambitnym i o dobrym sercu. Na razie da się go lubić. Zaciekawiła mnie postać Bertiego, nawet gdyby reszta była do luftu, to prawdopodobnie czytałabym dalej dla niego (nie spodziewam się, że nagle straci się z horyzontu, skoro zamelinował się na statku razem z księciem zaraz po procesie “uskrzydlenia”). Ale całość wcale nie jest do luftu, więc z tym większą przyjemnością zapoznam się z kolejnymi rozdziałami. Pomysł wydaje mi się trafiony, bo motyw wędrówki, misji, magii itd. - umówmy się - zawsze się sprzeda. Zwłaszcza w takim ładnym opakowaniu.

Pozdrawiam ciepło,
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
Regina Domino
Szkolny pisarzyna
Posty: 30
Rejestracja: wt 04 gru 2007, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Battle cry" - fragment pierwszego rozdziału powieści (fantasy, post-apo)

Postautor: Regina Domino » sob 18 sie 2018, 09:08

Cześć :) Dziękuję za wasze opinie. Spróbuję się trochę do nich odnieść.

MargotNoir pisze:Pytałam o "Łzy Diabła", bo ten fragment bardzo skojarzył mi się z początkiem tamtej książki. Nie na tyle, by mówić o plagiacie, ale wydaje mi się, że może wystąpić tutaj podobny problem.


Fragment został napisany w 2014 roku, czyli, z tego co się orientuję na jakiś rok przed publikacją "Łez diabła". Po prostu miałam w głowie tą opowieść i pomyślałam, że spróbuję ją spisać. Nie zastanawiałam się nad tym, czy pójdzie w świat czy nie ;) Wszelkie podobieństwa do wspomnianej książki są niezamierzone.

Made pisze:Jedna uwaga - ciągle piszę “tekst, tekst”, bo, przyznam szczerze, tytuł “Battle cry” z trudnością przechodzi mi przez klawiaturę. Być może jest jeszcze za wcześnie i dlatego nie rozumiem, skąd ten tytuł, może ten angielski ma uzasadnienie, wierzę, że tak, ale na tym etapie moja patriotyczna dusza płacze.


Słuchałam wtedy płyty "Water Breaks Stone" Charlotte Martin, na której jest piosenka o takim tytule. Wydał mi się taki romantyczny i ładniej brzmiący niż nasz "okrzyk wojenny", no i tak zostało. A miało to być imię innego okrętu ważnego dla akcji. Jednak jest to tylko tytuł roboczy :) Prawdą jest też, że lubię mangi, właściwie to się na nich wychowałam. W okresie poprzedzającym napisanie tego rozdziału czytałam także trochę yaoi, może dlatego coś niecoś przemyciłam do tekstu.

Owszem, Alex jest trochę dziecinny i tak miało być. To się wiąże z jego przeszłością, którą chciałam ujawnić w dalszej części opowieści. Podobnie jak to, kim jest, bądź też nie jest Bertie i w jaki sposób potrafi się „teleportować" na statek ;) Oboje mieli się też zmienić i dorosnąć w trakcie przyszłych wydarzeń.

Made pisze:Po trzecie, gdyby bohater miał oczy w barwie falującego na wietrze zboża, byłyby one takie:

https://tiny.pl/gvwkp
https://tiny.pl/gvwkj

Do którego z tych uroczych stworzonek bardziej podobny jest Bertie? ;)



Dobry trop ;)

Zdaję sobie sprawę, że historia to nie wszystko. Można ją zmienić lub stworzyć nową. Mnóstwo mam pomysłów. Jeśli jednak tekst ma błędy stylistyczne, leksykalne a nawet ortograficzne, jeśli źle się go czyta a zdania są niezgrabne, to jest to poważny problem. Wasze spostrzeżenia otworzyły mi oczy i teraz wiem, że jeszcze daleka droga przede mną. Jednak nie poddam się ;)

Jeszcze raz dzięki :)


**Are you waiting for somebody else to move?



Don't you know in your heart is the power to change everything?**~


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości