[W]Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
BonjurBuonegiorno
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pt 10 sie 2018, 17:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: BonjurBuonegiorno » wt 18 wrz 2018, 23:51

Uwaga! Wulgaryzmy i obscena.

Rozdział pierwszy



Rok 2097.


Illijn zaledwie drgnął jednym z czterech palców zaciśniętych na czworobocznym drążku i coś kliknęło.


Tylko na jedną noc...


Posunął drążek w przód delikatnie, ale pewnie. Statek pomknął osiągając pełnię swoich możliwości. W przeciągu zaledwie niecałej minuty przyśpieszył do trzystu metrów na sekundę, a po włączeniu silnika neutrinowego prędkość zwiększyła się po stokroć. Operator sprawdził ponownie parametry urządzeń.


Silnik neutrinowy pracuje stabilnie. Połączenie z bazą tymczasowo zerwane.


Czekał na przekroczenie heliopauzy. Oddalał się od studni grawitacyjnej niebieskiego hiperolbrzyma. Planeta z której orbity wyruszył była ostatnim z kolei ciałem niebieskim potrójnego układu gwiazd. Na jej powierzchni nie było śladu życia, za to na powierzchni jej księżyca znajdywały się miasta, które nocą oświetlały całą skalistą kulę. Illijn nie miał ochoty opuszczać miejsca do którego należał. Choć podróże między systemami były dla większości takich jak on ekscytujące, to jednak audiencja u jego obecnego wodza, zdecydowanie zniechęcała równie bardzo co długość czasu spędzana w trakcie takiego włuczęgostwa. Na przestrzeni czasu jego rasa - zwana Szarakami - przymuszona tragicznymi okolicznościami ledwie oderwała się od ziemi, a na liście obywatelskich obowiązków pojawiło się całe mnóstwo zupełnie nowych i niebezpiecznych jak dotychczas zadań nazwanych na cześć odkrytej pustki i jej właściwości, czarną listą. Ponadto do zadań spoza czarnej listy należało oddawanie dziesięciny oraz posłuch Intergalaktycznemu Sojuszowi Reptilian. Wszystko robiono z pośpiechem, co dawało spore szanse najgorszym scenariuszom, które oferował kosmos. Ujarzmiono przestrzeń i grawitację, ale te mają taką właściwość, że czasem nigdy się nie kończą. O relacjach z ISR nawet nie warto wspominać. W tym schemacie dnia i nocy, albo mówiąc pokrótce kosmicznego bezczasu, brakowało bezpieczeństwa. Nie chciał podróżować do żadnego innego układu, jednak w tej kwestii nie posiadał własnego zdania. Musiał i robił to. Natrętny, uparty i chociażby nie wiem jak pełen determinacji, nie mógł zmienić niczego. Na szali wyboru stało życie jego i jego współbraci. Działano razem według ściśle wytyczonych, utartych reguł. Rygor był chlebem powszednim dla wymierającej rasy, którą reprezentował. Uchodził za profesjonalistę w swoim fachu i chcąc nie chcąc, musiał się jakoś przysłużyć swojej nacji. Zgładzeni niemalże do szczętu przez nie znających żadnej litości Reptilian, kontynuowali ekspansję i rozwój. Było w tym wszystko... z wyjątkiem rozmnażania. Ciało i umysł były chętne, ale tkwił w tym pewien szkopuł - geny. Zmanipulowane przez wroga - mistrzów genetyki - sprawiały, że gamety przestawały brać udział w procesie rozrodczym. Każdy kto stawił opór sądnego dnia na domowej planecie, naraził się na energetyczny atak wywołujący zmiany w strukturze genów.


150 godzin później


Malesin, szczupły jak każdy Szarak, osobnik o niezwykle elastycznym charakterze, siedział w statku oczekując powrotu Illijna, swojego homoseksualnego partnera i przełożonego zarazem. Targały nim najgorsze myśli. Przechadzał się w tę i z powrotem co rusz sprawdzając parametry urządzeń dla zabicia czasu. Spojrzał na wybitnomierz i z rozwścieczeniem stwierdził, że to wszystko trwa już za długo. Kiedy przybyli do Keratsu zobaczył po raz pierwszy jednego z gwardzistów reptiliańskiej straży przybocznej. Na ten widok małe serce podeszło mu do gardła. Nie mając w tej chwili nic innego do roboty, czekał. Czekanie wymuszało w jego wyobraźni najgorsze scenariusze. Usiadł w fotelu i żeby głupocie stało się zadość, zapiął pasy, po czym znowu je odpiął. Położył głowę na sterze i sapnął ciężko. - Wracaj szybko - Wyszeptał.


Oraddon przeszedł do jednej z siedmu obszernych sal. Każdy miał siedem sal, choćby nie wiem z jakiej kasty się wywodził. Podszedł do olbrzymiego zwierciadła, spojrzał na ręce i poprawił karwasze wykonane ze stali. Grube jak jego dłoń i ciężkie jak jego ręka. Na każdym połyskiwał wzór wykonany z platyny i złota - jego sygnatura. Spojrzał na pysk jeszcze raz. Gdyby zrobił to trzy razy, schańbiłby się. Zerknął zaledwie na wszystkie kły. Zdrowe - pomyślał. Usłyszał lekki stukot łap o podłoże. Mechasześcionóg wszedł tuż za nim patrząc się nie na swojego pana, ale przed siebie. Stworzenie to zupełnie nie myślało. Było imitacją wymarłego gatunku ichtioimitara. Długi na dwa metry, nie włączając ogona, i szeroki na pół. Gvelseptor Kromikron włożył lniane sukno na łeb, a na sukno przypominający o jego pozycji hełm oraddona. Przemierzył kawałek drogi i znalazł się przed elektrycznymi wrotami. Wrota rozwarły się i powitano go biciem pięści w pierś. Szpaler gwardzistów rozpościerał się przed nim tworząc korytarz wiodący do gniazda. Spoczął na nim ciężko, naśladując bezczelnie swojego poprzednika - zachowywał pozory. Nie musiał długo czekać. To na niego zawsze czekano. Chudy jak patyk przybysz pojawił się w windzie przypominającej kapsułę, która wychynęła z ziemi ukazując zaledwie jego głowę. Wizytator oczekujący tego co możnaby nazwać audiencją utknął, winda zatrzymała się. Tu i ówdzie słychać było parsknięcia gwardzistów. Gvelseptor lustrował każdego z osobna chłodnym jak sama śmierć spojrzeniem, co spowodowało przeciwną od zamierzonej reakcję. Oraddon uderzył pięścią o oparcie gniazda i wstał urażony do szpiku kości. Członek gwardii podszedł do windy. - Panie, zacięła się. - Poinformował.


Oraddon syknął ze złości. Zaczęto skrzętnie się uwijać. Ktoś powiadomił mechanika. Ktoś inny próbował daremnie wyciągnąć windę siłą.
- Boże spraw, żeby wszystko sie udało. - Pomyślał zamknięty w windzie Illijn. Strach sprawiał, że drżały mu nogi.


Nie czekając na przywitanie, Gvelseptor Kromikron podszedł do windy i wyciągnął swojego gościa za twarz pomrukując coś pod nozdrzami. Ten zaś puszczony powstał z kolan. Zmitygował się w myślach i natychmiast oddał spóźniony pokłon.
- Mmmmów! - Zaryczał oraddon.
- Oraddonie, pprzynoszę ci wwieść... - Wyjąkał Illijn. Jego oddech przemienił się w sapanie. Myślał, że będzie go na to stać, że przekaże nowinę, jak to mówił "prosto w oczy". - Nnasi panbiolodzy odmawiają wzięcia udziału w...


Szybki jak kobra Reptilianin wystrzelł do przodu by zacinąć dłoń na gardle. Illijn zaczął się krztusić.
- Zdrada. - Powiedział Oraddon zamykając dłoń niczym imadło. Muskyły zamieniły się w stal.
- Kha, kha, kha. - Illijn chciał coś powiedzieć. Coś ważnego. Wiadomym było, że celowo uniemożliwia mu się wyartykułowanie choćby zdawkowego sprawozdania, które rozpoczął. Wiedział o tym aż nazbyt dobrze co go może czekać i stało się. Oczy zaszły mu mgłą, naczyńka krwionośne zaczęły pękać i krew wylała się do mózgu. - Kha... - Dogasał. Właśnie miał sie dowiedzieć czegoś ważnego, czegoś dla niego jeszcze ważniejszego niż jego rzekoma zdrada. Illijn, genetycznie Szarak, niewolnik swoich mistrzów Reptilian, nim dogasło w nim życie, zorientował się, że był duszony z zamysłem, to znaczy powoli. Oraddon napawał się każdą chwilą nim skruszył grdykę. Głowa opadła na ramiona. Zwolnił się uścisk i wiotkie zwłoki rozlazły się na połyskującej podłodze komnaty. Ze stojącego muru gwardzistów wystąpiło dwóch żmijopodobnych żołnierzy nie wzruszając się widokiem ni ociupeńki - widać był to dla nich widok jeśli nie codzienny, to najbardziej zwyczajny. Nie wypuszczając broni z rąk wzięli pod ramię gibkie truchło i zanieśli na śmietnik.


Zeszło pięć minut nim strażnicy Degur i Quodroso dotaszczyli się na miejsce, z ciężarem, który ciągnął się im jak spaghettii. Otworzyli ostatnie z drzwi, przeszli przez próg przepuszczając wpierw kucharkę i stanęli przy niewielkim silosie.
- Czekaj Degur... na trzy.
- Raz, dwa, trzy. - Zwłoki, rzucone poszybowały w kąt.
- Zaczekaj Degur. Gdzie ty idziesz?
- No na wartę, a gdzie mam iść?
- Czekaj, odsapniemy chwilkę. Nikt się nie zorientuje. Patrz co mam. Na dłoni Quodroso leżał semikryształ.
- Helsol! - Zdziwił się Degur. - Od tego samego co zwykle?
- Tak, ale ten jest z Umrodlung. Prawdziwy syntetyk, nie tam przesączanie przez szmaty. No już. Dawaj kartę. Pokruszymy drania.
- Ty patrz! Widziałeś to? Poruszył się. - Oznajmił Degur patrząc w miesjce spoczynku zwłok illijna.
- To drgawki pośmiertne.
- Nie. Widziałem jak się poruszył.
- Mówię ci, to drgawki pośmietne. Trupa nigdy nie widziałeś? No już dawaj tę kartę. Ja swojej nie wziąłem.


Degur wyjął zza płaszcza sakwer, a z niego kartę. Podzielili kryształ helsolu.
- Jak tam z twoją nogą? Zagoiła się? - Zapytał Quodroso.
- Nie. Jest jak jest.
- A co ci w ogóle w nią jest?
- Mam pogrubiałe pochewki i troczki ścięgien długich zginaczy i prostowników.


Zza drzwi, którymy wyszli, wydobywało się drapanie.
- Co to? Słyszysz? - Zapytał Quodroso.


Degur postąpił krok i uchylił drzwi. Mechasześcionóg stał za drzwiami nieporuszony, najwyraźniej niechętny by przekroczyć próg. Strażnicy zbledli, bo tuż za nim stał oraddon Gvelspetor Kromikron. Sproszkowany semikryształ helsolu rozsypał się na błotnistą ziemię zostawiając jej powierzchnię białą. Quodroso odkręciwszy się tyłem w oka mngnieniu, zwinął resztę semikryształu z powrotem w chusteczkę. Następnie ponownie skierował się frontem do przełożonego. Quodroso i Degur wyprostowali się obydwaj bijąc pięśćmi w pierś.
- Szukałem was. - Zaczął ochryple oraddon. - Weźmiecie to co zabraliście z komnaty i wydacie to temu w tym śmiesznym statku co czekał na zewnątrz, przed komnatą. Co ty tam masz w ręku?


Quodroso znając obycie w armii wystawił rękę bez oporu przed przełożonym i otworzył dłoń.



Rozdział drugi



Mariusz siedział nad malutką skrzyneczką dobre sześć godzin, od tego czasu nie miał nic w ustach. Skrzyneczka owa, wyładowana elektroniką, była skomparowana z satelitą Tryton krążoncą po najniższej orbicie Ziemi. Zadaniem Mariusza było odnalezienie Chrissa Younga, zgodnie z wolą swojego mistrza Yrona.
- Tryton. - Powiedział Mariusz sam do siebie. - Odnajdź cel, Mariusz. - Przetarł frotką zwilżone potem czoło. Miał na przedramieniu różową frotkę, bo dosłownie oderwano go od gry w tenisa i nie miał czasu żeby nawet się przebrać. - Odnajdź cel Mariusz. - Mówił do siebie w coraz większym skupieniu, zgrzytając zębami i przygryzając wargi. - Odn... Jest! Haha. Mówiłem, że cię znajdę.


Mariusz, specjalista jakich mało, zamknął z trzaskiem skrzyneczkę i skierował kroki prosto do Arjuny - prawej ręki mistrza.


- No co tam Mariusz? Znalazłeś już? Pokaż. - Dopytywał Arjuna.
Mariusz ułożył przed Arjuną niewielką oliwkowej barwy skrzyneczkę. Arjuna wpatrzył się w czerwony, świecący punkcik na zielonej mapie.
- Tak jak mówiłem. Young spieprzył do Civitas. Dawaj dwie dychy. - Oznajmił Mariusz.
Arjuna wyciągnął portfel. - Farta masz Mariusz. Żeby ci się tylko nie udzieliło to wygrywanie. Zwykły fart nic więcej.
- Płać.


Do pokoju weszła Anneline. Długi kucyk radośnie bujał się przy każdym stawianym przez nią kroku. Cera z ledwie widzialnymi piegami, lekko blada. Ubrana schludnie w sukienkię barwy bahama blue z wyszywanymi liliami. Na jej uszach mrugały w świetle cyrkonie. - Chłopaki - Rzuciła hardo. - Yron was wzywa.


Yron Andersson, pedant, dostojny z twarzy i postury czterdziestolatek, stał w połyskującym garniturze Gieves & Hawkes z zaciśniętym zdałoby się perfekcyjnie krawatem. Poszetką pucował srebrne nożyczki, którymi przed chwilą przycinał sobie włosy w nosie. Ten zewnętrznie formalizujący się, bijący od niego spokój był pozorem. Yron był tykającą bombą, co jak mawiał, zawdzięczał swoim genom. Mawiał to też przy sposobności zespołowi zdrowia psychicznego, ilekroć bywał w zakładzie psychiatrycznym. Dopiero co oswoił się z wieścią, że jego współtowarzysz Chriss Young, hefren pierwszego stopnia, sprzeniewierzył się (Stopień pierwszego hefrena dzierżył również Yron) rozmawiając z Klejnotem Novy, co jednoznacznie oznaczało złamanie kodeksu bractwa Niewidzialnych do którego należał Chriss Young, Yron Andersson i im podobni.
- Panie. Zgodnie z twoją wolą, satelita odnalazł Youga w Civitas. - Oznjmił Arjuna.
- Doskonale. Wyślijcie zwierzynę. Niech to będzie Łukasz. Łukasz jest najlepszy. Nie ma żadnych skrupułów.


*
Kurukszetra była arcydziełem - sztuczną inteligencją, której układ fizyczny oparty został na mechanice kwantowej. Inteligencją, która samą siebie ulepszała. Inteligencja, która nadała sobie nazwę własną. Wielu próbowało rozgryźć dlaczego tak, a nie inaczej. Maszyna określała się mianem rozległej równiny niedaleko Delhi znanej z Wed. W tym miejscu odbyła się wielka bitwa, w której uczestniczył Kryszna wypowiadając Bhagawadgitę, Pieśń Pana.


Kurukszetra spełniała rolę prezydenta, zastępcy prezydenta, sekretarza sił zbrojnych, sekretarza obrony, przewodniczącego kolegium szefów sztabów połączonych, sektretarza sił powietrznych, ministra zdrowia, ministra finansów, ministra edukacji i tak dalej. Sztuczna inteligencja decydująca o losach, nieskromnie rzecz ujmując, całej planety. Tutaj, w Ameryce (dziś zwanej Novą), demencja została zatrzymana, demencja, która jak się okazało była wynikiem oddziaływań wybudzanych przez obcych. Wojna z obcymi przyczyniła się do gwałtownego postępu technologicznego. Stało się jasne, że człowiek potrzebował będzie mózgu pracującego tysiące, jeśli nie miliony razy szybciej i efektywniej. Oczywiście wszystkie stanowiska pełnione przez Kurukszetrę, reprezentowane były równierz przez ludzi. Chętnie korzystano z pomocy tego gigantycznego mózgu nazywanego nierzadko Sercem Novy, albo Klejnotem Novy.


Ci którzy nie mieli planów na życie, kierowali swoje kroki właśnie w objęcia kochanej kwantowej matki stając się częścią większego planu. Bano się owszem zbytniego uzależnienia intelektu drogą wysługiwania się innym myślącym ogniwem. Nauka zawsze jednak była kontrowersyjna i jak to mówiono „Wszystko Płynie“. Mało kto dopatrywał się, że rzeczy ustabilizują się w jakiś sposób. Nowy wiek i era człowieka kosmosu niosły za sobą tylko nieznane. Z czasem nauczono się żyć w zgodzie z niewiedzą - tą niewiedzą, która zawsze towarzyszyła wiedzy - w myśl zasady, im więcej wiesz, tym więcej nie wiesz. Prowadzono codzienne życia w zgodzie i harmonii. Ameryka stała się utopią.


*
Łukasz, mistrz wschodnich sztuk walki, syn Catrine i Bogdana, obojga rodziców zarażonych demencją, czekał na szybkobus już dobre pół godziny i w końcu się doczekał. Pod sam jego nos podjechał wielki jak stodoła pojazd z świecącymi reklamami na zewnętrzu. Reklamy przedstawiały głównie kilka nagich kobiet ulepszonych wizualnie i butelki coca-coli, choć nie było do końca wiadomo, czy jedno z drugim jednak miało jakiś związek. Oczekujący Łukasz wypatrywał silikonowych cycków, które rozstąpiły się wypuszczając pasażerów, tym zaś przyszło się zmierzyć z uderzeniem smrodu jaki oferowała atmosfera Wielkiego Miasta - miasta, którego wewnętrzna część zorientowana wertykalnie pod względem architektonicznym nazywała się Urbus, natomiast zewnętrzna jego część zwaną potocznie była Civitas. Wielkie Miasto wzięło swoją nazwę nie skąd inąd jak stąd, że było największym miastem na świecie i zdawać by się mogło, że ostatnim - tak jednak nie było.
Znalazł ją - Izabelle, przyjaciółkę na którą czekał. Wysiadła ostatnia z szybkobusu i nic dziwnego, była strasznie chuda, wręcz koścista, i nie mogła najwidoczniej przecisnąć się przez zbieraninę najróżniejszej maści ludzi. Łukasz podetknął jej pod nos kwiaty. Ona tym samym momencie pochwaliła się pierścionkiem zaręczynowym, wykonanym z rzadkiej mieszanki metali zwanej "Przyzwyczajenie". Zaskoczony Łukasz podrapał się po ogożałej twarzy, na której widniał tygodniwy zarost, i rzucił kwiaty na perrowskitowy chodnik. Jakiś pan, który stał tuż za nim, w odpowiedzi na to zapytał wskazując palcem na kwiaty. - Mogę?
- A po co? - Zapytał Łukasz.
- Żonie dam. - Odpowiedział nieznajomy.
- Kwiaty z ziemi?
- Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. - To odrzekł starszy pan i podniósł z ziemi kwiatek po kwiatku. - Zresztą nie stać mnie na takie ekscesy jak kupno świeżych, ciętych kwiatów. Mam status A-3.


Łukasz i Izabell przechadzali się jedną z najbardziej monitorowanych ulic Wielkiego Miasta zapamiętale podziwiając zachód Słońca.
- Łaaa! Ale tu ładnie o tej porze. Słońce akurat wbija się klinem między megawieżowce. - Zawołała Izabell.
- No. - Odparł Łukasz. Oczekiwał końca całej tej żenady. Myślał, że dziś umoczy, ale Izabell zdała mu się być osobą wierną, gdyż nie zauważył w niej ani drgnięcia mięśni twarzy, gdy rzucał bukiet kwiatów na perrowskitowy chodnik. A może zwyczajnie Izabelle wiedziała, że posiada status A-7 i mógłby powtarzać tę czynność codziennie od niechcenia. - Kobiety są skomplikowane.
- Słucham?


W tej chwili do Łukasza zadzwonił telefon. Rozbrzmiała uspokajająca melodia, ale abonent nie odbierał. Bał się.
- Odbierzesz? - Dopytywała Izabell.


Nie odpowiedział.
- Łukasz? Telefon ci dzwoni.


Postawili jeszcze kilka kroków i znaleźli się w miejscu gdzie zaparkował samochód. Nie pamiętał tego jak parkuje. Nie wiedział zresztą, że kiedykolwiek jeździł tym samochodem. Odebrał telefon.
- Zlikwidujesz cel i jego dziewczynę. Budynek HC125-RX615bb. - Łukasz stał wysłuchując zlecenie jak zachipnnotyzowany.
- Łukasz, co się z tobą dzieje? Odezwij się. - Niepokoiła się Izabell.
- Muszę jechać. - Powiedział robocim głosem trzymając telefon przy uchu. Jedną ręką otworzył bagażnik bugatti chiron.
- Łał! Ty tym jeździsz? - Podnieciła się Izabell. Ukradkiem zsunęła pierścionek zaręczynowy z palca i wsadziła do kieszonki jeansowych szortów, które w tym świetle jeszcze bardziej uwidaczniały kościstoś jej nóg.
- Mam telefon. - Mówił tym samym robocim głosem Łukasz jakby nie słysząc co się do niego mówi.


W bagażniku znajdował się niewielki neseser, który zajmował całą jego pojemność.
- Co to? - Zaśmiała się radośnie Izabell. - Grasz na skrzypcach?
- To nie skrzypce. - Odpowiedział jej po raz ostatni Łukasz i wsiadł do wozu.
- Mogę jechać z tobą Łukasz? Mogę?


Ruszył sam z piskiem opon. Izabell patrzyła jak okazja przecieka jej między palcami - człowiek w białym kombinezonie zostawił ją samą bez pożegnania.


Szaleństwo było wpisane w to co się działo. Łukasz przełączywszy rozmowę na głośnomówiący, jechał, a raczej zapierdalał z zawrotną prędkością przez górne pasmo obwodnicy M-25. Deszcz siekł w przednią szybę. Kropelki niezwykle gęstego, burzowego deszczu odbijały niebieskie światło ksenonowych lamp typu angel eyes.


To co było najgorsze to komenda którą Łukasz otrzymał przez telefon, a która uaktualniała system zakodowanych procedór przewidujących wielorakie wariancje, aktywujących się jedna po drógiej jak lawina w jego mózgu. Łukasz rozpoczynał dialog sam ze sobą, przy czym wielu elementow musiał się domyślać. Ten katatoniczny stan pełen nieznośnego bólu trwał dopóki zlecenie nie zostało wykonane. Łukasza przepełniała gorycz i żal, a może nawet bardziej żal niż gorycz, ale komu to osądzać?


Naraz usłyszał huk i zląkł się. Dopiero po czasie zrozumial, że przejechał przez wnętrze megawieżowca. Co chwila rozbłyskiwały flesze fotoradarów.
- Aleksa włącz muzykę. - Zakomenderował do bota, elementu wyposarzenia car audio. Rozbrzmiały ciężkie, szamańskie bębny. Kierowca, rudy dwudziestopięciolatek o zadziornym charakterze i niezłomnej woli, Łukasz, zaczął zgrzytać zębami ze zgrozy. Od zawrotnej prędkości jego oczom udzielił się wytrzeszcz. Chcąc zniwelować problem, włączył autopilota i zdjął buty, by następnie knykciami rozmasować sobie solidnie stopy. Pomogło. Był teraz jakby bardziej skupiony. Obserwował jak autopilot świetnie radzi sobie na trasie przy prędkościach lekko powyżej trzystu kilometrów na godzinę. Nie było w tym nic dziwnego. Górna obwodnica zawierała w sobie najszybsze pasy ruchu, co sprawiało, że owa górna obwodnica była niemalże opustoszała. Zewsząd widać było świerki, cisy i lipy, a od czasu do czasu na drodze wyrastał jakiś bezimienny megawieżowiec.


W końcu podjechał pod rozświetlony jaskrawym światlem podjazd. Dotarł do granicy Urbus. Tu już zaczynało się odgrodzone Wielkim Murem Civitas. Na drodze Łukasza stanęła straż graniczna. Interesy obó półmiast rzadko ze sobą koligowały. Półmiasta swoim ustrojem przypominały konfederację, ale takie uogólnienie niejednego wprowadzało w błąd. Tak czy owak różnicą, która zapoczątkowała rozłam w interesach ludzi "z wioski",czyli Urbus i ludzi z dawnego Londynu, czyli Civitas, była rozprzestrzeniająca się, wymykająca się wszelkim wnikliwszym, bądź też powierzchownym, analizom, postępująca demecja wśród ludzi. Już w 2016 u części badanych Norwegów zaobserwowano spadek poziomu IQ rosnący z pokolenia na pokolenie. Problem zaczął przejawiać się notoryjnie wśród całej Skandynawii, a następnie wśród mieszkańców całej Europy, Azji i reszty kontynentów. Chęcią powstrzymania tego zjawiska, w wewnętrznej części zurbanizowanego terytorium dawnego Londynu, zebrano co bystrzejsze rozumy, natomiast poza granicą obecnego dziś Civitas - dawnego Londynu - wybudowano mnóstwa uczelni, a w tychże uczelniach skupiano naukowców przeróżnych dziedzin, w tym najnowszej: interfizyki. Interfizycy parali się zunifikowanym zlepkiem powszechnie praktykowanych nauk: fizyki, astronomii i kosmologii teoretycznej. Im też przypadło rozpracowywanie, występującej w fizyce kwantowej, komplementarności zjawisk.


Łukasz podjechał na podjazd. Strażnik obserwował go ze zmróżonymi oczami. - Pana nazwisko? - Zapytał.
- Spleb.
- Nie widzę pana na liście. - Ozajmił strażnik.
- Widocznie zaszła jakaś pomyłka. Jestem Łukasz Spleb, poseł partii Lewe Skrzydło, wszem znany orendownik nauki. Musiał pan o mnie słyszeć. Proszę jeszcze raz sprawdzić listę.
- A... - zmitygował się strażnik. - To przez ten deszcz. Zachlapało mi tablet. - Proszę wjeżdżać panie pośle. Udanej wizyty.


Rozdział trzeci


Rok 2020.


Rey Crown potarł nos zupełnie nieświadomie. We śnie jakaś dama podała mu nawet chustkę. Bez emocji oglądał swój pokój rozświetlony jaskrawym, niebieskim światłem bijącym z okien. Półprzymknięte oczy rejestrowały majaczące sylwetki niebieskich mebli. Coś działo się poza głębiną snu mieszając bodźce realnego świata ze światem sennych fantazji. Był wielorybem. Oglądanie kształtów, które nie miały kolorów poza intensywnym błękitem i czernią było całkiem przyjemne i dziwne. Właśnie miał wydać przeciągły śpiew godowy, kiedy zerwał się wystraszony. To się działo naprawdę. Natychmiast otrzeźwiał. W kolejnej chwili usiadł, a jego głowa zanurzyła się w świetle fotonów bombardujących z zewnątrz. Odkręcił głowę w stronę źródła światła i rażony przysłonił oczy ręką. Nikt do niego nigdy nie zajeżdżał. Nikt nie znał jego adresu. Nie tego. Widział już wiele rodzajów blasku, ale ten był niezwykle intensywny. Nawet jeśli to miałby być samochód, nigdy nie dałby temu wiary. Nie widział już nawet kształtów mebli, wszystko zlało się w jedną plamę. Oczy nie chciały patrzeć. W zamkniętych powiekach widział swoje naczynka krwionośne. Ułożył się ponownie w pozycję leżącą, ukradkiem wymacał spodnie i wsunął je na siebie. Po chwili efemeryczny blask ustąpił gęstej jak ropa ciemności. Rey Crown, bo tak na imię było mężczyźnie, wstał ledwo łapiąc balans, by po chwili sięgnąć latarkę, którą zostawił na jednym ze stołów. Dopiero gdy po akomodacji wzroku spojrzał na przegub z zegarkiem, z którego tliło się zielone światełko fosforu, zdał sobie sprawę, że spał niecałą godzinę. Czuł na sobie ciężar przemęczenia. Gdy w końcu wymacał gruby element, a na nim przycisk, rozświetlił sobie drogę i znalazł swoje buty. Kilka chwil później zszedł na parter, otworzył główne drzwi domu i przeskanował wzrokiem podwórze, które okazało się być puste. Szybko zrezygnował z dalszych dochodzeń i nie roztrzęsując zbyt długo tematu położył się z powrotem spać.


O 7:35 rozległo się donośne pianie koguta. Rey zniechęcony myślą konieczności wstania, skulił się i skrył głowę pod kocem daremnie próbując odizolować się od nieznośnego hałasu. Po chwili jednak odsłonił twarz i wstał z kanapy ubrany w pogniecioną koszulę i jeansowe spodnie w których spał. Zdjął ubranie i udał się prosto do kabiny prysznicowej. Nadal był zmęczony, ale to wrażenie dawało mu uczucie satysfakcji. Wczoraj dużo się wydarzyło - myślał. Wizyta u premiera o 10:00 i... i... - na próżno próbował sobie przypomnieć. Pamiętał tylko niebieskie światła na podwórzu o 2:34, a poza tym nic. Pierwszy raz zdarzyło mu się doświadczyć jak wygląda urwanie filmu, a przecież nic nie pił. Po prysznicu udał się do kuchni po kawałek zeschłej pizzy i kawę. Wrócił do pokoju... Rzeczą, której się wstydził było to, że jego pracownia i sypialnia stanowiły jedno. Otworzył szeroko okna, by zneutralizować zaduch. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić co było źródłem wstydu. Sypialnia połączona z pracownią nie były jakimś wynikiem braku przestrzeni w domu, gdyż dom był średnich rozmiarów. Być może było to zwykłe partactwo w gospodarowaniu przestrzenią, z czym zresztą regularnie forsował się w pracy.


Tarcza Słońca wychynęła poza linię horyzontu. Poranek był iście kuszący. Wiał zimny wiatr, a żar z nieba nieprzerwanie ogrzewał. Nie był to dzień na pracę. Rey ledwie opuścił swoją posiadłość i zaczął rozmyślać nad celem wyprawy. Miał do wyboru kilka znanych miejsc. Szedł żwirowymi drogami, przeciskał się przez wąskie ścieżki, nurkował między chaszcze, pokonywał tamy i mostki, aż w końcu dotarł do miejsca gdzie zaczynał się las. Nie był to busz o nie wiadomo jak rozległej powierzchni, ale mały lasek, który stanowił czyjąś własność, toteż wędrowiec zatrzymał się tuż przed nim na zwalonym pniu drzewa. Przed sobą miał niewielki staw, który utworzył się przez to, że obszar na który patrzył, znajdował się w depresji. Wokół biegły łagodne wzniesienia, które również były pozostałością po zlodowaceniu mającym miejsce kilkanaście tysięcy lat temu. Tuż za lasem miał kolejny staw, ale to już inna historia. Dlaczego? Bo nie wybrał tamtego miejsca, tylko właśnie to.


Rey uwielbiał przyrodę. Ubóstwiał ją z każdym wdechem i wydechem. Podobnie było z fizyczną aktywnością. Mówiąc bez ogródek, pot był dla niego jak łzy szczęścia. Ten niepozorny młodzieniec był zagorzałym fanatykiem jogi. Potrafił spędzać nad asanami w wolnych chwilach do sześciu godzin dziennie. Tak też się działo i tym razem - uprawiał jogę nie zwracając uwagi na przechodniów, a gromadziła się przy nim nierzadko niezła grupka. I w tym przypadku kilka osób nieudolnie naśladowało jego ruchy.


Nagle ją zobaczył. Tak, Ją.


Zerwał się na równe nogi. Miejsce, które w pewien sposób uważał również za swoje, opuścił szybkim krokiem. On i ona minęli się twardo patrząc sobie w oczy.
- Chyba go zdenerwowałam. - Stwierdziła pytająco kobieta o krótkich blond włosach stojąc w grupce, która uszczupliła się o jedną osobę.
- Co ty gadasz? - Odparł jej towarzysz z wysokim nosem o ulizanych do tyłu czarnych włosach, Robert. - Zdenerwowałaś go staniem?
- Nie wiem. - Powiedziała jakby do siebie. Stała tak jeszcze przez chwilę obserwując malejącą sylwetkę nieznajomego, która właśnie zniknęła z pola widzenia. Wyruszyła z miejsca w tym samym kierunku biegnąc truchtem.
- A ty dokąd?! - Rzucił za nią kolega.


Ann zniknęła gdzieś za zaroślami.


Nie dokończyłem treningu.


Rey stojąc gdzieś między sklepikami otoczony tłumem przechodniów zamarł w miejscu obserwując mijające go sylwetki. Po chwili namysłu ruszył z miejsca i wychodząc zza zakrętu zderzył się z młodą pięknością. - Przepraszam. - Wypowiedziała frasobliwie jak automat jeszcze w chwili trwania fizycznego kontaktu.


Rey przyjrzał się jej uważniej. Miała na sobie czarne rajtuzy i białe podkolanówki. Czapka z daszkiem skrywała jasne jak łany zboża włosy.
- Śledziłaś mnie. - Zaczął.


Nie spodziewała się tego, ale poczuła się niezręcznie.
- Trochę się jednak do siebie przywiązaliśmy. - Kontynuował.
- No właśnie. Dlaczego uciekłeś? - Zapytała.


W myślach przebierał w doświadczeniach, które były jego udziałem. Ile razy próbował wytłumaczyć synchronizację na darmo. Śnił o rzeczach w zawoalowany sposób, by potem przyglądać się im za dnia. - Chciałbym ci odpowiedzieć, ale to nie jest takie proste. - Odparł.


Ann uśmiechnęła się, co nie uszło uwadze drugiej stronie. - Nie przesadzaj. Na pewno da się to jakoś ująć logicznie.
- Ciężko mi to opisać, ale czuję, że nie powinniśmy się spotykać. - Skąd mógł mieć tę pewność, że właśnie postępuje słusznie?
- Ale dlaczego? Polubiłam cię. Polubiłam jogę.
- Nie wiesz o co mi chodzi. - Odparł łagodnie.


Jeśli nie uda mi się za pierwszym razem to dam sobie spokój.


- Po pierwsze przepraszam, że zgodziłem się was prowadzić. Nie powinienem był tego robić...
- Ale zrobiłeś i nie przepraszaj. - Wtrąciła. Zastanawiała się co tak naprawdę było stawką w tej rozmowie. Widziała jego reakcję, kiedy po raz pierwszy spojrzał na nią przez chwilę dłuższą niż przelotne zerknięcie. Miała wrażenie, że dopiero wtedy jakby ją rozpoznał.
- Prowadziłem was i nie wiem co z wami teraz zrobić.


Nie rozumiesz dziewczyno, że świat się zmienia!?


- Jak rzecz... - Obruszyła się.
- Nie, nie - Wyjąkał. - Nic nie rozumiesz.


Wpatrywała się w niego oczekując wyjaśnień.
- To nie tak jak myślisz. Czuję, że coś się zmienia. Coś od dawna nie daje mi spokoju, odkąd...


Nachyliła głowę wbijając w niego wzrok. - Odkąd?
- Odkąd śnią mi się...
- Co ci się śni? - Zapytała z nieskrywanym zaciekawieniem.
- Śnią mi się kosmici. - Wychrząkał.


Ann wyraźnie rozradowana przyjęła nowinę śmiechem. - I to dlatego tak na mnie patrzyłeś?
- Jak patrzyłem?
- Jakbyś chciał mi nie wiem co zrobić.
- Niczego nie rozumiesz. Przyszłość nie maluje się w kolorowych barwach, to kwestia przeczucia. Czuję, że może się wydarzyć coś nieprzyjemnego i nie zamierzam was w to świadomie mieszać.


Twarz jego rozmówczyni niepokojąco nie wyrażała żadnych emocji.
- Wiem co myślisz. - Wykazał się ostrością umysłu. - Nie jestem szalony. Wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.
- Jakie rzeczy?


Wziął tak głęboki oddech na ile pozwalała mu pojemność płuc.
- Ojej, aż tak? - Zapytała.
- Poważnie. Nie powinniśmy rozmawiać.
- Jestem innego zdania. - Odparła. - Każdemu wolno rozmawiać i tobie też. Mam nawet ochotę na dłuższą rozmowę.


Być może przez nieopatrzność, nie zanegował.
- Masz może drobne? Tam jest kawiarnia. - Wskazała ręką.


Stał nieporuszony bez pojedynczej myśli w głowie. Nieznajoma piękność proponowała mu wspólną pogawędkę.


Może się wydarzyć cokolwiek.
- Mam.
- To chodźmy - ponagliła.


Weszli do wielkiego pomieszczenia z piętrem, głębokimi fotelami i oszklonym dachem. Kawiarnia wypełniona była różnego rodzaju roślinnością, a ozdobiona palmami przywodziła na myśl dziką puszczę. O tej porze nie było tu nikogo. Ann podeszła do kosza i zaczęła wybierać w kanapkach. - Zjadłabym coś, a ty?
- Nie dziękuję. Trochę za wcześnie jak dla mnie.


Oboje zbliżyli się do lady, która sięgała piersi i zamówili każde co innego.
- Cappuccino z mlekiem i cukrem. - Odezwała się blondynka.


Czarnoskóry kelner natychmiast skierował się do ekspresu.
- A dla mnie mała czarna.


Czekając na obsługę Ann kontynuowała dialog, który zaczęli trzy minuty wcześniej. - Więc opowiedz co ci się takiego śni, że nie możesz nawiązywać kontaktu z ludźmi.
- Trochę przesadziłaś.
- W czym?
- Nie izoluję się od ludzi, tylko od was.
- Jak to?
- W szczególności od ciebie.


Filiżanki wypełniła ciemna, aromatyczna mieszanina. Zabrali je ze sobą i usiedli w głębokich fotelach z wysokiej jakości tkaniny skaj barwy ecru. Nad ich głowami dyndały zwisające lampy w tej samej tonacji.
- Mów. Od kogo się izolujesz i dlaczego?
- Mów. - Powtórzył. - Żebym to ja wiedział od czego zacząć.
- Od czegokolwiek.
- Więc najpierw opowiem ci jeden ze snów.


Ann odmilczała chwilę czekając aż nieznajomy rozpocznie opowieść.
- Zaczyna się tak. Jestem w wysokim domu i wychylam się przez okno, które styka się z doskonale gładką taflą jeziora, na której odbija się gwieździste niebo. Sen jest bardzo realny.
- Yhym.
- Do jeziora zstępuje armada rażących świateł i w ten sposób rozpoczyna się inwazja. Obcy lądują w wodzie.
- Jaka inwazja? - Dopytywała Ann.
- Nie wiem. Ale najlepszy był ten kosmita o chłodnej barwie i typowo kosmicznym kształcie ciała i głowy, jakby człowiek z przyszłości. Statki lądują w wodzie i nagle przed twarzą wynurza mi się wspomniany kosmita. Pokazuję mu środkowy palec, a on do mnie to samo.
- Aha.
- Rzecz działa się w mgnieniu oka. Nie wiem dlaczego ale zrobiliśmy to niemalże równocześnie bez powodu. Myślę, że to był przyjaciel. - Rey podniósł wzrok i spojrzał rozmówczyni w oczy. - Ciekawi cię to?
- Tak, kontynuuj.
- Za chwilę uciekam schodami w górę i biegnę przez jakąś surową kondygnację z betonu na drugą stronę jeziora. Okazuje się, że cały świat już wie o inwazji i powstają obozy. Ludzie magazynują broń i rozpoczyna się walka, ale coś jest nie tak. Nie wiem skąd, ale wiem, że są dwie rasy obcych i tu zaczyna się cały bałagan.
- Aha.
- Czuję strach ludzi i wiem, że mają problem z rozróżnieniem agresora od protektora.
- Już?


Nie odpowiedział.
- Więc to był jeden ze snów. Czy to ma jakiś związek...
- Tak. - Urwał krótko. - Miałem jeszcze jeden sen. Śniłaś mi się. Widziałem wyraźnie każdy detal i nie mógłbym cię pomylić z nikim innym.
- Jak to?
- Nie znasz może jakiegoś człowieka z rudymi włosami, który ubiera się w biały kombinezon?
Ann pokręciła głową przecząco. Do kawiarni wszedł klient.
- Muszę już iść Ann. - Rey powstał od stolika.
- Dopiero zaczęliśmy. - Ann spochmurniała.
- Ktoś mnie śledzi.


Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Może tu zajrzeć lada moment. - To powiedział i oddalił się w stronę wyjścia.
- Zaczekaj. Jak masz na imię? Spotkamy się jeszcze?
- Rey Crown. Przyjdź jutro w to samo miejsce. - Palnął się w czoło.


Podeszła do niego. - Idę z tobą.


Cholera.


Wyszli na zewnątrz zatrzaskując za sobą solidne drzwi. Wiatr wiał im we włosy.
- Zaprosisz mnie do siebie? - Zapytała.
- Yyy...
- Nie żebym czuła się specjalnie samotnie, ale mam dziś sporo czasu.
- Wierzysz w boga?
- Dziwne pytanie mi zadajesz i to tak znienacka...
- Chcę o czymś z tobą podyskutować. Naprawdę nie powinniśmy...
- O czym?
- O synchronizacji. Czytałaś o tym może?
- Nie.
- To istotne. Mam sny, które przedstawiają mi wydarzenia następnego dnia. Naprawdę powinniśmy się już rozstać.
- To zaprosisz mnie do siebie, czy mam sobie pójść? Nie musisz się zgadzać jeśli nie chcesz.
- Chodź. - Chwycił ją za dłoń i ciągnął za sobą.
- Jak ty szybko idziesz. Zwolnij.
- Nie mogę. Przed chwilą widziałem Stewarta. Zaraz mnie zobaczy.
- Stewarta?


Szli uliczkami, by następnie wyjść poza teren zabudowany na zarośniętą ścieżkę, za którą miał znajdywać się mały plac z dębem. Pod drzewem stały rowery do wypożyczenia.
- Stewart... Śledzi mnie od trzech dni. Na szczęście nie wie gdzie mieszkam. - Kontynuował Rey.
- To chyba coś poważnego.


Nie odpowiedział.
- To jak z tym bogiem? - Zapytał ponownie.
- Wierzę w boga, a ty?
- Świat to jeden wielki hologram Ann. Działanie składowych dynamiki kosmosu jest synergiczne i zawiera w sobie nieskończoną ilość czynników wpływających na ludzkie decyzje. Brzmi zwyczajnie jak determinizm, ale chodzi o coś więcej.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
- Chciałem ci coś wyjaśnić. Mam pewną teorię. Chcesz posłuchać?
- No dobrze.
- Naukowcy twierdzą, - rozpoczął tyradę - że na początku istniała osobliwość, rzecz, czy inaczej ujmując mechanizm, który miał warunki początkowe, to jest, wytworzył się tak jak raz nakręcony zegar z którego wszystko powstaje i nic wewnątrz jego zbioru się nie zmienia bardziej niż pozwalają na to warunki początkowe tego zdarzenia, osobliwości. Natomiast przedtem nie było niczego - żadnej historii, po prostu zwykły przypadek załamania się nicości w sposób umożliwiający łączenie się elektronów z protonami, powstanie galaktyk, gwiazd, planet i w końcu życia. Dla większości ludzi wszechświat to rzecz martwa, a jeszcze gorsze jest to, że uważają kreację za przypadek jeden z nieskończenie wielu w którym to składowe w końcu były na tyle precyzyjnie dopasowane, że mogły umożliwić ekspansję i komplikowanie się rzeczy. ...Niech nas bóg ochrania przed pojedynczością wizji, snem Newtona. - Wyrecytował. - I wiesz w czym problem?
- Nie za bardzo.
- Chodzi o to, że osobliwość może leżeć na końcu czasu, a nie u początku. To by wyjaśniało synchronizację. Złożoność struktur, w tym nas samych, staje się coraz bardziej skomplikowana, a to jest odgórne działanie sił przyrody. Człowiek chce czasem wiedzieć dokąd zmierzać, a synchronizacja daje mu o tym znać.
- Synchronizacja? To to coś czego się tak boisz? - Zapytała.
- Nie boję się tego tylko...
- Tylko co?
- Nie ważne. I tak pewnie mi nie wierzysz.
- Ale to jest ciekawe to o czym mówisz.


Dotarli na miejsce.
- Rowery? Chcesz jechać rowerami? - Zdziwiła się Ann.
- Nie. Kilka ulic dalej jest postój taksówek.
- Nawiązujesz dużo do astronomii.
- Kosmologii. Są ludzie, którzy trochę się w tym orientują. Niektórzy mówią o antropologii.
- Więc to coś pospolitego?
- Nie sądzę. Jest to unikat tak pospolity jak nowa kora mózgu wśród organizmów.
- Ale wierzysz w to wszystko? - Zapytała przymilnym głosem.
- Nie jest to kwestia wary tylko doświadczenia Ann. Gdybym nie wysnuwał żadnych teorii z pewnością bym oszalał. Każdego dnia staram się być inteligibilny. Umysł lubi zwodzić na manowce, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą emocje.
- Odpowiedz mi. Co się tam u ciebie dzieje?
- Nie chcesz wiedzieć.


Zauważyła bijącą od mężczyzny powagę. Wpatrywała się w niego, ale ten wzrok nie był odwzajemniany. Nowy znajomy znajdował się jakby w zupełnie innym świecie.
- O. Są. - Oznajmił.
Przed nimi znalazł się kordon typowo angielskich taksówek black cab. Podeszli bliżej. Rey otworzy towarzyszce drzwi, a potem samemu zapakował się tyłem do kierowcy.
- Dokąd państwo sobie życzą?
- Villageclose.



Kierowca, brzuchaty starszy pan z siwymi wąsami, włączył taksometr, odpalił silnik i ruszył wolno z miejsca. - Może porozmawiamy o czym? - Zaproponował.
- Nie ma o czym. - Oświadczył Rey.
- Zawsze jest o czym. O gospodarce, o polityce, o footballu. Lubi pan football panie... ?
- Rey. - Dokończył. - Lubię, ale nie jako kibic... Imperia... Ehh, szkoda gadać.
- Nie... Proszę dokończyć. Lubię rozmawiać z nieznajomymi. Czasem mają tyle do powiedzenia i to takie rzeczy, że człowiek wiary by nie dał, albo zdaje się jakbyśmy się znali czas już jakiś.
- A ci drudzy? - Wysnuł Rey. - Jak wygląda druga strona medalu? Pewnie nie mogą przestać gadać, aż żyć się nie chce.


Kierowca zarechotał.
- A co do wiary, - kontynuował Rey - to się wcale nie dziwię. Sam często nie wierzę własnym oczom i uszom. Bóg jeden wie jak weryfikować dane.
- Przesadzasz. - Wtrąciła Ann. - Nauka wszystko może wyjaśnić.
- A co jeśli nauka weszła na taki poziom rozwoju, że wierzyć się nie chce? - Zripostował.
- To może chociaż opowie pan o tym footballu. Co jest w tym tak ciężkostrawnego, że śliny szkoda? - Zapytał kierowca.
- Imperia u schyłku swojej żywotności, zaraz po tym jak narasta przepaść między bogatymi, a biednymi, po tym jak hedonizm zaczyna brać górę, a postawione przez imperialistów cele okazują się w końcu niemożliwe do osiągnięcia, zaczynają mamić ludzi swoimi igrzyskami, zaczynają odwracać uwagę na wszelki możliwy sposób i wiją się jak pijawki na zdrowym organizmie.
- Hmm. - Mruknęła Ann odwracając wzrok w stronę szyby.


Dalej jechali w milczeniu.


Po dziesięciu minutach jazdy i niemrawych wywodach starszego pana na temat par homoseksualnych Rey i Ann dojechali na miejsce.
- To tutaj? - Zapytała dziewczyna.
- Tak. Wysiądziesz? - Rey otworzył jej drzwi. Następnie wpakował w dłoń kierowcy dwadzieścia funtów. - Dziękuję bardzo.
Para wspięła się drogą po delikatnym wzniesieniu i weszła na podwórze nie większe od kortu tenisowego.
- O. Widzę, że masz róże. - Zakomunikowała Ann. Zbliżywszy się powąchała intensywnie różowy kwiat.
- Tak. A to wysokie to rododendron kurschke.


Oglądali krzaki sięgające dwóch i pół metra wysokości obsypane gęsto fioletowym kwieciem.
- Znowu zakwitły. - Oświadczył.
- Opowiedz mi o sobie Rey. Skąd jesteś?
- Z Californii. A ty?
- Ja się urodziłam w Brighton i mieszkałam tam do osiemnastego roku życia dopóki rodzice nie postanowili się przeprowadzić.
- Chodź.


Poszła za nim. Weszli do średniej wielkości domu z bali mahoniowo-oranżowej barwy z wielospadowym zadaszeniem i z niewielką, gustowną werandą na piętrze, gdzie swobodnie zwisały hamaki. W środku zastał ich na wpół rustykalny klimat i przyjemny chłód.
- Ale masz ładny dom. Wziąłeś pod hipotekę?
- Nie. Firma zapłaciła.
- Firma?
- JetSky. Moja firma.
- A czym się zajmujesz?


Rey rozważał wdrożenie młodej Afrodyty w temat pracy, ale się wzdragał. Nagle do mieszkania wszedł żołnierz, na czym dwójka obecnych zwróciła całą swoją uwagę. Rey przełknął słyszalnie ślinę. - Stewart. - Zagadał na przywitanie.


Mundurowy wyciągnął broń i zaczął zbliżać się wolnymi krokami do gospodarza. Podszedł na odległość jednego kroku i po chwili schował broń z powrotem do kabury. - Kurwa Rey... - Oświadczył niezadowolenie, z irytacją i niewypowiedzianym pytaniem w głosie. Podali sobie ręce zamykając je w żelaznym uścisku. - Ja mam cię pouczać jak się firmę prowadzi?
- W zasadzie ty też dobrze sobie z tym radzisz.
- Cholera... Zniknąłeś i to w takiej chwili. To natoryjność i nawet się nie stawiaj. Jesteś niezbędny i dobrze o tym wiesz. Zachowujesz się jak jakiś...
- Mam swoje powody.
- Ciekawe jakie. - Próbował zripostować żołnierz. Z jego oczu biła jednak ciekawość.
- Emdrive. - Rzucił słowem Rey, jakby chciał podzielić się kawałkiem ciasta.


Stewart usiadł ciężko gapiąc się na Reya jak sroka w gnat. - Oszalałeś.
- Działa. Emdrive działa. Wyniki badań przeszły pomyślnie wszystkie testy.
- No nie. - Żołnierzowi opadła szczęka. - Chcesz się... - Zamyślony przeniósł wzrok na kominek. - Chcesz zaistnieć na rynku z napędem wnęki rezonansowej? Czy ciebie do reszty posrało?
- Stew. Przywitaj się.


Stewart jakby dopiero teraz uświadomił sobie obecność dziewczyny, która stała cicho obserwując całe zajście.
- To jest Ann. Ann to jest Stewart.
- Bardzo mi miło. Widzę, że sprowadzasz do domu sikorki. A co z Lightningem? - Dopytywał żołnierz.


Ann udała, że nie słyszy


Rey wziął głęboki oddech i nałożył na twarz uśmiech. - Zajmę się tym. Potrzebowałem chwili przerwy.
- Tylko mi nie mów, że ty z tym Emdrive to na serio.
- Dobrze Stew. Przylecę do Pasadeny jak tylko najwcześniej będę mógł. Twoja misja - wypowiedział z naciskiem - zakończyła się powodzeniem. Niech zgadnę. To śledzenie to był pomysł Monic?


Żołnierz milczał.
- Odnalazłeś mnie więc i pogadaliśmy sobie.
- Masz lecieć do Pasadeny Rey. I odbieraj ten cholerny telefon. - Osobnik z bronią wstał i pożegnał się. - Miło było cię poznać Ann. - Wyciągnął do niej dłoń. - Wybacz... mam nadzieję, że innym razem uda nam się bliżej poznać. Muszę wracać z powodów, których Rey najwyraźniej nie może...
- Nie mów o mnie jakby mnie tu nie było - Przerwał zimno Rey. - Stewart natychmiast odwrócił wzrok.
- Mi ciebie również. - Odparła Ann z powrotem kierując uwagę gościa na siebie machając żywo jego ręką. Stewart podrapał się po głowie. Stał chwilę zmieszany, po czym wyszedł jakby wypchnięty siłą. Stojąc jeszcze w drzwiach rzucił na odchodne. - Ja tu więcej nie przyjdę Rey...
- Rozumiem.
- Obyś mówił prawdę.


Rey i Ann zostali sam na sam.
- Kto to był? - Spytała Ann.
- Przyjaciel. Służyliśmy razem w sto sześćdziesiątej SOAR.
- A dlaczego tak się ubrał?
- Widocznie nie miał czasu się przebrać. Jest pilotem tak samo jak i ja. Jest ze mną w firmie od samego początku.
- Z nazwy wnioskuję, że zajmujecie się samolotami...
- Dokładnie.
- Dlaczego tak się go bałeś? To twój przyjaciel, tak?
- Nie bałem się go. Bałem się tego co się dzieje. Wiedziałem, że mnie znajdzie.
- Znalazł cię bo cię widział. A co to jest ten Emdrive?
- To nowy silnik oparty na efektach relatywistycznych. Niejaki Roger Shawyer opatentował go w 2016 jako jego drugą generację, choć na chwilę obecną poczyniono badania nad wysokim ciągiem i wysokim przyśpieszeniem. Teoretyczne prace zgłoszono w Ameryce, Chinach i Wielkiej Brytanii. Innymi słowy badania weszły na etap trzeciej generacji. My pracujemy nad modelami samolotów opartych na silnikach odrzutowych. Narażam JetSky... - Wypowiedział ostatnie słowa w zamyśleniu.
- To powód dla którego zniknąłeś?
- Mówiłem ci o moich snach. Myślisz, że nie wysłaliby mnie do czubków, gdybym powiedział drużynie o moich aspiracjach?
- Jakiej drużynie?
- Moi przyjaciele, ludzie z którymi współpracuję, dzielę się pomysłami.
- No ale zgodzili się, tak?
- Jeszcze o tym nie wiedzą. Silnik jest w fazie testowej, a ja nie wykończyłem projektu samolotu. Nie powiedziałem nikomu o silniku, który miałby pracować w atmosferze na zasadach ciągu.
- Przez twoje sny.
- Tak. Problem w tym, że nie wiem skąd wziąć kilka megawatów energii, jeśli to nie będzie reaktor jądrowy, a do tego sprawić by samolot nie rozpadł się przy zawrotnych prędkościach. Potrzebuję chwili przerwy.




Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1065
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: Misieq79 » śr 19 wrz 2018, 10:51

To ja wymienię tylko grzechy ciężkie:
BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post
włuczęgostwa
schańbiłby się
Zza drzwi, którymy wyszli
z satelitą Tryton krążoncą
po ogożałej twarzy
zachipnnotyzowany (chyba ze to oznacza hipnozę za pomocą chipa)
obó półmiast
zmróżonymi oczami
orendownik nauki


Akapit o Szarakach to groch z kapustą, żeby nie powiedzieć bełkot. W jednym miejscu wrzucasz strzępy historii, monolog wewnętrzny i niesprawne gamety.
BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post wiotkie zwłoki rozlazły się na połyskującej podłodze komnaty (...)wzięli pod ramię gibkie truchło i zanieśli na śmietnik.
Skoro rozlazły to najpierw połapać i do wiadra.

BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post Silnik jest w fazie testowej, a ja nie wykończyłem projektu samolotu.

OK, w historii awiacji znane są silniki robione "pod" konkretny samolot, ale to pojedyncze przypadki. Przydałoby się wyjaśnienie "dlaczego". I czy mi się wydaję, czy on omawia te topsikrety z dopiero co poznaną laską?

BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post Nie powiedziałem nikomu o silniku, który miałby pracować w atmosferze na zasadach ciągu.
Powiem szczerze, liznąłem sporo wiedzy o lotnictwie i nie mam pojęcia o co chodzi w tym zdaniu.

BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post Przed sobą miał niewielki staw, który utworzył się przez to, że obszar na który patrzył, znajdował się w depresji.

To jeden z wielu przykładów wodolejstwa. Wszystkich nie wymienię.
Siękoza - masz 200 "się" w tym tekście.
Pomimo najszczerszych chęci nie potrafię przez to przebrnąć.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Dusza pisarza
Posty: 523
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: Czarna Emma » śr 19 wrz 2018, 11:58

To jadziem, zobaczymy, ile wyłapię. :)
Illijn zaledwie drgnął jednym z czterech palców zaciśniętych na czworobocznym drążku i coś kliknęło.
Drgnąć może raczej coś, a nie ktoś czymś. Może "zaledwie dotknął"?
Statek pomknął osiągając pełnię swoich możliwości.
a może "przyspieszył"? Bo z kontekstu wynika, że cały czas leciał, zaś pomknąć kojarzy mi się z tym, że najpierw stał.
W przeciągu zaledwie niecałej minuty przyśpieszył do trzystu metrów na sekundę, a po włączeniu silnika neutrinowego prędkość zwiększyła się po stokroć.
Nieee, sto razy, albo stukrotnie.
Planeta z której orbity wyruszył była ostatnim z kolei ciałem niebieskim potrójnego układu gwiazd. Na jej powierzchni nie było śladu życia, za to na powierzchni jejksiężyca znajdywały się miasta, które nocą oświetlały całą skalistą kulę.
powtórzenia. O ile to "jej" jako tako może być, to drugą "powierzchnię" można zastąpić, inaczej budując zdanie. Np. [...] za to na krążącym wokół niej księżycu znajdowały się miasta [...]
[i]Illijn nie miał ochoty opuszczać miejsca do którego należał. Choć podróże między systemami były dla większości takich jak on ekscytujące, to jednak audiencja u jego obecnego wodza, zdecydowanie zniechęcała równie bardzo co długość czasu spędzana w trakcie takiego włuczęgostwa. [/i] 1- W jaki sposób należał? Był z tym miejscem związany? 2 - takich jak on czyli jakich? 3- audiencja przywodzi na myśl papieża.
Na przestrzeni czasu jego rasa - zwana Szarakami - przymuszona tragicznymi okolicznościami ledwie oderwała się od ziemi, a na liście obywatelskich obowiązków pojawiło się całe mnóstwo zupełnie nowych i niebezpiecznych jak dotychczas zadań nazwanych na cześć odkrytej pustki i jej właściwości, czarną listą.
Jakiego czasu? I co to za tragiczne okoliczności? Warto dookreślić. Brrr, za długie to wtrącenie o zadaniach.
Dziesięcina to nie zadanie, a podatek, obowiązek, haracz.
Wszystko robiono z pośpiechem, co dawało spore szanse najgorszym scenariuszom, które oferował kosmos.
czyli?
Zmanipulowane przez wroga - mistrzów genetyki - sprawiały, że gamety przestawały brać udział w procesie rozrodczym.
Manipulacja to chyba złe słowo. Może "zmutowane"?
Malesin, szczupły jak każdy Szarak, osobnik o niezwykle elastycznym charakterze, siedział w statku oczekując powrotu Illijna, swojego homoseksualnego partnera i przełożonego zarazem.
Czyli każdy przełożony był zarazem partnerem? Njet! :)
Czekanie wymuszało w jego wyobraźni najgorsze scenariusze.
wymuszało? Nieee... "sprawiało, że rodziły się..."
Pomijam kilka zdań. Oczy same mi przeskakują. Pardon.
Zeszło pięć minut nim strażnicy Degur i Quodroso dotaszczyli się na miejsce, z ciężarem, który ciągnął się im jak spaghettii.
Minęło pięć minut.... ciągnął się za nimi... i czy spaghetti to dobre skojarzenie?
Dobra, zarządzam przerwę. Postaram się wrócić.
Ciężko się to czyta, naprawdę.


- Mniejsza o to, o cóż panom chodzi?


- Nie mniejsza - jako człowiek oblatany w najlepszych towarzystwach, z ukończoną szkołą tańców nowoczesnych i figurowych, zawsze robię wszystko a propos i wytrzymuję najcięższe nawet artykuła salonowego kodeksu karnego. Ale o wiele mnie kto niemożebnie podgrymasza, łobuz się robie i z samem sobą wytrzymać mnie trudno.


z "Wiecha"

Awatar użytkownika
BonjurBuonegiorno
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pt 10 sie 2018, 17:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: BonjurBuonegiorno » śr 19 wrz 2018, 12:23

Grzechy ciężkie są najlepsze :D
To jest po części lanie wody. Mój mózg próbuje zaledwie zlepić wątki. Ale nie będę się tłumaczył. Myślę, że lepiej było to opublikować niż myśleć, że się jest jakimś. Dziękuję za komentarze <3 :clap:



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 200
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: MargotNoir » śr 19 wrz 2018, 12:47

I see what you did here. Wrócę tu i pokopię w kwestiach językowych, a tymczasem mam pytanie:
Do tej pory wydawało mi się, że to raczej ciężkie klimaty w zamyśle. Teraz na początku mamy skrzyżowanie space opery z He-manem i Autostopem Przez Galaktykę. Tak miało być?



Awatar użytkownika
BonjurBuonegiorno
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pt 10 sie 2018, 17:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: BonjurBuonegiorno » śr 19 wrz 2018, 13:06

Dałaś mi niezłą zagwozdkę. Wstawiam co mi się napisało. Jestem jeszcze prostszy niż myślisz.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2544
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: Bartosh16 » śr 19 wrz 2018, 15:26

A ja dodam od siebie, że zanim wstawisz na Forum, lub gdziekolwiek w Internecie, całą powieść, zastanów się dwa razy.

1. Nie oszukujmy się, mało kto na Forum będzie chciał przekopywać się przez 40 k znaków dość słabego tekstu.
2. Co raz opublikujesz, tego nie wydasz.
3. Szukasz darmowej korekty? To nie miejsce na to. Tutaj na 90% dostaniesz kilka wskazówek i jedną skondensowaną radę: "Reszta tekstu nie nadaje się do czytania". Dlaczego tak? Otóż Weryfikatorium weryfikuje. Gdybyśmy trudnili się korektą, prawdopodobnie nazywalibyśmy się Korektorium, a jeśli redakcją, to Redaktorium.

Chcesz poćwiczyć warsztat? Napisz krótkie opowiadanie, 5, 10, może 20 tysięcy znaków specjalnie na potrzeby weryfikacji. Z czasem sam zobaczysz swoje własne błędy. Ja po kilku latach ćwiczeń i obecności na Forum byłem w stanie zweryfikować swój własny tekst z 2009 roku :) Nie trać sił i czasu.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
BonjurBuonegiorno
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pt 10 sie 2018, 17:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: BonjurBuonegiorno » śr 19 wrz 2018, 17:24

Bartosh16, przyjąłem do wiadomości. Z drugiej strony możesz mi wskazać dział "śmietnik". :ups:



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2544
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

[W]Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: Bartosh16 » śr 19 wrz 2018, 17:55

BonjurBuonegiorno pisze:Source of the post Bartosh16, przyjąłem do wiadomości. Z drugiej strony możesz mi wskazać dział "śmietnik". :ups:


Mistrzu, tu nie chodzi o śmietnik, wywalanie tekstu, wieszanie laptopa na kołku itd.
Pamiętam jak ja się czułem, kiedy moje opus magna pisane od czternastego roku życia okazało się niedoskonałe :D

Twoje teksty nie są na śmietnik. Są do poprawienia.
Po pierwsze, błędy ortograficzne są niedopuszczalne. To tak, jakby przyszedł do Ciebie na rozmowę kwalifikacyjną potencjalny pracownik ubrany w kufajkę, papachę, z fajkiem w zębach, spomiędzy których bije odór taniego alkoholu. Zatrudnisz? Pisanie jest jak szukanie pracy właśnie. Na początek nawet do Ciebie nie dzwonią. Odrzucają na etapie CV. Potem zapraszają Cię na rozmowę i odpadasz w tym momencie, lecz z czasem Twoje CV wygląda coraz lepiej, atrakcyjniej i Ty sam takoż się prezentujesz. Jeśli samemu nie dajesz sobie rady z ortografią, może masz jakąś uroczą przyjaciółkę-polonistkę? :) Ortografy to nie koniec świata.
Po drugie, ćwicz na krótkich formach. Jeśli chcesz pokazać powieść pisaną ze słabym warsztatem, to czytelnik musi pokonać 400 000 znaków, zanim dojdzie do konkluzji. Krótkie formy są bardziej strawienne, także na Forum. Kiedy wracasz po pracy i nie masz siły na nic, chętniej przeczytasz opowiadanie kilkustronicowe, niż pierwsze trzy rozdziały powieści na milion znaków. To praktyka, tu nie ma za grosz złośliwości.

Masz jakiś pomysł. Ja też mam kilka takich, na które wpadłem za młodu, i które czekają na realizację. Lecz jeszcze nie umiem dobrze pisać (dobre, nie? :) ). Popracuj najpierw nad warsztatem, a jak już wypracujesz pewne mechanizmy, wtedy bierz się za konkrety. Jak idziesz na siłownię, to nie nakładasz największego ciężaru na sztangę na pierwszy raz, prawda?


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
BonjurBuonegiorno
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: pt 10 sie 2018, 17:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Niebieski Zmierzch fragment sci-fi 2

Postautor: BonjurBuonegiorno » śr 19 wrz 2018, 18:26

Rzecz oczywista, że masz rację. Na siłowni byłem i rozumiem tę przepyszną analogię z ciężarami. Pomyślałem, że kto zechce to przeczyta ile zechce, wszak internetów nie ma końca i pomieszczą wszystko. Skoro jednak znasz się na gustach weryfikatorów i polecasz kierować się w inszą stronę, to tak zrobię.
P.S. Udaję się za tydzień z powrotem na oddział psychiatryczny. Moje zachowanie to jeden wielki troll - aż dziw, że stać mnie na powagę. Byłeś kiedyś ubezwłasnowolniony za to, że przyszedł do ciebie Jezus? Schizofrenia zjadła mi 6 lat życia i przypada mi się jedynie spierać, czy to aby nie moja wina. Dziękuję każdemu kto to przeczyta, za rozrywkę. Moją pasją ostatnio jest leżenie i zwijanie się z bólu. Trolololo <3




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości