Tancerz

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Ludew
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 20 cze 2011, 10:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Planeta Melmak
Płeć: Mężczyzna

Tancerz

Postautor: Ludew » śr 11 sty 2012, 08:23

Każdy mój tekst jest w jakimś stopniu eksperymentem, ale ten jakby bardziej.

Tancerz

Początek jesieni zmienia gwałtownie mój biologiczny zegar. Wieczorne czytanie książki kończy się zwykle przebudzeniem w środku nocy, lub nawet nad ranem, z nosem przyklejonym do kartki, niczym glonojad do szyby akwarium. Potem walczę o złapanie jeszcze kilku chwil snu i zwykle zasypiam.

Po pierwszym budziku nie wstaję, wpadam jeszcze w delikatną drzemkę, a czasem tylko wyleguję się bezmyślnie ze wzrokiem wbitym w sufit. Po drugim, nastawionym na piętnaście po szóstej, już nie mogę dłużej leżeć. Opuszczam wygrzaną pościel z poczuciem krzywdy i wlokę swoje, stawiające opór, członki do łazienki. Po drodze jeszcze sekwencja: pilot, telewizor i program z prognozą pogody – muszę przecież wiedzieć jak się ubrać. Dzisiejszego ranka ten scenariusz realizował się z dokładnością, która zmusiła mnie do przemyśleń nad monotonią mojego życia. Przerażeniem napawała mnie myśl odkrycia, że dzień dzisiejszy będzie dokładnie taki sam jak dwunasty października zeszłego roku.
- Kolory jesieni są wynikiem procesów zachodzących w liściach – zza drzwi oddzielających łazienkę od przedpokoju dochodził lekko stłumiony odgłos telewizora. - Korkowata warstwa odcinająca, rozkładająca się u nasadki liścia, powoduje osłabienie wiązań liścia z drzewem i blokuje arterie, którymi drzewo odprowadza z liścia produkty przemiany materii. Chlorofil rozkłada się i blednie. W wyniku tego procesu karotenoidy zdobywają nad nim przewagę i liść żółknie. Rozkład uwięzionych w liściu cukrów...
- A gdzie prognoza? Nigdy jej nie ma jak jest potrzebna – powiedziałem sam do siebie z nutą żalu do stacji telewizyjnej, która niemal na okrągło puszcza prognozę pogody, a teraz od dziesięciu minut akurat gadają i gadają o jesieni.

To było bardziej głośne syknięcie niż krzyk. Ręka poszła zbyt odważnie, zbyt nieostrożnie i żyletka naruszyła ciągłość skóry na samym policzku. Pojawiła się krew. Trzeba to jakoś zatamować! Tylko papier toaletowy jest pod ręką. Na szczęście pomogło. Stoję przed lustrem i kontynuuję poranną toaletę. Nic nie myślę. Patrzę głęboko w oczy własnemu odbiciu szukając w nim usprawiedliwienia wiary we własną niezwykłość, wiary w czekającą mnie lepszą przyszłość i odmianę losu. Staram się przy tym zachować jakieś pozory racjonalności, nie przekraczać granic samouwielbienia. Ten narzucony rygor samodyscypliny kastruje moje myśli do tego stopnia, że w końcu porzucam dopiero co rozpoczętą inwentaryzację własnej duszy i, zawiedziony, skupiam uwagę na piwnej plamce w okolicach źrenicy.
- Znowu plama – skomentowałem dwuznacznie. - A może ona jest symptomem chorobowym, może to już koniec – pomyślałem, przyglądając się jej uważniej.
Za oknem - jesień dopiero co rozpoczęta, więc jeszcze nie kontemplacyjna. Korkowata warstwa odcinająca odcina, karotenoidy trawią zieleń, cukry się rozkładają, a ja stoję przed lustrem i odpędzam myśl o własnym końcu, jak natrętną muchę.

Teraz droga do pracy – po chleb powszedni. Worek odpadków pozostawiam w śmietniku – to mój dar dla braci mokrobów. Dzisiaj jest resztka ziemniaków z wczorajszego obiadu i stary bigos ze słoika, którego nie odważyłem się próbować. Są jeszcze pozostałości z gotowanego bobu - będzie uczta. W śmietniku jest pusto. Nie ma w nim bezdomnego Bolka, który tu żył od jesieni do wiosny, w symbiotycznym związku z mikrobami, które tak ukochał, że oddał im całego siebie – umierając przed tygodniem. Wraz z Bolkiem śmietnik utracił jakąś osobową formę, stał się martwą bryłą i nie mogła tego zmienić nawet świadomość liczby gatunków wszelkiego robactwa, myszy i szczurów, które znajdują tam schronienie. Poza tym jedynym przejawem śmierć Bolka była całkowicie bezrefleksyjna. To trochę tak, jakby jego odejście nie miało wiele wspólnego z umieraniem, jakby został on tylko uprowadzony przypadkiem przez obcą cywilizację, przy czym owa przypadkowość jest tu bardzo istotna, bo Bolek był przecież „nikim” i trudno sobie wyobrazić, by ktoś przemierzył takie przestrzenie z jego powodu.
- A może właśnie tak było? Może kosmici dostrzegli w tej mizernej postaci coś, wobec czego my byliśmy ślepi? – wspomniałem Bolka, jego brązowy, za długi płaszcz, zgarbioną, drobną sylwetkę i długą, brudną brodę. Korkowata warstwa odcinająca odcinała życiodajne arterie, życie zasypiało, chlorofil i uwięzione w liściach cukry ginęły.
- Wszystko musi umrzeć – pomyślałem.

Za Biedronką otwierał się rozległy płaski teren. Kiedyś było to zarośnięte trawą, zielskiem i krzakami dzikie pustkowie w środku wielkomiejskiego osiedla. Jakieś dwa lata temu pojawiły się tu zastępy robotników i koparki, które wyrównały cały teren, potem posiano trawę i tak zostawiono. Żadnych alejek, żadnych ławeczek, czy kwiatów. Przetrwało tylko kilka drzew i większych krzewów na obrzeżach megatrawnika. Wczesnym rankiem plac był zazwyczaj pusty, potem okupowali go do późnych godzin pieskowi ze swoimi labradorkami, ratlerkami i innymi futrzastymi słodziakami. Wyglądało to tak, jakby cała ta praca została wykonana po to, żeby psie pupile mogły siusiać na młodą, równiutko przystrzyżoną i miękką trawkę.

- Coś się tam stało? – pomyślałem widząc grupkę gapiów stojących częściowo na chodniku, częściowo na trawniku. – Pewnie nic poważnego – zauważyłem, widząc, że idący chodnikiem ludzie zatrzymują się z reguły tylko na chwilę, potem odchodzą oglądając się za siebie z miną pod tytułem „sam nie wiem, co o tym myśleć”. Mijam krzak bzu, lilaka pospolitego notabene, mijam i widzę przyczynę owego zainteresowania gapiów. Na trawniku tańczy młody człowiek, coś jakby jakiegoś walca, ale głowy za to nie dam, bo nie jestem wybitnym tancerzem. Tym bardziej było to niezwykłe, że tańczył z nieistniejącą partnerką i w rytm nieistniejącej muzyki. Posuwisty krok, jeden, drugi, obrót i wypuszczenie partnerki, potem krzyk, taki gardłowy, przeciągły, jakby coś, co nie miało prawa się udać właśnie wyszło i tancerz uwolnił się owym krzykiem od skumulowanego w ciele napięcia. Krzyk nikomu nie przeznaczony, skierowany w jesień dopiero co rozpoczętą, więc jeszcze nie kontemplacyjną; krzyk naprzeciw mojego syknięcia z bólu przy porannej toalecie, obcy mu, a jednocześnie tworzący z nim jakiś związek, oparty nie na jedności i podobieństwie, ale na braku jakichkolwiek wzajemnych odniesień. Ten układ zupełnie nie pasujących do siebie trochę krzyków, trochę „nie krzyków” odbijał się w moich uszach, koncentrował na sobie całą uwagę i absorbował synapsy moich neuronów. Wreszcie nastąpiło coś, co wyrwało mnie z tego umysłowego odrętwienia.

- Zboczeniec – skomentowała całą sytuację starsza pani po sześćdziesiątce, która właśnie przechodziła obok chodnikiem. – Kara będzie – dodała z przekonaniem. W swoim komentarzu nie była w całkowitym błędzie, bo rzeczywiście w tym tańcu, w tym krzyku było coś obscenicznego, coś, co powodowało, że ten spektakl był w jakimś sensie obelgą dla takich jak ja, co żyją w triumwiracie praca – dom – sen, a potem już tylko starość i śmierć. Patrząc na to czułem swoją przynależność do grona tych godnych politowania, tych, co to idą pokornie w stronę starości, jak cielęta w rzeźni na ubój. A on? On był szukaniem własnej miary buntu, on śmiał się śmierci w twarz i miotał w jej kierunku najpodlejsze wyzwiska; wyzwiska, które nie były miarą bezsilności, ale pogardy dla codziennego i powolnego umierania. Był miarą uwolnienia się od logiki pokornego podążania od narodzin, po własny kres. Patrzyłem jak duch porzuca swoją materialną powłokę, oddziela się od niej i występuje jako niezależny byt, tak odrębny, że godny posiadania własnego nazwiska, czy nawet występowania jako strona w postępowaniach administracyjnych.

Jednak materia nie miała zamiaru łatwo oddać pola. Drogą, obok chodnika, przejeżdżał radiowóz, wjechał na ułożoną kostkę po drugiej stronie drogi i zaparkował, bo przecież władzy wolno stanąć na chodniku. Dwóch czarnych wysiadło z radiowozu i szło w kierunku grupy ludzi stojących na trawniku.
- Ciekawe? Prymitywna pałka kontra uwolniony duch. Stawiam na pałkę! Duch się przestraszy - jest z natury płochliwy. Zdecydowanie stawiam na pałkę – pomyślałem. Pałka podeszła jednak bardzo niepewnie, jakby wciąż analizując, czy w tym teatrze jest miejsce dla niej w głównej roli. Powoli zbliżała się do tancerza, a on porzucił na krótką chwilę eteryczną partnerkę, przeszedł do baletowych figur i zwolnił nieco, umożliwiając pałce wymianę zdań.
- Co pan robi! Proszę przestać – powiedziała pałka.
- Nie mogę! Chyba nie aresztujecie mnie za to, że jestem poetą – odpowiedział tancerz i odskoczył od pałki. Powiedział poetą – nie tancerzem, ale właśnie poetą. Mimo pozornego absurdu brzmiało to bardzo wiarygodnie i miało nawet jakiś głębszy sens, nie ten, wywodzący się z logiki, czy zdrowego rozsądku, ale zupełnie nowy, dotąd nie znany, pochodzący jakby z innego wymiaru. Korkowata warstwa odcinająca odcinała, cukry się rozkładały, wiatr przerzedzał korony drzew, kres był coraz bardziej kresem, a on dalej tańczył wbrew temu i pomimo tego.

- Adam! Jeszcze trzy minuty! – Krzyknął chudy blondyn, jeden z trójki młodych ludzi stojących najgłębiej na trawniku, których zauważyłem dopiero w tej chwili. I teraz nastąpiło coś, co mnie zaskoczyło. Pałka nie podjęła żadnego działania, cofnęła się kilka kroków i stała niepewnie. Byłem trochę zawiedziony tym, co zrozumiałem. Prawdopodobnie chodziło o zwykły zakład. Ja dopatrywałem się tu buntu i przekraczania granic, a to prawdopodobnie tylko zakład. Chudy blondyn podniósł rękę do góry i po chwili, patrząc cały czas na zegarek, opuścił ją energicznie, dając znak tancerzowi, że może skończyć. Pałka stała cały czas bez ruchu, czekając na sygnał głębiej usprawiedliwiający jakieś działanie. Tancerz przeszedł obok nie zwracając na nią uwagi, tak jakby w jego świecie, pozbawiona materialnej powłoki partnerka i nieistniejąca muzyka, były bardziej realne niż policjanci. To zakwestionowanie realności bytu funkcjonariuszy sprawiło, że pałka nie odzyskała pewności siebie i nie była w stanie podjąć jakiegokolwiek działania, poza cichym i nie rzucającym się w oczy opuszczeniem trawnika.
- No to po dwie dychy panowie – powiedział tancerz do pozostałych dwóch chłopaków, stojących z chudym blondynem na trawniku. Jeden z nich, niewysoki, krępy brunet wyciągnął z kieszeni banknot i podał tancerzowi z dziwnym ruchem całego barku, jakby nieposłuszna ręka stawiła opór i zablokowała staw w okolicy ramienia.
- Taki cyrk wart był tych dwóch dych – dodał na koniec.
- Poczekasz trochę? – Spytał drugi, ciemny, szczupły z wąsikiem. – Jak wypożyczę w bibliotece tą książkę z algebry Galois to dam ci jeszcze dzisiaj, a jak będę musiał kupić, to bym w poniedziałek cię spłacił.
- Dobra! Tylko żebym nie musiał za tobą chodzić! – Odpowiedział tancerz i cała czwórka poszła chodnikiem w stronę przystanku autobusowego.

Tak. To rzeczywiście był tylko zakład, ale czy to znaczy, że wszystko to, co czułem oglądając ten taniec było bzdurą? Chyba nie, bo w pracy nie mogłem skupić się na poprawieniu błędów w ostatnio opracowanym kodzie klasy. Cały czas myślałem o tym zdarzeniu. W końcu zostawiłem klawiaturę i zacząłem czytać artykuł o wyższości miksinów języka Ruby nad interfejsami Javy, ale i to nie było w stanie mnie zainteresować. Skierowałem swój wzrok w stronę okna, zamyśliłem się, spojrzałem na jesień dopiero co rozpoczętą, już jakby bardziej kontemplacyjną.
Ostatnio zmieniony śr 29 lut 2012, 18:01 przez Ludew, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
tece
Pisarz osiedlowy
Posty: 312
Rejestracja: śr 29 gru 2010, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pomorze Środkowe
Płeć: Mężczyzna

Postautor: tece » pt 13 sty 2012, 21:08

Okej, jedziem. Najpierw technikalia.
Po pierwszym budziku nie wstaję, wpadam jeszcze w delikatną drzemkę, a czasem tylko wyleguję się bezmyślnie ze wzrokiem wbitym w sufit.

Wyciąłbym „a”, moim zdaniem jest zbędne.
Dzisiejszego ranka ten scenariusz realizował się z dokładnością, która zmusiła mnie do przemyśleń nad monotonią mojego życia.

Może to zbyt wielka ingerencja w tekst, ale tym miejscu dałbym nowy akapit.
Trzeba to jakoś zatamować! Tylko papier toaletowy jest pod ręką.

Nie pasuje mi tu wykrzyknik. I jakoś ten fragment kłóci się stylowo ze swoim otoczeniem.
Teraz droga do pracy – po chleb powszedni. Worek odpadków pozostawiam w śmietniku – to mój dar dla braci mokrobów.

Chyba chodziło o mikroby.
W śmietniku jest pusto.

Tu tez zacząłbym tym zdaniem nowy akapit.
Wraz z Bolkiem śmietnik utracił jakąś osobową formę…

Chyba wraz ze śmiercią lud odejściem Bolka. Po za tym przejrzał bym na twoim miejscu ten fragment o śmietniku pod względem powtórzeń. Niby nie rzuca się w oczy i nie przeszkadza, ale jednak dość gęsto używasz słowa Bolek. Aha, no i piszesz że Bolek żył od jesieni do wiosny i zmarł przed tygodniem, a tu znów jesień, co prawda dopiero co rozpoczęta, więc jeszcze nie kontemplacyjna, ale jednak jesień. Zjadłeś gdzieś po drodze lato. ;)
Za Biedronką otwierał się rozległy płaski teren.

Moim zdanie trochę niefortunne zdanie. Wiadomo o co chodzi, ale nie brzmi zbyt ładnie. Teren nie może się raczej otwierać.
potem okupowali go do późnych godzin pieskowi ze swoimi labradorkami,

A może psiarze?
żeby psie pupile mogły

Mhm. Wydaje mi się, że to wyrażenie jest złe. Według mnie oznacza ono, że to psy mają swoich pupili, a chyba nie o to Ci chodziło.
Kara będzie – dodała z przekonaniem

Zaraz tam kara. Może lepiej dać coś w stylu: - Niech ktoś zadzwoni po policje.
Patrzyłem jak duch porzuca swoją materialną powłokę, oddziela się od niej i występuje jako niezależny byt, tak odrębny, że godny posiadania własnego nazwiska, czy nawet występowania jako strona w postępowaniach administracyjnych.

Nie podoba się mi ta końcówka.
Drogą, obok chodnika, przejeżdżał radiowóz, wjechał na ułożoną kostkę po drugiej stronie drogi

Przekombinowane.
- Co pan robi! Proszę przestać

Zmieniłbym nieco tą albo tę wypowiedź.
jakby nieposłuszna ręka stawiła opór i zablokowała

Chyba stawiała, ale mogę się mylić.

Podoba mi się twój styl, zwłaszcza na początku, w czterech pierwszych akapitach. Przypomina mi nieco Schulza, zwłaszcza składnia, rytm i długość zdań. Potem, gdy zaczynasz opisywać trawnik za Biedronką następuje delikatne załamanie stylu i występują drobne zgrzyty.

Pomysł ciekawy, wykonanie też dobre. Twój tekst zmusza mnie do myślenia i kombinowania, kombinowania, co takiego autor miał na myśli. A to dobrze. No i pozostawia również pewien niedosyt i wolność interpretacji samemu czytelnika.


Opowiadaj. Zachowaj rytm i opowiadaj. Mów o swoich klęskach, niespełnionych marzeniach, pierwszych miłościach, o dniu, kiedy miałeś wszystkiego dość, o tej jedynej, dla której chciałeś się zabić, o tym że nie wszystko ci się udaje. Ja będę słuchał. A potem spiszę historię twojego życia.

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2385
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » pt 20 sty 2012, 16:55

Nie chce mi się łapać każdego zdania, które źle mi zabrzmiało, które nie zgrało się z resztą, każdego powtórzenia i dziwnej formy. Takich błędów trochę tutaj jest (nawet trochę za dużo). Część pewnie przeoczyłeś ("Drogą, obok chodnika, przejeżdżał radiowóz, wjechał na ułożoną kostkę po drugiej stronie drogi" - chociażby takie brzydkie powtórzenie), część to pewnie kwestia jeszcze niedoszlifowanego stylu. I to drugie to raczej większa część.
Niemniej zdaje mi się, że Twój język, pomysł na prowadzenie tekstu zmierzał w dobrą stronę. Przyczepię się do pewnych mniej technicznych elementów.

Ludew pisze:Początek jesieni zmienia gwałtownie mój biologiczny zegar.
Otwarcie według mnie nie za bardzo... Myśl dobra, ale samo zdanie jak dla mnie takie średnio brzmiące.

Ludew pisze:Ręka poszła zbyt odważnie, zbyt nieostrożnie i żyletka naruszyła ciągłość skóry na samym policzku. Pojawiła się krew. Trzeba to jakoś zatamować! Tylko papier toaletowy jest pod ręką. Na szczęście pomogło.
Ten fragment nieco odstaje od reszty. Dotąd narrator jest taki zmęczony, śnięty, zblazowany trochę, a tutaj chyba próbowałeś na siłę powciskać trochę ekspresji. To wykrzyknięcie o tamowaniu jak dla mnie wygląda po prostu głupawo.

Ludew pisze:Korkowata warstwa odcinająca odcina,
Wiem, ze to celowy zabieg - powtarzasz go później - ale mam wrażenie, że niesie ze sobą niewielką wartość artystyczną. Sądzę, że samo powtarzanie informacji o tej warstwie odcinającej jest dość zauważalnym i sugestywnym zabiegiem, żeby nie trzeba go było dodatkowo koloryzować. Zwłaszcza, że ten kolorek taki niezbyt estetyczny wyszedł.

Ludew pisze:. Na trawniku tańczy młody człowiek, coś jakby jakiegoś walca, ale głowy za to nie dam, bo nie jestem wybitnym tancerzem. Tym bardziej było to niezwykłe, że tańczył z nieistniejącą partnerką i w rytm nieistniejącej muzyki. Posuwisty krok, jeden, drugi, obrót i wypuszczenie partnerki, potem krzyk, taki gardłowy, przeciągły, jakby coś, co nie miało prawa się udać właśnie wyszło i tancerz uwolnił się owym krzykiem od skumulowanego w ciele napięcia. Krzyk nikomu nie przeznaczony, skierowany w jesień dopiero co rozpoczętą, więc jeszcze nie kontemplacyjną; krzyk naprzeciw mojego syknięcia z bólu przy porannej toalecie, obcy mu, a jednocześnie tworzący z nim jakiś związek, oparty nie na jedności i podobieństwie, ale na braku jakichkolwiek wzajemnych odniesień. Ten układ zupełnie nie pasujących do siebie trochę krzyków, trochę „nie krzyków” odbijał się w moich uszach, koncentrował na sobie całą uwagę i absorbował synapsy moich neuronów. Wreszcie nastąpiło coś, co wyrwało mnie z tego umysłowego odrętwienia.
Ten fragment mnie się podobał, ale radziłabym przetrzebić powtórzenia "krzyku". Powtórzenie jest środkiem wyrazu, ale tutaj się zagalopowałeś. Zaczyna wyglądać nie jak celowy zabieg, lecz ja nieporadność językowa. A Ty powinieneś pokazać, że umiesz takim słówkiem "uderzyć" w najodpowiedniejszym momencie. Tutaj ono przestaje nieść wyrazistą treść, zaczyna być po prostu irytujące.

Ludew pisze:absorbował synapsy moich neuronów.
ta metafora zupełnie mi nie leży
Po prostu.

- Ciekawe? Prymitywna pałka kontra uwolniony duch. Stawiam na pałkę! Duch się przestraszy - jest z natury płochliwy. Zdecydowanie stawiam na pałkę
Bardzo podoba mi się ta myśl bohatera :) Tylko wyróżnij ją inaczej, bo tak to miesza się z dialogami, które zaraz po niej następują.

Jak widzisz, większość tych uwag, rad jest bardzo subiektywna. Ale technikaliami nie chciało mi się męczyć. Jedyne co to zwróć uwagę na powtórzenia - zdecydowanie za wiele ich.

A teraz do treści.
Bardzo spodobał mi się Twój pomysł. Jak dla mnie jest w nim coś ujmującego. Połączenie tego tańca, w tak podniosłych słowach opisanego przez narratora (w tym kontekście absolutnie nie raziły mnie te egzaltowane hasła "On był szukaniem własnej miary buntu, on śmiał się śmierci w twarz i miotał w jej kierunku najpodlejsze wyzwiska", co się rzadko zdarza ;) ), dalej zejście na ziemię i ten delikatny akcencik na końcu, że w narratorze coś jednak z tego tańca zostało (mimo że odarłeś go z tej metafizyki całej).

Do tego całkiem obrazowo wszystko kreujesz, fajnie oddajesz myśli narratora. Gdyby nie pewne potknięcia językowe i niespójności w stylu, to, według mnie, byłby naprawdę dobry tekst.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
tece
Pisarz osiedlowy
Posty: 312
Rejestracja: śr 29 gru 2010, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pomorze Środkowe
Płeć: Mężczyzna

Postautor: tece » sob 21 sty 2012, 13:05

Adrianna pisze:
Ludew pisze:Początek jesieni zmienia gwałtownie mój biologiczny zegar.

Otwarcie według mnie nie za bardzo... Myśl dobra, ale samo zdanie jak dla mnie takie średnio brzmiące.

Akurat w tym miejscu nie słuchaj się Ady, bądź twardy, Ludew ;) To zdanie jest świetne, magiczne, nadaje rytm całej historii. Po prostu czytam takie zdaniem i wiem, czego mniej więcej mogę się spodziewać po tekście. Wybacz, Adrianno, że podważam twój autorytet weryfikatora, ale musiałem. :)


Opowiadaj. Zachowaj rytm i opowiadaj. Mów o swoich klęskach, niespełnionych marzeniach, pierwszych miłościach, o dniu, kiedy miałeś wszystkiego dość, o tej jedynej, dla której chciałeś się zabić, o tym że nie wszystko ci się udaje. Ja będę słuchał. A potem spiszę historię twojego życia.

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2385
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » sob 21 sty 2012, 18:36

Autor nie musi być twardy, ja za niedostosowanie się do uwag nie biję ;]
A Tobie, kundlu bury, wspaniałomyślnie wybaczam.
A tak poważnie, to jak już pisałam - uwagi mocno subiektywne. To zdanie po prostu mi nie brzmi zupełnie.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Ebru
Pisarz osiedlowy
Posty: 399
Rejestracja: czw 30 wrz 2010, 14:12
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Ebru » śr 29 lut 2012, 16:18

Początek jesieni zmienia gwałtownie mój biologiczny zegar.

Też się doczepię do tego zdania. To nie początek jesieni zmienia biologiczny zegar, ale zegar zmienia swój rytm pod wpływem jesieni.

Potem walczę o złapanie jeszcze kilku chwil snu i zwykle zasypiam.

Niepotrzebne. Gdyby ta walka o sen skończyła się fiaskiem, wtedy byłoby o czym pisać.

Nie ma w nim bezdomnego Bolka, który tu żył od jesieni do wiosny, w symbiotycznym związku z mikrobami, które tak ukochał, że oddał im całego siebie – umierając przed tygodniem.

Od wiosny do jesieni jednak go w śmietniku nie było, nie mieszkał tam, bohater nie może więc za nim tęsknić. No i skoro Bolka w śmietniku całe lato nie było, skąd wiadomo, że zmarł? Pomieszały ci się pory roku.

Wreszcie nastąpiło coś, co wyrwało mnie z tego umysłowego odrętwienia.

Gdy bohater nadszedł, taniec poety już trwał.

- Ciekawe? Prymitywna pałka kontra uwolniony duch.

- Ciekawe? - Prymitywna pałka kontra uwolniony duch.

- Adam! Jeszcze trzy minuty! – Krzyknął...

- Adam! Jeszcze trzy minuty! - krzyknął...
- Poczekasz trochę? – Spytał...

- Poczekasz trochę! - spytał...

Zdecydowanie mocną stroną twojego pisarstwa są opisy przeżyć wewnętrznych. Nieco gorzej wychodzi opisywanie akcji. Mam przez to wrażenie, że pierwsza część utworu jest lepiej dopracowana.

Podobała mi się atmosfera którą tu zbudowałeś. Udało ci się przekazać emocje bohatera, jego nastrój nie pisząc o tym wprost. Zastosowałeś powtórzenia, nadając opowiadaniu ciekawy rytm.

Umiejętnie tworzysz zdania, czyta się tak gładko, że przy pierwszym czytaniu można nie zauważyć różnych niedociągnięć, a jest ich jednak dosyć sporo, choć nie wypisywałam ich wszystkich. Zwróć również uwagę na zapis dialogów.

Cóż więcej dodać... właściwie wszystko zostało już powiedziane w postach powyżej. Od siebie tylko dodam, że tekst mi się podobał :)



Awatar użytkownika
Linandil
Zarodek pisarza
Posty: 23
Rejestracja: pn 05 lut 2018, 21:03
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

Tancerz

Postautor: Linandil » wt 20 mar 2018, 20:47

Można było się bardziej postarać, ale no niech będzie




Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości