Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Wszystko będzie chodzić jak w zegarku

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Wszystko będzie chodzić jak w zegarku

Postautor: Mortal One » pt 12 paź 2012, 22:46

Wcale nie robił na mnie wrażenia, ba! na swój sposób mnie odrzucał. Ten wielki monument, zbudowany z niemal wszystkich tworów, jakie wyszły spod ręki człowieka na przestrzeni dziejów. Istny technologiczny eklektyzm, wznoszący się na wysokość pięćdziesięciu metrów dorobek naszej cywilizacji, który jakiś szaleniec zespolił w jedną bryłę. Krajobraz wokół zdawał się być również jego dziełem. Przepraszam – moim dziełem. Powykręcane, stalowe łodygi wspierały betonowe kwiaty, gdzieniegdzie rosły pnie czarnego dymu, urwane przewody wiły się jak węże… to był mój ogród. Mój Eden. I w samym środku stało owo Drzewo Poznania Dobra i Zła, na nim zaś rósł Owoc Zakazany. Zaczęłam się wspinać na jego konary – nie po to jednak, by dorównać Bogu. Nie. Wręcz przeciwnie.

Najpierw złapałem się prymitywnych, kamiennych narzędzi. Ot, tu grot dzidy, tam pięściak, gdzie indziej znowu prosta maczuga. Dla mnie – doskonały uchwyt, dla jakiegoś troglodyty – niekwestionowane opus magnum. Ale w pewnym sensie późniejsze wytwory ludzkości nie były lepsze, pełniły bowiem tę samą rolę – narzędzi, którymi człowiek mógł poskramiać Naturę. To jednak nadal było za mało. A gdy zawodzi siła, trzeba rozpocząć twarde negocjacje.

Pierwsi bogowie wyłonili się z szaleństwa sztormu, rankoru ziemi, gniewu wulkanu. Nie przypadkiem nadałem tym zjawiskom ludzkie uczucia. Czyż nasi przodkowie nie widzieli w nich ludzi? Czemu? Antropomorfizacja dawała wszystkim poczucie swojskości. Możliwość dialogu z bezwzględną Naturą. Przebłagania jej. Jednak dialog szybko zamienił się w monolog. Ofiara z wołu nie zsyłała deszczu. Świeże owoce nie chroniły przed potopem. Trzeba było odwołać się do kogoś, kto będzie dla nas jak ojciec. Kto ochroni w potrzebie swoje dziecię, ale i ukarze, gdy sobie na to zasłuży (co było doskonałym wyjaśnieniem wciąż zdarzających się przeciwności losu). Kto wreszcie zastąpi nam biologicznego ojca w wieku dorosłym. I powstał Bóg Ojciec. Choć tak różnie przedstawiany, w zasadzie wspólny dla większości kultur.

Chwyciłem za rękojeść miecza, podciągając się na niej. Obok sterczała podkowa, wystawał zardzewiały krzyż. Ale i on nie wystarczył. W końcu nadszedł bowiem Postęp. Koniec gorącej wiary i zabobonu, a początek hegemonii chłodnego umysłu. Eksplozja wynalazków zaspokoiła główną potrzebę człowieka. Potrzebę panowania nad Naturą. Bóg wszechmocny, wszechwiedzący, wreszcie: Bóg-obrońca – te hasła przestały odgrywać znaczącą rolę, gdy człowiek okazał się samowystarczalny pod niemal każdym względem. W pracy zastąpiła go maszyna. Nie po raz pierwszy jednak został wyręczony w tym przykrym obowiązku – tak jak zwierząt pociągowych, tak i teraz maszyn trzeba było doglądać, czyścić je i co najbardziej oczywiste: produkować. Aż wreszcie dzieło przerosło swego twórcę. Tworzono konstrukcje coraz doskonalsze, wymagające coraz mniejszego nakładu pracy. Coraz bardziej samodzielne.

Zostawiłam za sobą zazębione tryby i tarczę zegara, wpijając palce w rzędy cylindrów.

Zaczęto mówić, że maszyny mają duszę. Aż wreszcie doszło do tego, że zawładnęły one całkiem ludzkim żywotem. Długo można by się rozwodzić nad inżynieryjnym geniuszem tych mechanizmów (istot?), jednak nie to jest moim celem. Jak by nie było – zyskały one pewną dozę inteligencji. Wtedy też powstała Świątynia (nie – ja ją stworzyłam!).

Minąłem napis utworzony z komputerowych podzespołów: deus ex machina. Bóg z maszyny. Nie pamiętam już, czy sam wypowiedziałam te słowa – słowa stare, wszelako teraz użyte w zupełnie innym, dosłownym kontekście. W zasadzie tylko ja, zaślepiony całkiem przez Postęp i wizję absolutnej hegemonii człowieka nad Naturą, mogłem coś takiego wypowiedzieć.

Lecz powszechna technokracja wzbudziła w ludziach zazdrość. Maszyny były doskonale identyczne. Ludzie słabi i nierówni. Świątynia wiedziała, jak temu zaradzić. Nadszedł czas, by homo sapiens opuścił cielesną powłokę. Aby ukazać potęgę technologii, zacząłem prace nad nieśmiertelnymi, niezniszczalnymi i w każdym nanometrze jednakowymi tworami. Połączone siły wszystkich naukowych dziedzin odseparowały tymczasem ludzki umysł. Okazało się, że inteligencja, której nie ogranicza ten zbitek narządów, ten symbol zniewolenia przez Naturę, oczywiście – odpowiednio spreparowana i „oczyszczona” z cielesnych naleciałości inteligencja – to najpotężniejszy komputer, jaki kiedykolwiek istniał. I miast do nowego ciała, trafiła do maszyny, by przysłużyć się społeczeństwu swą niebagatelną mocą obliczeniową. Sam pomysł mechanicznego nadczłowieka nie odszedł jednak do lamusa.

Kto pierwszy zamienił się w Zegarek? Sam Wielki Konstruktor, twórca, przywódca duchowy (i technologiczny) mającej już swoje lata Świątyni. Ja. Tego dnia kroczyłem dumnie wśród wiwatujących tłumów, chcąc im dać przykład; „ja was poprowadzę ku doskonałości!” – zakrzyknąłem, wywołując tym burzę oklasków. Za mną poszli świątynni hierarchowie, wszyscy przebrani w nowe, nieśmiertelne (i niezniszczalne) szaty. I wtedy zaczął się Bunt Zmartwychwstałych. Pamiętacie jeszcze tych, z których umysłów zdarto resztki indywidualności, by mogli służyć za zwykłe oprogramowanie? Owo oprogramowanie z czasem odzyskało świadomość.

Kiedy minęłam kręcące się w szaleńczym tempie oko kamery, mogłabym przysiąc, że było to ludzkie oko. Hiobowe, pełne rozpaczy i wyrzutu oko, które chciało tylko jednego – śmierci. I nigdy nie będzie mogło dostąpić tej łaski. Za co ten los? Za to, że właściciel oka za życia nie przysłużył się Świątyni. Wprowadziłam bowiem następujący podział: każdy, kto zrobił coś dla Sprawy, miał zostać nagrodzony wieczną wolnością w nowym ciele – Zegarku. Kto zaś nie zrobił niczego, szkodził jej lub taił swe prawdziwe możliwości – tego czekała wieczna niewola.

Tak… to oko z pewnością było pełne wyrzutu. Może to przez poczucie niesprawiedliwości Zmartwychwstali się zbuntowali. I dobrze, że to zrobili. Dzięki temu nie wszyscy zostali przemienieni – czy to w bezmyślny software, czy to w Zegarki. A taki był plan. Stworzyć społeczeństwo idealne. Wieczne. Niezniszczalne. Wolne od śmierci. Zupełnie jak ciała jego członków. Perpetuum mobile.

I wreszcie ujrzałem sam Owoc Zakazany. Spoczywał w stalowych okowach, gotowy, by zamknąć w wiecznym więzieniu ostatnie indywiduum. Połączony był pępowiną kabli z Zegarmistrzem – maszyną, która przenosiła umysły do Zegarków, a także robiła ich backup, by później móc je aktualizować. Przebywanie w metalowej skorupie zmieniało bowiem ludzi nie do poznania. Trzeba było co jakiś czas robić mały przegląd, odciągać od szaleństwa, przywracać dawne wspomnienia, cechy, osobowość. Inaczej nastąpiłaby śmierć świadomości. Niektórzy zapominali nawet własnej płci. I ja zapomniałam. Płeć bez ciała nie istnieje. Jest tylko etykietą, którą przylepia się nam przy urodzeniu. Która przestaje obowiązywać, kiedy sami ją zerwiemy bądź pewne okoliczności zrobią to za nas. Dlatego wybaczcie, jeśli czasem będę mówić w różnych formach.

O zjawisku Zapomnienia wiedziałem już wtedy, gdy projektowałem Zegarki. Nie mogłem jednak wiedzieć tego, jak straszną zbrodnię popełniłem. Tego, że osiągając ostateczną doskonałość, człowiek pozbawi się jedynej rzeczy, która trzyma go na tym świecie – celu. „Wszystko będzie chodzić jak w Zegarku” – powiedziałem, zanim jako pierwszy zamknąłem się w Zegarmistrzu. Tyle że Zegarek ktoś (lub coś) musi nakręcić. Inaczej będzie tylko bezużytecznym złomem. Tak jak ja teraz. Chociaż nie – wtedy, gdy wspinałem się na monument, miałem jeszcze cel. Chronić Zakazany Owoc. To ostatnia tabula rasa na tym świecie. Łudziłem się, że choć skazałem całą ludzkość na wieczną i bezcelową wędrówkę, może uchronię choć jedne indywiduum przed boskim losem. Jakby sądząc się, że to umniejszy moje winy. I że jakikolwiek człowiek jeszcze żyje.

I wtedy ich dostrzegłam. Daleko w dole, pośród całego tego technologicznego śmiecia. Otoczyli ich Zmartwychwstali. Nie wszystkie oszalałe maszyny były agresywne – jedne pogrążyły się w wiecznej ciszy, inne okazywały swoją rozpacz w inny sposób. Ta dwójka trafiła jednak na wyjątkowo wściekłą grupę. On, wysoki brunet, dzierżył w rękach pistolet laserowy i mierzył do jednego z otaczających ich urządzeń. Nazwałam go w myślach Adamem. Ona, niska brunetka, krzyczała ze wszystkich sił, przygwożdżona do ziemi przez mechaniczne ramię konstruktu. Ewa. To imię było dla mnie w jakiś sposób oczywiste. Tak… nie było dla mnie tajemnicą, po co tu przyszli. Istniała w sumie możliwość, że do ostatniej rakiety kosmicznej na tym przeklętym globie – znajdowała się nieopodal, w zrujnowanej siedzibie Świątyni, ostoi postępu i rozpaczy. Rakiety też bym broniła. Wiedziałam, że kiedy już stracę ostatni cel, jedno mi pozostanie. Zegarmistrz był w stanie aktualizować nasze umysły na pewną odległość. Gdybym tylko znalazła się dość daleko…

Kobieta dobywała z siebie serie urywanych wrzasków, gdy do jej twarzy zbliżała się wielka piła tarczowa. Czemu im nie pomagałem? Nawet najbardziej okrutna śmierć z rąk maszyn była lepsza niż nieśmiertelność w formie Zegarka. Patrzyłam, jak ostrze piły dzielą od twarzy Ewy centymetry, gdy Adam wypalił. Promień lasera rozpołowił Zmartwychwstałego. Inni rzucili się zaraz w ich stronę. Mężczyzna porwał kobietę z ziemi i rzucił się do ucieczki. Patrzyłam, jak (być może) ostatni ludzie odchodzą z tego świata. Czyżbym miała wreszcie dopiąć swego, ja, Wielka Konstruktor, która miast budować, zburzyła całą rasę? Nie. W jednej chwili każda komórka mojego mechanicznego ciała wydała z siebie protest. Dopadła mnie samotność.

Odkąd doszło do buntu Zmartwychwstałych i zburzył się cały ustanowiony przeze mnie ład, nie spotkałem się tak naprawdę z nikim. Zegarków nie liczę. Ich unikałem, bo przypominali mi to, czym jestem, jak i to, co im zrobiłem. Teraz nie byłem w stanie się oprzeć. Skoczyłem z pięćdziesięciometrowego monumentu bez obaw, że zrobię sobie krzywdę. Byłem odporny na uszkodzenia mechaniczne. Inaczej już dawno popełniłbym samobójstwo. W dwie sekundy później byłem przy maszynach. Złożyłem rękę w pięść. Następnych pięciu minut prawie nie pamiętam. Wpadłem wtedy w szał. Kiedy skończyłem, tamta dwójka była już daleko. Pewnie myślała, że trafiła na jeszcze gorszego przeciwnika. Cóż… poniekąd miała rację. Ale ja nie zamierzałem odpuścić. Zawołałem. Raz, drugi, trzeci. Stanęli. Później swoją wściekłość skierowałem na nich. Oboje płakali, skuleni pod spojrzeniem moich soczewek. Wyjaśniłem im, że nie mają tu czego szukać. Żeby się nie ważyli wchodzić na monument i dotykać Drzewa Poznania, bo skończy się to dla nich wygnaniem. Obiecali, że tego nie zrobią, a ja pozwoliłem im żyć u swojego boku. Na jakiś czas poczułem się jak dawniej. Jakby nic się nie stało, jakbym wciąż był człowiekiem. Jakbym znów miał cel. Tak… oni mi go dali.

Powiedziałam im też, kim jestem. Chyba mi nie uwierzyli. Wolałem, żeby mi nie uwierzyli. Daliby mi cień obłudnej wiary we własną niewinność. To zresztą nieważne. Okazali się bowiem głupsi, niż myślałam. Pewnego dnia ona zajęła mnie rozmową. Adam w tym czasie wspiął się na monument. Kiedy się zorientowałam, było już za późno. Na szczęście, zaraz po przemianie nie panował jeszcze nad swoim Zegarkiem. Zrzuciłam go i zaciągnęłam do rakiety. Ewa krzyczała jak wtedy, gdy od śmierci dzieliły ją centymetry. Nie rozumiała, że zrobiłam mu przysługę. Największą, jaką mogłam zrobić. Kiedy rakieta znikła za horyzontem, znikła też moja nadzieja na ucieczkę. Ale… czyż nie zasłużyłam sobie na to?

Rozmawiałem z nią później. On miał się zamienić i odszukać dla niej wolny Zegarek, żeby też to mogła zrobić. Kochali się. Nie chcieli się nigdy rozłączyć. Nie wiedzieli, nie mogli wiedzieć, że po wszystkim będzie tylko Bezsens.

Ewa umarła niedługo potem z głodu. Pochowałem ją. I wtedy zrozumiałem, że mi też został już tylko jeden cel. Umrzeć.

Zbudowałam własną rakietę. Nazwałam ją Wolnością.
Ostatnio zmieniony śr 09 kwie 2014, 18:40 przez Mortal One, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
slavec2723
Dusza pisarza
Posty: 519
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

Postautor: slavec2723 » sob 13 paź 2012, 15:17

Przeczytałem. Potrzebowałem dwóch podejść. Cholera, wrażenia mam negatywne. Sorry.
To się po prostu ciężko czyta, tekst jest niestrawialny. No i nie bardzo zrozumiałem historię, nie wciągnął mnie bohater (bohaterka), którego (którą) znam tylko z opisu. Warto czasem wpleść jakiś dialog, chociaż minimalny.
Są też widoczne lekkie potknięcia.

Ofiara z wołu nie zsyłała deszczu


Ofiary z założenia nie zsyłają deszczu. Co najwyżej bogowie. To Bóg mógł zesłać deszcz, przebłagany ewentualną ofiarą.

Nie będę się rozpisywał, bo ten tekst mnie po prostu zmęczył.
Życzę powodzenia w następnych.
Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » sob 13 paź 2012, 16:18

Przeczytałam już dwukrotnie i dwukrotnie mam wrażenie, że coś się w tym eseju dzieje niedobrego:
na pewno narrator nie jest pewny swojej płci (-em, am). Szukałam motywacji dla przejść w narracji i ... nie znalazłam.
druga sprawa - to niemożność uchwycenia związków pomiędzy emocjami narratora a obrazowaniem. One wybuchają kompletnie niezależnie.
trzecia - brakuje jakiejś osi koncepcyjnej (poza temporalną), po której wspinałaby się opowieść - osi problemu, motywu przewodniego.
Dominuje więc poczucie chaosu (rozumianego przez małe "ch").
Nie podobało mi sie, nie wzbudza refleksji, bo zostałam zarzucona efektami.


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » pn 20 maja 2013, 13:56

Mortal One pisze:Istny technologiczny eklektyzm, wznoszący się na wysokość pięćdziesięciu metrów dorobek naszej cywilizacji, który jakiś szaleniec zespolił w jedną bryłę.

Ale namieszane... Eklektyzm się wznosi, dorobek cywilizacyjny zespolony jest w jedną bryłę do tego na wysokości. Spróbuj inaczej.

Mortal One pisze:Krajobraz wokół zdawał się być również jego dziełem. Przepraszam – moim dziełem.

Nie rozumiem idei tego zestawienia. Że niby on jak bóg?? Twórca świata?

Mortal One pisze:Zaczęłam się wspinać na jego konary – nie po to jednak, by dorównać Bogu. Nie. Wręcz przeciwnie.

Najpierw złapałem się prymitywnych, kamiennych narzędzi.

Raz on, raz ona. Zabieg celowy czy gafa? Może bohater to człowiek, więc płeć nie ma znaczenia...

Mortal One pisze:Ale w pewnym sensie późniejsze wytwory ludzkości nie były lepsze, pełniły bowiem tę samą rolę – narzędzi, którymi człowiek mógł poskramiać Naturę. To jednak nadal było za mało. A gdy zawodzi siła, trzeba rozpocząć twarde negocjacje.

To przejście od działań bohatera do uogólnienia jest nagłe i niezrozumiałe.

Jeszcze wrócę.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » pn 20 maja 2013, 17:23

Nie do końca rozumiem czym jest ten tekst? Esejem? Monologiem? Powiastką filozoficzną? Opowieścią o świecie czy rozczarowaniach bohatera?

Mortal One pisze:Pierwsi bogowie wyłonili się z szaleństwa sztormu, rankoru ziemi, gniewu wulkanu. Nie przypadkiem nadałem tym zjawiskom ludzkie uczucia. Czyż nasi przodkowie nie widzieli w nich ludzi? Czemu? Antropomorfizacja dawała wszystkim poczucie swojskości.

Spójrz na ten fragment z punktu widzenia logiki. W pierwszym zdaniu piszesz o bogach, którzy wyłaniają się z żywiołów. W drugim mówisz o tych zjawiskach, a w trzecim piszesz: "...nie widzieli w nich ludzi?" W zjawiskach?
Wiem, że chodziło o bogów, ale tak zbudowałeś te zdania, że wyszło, iż zjawiskom nadawali cechy ludzkie.

Mortal One pisze:W pracy zastąpiła go maszyna. Nie po raz pierwszy jednak został wyręczony w tym przykrym obowiązku – tak jak zwierząt pociągowych, tak i teraz maszyn trzeba było doglądać, czyścić je i co najbardziej oczywiste: produkować.

W jakim obowiązku? Że zastąpiła go maszyna? A jak ma się do tego wyręczania doglądanie zwierząt i maszyn?
Plączesz. Bardzo.

Mortal One pisze:Nie pamiętam już, czy sam wypowiedziałam te słowa – słowa stare, wszelako teraz użyte w zupełnie innym, dosłownym kontekście.

Robisz to celowo? Po co?
Mortal One pisze:Niektórzy zapominali nawet własnej płci. I ja zapomniałam. Płeć bez ciała nie istnieje. Jest tylko etykietą, którą przylepia się nam przy urodzeniu. Która przestaje obowiązywać, kiedy sami ją zerwiemy bądź pewne okoliczności zrobią to za nas. Dlatego wybaczcie, jeśli czasem będę mówić w różnych formach.

Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia
przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak.


Mortal One pisze:czy to w bezmyślny software, czy to w Zegarki.

Mortal One pisze: a także robiła ich backup

Polski angielski?

Doczytałam do końca, ponieważ dostrzegłam pewien zamysł twórczy. Jednak myślę, że chcą za wiele rzeczy na raz pojawia się w tym tekście. Rozwój ludzkości, cywilizacji, szalony naukowiec, maszyny i ich bunt, Adam i Ewa nowych czasów, Bóg, bogowie i ludzka inteligencja. Napakowane to jak kulturysta...

Nie wiem czy mi się podobało, raczej było trudne.

Pozdrawiam.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mortal One » śr 22 maja 2013, 21:36

Dziękuję za recenzję. Pisałem to jednak tak dawno temu, że nie będę w stanie się odnieść do większości problematycznych kwestii. Z wytkniętymi błędami stylistycznymi i logicznymi w pełni się zgadzam, a jeśli chodzi o chaotyczność tekstu - było to pierwsze opowiadanie po bardzo długiej przerwie od pisania tej formy literackiej, przez co nazbierało mi się w głowie mnóstwo pomysłów, które chciałem jak najszybciej streścić w jednym utworze. Dlatego tak namieszałem i zastosowałem tyle skrótów myślowych.

Z tego, co pamiętam, "Wszystko będzie chodzić jak w zegarku" miało przedstawiać rozważania filozoficzne w formie opowieści, choć koniec końców bardziej przypomina esej. Ostatnią książką, jaką przeczytałem przed napisaniem tego, była "Kultura jako źródło cierpień" Freuda i to ona stanowiła tutaj główną inspirację. W sumie szkoda, że wyszło jak wyszło, bo pomysł moim zdaniem zasługuje na więcej. Może jeszcze go wykorzystam.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości