Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Starquiliniusem vs Thug

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Bron
Dusza pisarza
Posty: 417
Rejestracja: wt 26 mar 2013, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jasło
Płeć: Mężczyzna

Starquiliniusem vs Thug

Postautor: Bron » śr 12 lut 2014, 22:08

Starquiliniusem vs Thug

Temat: Nieświadomi
Element obowiązkowy: kości do gry
Minimum znaków: 10k
Forma i odmiana gatunkowa dowolna


Użytkownicy zarejestrowani na forum co najmniej od miesiąca mogą przyznawać opowiadaniom punkty wg schematu:

Pomysł - max 20 punktów.

Styl - max 20 punktów.

Realizacja tematu - max 10 punktów.

Schematyczność - max 10 punktów. (im więcej punktów, tym mniejsze chodzenie utartymi ścieżkami)

Błędy - max 20 punktów. (ort, gram, styl oraz językowe; im więcej punktów, tym mniej błędów)

Ogólnie - max 20 punktów. (wrażenia ogólne, przesłanie, wartości, itp.)

Ocena końcowa - zsumowane punkty

Teksty można przesyłać do 25.02.14 r. do Bron.


"Laugh and the world laughs with you, weep and you weep alone." Ella Wheeler Wilcox

Awatar użytkownika
Bron
Dusza pisarza
Posty: 417
Rejestracja: wt 26 mar 2013, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jasło
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bron » śr 12 lut 2014, 22:11

Tekst 1

WWWWWWNa swój obraz i podobieństwo

WWWOblodzony łańcuch zamarzniętej kotwicy ciągnął się w nieskończoność na południe. Kołysał się ciężko na boki przy każdym szarpnięciu wichury. Wiatr boleśnie świszczał. Garbate bloki rzucały cień na strzaskany kadłub wielkiego okrętu. Za plecami miałem ciemną sylwetkę dźwigu, która wyraźnie zarysowywała się na tle zdradliwego, zimowego słońca. Wyłamane koło sterownicze za nic nie chciało się poruszyć, nawet drgnąć. Lepki od mrozu metal nadbudówki podstępnie połyskiwał, kiedy krążyłem dookoła, szukając jakichś otwartych drzwi. Nie było żadnych. Marnowałem tylko czas i baterie. Uderzyłem kilka razy w pordzewiały pokład, a potem zeskoczyłem na wielką połać wiecznego lodu. Zacząłem kierować się w stronę miasta. Padał śnieg. Czułem, jak maleńkie drobinki wgryzają się we mnie, w moje plecy, w ręce, w szyję. Mimo wszystko cieszyłem się z tego powodu. Temperatura nie przekraczała siedemdziesięciu stopni mrozu.
Zanurzyłem się w mrok pomiędzy blokami. Co jakiś czas potrącałem nogą rześko chrupiące resztki pękniętej szyby i przerywałem wszechobecną ciszę. Mógłbym uruchomić jeszcze jedną lampę, jeszcze jeden układ odpowiedzialny za kontrolę ruchu, może nawet noktowizor, ale wolałem oszczędzać akumulator. Przetrząsnąłem kilka wybebeszonych aut. Dawno temu ograbiono je ze wszystkiego, co opłacałoby się ukraść. Z energii. Daleko na horyzoncie zarysowywał się budynek opery. Zbliżyłem trochę obraz, chcąc dostrzec choć kilku z nas, lecz mignęły mi tylko wyłamane kolumny i szklana, połyskująca tęczowo kopuła. Szedłem dalej. Wiatr gwizdał szaleńczo. Byłem czujny. Krążyła pogłoska, że pojawił się nowy gang złodziejów energii. Z ich ofiar zostawały tylko puste metalowe skorupy.
WWWPo pewnym czasie uświadomiłem sobie, że od dawna się tutaj nie pojawiałem. VENATUS-02, to znaczy Wenia, uprzedzał, że wszystko już z centrum zabraliśmy – chyba, że któremuś zależało na pojedynczych paluszkach ukrytych w samotnych mieszkaniach. Mimo to wyminąłem kilka przemarzniętych, wybebeszonych aut na głównym skrzyżowaniu, sprawdzając, czy na pewno nie mają akumulatorów. Uniosłem głowę. Nieśmiertelne fabryki krwawiły z gardeł kłębami czarnego dymu. Ciemne wstęgi leniwie pełzły po granatowym niebie, docierając aż do głównej ulicy, która składała się przede wszystkim z rozbitych szyb i lodowych stalaktytów. Przemknąłem w cieniu przygarbionych kamieniczek. Na rynku można było czuć się w miarę bezpiecznie, rzadko kiedy ktokolwiek odwiedzał to miejsce. W ciągu tego stulecia zupełnie rozkradziono nawet księgarnie. Tylko po co komu książki? Nie palą się tak dobrze jak gazety, szczególnie te zamrożone na kość. Zresztą nikt nie robi tu ognisk, znam tylko jedno – te spod opery, gasnące wyłącznie w chwilach absolutnego zagrożenia. Krążyłem bezradnie po placu, wspinałem się ostrożnie na balkony i wchodziłem do mieszkań, przetrząsałem stojące w sznurku samochody. Nic nie znalazłem. Nieco dalej dostrzegłem ostatnią ocalałą szybę, ale za nią było tylko kilka dziwnych, zielonych strojów i śmieszne maski – chyba zaglądałem do wnętrza sklepu z przebraniami na dyskoteki.
WWWPo jakimś czasie dotarłem do kolejnego ogołoconego blokowiska otoczonego ciemnym parkiem. Żaden z kikutów drzew nie przetrwa do odwilży. Szedłem wąską alejką, starając się nie wywrócić. Przed oczami miałem widok z mojej pieszej wyprawy do Grabówki. Wszyscy stanowczo odradzali udawanie się na tak dalekie eskapady, ale mnie skusiła możliwość odnalezienia nienaruszonej maszyny. Jak zawsze się przeliczyłem. Wróciłem z niczym. Wszystko stamtąd zabrali dawno temu. Z Białegostoku również. Żyjemy ciągle na resztkach energii. Ciągle na krawędzi między chłodem a względnym ciepłem, ostatnia linia oporu przeciw wiecznemu mrozowi. Po nas nie będzie tu nic. Boimy się. Jesteśmy jednocześnie waleczni i zrezygnowani, zdesperowani i wycieńczeni. Trwamy, póki nie wyssiemy z miasta całej elektrycznej krwi. Nie stać nas na nic innego.
WWWPo Grabówce była jeszcze wyprawa do Supraśla. Nie odważyłem się. Poszli inni. Nikt nie wrócił.
WWWOśrodek równowagi nagle mnie zawiódł. Lewa noga obsunęła się do rowu, pociągając za sobą ciało. Uderzyłem głową w hydrant. Na chwilę zapadła spokojna ciemność. Leżałem jakiś czas w oszołomieniu, bałem się poruszyć. Czułem pulsującą elektryczność w przewodach. Ile zostało mi energii? Jedna kreska? Za nic nie starczy do jutra.
WWWWstałem ciężko i rozejrzałem się dookoła. Miałem przed sobą rzędy identycznych garaży. Kilka razy kopnąłem w odrapane drzwi, upewniając się tylko, że nie otworzyłbym ich nawet z pomocą kilku innych robotów. Garaże przypominały raczej schrony niż miejsca do trzymania samochodów. Betonowe ściany, pokryte papą dachy. Wiatr niecierpliwie wiał mi w plecy. Niekończące się kolumny bunkrów towarzyszyły mi ciągle niczym wyrzuty sumienia. Nagle się zatrzymałem. Na jednym z dachów leżał szeroki pień, ofiara niedawnej ostrej wichury, która zmusiła mnie do wykorzystania ostatniego akumulatora, by jakoś się ogrzać. Drzewo zgniotło część garażu i jednocześnie otworzyło mi drogę do środka. Przecisnąłem się pomiędzy martwą, czarną rośliną a potężnymi okruchami gruzu. Zapaliłem wszystkie lampy. Z ciemności wyłoniło się błękitnawe auto, nieco pogruchotane, ale nienaruszone przez żadnego robota. Energia! Od kiedy pamiętam, zawsze jej szukaliśmy. Podobno wtedy, kiedy na powierzchni mieszkali ludzie, wszystko było inaczej. Mnie zbudowano tuż przed ich zniknięciem. Pamiętam jakieś jasne pomieszczenia, białe ściany, coś w rodzaju ciepła. Ale to wszystko zniknęło. Po prostu pewnego dnia ludzie zeszli pod ziemię, bo tym powietrzem nie dało się oddychać. Niektórzy mówią, że to zatruta pogoda to właśnie ich wina. Tylko dlaczego mieliby je psuć? Trudno ich teraz zrozumieć. Udało mi się wydobyć akumulator i radio. Po resztę wrócę następnego dnia. Poza maszyną nic ciekawego w garażu nie ma. Kilka srebrnych puszek, jakieś zamarznięte sznury i kable. Krzyżyk. Symbol Stwórcy ludzi, który ich zbudował tak jak oni nas, a potem zostawił. Parę zmęczonych dętek i opona. Już miałem wychodzić, kiedy poczułem na plecach czyjś wzrok. Silne uderzenie posłało mnie na przeciwległą ścianę.
WWW- Serwus, Elpis!
WWWNawet nie podniosłem głowy. W jednej chwili cenna zdobycz przepadła. Nie chciało mi się nawet obracać w stronę złodzieja. Będę miał szczęście, jeśli wyjdę z tego bez szwanku. Dwa obce automaty dźwignęły mnie z ziemi i postawiły na nogi. Milczałem.
WWW- Elpis. – Smukły, czarny robot wyciągnął do mnie rękę. – Ostatnio często mi się wymykasz. A teraz do rzeczy. Poproszę to, co tam trzymasz.
WWWZbliżył ostry kikut prawej dłoni do mojej szyi. Rzuciłem akumulator i radio na podłogę.
WWW- Bierz wszystko.


WWW- Ile stawiasz?
WWW- Nie mam teraz baterii. Mogę grać pod zastaw?
WWW- Dobra, ale tylko raz. U mnie też z tym krucho... Podobno wczoraj cię okradli.
WWWSkinąłem głową. Szary, przemarznięty robot wskazał mi wolną oponę. Usiadłem. Niewielki ogień trzaskał podobnie jak lód. Wenia wyjął pojemnik z kośćmi. Rozejrzałem się po znajomych twarzach. Było nas wszystkich tylko i aż pięciu.
WWW- Weniu, ktoś jeszcze przyjdzie? – spytał PR2IT, Priti, wodząc jedynym okiem za mistrzem gry, który wyłuskiwał z małego kubka kości.
WWWSzary robot zamigał latarką.
WWW- Tak, ludzie.
WWWTo był stary dowcip, ale i tak się zaśmialiśmy. Czekaliśmy jeszcze na dwóch czy trzech graczy, choć nie zjawiali się co wieczór. A2PRUi ostatnio w ogóle nie widywałem. Zapuszczał się zawsze na tereny najbardziej niebezpiecznie, okupywane przez stada zdziczałych automatów i robotów równie szalonych co on. Zabijali się tam dla jednej kreski baterii. Niebezpieczna strefa zaczęła ogarniać nawet Nowe Miasto. Zupełnie wyeksplorowane tereny stawały się melinami, a te, na których sporadycznie dawało się znaleźć jeden lub dwa akumulatory, urosły do rangi pola bitwy. Ktoś taki jak A2PRUi mógł sobie pozwolić na nierówne potyczki, ale Priti czy ja – jedynie w odległych marzeniach.
WWWŚledziłem światła naszych latarek wspinające się po ścianach Opery i Filharmonii, kryjące się w lodowych wnękach szklanej kopuły przypominającej latający talerz. Siedząc przy ognisku, czułem, jak moje zawiasy delikatnie się rozmrażają. Wenia położył przed nami pięć białych sześcianów.
WWW- Chłopaki, zaczynamy bez nich, najwyżej przyjdą na następną grę – mruknął, wykonując pierwszy rzut.
WWWNikt nie protestował. Wypadło, że grę zaczynam ja. Wyniki notowaliśmy w pamięci wszyscy, więc nie było mowy, aby ktokolwiek oszukiwał. Zagarnąłem wszystkie kości i chuchnąłem na nie, rzekomo na szczęście. Podpatrzyłem to dawno temu u Weni. Wziąłem szybki zamach, ale zanim kości potoczyły się po improwizowanym stole, ktoś załapał mnie za nadgarstek i zacisnął palce. Syknąłem ze złością. YEYUNR-5 jak zwykle nawet nie wstał, po prostu wymierzył broń w jakąś przestrzeń ponad moją głową i czekał.
WWW- Chciałbym z wami zagrać – wyjaśnił głos za moimi plecami. Robot poluźnił uchwyt, a ja cofnąłem rękę i obróciłem głowę. Nowy był ode mnie prawie dwa razy większy, jego kadłub pokryto drogim bordowym lakierem. Położyłem kości z powrotem przed Wenią. Decyzja należała tak naprawdę tylko do niego, do nieco popsutego robota, który pracował dawniej jako kelner w kasynie – kiedy byli tu jeszcze ludzie.
WWW- Masz szczęście, że jeszcze nie zaczęliśmy. Siadaj. – Wenia wskazał mu wolną oponkę. – Jak się nazywasz i ile stawiasz?
WWW- SApiN-18 – przedstawił się obcy chrzęszczącym głosem. – Nie mam baterii…
WWW- Następny! – żachnął się IGNo-19-16-18, ostentacyjnie pukając we własny wskaźnik energii.
WWW- …ale mam pewne informacje – skończył nowy, siadając obok podirytowanego Iga. Zauważyłem, że bordowy jest bardziej odrapany niż ja. Znacznie, znacznie bardziej.
WWW- Jakie informacje? – spytał Wenia.
WWW- O pewnym podziemnym składzie baterii. Brzmi jak fikcja, wiem, sam jestem za duży, by się tam wcisnąć, ale któremuś z was taka wiadomość może się przydać.
WWW- I mamy ci wierzyć, tak? – zaśmiał się Jeju, składając broń. – Idź, zanim stracę cierpliwość.
WWWWenia położył rękę na lufie karabinu i odsunął ją na bok.
WWW- Poczekaj. Gdzie ten skład?
WWW- Na Wygodzie.
WWWWenia zamyślił się i zaczął przebierać palcami w kościach. Dawno temu graliśmy jeszcze w karty, ale kiedy mróz zaczął je ze sobą zlepiać w zwartą cegłę, przerzuciliśmy się właśnie na kostki. Póki co nie sprawiają tylu problemów, co karty, a w razie zgubienia bardzo łatwo można je znaleźć w każdym domu. Pierwsze kości przyniósł Priti z laboratorium, w którym kiedyś zmywał podłogi. Jeju, Ig i ja nie mogliśmy się pochwalić żadną przeszłością wśród ludzi, a i przyszłość nie rysowała się przed nami najlepiej.
WWW- Na Wygodzie, to brzmi dość przekonująco – wymamrotał Wenia. – Przekonująco na jedną grę w kosteczki. Zaczynajmy.
WWWTym razem wypadło, że pierwszy rzut należy do Iga. Na wstępie trafił mu się mały strit. Potem Jeju z byle jakim układem dwójek za dziesięć punktów, na końcu rzucałem ja. Kości wędrowały z rąk do rąk, co chwilę odzywały się dźwięcznie na naszym stoliku. Kilka razy musieliśmy szukać zgubionych kostek pod nogami, jedna uciekła nam naprawdę daleko i rzucaliśmy o to, kto będzie musiał po nią pójść, tak po prostu, dla zabawy. Padło na Wenię. Naburmuszony, odszedł, by poszukać zguby.
WWW- Ciekawe, czy tak samo jęczał, kiedy pracował w tym swoim kasynie – uśmiechnął się Ig. – Nie dziwię się, że ludzie się ukryli, też bym tego nie zniósł.
WWWŚmieli się wszyscy poza tym nowym, który nieswojo obserwował całe grono. Przemknęło mi przez myśl, że może jest nieudolnym złodziejem albo jednym z tych milionerów, operujących ogromną ilością energii, zdobytą w Warszawie lub Krakowie, który przyszedł tu, by tak naprawdę z nas zażartować. U nas bogaczy nie było. Rozkradaliśmy to miasto kawałek po kawałku, skrawek po skraweczku, aż powoli odsłoniliśmy jego nagi, bezbronny korpus. Żyliśmy jak wszy na zdychającym psie. Widziałem kiedyś psa – to taki ciepły, miękki żywy organizm, którego główne cele to jedzenie i sen. Kiedy nie było tak zimno, jednego takiego złapał Jeju, aby nam pokazać.
WWW- Obgadujecie mnie, hę? – Wenia postawił kość na stole. – El, twoja kolej.
WWWRzuciłem. Full. Trochę żartowaliśmy z miasta i złodziei, jakby to wszystko działo się tysiące kilometrów dalej. Igowi szło dziś wyjątkowo dobrze, ten nowy też nie grał najgorzej. Tak naprawdę znaliśmy wszyscy swoje style gry, innowacją stały się ruchy Sapiego - jak ochrzciliśmy go na tę jedną grę - które hałaśliwie komentowano. Ja wolałem nie rzucać słów na wiatr, zwłaszcza, że w pewnej chwili nowy przebił zarówno wynik Iga, jak i Weni, przodując o całe dwadzieścia pięć punktów.
WWWPo dziesiątej kolejce dowcipy stały się ostrzejsze, a my bardziej krzykliwi. Sapi rzucał kośćmi tak agresywnie, że Jeju cały czas trzymał broń w pogotowiu. Piątki. Szóstki. Nikt nie zwracał uwagi na otoczenie. Zerwał się wiatr i zaczął przeraźliwie huczeć pomiędzy budynkami. Trzy jednakowe. Cztery. Wenia doganiał nowego i podbił stawkę o połowę. Prawie z nim zrównałem. Przedostatni rzut. Ostatni. Czułem migające kontrolki w skrytce na piersi. Bateria słaba. Bateria słaba. Nie dociągnę do jutra. Zamknąłem oczy.
WWW- Elpis, rany, masz generała. Wygrałeś.
WWWZagarnąłem do siebie wszystkie baterie. Wenia kręcił głową i cmokał z aprobatą, przeliczając jeszcze po kilka razy wszystkie punkty. Jeju tylko mi pogratulował i zapytał, czy gramy jeszcze raz. Nie zagraliśmy. Priti musiał iść na jakieś umówione spotkanie z robotem, z którym współpracował. Ig się nastroszył i przyobiecał zemstę. Jutro. Z ulgą zapakowałem całą wygraną i chciałem przytaszczyć to wszystko do mojej kryjówki pod czujnym okiem Jeja. Nasze skrytki były blisko siebie, co nieźle mnie urządzało. Sam nie miałem żadnej broni ani nie potrafiłem z niej korzystać. Za to z całej grupy uciekałem najlepiej.
WWWNiemal zapomniałem o Sapim, który odciągnął mnie na bok i odsunął od reszty towarzystwa. Jeju automatycznie uniósł karabin. Tym razem to ja dałem mu znak, że nic się nie dzieje.
WWW- Wygrałeś – rzekł bordowy robot. – Również informację.
WWWSkinąłem głową i odszedłem między drzewa. Wenia miał naprawdę dobry słuch, a nie lubiłem się z nim kłócić, zwłaszcza, że był silniejszy. Sapi szedł blisko mojego lewego ramienia.
WWW- Więc gdzie to jest? – spytałem, gdy odeszliśmy na wystarczającą odległość.
WWW- Wiesz, gdzie był staw nazywany Balatonem?
WWW- Wiem.
WWW- I droga dla ciężarówek – wiesz?
WWW- Wiem. – Po odejściu od ogniska chłód od razu mnie pożarł. – Do rzeczy.
WWW- Jedenasty ekran od prawej strony stawu, siedziba jakiegoś instytutu, dwa białe budynki, drzwi do pierwszego są otwarte, choć wydają się przymarznięte. W piwnicy jest przejście.
WWW- I to wszystko? – zapytałem.
WWWBordowy robot przechylił głowę.
WWW- Powinieneś sobie poradzić.
WWWJeju machnął na mnie ręką, dając znak, że jeśli się nie ruszę, to pójdzie beze mnie. Pokazałem mu dwa wyciągnięte place. Dwie minuty. Odszedłem na kilka kroków i w myślach przebyłem całą trasę. Cos mi się nie zgadzało. Chciałem obrócić się do rozmówcy, ale powstrzymał mnie Jeju, brutalnie i łagodnie wbijając mi lufę w kark.
WWW- Chodź, bo żal mi będzie patrzeć, jak ci wygraną rozkradają, staruszku – powiedział, chowając broń. Posłusznie ruszyłem za nim. Kątem oka dostrzegłem ciemną sylwetkę Sapiego znikającą w mroku między budynkami. W głowie kołatało mi tylko jedno zdanie. Żadnego instytutu na Wygodzie nie ma. Nie ma.


WWWWejście rzeczywiście wyglądało na unieruchomione na zawsze, ale wystarczyło jedynie trochę się zaprzeć, a uchylało się na tyle, bym mógł wślizgnąć się do nieco cieplejszego wnętrza. Były to naprawdę dobrze zrobione drzwi. Niewielu mogło sobie na takie pozwolić, szczególnie tu, na Wygodzie, która z opowieści Weni imaginowała się nam jako ponure przedmieścia, warczące agresywnie za każdą przejeżdżającą przez nie ciężarówką. Owy instytut znalazłem z niemałym trudem. Wyglądał niepozornie i sam nigdy bym nie wpadł na pomysł, by wdzierać się do środka. Sapi też raczej trafił tu przypadkiem. Rozejrzałem się jeszcze po jaskrawej ulicy. Wcześniej przeczesałem ją wzdłuż i wszerz, ale poza jedną zagubioną baterią nie znalazłem nic, co miałoby w sobie choć odrobinę elektryczności. Zimno pochłaniało ruch, pozwalało, by energię obrastał iskrzący lód. Przymknąłem drzwi, zostawiając jedynie maleńką szparkę. Znalazłem się w niewielkim, sterylnym pokoju, kuszącym schodami na górę, niknącymi w mroku białymi stopniami. Po lewej za pustymi framugami kłębiła się ciemność. Te po prawej nie chciały nawet drgnąć, więc pozostała mi tylko jedyna możliwa droga. Piwnicę znalazłem względnie łatwo. Prowadziły tam kolejne wyrwane z zawiasów dwuskrzydłowe wrota. Przez cienkie ściany słyszałem skowyt wiatru. Włączyłem latarki. Bordowy robot mnie nie okłamał. Krótki korytarz kończył się zamrożonymi drzwiami, a jedyną drogą w głąb piwnicy była ciasna kratka pod moimi nogami. Sapi chyba się przez nią przeciskał, bo dookoła walały się odłamki lodu i nie do końca zamrożone płatki czerwonego lakieru. Ułatwił mi pracę, wyłamując kłódkę. Najpierw upewniłem się, że na dole jest bezpiecznie i rzeczywiście warto się tam wdzierać. Warto. Dostrzegłem co najmniej kilka potężnych akumulatorów. Nawet nienaładowane bardzo by mi się przydały. Ile można przeżyć na bateriach wygranych w jednej grze? Tydzień? Ale przecież trzeba ciągle grać. Obstawiać. Podbijać. Więc trzy dni. Gdyby nie ukradli mi tego głupiego akumulatora, to trochę dłużej. Uniosłem kratkę i odłożyłem na bok, oceniłem wielkość przejścia. Dam radę. Najwyżej zdobędę nową kolekcję rys.
WWWWgramoliłem się do środka. Wszystkie żarówki w tym miejscu pękły co najmniej kilka lat temu, musiałem polegać tylko na swoich trzech latarkach. Wziąłem garść baterii z jakiegoś pojemnika i rzuciłem na ziemię. Charakterystycznie stuknęły. Pełne. Otworzyłem kilka skrytek na paluszki w torsie i schowałem tam znalezisko. Będą na następną grę. W myślach dziękowałem ludziom za podarowanie Sapiemu tak pokaźnej postury.
WWWW pokoju było razem osiem akumulatorów. Wziąłem na razie dwa, zresztą z większą ilością i tak bym sobie nie poradził, nie z tymi pałąkowatymi nogami i krzywymi rękami. Przez chwilę się zawahałem. Może to był skład innego robota? Apriś zawsze grał na grube baterie, nie zdziwiłbym się, gdyby w zanadrzu miał aż osiem źródeł energii. Tylko dlaczego tutaj? Kawał drogi od Nowego Miasta? A jeśli to nie jego kryjówka, tylko któregoś z szajki drobnych złodziei? Na wszelki wypadek przejrzałem wszystkie numery akumulatorów. Żaden nie należał wcześniej do mnie. Wspiąłem się z powrotem na poziom cichego, pustego korytarza, a wtedy nagle czujnik ruchu – włączyłem go zawczasu na wszelki wypadek – dał mi dyskretny sygnał.
WWWNie ruszałem się. Jedno skrzypnięcie zawiasu i nici z siedzenia przy kościach przez miesiąc. W zasadzie to może nawet koniec w ogóle. Nigdy nie mogłem się pochwalić dobrym słuchem, ale jakimś cudem wyłapałem skrzypnięcie drzwi frontowych. Wyłączyłem wszystkie latarki. Nie mogłem określić, kto ani ile robotów tutaj zmierza, ale przecież zawsze mógł to być Jeju lub Ig, albo pojedynczy automat – jak ja. Wygoda była dzielnicą pełną nieproporcjonalnie dużych, trochę tępych osiłków, których truchła znajdowało się tu raz za razem. Wenia twierdził, że budowano ich jako swego rodzaju straż przyboczną okolicznych „dresiarzy”. Kim oni byli – tego nie potrafił już powiedzieć. W każdym razie robot choć kilka centymetrów większy ode mnie nie przecisnąłby się przez dziurę w podłodze.
WWWZanim to wszystko dokładnie przemyślałem, byłem z powrotem w składzie energii. I tak na pewno domyślili się mojej obecności. Odstawiłem jeden akumulator na miejsce i wycofałem się w ciemność. Po pewnym czasie usłyszałem coś w rodzaju kroków, miarowych, zdecydowanych. Jak zawsze postanowiłem być wobec oprawcy bierny. Dzięki tej postawie jeszcze żyłem. To ona zmusiła wtedy Jeju do schowania broni i zwyczajnego pytania, czy chciałbym pożyczyć od niego trochę energii. Byłem skrajnie wyczerpany. Chciałem. Potem zaprowadził mnie do Weni i nauczył zasad gry w pokera.
WWWObcy zatrzymali się przy drzwiach na końcu korytarza. Tak samo jak ja siłowali się z lodem. Wycofywałem się coraz bardziej, byleby zobaczyli mnie na samym końcu, byleby skończyło się na kilku zadrapaniach i śmiechu… Cały czas szedłem do tyłu, ale nadal nie czułem za plecami ściany. W końcu obcy dostrzegli przejście na dół, słyszałem ciche nawoływania i drapanie metalu o betonowe brzegi dziury.
I w tym momencie straciłem grunt pod nogami i runąłem w dół.
WWWKrzyknąłbym, gdybym miał uruchomiony ośrodek mowy, który samoistnie wyłączał mi się po siedmiu minutach milczenia i musiałem gmerać w obwodach, by znów móc coś powiedzieć. Wylądowałem kilka metrów niżej na śliskiej od lodu posadzce. A więc przejście ciągnęło się dalej. Może do wyjścia? Włączyłem noktowizor, obawiając się, ze tamci zobaczą światło latarki. Gdybym pojawił się tu kilka lat wcześniej, zobaczyłbym przed sobą metalowe schody, które połamały się i zapadły pod własnym ciężarem. Na ścianie zawieszono żółty znaczek z jakimś czarnym kółkiem i trójkątami w środku. Wziąłem to za dobrą przepowiednię. Jeśli ludzie coś oznakowywali, zazwyczaj była to droga powrotna albo miejsce, gdzie jest dużo energii. Tą mądrością podzielił się ze mną Jeju i póki co nigdy się na tym nie zawiodłem.
WWWZacząłem pełznąć ostrożnie do przodu, by nie zdradzić swojej pozycji. Jak na złość stawy wyły w tej dziwnej ciszy, więc poderwałem się na nogi i zacząłem biec przed siebie. Po kilku metrach w przerażeniu stwierdziłem, że droga prowadzi bardziej w dół niż w górę, na powierzchnię. Modliłem się do ludzi, by zbudowali jakieś wytrzymałe stopnie, drabinę czy cokolwiek innego, co wyprowadziłoby mnie z tego dziwnego miejsca. Chyba nie lubili mnie słuchać, bo po chwili trafiłem na schody, ale prowadzące w dół. Obcy chyba jeszcze nie odkryli oznakowanego przejścia, ale niczego nie mogłem być pewien, zatopiony we własnym skrzypieniu i wariującemu ośrodkowi odpowiedzialnemu za orientację w terenie. Gdzie ja mogłem być? Pod ulicą? Za daleko. Pod jeziorem? Zacząłem schodzić w dół, wciąż w dół, w dół i w dół, nie mogłem tego znieść. Tak naprawdę stopni nie było aż tak dużo, ale przerażała mnie czająca się za każdym zakrętem ciemność.
WWWRobiło się jakby cieplej.


WWWStanąłem niepewnie na podłodze i rozejrzałem się ze zdziwieniem. Nigdzie nie było żadnego wyjścia na zewnątrz. Obcych już nie słyszałem. Widocznie zadowolili się moim znaleziskiem i wynieśli co się da, a hałasy wzięli za wiatr lub coś innego. Ale nie miałem pewności, mogli zawsze ustawić kogoś na straży albo wysłać na poszukiwania zwiadowcę. Nie miałem wyboru, musiałem zapuszczać się w głąb podziemia instytutu. Właściwie czym mógł być ten instytut? Ośrodkiem badań – badań czego? Ludzie robili tyle dziwnych rzeczy. Ciepłych. Dziwnych, ciepłych rzeczy. Odważyłem się zapalić latarkę, a wyłączyć noktowizor, który ciągnął więcej energii niż pojedyncze światło. Na ścianach były jakieś napisy, ale nie umiałem ich przeczytać. Nie rozpoznawałem kolorowych liter, choć przypominały te ze zwyczajnego alfabetu. Było jeszcze kilka schodków w dół, a na końcu korytarza dostrzegłem drzwi. Nie, nie drzwi – wrota. Przystanąłem na chwilę niezdecydowany. Niby było tu ledwie kilkanaście stopni na minusie, ale raczej nie dam rady ich otworzyć. Jeszcze raz przeszedłem się po korytarzu, szukając jakiejkolwiek innej drogi. Nie znalazłem. Jakieś grube rury, szmaty na ziemi, ciemne plamy. Przypominały trochę olej lub smar. Zawróciłem w kierunku dużych drzwi. Przemknęło mi przez myśl, że w tej temperaturze mogły spokojnie przeżyć jakieś zwierzęta, na przykład psy albo kruki. Kruki umiały latać i nie przypominały w ogóle psów, no, może poza tym, że były tak jak one żywe. Były na powierzchni jeszcze stosunkowo niedawno, aż w pewnym momencie zaczęły spadać razem z łamiącymi się kablami telefonicznymi. Wtedy już wiedzieliśmy: to jest koniec życia w tym miejscu. Kruki, które nie odleciały, szybko stały się zwyczajnym elementem krajobrazu, ozdabiając swoją obecnością dachy, słupy i lampy w mieście. Priti opowiadał, że podobno kiedy wrócą ludzie, wszystkie zamarznięte kruki znów będą mogły latać. Nikt mu nie uwierzył, ale wszyscy zaczęliśmy ukradkiem zerkać na czarne ptaki, czekając na jakikolwiek znak, jakieś poruszenie skrzydłem, cokolwiek. Przed nimi były też wróble i sikorki, i sporo innych latających stworzeń, ale żadne z nich nie wytrzymały tak długo jak kruki.
Na drzwiach wypatrzyłem jedyny czytelny napis. „Schron przeciwatomowy”. Zatrzymałem się przy nim na chwilę. Przeciwatomowy? Przeciw-atomowy. Z atomów jest zbudowana materia, analizowałem. Tak naprawdę wszystko jest zbudowane z atomów. Jak można stworzyć schron przeciw materii? Schron niematerialny. Schron duchowy. Może to coś podobnego do tych wysokich budynków o strzelistych wieżach, takich jak ten największy, czerwony, obok pomnika na rynku. Miejsce spotkań ludzi z ich Stwórcą. Więcej nie mogłem sobie przypomnieć. Wenia i Priti milczeli na ten temat, mówili, że nigdy nikogo o to nie pytali. Pod nogami miałem naprawdę wielką plamę oleju. Bezsilnie uderzyłem w drzwi, a one ustąpiły.
WWWByłem zaskoczony. Patrzyłem, jak ciężkie, naprawdę ciężkie wrota otwierają się, ukazując mi wnętrze oświetlone słabą żarówką. Temperatura w środku wahała się pomiędzy minus piętnaście a minus dwadzieścia. Znów korytarz, jakieś wystające ze ścian drągi, porozrzucane szmaty. Przezornie zamknąłem ze sobą drzwi. Nie wyglądało to realnie. Ja nie czułem się realnie. Mijałem jakieś wejścia do pomieszczeń, ale bałem się chwytać za klamkę. Otaczała mnie cisza. Podświadomie czułem tu ludzką obecność. Pod lodem też gdzieś była, w tych wszystkich pustych domach i garażach, które okradaliśmy – ale nie aż tak intensywna, tak bliska, tak namacalna. W końcu odważyłem się otworzyć jakieś drzwi. Nacisnąłem klamkę i słuchałem, jak skrzypią. W środku nie było światła, więc włączyłem wszystkie swoje latarki.
WWW- Jest tu ktoś? – spytałem i aż się skuliłem, słysząc dudniące echo. Przestałem badać lampami ściany i wyszedłem z pokoju. Widocznie nikogo tu nie było. Otworzyłem następne drzwi i następne – zastałem jedynie ciemność. W czwartymi pokoju paliło się jeszcze światło, ale na pierwszy rzut oka wydawał się pusty. Tylko na pierwszy.
WWWNa ziemi leżały sterty szmat i futer. Zacząłem je rozgarniać, wydawały się o wiele cięższe, niż powinny być. W pewnym momencie odskoczyłem, kiedy z tej sterty wypadło coś podobnego do ręki. Podobnego, bo nie zrobiono tego z metalu i było jakieś dziwne w dotyku. Generator zaczął zasysać więcej energii. Rozgarniałem futra dalej, tylko trochę delikatniej, aż w końcu odsłoniłem pierwsze całe…całe ciało. WWW Przypomniałem sobie psa. W sumie wyglądał podobnie. Trochę futra, pomarszczona skóra. Stałem nad znaleziskiem długo, naprawdę długo, powoli zdając sobie sprawę, że jest to człowiek.
WWWNiedziałający człowiek. Martwy człowiek. W tych resztkach nie było nawet odrobiny energii. Co się z nimi stało? Nie mogli zamarznąć! Nie mogli! Są w stanie wytrzymać tylko trochę mniej niż my! Zacząłem oglądać ich dziwne ręce, nieco za krótkie nogi, szukałem jakichś znaków, czegoś, czego nie powinienem znaleźć ani na swoim ciele, ani na kruku, ani na psie. Może te dziwne dziury po obu stronach głowy? Albo ta na plecach i brzuchu? Albo te dziwnie przebarwienia. Naprawdę nie wiedziałem. Wenia kiedyś opowiadał o zarazie, która wybiła większość kotów z okolicy. Koty niewiele się różnią od psów. Nie potrafiłem stwierdzić, co się stało z ludźmi. Jak jakiś szaleniec zacząłem biegać po pokojach, włączałem wszystkie lampy, przeszukiwałem podłogę. Futra. Ciała. Ciała w futrach. Jak mogli coś takiego dla nas zrobić? Oparłem się o umywalkę w dziesiątym, a może jedenastym pokoju. Musiałem uporządkować myśli, ale one za nic nie chciały dać się ugłaskać. Jak jakiś upiorny dozorca krążyłem od drzwi do drzwi bez chwili wytchnienia. Ile było tu ciał? Trzy tysiące? Dziesięć tysięcy? Dziesiątki tysięcy? Nie miałem siły ich liczyć. Drzwi, ciemność lub jasność, szmaty, zamrożone ciała. Dwudzieste, dwudzieste pierwsze. Następny pokój przyniósł zaskoczenie. Paliło się mdłe światło, ale w porównaniu do innych pomieszczeń całkiem jasne. Obserwowałem swój przeraźliwie chudy cień na żółtawej ścianie. Zacząłem przekopywać futra. Miałem już wyjść i dalej zwiastować śmierć, kiedy usłyszałem za moimi plecami jakiś szelest. Obróciłem głowę, a potem całe ciało.
WWWNaprzeciwko siedział człowiek. Patrzył na mnie błyszczącymi oczami zza grubej siatki zmarszczek. Biło od niego ciepło. Widziałem jego białe włosy, plamy na twarzy, poruszającą się miarowo i łagodnie klatkę piersiową. Pałąkowate nogi podkulił jak śpiący pies, a w krzywych rękach trzymał dwa małe kształty. Podszedłem bliżej. To chyba też byli ludzie, ale o wiele mniejsi niż on. Też byli ciepli. Trwaliśmy tak obaj, ja, robot, i on, człowiek, zdziwieni i zaskoczeni, wpatrzeni w siebie nawzajem.
WWWJesteśmy do nich podobni.
WWWJesteśmy sami.

Tekst 2

WWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWiedza i linki ze słów.

Wulgaryzmy

WWW- (..)Kocham pokera, Black Jacka, a nawet kości i ruletkę. Sama nie wiem czemu. Może przez smak ryzyka albo kłamstwo bogactwa? Nieważne, a przynajmniej mniej niż osłodzenie tego wyznania tym, iż mianuję się „rozsądną hazardzistką”. Absurd? Pewnie tak, ale nie zmienia to faktu, że grałam wyłącznie w pierwsze piątki miesiąca, a w inne dni tylko za wygraną wcześniej mamonę. W ten sposób nie popadłam w długi, choć zdarzało się głodować, by móc później zagrać o wyższe stawki. No i dziś, bo wciąż jest „dzisiaj”, prawda? Zresztą, nieistotne. Chce jak najszybciej skończyć te „przesłuchanie”, dlatego pominę też opisywanie wielu wspaniałych partyjek i przejdę do ostatniej.
WWWAnna zamilkła na chwilę, ciekawa reakcji. Jednak ta nie nastąpiła. Młody mężczyzna za biurkiem tylko przerwał pisanie i uśmiechem zachęcał do kontynuowania. Widząc to, westchnęła i spełniła prośbę.
WWW- Dobrze pamiętam, że miałam american airlines, a trzeci as był na stole. Już zagarniałam kupkę żetonów, oczywiście wyłącznie w myślach, aby nic nie zdradzić. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, gdy doszło do sprawdzania, na stole pojawiły się fałszywe karty!
WWWNo i... Ech. Przyznaje, mój „rozsądek” nie widział nic przeciw grze z łobuzami. Wręcz dodawało to troszkę smaczku. No, ale wtedy zrozumiałam swoją głupotę. Od słowa do noży wbitych w stół i nim się spostrzegłam kilku palców na spustach. Nie wiem kto pierwszy strzelił. Ani czy byłam bardziej przerażona czy wściekła. Chyba to drugie, bo po tym jak wyjrzałam za stolik i zobaczyłam gnidę odwróconą do mnie plecami, właśnie tego który śmiał kantować, chwyciłam jeden ze sprężynowców i skoczyłam z zamiarem wbicia go między łopatki.
WWWAle jak mawiają, chęci to jedno, możliwości drugie. Musiał mnie ktoś wypatrzyć. Być może ochrona albo któryś z wściekłych graczy. Właściwie niewiele pamiętam, bo jedyne na czym potrafiłam się skupić, to obezwładniający ból w klatce piersiowej. Ktoś do mnie strzelił! - Ostatnie zdanie zaakcentowała, uderzając pięścią o blat biurka i rozlewając czarny napój z filiżanki. Dotąd myślała, że to kawa, ale to coś okazało się być gęste niczym kisiel.
WWWHistoryk nawet na chwilę nie uchylił swego spokojnego uśmiechu, gdy próbował uchronić cenne szpargały wycierając napój jakąś szmatą. Teraz Anna miała pewność jego twarz to była maska pokerzysty, mająca skrywać uczucia. Przybierał ją tak często, że zapominał poluzować w odpowiednich momentach, przez co stawała się aż nadto widoczna.
WWW- Rozumiałam, że jest źle, bo czułam na dłoni Niagarę krwi. Widziałam coraz mniej. I to bynajmniej nie przez wszędobylski papierosowy dym. Wentylacja działała zbyt sprawnie, by na tyle zgęstniał. Właściwie dlaczego o tym myślałam? - zapytała na koniec swojego monologu, zupełnie jakby mogła usłyszeć odpowiedź.
WWW- I w tym momencie umarłaś? - skryba odezwał się po raz pierwszy, odkąd zaczęła mówić o swym ostatnim dniu.
WWW- Tak.
WWW- Chcesz na tym zakończyć? - spytał niemal obojętnie.
WWW- No tak. Umarłam, co jeszcze mogę opowiedzieć?
WWW- Może właśnie o samym umieraniu, jakie ono jest? Albo o tym co dalej? To twoja decyzja, ja tu tylko piszę.
WWW Kobieta zastanawiała się przez moment, niepewna co zrobić. Z początku niezbyt chciała o tym wszystkim opowiadać, dlatego pędziła z wydarzeniami naprzód, aby jak najszybciej zakończyć. Ale zdała sobie sprawę, że teraz czuje coś jakby ulgę zamiast strachu czy bólu tamtych chwil. Dlatego postanowiła mówić, mając nadzieje na zalepienie i innych ran.
WWW - Dobrze więc. Chcesz bym ci opowiedziała, co czułam podczas śmierci? Radość. Taką jaką może czuć osoba, która przez całe dnie znała wyłącznie ból. Cieszyłam się, że to już koniec! Nawet jeśli oznaczało to także mój koniec. Bo jako ateistka nie spodziewałam się trafić przed boski trybunał. No i pośrednio miałam rację, jak dotąd.
WWW Roześmiała się jak z dobrego dowcipu, który jednak innym ciężko było zrozumieć.
WWW - Śmierć jest tym piękniejsza im poprzedza ją większy ból? - zapytał Historyk, chcąc mieć pewność, czy dobrze rozumie.
WWW - Tym wspanialsza, im od WIĘKSZEGO cierpienia uwalnia.
WWW Szybko skreślił kilka słów i zastąpił je innymi.
WWW - Nie zrozum mnie źle, nigdy nie pragnęłam umrzeć. Nawet wtedy. A jednak po wszystkim nie czułam żalu ani zawodu, a właśnie radość. Myślałam, że to znasz – dopowiedziała, nieco zdziwiona.
WWW - Nie. Dla mnie to było przytłaczające poczucie zawodu, choć takiego wyniku się spodziewałem. - Zmieszanie spróbował ukryć, nalewając wina do pustych kieliszków. Dobry rocznik, który tutaj nigdy się nie kończył. Niektórzy z gości pytali go, czemu nie pija whisky, tylko jakiś kobiecy alkohol. No cóż, im więcej procentów tym łatwiej myślał, ale gorzej pisał.
WWW Bez zastanowienia podał trunek swojej rozmówczyni. Cieszył się, że ta chciała opowiedzieć o swoich wrażeniach z zaświatów.
WWW - To musiał być szok. Nagle okazało się, iż ten cały ciemnogród miał rację.
WWW - Nie ciemnogród. Nie należałam do tych ateistów. Ja po prostu nie wierzyłam i tyle. Nie czułam się od nich lepsza z tego powodu. Ale tak, tego zaskoczenia nie potrafię opisać. Po prostu ciemność znikła, a ja stałam na schodach pośród chmur. Początkowo myślałam, że to niebo, lecz później zobaczyłam ogromną kolejkę na sąd ostateczny. - Zaśmiała się, przypominając sobie ten widok. Potem spojrzała nieufnie na wino, myśląc o tym, czy w zaświatach można się upić?
WWW - I niczym Luc, zapytałaś kto jest ostatni? - zażartował Historyk.
WWW - Skądże, widziałam to – odparła, nie załapawszy porównania.
WWW - Muszę zapytać, bo sam nie miałem okazji, widziałaś ów trybunał?
WWW - Niestety nie, ale wyroki rozchodziły się lepiej niż plotki i budziły strach. Gorliwi wyznawcy kończący w piekle, a antyklerykanie idący do raju. Nikt tego nie rozumiał, choć chodziło między nami wyjaśnienie. Że Bóg stworzył wiarę, a Szatan religię.
WWW Zamilkli oboje. Teza ta, choć zapewne postawiona przez jakiegoś dowcipnisia, mogła wiele wyjaśnić, ale przede wszystkim była piękną abstrakcją. Mężczyznę na chwile zafascynowała jej prostota, także zapomniał nawet pisać swoje notatki.
WWW - Wiesz. Nie jestem pewna ile w tym prawdy, ale w oddali zdołałam dostrzec dwie postacie grające w kości. Ich stukot roznosił się wokoło. Niektórzy nazywali to kłamstwem diabła, ale...
WWW - To Stwórca ze swym odwiecznym oponentem – dopowiedział, jakby to nie było nic wielkiego. - Pewnie taka zagorzała hazardzistka jak ty chciałaby zagrać u ich boku – Z jakiegoś powodu jego słowa wywołały u niej delikatny rumieniec.
WWW - Myślałam o tym przez jeden, bardzo mały moment. Ale gra o nic, dla zbicia czasu. To nie dla mnie.
WWW - Och, ale oni nie grają o puste żetony. Stawką są dusze jakie mają w swym posiadaniu. Bóg chce uratować nawet potępionych, a dla Szatana to po prostu zabawa - dążenie do jak najmniejszej liczby zbawionych. Na starcie, gdyby ci pozwolili się dosiąść, miałabyś tylko jedną do obstawienia, ale kto wie? Przy odrobienie szczęścia, siedziałabyś wśród nich jak równa. - Rozpościerał przed nią obraz zostania boginią. Co okazało się bardziej przerażające niż kuszące.
WWW - Chyba nawet ja nie skusiłabym się na takie ryzyko.
WWW - Skąd wiesz, czy czasem nie mogłabyś tylko i wyłącznie zyskać?
WWW Nie wiedziała, ale uważała się za dobrego człowieka. Może nigdy nie oddawała pieniędzy na szczytne cele, ale kilka razy dała kanapki bezdomnemu. Bawiła ją gadka o nadstawianiu drugiego policzka, ale też nie krzywdziła innych bez powodu. Ale mimo to miała wątpliwości. Mimo to bała się osądzenia. Właśnie dlatego, gdy zobaczyła z boku drzwi i napis: „Opowiedz swoją historię”, weszła do środka.
WWW Nie wiedziała czego się spodziewać, więc uznała młodego mężczyznę przy biurku z papierami za całkiem na miejscu. Wyjaśnił, że chce, aby dosłownie potraktowała ową reklamę. Choć Anna sama miała wybrać o czym będzie mówić, to gospodarza wyraźnie intrygowała śmierć. Gdy spytała po co, powiedział, iż z usłyszanych słów stworzy opowiadanie, a w zamian da pewną radę.
WWW To zaciekawiło kobietę. Co za wskazówkę może usłyszeć trup. Pytanie i chęć odroczenia nieuniknionego wystarczyły, aby zaczęła mówić i absurdalnie popędzać samą siebie.
WWW- Nawet jeśli, jak obstawiać w grze przeciw wszechwiedzącym?
WWW - Gra nie miałaby sensu, gdyby znali jej wynik. Czy wszechmoc nie może pokonać wszechwiedzy? W takim przypadku, co byś obstawiała w pierwszej kolejności? - On naprawdę wierzył to co mówił! Nie potrafiła się temu nadziwić. Zupełnie jakby chciał, by tam poszła i zagrała. Jednak tak silne zachęcanie, jedynie ją odpychało.
WWW- Pewnie fula, zwykle mam do niego farta – odparła, wzruszając ramionami, a po chwili dodała z fałszywą radością:
WWW- To chyba koniec naszej rozmowy, bo potem zostaje tylko spotkanie ciebie.
WWW- Na to wygląda. Pewnie nie możesz się doczekać zapłaty? - Widząc jej iskierki zaciekawienia w oczach, zapytał:
WWW- Powiedz, skoro przed tobą był sąd, mający zdecydować, czy zasłużyłaś na niebo, piekło, a może niepewny czyściec, to dokąd prowadzą schody w dół?
WWW- Można nimi iść? - powiedziała niepewnie, nie wiedząc co o tym myśleć.
WWW- A niby jak cię powstrzymają? Zabiją? - Roześmiał się i pożegnał ją.
WWW Gdy wychodziła, dopisał na samym końcu swych notatek:
WWW Niepewnie stanęła za drzwiami. Po lewej miała kolejkę z zajętym miejscem, zaś po prawej stopnie niknące we mgle. Już wiedziała w którą stronę powinna się skierować. Ryzyko ma swój smaczek, ale tylko wtedy gdy samemu się obstawia. Szła, biorąc schody po dwa, nucąc na trzy.

WWWGdy Historyk odkładał kolejny spięty plik kartek na półkę, z cienia wyłonił się jego mocodawca. Nie wyglądał na zadowolonego ani wściekłego. Szybko podszedł do barku i wyjął starą szkocką.
WWW- Zastanawiam się, dlaczego im to mówisz. Dlaczego sprawiasz, że wybierają wycieczkę schodami, zamiast sprawiedliwy sąd? Bawisz się w Boga, decydując za nich?
WWW- Ja tylko wskazuję możliwość, która nie przyszła im do głowy. To uczciwa zapłata za słowa i czas – odparł Historyk, udając całkowicie niewinnego. Zastanawiał się czy dopić wino, albo też skusić się na coś mocniejszego.
WWW- By podjąć świadomą decyzję, trzeba znać możliwości – dopowiedział, decydując się jednak na smolistą kawę.
WWW- I poznać ewentualne skutki, czyż nie?
WWW- To już luksus, którego nawet ja nie posiadam – odparł, nieco zbyt obojętnie. Bał się okazać emocje, odzywać, a nawet mieć ludzkie reakcje. Wiedział, że ma przed sobą jednego z mistrzów manipulacji, gotowego wykorzystać wszystko co tylko dostrzeże. A Historyk nie chciał stracić swojej niemal już zarobionej nagrody.
WWWKtoś zapukał i natychmiast otworzył drzwi. Do pokoju, w którym zawsze przebywały co najwyżej dwie osoby, wkroczył trzydziestoletni mężczyzna. Szedł pewnym krokiem, uważnie rozglądając się dookoła, jakby szukał jakiego zagrożenia, jednak nieustanie widząc skrybę choć kątem oka.
WWW- Dzień dobry wieczór. Zanim zaczniemy, proszę dać mi momencik na posprzątanie papierzysk, panie...? - powitał go, odruchowo nakładając swoją maskę dobrego gospodarza.
WWW- Max Cross. Nie ma sprawy, teraz chyba mam czasu aż nadto – odparł, ściskając wyciągniętą dłoń Historyka.
WWW- Mogę się poczęstować kawą? - zaraz zapytał, gdy tylko dostrzegł dzbanek na stole pod ścianą.
WWW- Ależ proszę się nie krępować i czuć jak u siebie – powiedział młodszy mężczyzna, pośpiesznie wciskając kartki do jednego z segregatorów.
WWW- A więc pozwolę sobie zapytać kim jesteś i co ty robisz? - Brzmiało to jakby to on był panem tego miejsca, a skryba nieproszonym gościem.
WWW- Możecie mi mówić Historyk, a co robię? Pisze na drzwiach, że spisuję co ludzie chcą powiedzieć.
WWW- I robisz to TU? Dziwne wybrałeś sobie miejsce i czas – niedowierzanie odbijało się echem po całym pokoju.
WWW- W poczekalniach są gazety, a czasem i telewizja panie Cross. Tu czas nie ma znaczenia, a mimo to trzeba czekać. By ludzie się nie nudzili, dano im plotki i najęto mnie. Taka odpowiedź pana satysfakcjonuje? - zapytał zirytowany.
WWW- Na razie i owszem. A więc mam po prostu dać ci coś spisać. Coś co, być może, nie daje mi spokoju? Dobrze rozumiem?
WWW- Tak. Wielu nie wie o czym opowiedzieć, więc mówi o swojej śmierci. Podobno daje im to ulgę. Zapominają ból, który zdawał się nie mieć końca. Czy i pan chce przestać o nim myśleć?
WWWSkryba miał już przed sobą czystą kartę i długopis gotowy do działania. Oraz nadzieję, że szybko pozbędzie się nieprzyjemnego klienta.
WWW- Ból mówisz. Ja umarłem czując rozkosz, która mi go odebrała.
WWWTo zainteresowało Historyka. Coś rzadkiego i mającego posmak czegoś dłuższego niż kilka szybkich słów. Gdyby był zwierzęciem, oblizałby się, myśląc o tym.
WWW- Zabiła cię ukochana, sukub czy może oba? - zapytał niewinnie.
WWW- Zabiła mnie dziewczynka, po której nigdy się tego nie spodziewałem. Chcesz wszystko wiedzieć, co? No dobra. Całe to szaleństwo zaczęła się parę lat wcześniej, od listu jaki zostawiła pewna kobieta. Z początku mu nie dowierzałem. Brzmiał jak majaki. Doskonale pamiętam, bo czytałem go nieraz. Zaczynał się od słów „Świat już nigdy nie będzie taki sam...”
WWW Tak, tak, tak – krzyczały z rozkoszy myśli Historyka. Nareszcie ktoś przyniósł mi długą opowieść, w której zatracę się na więcej niż moment! Zapomnę o tym, że jestem żywą zabawką pośród umarłych!


"Laugh and the world laughs with you, weep and you weep alone." Ella Wheeler Wilcox

Awatar użytkownika
Escort
Dusza pisarza
Posty: 617
Rejestracja: sob 05 sty 2008, 23:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lubartów
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Escort » czw 13 lut 2014, 18:42

Tekst I

Pomysł - 18/20
Styl - 15/20
Realizacja tematu - 10/10
Schematyczność - 6/10
Błędy - 17/20
Ogólnie - 15/20

Tekst I: 81/100

Dla mnie pomysł bardzo dobry. Początkowo miałem dać max, ale w sumie... nie zaskoczył mnie :D. A tego brakowało do pełnej puli. Naprawdę temat został świetnie powiązany z erą automatów, nieświadomych na dodatek pewnych rzeczy. Te opisy stworzeń, psów, kotów, wplątywanie historii. Naprawdę coś dla mnie. Coś, co wciągało. Przeczytałem pierwszą część - było nieźle, potem ich grę, znów było bardzo dobrze, a końcówka - chyba doskonała, w moim przeświadczeniu oczywiście. Wciągające, to na pewno. Też historia na dobrą powieść. To znaczy takich zapaleńców (takich klimatów) jak ja ;). Realizacja tematu w pełni, natomiast co do schematyczności - spotykane. Era robotów pojawiała się już w wielu sferach (mi się najbardziej kojarzą Transfomersy). Błędy się pojawiały, ale były nieliczne. Styl dla mnie niezły, choć prostszym językiem chyba lepiej się do mnie trafia :). Ogólnie jestem zadowolony i nie czuję, że straciłem czas. Ba, poczytałbym coś dłuższego w takich klimatach.

Tekst II

Pomysł - 13/20
Styl - 11/20
Realizacja tematu - 8/10
Schematyczność - 8/10
Błędy - 12/20
Ogólnie - 10/20

Tekst II: 62/100

Doceniam oryginalny pomysł. Żeby połapać się w tekście, musiałem w sumie doczytać do końca... no, albo do drugiej części. Nadal nie wiem czy zrozumiałem przekaz i czas, i miejsce, choć czas to podobno element nieistotny dla Historyka ;). Styl był średni w zestawieniu z poprzednim tekstem. Ale czytało się przyjemnie, choć wtopione błędy powodowały długie pauzy. Czasami brakowało znaków interpunkcyjnych lub pojawiały się zwykłe błędy stylistyczne (lub techniczne), co utrudniało całkowity odbiór. Ogólnie tekst jeszcze jest do jednej poprawki, by jakoś wyglądał. Zrozumiałem, że kości miały być obowiązkowe w realizacji tematu - gdzieś tam się pojawiły, ale poczułem w tym wypadku, że pojawiły się jakby na odczepnego, na pewno się mylę, ale tak odebrałem :P. Schematyczności raczej nie doznałem... poza szkocką, która mnie strasznie podrażniła. Mały element, a szczypie. Ogólnie to średnio mi się podobało. Chyba lubię dynamit, a nic się wielkiego nie działo. Mimo wszystko, doceniam tekst i trochę punktów zdołał zebrać na innych elementach.

Między tekstami jest znaczna różnica. Na pewno dwa różne rodzaje - co się trudno ocenia i na pewno każdy, kto zajrzy, będzie się sugerował tym, co mu bardziej podpasuje. W tym wypadku nie ma innej ścieżki, chyba, że ktoś lubi oba gatunki. Ale i tak prędzej czy później wyjdzie ocena jako subiektywna. Autor pierwszego tekstu dodatkowo lepiej panuje nad piórem. Popełnia mniej błędów, ładnie opisuje zaistniałą sytuację, miałem lepszy obraz przedstawiony. To tyle. Nie chciałem nikogo urazić, to tylko taka sobie, świdrująca w powietrzu, ocena.
Zachęcam do przeczytania i ocenienia.



Awatar użytkownika
Cerro
Debiutant
Debiutant
Posty: 694
Rejestracja: wt 27 lis 2012, 13:01
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Cerro » czw 13 lut 2014, 21:41

Na swój obraz i podobieństwo

Pomysł: 12/20
Ten skuty mrozem, porzucony świat sprawia niesamowite wrażenie. Pod względem klimatu tekst znakomicie wpasował się w mój gust. Trochę gorzej jest jednak z samym wyjaśnieniem przyczyn apokalipsy. Nagle, wszyscy ludzie decydują się zejść pod ziemię, porzucając roboty? Wydaje mi się to mało prawdopodobne.
Motyw z instytutem jest bez sensu. Pojawia się jako cliff hanger, a później zostaje rozwiązany w połowie zdania. Całościowo, sprawia wrażenie nieprzemyślanego.


Styl: 11/20
Jakoś nie przypadł mi do gustu, mało obrazowy, opisy takie "po łebkach" i na skróty. Na plus, że czyta się gładko, bez większych zgrzytów.

Realizacja tematu: 8/10
Gra w kości wprowadzona w najprostszy możliwy sposób, jedynie jako pretekst. Udaje się nadrobić oddaniem atmosfery, zwłaszcza tej agresji pod koniec partii. Realizacja głównego tematu ciekawa.

Schematyczność: 4/10
Zrobić bohaterem robota - dobry pomysł. Szkoda, że początek jest taki przewidywalny. Ot, poszukiwanie przydatnych resztek na gruzach cywilizacji. Klasyka klasyki. Później porachunki z innymi "szperaczami". Znowu nic nowego. Końcówkę - spotkanie z człowiekiem - można przewidzieć od momentu, gdy pojawia się motyw tunelu.

Błędy: 16/20
Czasem dziwna odmiana. Drobne błędy interpunkcyjne. I zaplątało się "WWW".

Ogólnie: 18/20
Klimat i ostateczna refleksja płynąca z całości znacznie podbiły ocenę.

Ocena końcowa: 69/100

* * *

Wiedza i linki ze słów

Pomysł: 11/20
Historyk jest intrygującą postacią, ale z niewykorzystanym potencjałem. Poza tym takie to... nijakie.

Styl: 10/20
Drobne potknięcia. In plus sposób wysławiania się bohaterki, ciekawy, ale bez przesady.

Realizacja tematu: 3/10
Gra o dusze jest ciekawym motywem. Nieświadomość... niby jest. Chociaż ja mam wrażenie, że najprecyzyjniej opisuje uczucie, z jakim od tego tekstu odeszłam. Końcówka jest dla mnie w ogóle niezrozumiała, za dużo niedopowiedzeń... albo po prostu doszukuję się czegoś, czego nie ma z nadzieją na pogłębienie całości.

Schematyczność: 3/10
Aha, kolejna wizja życia po śmierci. *połyka jednorożca w wiadomym celu*

Błędy: 10/20
Szalone przecinki. Bardzo szalone. Miejscami błędny zapis dialogów.

Ogólnie: 7/20
Ucieczka w motywy religijne, w dodatku podane tak na tacy, wydaje się przy narzuconym temacie najprostszym możliwym rozwiązaniem.

Ocena końcowa: 44/100



Awatar użytkownika
chilipouder
Pisarz domowy
Posty: 128
Rejestracja: pn 02 gru 2013, 16:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: chilipouder » czw 13 lut 2014, 23:36

Tekst 1

Pomysł - 18
Styl - 17
Realizacja tematu - 9
Schematyczność - 9
Błędy - 15
Ogólnie - 18

Tekst 2

Pomysł - 10
Styl - 10
Realizacja tematu - 3
Schematyczność - 5
Błędy - 10
Ogólnie - 10



Humanozerca
Debiutant
Debiutant
Posty: 831
Rejestracja: śr 17 kwie 2013, 17:00
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Humanozerca » ndz 16 lut 2014, 20:36

Tekst A:

Pomysł - 18
Styl - 18
Realizacja tematu - 10
Schematyczność - 6
Błędy - 18
Ogólnie - 18

Razem: 88

Tekst B:

Pomysł - 16
Styl - 14
Realizacja tematu - 10
Schematyczność - 4
Błędy - 18
Ogólnie - 16

Razem: 78

KOMENTARZ

Zgodnie z tematem oba teksty mówią o nieświadomych. Autor pierwszego wybrał sobie za cel opisanie apokaliptycznej rzeczywistości, w której żyją nieszczęsne roboty nieświadome przeszłości i przeznaczenia ludzkich wynalazków. Jeden z przedstawicieli mechanicznego gatunku po licznych przygodach z polowaniem na energię trafia do schronu, w którym natyka się na jakiegoś żywego starca. Drugi bierze się za temat "życie pozagrobowe". Z początku opowiada o zwierzeniach hazardzistki, dopiero potem ujawnia zaświatową scenerię i odsłania rąbek intrygi. Piszący zdecydował się na bardzo ryzykowne posunięcie, zrezygnował z wyzyskania przewagi czytelnika nad bohaterem czy narratorem. Nie dał dostatecznie do zrozumienia, że w jego zamyśle prawda o przedstawionym uniwersum zbiega się z taką lub inną doktryną religijną lub filozoficzną. W konsekwencji czytelnik pozostaje równie nieświadomy jak owi klienci "historyka". Jeśli to ma być przesłanie tekstu, to wypada ono blado, osuwa się w intelektualny kicz, w typową papkę produkowaną przez umysłowość zeświecczoną. Pewnie można przyjąć inną interpretację, może główna bohaterka zbyt szybko wzięła majak za dobrą monetę, może to nie Bóg i diabeł grali w kości - ale to za mało. Potencjał jest, ale zdecydowanie niewyzyskany. To i owo można by doszlifować także w sferze stylistycznej. Dialogi momentami wydają się sztywne. Cała początkowa aranżacja jakoś nie przykuła mojej uwagi. Pomimo zaskoczenia uznałem, że wyzyskano schemat. Już starożytni umieszczali rzekę zapomnienia u bram Hadesu. Gdyby to jeszcze zbiegało się z mądrościami przekazywanymi przez tradycje duchowe i artystyczne... Autor pierwszego tekstu próbuje wyjść ze sztampy, oddając głos nieludziom. Świetnie wykreował głównego bohatera, który budzi życzliwość czytelnika. Nie przeskakuje z kwiatka na kwiatek, włożył weń więcej pracy. Cóż, jeśli drugi i na dodatek krótszy tekst nie zachwyca czymś wyjątkowym, to wygrywa obszerniejszy, bardziej rozpisany. Styl pewnie może dopracować, ale nie mam siły na wynajdywanie błędów. Czytało się płynnie i przyjemnie. Zatem, czas na podsumowanie:

Wynik końcowy - 88:78
Obu stronom gratuluję wyrównanego pojedynku.



Baribal
Umysł pisarza
Posty: 777
Rejestracja: pt 04 sty 2013, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Baribal » czw 20 lut 2014, 17:17

[center]Starquiliniusem vs Thug

Temat: Nieświadomi
Element obowiązkowy: kości do gry

Tekst I: Suma = 324, Średnia = 81
Tekst II: Suma = 232, Średnia= 58

Zwycięzcą jest: Starquiliniusem[/center]

Gratulacje!




Wróć do „Bitwy z przeszłości”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości