O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: mati212 » ndz 19 lis 2017, 17:59

Krzysztof Niedźwiedzki nudził się. I to niemiłosiernie. Po raz dwudziesty, w ciągu zaledwie kilku minut spojrzał na swój zegarek. To co tam zobaczył, raczej go nie usatysfakcjonowało.
Poprawił krawat i rozejrzał się po sali. Siedzący obok niego przedstawiciel, a właściwie przedstawicielka Azji, spojrzała na niego rozleniwionym wzrokiem. Po drugiej stołu, przywódcy Ameryki Północnej i Afryki prowadzili niezobowiązującą rozmowę, podczas gdy Indonezyjski prezydent Oceanii gapił się z namysłem, na latającą po pokoju muchę. Tylko południowoamerykański przywódca, zupełnie zignorował protokół, przeglądając swoją komórkę. Trochę dalej, kilku najważniejszych ministrów Ziemskiego rządu prowadziło ożywioną dyskusję.
W pokoju czuć było te niepowtarzalna atmosferę – połączenie znudzenia i niepokoju. Choć próbowano tego nie okazywać, wszyscy wiedzieli, że lada moment podejmą decyzję, która zaważy na losach miliardów ludzi. Krzysztof uważał, że łatwiej byłoby tego dokonać, gdyby wiedzieli, nad czym będą debatować.
Oficjalnie, coś takiego jak, Rada Ziemska nie istniało. Nieoficjalnie, był to jeden z najważniejszych organów doradczych prezydenta. Kiedy sprawa była zbyt pilna, aby zajął się nią parlament (czytaj: kiedy nie mogli pozwolić sobie na wielogodzinne spory), do Capitol City wzywano najważniejszych ludzi na planecie. Bardzo ważne było zachowanie zebrań w sekrecie, gdyż były nie tylko jawnym łamaniem ziemskiej konstytucji, ale i idealną okazją do wyeliminowania ich wszystkich. Dlatego też, o temacie obrad wiedział tylko prezydent.
Krzysztof dowiedział się o tym w środku nocy. Po odwołaniu kilkunastu spotkań, niezwłocznie udał się na lotnisko w Madrycie, gdzie przydzielono mu stary, zdezelowany samolot. I jeszcze jakoś by to wytrzymał, gdyby nie pięć przesiadek na afrykańskich lotniskach i dręczący go brak snu. Był to o tyle większy problem, że zaraz po przylocie musiał się dowlec do sali obrad.
Jego nastroju, tym bardziej, nie poprawiała się też pogoda; Sączące się przez niewielkie okna światło, nagrzało powietrze w pokoju do niemiłosiernych 40 stopni Celsjusza. Uroki Capitol City.
Temperatura tylko przypominała Niedźwiedzkiemu, jak bardzo nienawidzi tego miasta. Zresztą on sam nigdy się z tym specjalnie nie krył.
Zbudowany w 2348 roku, idealnie na przecięciu Równika i Równoleżnika 0, Capitol City był bardziej przerośniętą barką, aniżeli prawdziwym miastem. Miał się stać gospodarczym, kulturowym i politycznym centrum regionu. Udało się zrealizować, tylko to ostanie założenie.
Zamieszkiwało je niecałe pięć milionów ludzi, co przy Londynie, czy Nowym Delhi, wywoływało tylko uśmiech politowania na twarzy. Populacja niemal nie zmieniła się, podczas kilkuset lat. A, możliwości rozbudowy były nikłe – platforma była kwadratem o powierzchni 900 kilometrów kwadratowych. I nie mogła mieć ani metra więcej. Tak więc, kiedy inne miasta szybko się rozwijały, Capitol City stało w miejscu. I na razie nic nie wskazywało na to, aby w przyszłości stało się czymś więcej, niż tylko (albo aż) polityczną stolicą Federacji Ziemskiej.
Krzysztof chciał sprawdzić godzinę jeszcze raz, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się. Wszystkie ważne i mniej ważne rozmowy ucichły. Do Sali Obrad wmaszerował wysoki mężczyzna w eleganckim garniturze. Prezydent Chuck Iliam, jakby przyzwyczajony do szumu, jaki wprowadza swoją osobą, niespiesznie zajął najwyższe miejsce przy stole. Chwilę potem, powiedział:
- Witam wszystkich. Wybaczcie spojrzenie, ale musiałem jeszcze coś załatwić. - zrobił krótka przerwę, aby rozejrzeć się po pokoju – Widzę, że wszyscy dotarli. To Dobrze. Zapewne jesteście ciekawi po co, was tutaj zebrałem.
- Niezmiernie. - powiedział minister Energii, George Smith. Wypowiedź ta wzbudziła, lekkie rozbawienie wśród obecnych w sali polityków. Żart nie był ani trochę śmieszny – ale w sztywnym świecie planetarnej polityki było to ciekawe odejście od normy.
Chuck odchrząknął i kontynuował:
- Sprawa jest poważna. Przechwyciliśmy meldunki Marsjańskiej Armii, które są bardzo niepokojące. Jeszcze nie wszystko rozkodowaliśmy, ale przed chwilą rozmawiałem z naszym najlepszym kryptografem.
- No i? - zapytał Krzysztof.
- No i, twierdzi, że Marsjańska Flota szykuję się do ataku. - widząc zaskoczone miny niektórych zebranych, ciągnął dalej – Trzy niszczyciele zostały przeniesione ze stacji Satela i kierują się w stronę Orbitalnych Doków numer 11. Przyspieszono też pracę naprawcze kilku krążowników, a z suchych hangarów na orbitę wyleciało kilkadziesiąt mniejszych jednostek.
- To jeszcze nie znaczy, że szykują się do ataku.- zauważyła prezydent Azji, Shangri Lee – Safiy'o Dan wręcz kocha się z nami drażnić. Jak dla mnie to zwykła prowokacja.
- Też bym tak pomyślał. Gdyby nie fakt zakupienia przez Marsjańską Armię dziewięciu krążowników, pięciu niszczycieli i dwudziestu pięciu pancerników kosmicznych. A, no i jeszcze masy myśliwców atmosferycznych, fregat i pomniejszych jednostek. Nigdy nie kupują sprzętu w takich ilościach! Aha i wczoraj ich rząd przyklasnął zwiększeniu wydatków zbrojeniowych o połowę, a armię lądową powiększono do 8 milionów droidów bojowych. Zdecydowanie nie wygląda to najlepiej.
- Chcą zaatakować Ziemię? - zapytał afrykański przywódca, Djas Kelen.
Zanim Chuck zdążył odpowiedzieć, Generał Zlato Freed wstał i dumnie oświadczył:
- Niech no, tylko spróbują. Obrona Ziemi jest silna, nie ma szans, aby się przedarli.
Lekko zirytowany, Chuck podjął przerwany wątek:
- To prawda. Ziemia jest zbyt mocno chroniona, aby jego siły były w stanie nas zaatakować. Rozmawiałem z kilkoma strategami. Mówią, że, najprawdopodobniej, Mars zaatakuje jakiś słabo chroniony układ.
- Czyli? - dopytywała się Shangri Lee.
- Na sam początek, wykluczyliśmy zewnętrzne planety Układu Słonecznego. Ich populacja jest wręcz śmiesznie mała, zasoby też. Safiy'o nie zaanektuję też Wenus – wszyscy wiedzą, że to nasze podwórko. Z Merkurym jest tak samo. Saturn jest zbyt potężny, więc pozostaje tylko Jowisz.
- Jowisz nie jest naszym sojusznikiem - wyrwał się przedstawiciel Ameryki Północnej, Wiliam Black. - więc to nie nasz problem. Po co nas tu zebrałeś?
- Ponieważ to bardziej nasz problem niż ci się wydaję. Oczywistym jest, że Jowisz skapituluję najdalej po dwóch tygodniach. Jego armia jest zbyt skorumpowana i za mała, aby cokolwiek zdziałać.
- Obawiam się, że nadal nie rozumiem. - Stwierdził Krzysztof.
- Chodzi o to, że mamy z ta planetą więcej wspólnego, niż wydaję się większości ludzi. Na Jowiszu działa pięć wielkich korporacji. Trzy z nich należą do nas, jedna jest lokalna, a jedna pochodzi z Marsa. Sifiy'o Dan może przejąć ziemskie firmy.
- Niech korporacje radzą sobie same. Mają własne siły zbrojne. - obruszył się minister Spraw Wewnętrznych.
- Są za małe. Nie pokonają Marsa, nawet w koalicji z siłami rządowymi.
- I dlatego mamy wysyłać tam armie? Żeby uratować pieniądze kilku Corp? - oburzył się Wiliam Black.
- Też mi się to nie uśmiecha, ale jeżeli korporacje stracą dochody, to nie odprowadzą podatków do budżetu. – zrobił dramatyczną pauzę – A bez tych pieniędzy, Ziemia zbankrutuję.
- Ale przecież, jeśli dojdzie do ataku, wszystkie planety wypowiedzą Sifiy'o wojnę? - spytała Shangri-Lee.
- Owszem. Ale mamy powody przypuszczać, że Sifiy'o nie działa sam. - wyświetlił na środku stołu interaktywny hologram, przedstawiający kartkę papieru pokrytą urzędniczym bełkotem. - To kopia pewnego tajnego dokumentu, zawartego pomiędzy Królestwem Marsa a Konfederacją Saturna. Nasi szpiedzy zrobili to zdjęcie dość niedawno. Jest tu mowa o niejakiej „Operacji Zeus”. Zakłada ścisłą współpracę wywiadowczą, militarna i gospodarczą. Lada dzień, ten dokument zostanie oficjalnie podpisany. Chyba nie muszę nawet mówić, że nie mamy najmniejszych szans z ich sprzymierzonymi silami.
- A co z naszymi sojusznikami? - zapytał Wiliam Black.
- Zewnętrzne planety Układu Słonecznego nie robią wielkiej różnicy. - niezależnie po której stronie staną, ich floty są wręcz śmiesznie małe. Natomiast, na pewno, możemy liczyć na poparcie Merkurego i Wenus. Rządy tych planet siedzą nam w kieszeni. Ale nie ma co się łudzić, flota Wenus olbrzymia nie jest i wiele nam nie pomoże. A Merkury... tu jest jeszcze gorzej.
W sali zapanowała niezręczna cisza. Nikt nie wiedział co powinien dalej powiedzieć – na takie informacje nie byli przygotowani. W życiu każdego polityka przychodził taki dzień, kiedy zostaję on postawiony pod ścianą. I zazwyczaj nie kończy się dla niego zbyt dobrze – a teraz wszystko wskazywało na to, że konsekwencje poniesie cała Federacja.
Długa ciszę przerwał generał Freed.
- Drodzy zebrani. Oczywiste jest, że nasz armia nie da rady w konwencjonalnymi pojedynku. Zetrą nas w pył, zanim zdążymy wylecieć na orbitę. Dlatego też, musimy zrobić to inaczej. Lepiej.
- Proszę rozwinąć, Generale – zachęcił go Chuck, odchylając się na krześle. Zlato poczuł się mile połechtany.
- Informacja jest siłą. Jeśli dowiemy się, w jaki sposób chcą zaatakować Jowisz, zdobędziemy świetna kartę przetargową. A mając takie informację będziemy mieli okazję, zapobiec konfliktowi.
- Skąd pewność, że w ogóle są takie plany? - zapytał Black,.
- Ponieważ to oczywiste – odezwał się Krzysztof. - Sifiy'o można wiele zarzucić; Choćby to, że jest megalomanem. Ale na pewno, nie idiotą. Okienko startowe na Jowisza jest już za dwa lata. Oczywistą rzeczą jest, że musiał to planować od dawna.
- Oczywiste też jest, że potrzebujemy wywiadu. - potwierdził Chuck – ale takiego, prawdziwego wywiadu, a nie tej parodii, którą mamy teraz. Zagłosujmy: Kto jest za utworzeniem nowej siatki szpiegowskiej na terenie Marsa?

*********

1 rok, 5 miesięcy i 2 dni później
- Co proszę? - spytał z niedowierzaniem Charles Brand.
- To, co słyszeliście Majorze. - tubalny głos europejskiego przywódcy, Krzysztofa Niedźwiedzkiego, rozniósł się po mostku niewielkiej korwety. Również obecni w pomieszczeniu, pilot i nawigator wpatrywali się w hologram jeszcze bardziej zdziwieni niż on.
Od czasu rozpoczęcia feralnej „Wielkiej Ziemskiej Misji Wywiadowczej” minął ponad rok. Mieli to pieskie szczęście, że akurat Mars i Ziemia były w odpowiedniej pozycji, aby przetransportować tu niewielką grupkę szpiegów. No właśnie – niewielką. Nie było obiecanych statków, ludzi ani sprzętu; Ich przerzucenie było zbyt niebezpieczne ( i jak sądził on sam – drogie), od kiedy każdy statek, który przekroczy marsjańską granice kosmiczną, musiał zostać przeszukany. Charles zastanawiał się skąd Straż Graniczna, rekrutowała nowych celników. Ani go nie przekupisz ani nie zastraszysz – No, jak żyć?
Dlatego też pod swoja komendę otrzymał tylko rozwalającą się korwetę, którą ktoś (chyba dla żartu) nazwał „Exellence”, trochę broni i dwudziestu paru ludzi – ale przynajmniej oni byli dobrzy. Z tego, co się orientował, jedyną rzeczą, którą można było w miarę bezpiecznie przerzucić były zasoby ludzkie (jego zdaniem beznadziejna nazwa), tak więc dowództwo nie poskąpiło mu przynajmniej tego – otrzymał najlepszych informatyków, pilotów, żołnierzy i – oczywiście - szpiegów.
Nie działali sami – na podobnych orbitach, unosiły się jeszcze trzy podobne statki (czytaj: trzy zdezelowane korwety), pełne ludzi mających zadanie do wykonania. Ale, to tutaj, na „Exellence” znajdowało się centrum dowodzenia – i sam dowódca oczywiście
Przez poprzedni rok Charles robił to na czym znał się najlepiej - czyli zarządzał ludźmi. Podczas kilkumiesięcznych wypadów na powierzchnię jego agentom udało się stworzyć imponującą siatkę szpiegowską, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę ilość ludzi która tego dokonała. Jak dotąd góra nie ingerowała zbytnio w to, co działo się na dole. Obu stronom odpowiadał ten układ.
Brand nienawidził sytuacji, kiedy musiał tańczyć, tak jak ktoś mu zagrał. Praca tutaj wydawała się spełnieniem marzeń – mógł robić co żywnie mu się podobało, o ile tylko wykonywał zadanie. Dowództwo obiecało mu, że nie będzie się wtrącać w jego metody. A przynajmniej tak było od pewnego czasu.
Do czasu, kiedy ten czas zaczął się kończyć. Już niedługo miało rozpocząć się okno transferowe, pomiędzy Marsem i Jowiszem o czym szumnie informowały marsjańskie media. Rozpoczęły się naciski.
Musieli zaryzykować. Do najbliższego otoczenia Sifi'o Dana, wprowadzono agenta z grupy trzeciej. Charles nawet faceta nie znał, ale tamci zarzekali się, że jest najlepszy z ich drużyny. Postanowił zdać się na ich ocenę sytuacji. Jednocześnie razem z druga grupą, zaczęli inwigilować kilkunastu generałów wroga.
Opłaciło się. Ichni agent dotarł do planów ataku, więcej, uczestniczył w ich tworzeniu. Trudno było wyobrazić sobie lepszą sytuację, prawda?
- Owszem, usłyszałem, ale sam w to nie wierzę – odparł butnie. Co prawda Niedźwiedzki był jego zwierzchnikiem, ale tutaj, kilka milionów kilometrów od Ziemi, jakiś biurokrata nie mógł mu za wiele zrobić. - Mamy zgarnąć agenta Johnsona, w trakcie wykonywania misji?
- Z pańskich raportów wynika, że już dotarł do planów, czyż nie?
Przeklęci krótkowzroczni politycy.
- To nie znaczy, że misja została zakończona, panie prezydencie. - odparł z naciskiem Charles. - przyda nam się wtyka, do późniejszego inwigilowania ich rządu. Nikt nie zbliżył się do Sifi'a tak blisko jak on. Nie możemy tego zaprzepaścić!
- Nie będzie żadnego później, majorze. Celem tej misji, było zdobycie planów – ciągnął – kiedy już je mamy, nie ma sensu dalej was tam trzymać. Nie mamy pieniędzy na finansowanie waszych dalszych zadań.
Charles zmiął w ustach wyjątkowe mocne, szwedzkie przekleństwo Zamiast tego powiedział:
- Widać, że nie za bardzo orientuję się pan, w tym co się dzieje. W tej chwili, Johnson jest jedną z najważniejszych osobistości na królewskim dworze. Żeby się tego dowiedzieć, wystarczy zajrzeć do dowolnej marsjańskiej gazety. - „Głupcze” dodał w myślach. Zamiast tego ciągnął dalej. - nie jesteśmy w stanie, teraz go stamtąd wyciągnąć. Na to potrzebujemy czasu. Zresztą, on wcale nie jest niezbędny – może przekazać plany dowolnemu szpiegowi na planecie. Że już nie wspomnę o tym, że jest obserwowany dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Nie obchodzą mnie pańskie wymówki. Ma pan wykonać rozkaz. Żegnam. - po czym rozłączył się, nie dając czasu na sprzeciw Charles.
Kapitan zasiadł na swoim fotelu, w centrum mostka. Rozpościerał się stąd wspaniały widok na kosmos i rdzawą kulkę w dole, gdzieniegdzie poprzetykaną zbiornikami wodnymi i idealnie prostymi, sztucznymi rzekami nawadniającymi olbrzymie pola uprawne.
Za horyzontem, powoli, ale jakże majestatycznie wyłaniała się największa stacja okrążająca Marsa – Satela. Tutaj była dumą rządzącej dynastii. Pokazem siły i możliwości marsjańskiej myśli technicznej. Świadectwem jej potęgi.
Co z tego, że była dwukrotnie mniejsza od Thora III, orbitującego wokół Ziemi od prawie stu lat?
Trzeba by być ślepym, aby nie zauważyć olbrzymiego niszczyciela, mającego zapewnić bezpieczeństwo stacji. Jego rola była w dużej mierze symboliczna – do zabezpieczenia tak dużego obiektu potrzeba znacznie więcej statków. Zresztą nikt na to nie liczył – niszczyciel miał związać nieprzyjaciela walką, oczekując przybycia posiłków i dając cywilom czas na ewakuację.
Spoglądając na Marsa z góry, aż ciężko było uwierzyć, że ludzie zamieszkują ją od zaledwie kilkuset lat. Populacja Czerwonej Planety już dawno przewyższyła ziemską populację – co było niemałym wyczynem przy wielokrotnie mniejszej powierzchni tejże planety.
Dwadzieścia miliardów ludzi w dole robiło to, co zawsze– szli do pracy, spotykali się ze znajomymi, rodziną, myśleli, jedli, relaksowali się – a to wszystko w błogiej nieświadomości nieuchronnego.
Brand zasiadł na swoim dowódczym fotelu, potarł skronie i zamyślił się.
Po raz pierwszy w swoim życiu nie wiedział co ma zrobić dalej.

Wiele milionów kilometrów dalej
Krzysztof stał zamyślony na swoim miejscu, jeszcze kilka minut po zakończeniu transmisji. „A może likwidacja tej siatki to wcale nie był najlepszy pomysł?” zastanowił się przez chwilę. Szybko jednak odpędził od siebie te myśli - „Zrealizowała już swoje zadanie. Wystarczy”.
Z jednej strony jego awans (lub jak myśleli niektórzy – degradacja) dała mu niemały posłuch, jak i wpływ na wszystkie działania Ziemi. Z drugiej, wreszcie zrozumiał czym jest działanie na krawędzi prawa.
Nie należał do przekupnych polityków – co to, to nie. Jasne, święty nie był, ale mało kto zasiadający w rządzie dotarł tam tylko dzięki własnym umiejętnościom.
Oficjalnie Federacja Ziemska nie posiadała i nie mogła posiadać sił wywiadowczych – odpowiednie zapisy w konstytucji kategorycznie tego zabraniały. Niedźwiedzki znał masę polityków, którzy osiągnęli to, co osiągnęli, tylko dzięki powtarzaniu tego, jak mantry: „Ziemia jest przykładem państwa bez tajemnic!” grzmieli z mównicy, dodając jeszcze „Informujemy swoich obywateli o wszystkim!”.
Jasne, mogli zwołać specjalna sesję parlamentu, na której posłowie przedyskutowaliby utworzenie takiej agencji i (jak sądził) przyjęliby taki projekt, ale: a) trwałoby to zbyt długo i b) Czy istnieję lepszy sposób poinformowania nieprzyjaciela o swoich planach? „Hej! Wcale nie tworzymy super tajnej siatki szpiegowskiej, po to, żeby was szpiegować!”
Musieli zachować to w tajemnicy. Przez ostatnie miesiące, Krzysztof głowił się jak ściągnąć z budżetu środki na tyle małe, aby nikt nie zauważył ich braku, ale wystarczająco duże, aby mieć z nich jakikolwiek pożytek. Lawirował wśród kruczków prawnych i załatwiał sprawy w sposób, jakiego nie powstydziłby się rasowy kanciarz. Następnie przesyłał je na konto, w Wenusjańskim banku, zapewniającym całkowitą prywatność - oczywiście za odpowiednio wysoką cenę.
Za pieniądze kupowali sprzęt – nieoficjalnymi kanałami, tak więc zazwyczaj nie był pierwszej młodości. Ale przynajmniej działał.
Im dłużej to ciągnęli, tym większe było ryzyko wpadki. A w takim przypadku, wszyscy, bez wyjątku, wylecieliby na zbity pysk. A najszybciej on – jako główny winowajca.
Nie sądził, aby ziemskie społeczeństwo darowało im te machlojkę – ale, za to, był wręcz całkowicie pewien, że ktoś zrobi na tym zawrotną karierę. Zawsze znajdą się ludzie, którzy zwietrzą okazję – i ją wykorzystają, a jakże.
Jednostka powoli zaczęła im ciążyć. Kiedy więc plany zostały przechwycone, zdecydowali się postawić wszystko na jedną szalę – być albo nie być, dla Ziemi i ich politycznej kariery. Jasne, na miejscu agencja też byłaby przydatna, ale na razie nie mogli sobie na to pozwolić.
„Najlepiej to nie wygląda” pomyślał wpatrując się w panoramę Paryża za oknem. Było coś dziwnie kojącego w obserwowaniu ruchu powietrznego nad tą europejską metropolią – połączenie chaosu i uporządkowania, czyli idealna metafora stanu, w jakim znajdował się Krzysztof: zdenerwowany, ale jednak cały czas czujny i gotowy do ataku.

*********

Parę dni później, Mars One City
Charles siedział na ławce w największym parku w mieście. Z pozoru niezwykle zajęty przeglądaniem gazety na swoim czytniku, w rzeczywistości uważnie przyglądał się ludziom. Nigdy nie wiadomo, skąd i kiedy nadejdzie zagrożenie.
Szybko sprawdził godzinę – zabawa miała się rozpocząć już za chwilę. Gdyby miał na karku kilka akcji mniej, zapewne uśmiechnąłby się w tym momencie. Ale on tych kilka akcji więcej zrobił i wiedział, że najlepiej będzie, jeżeli wynudzi się podczas jej wykonywania.
Kilku ludzi spojrzało na niego z zaciekawieniem. Relacje na linii Ziemia – Mars, dosyć mocno ochłodziły się podczas tych kilku miesięcy – nie dziwiło go więc, duże zainteresowanie jego osobą.
Dosyć łatwo można było rozpoznać Ziemianina – zazwyczaj jego skóra była dużo ciemniejsza od większości marsjańskiej populacji. Było to spowodowane, o wiele mniejszą ilością światła słonecznego, które docierało na czerwoną planetę.
Jeszcze raz spojrzał na zegar, po czym wstał i zaczął iść do wyjścia.
Plan operacji został napisany na kolanie – wiedział o tym on, wiedzieli o tym agenci, góra także o tym wiedziała – ale i tak musieli się go trzymać, nawet pomimo jego prowizorki.
Adam Johnson, bardziej znany jako Victor Smith był niezwykle ważną osobistością, na dworze Sifi'o. Uznali, że nie uda im się wytworzyć pozorów jego wcześniejszej egzystencji na Marsie. Postanowili więc, że dokonają tego na Ziemi – Charles i tak szczerze wątpił, żeby komukolwiek chciało się to sprawdzać. Ale tak na wszelki wypadek, kilku agentów zgodziło się odgrywać jego rodzinę.
Brand był pod wrażeniem postaci jaką stworzyli: Victor pochodził z Ziemi, ale „przejrzał na oczy” i zobaczył „Imperialistyczną politykę” tej planety, bla, bla, bla będąc pod wrażeniem osiągnięć tutejszego króla przyleciał tu, bla, bla, bla i od tego momentu był wielkim zwolennikiem Marsa.
A w tej chwili, właśnie tutaj szedł.
Powodzenie tego (i tak nie najlepszego) planu zależało od całkowitego zgrania całego zespołu. Kiedy on miał przejąć Johnsona, kilku agentów likwidowało jego obsadę – na życzenie prezydenta, który jakimś cudem zajrzał do planu, mieli zostać tylko ogłuszeni.
Johnson usiadł na ławce nieopodal wejścia, tak jak się umawiali. Charles podszedł do niego szybkim krokiem.
- Witaj. - powiedział, siadając. Drugi agent wydawał się lekko zaskoczony tak bardzo nieformalnym powitaniem – Masz plany?
- Tak... - odparł niepewnie, pokazując mu niewielką kartę pamięci. Charles przyjrzał mu się badawczo. Trzecia grupa, zarzekała się, że jest dobry. To się jeszcze okaże.
- Dobrze. Tak więc w tym momencie wstaniemy i jak porządni obywatele skierujemy się w stronę wyjścia – wskazał na bramę, kilkaset metrów dalej. Chwilę potem zwrócił się bezpośrednio do Johnsona. - Nie zwracaj na siebie uwagi.
Porada była o tyle dobra, że był jednym z najbardziej rozpoznawalnych marsjańskich polityków – naturalnie rzucał się w oczy. Naciągnął na głowę kaptur i poprawił swoją czapkę. Może to wystarczy.
Szybkim krokiem udali się do wyjścia. Na tyle wolno, żeby nikt nie zwrócił na nich niepotrzebnej uwagi – ale na tyle szybko, by jak najprędzej się stąd ulotnić.
Po wyjściu, swoje kroki skierowali do pobliskiej stacji pociągu powietrznego. Mijający ich ludzie zajęci byli swoimi sprawami, zupełnie nie zwracając uwagi na dwójkę agentów. Chwilę przed osiągnięciem swojego celu, skręcili w ciasna uliczkę, znajdującą się nieopodal.
Johnson był lekko zaskoczony. Gdyby przechodził tędy przypadkiem, nawet nie zwróciłby uwagi na to pogrążone w mroku miejsce. Przez chwilę przeciskali się ciasnym korytarzem, aż do jego końca.
Nagle ich oczom ukazał się zupełnie inny świat – jakże odmienny od gwaru ulic znajdujących się kilkanaście metrów dalej. Tu było... cicho.
Bez zbędnych ceregieli Charles otworzył metalowe drzwi, (choć w tym wypadku mogła to być zbyt wyszukana nazwa) ledwo zauważalne na tle ciemnej ściany. Po chwili weszli do niewielkiego, zadymionego pomieszczenia. Przy kilku rozwalających się stołkach siedzieli przedstawiciele marginesu społecznego Mars City. Zdecydowanie nie było to zbyt optymistyczne miejsce.
Jakby nie zwracając na to uwagi na świdrujące go spojrzenia wszystkich obecnych (zapewne mające na celu, oszacowanie potencjalnego łupu), Charles powoli podszedł do baru. Johnsonowi nie pozostało nic innego, poza pójściem za nim.
Stojący za ladą wysoki człowiek spojrzał z rozdrażnieniem na zbliżającego się Ziemianina.
- Witaj, Dernas. Widzę, że interesy świetnie idą. - powiedział Charles wskazując na klientelę z tyłu.
Człowiek nazwany Dernasem westchnął:
- Czego chcesz? - zapytał zirytowany,
- Ej, to nie można już nawet odwiedzić starego przyjaciela?
- Najpierw trzeba go mieć. Ponawiam pytanie: Czego tu szukasz?
Teatralnym gestem, sięgnął pod poły płaszcza. Wyciągnął z nich plastikową plakietkę o dużym nominale.
- Pomocy stary druhu, pomocy
Dernas szybkim ruchem ściągnął pieniądze do kieszeni.
- Idźcie na tyły. - powiedział ściszonym głosem, chwilę potem krzycząc. - Wszyscy wypad! Zamknięte!!!
Kilku lekko podchmielonych ludzi wyszło z klubu o własnych siłach, inni podtrzymywani przez swoich kolegów. Gdy wreszcie zrobiło się pusto, Dernas zaprosił ich gestem na zaplecze.
Okazało się, że był podobną klitką, równie brudną i odrapaną. Jedyną różnicą była olbrzymia liczba monitorów, rozświetlających ciemność. Dernas zasiadł na krześle i zapytał:
- W co tym razem wdepnąłeś?
- W nic poważnego. - odparł Charles. - Potrzebujemy transportu. I to szybko. - spojrzał na swój zegarek. - mamy 10 godzin na ewakuację. Dasz radę to załatwić?
- Powoli. Gdzie chcecie dotrzeć?
- Do portu Lazaret. Będzie tam na nas czekał statek.
Dernas zamyślił się, spoglądając na mapę. Po chwili namysłu odparł:
- To będzie kosztować. Dużo. Dwie osoby to... - zaczął wyliczać. - Łapówki, transport, gaża dla mnie oczywiście... Jakieś sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Płatne z góry.
Johnson spojrzał na starszego agenta. Chyba spodziewał się, że ten zaśmieję mu się w twarz i powie coś w stylu: „No chyba cię...”. Ten jednak nawet nie drgnął, uśmiechnął się i wyjął plakietkę. Ustawił na niej żądany nominał.
- Kiedy transport będzie gotowy? - zapytał Charles, gdy Dermas przelewał pieniądze na jedno ze swoich lewych kont. Ten spojrzał na niego znad monitora.
- Daj mi godzinę.
*********
- To jest nasz transport? - zapytał Adam, lekko skonsternowany patrząc na dużą metalową skrzynię stojącą na podłodze. Po zawarciu transakcji i paru wiadomościach do bliżej niezidentyfikowanych osób, Dernas zaprowadził ich do podziemnego pomieszczenia. Z tego, co im powiedział był to podziemny magazyn używany przez jedną z kompanii transportowych.
Pomimo dużej populacji, Mars w był dużej mierze niezurbanizowany. Konieczne więc było wybudowanie linii połączeń, pomiędzy miastami oddalonymi od siebie o tysiące kilometrów. Ale nie były to nowoczesne pojazdy Hiperloop, jakie widywano na Ziemi – tutejsze „pociągi” były przestarzałe. I przeraźliwie wolne.
Można by używać statków powietrznych, ale ten sposób był o wiele tańszy. Za jeden kilogram przewieziony poduszkowcem, na pociąg można było załadować dwadzieścia kilogramów towarów. Większość ludzi, wolała poczekać.
- Czego ty tutaj nie rozumiesz? - odpowiedział pytaniem, na pytanie Charles. - Kilka razy, już się to robiło.
- Zapłaciłeś mu sześćdziesiąt tysięcy. Za to chyba można skołować coś lepszego... wygodniejszego. Można? - popatrzył na Dernasa. Ten niespiesznie wyważył zamknięcie pudła, po czym odpowiedział:
- Tutaj nie znajdziecie nic lepszego. Z Nowego Londynu, jeszcze dałoby się was wyciągnąć bardziej... konwencjonalnie. Ale nie tu. - zaczął wyjmować zawartość (drobny sprzęt elektroniczny). - Pomóżcie mi. Nie mogę tutaj zabalować zbyt długo.
Wspólnymi siłami zaczęli ładować elektronikę na wózek repulsorowy, który Dernas zabrał ze sobą.
- To miejsce nie powinno być bardziej... no nie wiem, chronione? - spytał Johnson, podając kolejny czytnik barmanowi.
- Jest. Ale tutejszy strażnik to mój przyjaciel. Za, Hmm... dodatek do pensji, wyłączył kamery i zabezpieczenia na dziesięć minut. Upozoruje to na awarię. - wyjaśnił Dernas.
Gdy wreszcie skończyli, barman przykrył wózek płachtą.
- Lepiej nie pokazywać się, na widoku z takimi rzeczami, - wyjaśnił.
Adam jeszcze raz spojrzał na puste pudło. Zapytał:
- Na pewno nie da się tego zrobić inaczej?
Dernas westchnął.
- Gdybyś nie był Victorem Smithem... jeżeli w ogóle się, tak nazywasz, można by pokombinować. - zatrzymał się na chwilę. - Ale ty nim jesteś, opuściłeś dzisiejsze zebranie, zniknęło dwóch inwigilujących cię agentów i teraz wszyscy cię szukają. To wasza jedyna szansa. Powodzenia!
Po czym odwrócił się i odszedł. Nie zaszedł daleko (a właściwie to tylko metr), bo uderzył się w czoło, mówiąc:
- Prawie bym zapomniał. - pogrzebał chwilę w wózku, wyjął z niego niewielką butlę i odwrócił się do naszych bohaterów. - Proszę. To butla z tlenem. Raczej się wam przyda.
Ponownie się odwrócił i odszedł, tym razem naprawdę. Co było robić? Dwójka agentów weszła do klaustrofobicznego pomieszczenia. Powiedzieć, że było ciemno i ciasno to jakby nic nie powiedzieć.
Gdy już w miarę wygodnie się rozsiedli, Adam zadał pytanie:
- Skąd go znasz?
- Musiałbym cię zabić, gdybym ci powiedział. - a gdyby nie było tak ciemno, Johnson mógłby dostrzec ironiczny uśmiech malujący się na twarzy starszego agenta.
- Ha, ha, ha, ale śmieszne.
- Ale to prawda. - odparł Charles.
- Jasne. - powiedział z przekąsem i zamyślił się. Po chwili coś przyszło mu do głowy:
- Skąd on wiedział, że zlikwidowaliście dwóch ludzi? - spytał Adam z zaciekawieniem.
- Powiedzmy, że ma dostęp do wielu... nieoficjalnych kanałów. - odpowiedział ogólnikowo Brand. - Ten facet lubi wiedzieć. Najlepiej wszystko.
Brand otworzył butlę z tlenem. W tym momencie syk był najwspanialszym dźwiękiem na świecie.
Na tym rozmowa się urwała. Przez następną godzinę, podejmowali próby wskrzeszenia dyskusji – bez większych sukcesów. Czy była nudniejsza rzecz, od patrzenia w ciemność przez sześćdziesiąt minut? Temu równać się mogło, chyba tylko patrzenie na schnąca farbę. Charles zaczął zastanawiać się, czy czasem Dernas nie postanowił ich okantować, kiedy do ich pudła podjechał robot-magazynier. Szybko poszło – ich kontener został przeniesiony na pakę wagonu. Niepokój potęgowała olbrzymia cisza, spowodowana dużą automatyzacją systemu – roboty pracowały dłużej, szybciej i nie trzeba było im płacić.
Pojazd ruszył. Nie wiedzieć czemu, Brandowi wydawało się, że pociągi pasażerskie jadą wolniej, bo już kilka chwil potem był przyciśnięty do ściany.
Przez następne dwie godziny, siedział przy tylnej ścianie, tuż przy drugim agencie. Prawie udało mu się zasnąć. Prawie, bo z niewyjaśnionych przyczyn, pociąg zaczął zwalniać. Dosyć gwałtownie.
Zderzenia ze ścianą, w żadnym wypadku nie można nazwać przyjemnym doświadczeniem. Zbierając się z „podłogi”, dostał w głowę od pokrywy skrzyni. Klnąc na cały świat, a już na pewno na ziemskich polityków, powrócił na swoje miejsce.
Z tego, co usłyszał, Johnson znajdował się w podobnej sytuacji. Chwilę potem usłyszał coś jeszcze: samego Adama:
- Co się stało? - zapytał Johnson rozdrażniony.
- Nic. Policjanci sprawdzają pociąg.
- Zaglądają do ładunków? - spytał ten drugi z niepokojem.
- Nawet ich nie liczą. Ale zgodnie z procedurą muszą zatrzymać każdy przejeżdżający pojazd. - ciągnął dalej. - Poudają, że coś robią, wezmą łapówę i wrócą do swoich zajęć.
Kilka następnych minut minęło w niezręcznej ciszy. Zza ściany dobiegały ich jakieś głosy, ale postacie, które, się wypowiadały znajdowały się zbyt daleko, aby je zrozumieć. Po chwili, usłyszeli kroki i ciche mamrotanie. Ktoś robił to, czego nie powinien.
- 216, 217, 218... OK, są wszystkie. Sprawdzamy? - usłyszeli donośny głos mężczyzny.
- Mówiłeś, że tego nie sprawdzają. - powiedział, mocno zaniepokojony Adam.
- Błądzić jest rzeczą ludzką. - odpowiedział krótko Brand.
- Ale... - próbował zaprotestować Adam.
- Morda. - uciszył go Johnson.
Następne dziesięć sekund, można opisać w następujący sposób: O Boże, zaraz zginiemy, zaraz zginiemy!
W oczekiwaniu na rozwój sytuacji, starali się być możliwie cicho. Ich nierówne oddechy, doskonale zdradzały prawdziwe emocje.
Przez kilka sekund, które wydawały się trwać całą wieczność, nieznany mężczyzna oczekiwał na odpowiedź. Doczekał się.
- A po co? - zawołał inny facet, odpowiadając na pytanie tego pierwszego. - Młody, nie ma sensu utrudniać sobie życia.
- Ale procedura mówi, że... - próbował zaprotestować pierwszy rozmówca.
- Procedura, procedurą, a życie, życiem. Kto to sprawdzi? - ciągnął dalej. - Jesteśmy na największym pustkowiu Marsa. Kto na nas doniesie? Kierowca? No, nie rozśmieszaj mnie.
Krzyknął:
- Sprawdzone! Jedź pan!
Oczywiście, pociąg nie ruszył od razu. Od wydania polecenia, do jego wykonania minęło kilka minut. Ale nie miało to większego znaczenia dla naszych bohaterów. Przynajmniej ich nie zdemaskowano.
- Nerwy ze stali, co? - spytał, pół żartem, pół serio Brand.
Adam nie odpowiedział. Zamiast tego, burknął coś pod nosem.
Zdecydowanie nie tego się spodziewał, gdy zgłosił się do projektu. Jako że miał dobre wyniki, dostał się bez problemu. No, może nie było to aż tak proste, ale końcowo udało mu się. A raczej nie spodziewał się, że zamiast strzelanin, pościgów i pięknych kobiet, ujrzy ścianę klaustrofobicznej skrzyni.
Był ciekaw, jak mieli stąd wyjść. Jakoś nie umiał sobie wyobrazić, ich nagłego pojawienia się na peronie, nawet jeśli byłyby tam głównie roboty. Kto pyta nie błądzi, więc:
- Ej, jak my mamy stąd wyjść?
- Nie spodobałoby ci się to. - odparł Charles wymijająco.
- Nalegam. - powiedział z naciskiem.
- No, ten... nie możemy się pojawić od, tak na peronie. Zarejestrują nas kamery, ktoś może nas zobaczyć...
- Do rzeczy.
- A więc, musimy się ulotnić przed peronem. Dernas przekupił kierowcę, aby ten trochę zwolnił i wyrzucił jedną skrzynię po drodze.
- Żarty sobie robisz? - spytał Adam, jakby nie mogąc w to uwierzyć.
- Niestety nie.
- Kiedy? - jakby na zawołanie, pociąg zaczął zwalniać. Charles odpowiedział:
- O ile to nie kolejna inspekcja, to teraz...
W tym momencie coś uderzyło w bok kontenera. Momentalnie, siła uderzenia przycisnęła ich do ściany.
Jeżeli istnieję coś gorszego od obijania się o ściany w małym pudle, które zleciało z pędzącego pociągu, to jest to, obijanie się o ściany w małym pudle, które zleciało z pociągu, kiedy w tym pudle siedzą dwie osoby.
Pogruchotani, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, ale jednak żywi – tak można określić stan, w jakim znajdowała się dwójka agentów.
- Spadamy stąd. - powiedział Charles wstając (na tyle na, ile mógł) i wyjmując nóż.
Takie skrzynie miały zamknięcia stworzone z elektromagnesu. W podłodze znajdowały się niewielkie, acz pojemne baterię, które mogły działać naprawdę długo i chronić ładunek przed natrętami. Na ich szczęście, były zamontowane od wewnątrz, aby utrudnić otwarcie takiego pudła bez klucza. W praktyce, dobry łom zazwyczaj wystarczał.
Brand podważył zamknięcie i wyjął baterię. Klapa natychmiast opadła. Mieli pieskie szczęście, że nie znajdowała się, „na dole”.
Dwójka ludzi wyszła z ciasnej klitki. Możemy tylko spróbować wyobrazić sobie, co musieli czuć po pięciu godzinach w zamknięciu. Zapewne było to coś miłego.
- I co teraz? - spytał Adam.
Charles spojrzał na niego:
- Teraz, mój drogi pójdziemy... - spojrzał na swój czytnik. W końcu wskazał kierunek. - ...tam.
- A może chwilę odpoczniemy? - błagał Johnson.
- Nic z tego. Mamy dwie godziny i pięć kilometrów do przejścia.
Po czym zaczął iść. Co było robić? Adam poszedł za nim.

EPILOG
Nagłówki ziemskich portali informacyjnych, kilka miesięcy później
...W wyniku przejścia Victora Smitha na stronę Ziemi, Sifi'o Dan wypowiedział wojnę Federacji...
...Najbliżsi współpracownicy Sifi'o próbują przejąć władzę w państwie. Pucz nie udaję się …
...Saturn potępia działania marsjańskiego króla...
...W stolicy Marsa wybuchły zamieszki....
…„Jesteśmy gotowi do działania” - dowódca Ziemskiej Floty...
...Planety Układu Słonecznego upoważniły ziemską armię do wkroczenia na terytorium Marsa. Już niedługo zostanie powołany nowy, demokratyczny rząd...
...Sifi'o abdykuję!...



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1114
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: szopen » ndz 19 lis 2017, 18:13

Jestem dzisiaj w złośliwym nastroju, więc sobie kogoś zacytuję. Ciekawy pomysł, wykonanie też - tylko pogratulować.

PS: ile dajesz, tyle dostajesz.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1402
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: Misieq79 » ndz 19 lis 2017, 18:38

mati212 pisze:Source of the post Indonezyjski prezydent Oceanii
mati212 pisze:Source of the post Ziemskiego

indonezyjski z małej litery. ew. urodzony w/ pochodzący z Indonezji... ziemskiego też.

mati212 pisze:Source of the post stary, zdezelowany samolot. I jeszcze jakoś by to wytrzymał, gdyby nie pięć przesiadek na afrykańskich lotniskach

Jednemu z najważniejszych ludzi - stary i zdezelowany? I po co aż pięć przesiadek?

mati212 pisze:Source of the post idealnie na przecięciu Równika i Równoleżnika 0

Chyba południka. Równoleżnik zero to właśnie równik.

mati212 pisze:Source of the post A, możliwości rozbudowy były nikłe – platforma była kwadratem o powierzchni 900 kilometrów kwadratowych. I nie mogła mieć ani metra więcej.

Ale możliwościom budowy sztucznej wyspy (pływającej?) wielkości 50000 zimnowojennych lotniskowców nic nie przeszkadzało?

mati212 pisze:Source of the post Gdyby nie fakt zakupienia przez Marsjańską Armię dziewięciu krążowników, pięciu niszczycieli i dwudziestu pięciu pancerników kosmicznych.

1) Błagam, gdzie? Na SpacEbay? 2) jest coś takiego, jak możliwości rozwoju floty. Skąd mieli kasę, kadry i dlaczego nikt na Ziemi się nie zorientował?

mati212 pisze:Source of the post - Na sam początek, wykluczyliśmy zewnętrzne planety Układu Słonecznego. Ich populacja jest wręcz śmiesznie mała, zasoby też. Safiy'o nie zaanektuję też Wenus – wszyscy wiedzą, że to nasze podwórko. Z Merkurym jest tak samo. Saturn jest zbyt potężny, więc pozostaje tylko Jowisz.

OK, niech będzie że Marsa terraformowano. Ale poczytałeś cokolwiek o planetach? Choćby że Jowisz i Saturn oznaczałoby kilka(naście) kolonii na księżycach bo same planety to gazowe giganty?

mati212 pisze:Source of the post Zagłosujmy: Kto jest za utworzeniem nowej siatki szpiegowskiej na terenie Marsa?

Dopiero teraz???? I w sumie - co złego w starej, skoro dostarczyła wszelkie powyższe informacje?

mati212 pisze:Source of the post Pomimo dużej populacji, Mars w był dużej mierze niezurbanizowany. Konieczne więc było wybudowanie linii połączeń, pomiędzy miastami oddalonymi od siebie o tysiące kilometrów. Ale nie były to nowoczesne pojazdy Hiperloop, jakie widywano na Ziemi – tutejsze „pociągi” były przestarzałe. I przeraźliwie wolne.

I takie cuś wystawia najsilniejszą flotę w układzie?

W tym momencie pas, nie czytam dalej. Bełkot. Brak E L E M E N T A R N E G O riserczu.
Przypomina się słynne opowiadanie o Rudym, Zośce i Pałącu Kultury w 1940 roku.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: mati212 » ndz 19 lis 2017, 18:54

misieq79 pisze:Source of the post OK, niech będzie że Marsa terraformowano. Ale poczytałeś cokolwiek o planetach? Choćby że Jowisz i Saturn oznaczałoby kilka(naście) kolonii na księżycach bo same planety to gazowe giganty?


Ale ja zdaję sobie z tego sprawę - po prostu w tym świecie, który wymyśliłem ich populacja jest niewielka, tak samo, jak znaczenie.

misieq79 pisze:Source of the post Chyba południka. Równoleżnik zero to właśnie równik.


Rzeczywiście chodziło mi o południk. Niestety nie zorientowałem się w porę.

misieq79 pisze:Source of the post 1) Błagam, gdzie? Na SpacEbay? 2) jest coś takiego, jak możliwości rozwoju floty. Skąd mieli kasę, kadry i dlaczego nikt na Ziemi się nie zorientował?


Rozumiem o co chodzi. Użyłem niewłaściwego słowa - bardziej chodziło o "zamówienie".

misieq79 pisze:Source of the post Jednemu z najważniejszych ludzi - stary i zdezelowany? I po co aż pięć przesiadek?


Chodziło o dyskrecję i nierzucanie się w oczy. Tzn. nagłe zniknięcie przywódcy Europy też byłoby podejrzane, ale obcy wywiad raczej nie przegapiłby luksusowego samolotu lecącego do Capitol City.



Awatar użytkownika
brat_ruina
Legenda pisarstwa
Posty: 1914
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
OSTRZEŻENIA: 2
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: brat_ruina » ndz 19 lis 2017, 19:10

mati212, to opowiadanie - to jedno z tych dwóch, które uważasz za udane?


Jeszcze raz odwróciłam głowę, by zobaczyć, jak lafirynda odchodzi dumnym krokiem, plaskając głośno pośladkami

Ja sam przeczytałem już ok. 8 000 książek


http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 5_pop4.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 6_druk.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... tu_ABC.pdf

Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1114
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: szopen » ndz 19 lis 2017, 19:39

A teraz serio: mati, zacznij od krótkich wprawek. Chodzi o sam warsztat i styl, bo na razie piszesz tak, że dłuższych tekstów po prostu nie ma się ochoty czytać. Przeczytaj też kilka wrzutek innych użytkowników na wery i dyskusje pod nimi. Przeczytaj, zastanów się, dlaczego coś w nich ci nie pasuje - albo, właśnie odwrotnie, co w nich pasuje. Co jeszcze? Swoje teksty czytaj na głos.



Matt
Debiutant
Debiutant
Posty: 24
Rejestracja: pt 16 mar 2018, 11:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: Matt » ndz 18 mar 2018, 10:45

Witaj,

SF, zwłaszcza w odmianie military, to coś, co lubię, więc pozwolę sobie odkopać ten topic. Tym bardziej, że Twoja "Iliada 2.0" została już zweryfikowana.

Na początek, zastrzeżenie do mojej oceny: jestem czytaczem książek, a nie zawodowym literatem, więc moje uwagi są wysoce amatorskie i w każdym wypadku subiektywne. Skupiam się też na logice czy realiźmie wydarzeń, a nie na jakości języka literackiego. Profesjonaliści będą zapewne widzieć skrytykowane fragmenty inaczej.

Ogólnie bardzo fajny pomysł. Widzę pewne podobieństwo do niektórych opowiadań Webera i Flinta o operacjach Zilwickiego i Cachata. Mylę się? Przedstawiasz polityczno-militarny kontekst i usadzasz początek intrygi gdzieś wysoko, próbujesz ją całkiem nieźle racjonalizować, przedstawić powody i skutki. Dla mnie to wisienka na torcie - chociaż wymaga polukrowania. Potem brakuje mi środka, od razu przechodzisz do zakończenia - ucieczki agentów, trochę mam niedosyt z tego powodu. Ucieczka też taka, mam wrażenie, byle skończyć opowiadanie.

Pisanie wiarygodnego SF, wbrew pozorom, jest bardzo trudne. Nie tylko musisz opowiedzieć historię, to jeszcze musisz osadzić ją w świecie, który zwykle nie istnieje i musisz go wymyślić. Zaś to co wymyślisz, nie powinno ordynarnie naruszać znanych nam praw fizyki czy logiki. Trzeba też myśleć o kierunku rozwoju społeczeństw, technologii itp. Łatwo tutaj wpaść w uproszczenia czy nonsensy. Na przykład, co wypunktowałem niżej - nie chce mi się wierzyć, że za kilka wieków supernowoczesne biurowce dla najwyższych przywódców świata nie będą miały klimatyzacji.

To są rzeczy, które trzeba przemyśleć przed upublicznieniem własnego świata, albo po prostu je pominąć, skupiając się na głównej intrydze. Dla mnie świetnie, że próbowałeś budować świat przyszłości i nie przejmuj się, że za pierwszym razem Ci się nie udało do końca.

1.
mati212 pisze:Source of the post na latającą po pokoju muchę

Mniej więcej XXVI-XXVII wiek, zebranie prezydentów rządzących całymi kontynentami, a w pokoju mają muchy? Jak pracuję od lat w zwykłym korpo, tak sobie nie przypominam muchy w sali konferencyjnej. A jestem zwykłym informatykiem.

2.
mati212 pisze:Source of the post W pokoju czuć było te niepowtarzalna atmosferę – połączenie znudzenia i niepokoju. [...] lada moment podejmą decyzję, która zaważy na losach miliardów ludzi. [...] łatwiej byłoby tego dokonać, gdyby wiedzieli, nad czym będą debatować.

To jest fatalnie skonstruowane. Prezydenci świata zbierają się w sprawie o której nic nie wiedzą? Czyżby nie mieli innych zadań, niż zabawa w ciuciubabkę? W pokoju (jeżeli już, to w wielkiej sali, jak na przywódców przystało) czuć atmosferę znudzenia, mimo że mają podjąć decyzję dotyczącą całego świata? I na podstawie czego mają ją podjąć, skoro nic nie wiedzą? Wielkich decyzji tak się nie podejmuje, a zwłaszcza, nie podejmuje się ich pochopnie.

3.
mati212 pisze:Source of the post Oficjalnie, coś takiego jak, Rada Ziemska nie istniało. [...]

Całość jest chyba mało przemyślana. Jeden prezydent zwołuje innych prezydentów w tajemnicy i sekrecie, aby podjąć decyzje, dotyczące całej ziemskiej społeczności. I ciekawe jak ogłosi wprowadzenie tychże decyzji? Dlaczego inni prezydenci tak ochoczo mają latać zdezelowanymi samolotami, z przesiadkami w Afryce? Tłumaczysz to dyskrecją - a dlaczego to prezydent Europy ma się kryć, że jedzie na spotkanie z innymi prezydentami? Toż to jego obowiązek dyplomatyczny. Dlaczego Rada Ziemska ma być tajna i niekonstytucyjna? Odtajnić i ukonstytuować, będzie następny krok w integracji ziemskich społeczeństw.

4.
mati212 pisze:Source of the post światło, nagrzało powietrze w pokoju do niemiłosiernych 40 stopni Celsjusza. Uroki Capitol City.

W XXVII wieku nie mają klimatyzacji? I to w takim miejscu jak budynek prezydencki?

5.
mati212 pisze:Source of the post możliwości rozbudowy były nikłe – platforma była kwadratem o powierzchni 900 kilometrów kwadratowych. I nie mogła mieć ani metra więcej

Dlaczego nie? Skoro mogła mieć 30x30 km, to mogłaby też mieć na przykład 40x40.

6.
mati212 pisze:Source of the post Zapewne jesteście ciekawi po co, was tutaj zebrałem.

I wisienka na torcie: już dziś można organizować bezpieczne telekonferencje. A co dopiero w XXVII wieku.

7.
mati212 pisze:Source of the post zakupienia przez Marsjańską Armię dziewięciu krążowników, pięciu niszczycieli i dwudziestu pięciu pancerników kosmicznych.

Jak już @Misieq79 zwrócił uwagę, okrętów wojennych się nie kupuje. Przyjmijmy, jak tłumaczysz, że to miało być zamówienie. Mam nieodparte wrażenie, że nie przestrzegasz militarnej konwencji w klasach okrętów. Największe są pancerniki, potem krążowniki zaś niszczyciele to drobnica.

8.
mati212 pisze:Source of the post jeżeli korporacje stracą dochody, to nie odprowadzą podatków do budżetu. – zrobił dramatyczną pauzę – A bez tych pieniędzy, Ziemia zbankrutuję.

Serio, gospodarka Ziemi jest w tak fatalnym stanie, że brak wpływów z trzech korporacji doprowadzi do jej bankructwa?

9.
mati212 pisze:Source of the post przedstawiający kartkę papieru

Gdyby to przenieść do dzisiejszych czasów, to pewnie patrzyliby na woskową tabliczkę pokrytą pismem ;-)

10.
mati212 pisze:Source of the post Okienko startowe na Jowisza jest już za dwa lata

Przepraszam, że co? Okienko startowe? Pojęcie okienka startowego funkcjonuje dziś, kiedy trzeba liczyć każdy kilogram wystrzeliwanej masy, a trajektoria lotu jest tak dobrana, by minimalizować zużycie paliwa. A to mamy w przyszłości skolonizowane wszystkie planety Układu Słonecznego, liczne floty wojskowe tych planet a okazuje się, że trzeba okienka startowego do lotu na Jowisza? Czyli jak porusza się flota wojenna? Wystrzeliwują ją z planety w okienku startowym (na które trzeba czekać dwa lata, co w przypadku Ziemi i Jowisza nie jest prawdą) a potem już po 3-5 latach flota zbliża się do celu?

11.
mati212 pisze:Source of the post potrzebujemy wywiadu. - potwierdził Chuck – ale takiego, prawdziwego wywiadu, a nie tej parodii, którą mamy teraz

Jak widać, ten istniejący dał radę. A budowanie nowego to zajęcie na lata.

12.
mati212 pisze:Source of the post Do najbliższego otoczenia Sifi'o Dana, wprowadzono agenta [...] Opłaciło się. Ichni agent dotarł do planów ataku, więcej, uczestniczył w ich tworzeniu.

Mars planuje rozpoczęcie wojny, wszystko w najwyższej tajemnicy i najbliższe otoczenie głównego przywódcy daje dostęp do planów ataku jakiemuś zupełnemu świeżakowi.

13.
mati212 pisze:Source of the post Nie mamy pieniędzy na finansowanie waszych dalszych zadań.

Szykuje się największy konflikt w Układzie Słonecznym, a Ziemia nie ma pieniędzy na utrzymanie siatki szpiegów? Może niepotrzebnie je marnowała na budowanie nowej?

14.
mati212 pisze:Source of the post Johnson jest jedną z najważniejszych osobistości na królewskim dworze. Żeby się tego dowiedzieć, wystarczy zajrzeć do dowolnej marsjańskiej gazety.

Kogoś kto tak szybko robi karierę i dostaje się w otocznie władcy, media i służby lustrują szczególnie uważnie.

15.
mati212 pisze:Source of the post olbrzymiego niszczyciela, mającego zapewnić bezpieczeństwo stacji.

Za dużo "Gwieznych Wojen" :-). Niszczyciele to stosunkowo niewielkie okręty. Chcesz mieć fajną klasę wielkich okrętów, użyj klasycznej nazwy superdreadnought.

16.
mati212 pisze:Source of the post „Ziemia jest przykładem państwa bez tajemnic!”

Więc skąd prezydenci poszczególnych kontynentów?

17.
mati212 pisze:Source of the post Federacja Ziemska nie posiadała i nie mogła posiadać sił wywiadowczych

Wszystkie planety i księżyce w Układzie Słonecznym mają floty wojenne, swoje armie mają nawet prywatne korporacje, a Federacja Ziemska pozbywa się wywiadu? A gdyby doszło do konfliktu, to jak armie i floty mają działać bez informacji? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, prędzej politycy rozpuszczą armie do domów, niż zrezygnują z wywiadu.



Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: mati212 » ndz 18 mar 2018, 14:40

Matt pisze:Source of the post Ogólnie bardzo fajny pomysł. Widzę pewne podobieństwo do niektórych opowiadań Webera i Flinta o operacjach Zilwickiego i Cachata. Mylę się?


Tak. Pierwsze słyszę.



Matt
Debiutant
Debiutant
Posty: 24
Rejestracja: pt 16 mar 2018, 11:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O jedną planetę za daleko... [SCIENCE-FICTION]

Postautor: Matt » ndz 18 mar 2018, 20:38

mati212 pisze:Source of the post niektórych opowiadań Webera i Flinta o operacjach Zilwickiego i Cachata. Mylę się?


Anton Zilwicki i Victor Cachat to postacie z Honorverse - uniwersum stworzonego przez Davida Webera w jego cyklu Honor Harrington. Początkowo byli tylko jako drugoplanowymi postaciami pobocznego wątku, później zaczęli grać coraz ważniejszą rolę (inna sprawa, że Weber później poszedł w jakieś spiski, zamiast zdrowej kosmicznej nawalanki). Pierwszy raz pojawiają się chyba w zbiorze opowiadań W służbie miecza (opowiadanie "Fanatyk"). Mają cały swój podcykl, zaczynający się od Królowej niewolników. Są to agenci walczących ze sobą imperiów, początkowo stojący po przeciwnych stronach konfliktu, ale wspólnie wykonujący pewne akcje i przez to nawiązuje się między nimi przyjaźń i szacunek. Bardzo polecam, zwłaszcza że, jak widzę, lubisz takie klimaty.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości