Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Richard Scott vs Kristopher - Jezus z supermarketu

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Richard Scott vs Kristopher - Jezus z supermarketu

Postautor: Weber » czw 28 sie 2008, 11:11

Richard Scott vs Kristopher - Jezus z supermarketu





Użytkownicy zarejestrowani na forum co najmniej od miesiąca mogą przyznawać opowiadaniom punkty wg schematu:



Pomysł - max 20 punktów.



Styl - max 20 punktów.



Realizacja tematu - max 10 punktów.



Schematyczność - max 10 punktów. (im więcej punktów, tym mniejsze chodzenie utartymi ścieżkami)



Błędy - max 20 punktów. (ort, gram, styl oraz językowe; im więcej punktów, tym mniej błędów)



Ogólnie - max 20 punktów. (wrażenia ogólne, przesłanie, wartości, itp.)



Ocena końcowa - zsumowane punkty





Termin składania prac do 11 września.

Opowiadania proszę wysyłać do mnie.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » śr 10 wrz 2008, 22:31

Tekst I



Lyon, rok 1999



  Młody kapłan, Claude Lorrain usiadł w przesadnie głębokim fotelu wykładając ociężałe nogi na stół. Jak każdego wieczora, włączył telewizor i wysłuchał wieczornych wiadomości. To, co działo się na świecie było głównym i niestety jedynym powodem spotkań z ojcem. Będący w sile wieku, Guido nigdy nie przejawiał jakichkolwiek uczuć do syna – tym bardziej teraz. Po śmierci matki spotykali się na wspólnym obiedzie raz w tygodniu. Tak po prostu, dla zachowania pozorów szczęśliwej i jednolitej rodziny.



Claude nigdy nie akceptował ojca takim, jaki był kiedy ten dorastał. Każdego wieczora pijany. Nie to jednak było najgorsze. Najboleśniejszy wizerunek stworzyły kłótnie z matką i bójki.

Guido wracał wieczorem i wchodząc do pokoju rzucał się na Annette bijąc ją po twarzy do momentu, kiedy nie zobaczył krwi. Oczywiście Claude niejednokrotnie próbował udaremnić ojcu pobicie; wtedy najczęściej sam obrywał. Biegł do swojego pokoju, chował twarz w dłoniach i godzinami płakał.

Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy urodził się brat – Nicholas. Jak ręką odjął, ojciec przestał pastwić się nad matką. Rzucił alkohol. Zaprzestał także codziennych schadzek z kumplami. Wróciła normalna rodzina, której do tej pory nie znali. Kilka lat później Claude postanowił poświecić życie Bogu; wstąpił do seminarium. Oczywiście wszyscy domownicy wyrażali zadowolenie takim faktem. Nawet Guido. Pod nieobecność najstarszego syna, ojciec zaczął – jak na niego przystało – opiekować się rodziną. Najął się do pracy jako kierowca w pobliskiej firmie budowlanej i nawet nieźle zarabiał. Cały ten magiczny sen, sen cudownego rodziny, trwał do chwili gdy Nicolas zmarł.

Po pogrzebie wrócił stary, wyuzdany z wszelakich wartości Guido Lorrain – łajdak i pijak.



Teraz trzydziestoletni Claude słuchał relacji spod pobliskiego sklepu i nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Reporter przekazał kilku milionom słuchaczy, że przed paroma godzinami doszło do makabrycznego odkrycia. W jednym ze sklepowych kontenerów znaleziono spalone zwłoki mężczyzny. Identyfikacja miała wyjaśnić kim był znaleziony mężczyzna i pomóc w śledztwie. Reporter chyba sam wierzył w to, co mówi. Policja nie udzielała żadnych informacji.

Westchnął.

Ciężko było mu przyjąć wieść o śmierci kogokolwiek, w szczególności obywatela miasta, w którym mieszkał – Lyonu.

Nagle zadzwonił telefon. Claude zadrżał. Napięcie jakie wywołała informacja o spaleniu mężczyzny zostało jeszcze bardziej podsycone przez niespodziewany i co najmniej niechciany dźwięk aparatu.

Claude wstał z fotela wkładając w to sporą ilość energii i podszedł do dzwoniącego aparatu. Podniósł słuchawkę.

  – Wyspowiada mnie ksiądz?

Brzmienie głosu mężczyzny zdawało się podpowiadać, że rozmowa z kimkolwiek jest mu jak nigdy dotąd potrzebna. Claude przeżywał zaskakujący wieczór; nic jednak nie wskazywało końca niespodzianek. Przez chwilę milczał próbując sobie wszystko uporządkować. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć się z kimkolwiek, tym bardziej wysłuchiwać problemów i służyć radą. Sam chciałby się w tej chwili wyznać komuś swoje grzechy. Spojrzał na zegarek. Była 22.17.

  – Proszę Pana jest dosyć późno. Nie chcę odmawiać, ale mój umysł nie jest całkowicie jasny. Mógłbym…

  – … zabiłem człowieka – przerwał mu mężczyzna.

Claude stanął jak wryty. Minęła długa chwila zanim zrozumiał, czego dopuścił się jego rozmówca. Zabiłem człowieka… Zabiłem człowieka, pobrzmiewało mu w uszach.

Zdesperowany człowiek, próbujący skontaktować się z nim w najmniej oczekiwanym momencie – zresztą skutecznie –, teraz wyznał mu, że pozbawił kogoś życia. Może inna osoba przyjęłaby bardziej spokojnie, ale nie on. Kapłan z pięcioletnim stażem, który nigdy do tej pory nie słyszał z ust drugiej osoby słowa – zabiłem – teraz nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Nie musiał. Mężczyzna przerwał ciszę.

  – Czy Bóg mi wybaczy? – zapytał chrypliwym głosem.

Claude zmarszczył czoło. Kropla potu spłynęła mu po policzku. Nadal milczał.

  – Jest tam ojciec?

Ojciec. Skąd ja to znam, pomyślał Claude. – Jestem – odpowiedział.

  – Co zrobi Bóg?

Mężczyzna starał się wymusić odpowiedź. Zaskakujące pytania wymagają prostych odpowiedzi. Claude od dziecka borykał się z trudnymi sprawami. Kiedyś on. Dzisiaj morderca. Kto wie, czy i stary Guido nim nie był.

  – On zawsze wybacza. Bez względu na to, czego się dopuszczamy i jak wielką ma to wagę. Najwyższy kieruje naszymi sercami; zarówno twoim, jak i moim. Człowiek żałujący swoich grzechów jest prawdziwie ludzki.



Mężczyzna zapłakał. Claude sięgnął po leżący na skraju fotela ręcznik; wytarł w niego twarz. Czuł się coraz bardziej niepewnie, a sytuacja wcale nie była tak banalna jak rozmowy z religijnie „podupadłymi aniołami chrześcijaństwa” – staruszkami.

Claude czuł, że coraz bardziej się poci.

  – Ojcze, możemy się spotkać?

Claude wiedział, że nie może odmówić. Czuł, że te wieczór będzie trwał jeszcze przez kilka najbliższych godzin.

  – W porządku – odparł.

  – Niech ojciec tu przyjdzie. Jestem na ulicy Francheville – przerwał na chwilę próbując złapać oddech. – Będę czekał w barze Deveraux za dwadzieścia minut.

Przerwał połączenie.

Ksiądz wiedział, że ma mało czasu. Założył na siebie marynarkę. Przystanął na chwilę; różaniec, pomyślał.

Chwilę później Claude Lorrain modlił się biegnąc ulicą na umówione spotkanie.



Dziesięć minut. Tyle zajęło mu dotarcie do baru Deveraux; miejsca schadzek największych drani, ale i osób, które z jakiegoś powodu przegrały walkę o swoje marzenia. Picie było najważniejsze. Jak się napiję, to jakoś przeżyję. Magiczna teza ich egzystencji.

Gdy wszedł do środka poczuł odór alkoholu i woń męskiego potu. Spojrzał na grupkę mężczyzn siedzących przy oknie zaraz obok wejścia. Poker. Pomyśleć, że banda pijaków będzie w stanie czegokolwiek się nauczyć, tym bardziej tego.

Claude rozejrzał się po sali. Poczuł mdłości. ściskało go w żołądku na samą myśl, że można rujnować życie w ten sposób.

Szybkim krokiem podszedł do baru; usiadł. Spojrzał na zegarek. Dziesięć minut już dawno minęło, pomyślał. Był ciekawy gdzie jest mężczyzna który do niego dzwonił.

  – Coś podać? – zaproponował barman.

  – Czekam na kogoś.

  – Nigdy tu cię nie widziałem.

  – To dlatego, że bywam w innych miejscach – odpowiedział uśmiechając się.

Barman zmarszczyło czoło. Przetarł ścierką blat przy którym siedział Claude. Ponownie zaproponował piwo. Duchowny stanowczo odmówił. Spojrzał na mężczyznę i zapytał, czy nie było tu jakiegoś faceta, korzystającego z maszyny telefonicznej. Barman pokiwał głową. – Tutaj co chwilę ktoś korzysta z telefonu. Jedni dzwonią, żeby oznajmić żonom, żeby nie spodziewały się ich w nocy w swoich łóżeczkach. W innych wypadkach, to zdesperowane i niezaspokojone mężatki tutaj próbują odnaleźć swoich… mężczyzn, o ile, tę hołotę można tak nazwać.

Claude czekał jeszcze przez kilkanaście minut na swojego grzesznego rozmówcę.

Nikt się jednak nie pojawił. Wyszedł z baru. Zdążył zaledwie zamknąć za sobą drzwi, kiedy dopadł do niego kelner.

  – Mam coś dla księdza – oznajmił. – Nie chciałem tego przekazywać przy tamtych w środku.

Pracownik wyciągnął z kieszeni spodni mały świstek papieru. Podał go Claude’owi po czym się pożegnał i wrócił do baru. Przeczytał treść:



  Ojcze. Proszę mi wybaczyć, ale nie mogłem tam zostać. Grozi mi niebezpieczeństwo.

  Przepraszam. Skontaktuję się z ojcem. Niech Bóg ma ojca w swojej opiece.



Zaczął zastanawiać się, dlaczego mężczyzna nie pojawił się w umówionym miejscu, o umówionej porze.

Grozi mi niebezpieczeństwo.

Niebezpieczeństwo. No, tak. Z całą pewnością. Pozbawienie życia, to nie tylko niebezpieczeństwo ze strony innych, ale także własnego sumienia. Ten człowiek wyraził jednak skruchę; w środku jest dobry, pomyślał.

Skontaktuję się z ojcem.

Mężczyźnie coś zagrażało. Ale co?

Czy chce mnie wmieszać w swoją historię; chce spowiedzi, czy pomocy, zastanawiał się.



Claude szedł ulicą i bez przerwy rozmyślał o anonimowym rozmówcy. Coś nie dawało mu spokoju.

Był tak zaintrygowany, że nie spostrzegł śledzącej go od dłuższego czasu kobiety.



Oddalił się kilkaset metrów, gdy usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu. Nie przejął się tym.

Po chwili dźwięk umilkł. Skręcił na Villeurbanne. Szerokie chodniki, które umożliwiały szybkie przemieszczanie się o tej porze były już puste. Przeciwnie nocne kluby i bary tętniące życiem.

Telefon znowu się odezwał. Claude spostrzegł budkę telefoniczną.

Podszedł chwiejnym krokiem i podniósł słuchawkę.

  – Ojcze, proszę uważać.

Ten sam mężczyzna; grzesznik. Teraz dużo spokojniejszy i bardziej pewny siebie.

  – Co ty wyprawiasz – zapytał Claude.

  – Niech ojciec nie zadaje pytań. Musimy porozmawiać w cztery oczy. Nie mogę teraz wyjaśnić o co mi chodzi. Ojciec idzie do parku, dobrze. Tam się spotkamy.

  – W porządku.



Kilka minut później, będąc już w parku Claude Lorrain spostrzegł mężczyznę z podciętym gardłem leżącego na ławce.

Widok trupa przyprawił go o dreszcze. Natychmiast powiadomił policję. Pozostawało czekać i nigdzie się nie ruszać. Wyciągnął różaniec. Nie uczynił nawet znaku krzyża, kiedy podszedł do niego inny barczysty mężczyzna, około pięćdziesiątki, o długich ciemnych włosach; oczy ukazywały lęk i desperację.

Nieznajomy trzymał w ręce kamerę.

  – Nawet nie wie ojciec jaką ten człowiek ma siłę. Proszę spojrzeć – wskazał na trupa. – Przed niczym się nie cofnie!

Claude poczuł obrzydzenie.

  – Policja już tu jedzie. Synu, to ty kontaktowałeś się ze mną?

  – Tak ojcze. To co chcę wyznać zmieni ojca życie raz na zawsze.

Claude podszedł do mężczyzny.

  – Obawiam się, że już tak się stało.

  – śmierć? Chodzi ojcu o moje wyznanie? Owszem, zabiłem, ale nie to jest najważniejsze. Ta kamera, a raczej to co jest na kasecie – wskazał zdecydowanym ruchem ręki na urządzenie – zawiera materiały, które odwrócą ojca życie do góry nogami. Już nie będzie ojciec – Claude Lorrain. Znienawidzi ojciec tego nazwiska. Będzie chciał wyzbyć się wszelakiego przywiązania. Przykro mi, ale to musi się wydarzyć. Prawda nie może przepaść wraz z moją śmiercią – przerwał na chwilę. – Ten film musi przetrwać. Ojca zadanie to wskazanie winnego. Powinien ponieść konsekwencje.

  – O czym ty mówisz, człowieku?

Claude poczuł wyraźny przypływa adrenaliny. Znów się pocił.

Nieznajomy spojrzał na Claude’a jakby chciał powiedzieć: wybacz stary. Kamera. Teraz liczyła się tylko ona. Kilka kliknięć i na ekranie pojawił się obraz. Podał urządzenia Claude’owi. Niech się w końcu dowie, pomyślał.



Claude Lorrain nie mógł uwierzyć w to co widzi. Film z rodzinnego obiadu. Wtedy wszyscy żyli.

W pewnym momencie Nicolas odchodzi od stołu i biegnie otworzyć drzwi do których, ktoś puka. Pod jego nieobecność ojciec wyciąga z kieszeni mały woreczek. Zawartość wsypuje do szklanki z której pije Nicolas. To wszystko.



Oddech Claude’a przyspieszył. Nogi wyraźnie mu zmiękły. Jeszcze chwila, a byłby się przewrócił. – Mój Boże, to byłeś ty – rzucił spoglądając nieznajomemu prosto w oczy.

Rozpłakał się. Podał mężczyźnie kamerę.

  – Tak ojcze, to byłem ja. Firma remontująca wasz dach. To ja byłem jej właścicielem. Nagranie też jest moim dziełem – złapał głęboki oddech. – Plan był taki. Mieliśmy się dowiedzieć jak wygląda wasze życie. Kiedy jecie śniadanie, kiedy obiad, kiedy kolację. Wszystko. Jak często wychodzicie z domu; gdzie wychodzicie. Ile czasu zajmuje wam powrót z pracy. Każdy szczegół. Tak przygotowywaliśmy każdy nasz skok.

Najpierw przyjmowaliśmy zlecenie; później uczyliśmy się na pamięć jak żyje nasz pracodawca. Na samym końcu napadaliśmy na dom. Wszystko co najcenniejsze lądowało w naszych rękach. Biżuteria, pieniądze, poręczenia majątkowe. Pewnego dnia jednak wydarzyło się coś niespodziewanego; ojca brat – Nicolas został otruty. Mieliśmy film. Wiedziałem, że to stary Guido zabił syna. Otruł go. Wystarczyło przekonać o tym Carla. Zrezygnowaliśmy z roboty. Był plan. Szantaż. Przez kilka lat Guido wpłacał na nasze konto sporą sumę. W ten sposób wyszliśmy lepiej niż się spodziewaliśmy. Wszystko było w porządku, aż do dzisiaj.

Rano Guido włamał się do naszego domu. Porwał Carla, a mnie zagroził, że jeśli nie oddam kasety – zabije go. Miałem czas do 14.00. Zaryzykowałem. Myślałem, że blefuje.



Mężczyzna przerwał. Otarł ręką łzę, która płynęła po policzku.

Carlo nie żyje. To księdza ojciec go zabił.

Zapadła cisza.

  – Guido Lorrain, ten pieprzony staruch zamordował mojego jedynego brata! Cholerna Francja! – krzyknął rozgoryczony mężczyzna.



Claude nie wiedział co powiedzieć. To co wyznał mu rozmówca z całą pewnością wystarczyło, by rozwiać wcześniejsze wątpliwości, co do jego ojca. Jednak był mordercą, pomyślał.

Guido Lorrain pozbawił życia własnego syna. Pytanie: dlaczego?

Claude nie płakał w przeciwieństwie do swojego rozmówcy ocierającego łzy. Nie miał siły na łzy. W jednej chwili zrozumiał, że jest synem zabójcy; zabójcy jego brata. Nie zastanawiał się, czy w tym momencie jego życie się kończy, czy tylko zmienia. Nieważne. Był synem mordercy, tyle. Teraz stał naprzeciw człowieka, który wyjawił całą prawdę – Jacqueline’a Soupault.



Jacqueline włożył kamerę do kieszeni. Ponownie otarł łzy; zmarszczył brwi i spojrzał na Claude’a.

  – A wszystko zaczęło się w tym cholernym supermarkecie. Tam właśnie Carlo poznał twojego ojca. Ten od razu zaproponował mu pracę przy remoncie dachu. Boże, i pomyśleć, że sami sobie zgotowaliśmy to piekło. Carlo zawsze lubił alkohol, ale dlaczego akurat tego dnia musiał napić się razem z Guido?!

  – Był mi winien butelkę. Przegrał zakład.

Zza krzaków wyłonił się mężczyzna. Zbliżył się do nich.

  – Guido Lorrain, ty draniu – rzucił Jacqueline.

Odwrócił się.

W jednej chwili Claude poznał jego twarz. Dotarło do niego skąd zna ten głos.

Był mi winien butelkę. Przegrał zakład. Moment. Ułamek sekundy i spoglądał mordercy prosto w oczy. Guido. Tak, Guido. W dłoni trzymał broń wycelowaną w Jacqueline’a. Claude otworzył usta tak, jakby coś mówił, ale odgłos wystrzału zagłuszył jego słowa. Pistolet, a raczej ojciec strzelił do brata człowieka, którego przed kilkoma godzinami także pozbawił życia.

Jacqueline upadł.

Claude podbiegł i pochylił się nad nim. Z klatki piersiowej mężczyzny wypłynęła plama krwi.

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął kamerę.

  – Tego szukasz, psie? – rzucił.

Claude wyraźnie się zdenerwował. Spoglądał raz na ojca, a raz na Jacqueline’a.

  – Nie do końca.

  – Wolisz nagranie, co?

  – Podaj mi kamerę, klecho! – nakazał Guido.



Tym razem wycelował broń w Claude’a. Zważając na wcześniejsze zabójstwa – nie zawahałby się ani chwili. To było jak zabawa. Naciskasz spust – jeden gracz odpada. Do samego końca; do ostatniej chwili; do momentu aż zostanie jedynym uczestnikiem rozgrywki.

Nagle padł strzał. Claude zamknął oczy.

Spojrzał przed siebie. Guido nadal stał, trzymając broń. Wiedział, że ojciec nacisnął na spust; dlaczego jednak…



Guido upad najpierw na kolana; później uderzył twarzą o ziemię. Za jego plecami stała kobieta; kobieta z bronią. Claude wszystko zrozumiał. To nie ojciec wystrzelił tylko ona. Uratowała mu życie.

W oddali dało słyszeć się wycie policyjnych syren. Z każdą chwilą zbliżały się coraz bardziej.

Nieznajoma podeszła do niego. Różniła ich odległość zaledwie kilku metrów. Niewiarygodne wydarzenia z jakimi zetknął się dzisiejszego wieczora nie miały końca. Teraz spoglądał na wybawczynię. Znał tę twarz aż za dobrze. Annette Lorrain, matka. – Boże! – westchnął.

Podeszła do niego; chwyciła za rękę. – Synu.

  – Przecież ty… ty - zająknął się Claude.

  – Udało mi się uciec od tego oprawcy – wskazała na Guido.

Policja była coraz bliżej.

Krople deszczu uderzyły Claude’a w twarz.

  – Pogoda nam się popsuła – zaśmiała się matka. – Musimy porozmawiać. Mamy sobie wiele do opowiedzenia.

  – Mamo, ale skąd ty tutaj… - wyraźnie brakowało mu słów.

  – Brat Jacqueline’a, Carlo od dawna mi pomagał. Gdy dziś dowiedziałam się o jego śmierci, byłam pewna, że mam niewiele czasu. Musiałam cię ratować; musiałam ratować samą siebie.



Annette objęła Claude’a; ucałowała go.

Policyjne wozy wjeżdżały na teren parku jeden po drugim. Matka w końcu odnalazła swoje najcenniejsze dzieło; swojego syna. Krople deszczu coraz intensywniej spadały z nieba i uderzały o ziemie.

Miłość i nienawiść. życie i śmierć. Bóg i rodzina. Syn i matka, Annette.



Claude nie zauważył tylko jednego.

Na filmie, który pokazał mu Jacqueline Soupault ojciec dosypywał trucizny do napoju Nicolasa w obecności matki…



Tekst II



Tekst jest fikcją i nie ma na celu obrażać niczyich poglądów religijnych, w razie czego przepraszam.



Jezus siedział przy kasie i obsługiwał klientów. Był cholernie zmęczony, bolała go głowa a długie włosy co chwile wpadłaby w oczy. Od kiedy zaczął pracować w markecie ciągle żałował, że musiał rzucić pogotowie. Tam było lepiej, robił to co kochał. Ratował ludzi. Dobrych wynagradzał, złych karał zależy kogo wieźli. Jego karetka zawsze dojeżdżał na miejsce w dwadzieścia minut. Nigdy się nie spóźnił. Był najlepszy. A tutaj? Niewdzięczni klienci, praca po godzinach albo czyszczenie przeklętych podłóg. I to miały być wakacje? Się stary postarał, a obiecywał, że zapewni mu sporą dawkę rozrywki. No w zasadzie to zapewnił. Jezus złapał HIVa.

Nie… Nigdy by nie poszedł na dziwki. W końcu był synem starego. Miał po prostu pecha. Tego przeklętego, cholernie gorącego dnia jechał do jakiegoś wypadku pod miastem. Karetka zapieprzała jak szalona. Pewnie i ze sto trzydzieści. Nie patrzył na licznik musiał uważać na drogę bo ledwo wyrabiał na zakrętach. Dotarli w dziewiętnaście minut i czterdzieści sekund ledwo, ledwo.

To była masakra. Tir wjechał w jakieś rodzinne kombi, zgniótł je na harmonijkę. Marki nie szło rozpoznać. Cały pas naokoło wraków pokrywały metalowe odłamki i szkło. W zmiażdżonym wozie ktoś wciąż wrzeszczał. Policji jeszcze nie było, nikt nie jeździł szybciej od Jezusa.

Gapie zebrali się naokoło miejsca wypadku. Piotr i Józek wyskoczyli z wozu i biegli do rozbitego auta klnąc pod adresem zebranych, żaden nawet nie próbował ratować uwięzionych w samochodzie ludzi.

Jezus poprawił przeciwsłoneczne okulary na nosie. Maria otworzyła tył wozu i przygotowywała nosze. Hipis wyszedł z kabiny i omijając większe kawałki metalu podszedł do mężczyzny siedzącego przy kole tira. Facet ściskał ręką krwawiący nos i gadał do siebie. Na głowie miał przekrzywioną czapkę z daszkiem. śmierdział potem i strachem. Poczuciem winy. Długowłosy stanął nad nim i uśmiechnął się:

- żałujesz. To dobrze bo i powinieneś. Zamordowałeś dwoje dzieci i matkę. Ich ojciec właśnie kona.

Mężczyzna załkał i ukrył twarz w dłoniach rozmazując przy okazji krew na policzkach. Wrzaski uwięzionego w samochodzie ucichły, najwyraźniej zemdlał z bólu. Długo już cierpiał, ignorancja zebranych ludzi bynajmniej mu nie pomogła. Czego się bali? Kierowca tira trochę się uspokoił i zaczął wznosić modły do boga.

- Jezuu… Ja nie chciałem. Spieszyłem się i… i… Jezu… przepraszam.

- On cię słyszy. - Jezus uśmiechnął się smętnie. - Nawet nie wiesz jak dobrze.

- Bóg mi nie wybaczy! - tamten łkał coraz żałośniej. Nagle umilkł i spojrzał na przybysza. - A ty co ksiądz jesteś?

- Dawno się nie było w kościele…. Stary, musisz tam wrócić. Wyspowiadać się. Oni ci pomogą… oczywiście dopiero jak wyjdziesz z pierdla. Ile wypiłeś?

- Co? - Tamten spojrzał oniemiały na hipisa, na twarzy zastygły mu łzy. Brodę i rozcięty nos pokrywał krew. Znów ukrył twarz w dłoniach i wybuchnął płaczem. - To były tylko dwa piwa! Ja pierdole Boże… Kumple… Kumple stawiali. Co miałem zrobić?

- Poprosić o kolę. - Jezus zamyślił się. Otarł perlący się na czole pot i ściągnął okulary. Było parno a słońce cholernie grzało. Powietrze nad rozgrzaną ulica falowało.. Hipis westchnął. - Idę pomóc kolegom, tamten facet bardziej mnie będzie potrzebował. A ty poczekaj na policję.

Mężczyzna wciąż łkał. Jezus podbiegł do rozbitego kombi. Tylną szybę i tapicerkę pokrywała krew. Dwa ciałka przygwożdżone tylnym siedzeniem do przedniego dawno ostygły. Kobieta siedząca z przodu na miejscu pasażera opierała nienaturalnie przekręconą głowę na oknie w drzwiach.

- No nie… nawet pozapinali pasy. - Westchnął hipis kręcąc głową z niedowierzaniem. Nie mógł im nic zarzucić, tylko ojciec odwiedzał czasem tanie panienki. No ale to się zdarzało najlepszym, można mu było wybaczyć. Cóż przynajmniej te trzy duszyczki zaznają ukojenia, pomyślała i szarpnął pocięte już przez Piotra drzwi. Inaczej kierowcy wyciągnąć by nie dali rady, zaklinowały się. Wycięta płyta odgięła się bez problemów. Jezus poczuł nieprzyjemne ciepło na palcach. Cholera! Nie zauważył, ostry kawałek szkła z szyby rozciął mu palce. Krew płynęła nadzwyczaj obficie jak na takie miejsce.

- Co ci jest? - Piotr podszedł do niego od tyłu i chwycił dłoń kierowcy karetki. - E, to tylko zadrapanie.

Jezus skinął głową i chwyciwszy razem oderwali zgniecione drzwi. Józek przepchnął się między ratownikami i nachylił do środka. Grubas zemdlał z rozciętego czoła płynęła krew. Ratownik założył mu kołnierz.

- Damy radę go wyciągnąć? - spytał kumpli.

- Tak nie mamy wyjścia. Skoro już tu po niego przyjechaliśmy damy radę… Tylko zaczekajcie. - Jezus przyłożył dłoń do zakrwawionego czoła, palcami przycisnął oczy. - Kręgosłup w porządku… Miejmy nadzieje ze nikt nie będzie się za bardzo czepiać. - wskazał głową zebranych ludzi. Wciąż się lampili.

- Dobra bierzemy go. - Piotr wsunął się do auta i uchwycił rannego pod pachy. Jezus otarł brudną od krwi grubasa rękę o spodnie. Twarz mężczyzny przeciął grymas, rozcięte palce zapiekły. Robiło się coraz dusznej.

Pogoda gwałtownie zaczęła się zmieniać. W oddali zagrzmiało. Maria uporała się już z noszami i pchając je przed sobą dobiegła do roztrzaskanego kombi. Silniejszy podmuch wiatru zerwał pielęgniarski czepek z głowy dziewczyny i porwał go tocząc po ulicy. Nie przejęła się tym, szybkim ruchem obniżyła nosze do poziomu wyjścia z wozu. W oddali wyły pierwsze policyjne syreny.

Józek z Piotrem na trzy wyciągnęli rannego z auta i ułożyli na zawieszonej na stelażu płachcie materiału. Jęknął cicho. Jezus znów pokręcił głową i założył okulary. Pielęgniarze pociągnęli nosze w stronę karetki. Wskoczył do kabiny i odpalił. Trzeba było się spieszyć. Mężczyzna odchodził.

- Podajcie mu tlen! - Krzyknął hipis, kiedy sanitariusze wreszcie wgramolili się do wozu. Maria zatrzasnęła tylne drzwi. Kierowca nacisnął pedał gazu.

Zdążyli na czas. Facet przeżył.



Kilka dni później lekarz zajmujący się rannym wezwał Jezusa do swojego gabinetu.

- Poszkodowany, którego wtedy wieźliście był chory na Adis. Piotrek mówił mi, że się skaleczyłeś w tamtym wozie…Musisz zrobić badanie.

- że co? - Jezus nie zrozumiał. Przecież On nie mógł zachorować na taką chorobę. Lekarz nie ustępował. Zrobili badania.

Test był dodatni. W ciągu kilkunastu następnych dni stracił pracę w pogotowiu. O tak, zapłacili mu odszkodowanie, nawet On był ubezpieczony. Tyle tylko, że wcale nie potrzebował kasy. Przyjechał tu na wakacje. Odpocząć od obowiązków w firmie ojca. Nie wiedział co ma teraz z sobą zrobić… Ciekawej pracy nie dostanie! Z dziewczynami zabawić się nie może, tego zresztą nigdy nie lubił. Nic. świat mu się zawalił. Ile rozrywki można czerpać z wpłacania pieniędzy na cele dobroczynne.

Przyjęli go do pracy w markecie. Płacili za pół etatu, pracował na cały, ale pieniądze nie stanowił dla niego żadnej wartości. Nie lubił tej pracy mógł ją już dawno rzucić ale, nie chciał znów skazać się na potworną wszechogarniającą nudę.

W tym małym przeklętym markecie pracował już od pięciu lat. Nagłe spadki odporności, wyniszczały. Wychudł. Już dwa razy miał kryzys, miesiąc leżenia w łóżku. Pieprzona choroba postępowała. Nawet Jezus mógł by się załamać. Ale nie… On był twardy, nie dawał za wygraną wracał do sklepu i sprzedawał podpaski, piwo i papier do dupy. Towary niezbędne w dziurze w jakiej przyszło mu teraz mieszkać. Zresztą niezbędne wszędzie.

Czasem wychodził z kumplami z pogotowia na jednego. Nie zapomnieli o nim. To byli dobrzy ludzie. Nie pozwalali mu się całkiem załamać, czasem któreś przychodziło do na noc i do późna rozmawiali. O tak, kumple lubili go słuchać. Był doskonałym gawędziarzem, opowiadał im różne historie. Przy piwie Jezus opowiadał też i stare historie, o ziarnie, świnopasie, albo i inne kultowe kawałki. Starał się prowadzić życie jak kiedyś. Dawno temu. Z tą różnicą, że teraz gawędzili przy papierosach i piwie. No i trawkę też czasem się zakopciło. Ale nigdy nie przesadzał. Potrafił zachować umiar.

Jezus lubił opowiadać o swojej młodości, o hipisach którzy go wychowali. Jak wychowanie potrafi zmienić człowieka… sam się dziwił. Ale teraz już nie miał zamiaru zmieniać przyzwyczajeń. Za pierwszym razem rodzice nie nauczyli go tylu ciekawych rzeczy. A zresztą ci hipisi wbrew pozorom byli bogobojni. No trochę… I nie tym bogom, ojcu mogło się nie spodobać. Ale Jezus zawsze mu ufał, także nawet żyjąc z nowymi przybranymi rodzicami pozostał przykładnym i dobrym człowiekiem.



Otrząsana się z zamyślenia, chyba miał gorączkę. Na czole perlił się pot a głowa pulsowała coraz gorszym bólem. Przeklęte wspomnienia, przeklęta choroba.

- Mógł by się pospieszyć? - Zniecierpliwiona babcia kończyła pakować rzeczy do torby. Długowłosy skinął głową i wydrukował paragon. źle się dzisiaj czuł, chyba zbliżał się kolejny kryzys. Znów coś złapał, rano nadgarstki pokrywała czerwona wysypka. Teraz gorączka. Znów będzie miesiąc leżał w łóżku. Potworna choroba. Piekło na ziemi.

Jezus poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się. Kierownik Paweł Piłatowicz uśmiechnął się smutno.

- Słuchaj jak dzisiaj skończysz podejdź proszę do mnie do gabinetu. Musimy porozmawiać.

- W porządku. - Jezus skinął głową. Bladość bijąca z jego twarzy przyprawiła kierownika o dreszcz.

- źle wyglądasz… Jak chcesz weź sobie aspirynę albo coś. Na koszt firmy.

- Dzięki, nie potrzebuję - odparł hipis kręcąc głową. Nie używał leków przeciwbólowych. Człowiek sam powinien radzić sobie ze swoim cierpieniem.

- Na pewno? - Paweł wcale się nie uspokoił. Kasjer wyglądną jak by miał się zaraz przewrócić. - Dobra. Ale jeśli będziesz się źle czuł zejdź z kasy. Nie musisz na siłę pracować, wiesz że zrozumiem.

- Tak. - Jezus zdobył się na uśmiech. Ręce mu drżały. Piłatowicz pokręcił głową i odszedł w kierunku drzwi dla personelu, obok pomieszczeń ochrony.

Kilka godzin później Jezus skończył dyżur. Wciąż czuł się słabo. Nogi mu drżały i ledwo szedł. Czarna koszulka przesiąkła potem. Mężczyzna śmierdział chorobą.

Sześć godzin przy kasie ostro dawało po pęcherzu. Jezus potoczył się w stronę kibla. Stojący nieopodal wejścia do marketu koło ochroniarz skinął mu głową. Jezus uśmiechnął się słabo i wszedł do łazienki.

Był sam. Całe szczęście. Stanął nad klozetem i z ulgą dał upust potrzebie. Aż nim szarpnęło. Ból promieniował w całym ciele. Mocz miał brudno pomarańczowy kolor. Waląc ręką w ściankę działową i sycząc z bólu wysikał się do końca. Mdliło go. Był chory i chciał iść do domu. Miał ochotę napić się czegoś mocniejszego. Poczuł by ulgę. Być może. Ukoił by ból. W najgorszym wypadku zalał by się w trupa. Niech to się wreszcie skończy. Opory przeciwko braniu lekarstw przeciw bólowych zaczynały zanikać. Był dużo słabszym człowiekiem niż kiedyś.

Blada nie dogolona twarz w lustrze spoglądała na niego podkrążonymi oczyma. Wilgotne włosy zwijały się w strąki, po twarzy płynęły strumyki potu. Jezus słyszał głosy nieobecnych oprawców. Co chwilę się oglądał upewniając, że w łazience jest sam. Ledwo trzymał się na nogach. Musiał jeszcze iść do szefa.

Podpierając się ściany wyszedł z łazienki. Znajomy ochroniarz podbiegł do niego i chwycił go pod rękę.

- Jezu… Jak ty wyglądasz.

- O Szymon. Cześć. - wyszeptał chory. Robiło mu się zimno. Ciałem wstrząsnął dreszcz przed oczyma latały mu mroczki. - Idę jeszcze do szefa. Potem do domu.

- Naprawdę źle wyglądasz. Może wezwać karetkę?

- Nie. Nie. - uśmiechnął się z trudem. - Chodźmy do szefa dam radę. Już mi lepiej.

Zrobiło mu się zimno i drżał lecz rzeczywiście poczuł się jakby lepiej. Nie ma to jak dobrze się odlać, pomyślał z przekąsem. Podbrzusze wciąż pulsowało.

Ochroniarz pomagał mu iść. Weszli przez drzwi dla personelu do korytarzyka. Mijane tabliczki na wejściach do magazynów rozmazywały się Jezusowi przed oczyma. Płynął w powietrzu. Czuł ze traci wzrok. Lekarz mówił ze tak może być, przypomniał sobie, za chwilę powinno samo minąć. Ostatnie drzwi. Weszli do gabinetu. Szafki wypełnione papierami ustawiono przy ścianach, a w rogu pomieszczenia pod oknem biurko. Paweł Piłatowicz wstał zza niego.

- O Jezu… Co mu jest? - Z przerażeniem spojrzał na ochroniarza.

- Wszyscy mnie dzisiaj wołają - wymamrotał Jezus. Usiłował żartować. Nogi miał jak z waty, całym ciężarem opierał się na Szymonie. Ten pokręcił głową.

- Pogorszyło mu się szefie… Ja chciałem zadzwonić po pogotowie ale on…

- Dzwoń. - Piłatowicz wyciągnął krzesło zza biurka i postawił obok Jezusa. - Proszę usiądź musimy wezwać karetkę.

- Nic mi nie jest… - Jezus z trudem mówił. Nie chciał do siebie dopuścić tego co się działo. Na przemian brały go mdłości i bolała wątroba. Ochroniarz usiłował posadzić go na krześle. Sprzedawca wyrwał mu się i słabym głosem krzyknął.

- Nic mi nie jest widzicie sam mogę stać. - Nogi się pod nim ugięły. Zaczął tonąć. świat na około wirował. Całkowicie stracił panowanie nad swoim ciałem. Przestał oddychać. Dywan zamortyzował upadek. Chory już tego nie zapamiętał.

Jezus upadł po raz pierwszy.



Obudził się w karetce. Ktoś podął mu tlen. Ratownik zawiesił elektrody defibrylatora na specjalnych uchwytach.

- Wszystko będzie dobrze. - Znajomy głos. Jezus usiłował się skupić, świat naokoło wirował.

- To ja Marysia wszystko będzie dobrze. - Uśmiechnął się, no tak znajoma karetka, parę lat temu sam jeździł z tymi ludźmi. Wczoraj jadł z nimi kolację. Ale zaraz to nie był głos Marysi z karetki… To głos jego matki. Znów zemdlał.



Sala szpitalna. Ktoś wtyka mu coś do gardła. Jaskrawe świtał z lamy nad nim nasiliło się i zaczęło razić w oczy. Ktoś wrzeszczy. Chce mu się spać. Odpływa.



Jezus obudził się w łóżku. Półprzytomnie stwierdził, że jest w szpitalu. Czuje się już lepiej. Jednak żyje. Smętny uśmiech wykwitł mu na twarzy.

- Witaj z powrotem. - Siedzący na krześle obok znajomy ochroniarz wyraźnie się ucieszył. - Myśleli już ze to koniec. Ale twoi kuple cię uratowali.

- Powiedzieli ci co mi jest?

- Twój kupel by wcześniej i mi mówił, że to normalne w twoim wypadku. - Ochroniarz uśmiechnął się smutno. - Gwałtowny spadek odporności i od razu zaatakowało cię kilkanaście chorób.

- Mam dość. - Jezus zwiesił głowę. Przynajmniej nic go w tej chwili nie bolało. Lekarze potrafili sprawić cuda. Jak tylko chcieli. Może nie szło im tak jak jemu ale też byli dobrzy. Jeśli ojciec chciał, żeby wrócił mógł to inaczej zrobić. Czemu znów musiał tak cierpieć? Czemu? Już kiedyś to przechodził? Czemu znowu? Pytania kotłowały się w głowie.

- Już mnie wyrzucili z pracy? - Spytał przypomniawszy sobie wcześniejsze zajścia.

- Tak. - Ochroniarz uśmiechnął się smutno. - Piłatowicz powiedział ze umywa od tego ręce. Nie może czekać aż całkiem stracisz zdolność do pracy. Przykro mi stary. - Ochroniarz położył mu rękę na ramieniu. To już koniec. Jezus zaczął sobie zdawać z tego sprawę już wtedy przy kasie. I na co mu był powrót? Wcale nie odpoczął, tu było gorzej niż kiedyś. A historia lubi się powtarzać, mógł o tym pomyśleć wcześniej.

- Będę się zbierał - ochroniarz wstał. - Musze iść do roboty.

- Co… A tak. Która godzina.?

- Wpół do ósmej. Trzymaj się. Odwiedzę cię po pracy. Musimy w końcu wyjść na to piwo. - Przypomniał mu o podjętym parę miesięcy wcześniej zakładzie. Chodziło o gościa który jak twierdził Szymon podkradał drobne rzeczy ze sklepu. Jezus uważał, że koleś nie kradnie, zawsze wierzył w ludzi. Tym razem się pomylił, przegrał. Wisiał ochroniarzowi to piwo już prawie od pół roku. Zachichotał

Powoli tracił poczucie czasu, dzięki lekom co chwilę zasypiał. Sen jednak nigdy nie trwał długo, ból zaraz go budził. Za którymś razem, kiedy otworzył oczy stał nad nim lekarz. Znajomy, ten sam który powiedział mu o Hivie.

- Bardzo mi przykro… Musze Panu o czymś powiedzieć, to nie jest łatwe…

- Niech pan mówi. Nic się nie stało. - Jezus wiedział już o co chodzi. Jego czas na ziemi znów dobiegał końca.

- Widzi pan, wirus przeszedł w kolejne stadium… Jest pan chory na Adis… Niech się pan nie załamuje z tym można żyć…

- Dziękuję doktorze. Proszę mi powiedzieć jak długo będę jeszcze cierpiał?

- Nie wiadomo. Bardzo mi przykro, czasem trwa to kilka dni, czasem parę tygodni, może koło roku. Ma pan nadzwyczajnie silny organizm.

Jezus pokiwał głową. Skoro ojciec tak chce niech tak się stanie. Podda się jego woli.

- Wiem, że nie ma Pan rodziny, dlatego musimy rozmawiać tak otwarcie. Jeśli pan wyrazi zgodę umieśćmy pana w hospicjum.

Długowłosy pokręcił głową. Chciał wrócić do domu. Posłuchać muzyki. Uwolnić się od wszystkiego. I umierać w spokoju. Nie miał zamiaru męczyć się w dusznej atmosferze umieralni.

- Proszę mnie zostawić na chwilę w spokoju.

- Dobrze… Przyślę później do pana psychologa.

- Yhm - Jezus znów skinął głową i zamknął oczy. Musiał opuścić szpital, czuł że się tu dusi. Chciał do domu.

Kiedy lekarz wyszedł w sali Jezus usiadł na łóżku. Na sąsiednich nikogo nie było. Pielęgniarka dyżurna gdzieś poszła. Ojciec mi dziś sprzyja, długowłosy uśmiechnął się i zaczął wyrywać przeróżne rurki z ciała. Najgorszy był cewnik. Jezus głośno wypuszczając powietrze usunął ostatnią rurkę i powłócząc nogami w szpitalnej piżamie wyszedł.

Na korytarzu kręciło się trochę chorych, rozmawiali, stukali chodzikami i starali się usunąć z drogi pędzącym lekarzom i pielęgniarkom. Jezus odetchnął z ulga nikt nie miął pretensji, że sobie poszedł. Korytarz doprowadził go do schodów. Stwierdziwszy, że nikt wciąż się nim nie przejmuje, zaczął schodzić w dół. Byle do domu póki dobrze się czuje.

Schodami zszedł na parter. Stąd mijając kilka wejść na sale dostał się do pralni. W takim stroju nigdy by go nie wypuścili ze szpitala. Pielęgniarski kitel znalazł w jednym z koszy na ubrania. Będzie im musiał jakoś oddać. W końcu złodziejem nie jest. No ale na dobre słowo by go nie wypuścili. To nie te czasy. Och szybciej, zanim leki przestaną działać! W domu się upije to nie powinno być tak źle. że, to grzech? Granice grzechu zatarły się w średniowieczu. Musiał się spieszyć póki umysł był czysty a ciało silne.

Wypadł w zielonym uniformie sanitariusza na podjazd pod szpitalem. Stało tu kilka samochodów, ale nikt się nie kręcił. Taksówki zaparkowane po przeciwnej stronie ulicy chłodziły się w cieniu potężnych topoli. Jezus nie miał pieniędzy. Ale może taksiarz się zgodzi. Albo mu nie powie? Nie… Nie może go oszukać, w domu chyba nie miał za dużo pieniędzy. Wszystko porozdawał. Z drugiej strony w takim stroju nie powinien włóczyć się po mieście. Zrezygnowany ruszył chodnikiem wzdłuż ulicy.

Do domu dotarł cały roztrzęsiony. Mieszkał na małym osiedlu w bloku. Po drodze kilka osób dziwnie się za nim spojrzało, jacyś skini wygwizdali, ale dali spokój. Bywało gorzej, przez długie włosy parę razy mu się tutaj oberwało.

Gorączka i kaszel wróciły. Znów chciało mu się rzygać. Z trudem pokonał schody i wszedł do mieszkania. Mała kawalerka zagracona przeróżnymi meblami i śmieciami przywitała go zapachem dawno wypalonej trawy. Trzęsło nim. Nie miał w domu żadnych leków ani środków przeciw bólowych. Niedobrze!

Podszedł do małej komody i otworzył szufladę. Flaszka „Krakowskiej” potoczyła się i stuknęła o drewnianą ściankę. Kumple ostatnio przywieźli całą skrzynkę, starczyła prawie na miesiąc. To była chyba ostatnia butelka. Jezus odkręcił nakrętkę. Chciał się napić. Pociągnął. Aż nim zatrzęsło. Upadł na kolana i zwymiotował. Czuł się jak by ktoś mu przywalił w żołądek. Wymiociny na podłodze miały krwawo pomarańczowy odcień. Potwornie cuchnęły. Aż mu się w głowie kręciło. Długie głośne beknięcie wyrwało mu się bezwiednie. Znów ten smród. Jezus aż się wzdrygnął. Capiło zgniłym jajkiem. Z trudem wstał i ruszył w stronę zlewu. Nogi mu się plątały jak by był obalił całą butelkę.

- A mówili, żeby nie pić po antybiotykach. - Zachichotał i upadł. Poleciał prosto w kałużę własnych rzygowin.

Jezus upadł po raz drugi.



Ocknął się ledwo kontaktując. Ktoś go podniósł. Szymon. Gdzie ta przeklęta decha? Jezus rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem. To była jego kawalerka. Tylko Szymon znów mu towarzyszył. Hipis znów zwymiotował. Tym razem tylko żółcią z domieszką czegoś. Nigdy więcej nie będzie pił. Ochroniarz był blady, ledwo tłumi mdłości. W pokoju śmierdziało.

- Chodź musimy wrócić do szpitala. Wszyscy cię szukają.

- Nie trzeba było… - wyszeptał Jezus wstając z pomocą ochroniarza. Czuł się troszkę lepiej. Był osłabiony lecz już nim nie trzepało. Czyżby kryzys przechodził? Miał nadzieję, że układ odpornościowy wreszcie zaskoczył i zabrał się za zwalczanie infekcji.

- Strasznie wyglądasz. - Szymon z przerażeniem w oczach wpatrywał się w hipisa. Jezus wzruszył ramionami.

- Potrafisz pocieszyć. - Wychrypiał. Przez obolałe gardło ledwo wymawiał słowa. Ochroniarz pomógł mu założyć sweter i płaszcz. Na dworze było chłodno. Jezus postanowił poprosić Szymona o ostatnią przysługę. Chciał jeszcze coś zrobić przed śmiercią. Przed powrotem do ojca. Musiał działać teraz póki czuł się lepiej. śmierci już się nie bał.

Co tam! Zmarnował sobie wakacje ale trudno. Nie miał czego żałować, pomógł wielu ludziom. W zasadzie było całkiem przyjemnie. A za pierwszym razem cierpiał bardziej. Wtedy cierpiał za wszystkich. Teraz ojca mało obchodziło co ludzie wyrabiają. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Jezus nikogo nie musiał oczyszczać.

- Stary mam prośbę. Ja już i tak umieram…

- Nie mów tak. - Szymon z trudem tłumił złość, niepotrzebnie gadał wcześniej. Nie chciał wpędzać przyjaciela w depresję.

- Proszę pozwól mi skończyć. - Jezus wciąż z trudem mówił. Natomiast czuł się już dużo lepiej. - Chcę przed śmiercią pójść do kościoła. Nie rób takiej miny czuje się lepiej a muszę skończyć kilka spraw. W szpitalu, umieszczą mnie w hospicjum i też umrę.

- Tam też będziesz miał księdza… - stwierdził Szymon. Ochroniarz był coraz bledszy. Odór w mieszkaniu bił po nozdrzach. Jezus westchnął.

- Musze iść do naszego kościoła tutaj. Obiecałem coś kilku przyjaciołom. Musze im to załatwić. Ksiądz mi nie pomoże.

- Nie przyłożę do tego ręki. Bredzisz. Chodź, musimy jechać do szpitala.

Jezus pokręcił głową. Biedny dobry człowiek, żałował że nie potrafi mu tego wynagrodzić. Będzie musiał zrobić to inaczej. Nim Szymon się obejrzał Jezus uniósł ręce i położył mu na głowie.

- Zaśnij dziecko. - Wychrypiał i podtrzymawszy ochroniarza ułożył go na podłodze. Szymon pochrapywał cicho. Nawet smród mu nie przeszkadzał. Jezus uśmiechnął się smutno i pogładził ochroniarza po głowie. To był dobry człowiek. Hipis wyrwał mu włos i włożył do kieszeni płaszcza. Miał tu kosmyki wszystkich przyjaciół. Może jednak mu wynagrodzi dobro. Potem z kurtki przyjaciela wydobył kluczki od auta. Musiał się pośpieszyć znów trochę kręciło mu się w głowie. Ale czuł już ulgę.

Biedny ochroniarz obudzi się za kilka godzin, całkiem przesiąknięty zapachem tego pomieszczania. Jezus niestety był za słaby, żeby go wynieść z domu. Nie zamykając drzwi, wyszedł z mieszkania. Po schodach schodził powoli, nie chciał się znowu przewrócić.

Samochód Szymona stał pod blokiem. Czarny golf, długowłosy przywykł do większych samochodów, ale sądził ze sobie poradzi. Usiadł na miejscu kierowcy i odpalił. Auto chodziło czyściutko, szybko wyjechał z osiedla i pomknęł w kierunku centrum.



Piętnaście minut później Jezus zaparkował pod małym kościołem. Kamienice na około straszyły obłażącą farbą. Było zadziwiająco pusto. Zerwał się silny wiatr. Niebo pokrywały czarne ciężkie chmury. Jezusowi znów było niedobrze i kręciło mu się w głowie. Wysiał z auta i poleciał na bruk. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Otarł cieknącą z rozbitego nosa krew. Nie zdążył zamortyzować upadku rękami. Upadł już po raz trzeci. Czuł, że zbliża się koniec. Chciał wrócić do Ojca. Stary pewnie potrzebował jego pomocy. Być może dlatego go wezwał tak szybko. Jezus westchnął i wstał. Odłożył kluczyki do samochodu. Miał nadzieję że szybko go zwrócą Szymonowi.

Z trudem wspiął się po schodach. Stanął przed wrotami kościoła. Ciężko oddychając wychrypiał:

- Więc jestem! - Drzwi ze zgrzytem zaczęły się otwierać. Dobrze że nikogo tu nie było. Jezus nie lubił bawić się Jedaj przy ludziach. Wkroczył do zacienionego przedsionka. Wysoka melodia na organach rozdarła pustą kaplicę. Uśmiechnął się pod nosem. Najwyraźniej naprawdę na niego czekali.

Przy akompaniamencie podniosłych dźwięków wkroczył do kościoła. Ze zdobionych witraży spoglądały na niego z zaciekawieniem biblijne postacie. Matka uśmiechała się i ocierała łzy. Jezus nie patrzył na nich. Przeszedł czerwonym dywanem pomiędzy ławkami i stanął przed ołtarzem. Na zewnątrz zagrzmiało i lunął deszcz.

Odetchnął głęboko. Wszedł na podwyższenie i podszedł do złoconego tabernakulum. Ręką dotknął drzwiczek. Zamek z cichym zgrzytem otworzył się. Jezus wydobył z kieszeni włosy przyjaciół. Marysi, Piotra, Józka i Szymona. Postacie z okien i obrazów zamarły, tylko ich oczy śledziły jego ruchy. Organy zagrały cichszą melodię. Długowłosy ułożył kosmyki obok ciała Swojego i zamknął tabernakulum.

- Już niedługo zobaczymy się w raju. - Wyszeptał odstępując od złotej skrzynki. Ograny znów grały jakiś podniosły kawałek. Jezus zszedł z podwyższenia i usiadł na schodach pod ołtarzem. Był osłabiony. W ustach czuł metaliczny posmak krwi. Zbliżał się koniec. Załatwił na ziemi co chciał, chociaż chętnie spędził by tutaj jeszcze trochę czasu. Ojciec wzywał. Jezus jak zawsze był posłuszny jego woli. Organy grały coraz głośniej. Postacie z witraży zdawały się go wołać. Chrystus odetchnął głęboko chłodnym powietrzem kościoła. Pachniało mirrą i kadzidłem. Tym razem i tak było lepiej, pomyślał wstając.

Postąpił pierwszy krok. Potem jeszcze jeden. I jeszcze. Zachwiał się. Kościół wirował Jezus padł na czerwony dywan. Ręce rozrzucił na obie strony. Organy z piskiem cichły. Chory tracił świadomość. Wracał do domu.


Po to upadamy żeby powstać.



Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Alan
Dusza pisarza
Posty: 456
Rejestracja: sob 14 kwie 2007, 12:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Alan » czw 11 wrz 2008, 11:13

Tekst pierwszy

Pomysł - 15 pkt.

pomysł całkiem, całkiem

Styl - 13 pkt.

Realizacja tematu - 4 pkt.

Jakoś tak słabo

Schematyczność - 5 pkt.

Błędy - 12 pkt.

Ogólnie - 14 pkt.

Koszmarne zakończenie. Tak plastikowe jak produkty z Chin.

Całość - 63 pkt.



Tekst drugi

Pomysł - 14 pkt.

Styl - 16 pkt.

Realizacja tematu - 9 pkt.

Schematyczność - 7 pkt.

Błędy - 16 pkt.

Ogólnie - 18 pkt.

Bardzo mi się podobało

Całość - 80 pkt.



Awatar użytkownika
icy_joanne
Debiutant
Debiutant
Posty: 608
Rejestracja: wt 19 lut 2008, 16:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: icy_joanne » czw 11 wrz 2008, 18:00

Tekst I



Pomysł - 14

Styl - 14

Realizacja tematu - 6

Schematyczność - 6

Błędy: 14

Ogólnie: 15



Razem: 69



Nawet ciekawe, ale końcówka taka...psuje efekt. Wątek brata - czegoś mi tu brakowało, mogłeś napisać o nim więcej, motywacja i działanie bohaterów - tu też nie wszystko jest dla mnie spójne i zrozumiałe. Pomysł fajny, ale mogłeś go bardziej rozwinąć. Czytało się dobrze.



Tekst II



Pomysł: 16

Styl: 15

Realizacja tematu - 10

Schematyczność - 7

Błędy: 15

Ogólnie: 17



Razem: 80



Temat potraktowałeś hmm...dosłownie :) Podoba mi się realizm i sama postać ,,hipisa", pomysł dobrze zrealizowany. Dobre.



Awatar użytkownika
Skubaniec
Pisarz domowy
Posty: 54
Rejestracja: czw 13 lip 2006, 12:06
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Łódź
Płeć: Kobieta

Postautor: Skubaniec » czw 11 wrz 2008, 19:31

Tekst pierwszy:



Pomysł - 10

Styl - 19

Realizacja tematu - 2

Schematyczność - 8

Błędy: 20

Ogólnie: 20



Razem: 79



Podobało mi się, chociaż nie widze dużego powiązania z tematem.



Tekst drugi:



Pomysł - 10

Styl - 15

Realizacja tematu - 7

Schematyczność - 4

Błędy: 10

Ogólnie: 15



Razem: 61



Odnoszę wrażenie, że wiele osob wyobraziłoby sobie podobnie Jezusa w dzisiejszych czasach. Dużo błędów, które wynikały chyba z niedopatrzenia - to minus.


"Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą."
św. Augustyn

Awatar użytkownika
lingshan
Pisarz domowy
Posty: 59
Rejestracja: ndz 15 cze 2008, 18:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: lingshan » pt 12 wrz 2008, 15:43

Tekst I:



Pomysł - 14 pkt

Styl - 15 pkt

Realizacja tematu - 5 pkt

Schematyczność - 6 pkt

Błędy - 16 pkt

Ogólnie - 14 pkt



Razem - 70 pkt



Styl ok, choć miejscami gubił się rytm zdań, kilku przecinków też zabrakło. Fabularnie średnio - powiązania z tematem nie widzę, w finale dużo za dużo jak dla mnie zamotlania. Ale ogólnie w porządku.





Tekst II:



Pomysł - 15 pkt

Styl - 14 pkt

Realizacja tematu - 10 pkt

Schematyczność - 7 pkt

Błędy - 13 pkt

Ogólnie - 16 pkt



Razem - 75 pkt



Fajny pomysł, fajne wykonanie. Tylko błędy się wkradły, a i styl nie zawsze był porywający.


The fact that no one understands you doesn't make you an artist.

Awatar użytkownika
żulia
Pisarz domowy
Posty: 57
Rejestracja: wt 29 kwie 2008, 18:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: żulia » pt 12 wrz 2008, 20:25

I

pomysł - 15

styl - 15

realizacja tematu - 2

schematyczność - 6

błędy - 12

ogólnie - 15



razem 65



pomysł dobry, z wykonaniem ciut gorzej: zachęcający początek, ale im dalej w las, tym ciemniej. akcja lekko przysłoniła samych bohaterów.



II

pomysł - 13

styl - 13

realizacja tematu - 8

schematyczność - 4

błędy - 10

ogólnie - 13



razem 61



sam motyw jezusa-hipisa raczej dość ograny. plus za odniesienia biblijne.


"każdy ma u mnie szansę - to naprawdę nie moja wina, że tak wielu ją marnuje"



Obrazek

Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » pn 15 wrz 2008, 18:02

Tekst I



Pomysł - 15 pkt

Styl - 14 pkt

Realizacja tematu - 3 pkt

Schematyczność - 7 pkt

Błędy - 16 pkt

Ogólnie - 14 pkt



Z tego można całą powieść zrobić O_o. Dla mnie za dużo na raz. Styl... mi tam zgrzytało. Koniec ok. Tylko dużo za dużo.





Razem: 69





Tekst II





Pomysł - 16 pkt

Styl - 15 pkt

Realizacja tematu - 8 pkt

Schematyczność - 5 pkt

Błędy - 12 pkt

Ogólnie - 16 pkt



Podobało mi się ale masz strasznie dużo literówek i błędów "roztrzepaniowych". Poza tym tekst dobrze sie czytało, pomysł fajny. Mi się podoba takie ujęcie Jezusa <choć myślała o czymś innym na początku>. Koniec nie zaskakuje ale chyba nie powinien, bo wszyscy go dobrze znamy :)



Razem: 72



<ciężko było wybrać, który tekst jest lepszy, bo oba są strasznie... różne! :P>


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » czw 18 wrz 2008, 16:12

OFICJALNE WYNIKI BITWY

Richard Scott vs Kristopher



ZWYCIęZCą ZOSTAJE Kristopher



Tekst pierwszy - Richard Scott - suma: 415 pkt; średnia: 69,16 pkt



Tekst drugi - Kristopher- suma: 429 pkt; średnia: 71,5 pkt


Po to upadamy żeby powstać.



Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Bitwy z przeszłości”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości