Pieprzony los bohatera (horror/zombie/humor)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Pieprzony los bohatera (horror/zombie/humor)

Postautor: Mazer » ndz 20 lut 2011, 04:55

Dziwię się sobie, że dopiero teraz napisałem coś takiego, przecież tematyka "żywej śmierci" to moje ulubione klimaty :D Cóż, tekst może i długi, ale chyba da się zmęczyć. Jak to u mnie, starałem się przemycić trochę humoru... a może i więcej, niż trochę. Miłej lektury!

John ścigał go już od ponad pół roku i, mimo że całe ciało miał podrapane od chaszczy, przez które się przedzierał, mimo że czuł, jak każda rana krwawi palącym bólem, to nie odpuszczał. Nie mógł! Nie teraz, kiedy cel był właściwie na wyciągnięcie ręki. John należał do ludzi, którzy swoje obowiązki służbowe traktują z największym priorytetem - gdy tylko przypinał do marynarki policyjną odznakę, a na pierś narzucał kaburę, prywatne życie przestawało dla niego istnieć. Ale ta pogoń trwała już ponad pół roku i zaczynała go powoli nużyć. Uznał więc, że rozkaz „Przyprowadź go żywego” może potraktować z przymrużeniem oka. Żywy, znaczy nadający się do przesłuchania. Wyciągnął swojego potężnego Glocka i wycelował. Niestety, spust stawiał na tyle zaciekły opór, że mimo usilnych starań, pistolet wciąż milczał. W pewnym momencie zarośla zaczęły cicho mruczeć i, nieoczekiwanie, dźwięk ten z każdą sekundą coraz bardziej absorbował uwagę Johna. Nagle góra wyparowała, John zawisł w powietrzu, a spomiędzy chmur nadjechał pociąg.

John uniósł powieki. Leżał w łóżku, a czaszkę rozsadzał mu pulsujący ból. Otworzył usta, by nabrać świeżego powietrza, ale miast energetyzującego haustu tlenu, poczuł ciernie wbijające się w język. Odruchowo machnął ręką obok łóżka, gdzie zawsze przed nocą stawiał szklankę wody, jednak tym razem wymacał tylko szpilki i jakieś majtki.
- Szpilki? – Poruszył niemo wargami. – Stringi? – Znowu się zdziwił, unosząc nad głowę dwie nitki czerwonego materiału. John, co ty wczoraj, stary, robiłeś?

Wiedział tylko, że po skończonej sobotniej służbie, poszedł z Pawłem na piwo. Później były drinki, zmiana lokalu, kolejne drinki, kolejna zmiana i…
- Cholera – jęknął zaskoczony, gdy jego prawa ręka natrafiła na ciało schowane pod kołdrą. Delikatna skóra, krągłe biodra oraz wypukłości klatki piersiowej jednoznacznie wskazywały na kobietę. Westchnął ciężko, jakby dowiedział się o popełnieniu morderstwa.

Ponad pół roku temu postanowił, że zaprzestanie sprowadzania nieznajomych panienek do domu. I po raz kolejny uświadomił sobie, że ów cel to jedynie uciekający punkt, za którym może tylko biec, a którego nigdy nie złapie. Ta myśl budziła go co tydzień w niedzielny poranek, dając do zrozumienia, jak złudne było życzenie stabilizacji.

Wstał z łóżka, pod którym na daremno próbował znaleźć kapcie. Ubrał więc skarpetki, narzucił na siebie szlafrok i przeszedł do kuchni. Mruczenie kobiety potraktował jako nieudolne jej próby wciągnięcia go w grzeszne zabawy z samego rana. Nieudolne, po pierwsze dlatego, bo to mruczenie przypominało bardziej przytłumione parsknięcia zarzynanego konia, po drugie miał kaca o potencjalnej sile kilkunastu megaton i nie myślał o niczym innym, tylko o butelce John’ego Walkera.

Jak na złość, wszystkie szafki w kuchni świeciły alkoholową pustką, a jedynym napojem, na jaki trafił była woda niegazowana fitness, gdzieś leżały jeszcze płatki owsiane, jogurty naturalne i tym podobne świństwo, którego zawsze unikał. Gdy znalazł chleb ryżowy, zatrzymał się na moment i zaczął myśleć. Spojrzał uważnie na meble, a kiedy zauważył, że blat kuchenki elektrycznej, mruga do niego refleksami blasku, miast patrzeć smutną, matową powierzchnią, zrozumiał dramat swojego położenia - wczoraj to on dał się zwabić kobiecie, wczoraj to jemu przypadła rola łupu, a jej łowcy.

Dalsze rozmyślanie nad sprawą przerwało mu zawodzenie, dobiegające z salonu, gdzie odzyskał przytomność. Wpierw pomyślał, że kobieta się obudziła i teraz doświadcza porannych mdłości wywołanych zbyt dużą dawką alkoholu, na co zaśmiał się w duchu – zdrowe odżywianie na co dzień, woda fitness, jogurciki naturalne i raz na jakiś czas grzeszna zabawa z procentami dają właśnie taki efekt następnego poranka. On sam podobnych objawów wyzbył się dawno. Już na pierwszym roku pracy w policji został przyzwyczajany przez kolegów do pewnego stylu życia: praca, parę drinków wieczorem, praca, drinki, praca, drinki, a dla utrzymania formy spacery z psem; na siłownię nigdy nie chodził, nie musiał, wiedział doskonale, że każdy czarny policjant jest jak Will Smith w „Facetach w Czerni” – może wybiec na pięćdziesiąte piętro budynku za przestępcą, a później bez oznak najmniejszego zmęczenia kazać mu paść na glebę.

Zgarnął z półki wodę fitness, wcisnął w nią kilka kropel cytryny dla stworzenia iluzji drinku i poszedł do salonu, lecz nim przekroczył próg, zawahał się. Jak ona ma na imię?, próbował sobie przypomnieć. Nadaremno. W końcu wzruszył ramionami.
- Słyszę, że ci nie… dobrze – dokończył zaskoczony widokiem.

Puste łóżko było czymś normalnym, ale mocno zakrwawiona pościel i jakiś śluz ciągnący się po podłodze aż do drugiego pokoju wprowadziły Johna w konsternację. Kucnął nad plamami na kołdrze - były zdecydowanie świeże, więc pierwsze obawy o dokonanie przez niego wczoraj wieczorem morderstwa odsunął daleko, ludzie różne rzeczy robią, gdy są pijani, a później nic nie pamiętają; poza tym, gdyby wczoraj ją zabił, dzisiaj raczej nie byłaby w stanie się podnieść. Pociągnął łyk zdrowej wody i prawie zwymiotował, to nie było to, czego teraz potrzebował, suchość w ustach w najmniejszym stopniu nie zelżała, a pociąg wciąż jeździł z jednej strony czaszki do drugiej. Rozejrzał się po salonie – obcisłe, wygodne dresy na wieszakach, kilka par sportowych butów w komodzie, ciemne okulary, jakieś przepaski, jakieś opaski. I żadnego alkoholu. Pieprzone mieszkanie sportowca, zaklął w myślach.

Skierował się do pokoju, dokąd prowadziły ślady, choć zdecydowanie bardziej wolałby opuścić lokal. Jeszcze się okaże, że dziewczyna podcięła sobie żyły, zrozumiawszy swój wczorajszy błąd. Nagle usłyszał trzask rozbijanego lustra, na co zamarł, czując jak trzewia przewracają mu się w brzuchu, a mózg zwija w spiralę. Pocięła się, stwierdził, czując, jak uchodzi z niego powietrze. Trzask jednak się powtórzył, jakby dziewczynie było mało jednego kawałka szkła i tłukła kolejne, co już bardziej sugerowało wyładowywanie złości, aniżeli targnięcie się na życie. Otworzył ostrożnie drzwi. Stała obok okna, przed wielkim, ściennym lustrem, co chwilę, niczym zacięta płyta w odtwarzaczu, uderzając głową o taflę szkła.
- An… Ag… Cholera. – Przypomniał sobie, że jej imię zaczyna się od a, ale co dalej? – Ekhm, nic ci… Co ci jest?

Podszedł do niej, lecz gdy tylko go zauważyła, rzuciła się na niego bez ostrzeżenia - bang! bang! bang! - i już tonął w jej objęciach. Jednakże objęciom tym daleko było do czułych pieszczot kochanków, bardziej przypominały atak głodnego wilka na krwisty befsztyk. John w pierwszej chwili jedynie ją odpychał i próbował słowami sprowadzić do parteru, ale gdy niebezpiecznie blisko kłapnęła zębami przy jego aorcie, nie miał wyboru. Lewą ręką chwycił ją za żuchwę, unieruchamiając w ten sposób głowę i potraktował mocnym sierpowym. Dziewczyna jednak nie składała rękawic, szybko podniosła się z dywanu i ponownie zaatakowała, a gdy kolejny cios nie poskutkował, John posunął się do ostateczności - wepchnął w jej oko butelkę, po czym mocnym kopnięciem odrzucił od siebie. Kopnięcie było na tyle mocne, że dziewczyna wyleciała przez okno.

John, kiedy jeszcze pracował w nowojorskiej policji, spotykał różnych ćpunów próbujących przedziwnych, wręcz kosmicznych specyfików, ale nigdy nie widział, by jakakolwiek substancja wywoływała taki efekt. Poza tym, nie sądził, by jego zeszło nocna kochanka była w ogóle naćpana, gdyby bawiła się narkotykami, z pewnością zamiast wody i płatków, w szafkach znalazłby flaszki i chipsy.

Wyjrzał przez okno. Na ulicy leżała ona, spokojna, w bezruchu, w kałuży krwi i półlitrową butelką wody wystającą z głowy. W tym momencie już wiedział, że nie uniknie telefonu na policję. Ale nim zadzwonił na komisariat, wybrał numer do Pawła, faceta z którym, odkąd przeprowadził się do Krakowa, miał najlepszy kontakt.
- No odbierz – warczał do słuchawki, gdy po raz kolejny słyszał „Abonent czasowo niedostępny”.

Po następnej nieudanej próbie schował komórkę do kieszeni. Nie tak powinien zacząć się ten dzień. Zdjął z siebie szlafrok, nawiasem mówiąc różowy, co dopiero teraz zauważył, pozbierał rozrzucone po mieszkaniu ubranie i wyszedł na klatkę schodową, gdzie, tuż za progiem mieszkania, wbił wzrok w nowe, dziwne odkrycie.

W policji służył już ponad dziesięć lat, karierę zaczynał od zwykłego krawężnika, ale zmysł sukcesu i rządza zaprowadzenia sprawiedliwości pozwoliły mu na szybkie pięcie się po szczeblach kariery. Dostał nawet przydomek Brudny Harry, poza różnicą wyglądu, był właściwie taki sam, jak bohater wykreowany przez Clint’a Eastwood’a – szósty zmysł pozwalał mu na wyczucie zagrożenia po samym zapachu powietrza. A teraz, prócz kłującego w nozdrza odoru kłopotów, patrzył na stopę wystającą z kabiny windy, która to stopa blokowała zasuwane drzwi. Wyciągnął z kabury Glocka i ostrożnie podszedł.
- Halo? Jest tam kto? – Dopiero, gdy usłyszał pytanie, zrozumiał jego bezsens, noga z pewnością do kogoś musiała należeć. – Kto tam jest? – Odpowiedziało mu charczenie, takie samo, jakie wydawała z siebie jego kochanka. Przezornie odbezpieczył broń i stanął naprzeciw kabiny, wspierając się o poręcz schodów.

Mężczyzna w windzie leżał w kałuży krwistego śluzu, jego oczy poruszały się, co sugerowało, że tli się w nich życie, ale pozbawione koloru białka były tak blade, jakby nigdy nie posiadały źrenic, a siły witalne już dawno z nich uszły. John schował Glock’a do kabury i zerwał prawy rękaw koszuli, by zatamować ranę na szyi poszkodowanego, ale nagle coś sobie uzmysłowił - tamta dziewczyna wyglądała bardzo podobnie, jej krew miała właściwie identyczną konsystencję, co tego klienta, a w spojrzeniu obojgu, mimo pozornego ruchu białek, wcale nie było widać życia. Schował porwaną koszulę, cofnął się pod poręcz i wyciągnął komórkę.
- Kurwa! Co jest?! – Nigdzie nie mógł się dodzwonić, numer pogotowia milczał, próba nawiązania kontaktu z komisariatem również spaliła na panewce, a Paweł był wciąż poza zasięgiem.

Wrócił do mieszkania. Sytuacja wymagała skupienia. Koniec końców fakt, że został upolowany przez sportsmankę uznał za plus – znalezienie plecaka nie zajęło mu nawet minuty. Problem pojawił się wtedy, gdy chciał plecak wypełnić pożywieniem, a jedyne na co trafił, to płatki i chleb ryżowy. Jak można coś takiego jeść?, kiwał głową, zrzucając z półek kolejne opakowania żywności dla aktywnych sportowo.

Po 11 września wszyscy nowojorscy funkcjonariusze przeszli odpowiednie szkolenia i teraz wiedział, że musi myśleć o najgorszym – dziewczyna sprzed kilku minut, mężczyzna w windzie, brak kontaktu z kimkolwiek, to zakrawało na ukłon miłości ze strony terrorystów. Jakiś gaz bojowy, wirus, cokolwiek. Przede wszystkim nie trać głowy, John! Odznakę schował do najgłębszej kieszeni - w chwilach zagrożenia i potencjalnej plagi anarchii, lepiej nie afiszować się z takim zawodem - po czym wrócił na klatkę.

Winda była już pusta, a ślady śluzu prowadziły na wyższe piętra. Odetchnął z ulgą i ruszył w przeciwnym kierunku. Był twardzielem, ale nie idiotą, wolał unikać walki. Jeśli ktoś, kto ma otwartą, kilkucentymetrową ranę szyi, a w jego spojrzeniu widać obłęd i mimo tego wstaje o własnych siłach, to znaczy, że lepiej go nie szukać.

Sześć pięter, pomyślał, patrząc w dół i już od samego widoku poczuł, jak po czole spływają pierwsze krople potu. Winda była zbyt niebezpieczna, nagły brak prądu mógł ją zatrzymać między kondygnacjami, otworzenie drzwi i potencjalne spotkanie szaleńca groziło pogryzieniem, wolał wykrzesać z siebie trochę siły i zejść schodami. Drzwi do niektórych mieszkań były uchylone, z niektórych dochodziło znajome charczenie, z innych zionęła śmiertelna pustka, sam już nie wiedział co gorsze, ale wiedział, by przy żadnym się nie zatrzymywać. Nie był na służbie i nie czuł obowiązku niesienia pomocy ani rozwiązywania tajemnic. Przede wszystkim troszczył się o własną skórę.

Gdy stanął na chodniku, przyjemny chłód parku na chwilę złagodził kaca. Usiadł na ławce w cieniu drzew i zamknął oczy, czerpiąc z chwili jak najwięcej ulgi. Gdzieś szczekał pies, co chwila zaćwierkał wesoło ptak, te dźwięki porwały Johna daleko od problemów, odniósł kojące wrażenie, że to, czego doświadczył w ciągu minionej godziny było chorym snem. I dopiero gdy zrozumiał, że te odgłosy słyszy zupełnie nie zanieczyszczone miejskim gwarem, wrócił do brutalnej rzeczywistości. Rozejrzał się uważniej. Nowoczesne osiedle musiało leżeć gdzieś na skraju miasta, daleko od starego centrum, gdzie mieszkał. Niedzielne, słoneczne południe powinno kusić ludzi do relaksujących spacerów, tymczasem, o dziwo! w pobliżu nikogo nie było. Ryzyko zagrożenia wzrosło do czerwonego poziomu. Tuż za parkiem, wbitą między dwa wysokie bloki, John zobaczył znajomą nazwę sieci supermarketów „Jogurcik” i tam właśnie postanowił iść.

Johny Walker, Johny Walker, Johny Walker, powtarzał niczym mantrę. Znał siebie i wiedział doskonale, że już sam zapach trunku przywróci mu percepcję do stanu równowagi, a pierwszy łyk wzniesienie ją na wyżyny kreatywności, dzięki czemu w mgnieniu oka zrozumie otaczającą go sytuację.

Przekroczył próg i, nie myśląc, obrał azymut na dział z alkoholami. Kauczukowe podeszwy adidasów odklejały się od podłogi z charakterystycznym człapaniem, co w dużej i zupełnie cichej przestrzeni supermarketu rozchodziło się głośnym echem. Nagle stanął, zmrużył oczy i zaczął nasłuchiwać, by wyłowić jakikolwiek dźwięk. Nadaremno. Wyciągnął ponownie Glock’a, taka cisza nie wróżyła nic dobrego. Wszedł na stanowisko kasowe, by przyjrzeć się okolicy i od razu zobaczył znajome ślady krwawego śluzu, które ciągnęły się gdzieniegdzie między regałami, a to już nie tylko nie wróżyło nic dobrego, ale przede wszystkim nakazywało pośpiech. Gdzieś muszą być ranni.

Do stojącego przy kasie wózka wrzucił plecak, po czym ruszył w kierunku alejki z konserwami. Dobra whisky była mu w tej chwili potrzebna, ale odpowiednie jedzenie niezbędne, pusty żołądek stanowił jeszcze większe zagrożenie dla skutecznego działania niż kac. Z uśmiechem pozbył się chlebów ryżowych, a na ich miejsce zgarniał z półek wszystko, co było pod ręką, a co na pierwszy rzut oka wydało się wartościowe – nie mógł sobie przecież pozwolić na wybrzydzanie i długie zwiedzanie sklepu, nie, gdy ślady na podłodze stawały się z każdym metrem świeższe, co oznaczało, że przed momentem musiał przechodzić tędy ranny.

Najpierw usłyszał krzyk, później odgłos przewracanych butelek, a chwilę później mlaskanie rozrywanego mięsa. Hałasy dobiegały z magazynów, gdzie też prowadziła główna ścieżka krwawego szlaku, więc od razu, przezornie próbował się wycofać, ale gdy zobaczył, że z pomieszczenia biurowego wychodzą dwie osoby zamarł. Para stanęła około dwadzieścia metrów od niego, bezmyślnie wpatrując się przed siebie. John trwał w bezruchu, lecz bynajmniej ze strachu, po prostu nie chciał zdradzić się jakimkolwiek dźwiękiem, zakrwawione twarze rannych oraz ochłapy mięsa w ich dłoniach nie wróżyły pozytywnych zamiarów wobec kogokolwiek. Nagle z magazynów wybiegło kilku nowych i od razu rzucili się na Johna.

Chwycił gwałtownie plecak, chcąc jednym ruchem wyciągnąć go z wózka, ale szybko zrozumiał, że siedemdziesiąt litrów wcale nie tak łatwo zarzucić na plecy, nawet jeśli jest się czarnym policjantem. Wózek padł na podłogę, a jemu pozostało jedno. Obrócił się na pięcie i puścił sprintem w kierunku wyjścia. Nie wiedział czy to szósty zmysł, czy po prostu głupie szczęście, ale okazało się, że trasa ucieczki przebiegała dokładnie przez stoisko z alkoholem.
- Dzięki, stary – mruknął, patrząc w górę. Stracił jedzenie, ale z pustymi rękami stąd nie wyjdzie.

Od razu zobaczył to, co interesowało go najbardziej – rząd butelek z czarnymi etykietkami wypełnionych brązowym trunkiem. Wskoczył na ustawione skrzynki z winami, odbił się od nich i w locie chwycił dwie cenne flaszki, które po wylądowaniu znalazły się w kieszeniach spodni. Teraz już tylko do wyjścia. Niesiony radością ze zdobycia upragnionych napojów poczuł w sobie nowe pokłady energii. Nadbiegającą grupę staranował niczym wytrawny rugbysta, przeskoczył przez stanowisko z kasą i pognał ku drzwiom.

Uderzenie w szklane skrzydła było tyleż gwałtowne co zaskakujące – okazało się, że fotokomórka odmówiła posłuszeństwa i nie zareagowała na zbliżającego się Johna. Zaklął szpetnie, wstając z podłogi. Próbował jeszcze perswazją fizyczną przekonać wrota, lecz te uparcie nie reagowały, a zbliżający się ranni byli już zbyt blisko, by wchodzić w dalszą dyskusję, więc John po prostu ruszył. Bez zastanowienia popędził tam, gdzie zauważył lukę w linii ataku. Taki manewr zaprowadził go w rejon opanowany przez nabiał. Wpadł między regał z jogurtami a stanowisko promocyjne żółtych serów, minął rzędy kartów mleka, później płatków kukurydzianych, przebiegł bez wzruszenia obok makaronów, aż dotarł do działu rybnego. Ranni posłusznie dotrzymywali mu kroku, niczym uczniowie podstawówki wpatrzeni w przewodnika.

Kilkanaście metrów dalej znowu znalazł się na wolnej przestrzeni, co jednak wcale nie dało mu więcej bezpieczeństwa – zza pleców, z rybnego, który przed momentem opuścił, biegło czterech, z rejonu z pieczywem, gdzie leżał wózek, nadciągało trzech, a z magazynu wyskakiwało tylu, że John po prostu zaklął.

Tych najbliższych ustrzelił kilkoma strzałami, po czym pognał na dział mięsny, a tam jednym susem przeskoczył nad oszklonymi lodówkami i wylądował za ladą, w miejscu rozdzielania padliny. Spojrzał na napierających, by oszacować szanse przeżycia i zrozumiał, że dzisiaj, to on stanowi super promocję – „Tylko teraz osiemdziesiąt sześć kilogramów jeszcze żywego, czarnego mięsa za darmo!”. Schował Glocka do kabury, chwycił tasak w jedną rękę, w drugą nóż rzeźnicki i puścił się w lewo. Stanowił na tyle kuszącą ofertę, że klienci nie czekali grzecznie na swoją kolej, tylko wparowali za lodówki, kierując się zasadą, kto pierwszy ten lepszy. Pierwszemu wbił ostrze w czoło, drugiego pozbawił głowy płynnym cięciem tasakiem, a trzeciego powalił kopniakiem i zwalił na niego krajalnicę. Gdy wypadł z mięsnego, skierował się na chleby, gdzie dopadł wózka – adrenalina podgrzewająca krew nadała płynności jego ruchów, a to pozwoliło mu na bezproblemowe podniesienie utraconej zdobyczy. Wyciągnął flaszki z kieszeni, wrzucił je do kosza i ruszył do wyjścia.

Tym razem nie dał się podejść przebiegłej fotokomórce – stabilność szyby nadwątlił dwoma strzałami, a roztrzaskał taranując ją wózkiem, po czym wyjechał na osłoneczniony chodnik. Jednakże samo wydostanie się z supermarketu nie rozwiązało problemu, John stanowił zbyt łakomą promocję, by klienci mogli go puścić bez uszczknięcia choćby kawałka łydki.

Biegł co tchu, mając nadzieję, że zaraz wydarzy się coś, co pomoże mu ocaleć. W pewnym momencie zauważył, jak przez park pędzi inna grupa rannych, niechybnie, w pogoni za kimś. Przez pewien odcinek biegli równolegle do siebie, aż w końcu ponad krzaki uniosła się głowa tajemniczego uciekiniera.
- Co do… ? – John mruknął, gdy zobaczył, że uciekinier wcale jednak nie biegnie a jedzie. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy zrozumiał, iż jego niebieski strój, to tak naprawdę policyjny mundur.

Pokonał szerokość ulicy, wjechał na chodnik, z którego szybko przedostał się na alejkę w parku.
- Stary, co tu się dzieje?!

Nieznajomy prawie się przewrócił, gdy usłyszał właściwie artykułowaną mowę, zamiast wrogiego charczenia i dopiero kiedy zdziwienie w jego głowie ustąpiło radości ze spotkania, odpowiedział.
- Nie mam pojęcia! Dwie godziny temu dostaliśmy wezwanie o napadzie i teraz… sam widzisz!
- Dostaliśmy? Jest ktoś z tobą?!
- Tak! – Nieznajomy kiwnął głową do tyłu. – To ten na przedzie, ten z rozwalonym policzkiem! Musiałem mu…
- Gdzie macie radiowóz?! – John przerwał napotkanemu policjantowi, interesowały go tylko konkrety mogące uratować życie, a nie pierdoły co, komu i dlaczego się przydarzyło. – Gdzie zaparkowaliście?!
- Zaparkowaliśmy? Nie, na krótkie dystanse mamy to! – Obcy z uśmiechem klepnął rączkę urządzenia, na którym jechał, po czym dodał, nie kryjąc dumy. – Razor G-211! 35km/h, zasię… Cholera! – zaklął, a jego twarz przybrała mglisty odcień szarości.
- Co jest?
- Bateria mi pada!
- Co?! – Tym razem John prawie się przewrócił, równowagę utrzymał tylko dzięki pchanemu wózkowi.
- No bateria mi pada! Zaraz pewnie… - mężczyzna urwał, gdyż dokładnie w tym momencie urządzenie jęknęło, po czym wydało z siebie dwa krótkie piknięcia, a na koniec wszystkie lampki na panelu sterowania zgasły. Policjant z przerażeniem spojrzał na Johna, znów na panel i znów na Johna. Mimo, że nic nie powiedział, w jego oczach widoczna była mieszanka przerażenia i błagania o pomoc.
- No to teraz pobiegamy! – zadrwił John i przyspieszył.

Mężczyzna zeskoczył z elektrycznej hulajnogi i puścił się sprintem, ale po niespełna stu metrach zaczął wyraźnie dyszeć i zwalniać, jakby on i hulajnoga stanowili integralną całość, w której jedno bez drugiego nie może funkcjonować. Automatycznie dystans między dwójką uciekinierów a grupą pościgową malał z każdą sekundą.
- No biegnij!
- Ale… nie… mogę! – mężczyzna dyszał cały czerwony.
- Jak, kurwa, nie możesz?!
- Mam astmę! – wysapał i padł na ławkę. Gdyby nie kilkadziesiąt zakrwawionych twarzy pędzących ku niemu z wywieszonymi językami, można by pomyśleć, że zwyczajnie odpoczywa w przyjemnym cieniu drzew.

John ani myślał nieść pomoc, to by było bezsensowne. Właściwie, stwierdził, sami jesteście sobie winni. Kilka set lat temu Biały człowiek stwierdził, że zacznie sprowadzać Czarnych z afrykańskiego lądu do Europy, później Ameryki w celu zatrudnienia, a właściwie zaprzęgnięcia ich do morderczej pracy na swoich farmach. To był początek upadku fizycznej siły Białych, a Razor G-211 był niejako zwieńczeniem tejże długiej drogi na kondycyjne dno. Skoro w szeregi policjantów przyjmowani są astmatycy, nie mogący przebiec nawet stu metrów, to muszą przecież jakoś ścigać przestępców, a Razor idealnie to umożliwiał. Jeśli tylko miał pełną baterię.

John nie zwalniał, dalej pchał swój wózek z siedemdziesięciolitrowym plecakiem w środku. Raz tylko zerknął przez ramię dla zaspokojenia ciekawości i zobaczył, jak cherlawy policjant bezskutecznie próbuje odgonić się pałką od napastników. Później był już tylko krzyk. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki astmatykowi John mógł spokojnie dotrzeć do bramy wyjściowej z osiedla.

Godzinę później jedna z dwóch butelek whisky była już opróżniona, a John czuł przypływ nowej energii. Tylko za cholerę nie mógł zrozumieć otaczającej go sytuacji - na horyzoncie widział kilka słupów ciemnego dymu unoszącego się ponad wiecznym miastem Kraków, skądś dobiegały go krzyki, gdzieś w oddali widział przemykające grupki rannych w pogoni za zdrowymi.
- John i Johny Walker, dwóch przyjaciół na śmierć i życie – mruknął pod nosem, spoglądając na butelkę i ruszył tam, gdzie na nieboskłonie nie widział ciemnych, złowrogich smug, a miast uciążliwego zawodzenia słyszał śpiew ptaków.
Ostatnio zmieniony ndz 18 maja 2014, 21:35 przez Mazer, łącznie zmieniany 2 razy.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2367
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » śr 26 gru 2012, 01:31

John ścigał go od ponad pół roku, a tekst leżał nienaruszony blisko dwa lata... Głupio. Pora to naprawić :D

Mazer pisze:John ścigał go już od ponad pół roku i, mimo że całe ciało miał podrapane od chaszczy, przez które się przedzierał, mimo że czuł, jak każda rana krwawi palącym bólem, to nie odpuszczał.
Nie powiem, ze "z tego zdania wynika, że...", ale brzmi ono w pierwszym momencie trochę, jakby John go pół roku gonił przez te chaszcze.
Pogrubienie - przegięte trochę to określenie. Za dużo w jednym.

Mazer pisze:a na pierś narzucał kaburę
"Narzucać" kaburę? Nie, zdecydowanie źle dobrane słówko.

Mazer pisze:Niestety, spust stawiał na tyle zaciekły opór, że mimo usilnych starań, pistolet wciąż milczał.
Z tego zdania wynika, że spust się usilnie starał.
A chyba nie o to chodziło ;)

Mazer pisze:Nagle góra wyparowała, John zawisł w powietrzu, a spomiędzy chmur nadjechał pociąg.
Góra? A to żeś mnie skołował. Ledwo co biegłam przez jakieś chaszcze...

Mazer pisze: jak złudne było życzenie stabilizacji.
Postanowienie prędzej. W każdym razie niezgrabne określenie.

Mazer pisze:potraktował jako nieudolne jej prób
zbędny zaimek

Mazer pisze:Jak na złość, wszystkie szafki w kuchni świeciły alkoholową pustką, a jedynym napojem, na jaki trafił była woda niegazowana fitness, gdzieś leżały jeszcze płatki owsiane, jogurty naturalne i tym podobne świństwo, którego zawsze unikał. Gdy znalazł chleb ryżowy, zatrzymał się na moment i zaczął myśleć. Spojrzał uważnie na meble, a kiedy zauważył, że blat kuchenki elektrycznej, mruga do niego refleksami blasku, miast patrzeć smutną, matową powierzchnią, zrozumiał dramat swojego położenia - wczoraj to on dał się zwabić kobiecie, wczoraj to jemu przypadła rola łupu, a jej łowcy.
Taaaak... Gag znany i lubiany... I jak dla mnie jeden z tych głupszych. Facet w połowie grzebania komuś w kuchni orientuje się, że nie jest u siebie. Boki zrywać.

Mazer pisze: został przyzwyczajany
przyzwyczajony

Mazer pisze:Już na pierwszym roku pracy w policji został przyzwyczajany przez kolegów do pewnego stylu życia: praca, parę drinków wieczorem, praca, drinki, praca, drinki, a dla utrzymania formy spacery z psem; na siłownię nigdy nie chodził, nie musiał, wiedział doskonale, że każdy czarny policjant jest jak Will Smith w „Facetach w Czerni” – może wybiec na pięćdziesiąte piętro budynku za przestępcą, a później bez oznak najmniejszego zmęczenia kazać mu paść na glebę.
Trochę monstrualne to zdanie. Przez to momentami wychodzi koślawiec.

Mazer pisze:były zdecydowanie świeże, więc pierwsze obawy o dokonanie przez niego wczoraj wieczorem morderstwa odsunął daleko, ludzie różne rzeczy robią, gdy są pijani, a później nic nie pamiętają; poza tym, gdyby wczoraj ją zabił, dzisiaj raczej nie byłaby w stanie się podnieść.
Znów upychasz za dużo w jedno zdanie.
Sam żart - no chyba nie mój typ humoru. Odruchowo się zastanawiam, czemu, jak koleś ma zawiechę, czy laski w nocy nie ubił (a dziś wydawała dźwięki), nie rozważa, czy nie ubił jej przed chwilą, będąc w kuchni. Równie logiczne.

Mazer pisze:Podszedł do niej, lecz gdy tylko go zauważyła, rzuciła się na niego bez ostrzeżenia - bang! bang! bang! - i już tonął w jej objęciach.
A to co?

Mazer pisze:kłapnęła zębami przy jego aorcie,
What? Aorta to tętnica przy sercu.

Mazer pisze:po czym mocnym kopnięciem odrzucił od siebie. Kopnięcie było na tyle mocne, że dziewczyna wyleciała przez okno
Chyba wiadomo. I cóż... Kopnięcie posyłające kogoś przez okno... Umówmy się po prostu, że zupełnie nie pokrywa nam się poczucie humoru w tym tekście ;)

Mazer pisze:John posunął się do ostateczności - wepchnął w jej oko butelkę, po czym mocnym kopnięciem odrzucił od siebie. Kopnięcie było na tyle mocne, że dziewczyna wyleciała przez okno.

John, kiedy jeszcze pracował w nowojorskiej policji, spotykał różnych ćpunów próbujących przedziwnych, wręcz kosmicznych specyfików, ale nigdy nie widział, by jakakolwiek substancja wywoływała taki efekt. Poza tym, nie sądził, by jego zeszło nocna kochanka była w ogóle naćpana, gdyby bawiła się narkotykami, z pewnością zamiast wody i płatków, w szafkach znalazłby flaszki i chipsy.
1. Za często powtarza się imię (nie tylko tu, ogólnie).
2. znów za długie zdanie, za dużo w nie wciskasz

Mazer pisze:Wyjrzał przez okno. Na ulicy leżała ona, spokojna, w bezruchu, w kałuży krwi i półlitrową butelką wody wystającą z głowy.
Chyba butelką ze szkła pancernego w takim razie

Mazer pisze:pozbawione koloru białka były tak blade, jakby nigdy nie posiadały źrenic, a siły witalne już dawno z nich uszły.
1. A jakie niby miałyby być białka oczu?
2. siły witalne uchodzące z białek. Chyba czujesz, że to nie gra?

Mazer pisze:Clint’a Eastwood’a
Zbędne apostrofy

Mazer pisze:a w spojrzeniu obojgu,
obojga

Mazer pisze:jej krew miała właściwie identyczną konsystencję,
Z zasady konsystencja krwi u różnych ludzi nie różni się jakoś tak bardzo istotnie (przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo tak medycznie patrząc to pewnie i tak). Tutaj raczej należałoby zawczasu zaznaczyć, że coś w tej konsystencji jest w ogóle dziwnego (bo o to chodzi, tak?).

Ogólnie tempo "zdawania sobie sprawy" przez tego gościa jest jakieś abstrakcyjne. Dopiero przy drugiej osobie dostrzega brak źrenic i tęczówek, zaczyna mu świtać, ze coś jest nie tak. Wyciąga glocka, widzi gościa, co charczy i wyglada jak tamta laska, chowa glocka... WHY? A narrator mi wmawia, że to glina z "szóstym zmysłem".

Mazer pisze:Schował porwaną koszulę, cofnął się pod poręcz i wyciągnął komórkę.
Co? Po co? Gdzie? Do kieszeni?

Mazer pisze:płatki i chleb ryżowy. Jak można coś takiego jeść?, kiwał głową, zrzucając z półek kolejne opakowania żywności dla aktywnych sportowo.
Raczej pudło. Sportowcy muszą spożywać jakieś kalorie ;]

Tutaj łapankę odpuściłam. Błędów jest dużo. Powtórzenia, koślawe zdania, zdania przeładowane informacjami no i sposób opisywania... W dziwnej kolejności podajesz informacje, zostwiając rzeczy, które naprawdę powinny się rzucić w oczy na koniec itd. Niekomfortowo śledziło mi się akcję.

Nie bardzo też mój typ humoru. Po prostu. Miałam wrażenie, albo wytartych gagów, albo po prostu scen, których zabawność gdzieś mi umyka. Ale ja też rzadko jestem targetem literatury humorystycznej, więc zwalmy to na mnie.
O to też rozbijał się odbiór fabuły jako takiej. Miało to swoje fajniejsze momenty, ale ogólnie tekst mnie nie porwał.

Podsumowując - treściowo nie moje klimaty, a językowo sporo do poprawienia. Wierzę, że przez te (prawie) dwa lata sporo się jednak poprawiło.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Dziennik błędów | Roztańczony | Demony Witkacego


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości