Zbrodnia Doskonała

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Zbrodnia Doskonała

Postautor: MAREL » śr 23 lut 2011, 18:38

Kod: Zaznacz cały

Tekst zawiera wulgaryzmy i jest przeznaczony wyłącznie dla osób dorosłych.







Siedzący na ławce sądowego korytarza, lekko siwiejący, dobrze zbudowany mężczyzna wyraźnie przysypiał. Założone zarówno na nogach jak i rękach kajdanki, połączone pionowym łańcuchem, cichutko pobrzękiwały, za każdym razem, kiedy podrywał; opadającą ku podłodze; łysą głowę. Obecni przy nim dwaj funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego i duet zabezpieczający konwój antyterrorystów od dłuższej chwili zajęci byli własnymi sprawami. Ktoś dzwonił do żony i pytał, o której właściwie idą dzisiaj do kina, bo może się spóźnić… Inny funkcjonariusz z kolei; rozpoczął rozmowę z przechodzącym w kierunku sądowego biura podawczego pracownikiem administracji; o przyśpieszeniu udzielenia odpowiedzi; na wysłane dwa dni temu - przez szwagra policjanta - do Krajowego Rejestru Karnego Ministerstwa Sprawiedliwości; zapytania o karalność. Dochodziła godzina siedemnasta. Od dwóch godzin sąd świecił pustkami. Co prawda, na dwóch czy trzech salach trwały jeszcze wokandy, gdzie kilku niedobitków walczyło o wolność, uniewinnienie bądź złagodzony wyrok niezawisłej Temidy, ale powietrze wyraźnie zdominowała nuda. Nagle; siedzący przestępca pierwszy podniósł głowę. Za drzwiami pełniącej dyżur sekcji aresztowej wszczął się jakiś ruch. Otworzyły się drzwi, a w progu stanęła protokolantka sądowa:
- Panowie! Zapraszam do środka.
Cała piątka ruszyła do gabinetu w ścisłym porządku: prowadził komisarz z CBŚ, za nim kroczył antyterrorysta. Trzecim z kolei, przekraczającym próg sekcji był; drobiący z powodu założonych kajdanek kroczki, mężczyzna. Po nim wszedł aspirant sztabowy z CBŚ, a pochód zamykał drugi z zamaskowanych funkcjonariuszy, ubrany w taktyczną kamizelką z napisem na plecach: Policja Antyterrorystyczna.
- Proszę nie siadać, będzie krótko i na temat! – powitał wszystkich sędzia sądu rejonowego, trzymając w ręku dość gruby tom sprawy. Kolejne osiem tomów leżało rozciągniętych po całej powierzchni przepastnego biurka. „Cebeeśki” i prokurator siedzący po oknem mogli i byli z siebie wyraźnie zadowoleni. Zebrany w ciągu kilkumiesięcznego śledztwa materiał dowodowy nie pozostawiał cienia wątpliwości, jasno ukazując winę zatrzymanego przestępcy; a co najważniejsze – udało się tak przerobić wiedzę operacyjną, tak zakręcić donosicielami, wprowadzić w manowce świat przestępczy, że nawet detektyw Monk nie odkryje, kto sypnął mafię. Dyżurujący w „aresztówce” sędzia podzielał widocznie opinię, bo śmiało, patrząc wprost w oczy konwojowanemu; zaczął:
- Zebrany materiał dowodowy wyraźnie wskazuje i potwierdza pański udział w grupie i przestępstwie. Nie pozostawia cienia wątpliwości, odkrywa kolejne wątki działania zorganizowanej grupy przestępczej. Prokurator i Policja zebrały dziesiątki namacalnych dowodów, zabezpieczyły broń, narkotyki, fałszywe pieniądze w znacznej ilości, co wyraźnie pokazuje rozmach działania. Podejrzanemu grozi kara pozbawienia wolności w wymiarze piętnastu lat. Przedstawiono mu bowiem dwadzieścia osiem zarzutów z kodeksu karnego. W celu zabezpieczenia prawidłowości dalszego toku postępowania sądowo-prokuratorskiego sąd postanowił o tymczasowym aresztowaniu pana, jak na razie na okres trzech miesięcy, ale widząc ilość materiału dowodowego, szczerze wątpię, żeby na tym się skończyło. To wszystko. Panno Agatko, proszę podać funkcjonariuszom niezbędne do osadzenia w Areszcie Śledczym dokumenty. Do widzenia państwu! – zakończył sędzia i nie czekając na nikogo, wyszedł z gabinetu. Policjanci sprawdzili szybciutko dane w Nakazie Osadzenia i Postanowieniu O Tymczasowym Aresztowaniu. Wszystko grało, więc również opuścili gabinet. Sprowadzili drobiącego kroczki do sądowych pomieszczeń dla osób zatrzymanych. Dzwoniąc natarczywie obudzili zaspanego dyżurnego aresztu sądowego, który właśnie otwierał ciężkie, stalowe drzwi na dołek.
- Cześć! – zagadnął pierwszy funkcjonariusz CBŚ.
- Siema! – powitał nowych; umundurowany glina, w stopniu starszego sierżanta zresztą.
- Słuchaj, mamy jednego na areszt, nie dałoby rady upchać go z innymi w waszą więźniarkę? Wszystkim nam się śpieszy… - kontynuował cebeesiak, a pozostała trójka potakiwaniem głów gwarantowała prawdomówność. Skuty mężczyzna stał z boku. Niby przysłuchiwał rozmowie psów, tak naprawdę; rozglądał po zapełnionych celach, w których od rana siedzieli pechowcy, czyli ci, których wokandy odbyły się na początku dnia, szybko zakończyły i teraz czekali na maruderów, ciągle walczących gdzieś u góry sądu o swoje. Więźniowie; wyjeżdżając rano z Aresztu Śledczego, oddalonego wiele kilometrów od budynku Temidy wiedzieli doskonale, że wypad jest na cały dzień. Jedynie osoby, których sądy uniewinniły, uchyliły areszty po rozprawie, bądź skazały na krótkie kary odbycia więzienia, miały szansę bezpośrednio po doręczeniu glinom sądowej dokumentacji; opuścić dołek jako wolni ludzie. I tak w ciągu siedmiu dni musieli stawić się w Zakładzie Karnym, żeby rozliczyć tam swój dotychczasowy pobyt.
- Nie wiem, kurczę czy wolno… zresztą spytajcie dowódcę kompani konwojowej, jeśli pozwoli, weźmiemy klienta, bo mamy jeszcze trzy wolne miejsca, po wypuszczonych na wolność – drapiąc się pod pachą, starszy sierżant wskazał skutemu wolną celę.
- Rozkujcie go, stąd nigdy jeszcze nikt nie uciekł – poprosił przybyłych, którzy dobrze wiedzieli: Na dołku on rządzi. Pozbawiony kajdanek wylądował za kratkami. Nikt nie zwrócił uwagi na przyglądającemu się uważnie całemu zajściu, ubranemu w pomarańczowy strój więźniowi, z celi tuż obok. „Pomarańcza” niewinnym ruchem ręki uciszył towarzystwo z celi naprzeciwko, gdzie ktoś na dane hasło podszedł do kraty. Niebezpieczny skinął głową w kierunku nowo przybyłego, a wzrok więźnia z celi grupowej podążył śladem przewodnika. Dojrzał nowego. Kiwnął lekko głową, w odpowiedzi zobaczył ubraną w pomarańczowy strój rękę zmierzającą do szyi potężnie zbudowanego właściciela, poziomy ruch, markujący podcięcie gardła był sekundowym majstersztykiem. Drobny przestępca z celi grupowej zniknął wśród chodzących wokół ciasnego pomieszczenia złodziei, przemytników, włamywaczy, oszustów i rozbojarzy. Złapał za ramię chudego, wysokiego i pryszczatego mężczyznę. Odciągnął na bok, jako tako znajdując intymny kącik; szeptał mu coś długo do ucha, a pryszczaty słuchał uważnie jak ksiądz na spowiedzi pozbawionej niedawno dobrowolnie cnoty, małolaty.
Mijały kolejne minuty, w trakcie których na dołku również nic szczególnego się nie działo. Cebeeśki poszły do zajmującego poddasze budynku sądu; sztabu Wydziału Konwojowego, uzgodnić „sprzedanie” klienta i zapewnić sobie wcześniejszy powrót na łono rodziny. Antki rozsiadły się wygodnie w fotelach, ściągnęły kominiarki, porozpinały grube mundury operacyjne, poluzowały pasy, złożyły na kolanach załadowane ostrą amunicją karabinki szturmowe. Dyżurny wrócił za biurko. Po kolejnym dzwonku okazało się, że pryszczaty z celi grupowej wychodzi na wolność, co poświadczała sądowa dokumentacja, dostarczona przez protokolanta wydziału trzeciego, karnego.
- Ej ty! – krzyknął przez kraty dyżurny, i nie wiadomo jak, ale na takie zawołanie spośród dwudziestu zamkniętych chłopów, zawsze reaguje właściwy.
- Chono no tu – pies ponaglił pryszczatego. Następnie dokładnie wypytał się więźnia o imię, nazwisko, imię matki, ojca, nazwisko panieńskie matki, datę i miejsce urodzenia, adres zamieszkania.
- Jeśli nie masz nic więcej nagrabione za uszami czy w kryminale, szykuj się do wyjścia – rzucił glina od niechcenia i wrócił do telefonu. Podniósł słuchawkę, wystukał właściwy numer…
- Ewidencja zakładu karnego, słucham?
- Cześć, dołek z tej strony. Słuchaj, mam tu kolejnego do zwolnienia, który nie chce wracać na rozliczenie, a sąd go kazał wypuścić po rozprawie, sprawdź czy nie ma innych spraw i czy mogę go wypuścić; podaję jego dane…
W tym samym czasie w ciało pryszczatego wbijały się pazury mówiącego ludzkim głosem Jastrzębia:
- Słuchaj, kurwa, ze mną nie ma żartów, jak dzisiaj nie pójdziesz od razu pod ten adres i nie powtórzysz słowo w słowo tego, co usłyszałeś, to cię po wyjściu na wolność znajdę i… - zupełnie niepotrzebnie Jastrząb wymienił kilka rzeczy, których żaden człowiek na ziemi nie chciałby przeżyć. Chłop miał zresztą wyrobioną w mieście i przestępczym świecie, zasłużoną opinię.
Wróciły szczęśliwe cebeeśki, dowódca wyraził zgodę. Z godnym podziwu refleksem ulotniły się również z dołka, drzemiące dotąd antki.
- Wychodzisz na wolność! –liczne psy z konwojówki rozstąpiły się przed idącym pryszczatym, który mówił wszystkim „Do widzenia panom”, ale tak naprawdę, powtarzał w myślach otrzymane zlecenie od Jastrzębia, którego wykonanie bądź nie; niewątpliwie wpłynie na jego dalsze losy.






Jeden z siedzących w ledwo umeblowanym pokoju, mężczyzn, gwałtownie poderwał się ze starej kanapy. Nerwowo chodząc po całym mieszkaniu, raz po raz spoglądał na obracaną w ręku komórkę.
- Czopak! Uspokój się w końcu do jasnej cholery! Mówię ci! Deryl nie pęknie! Możesz być spokojny!
W nerwusa jakby piorun strzelił. Zatrzymał się, wzniósł ręce w bezradności, a następnie zaczął wykonywać nimi gwałtowne ruchy krzycząc:
- Kurwa! Jesteś taki spokojny Pinokio, bo nie ty polecałeś Deryla szefowi! Wprowadziłem go do grupy, jeśli teraz rozjebie się w śledztwie, już po mnie! Rozumiesz kurwa!? Rozjebią mnie w ciągu kilku dni! – jakby na potwierdzenie własnej hipotezy, prawą ręką demonstracyjne przeciągnął na wysokości grdyki; po czerwonej, nabrzmiałej, skaczącej z emocji szyi. Kompan w proteście położył palec na usta i zasyczał:
- Zamknij mordę Czopak, bo nam jeszcze na łeb pały sprowadzisz. Od tygodnia mam wrażenie, że ciągam za sobą psi ogon, kiedy tylko wychodzę z klatki. Deryl to twardziel, nie pęknie, zresztą dobrze wie, że mamy na niego tyle haków… - zamilkł, rozglądając się na boki, a po chwili dodał - ... starczyłoby na dożywocie. Możemy spać spokojnie, a jeśli tylko dostaniemy wieści z za krat, że jednak Deryl poszedł na współpracę, to szef… - w tym momencie Pinokio zrobił gest, jakby się wieszał; prawą rękę trzymał nad odchyloną w bok głową, wywalił przy tym jęzor, wybałuszył oczy i zaczął konwulsyjnie podrygiwać. Czopak popatrzył na kompana i westchnął:
- Ale ty jesteś pojebany…. po ostatnich samobójstwach w kryminałach, Deryl; jeśli zacznie kapować; będzie miał taką ochronę, że mucha do niego nie doleci. Ja ci zresztą mówię… - nie dokończył mowy. Odezwał się domofon. Ktoś natarczywie wciskał przycisk. Obaj gangsterzy poderwali się do biegu. Pinokio stanął przy drzwiach z mieszkania, chwytając lewą ręką wewnętrzną słuchawkę, zapytał mało grzecznie:
- Czego dusza pragnie? – prawa dłoń spoczywała na wciśniętym za pasek spodni P- 64, wyprodukowanym w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym, o czym świadczyła srebrna powłoka przyrządów celowniczych; starym, pierwszym, polskim, powojennym pistolecie, którego nowsze modele miały kolor czarny. Po gruntownej wymianie sprzętu na nowocześniejszy w polskiej policji państwowej, straży granicznej i służbie więziennej, czarny rynek broni zalały liczne egzemplarze tego modelu. Powołane do komisyjnego niszczenia broni; Resortowe Komisje Specjalne, nie były święte. Podobno każdego można przekupić, chodzi jedynie o wysokość łapówki. Krótko mówiąc, stara broń nie trafiła w stu procentach do hutniczych pieców. Model trzymany przez Pinokia, pochodził ze śląskiego garnizonu i według kwitów zdawczo-odbiorczych: dwudziestego pierwszego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku, trafił do pieca…
Gangster lubił swoją pukawkę. Dziewięć milimetrów gwarantowało przy bezpośrednim trafieniu natychmiastowy kontakt ofiary z niebem bądź piekłem, w zależności, czy chodziło o napad na plebanię czy też wyrównanie rachunków z sąsiednim gangiem. Pinokio uważał P-64 za wystarczająco dobrą broń, żeby na krótki dystans odpowiednio zmasakrować żywy cel. Sześć naboi w magazynku; niewiele, ale pestek do „klamki” – jak pieszczotliwie nazywał pistolet, było na czarnym rynku od zajebania. Tanio, szybko i skutecznie, a nie jak w przypadku nabytych nielegalną drogą, nowych modeli: Glocka, Walthera czy rewolwerów; każda pestka (nabój) była na wagę złota, a jak broń się zepsuła, to ze świeczką szukać rusznikarza.
Czopak obserwował przedpole, stojąc za firanką. Ulica była pusta. Po chodnikach chodzili za to ludzie, starcy, kobiety z dziećmi, młodzież. Obaj gangsterzy znali swoją wartość, nie jeden raz ostrzeliwując się, uciekali innym mafiosom, bądź psom. Jeśliby jakimś cudem CBŚ odkryło lokal, namierzyło poszukiwanych listami gończymi za udział w morderstwach, cały teren zostałby z pewnością odcięty od reszty świata, żeby uniknąć ofiar wśród postronnych obywateli. Psy doskonale wiedziały, że bez walki poszukiwani się nie poddadzą. Machnął więc ręką do kompana, który usłyszał w międzyczasie zdyszany głos pryszczatego:
- Przysyła mnie Jastrząb, chodzi o Deryla. Mam wiadomość do przekazania. Wpuście mnie w końcu; do chuja pana, bo mi zimno!
Po chwili do wynajmowanej kawalerki wszedł właściciel młodzieńczego trądziku z historią wyrytą na mordzie. Grzecznie się przywitał i jednym tchem wyrzucił z siebie:
- Byłem dzisiaj na sieczkarniku, gdzie spotkałem Jastrzębia. Leżeliśmy razem pod Kindziołem ( Gangster rządzący życiem wewnętrznym kryminału) na Białołęce ( Warszawska Alma Mater dla przestępczego świata, nazwa oficjalna; Areszt Śledczy Warszawa-Białołęka). Mnie wypuścili, a Jastrząb powiedział, gdzie was znaleźć. Kazał wam przekazać, że właśnie wjechał na Białołękę Deryl. Co dziwne został natychmiast odizolowany od reszty, a Lemur mający również tego dnia sprawę o usiłowanie morderstwa, kazał przekazać wiadomość: Zabijcie go.
- Kogo kurwa!? – wybuchł ponownie Czopak. Problemy w gangu z powodu aresztowania gangstera, za którego ręczył były mu zupełnie nie po myśli.
- Nie wiem – szczerze przyznał posłaniec, dodając – Jastrząb też nie miał pojęcia. Zobaczył jak siedzący w izolatce, ubrany na pomarańczowo Lemur, przywołuje go do kraty grupowej celi. No to podszedł. Potem Lemur wskazał Deryla i wykonał znak. Jastrząb co mi kazał, to przekazałem. Podobno zresztą szukacie chętnych do roboty? – uśmiechnął się przymilająco pryszczaty – Jestem swój chłopak, Jastrząb może zresztą poświadczyć… - nie dokończył rozmowy wstępnej, bo wpadł mu w słowo; mający dość kłopotów; nerwus Czopak.
- A taki chuj mnie obchodzi, kto cię popiera. Nie jestem kurwa kadrowym!
- Uspokój się baranie! – ripostował Pinokio, wypychając kompana do kuchni. Zamknął drzwi, wrócił do pryszczatego i szepnął mu w ucho:
- Dobra, bądź jutro między dziewiętnastą a dwudziestą w dyskotece „ Nirvana”. Wspomnę o tobie takiemu jednemu, z nim ustalisz resztę. Jak tam wejdziesz, pytaj o Hanysa. A teraz, wybacz, dzięki za info, ale musisz już iść. Mamy wiele pracy – pozbywając się z mieszkania nowego, zatrzasnął mu drzwi przed nosem i ruszył do zamkniętej kuchni.
- Nie jesteśmy od myślenia, jeden chuj kogo mamy odjebać; skoro to pomoże Lemurowi. Ubieraj się Czopak i przestań mnie wkurwiać. Trzeba powiadomić szefa. Czopak wychodził z zamyśloną miną: „Lemur, zastępca szefa, kazał najwidoczniej z ostrożności zabić Deryla. Nie jego, Czopaka, tylko aresztowanego właśnie Deryla. I bardzo dobrze. Skończą się kłopoty.”





Gwałtowny, długi, natrętny dzwonek wyrwał z popołudniowego otumanienia dyżurnego sądowego aresztu. Starszy sierżant spojrzał w ekran monitoringu. Zobaczył oczekujący na wejście konwój z ostatniej tego dnia, wokandy. Podszedł do masywnych drzwi, przekręcił mało skomplikowany zamek, wsadzając do odpowiedniego otworu dość duży klucz.
- Musisz kurna chata tak napierdalać dzwonem po mózgu? – spytał z wyrzutem konwojującego złodzieja; sierżanta, dowódcę zespołu, który porządnie zdenerwowany odpowiednio zareagował:
- Przestań mnie wkurwiać człowieku! Już myślałem, że tam zdechniemy! Od dziewiątej rano bez przerwy! Sędzina nawet prokuratora do kibla wypuścić nie chciała, a jak adwokat zaproponował przerwę; tylko prychnęła ze złością. Całe szczęście, na dzisiaj koniec sprawy.
Doprowadzony wrócił do zbiorczej celi, a dyżurny dołka wydał oczekującym funkcjonariuszom mało służbowe polecenie:
- No dobra panowie, koniec opierdalania, ruszamy z wywózką!
Ze służbowego pomieszczenia wysypał się tłumek gliniarzy. Spora część ruszyła do wyjścia, gdzie, na zewnątrz; wyraźnie było słychać odgłos podjeżdżającego, dużego wozu. Policjant-kierowca więziennego autobusu kończył parkowanie pojazdu. Psy ustawiły się, tworząc zabezpieczający kordon. Od dołka do samych drzwi więźniarki. Wyznaczeni zawczasu dwaj funkcjonariusze, ruszyli z gotowymi kajdankami do wskazanych przez dyżurnego cel.
- Dobra, najpierw jedziemy z ochronkami, potem pójdą niebezpieczni, a na koniec reszta złodziei – usłyszeli bez owijania w bawełnę od starszego sierżanta.
Na pierwszy ogień poszedł Lemur.
- Rączki do tytułu – powiedział, otwierając kratę celi, gliniarz.
- Idziesz jeszcze do kibla? – pytał drugi, dowódca konwoju do Zakładu Karnego, dodając – znasz zasady, żadnych przerw na siusiu, przez najbliższe dwie godziny. Lemur odmówił. Doprowadzony do więźniarki, zajął jedną z trzech izolatek. Zamknięty na cztery spusty oczekiwał końca załadunku. Jako trzeci do kolubryny trafił Deryl, również odizolowany od pozostałych. Na końcu wsiadł Jastrząb. Zamyślony, nieobecny, nie brał udziału w rozmowach więźniów. Trafił do mniejszej celi zbiorczej, bliżej osadzonego w izolatce Lemura. Kiedy dwóch policjantów zajęło swoje miejsca w części konwojowej, a autobus ruszał, Jastrząb spróbował potwierdzić zlecenie:
- Na pewno!? – krzyknął w stronę przegradzającej cele ścianki.
- Tak! – odpowiedź nie pozostawiała cienia wątpliwości.
- Cisza albo będziecie jeździć pojedynczo i do wieczora nie zajedziecie do celu! – uspokoił obu starszy posterunkowy. Poskutkowało. Przez kolejne półtorej godziny więźniowie jadący obok siebie, w dwóch zbiorczych pomieszczeniach; mniejszym i większym – rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami. Omawiali swoje wokandy, dzielili się spostrzeżeniami, wiadomościami z wolności, żyli sprawami kryminału. Trzech odizolowanych mężczyzn pozostawionych było własnym myślom.





Brama główna Zakładu Karnego otwierała się zawsze z rozdzierającym uszy, piszczącym alarmem. Konwojujący policjanci pozbywali się na śluzie wjazdowej broni. Pokonanie drugiej bramy, mogło odbyć się jedynie po zdaniu pistoletów i karabinów.
- Deryl! Pamiętaj! Milcz! – Lemur krzyknął tylko raz, kiedy obaj posterunkowi zdawali broń. Nikt z funkcjonariuszy nie zwrócił uwagi na korespondencję. Nigdzie nie odnotowano krótkiego polecenia. Jedynie pozostali konwojowani zamilkli na chwilę, nie chcą przeszkadzać gwarem bossowi w załatwianiu spraw. Deryl się nie odezwał. Po wjeździe na plac manewrowy zakładu, jako pierwszy opuścił więźniarkę.
- Nowy. Ochronka. Izolowany od wszystkich – poinformował więziennego strażnika dowódca konwoju, wprowadzając więźnia na korytarz kryminału. Klawisz zerknął w papiery i machnął ręką w kierunku malutkiej celi.
- Rozkujcie go! Pod ścianę! Ręce nad głowę! – wydał polecenia, najpierw policjantom, następnie Derylowi i wprawnymi ruchami przeszukiwał więźnia.
- Do celi! – wskazał po wszystkim malutkie pomieszczenie i zamknął na skoble drzwi, po wejściu do środka „nowego”.
- Kto następny!? – strażnik więzienny pytał konwojujących gliniarzy, krzycząc przez cały korytarz.
- Jeszcze jedna ochronka, jeden niebezpieczny i osiemnastu zwykłych! – odkrzykiwał pies, a klawisz liczył łby przy wejściu do cel.
- Zgadza się. To wszystko – oznajmił konwojowi, po podliczeniu; ilu wyjechało więźniów na rozprawy rano, ilu zwolniono z budynku sądu, ilu wróciło do kryminału.
Dwie i pół godziny potem Deryl trafił na oddział specjalny, do pojedynczej celi, przewidzianej dla przyszłych świadków koronnych.





Czopak i Pinokio podjechali wezwaną wcześniej taksówką pod wskazany adres. Firma transportowa „ Domisped” przewozy krajowe i regionalne – głosiła reklama na budynku przylegającym do potężnego placu manewrowego, gdzie stały liczne ciężarówki z naczepami różnego rodzaju i bez przyczep, tak zwane solówki. Grzecznie zapłacili za kurs. Podczas jazdy w ogóle nie rozmawiali, jedynie Pinokio wymruczał kierowcy Taxi ulicę i nazwę firmy. Weszli do biura, na parterze skręcili w lewo, stanęli przed zamkniętymi drzwiami z tabliczką: „Spedycja” i zapukali.
- Proszę! – usłyszeli męski głos. Weszli. Stojący tyłem mężczyzna w średnim wieku, obrócił się ku gościom, a widząc przybyłych, uniósł brwi. Pinokio zrozumiał:
- Mamy go… ghłyk…! – przeciągnął ręką po szyi.
- Kogo? – zdziwił się „spedytor”.
- No właśnie, kurwa, w tym problem, że nie wiemy, bo ten… - Czopak nerwowo podrygiwał całym ciałem.
- Zamknij mordę jak cię nikt nie pyta…- syknął Pinio i zaraz poprawił kompana:
- Tylko tyle wiemy, bo nic więcej nam nie przekazano… dokładnie to było właściwie tak – zaczął jeszcze raz opisywać zdarzenie na dołku, przedstawione przez pryszczatego.
- Którą ręką pokazał? – zaciekawił się biznesmen, mając na myśli znak, wykonany przez Lemura. Zapadło milczenie.
- Chuj jeden wie… - nieśmiało zaczął Czopak.
- Stul pysk… - Pinokio uświadomił sobie, że nigdy nie awansuje przy koledze; w gangu; na umysłowego. Spedytor przymknął oczy i zbierał w sobie moc opanowania, a po chwili ze stoickim spokojem polecił:
- Znajdźcie pryszczatego, zanim pojawi się w „Nirvanie”, dokładnie, jeszcze raz wypytajcie o każdy szczegół, a potem do piachu z nim! Ja w tym czasie skontaktuję się z szefem.





Lemur dotarł do celi przeznaczonej dla niebezpiecznych więźniów porządnie zmęczony. Położył się zaraz na pryczy, przymknął oczy i głęboko westchnął:
„ Za kilka dni wyrok powinien zostać wykonany… jeszcze rok paniki, szumu wokół sprawy, a potem wszyscy o mnie zapomną i o to chodzi…”
Obrócił się zadowolony twarzą do ściany i natychmiast usnął z błogim uśmiechem na twarzy.
W tym czasie dwaj mężczyźni wchodzili po schodach, na ostanie piętro starego, od dawna zamkniętego domu handlowego.
- W mordę jeża! Kiedy w końcu skończy się to świniobicie? Zabij tego, zabij tamtego, puknij jeszcze jego! A co ja, kurwa, jestem!? Rzeźnik jakiś? – Czopak miał od dawna własny świat. Cyngiel gangu nie musi być normalny, ma zadanie i powinien się z niego wywiązać w terminie. Jak do tej pory, miał świetną opinię, toteż wiele „wpadek”, uchodziło mu przed szefem na sucho. Ot, takie tam drobnostki; rozróba w firmowym klubie, niezaplanowana strzelanina w kinie czy kilka lewych, przeprowadzonych na własną rękę; szybkich interesów z rumuńską mafią. Kiedyś, przy mocno zakrapianym stole, podliczył, że do tej pory ubił tak z piętnaście prosiaczków; jak w myślach nazywał swoje zlecenia. Parsknął śmiechem w najmniej odpowiednim momencie.
- Co cię tak śmieszy Czopak? – zapytali lekko podpici kompani. Właśnie toczyła się zażarta dyskusja, kim, do jasnej cholery jest ich szef? Człowiek-widmo, którego nikt, nigdy nie widział na oczy. Polecenia otrzymywali od Lemura, a kiedy wsadzono za kraty gangstera, schedę objął jego brat, dla ułatwienia nazywany również Lemurem. Oficjalnie na stanowisku dyrektora rodzinnej firmy transportowej zachowano ciągłość rządów. Wszyscy wiedzieli, że oba Lemury kontaktują się z bossem; jedynie, za pomocą wymyślonego systemu łączności. Żadnych spotkań w cztery oczy. Instrukcje na telefon, kasa na wskazane konta, zlecenia przez komórkę esemesami. Powoli zaczynało to przypominać jedną z części filmu Akademia Policyjna, gdzie ukryty za szybą szef, instruował mało inteligentnych przestępców.
- Gówno! – szczerze odwarknął cyngiel mafii, przyjmując kolejną dawkę narkotyku, z leżącego na środku stołu, wspólnego stosu używek zabronionych.
Idący po schodach, zaraz za Czopakiem, Pinokio parsknął śmiechem z nieukrywanym sarkazmem.
- Chcesz? Od dzisiaj będziesz Rzeźnik, a nie Czopak. Może masz wyrzuty sumienia? Chodź, wyspowiadam cię…
- Odpierdol się Pinokio, lepiej mi powiedz, po co tu przyleźliśmy?
- Według wszelkich znaków na niebie i ziemi, zastaniemy na górze pryszczatego albo kogoś, kto nam powie, gdzie franca aktualnie jest…






Pływające w jeziorze bez nazwy; ryby od kilku minut przyglądały się z ciekawością, graniczącą z podziwem; opadającym na głębokie dno, fragmentom mięsa. Porżnięty fachowo, na kawałki pryszczaty stanowił cud. Jak w dowcipie: Pływają w akwarium dwie rybki, nagle jedna mówi do drugiej:
- No dobrze, skoro jesteś taka mądra i twierdzisz, że Boga nie ma, to powiedz, kto nas karmi?




Tymczasem stojący na chybotającej się łódce, dwaj bogowie, ubrani w robocze, nieprzemakalne, zmywalne kaftany, w jakich chodzą rybacy dalekomorscy, peklowali części chudzielca metodą naturalną „wrzuć-zapomnij”.
- Przestań tak się kręcić, bo w końcu wyjebiemy się dnem do góry, a wiesz, że nie umiem pływać gamoniu! - Pinokio trzymał latarkę, przyświecając w panujących wokół; raz na jakiś czas przerywanych wizytą połówki księżyca; egipskich ciemnościach wspólnikowi przy robocie. Dochodziła trzecia w nocy.
- Phy… też nie umiem. Kurwa, może trzeba było zabrać kapoki ratunkowe? Jeszcze się tu potopimy… - Czopak natychmiast uspokoił ruchy. Łódka przestała bujać. Gangster podniósł lewą, kiedyś tam, nogę, pryszczatego i z rozmachem cisnął w toń. Zakrwawiona kończyna z gracją prasnęła w taflę jeziora i zaczęła tonąć.
- To moje! – wrzasnął węgorz, rozpychając na boki okonie, płotki i bolenie. Ze smakiem rzucił się na spadające z góry dary nieba zapewne…
- Myj dokładnie, żeby potem nie było – Pinokio instruował operującego podciśnieniowym urządzeniem Karcher, Czopaka; obracając się wokół własnej osi z podniesionymi rękoma. Od kaftana odrywały się fragmenty ludzkich włosów, kości, skóry. Krew spływała w kierunku jeziora. Potem nastąpiła zamiana; Czopak się kręcił, a Pinokio dokładnie mył kompana. Na sam koniec pod strumień wody poszła, ociekająca krwią, ludzkimi wnętrznościami i fragmentami; łódka. Po wszystkim gangsterzy odprowadzili środek transportu w miejsce, z którego łajba została skradziona. Rozwaloną wcześniej kłódkę, zastąpili identyczną.
- Heh, to się rybak rano zdziwi, jak będzie kluczyk wkładał – Pinokio był wyraźnie w humorze i cieszył się jak dziecko z wyrządzonej psoty.
- Oj tam, oj tam, ale za to jakie węgorze będzie miał w sieciach! – Czopakowi również udzielił się nastrój kolesia.




- Lewą! – powiedzieli jednocześnie dwaj mężczyźni, stojący ponownie przed trzecim, elegancko ubranym; w biurze firmy transportowej. Spedytor popatrzył uważnie na przybyłych.
- Na pewno? – zapytał.
- Na sto procent! Mnie nikt jeszcze nigdy nie okłamał – Pinokio z gracją kota przeciągnął ręce, aż kości i stawy zatrzeszczały.
- A co z…?- z ostrożności przed zamontowanymi podsłuchami, nie dokończył biznesmen.
- Załatwione! – krótko odpowiedział Pinio, dając do zrozumienia, że temat zakończony. Ustawiony odpowiednio wcześniej Czopak, nie wdawał się w dyskusję.
Na koniec obaj usłyszeli, że mają wracać do siebie i czekać na dalsze instrukcje. Za wykonaną robótkę dostali po trzy tysiące euro na łeb, z czego bardzo się ucieszyli, właśnie byli pod przysłowiową kreską.





Stojący w budce telefonicznej mężczyzna uważnie słuchał:
- Zbrodnia doskonała nie polega na pozbyciu się raz na zawsze ciała czy też popełnieniu morderstwa tak, żeby wyglądało na wypadek! Mylisz Lemur pojęcia! Zresztą, nie myśl! Nie jesteś od tego! Tak jak powiedziałem! Zrobimy to, kiedy wszystkie figury będą rozstawione na szachownicy! A potem… szach mat! To jest zbrodnia doskonała! Rozumiesz?
- Tak, oczywiście. Do widzenia panu – wybąkał biznesmen, czując, że tylko tajemniczy szef jest w stanie pojąć daleką przyszłość i przewidzieć ruchy przeciwnika. Widocznie musi być doskonałym szachistą… spedytor odłożył słuchawkę automatu i wyszedł na chodnik. Rozmowa przeprowadzona między dwoma budkami telefonicznymi Polskiej Telekomunikacji S.A, zniknęła w morzu innych połączeń. Dwie godziny wcześniej na ósmym piętrze szczecińskiego hotelu Radisson, w restauracji Europa, przy zarezerwowanym wcześniej stoliku, spotkały się dwie osoby: elegancka czterdziestoletnia kobieta, i około pięćdziesięcioletni, dobrze ubrany mężczyzna.
- Nie możemy zaczynać, jeśli nie będziemy mieć pewności, że sprawę dostanie sędzia T. Z tego, co mi wiadomo, aktualnie czynności prowadzi sędzia G, co stanowi zagrożenie, ponieważ uchodzi za człowieka nieprzekupnego. Nie muszę tłumaczyć, każdy element sprawy zostanie połączony z naszą akcją, więc; prędzej czy później akta i tak wylądują na biurku G. Rozumiem, czekamy wyłącznie na ostatni ruch, ale nie możemy sobie pozwolić na wątpliwości. T musi dostać sprawę, zanim zrobimy szacha! Tak postanowili udziałowcy przedsięwzięcia. Rozumiesz? – kobieta nachyliła się w stronę słuchającego i dodała:
- Zleceniodawcy się niecierpliwą. Zbyt wielu ludzi zainwestowało całe majątki, żeby teraz się wycofać bądź obawiać o przebieg gry. Macie miesiąc na realizację ostatniego ruchu, a potem… Mat! – Mężczyzna przytaknął. Kelner właśnie podał śniadanie.
- Ja dziękuję. Rachunek zapłaci ten pan – powiedziała kobieta i wstała bez pożegnania od stołu.
Rosyjskie śniadanie z kawiorem nie smakowało tak jak powinno. Pół godziny potem, elegancki klient, poprosił o rachunek. Zamyślony wchodził do podziemnego parkingu.
„ To będzie ciężka przeprawa” – pomyślał, wsiadając do terenowego Nissana Pathfindera.


- Czy ty aby, na pewno umiesz jeździć betoniarką? – upewniał się Pinio, patrząc z ukosa na rozpaczliwe próby uruchomienia ciężarówki przez kolegę. Kilkanaście minut wcześniej obaj z Czopakiem zręcznie przeskoczyli płot odgradzający teren budowy od przyległej ulicy. Siedzący w odległej stróżówce, kompletnie pijany, cieć, spał, podpierając opadającą brodę, łokciem. Ucharakteryzowana przez zręcznego lakiernika samochodowego, na pszczółkę Maję, betoniarka na podwoziu Mana, stała; jak zawsze, przy opustoszałych tej nocy, kontenerach robotników.
- Pewnie, że umiem! – oświadczył z dumą złodziej, kiedy silnik zawarczał miarowo, a spięte na krótko kable zostały odpowiednio wzmocnione taśmą, żeby czasem nie rozłączyły się podczas jazdy. Wóz ruszył łagodnie. Wyjechał przez otwartą bramę, której, nigdy, nikt nie zamykał. Drzemiący stróż, słysząc warkot, machnął tylko ręką:
- Jechać, jechać, nie zawracać mi dupy… - wymamrotał, śniąc o tym, że kiedyś zostanie szefem wszystkich cieciów i to on będzie układał grafiki.
- Nie mogliśmy wejść przez bramę? Po chuj skakaliśmy przez płot jak Wałęsa? – dopytywał się Pinokio, bo jeśli chodzi o kradzieże gablot, specjalistą był Czopak.
- Nie mogliśmy i już. A teraz zamknij psyk i lepiej sprawdź, czy się nie spóźnimy! – wydane polecenie zostało natychmiast wykonane. Pinio rzucił okiem na zegarek. Dochodziła północ. Polecenie było jasne: „O godzinie zero dwadzieścia; Ulokować się na terenie leśnego kompleksu, przy drodze między centrum miasta, a peryferyjnymi, luksusowymi dzielnicami domków jednorodzinnych. Po otrzymaniu sygnału – wiadomości tekstowej – ruszyć w kierunku ulicy Twardowskiego i staranować nadjeżdżający z naprzeciwka samochód osobowy Renault Clio, za którym będzie jechał w bezpiecznej odległości, Van, dający sygnały długimi światłami. Robotę wykonać porządnie, kierowca osobówki nie ma prawa przeżyć. Za zadanie; po dziesięć tysięcy euro na łeb”.



- Więc, jak już mówiłem, panie sędzio, może być pan pewny tego stanowiska. Trybunał Konstytucyjny potrzebuje takich ludzi! Zakończy pan sprawę mafii, i przechodzi poziom wyżej! Na sam szczyt! – elegancki, pięćdziesięcioletni mężczyzna, gratulował sędziemu G, przyszłego awansu, o którym wiedzieli nieliczni ze świata polskiej palestry. Przechodząca obok czterdziestoletnia kobieta, spojrzała wymownie na obu prawników. G, ładnie ukłonił się damie. Elegancik natomiast, jakby nagle został tajemniczą wiadomością pobudzony do działania, oznajmił sędziemu:
- Wypijmy za przyszłość i pora do domu panie sędzio!
Po kolejnej lampce obaj wyszli na zewnątrz okazałego pałacu. Nie byli pijani. Wypili raptem trzy-cztery lampki przez kilka godzin. G, odprowadzony do samego samochodu obrócił się do elegancika:
- Dziękuję, za wszystko panu dziękuję. Do zobaczenia jutro w ministerstwie!
- Tak, tak. Do zobaczenia! – mocno uściśnięta dłoń G, powędrowała następnie do kieszenie garnituru. Wydobyła kluczyki. Po kilku minutach Renault Clio opuściło przypałacowy parking…




Okolicznych mieszkańców wyrwał ze snu potężny huk, a następnie rozdzierający nocną ciszę zgrzyt, jakby jęczały portowe dźwigi. Hałas dobiegał od strony przecinającej dzielnicę drogi. Ktoś wyjrzał przez okno, kolejny wybiegł z domu, inny wykręcał numer alarmowy; tak na wszelki wypadek. Przybyłe na miejsce służby nie miały wiele do roboty. Zmasakrowane auto osobowe ledwo było widać spod kręcącej się ciągle gruszki betoniarki. Pszczółka Maja siedziała swym cielskiem wygodnie oparta na leśnych drzewach, dociskając kilkunastotonowym ciężarem do ziemi paręset kilo francuskiej blachy z polskim prawnikiem wewnątrz.
- Ja pierdolę… jak my wyjmiemy ciało? – zastanawiał się obecny na miejscu; dowódca jednostki ratowniczo-gaśniczej, prosząc przez radiostację o załatwienie wielkiego dźwigu, do posprzątania tego burdelu. Również przybyłe pogotowie, policjanci; wiedzieli jedno: ktokolwiek jechał francuską Pandorą, na wieki wieków został pogrzebany w tej puszcze.






- Cały jesteś? – Pinokio oglądał ciało kolegi.
- Tak, a ty? – kolega odwzajemnił się oględzinami. Dyrektywy były wyraźne. Nie mieli prawa zostawić na miejscu nawet plwociny, o kropelce własnej krwi, włosa, odcisków palców czy paznokciu nie wspominając. Jak przy każdym wypadku śmiertelnym, na pewno zabezpieczone zostaną próby zapachowe, ale nie po to wyjebali pół kilo pieprzu na całą kabinę, zlali wszystko benzyną, żeby teraz martwić się od takie duperele.
- Ja też! No, stary, pora odebrać kasę za dobrze wykonane zadanie! – Pinio klepnął pobratymca w ramię i obaj skierowali się ochoczo do pewnego przedsiębiorstwa transportowego.





Leżący na dnie jeziora, tłusty jak boczek; węgorz, spojrzał w niebo.
- Boże! Za co nas tak rozpieszczasz!? Czy nie wiesz, że co za dużo, to niezdrowo!? – modlił się, na widok kolejnych opadających ludzkich fragmentów. Kiedy deszcz łaski nie ustawał, oddalił się, w sobie tylko znanym kierunku; bekając bez skrępowania. Tam, gdzie ciemno, daleko i cicho, a co najważniejsze; dobrobytu nie ma.
Tymczasem części Pinokia, Czopaka i Lemura-Spedytora kręciły się w wodnej toni, wirowały, kusiły innych mieszkańców jeziora. Pojawiły się raki, które ochoczo zajęły się utylizacją organicznej biomasy.







Wykonujący rano swoje czynności klawisz, zerknął przez judasza i włosy stanęły mu na głowie dęba:
- O kurwa! – krzyknął i pobiegł do kierownika zmiany. Wiszące na okiennej klamce ciało w pomarańczowym kostiumie, z posiniałą mordą, oczyma na wierzchu oraz mokrą plamą na spodniach między nogami, nie pozostawiało wątpliwości; kolejny Lemur rozstał się z ziemskim padołem. Przed dyżurką kierownika zmiany, klawisz zderzył się z kolegą z bloku trzynastego, który również minę miał niewyraźną; Jastrząb także odfrunął tej nocy, na zwiniętym fachowo prześcieradle. W sześcioosobowej celi nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał.
- Dobrze. Mamy program: ”Jak oni śpiewają?”, może będziemy mieć program: „Jak oni tańczą?” ale, czy do chuja pana, ktoś w końcu nakręci reportaż o tych samobójstwach!? Mam nawet tytuł: „ Jak oni to robią!?” – kierownik zmiany właśnie skończył rozmowę z dyrektorem kryminału i był w trakcie składania podpisu pod raportem o przejście na zasłużoną emeryturę.




Dwa dni potem, wychodzący pod wieczór ze swojego mieszkania w bloku, Komendant Główny Policji w randze generała minął wypielęgnowane rabatki, kiedy szóstym zmysłem poczuł, że ktoś za nim idzie.
Stanął, obrócił się i zobaczył trzydziestoletniego, krótko ostrzyżonego mężczyznę, który coś trzymał w ręku. Policjant otworzył nawet usta, żeby zapytać, w czym może człowiekowi pomóc, ale tamten uprzedził generała:
- Pazdrawlenia w dień rażdienia… - syknął i trzykrotnie wypalił, naciskając spust krótkiego pistoletu, w kierunku oficera z bliskiej odległości. Martwy Generał, osunął się na ziemię… zabójca, nie śpiesząc się, ruszył w kierunku oczekującego na niego za rogiem samochodu. Ktoś zadzwonił, informując policję, że przed chwilą, słyszał strzały na osiedlowej uliczce. Podał nawet dokładny adres…




Siedzący w ministerialnym fotelu urzędnik oglądał najświeższą relację z miejsca zabójstwa szefa polskich glin. Podniecona medialnym show prezenterka paplała jak nakręcona o wszystkim: tajemniczych zapewne zleceniodawcach zabójstwa, powiązaniach z innymi niewyjaśnionymi do tej pory morderstwami, zorganizowaną strukturą mafijną, działającą na terenie Polski oraz politycznymi następstwami popełnionej zbrodni. Na koniec transmisji dodała, że całością śledztwa zajmie się ceniony, szanowany i popierany przez większość posłów oraz senatorów Rzeczpospolitej, sędzia T, który swoją osobą gwarantuje szybkie i dokładne wyjaśnienie czynów.
- To właściwy człowiek, na właściwym miejscu, jak zapewniają specjaliści, a teraz proszę państwa oddaję głos do studia, gdzie rozpoczyna się właśnie konferencja prasowa z udziałem ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego i wyjaśniającym; od czasu tragicznego wypadku komunikacyjnego i śmierci sędziego G, którego auto zostało staranowane przez kierującego ukradzioną wcześniej ciężarówką, jeszcze nie zatrzymanego, złodzieja samochodów; to jakże ważne śledztwo, sędzią T.

- Szach i mat! – elegancki, pięćdziesięcioletni mężczyzna, z rozkoszą przeciągnął zmęczone mięśnie, prostując kark i ręce.
Pomyślał, że szachy to rzeczywiście królewska gra, a jego szczęście, że nie jest pionkiem na polu, tylko stojącym przy samej królowej; gońcem.
„Boże chroń króla!” – wpisał wieczorem, do prowadzonego systematycznie pamiętnika. Tej nocy śnił o czterdziestoletniej królowej i szczęśliwy, że mimo braku nadziei na szachowy awans, gońców tak szybko się nie poświęca; spał jak aniołek.



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 26 lut 2011, 12:57

MAREL pisze:Założone zarówno na nogach jak i rękach kajdanki, połączone pionowym łańcuchem

Wywaliłabym to słowo. Tzn. łatwiej wyobrazić sobie, co miałeś na myśli, ale łańcuch przecież w każdej chwili może zmienić kształt ;)

MAREL pisze:Nagle; siedzący przestępca pierwszy podniósł głowę.

Z któregoś z tych słów wypadałoby zrezygnować.

MAREL pisze:Trzecim z kolei, przekraczającym próg sekcji był; drobiący z powodu założonych kajdanek kroczki, mężczyzna.

"drobiący kroczki" - nie podoba mi się, później też używasz tego zwrotu. Zresztą cały opis jest troszkę przeładowany. Podkreślenie - wyrzuciłabym. Robisz dużo dookreśleń, które mówią wciąż o tym samym.

MAREL pisze:Kolejne osiem tomów leżało rozciągniętych po całej powierzchni przepastnego biurka.

"przepastne" - sugeruje jakąś głębię, a przecież mówisz o powierzchni.

MAREL pisze:Jeden z siedzących w ledwo umeblowanym pokoju

może: skromnie umeblowanym?

MAREL pisze:starym, pierwszym, polskim, powojennym pistolecie

aliteracja

MAREL pisze:- Byłem dzisiaj na sieczkarniku, gdzie spotkałem Jastrzębia. Leżeliśmy razem pod Kindziołem ( Gangster rządzący życiem wewnętrznym kryminału) na Białołęce ( Warszawska Alma Mater dla przestępczego świata, nazwa oficjalna; Areszt Śledczy Warszawa-Białołęka). Mnie wypuścili, a Jastrząb powiedział, gdzie was znaleźć. Kazał wam przekazać, że właśnie wjechał na Białołękę Deryl. Co dziwne został natychmiast odizolowany od reszty, a Lemur mający również tego dnia sprawę o usiłowanie morderstwa, kazał przekazać wiadomość: Zabijcie go.

To jest dialog, a w nawiasy wstawiasz dodatkowe informacje, które rozmówcy znają. Wiem, że robisz to dla czytelnika, ale dialog to nie jest odpowiednie miejsce na takie wstawki.

MAREL pisze:- Nie jesteśmy od myślenia, jeden chuj kogo mamy odjebać; skoro to pomoże Lemurowi. Ubieraj się Czopak i przestań mnie wkurwiać. Trzeba powiadomić szefa. Czopak wychodził z zamyśloną miną: „Lemur, zastępca szefa, kazał najwidoczniej z ostrożności zabić Deryla. Nie jego, Czopaka, tylko aresztowanego właśnie Deryla. I bardzo dobrze. Skończą się kłopoty.”

Zgubiło się zakończenie dialogu i początek narracji.

MAREL pisze:- Rączki do tytułu – powiedział, otwierając kratę celi, gliniarz.

:lol:

MAREL pisze:Pływające w jeziorze bez nazwy; ryby od kilku minut przyglądały się z ciekawością, graniczącą z podziwem; opadającym na głębokie dno, fragmentom mięsa. Porżnięty fachowo, na kawałki pryszczaty stanowił cud. Jak w dowcipie: Pływają w akwarium dwie rybki, nagle jedna mówi do drugiej:
- No dobrze, skoro jesteś taka mądra i twierdzisz, że Boga nie ma, to powiedz, kto nas karmi?

To mógłby być świetny, chyba najlepszy fragment opowiadania, gdyby mu dodać troszkę liryczności ;)

MAREL pisze:Tymczasem stojący na chybotającej się łódce

chyboczącej się

MAREL pisze:Zakrwawiona kończyna z gracją prasnęła w taflę jeziora i zaczęła tonąć.

Nie sądzę, żeby części ciała od razu opadały na dno. Przecież nawet cały trup wypływa!

Miałam smaka na to opowiadanie, kiedy tylko wstawiłeś. Ciągle jeszcze pamiętam "Dołek" ;) i spodziewałam się po tym opowiadaniu czegoś więcej. Jednak wcale nie było lepsze. Zabrakło mi tych twoich charakterystycznych, odważniejszych, nietypowych stwierdzeń, nawet tych wulgarniejszych. One zbudowałyby tu najlepiej pasujący klimat. To wygląda mi na napisane na kolanie, nie za bardzo zadbałeś o formę (np. średniki walnięte byle gdzie lub zamiast przecinka, nie wiem czemu). Opisy są codzienne, zwyczajne, serwowane mimochodem i nie mające wiele wspólnego z fajerwerkami, serwowanymi przez seriale kryminalne i przez to mi się podobało. Dialogi - niejeden raz się przy nich uśmiałam. Jeśli chodzi o samą fabułę, to nie jest jakaś szczególna. Ale w dobry sposób ją prowadzisz, przemyślana kolejność zdarzeń. Nie silisz się na wybuchy, efekty specjalne. Po prostu przedstawiasz historię.

Pozdrawiam.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 26 lut 2011, 16:36

Wielkie dzięki za tak konstruktywny komentarz! Zgadzam się całkowicie z Twoimi uwagami dotyczącymi trzech spraw: chyboczącej, tytułu oraz braku zakoończenia dialogu i poczatku narracji. Co do pozostałych uwag: Niebezpieczni więźniowie najczęściej drobią kroczki, idąc skuci kajdankami na rękach i nogach, połaczonych pionowym łańcuchem. Trup, owszem, wypływa, ale po czasie spędzonym pod wodą ( zazwyczaj kilka dni), pokawałkowanie i wrzucenie zwłok do jeziora jest nęcącą przynętą dla mieszkańców i osobiście jeszcze nie słycałem,żeby pływała gdzieś sobie ucięta wczesniej, ludzka noga. Zgadza, się, aliteracja jest, ale tak chciałem. Skromnie umeblowana melina przestępców? meliny zazwyczaj są ledwo umeblowane. Przepastny= rozłegły=duży. Masz rację, kiedy wspominasz formę, ale to moja achillesowa pięta i tylko dzięki Tobie oraz innym osobom, które zwracają mi na to uwagę, wiem, że coś takiego w ogóle występuje ( jak forma).
Szczerze dziękuję, kilka rzeczy natychmiast po przeczytaniu Twoich uwag poprawiłem.



Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » sob 26 lut 2011, 18:40

MAREL pisze:i osobiście jeszcze nie słycałem,żeby pływała gdzieś sobie ucięta wczesniej, ludzka noga

Chyba Wróbla w Rybnickim zalewie znajdowali kawałkami przez tydzień czy dwa.



Awatar użytkownika
Wilczek
Dezerter
Posty: 175
Rejestracja: ndz 06 lut 2011, 11:46
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Puławy
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Wilczek » sob 26 lut 2011, 18:57

Luka w pamięci pisze:Nie sądzę, żeby części ciała od razu opadały na dno. Przecież nawet cały trup wypływa!


Oczywiście, że opadnie. Ciało wypływa tylko dlatego, że we wnętrznościach po śmierci zbierają się gazy i wypychają ciało ku powierzchni po pewnym czasie. Noga, ręka, czy głowa nie wypłyną same.

:D



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 26 lut 2011, 19:36

padaPada pisze:
MAREL pisze:i osobiście jeszcze nie słycałem,żeby pływała gdzieś sobie ucięta wczesniej, ludzka noga

Chyba Wróbla w Rybnickim zalewie znajdowali kawałkami przez tydzień czy dwa.


Masz rację padaPada, ale Wróbla, a właściwie to jego porżnięte kawałki, znaleźli płetwonurkowie, przeszukujący dno zbiornika wodnego.

[ Dodano: Sob 26 Lut, 2011 ]
Wilczek pisze:
Luka w pamięci pisze:Nie sądzę, żeby części ciała od razu opadały na dno. Przecież nawet cały trup wypływa!


Oczywiście, że opadnie. Ciało wypływa tylko dlatego, że we wnętrznościach po śmierci zbierają się gazy i wypychają ciało ku powierzchni po pewnym czasie. Noga, ręka, czy głowa nie wypłyną same.

:D

Zgadza, się Wilczku! Jest dokładnie tak, jak mówisz!



Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » sob 26 lut 2011, 19:53

MAREL pisze:Masz rację padaPada, ale Wróbla, a właściwie to jego porżnięte kawałki, znaleźli płetwonurkowie, przeszukujący dno zbiornika wodnego.

A tak, bardzo możliwe. Myślałem, że cywile się natknęli na spacerze, ale może to był korpus.



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 26 lut 2011, 20:05

MAREL pisze:i osobiście jeszcze nie słycałem,żeby pływała gdzieś sobie ucięta wczesniej, ludzka noga.

Ja słyszałam, że w którymś miejscu na świecie morze wyrzuciło na brzeg 6 ludzkich stóp. Tylko lewych... brr.
No nie wiem, nigdy nie wyrzucałam ludzkich części ciała do wody :)

MAREL pisze:Przepastny= rozłegły=duży.

Guzik prawda. Przepastny od słowa przepaść - przepastna może być torba, głęboka, nie widać dna itp. Jeśli mówisz o stole, zaraz mi się skojarzyły głębokie szuflady, do których coś można schować, tymczasem wszystko leżało na blacie. Rozległy to już lepsze słowo.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » śr 02 mar 2011, 20:04

Wydawnictwo PWN:

przepastny «bardzo głęboki, obszerny lub rozległy»
obszerny= szeroki

Morze wyrzucilo stopy, po sztormie, ale wtedy na brzegu można również znaleźć większe rzeczy. nie ma co porównywać morza z jeziorem, w którym dochodzi do zupełnie innych zjawisk.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2369
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » czw 28 kwie 2011, 20:35

MAREL pisze:Siedzący na ławce sądowego korytarza, lekko siwiejący, dobrze zbudowany mężczyzna wyraźnie przysypiał.
mało plastyczne otwarcie (ale to już czyste czepialstwo)

MAREL pisze:zrobił gest, jakby się wieszał; prawą rękę trzymał nad odchyloną w bok głową, wywalił przy tym jęzor, wybałuszył oczy i zaczął konwulsyjnie podrygiwać.
wydaje mi się, że każdy plus minus wie, jak taki gest ma wyglądać. Niepotrzebnie opisujesz.

MAREL pisze:Sześć naboi w magazynku; niewiele, ale pestek do „klamki” – jak pieszczotliwie nazywał pistolet, było na czarnym rynku od zajebania. Tanio, szybko i skutecznie, a nie jak w przypadku nabytych nielegalną drogą, nowych modeli: Glocka, Walthera czy rewolwerów; każda pestka (nabój)
nie tłumacz! W każdym razie nie w taki sposób. Zwłaszcza, że zdanie wcześniej czytelnik już skojarzył o co idzie, bo oba wyrazy ładnie wplotłeś w tekst.

MAREL pisze: Jak przy każdym wypadku śmiertelnym, na pewno zabezpieczone zostaną próby zapachowe,
Serio coś takiego jest robione? Nie wiedziałam. Ciekawe :)

Gdybym miała rzetelnie się czepiać, to bym cytowała i cytowała. Literówki, powtórzenia, pokręcone zdania, interpunkcja, średniki zamiast przecinków, jeszcze bardziej pokręcone zdania... No ale co na to poradzę, że mnie to na tyle wciągnęło, że nie chciało mi się tym zajmować?

Jeden mankament, na który muszę zwrócić uwagę - za dużo dookreślasz. Wiele rzeczy czytelnik sam by sobie dopowiedział, wyobraził, wywnioskował na bazie Twoich słów. Takie opisywanie krok po kroczku bywa irytujące i zniechęcające.

Pozostałe to też NIE są zupełne pierdoły. Wielu zaradziłaby po prostu staranniejsza korekta. Powalcz z podstawowymi błędami. W szczególności tnij nieco zdania. Skracaj, upłynniaj, zamiast wbijać gigantyczne opisy między średniki.

A teraz do rzeczy.
Masz fajny, prosty styl opisu, pasujący do brudnej rzeczywistości, którą wziąłeś na warsztat. Bywa to męczące, ale w gruncie rzeczy dobrze buduje klimat. Może czasem wolałabym, żeby narrator nieco bardziej dbał o formę swych wypowiedzi, ale na to już marudziłam, więc finito.
Opisy są wiarygodne, postaci charakterne. Fabuła nie powala oryginalnością, ale co z tego, skoro dobrze poprowadzona?
Fenomenalne scenki z rybkami/węgorzami. :D
Masz też ode mnie plusa za dialogi. Dobra, nie wiem, jak gadają gangsterzy i więźniowie, ale to, co brzmi wiarygodnie nie musi być prawdziwe. Wystarczy, że jest przekonujące dla czytelnika. Dla mnie było. Może z drobnymi wyjątkami (szef gadający do Lemura był jakiś taki... no jakbyś przekleił wypowiedź czarnego charakteru z Bonda), ale poza tym super.

Krótko mówiąc: dopracowanie by się przydało, ale tekst mi się spodobał.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » wt 16 sie 2011, 17:15

Dzięki Adrianno za wartościowy kometarz.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości