Colt .45

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mamika6
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: pn 28 gru 2009, 21:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Colt .45

Postautor: mamika6 » sob 14 maja 2011, 14:41

WWW


WWW- Bądź grzeczny, Patryk.
WWW- Tak, tato.
WWW- Baw się ładnie, nigdzie nie chodź ani niczego nie dotykaj. Niedługo będę z powrotem.
WWW- Mhm.
WWWTrzepnięcie otwartą dłonią odrzuciło mu głowę w bok. Krawędź szafki śmignęła przed lewym okiem. Patryk przez ułamek sekundy widział poszczerbiony kant, a potem drewno ustąpiło bieli ściany, w którą grzmotnął.
WWW- Słyszałeś, smarku?
WWWUsiadł z huczącym dzwonieniem w uchu. Uniósł rękę do policzka i potarł lekko.
WWW- Lepiej, żeby nie przyszło ci do głowy kombinować! Inaczej wiesz, co cię spotka?
WWWPokiwał głową. Wiedział.
WWW- I pilnuj brata.
WWWTomaszek spał w pokoju na drugim końcu korytarza. Poprzez dwie pary uchylonych drzwi Patryk dostrzegał wystającą spod kołdry małą przybrudzoną stopę.
WWW- Głupie bachory.
WWWEdward Borowski wyszedł. Chłopiec usłyszał dudnienie nóg po schodach, plaśnięcia podeszew butów w holu i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Ciche przekleństwo, potem trzask, na końcu zgrzyt przekręcanego klucza.

WWWZawlókł kosz z zabawkami na deski korytarzyka na piętrze. Miał swój własny pokój, ale ten był za mały dla Bandy Parszywych Rewolwerowców, szykujących się do bitwy z plemieniem ołowianych Indian. Apacze mieli łuki i zatrute strzały, ale kowboje mieli kule i Patryk był pewien, że zwyciężą.
WWWRozstawił mozolnie figurki na stanowiskach, czując jak krople potu spływają mu po karku w potwornej duchocie korytarzyka bez okien, jednak na gorących pustyniach Dzikiego Zachodu kowboje nie mają lekko.
WWW- Nie macie prawa mieszkać na tej siemi, czerwone twarze - wyrecytował przesadnie grubym głosem. Lekko seplenił, bo z przodu brakowało mu dwóch zębów.
WWWJohnny Bardzo Zły sięgnął do kabury i wydobył rewolwer. Rozległ się strzał, śmignął pocisk i w koszuli wodza Apaczów wykwitła dziura. Płonąca Strzała zachybotał, a potem runął z konia (Patryk posadził trzy ogromne susy, żeby osobiście go zrzucić).
WWW- Semsta! - pisnął. - Semsta! Ło-ło-ło-ło!
WWWPaaaaaaatryk!
WWWWojenny okrzyk umilkł jak nożem uciął, cofając się do gardła chłopca i omal go nie dławiąc. Zabawka wypadła z rąk i pojechała po schodach, stukając cichutko na wytartych stopniach.
WWWStuk. Stuk. Stuk. Stuk.
WWWOtworzył szeroko oczy i rozejrzał się podejrzliwie. Zobaczył tylko puste deski holu i kurz tańczący w powietrzu.
WWW- Tatusiu? - niepewnym szeptem, ale zaraz już głośniej: - Tato?!
WWWOdpowiedział mu ryk ciężarówki z niedalekiej szosy wiodącej do miasteczka i kapanie wody z niedokręconego kranu.
WWWTomasz zakaszlał i przekręcił się na drugi bok, łóżko pod nim skrzypnęło cicho. Na zewnątrz Barki zaczął ujadać wściekle. Patryk usłyszał metaliczny brzęk szarpanego łańcucha.
WWWTutaj, Patryk!
WWWPoderwał głowę, aż zatrzeszczały mu ścięgna szyi. Klapa na strych odcinała się brudnym prostokątem na tle sufitu. Wytrzeszczył na nią oczy, czując, jak kręgosłup powoli sztywnieje mu z zimna, a nerwy napinają jak liny na statku, kiedy wzbiera sztorm.
WWW- Kto tam? - Oblizał wargi. - Jest tam ktoś?
WWWZapomniał, że ponad sufitem, cokolwiek jeszcze istnieje. Dawno temu ojciec zabronił mu wchodzić na strych. „Możesz spaść z drabinki i złamać nogę albo obie ręce - powiedział mu tamtego dnia. Stał oparty o barierkę, palec wyciągał ku górze, wskazując brudną klapę. - Możesz nawet skręcić kark! Nie to, żebym miał płakać po takim smarku, Bóg mi świadkiem! Ale nienawidzę pogrzebów, nienawidzę! Lepiej, żebyś to sobie zapamiętał."
WWW- Kto tam? - zapytał niepewnie raz jeszcze. Głośno przełknął ślinę.
WWWCisza. Tylko kap... kap... kap... I wycie psa za oknem.
WWWA potem przeciągle i ponuro:
WWWChooooooooodź, Patryk!
WWWPotrząsnął głową. Spokojnie, tylko spokojnie! Tylko ci się wydaje!
WWWPaaaaaatryk! Chcesz się pobawić?
WWWI w tej samej chwili poczuł, jak coś pęka w nim niczym krucha skorupka. Ze środka wypływa kipiąca bielą czysta panika i zalewa go - ohydna, pulsująca i lepka. Rzucił się w tył, odpychając od podłogi piętami. Nadepnął na figurkę, która skaleczyła mu stopę, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Plecami natrafił na ścianę.
WWWChodź, Patryk! No choooooodź!
WWW- Odejdź! - zapiszczał.
WWWW domu wszyscy śpią, laj-laj.
WWWNikt nie zamknął drzwi.
WWWHej, mały! Czemu nie śpisz?
WWWCicho, cicho, ciiiiii.
..
WWW- Taaatooo!
WWWAle taty nie było. Mama nie mogła odpowiedzieć, gdyby przyszło mu do głowy ją wołać, bo martwi nie wydają dźwięków. Tylko ryk ciężarówek za oknem i kapanie wody z popsutego kranu.
WWWI ten lodowaty głos, przymilny szept, który po brzegi wypełniał czaszkę:
WWWWięc cicho, mały, ciii, laj-laj.
WWWZa oknem idzie noc.
WWWI zionie szeptem w twoją skroń
WWWdobranoc, dobranoc, dobranoc.

WWWSkoczył na równe nogi i pognał korytarzem, łomocząc gołymi piętami o drewno. Łup! Łup! Łup! Łup! - dwanaście razy, zakończone głuchym trzaśnięciem drzwi.

WWW- Wchodziłeś na strych? - Edward nasypał cukru do herbaty i począł zapamiętale mieszać. Łyżeczka dźwięczała o ścianki kubka. Siedzieli przy wielkim stole w kuchni. Światło zachodzącego słońca wpadało przez okno i kładło na podłodze skomplikowanymi smugami; padało na blat, odbijało złotym refleksem od krążącego aluminium łyżeczki, która dźwięczała, dźwięczała, dźwięczała.
WWWPatryk oblizał usta, uwiedziony hipnotyzującym widokiem. Na języku poczuł smak krwi. Cieniutką strużką spływała mu z nosa, omijała wargę z lewej strony i gromadziła na brodzie.
WWWNiedużo krwi, tylko troszeczkę.
WWW- Nie.
WWW- Nie kłam! - Pięść huknęła w stół, naczynia podskoczyły z brzękiem.
WWWTomaszek zamarł z widelcem w talerzu. Lśniące oczy sześciolatka z lękiem powędrowały od ojca do brata.
WWW- Co wywalasz gały? Jedz!
WWWChłopczyk zabrał się za jajecznicę z takim entuzjazmem, jakby od tego zależało jego życie.
WWWEdward Borowski otarł ślinę, która prysnęła mu na brodę i wlepił spojrzenie w Patryka. Dłoń ujęła łyżeczkę; kuchnię znowu wypełniło mechaniczne, zapamiętałe dzyń, dzyń, dzyń.
WWW- Pytałem, czy wchodziłeś na strych. I masz powiedzieć prawdę.
WWWPatryk przygryzł wargę. Byłeś tam! No myśl, musisz sobie przypomnieć! Ale zamiast strychu widział tylko wielką, pustą dziurę. Pamiętał, że leżał pod kołdrą i zatykał uszy. W duchocie pod pościelą nie mógł oddychać. Pot spływał mu po czole i wsiąkał w biel prześcieradła. Potem usnął - usnął albo zemdlał - nie mógł sobie przypomnieć. Tylko ta wielka, pełna duszącego powietrza dziura i...
WWWChoooooodź do mnie!
WWW- Chy-chyba nie - wyszeptał. - N-nie pamiętam. Sasnąłem i...
WWWNad lewym uchem świsnął talerz, robiąc chłopcu przedziałek we włosach i szeroko otwierając mu oczy. Wyrżnął w ścianę za plecami i z chrzęstem drobnych kawałków upadł na podłogę.
WWWWielkie ręce sięgnęły nad stołem, złapały Patryka za koszulkę, na której widniało kilka czerwonych plamek, szarpnęły i chłopiec poczuł, że już nie siedzi na krześle. Usłyszał zduszony jęk. Kątem oka zobaczył Tomaszka, jak z dłońmi na uszach zsuwa się ze stołka i znika pod blatem stołu.
WWWW pierwszej chwili uderzyła go miłość do tego małego człowieka z wiecznie rozwichrzonymi włosami i guzikami koszulki niezapiętymi jak trzeba; ze sznurówkami butów, których nie potrafił zawiązać, przez co wszędzie się za nim wlokły. To była miłość, mająca coś wspólnego z żalem, i w tej jednej sekundzie Patryk nienawidził ojca bardziej niż kiedykolwiek. A potem twarz zawisła nad nim nisko i gorący gniew ustąpił miejsca lodowatemu przerażeniu. Siateczka zmarszczek wokół wykrzywionych ust Edwarda wydała mu się rysami na popękanym lodzie, siwe brwi wyglądały jak pokryte szronem. Najgorsze były oczy - wyblakłe i szkliste.
WWW- Nie lubię, jak ktoś bezczelnie kłamie - powiedział Edward Borowski. Krople śliny opadły chłopcu na twarz. - Zwłaszcza, kiedy kłamie taki smarkacz jak ty.
WWWRęce wyszarpnęły go zza stołu, przewracając krzesło, które upadło z hukiem, i powlokły schodami na piętro. Patryk szorował brzuchem po stopniach. Ściskana na karku koszulka boleśnie wrzynała się w szyję. Próbował jej sięgnąć, ale nie mógł i tylko młócił rękami powietrze.
WWW- Co to jest?! - ryknął ojciec. Pchnięcie posłało chłopca na deski korytarzyka. Upadł z łomotem, zdzierając skórę na łokciu i obijając nos o twarde drewno. - Kto to zrobił, pytam!?
WWWUniósł powoli twarz, łapiąc z rzężeniem oddech i spojrzał przed siebie. Krew, która całkiem przestała już cieknąć, popłynęła teraz na nowo.
Walające się po korytarzu ubrania były brudne. Czarny, kowbojski kapelusz z oblepionym pajęczyną rondem leżał najbliżej. Za nim spoczywała wytarta, zamszowa kurtka z rozrzuconymi rękawami na boki, a nieco dalej wysokie buty z podrdzewiałymi ostrogami.
WWWKlapa na strych była otwarta. Za nią czyhała czerń, zalatująca kurzem i zgnilizną, jak paszcza gotowego pożreć potwora. Metalowa drabinka niczym język wynurzała się z zatęchłej ciemności i opuszczała do samej ziemi. Patryk zobaczył na szczeblach brud wymieszany z piaskiem, a w piasku ślady palców.
WWWJego palców?
WWWWyciągniesz do mnie dłoń, laj-laj.
WWWDo domu mnie przywołasz.
WWWI wszystkie światła zgasną
WWWnocy nie odwołasz...

WWW- Ja - wydusił, czując, jak coś monstrualnego podchodzi mu do gardła, wargi zaczęły drżeć. Zacisnął je z całych sił. Ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej nie chciał teraz płakać. - Ja to srobiłem.
WWW- Wynocha - powiedział powoli nad nim Edward. Nie wrzasnął, nie syknął przez zaciśnięte zęby, tylko spokojnie szepnął i Patryk wiedział, że jeśli się nie pospieszy, może go spotkać coś bardzo złego.
WWWWstał ostrożnie i na sztywnych nogach ruszył korytarzykiem, czując na plecach dzikie spojrzenie ojca i zdając sobie sprawę, że ojciec resztką sił próbuje nad sobą panować. Musiał, inaczej nic by go już nie zatrzymało, jak tamtej nocy przed rokiem, kiedy Patryk kazał mu iść do diabła i za to przestępstwo Edward Borowski wybił mu dwa zęby. Ale dobrze też wiedział, że w szafie, w swojej sypialni, pod warstwą zalatujących pleśnią koców, w podgniłym, ubabranym smarem pudełku po butach, tato trzyma rewolwer.
WWW- Tomaszek posprząta za ciebie - powiedział ojciec z niekłamaną radością. Głos był cichy i brzydki, brzmiał jak syczenie węża, który podpełza i podpełza z wijącym się w paszczy różowym językiem. - Będzie szorował, aż podłoga zaświeci czystością. Zedrze sobie paznokcie do krwi, wydłubując ten kurz z rowków. Przez ciebie, Patryk. Wszysssstko przez ciebie!
WWWPatryk pociągnął nosem, ale nie się nie odwrócił. Kiedy podrośnie - ucieknie. Zabierze ze sobą Tomaszka, kupi dwa bilety na autobus i wyruszą na północ. Nikt nie zwróci uwagi na starszego chłopca podróżującego z bratem. Dojadą do farmy wujka Wiktora i zapytają, czy nie mogliby mu trochę pomóc. Jeszcze kilka lat, tylko kilka lat - chłopiec pociągnął nosem.
WWWWyminął zakurzonego, kowbojskiego buta, usiłując na niego nie patrzeć i nie wyobrażać sobie, jak znosi go ze strychu. Kiedy to zrobił - mniej więcej wiedział. Krokiem lunatyka minął uchylone drzwi do pokoju i zamknął je za sobą. Położył się na łóżku, naciągając kołdrę po uszy.
WWW- Do roboty, głupi smarku! - zagrzmiało za drzwiami. - Za pół godziny wszystko ma lśnić!
WWWPatryk usłyszał stukot blaszanego wiaderka, plusk wody i odgłos szorowania szmaty po podłodze. A także pojękującego Tomaszka. Za oknem ujadał Barki.
WWW- Wszystko przez ciebie, Patryk! - Ojciec kopnął w drzwi, aż zadygotały w zawiasach. - Słyszysz?!
WWWZacisnął oczy. Łzy popłynęły gładko, choć miał wrażenie, że jest zbyt wstrząśnięty, żeby w ogóle płakać.

WWWRozchylił powieki i pierwszym, co zobaczył, była ciemność. W domu panowała cisza. Tylko wiatr szumiał głośno na zewnątrz.
WWWPowędrował wzrokiem do okna. Firanka falowała lekko w podmuchach sierpniowego powietrza. Dzyń-dzyń - dźwięczało za cienkimi zasłonami z naderwaną koronką.
WWWDobrze znał ten dźwięk.
WWWW wyobraźni zobaczył ojca, siedzącego na ławce przed polanką z butelką piwa w ręce i kilkoma pustymi, walającymi się koło stóp. Noc jest ciepła, wiatr kołysze leniwie trawą i od czasu do czasu przeczesuje mu włosy. Edward ma na sobie znoszone dżinsy i koszulę. Kieszonka na piersi jest nadpruta i lekko odstaje; nogawki spodni są wytarte i paskudnie wystrzępione przy piętach. Unosi piwo do ust. Pod paznokciami i na kostkach palców ma brud, bo kiedy sięgał po szkło, musiał się porządnie podeprzeć, a tam, gdzie siedzi, trawa jest wydeptana niemal do gołej ziemi. Pociąga wesoło łyk za łykiem. Nie zawsze trafia i czasem piwo lepką strużką spływa mu po brodzie, a czasem ochlapuje koszulę i buty.
WWWUpuszcza pustą butelkę i zamaszystym kopniakiem posyła ją w diabły; ubłocone sznurowadła, które już zdążyły się rozwiązać, fruną radośnie w powietrze i z mokrym plaśnięciem owijają wokół kostek. Butelka upada nieco dalej, toczy się jeszcze kawałek po ubitej ziemi. Ale od ławki na skraju polanki jest sporo pod górkę i w końcu nieruchomieje i zaczyna wędrówkę powrotną - najpierw z wahaniem, potem coraz bardziej śmiało, chrzęszcząc po sterczących tu i ówdzie kamyczkach, wreszcie z cichym brzękiem dołącza do innych.
WWWDzyń-dzyń.
WWWZamknął z wolna oczy, czując, jak coś ciężkiego ściąga go z powrotem; że zaczyna opadać i opadać po gładkiej stromiźnie w sen.

WWWPrzyśniła mu się krew. Cieniutką strużką spływała z czyjejś dłoni, nieruchomej i odwróconej wnętrzem do góry. Na czubku małego palca zbierała się w kroplę, która zaczynała rosnąć jak z wolna nadmuchiwany, czerwony balonik, a potem odlepiała nagle i skapywała w mrok.
WWWZadygotał. Pomimo snu, zdał sobie sprawę, że do pokoju - do tej małej klitki, gdzie latem powietrze jest duszące i lepkie, gdzie zwykle niemal nie można oddychać - nagle wtargnęło zimno. Ziąb zaszczypał go w skórę na rękach, stawiając wszystkie włoski do pionu i jakimś sposobem Patryk zdołał otworzyć oczy. Może się
obudził, a może nie.



WWW
Ostatnio zmieniony pt 01 lip 2011, 14:59 przez mamika6, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
Michał Medwid
Pisarz domowy
Posty: 51
Rejestracja: ndz 03 paź 2010, 20:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Michał Medwid » ndz 15 maja 2011, 20:02

Usiadł z huczącym dzwonieniem w uchu.

Lepiej by brzmiało "Usiadł, a w uszach mu dzwoniło". Twoja wersja jest niezgrabna językowo.

Chłopiec usłyszał dudnienie nóg po schodach, plaśnięcia podeszew butów w holu i skrzypnięcie otwieranych drzwi.

Na schodach; jeśli już po schodach to można PO schodach zejść. Nogi mogę też zadudnić o schody. Poza tym, po co tyle kończyn w tym zdaniu? Nie lepiej było napisać: Chłopiec słyszał jak ojciec schodzi po schodach (jeśli koniecznie chcesz zaznaczyć, że robił przy tym hałas to można napisać) tupiąc głośno. I KROPKA. W następnym zdaniu: Następnie doleciało do niego skrzypnięcie otwieranych drzwi, ciche przekleństwo i zgrzyt klucza przekręcanego w zamku.

Płonąca Strzała zachybotał, a potem runął z konia

Płonąca Strzała zachwiał się w siodle i runął z konia.

Tomasz zakaszlał i przekręcił się na drugi bok, łóżko pod nim skrzypnęło cicho

Tomasz czy Tomaszek? Musisz się zdecydować, jak nazywasz bohatera, zwłaszcza, jeśli jak rozumiem jest on małym dzieckiem. Tomaszek brzmiało lepiej :)

Edward Borowski otarł ślinę, która prysnęła mu na brodę i wlepił spojrzenie w Patryka. Dłoń ujęła łyżeczkę; kuchnię znowu wypełniło mechaniczne, zapamiętałe dzyń, dzyń, dzyń.

Ślicznie!! :)

Nad lewym uchem świsnął talerz, robiąc chłopcu przedziałek we włosach i szeroko otwierając mu oczy

Niezgrabnie. Wytnij pogrubiony fragment dla dobra tekstu.

Dojadą do farmy wujka Wiktora i zapytają, czy nie mogliby mu trochę pomóc. Jeszcze kilka lat, tylko kilka lat - chłopiec pociągnął nosem.

W Polsce są gospodarstwa, no chyba, że coś mnie ominęło i rolnicy stali się farmerami.

Tekst jest napisany nierównym językiem. Wychodzą Ci fajne zdania, które czyta się gładko, niektóre jednak, jak te wymienione wyżej wymagają poprawy.

Postać ojca, mimo licznych ekscesów i nacechowanych emocjonalnie określeń w odniesieniu do niego nie jest zbyt przekonywająca. Dlaczego tak bardzo nienawidzi swoich dzieci? Zawsze taki był, czy po śmierci matki. I co się z nią właściwie stało?

Dalej, co się kryje na strychu? Duch matki, wyimaginowany przez Patryka towarzysz zabaw, czy demon/upiór/zjawa/etc.? Nie rozumiem, po co się to nagle pojawiło, skoro nie miało większego wpływu na akcję tekstu, poza tym, że Patryk dostał lanie od ojca, a Tomaszek musiał posprzątać bałagan.

Wreszcie, może to moja wina, a może Twoja mamiko6, nie zrozumiałem zakończenia. Oczywiście, można snuć domysły, że Patryk zastrzelił ojca i nie zapamiętał tego, podobnie jak wyprawy na strych, jednak jest to zbyt zaciemnione w tekście. Czy to owa siła (tylko, no właśnie, nie wiadomo, co to konkretnie jest) zamieszkująca strych opętała chłopca i zrobiła to, na co inaczej by się nie powarzył?

Przemyśl to, co napisałem, poczekaj na resztę opinii, popraw utwór i zamieść jeszcze raz, bo może powstać z tego fajne opowiadanie grozy.



Awatar użytkownika
mamika6
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: pn 28 gru 2009, 21:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: mamika6 » ndz 15 maja 2011, 20:11

Dziękuję pięknie :)
Ps. Nie jest to całe opowiadanie, pod tytułem zaznaczyłam, że fragment - od początku do połowy może? :P



Awatar użytkownika
Michał Medwid
Pisarz domowy
Posty: 51
Rejestracja: ndz 03 paź 2010, 20:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Michał Medwid » ndz 15 maja 2011, 20:21

Oj, wybacz, nie zwróciłem na to uwagi. :)



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2368
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » czw 09 cze 2011, 15:38

No i znowu. Ja chcę więęęęcej!
Wrzucisz resztę?

mamika6 pisze:Zawlókł kosz z zabawkami na deski korytarzyka na piętrze.
Troszkę przekombinowujesz.

mamika6 pisze:Rozstawił mozolnie figurki na stanowiskach, czując jak krople potu spływają mu po karku w potwornej duchocie korytarzyka bez okien, jednak na gorących pustyniach Dzikiego Zachodu kowboje nie mają lekko.
Jakoś pociąć to zdanie.

mamika6 pisze:jak kręgosłup powoli sztywnieje mu z zimna,
kompletnie nie czuję tego porównania. Jak dla mnie przegięte... Kręgosłup sztywniejący z zimna? Nie wiem...

mamika6 pisze:Nadepnął na figurkę, która skaleczyła mu stopę, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Plecami natrafił na ścianę.
Jak oddajesz panikę chłopca, to pomijaj takie wstawki. Niech się później zorientuje, ze się skaleczył albo po chwili daj "zbliżenie kamery" na jakąś tam plamkę krwi. Ale tak wciśnięte brzmi topornie.

mamika6 pisze:Cieniutką strużką spływała mu z nosa, omijała wargę z lewej strony i gromadziła na brodzie.
tutaj akurat pasowałoby "gromadziła się"

mamika6 pisze:odgłos szorowania szmaty po podłodze.
tutaj nie jestem po prostu pewna, czy przypadek jest ok. Mnie tu coś nie gra. Może po prostu "odgłos szorowania podłogi"?

To chyba trzecie Twoje opowiadanie, którego klimat absolutnie mnie porywa. Świetnie kreujesz atmosferę. Może trochę ma znaczenie fakt, że mnie jest łatwo przestraszyć ;) i zaraz w takie historie się wkręcam. Aczkolwiek po prostu ładnie, plastycznie opisujesz, tworzysz charakterne postaci.

Bywa, że przesycasz opis porównaniami już nieco za bardzo. W którymś zdaniu na tyle obszernie coś tam dookreślałaś, że nie do końca zapamiętałam, o co w gruncie rzeczy chodziło ;)
Poza tym zdarzają się drobniejsze mankamenty, ale cóż...
Mnie się po prostu bardzo podobało.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
uthModar
Pisarz
Pisarz
Posty: 118
Rejestracja: wt 24 maja 2011, 07:24
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Postautor: uthModar » czw 09 cze 2011, 18:56

Bardzo dobry tekst! Jestem cholernie ciekaw dalszego ciągu i mam nadzieję, że zostanie tu zamieszczony. Skoro to prawie połowa, rozumiem, że opowiadanie nie zostało napisane z myślą o publikacji gdzieś indziej.



Awatar użytkownika
mamika6
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: pn 28 gru 2009, 21:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: mamika6 » pt 10 cze 2011, 21:17

Dziękuję ślicznie, cieszę się bardzo, że się podobało :)
Adrianno, dziękuję za cenne uwagi - wszystko wbijam sobie do głowy przy użyciu mojego magicznego młotka, coby nic się nie zmarnowało :)

Wrzucam resztę tekstu - oczywiście, nie trzeba weryfikować tej całości, jeżeli nie ma ktoś ochoty (nie miałabym sumienia :P). Mam nadzieję, że tekst nie zawiedzie :)

Dzięki raz jeszcze, jesteście bardzo pomocni.

[ Dodano: Pią 10 Cze, 2011 ]
WWW Potężny mężczyzna w czerni stał nieruchomo przed łóżkiem. Kapelusz opadał mu na czoło i czynił z twarzy cień. Widać było brodę, wąskie usta i kawałek nieogolonego policzka. A także oczy - dzikie i złe. Chłopiec zatopił w nich spojrzenie i poczuł, jak lodowacieją mu wargi, a kręgosłup zamarza. Mógłby przysiąc, że słyszy jego trzask. Nie widział nóg mężczyzny, zasłoniętych barierką, a pomimo to wiedział, że ma na sobie wysokie kowbojskie buty z ostrogami. Wiedział też, że są pokryte mgiełką pustynnego kurzu, takiego, który był na korytarzyku, oblepiał metalowe schodki drabinki, gdzie dojrzał odciski swoich palców. Tyle, że tamto, to nie był sen.
WWW - Od-dejdź! - wychrypiał, porażony. Czuł każde ścięgno w ciele, nagle napięte jak struna i pulsujące rytmicznie.
WWW Obcy stał w bezruchu. Do boku miał przytroczoną kaburę, w środku spoczywał rewolwer. Patryk rozpoznał colta peacemaker kaliber 45 z długą lufą. Edward miał taka samą broń, w spleśniałym pudełku po butach.
WWW - Witaj, mały. Chcesz się pobawić? - Prawy kącik ust mężczyzny powędrował z wolna do góry, a chłopiec wciągnął ze świstem powietrze. Z takim uśmiechem wykańcza się ludzi na torturach!
WWW Kowboj rozchylił wargi w szerokim uśmiechu. Pochylił się nad łóżkiem, deska skrzypnęła mu pod nogami, przygnieciona ciężarem, a głucha noc rozciągnęła ten dźwięk w nieskończoność. Patryk poczuł ostrą woń siana, przemieszaną z ciężkim zapachem smaru i tytoniu.
WWW - Lubisz się bawić? - Błysnęły zęby, drobne i białe na tle pobrudzonej skóry. - Znam pewną grę, na pewno ci się spodoba!
WWW - Odejdź - powtórzył i oblizał usta. Chrapliwy oddech dziko unosił mu klatkę, dłonie mięły pościel. Mimo zimna, czoło zrosił pot. - Idź sobie.
WWW Kowboj zaczął się zbliżać.
WWW W domu wszyscy śpią, laj-laj.
WWW Nikt nie zamknął drzwi.
WWW Hej, mały! Czemu nie śpisz?
WWW Cicho, cicho, ciiiiii...

WWW - Wynocha!

WWW Patryk podskoczył na łóżku i wytrzeszczył oczy, szczękając zębami, aż zadzwoniło.
WWW W pokoju nikogo nie było. Światło księżyca wpadało przez okno, kładąc się srebrem na pustym dywaniku przed łóżkiem. Drzwi były zamknięte. Wiatr szumiał na zewnątrz. Słychać było cykanie świerszczy w wysokiej trawie, ale już nic poza tym.
WWW Podkulił nogi w łóżku i zakrył dłońmi oczy.
WWW - To tylko sen, tylko sen! - szeptał. - Swyczajny nocny koszmar, nie ma się czego bać! - Zarechotał cichym, nerwowym śmiechem, bo wiedział, że tak się właśnie robi, kiedy nagle coś nas wystraszy i w końcu przychodzi zrozumienie, że to nie było naprawdę; że zwyczajną rzecz wzięliśmy za coś innego.
WWW I naraz, pośród dusznej, wilgotnej ciemności rozbrzmiał dźwięk - najpierw cichutkie, a potem coraz głośniejsze stukanie obcasów po schodach w holu i towarzyszące temu ciężkie dzwonienie: brzęk-brzęk, brzęk-brzęk - docierało do niego, jeżąc włoski na karku, a oddech zamieniało w rzężenie, jakby gardło nagle przybrało kształt cieniutkiej rurki, przez którą powietrze, bez nadludzkiego wysiłku chłopca, nie było zdolne się przecisnąć. Najgorsze było to, że tym razem nie spał.
WWW Nieprawda! - zaprzeczył sam sobie w myśli - Nie obudziłem się, to tylko koszmar!
WWW Kroki z lodowatym rozmysłem pokonywały schody. Zbliżały się i zbliżały i w końcu chłopiec usłyszał przeciągły jęk wypaczonej deski na ostatnim stopniu, a potem kolejne, ciche brzęknięcie i odgłos dostawianych na podeście stóp.
WWW Szust-szust.
WWW Zapadła cisza.
WWW Wytrzeszczał oczy na drzwi, za którymi rozciągał się korytarz, długi i ciemny. Na jego końcu ktoś stał, a Patryk wiedział, że jego lśniące oczy są dzikie i złe, pod nimi kącik ust wędruje wolno w górę.
WWW Naraz dobiegły go kolejne dźwięki i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że poprzez korytarz mężczyzna
WWW (morderca!)
WWW do niego idzie. Chłopiec zobaczył, jak klamka drga leciutko, raz, drugi, trzeci, a potem z wolna i nieubłaganie zaczyna opadać. Rozbrzmiało metaliczne szczęknięcie puszczającej zapadki.
WWW Drzwi poczęły się otwierać z żałosnym, rozpaczliwym dźwiękiem, bardzo podobnym do krzyku. Rozwierały się i rozwierały przez całą wieczność, wreszcie z tępym stukotem dobiły do ściany.
WWW Patryk otworzył usta, ale to, co zobaczył sprawiło, że wrzask utknął mu w gardle i uleciało z niego tylko westchnienie. Ramiona, sztywne jak mokre prześcieradła na mrozie, nagle zwiotczały, wypompowując całe powietrze z płuc.
WWW W drzwiach stał Tomaszek z kciukiem wetkniętym w usta i włosami sterczącymi we wszystkich kierunkach. Guziki u piżamy miał zapięte krzywo, spodnie zsunięte nieco, a nogawki pofałdowane na bosych stopach. Wyjął mokry palec i wytarł w dół od piżamy. Zacisnął dłoń na majaczącym w ciemności jasnym materiale w samoloty i podciągnął nerwowo.
WWW - Coś mnie obudziło - powiedział zlęknionym głosem. Oczy miał podpuchnięte od snu, ale wzrok bystry. Patryk widział, jak drżą mu usta, jak zaciska je mocno, aż stawały się wąską kreską i dobrze wiedział, co to oznacza. W świecie małych chłopców, gdzie trzeba chodzić na palcach i bardzo uważać na słowa - świecie, w którym oddychał Edward Borowski, usta zaciskało się, żeby stłumić szloch.
WWW - Chodź - powiedział cicho i wyciągnął ręce. Tomaszek puścił się biegiem w tej samej sekundzie, szybko przebierając nogami, jakby ktoś przeciął napiętą do granic możliwości linę, którą miał przywiązaną do pleców. Wtulił policzek w ramię brata, a ten objął go mocno, wdychając woń ziołowego szamponu wymieszaną z zapachem pasty do podłóg.
WWW Zacisnął usta w kreskę.
WWW - To nic - powiedział - Tylko ci się śniło.
WWW Tomaszek chlipnął.
WWW - Nie chcę, żeby był z nami w domu!
WWW Przez jedną straszną sekundę Patryk myślał, że mówi o kowboju. Poczuł, jak strach na nowo oblepia go ciężkimi mackami, bo oznaczałoby to, że kowboj nie był snem, wyobraźnia nie spłatała mu potem figla, że...
WWW Nie. Nie, nie, nie! To tylko nocny koszmar!
WWW - Nie gniewam się, że musiałem posprzątać. To wszystko jego wina! Jego! Wiem, że nie chciałeś nabałaganić. I on też wie. - Pociągnął nosem i nabrał powietrza. - Już go nie lubię.
WWW Nie zrobiłem tego! - Patryk chciał krzyknąć, ale się powstrzymał. Nie pamiętał momentu, kiedy wchodził na strych, ale przypomniał sobie odciski swoich palców, pozostawione w kurzu na stopniach.
WWW - Śniło mi się brzydkie - powiedział Tomaszek, zniżając głos do szeptu. - Barki. Był zdechły. Miał oczy na wierzchu i był... b-był...
WWW - Ciiii! Już zapomnij!
WWW Ale sam oczyma wyobraźni zobaczył kroplę krwi, spływającą po dłoni i zatrzymującą się pod paznokciem. Zaczyna pęcznieć jak z wolna nadmuchiwany balon, wreszcie odlepia się i leniwie opada.
WWW Tomaszek podniósł głowę, otarł łzy i wlepił lśniące oczy w brata.
WWW - Wiem - szepnął, pociągając nosem. - Śniło ci się kiedyś brzydkie?
WWW Wiedział oczywiście, ale chciał to usłyszeć i Patryk pokiwał wolno głową.
WWW - Kiedyś - przyznał i tym razem pomyślał o mężczyźnie w czerni, który pochyla się nad łóżkiem. Deska pod jego stopami skrzypi przeraźliwie, a głucha noc rozciąga ten dźwięk w nieskończoność: skrzyyyyyyyyyp. - Ale się obudziliśmy, prawda? Jest ciemno, tylko że ciemno nikomu nic nie robi.
WWW - Tak - przytaknął Tomaszek. Jego usta były lekko otwarte, wcale nie zaciśnięte w wąską kreskę. - Ale tato robi. - Odwrócił się plecami i położył głowę na poduszce, zaciskając dłoń na jej rąbku. Patryk widział smugę biegnącą od karku i niknącą za kołnierzykiem koszulki. Ślad po siniaku. A potem znowu zobaczył kroplę krwi, spływającą po dłoni.
WWW Potrząsnął głową, żeby ten obraz przegonić.
WWW - Mogę zostać chwilkę? - Tomaszek włożył kciuk w usta i wlepił niewidzące spojrzenie w ciemność pokoju.
WWW Patryk wyciągnął rękę i przejechał niezgrabnie po włosach brata. Prawdę mówiąc, nie miał ochoty zostawać teraz sam. Zerknął na drzwi wiodące na korytarz. Poczuł, jak coś znowu zaczyna ugniatać go w klatce, jakby czyjaś zimna dłoń położyła się na jego sercu i zacisnęła palce w śmiertelnym uścisku. Odwrócił szybko wzrok, opadł na poduszkę i oparł czoło o ciepłe plecy Tomaszka.

WWW Zwlókł się z łóżka w świetle porannego słońca i z napuchniętymi od snu oczami poczłapał przez sypialnię. Tomaszek przespał z nim noc, leżąc na boku i żując rąbek poduszki wraz z kciukiem wetknięty do ust. Nie przekręcał się ani razu, ale łóżko jest wąskie, Patrykowi trafiło się kilka kuksańców i trochę bolały go żebra.
WWW Przystanął w przejściu na korytarzyk i stał tak przez chwilę, bezrozumnym wzrokiem wpatrując się w podłogę, poznaczoną licznymi śladami butów. Ślady były duże. Otwierał je ostry łuk, potem stawały się coraz szersze, z dużą przerwą pośrodku, za którą pojawiał się półokrągły obcas. Ciągnęły się przez całą długość korytarzyka, zakręcały do schodów i nikły za barierką.
WWW Stał przygarbiony z opuszczonymi bezwładnie dłońmi, które zdawały się ważyć po pięć kilo każda. W głowie miał zupełną pustkę. A potem coś drgnęło w nim i naraz pojął wszystko, z całą trzeźwością, od której zawirowało mu w głowie.
WWW O Boziu, o słodki Jezusie, on jest prawdziwy!
WWW Jęknął, zasłaniając usta, ponad którymi szeroko otworzyły się oczy.
WWW Przecież to wiedział, wiedział o tym przez cały czas, prawda?
WWW - Nieprawda - wyszeptał, odrętwiały ze zgrozy.
WWW Ależ tak, tak! Kiedy słyszałeś kroki, wcale przecież nie spałeś! Próbowałeś to sobie wmówić, bo w ciemnościach wszystko wygląda inaczej. Ale wiedziałeś, wiedziałeś od samego początku, od głosu, który wołał ze strychu!
WWW - Tato mnie za to zabije - odpowiedział, czując, jak zalewa go fala zupełnie nowego strachu.
WWW Popatrzył na uchylone drzwi do pokoju ojca. Przekrzywił głowę i chwilę nasłuchiwał. W domu było cicho i wydało mu się, że z sypialni dobiega chrapanie.
WWW I naraz serce załomotało, poruszone dziką nadzieją. Zdąży. Musi zdążyć!
WWW Ruszył na palcach korytarzykiem, wpatrując się w ślady butów i starając żadnego nie dotknąć bosą stopą. Mijając drzwi, odniósł wrażenie, że są niewyobrażalnie wielkie, jakby bardzo urosły od chwili, kiedy przechodził tędy zeszłego wieczoru. Szpara pomiędzy framugą nie mogła być duża. Patryk widział tylko skrawek białego prześcieradła i dywan, który był zielony i ukazywał się zaledwie wąziutką kreską. Pomimo to czuł, że jest o wiele za szeroka, że ojciec z pewnością go usłyszy, a potem wyjdzie z pokoju i bez mrugnięcia okiem zabije - to albo coś jeszcze gorszego.
WWW Tuż obok drzwi zawahał się. Szedł tędy milion razy i dobrze wiedział, że ma przed sobą odcinek podłogi, który niewyobrażalnie skrzypi. Wstrzymał oddech i ostrożnie oparł stopę na desce, a kiedy przenosił ciężar ciała, drewno wydało ciche, ale paskudnie przeciągłe skrzypnięcie. Patryk się skrzywił. Wysunął drugą stopę i kiedy kolejna deska trzasnęła pod nią, tym razem chyba głośniej niż strzał z karabinu, zacisnął oczy, a głowę wcisnął w ramiona. Zamarł w takiej pozycji. Był pewien, że dźwięk zbudził ojca. Prawdopodobnie stoi za nim w drzwiach, które otwarły się bezgłośne, twarz wykrzywia mu morderczy grymas, a oczy lśnią dziko.
WWW Strach popchnął go naprzód, mógłby przysiąc, że czuje na plecach jego lodowate palce. Zrobił następny krok, potem następny, coraz szybciej, szybciej i szybciej - teraz już się nie skradał, teraz uciekał, zanim potężne ręce ojca złapią go za kołnierz i zawloką w jakieś odległe miejsce, może do piwnicy, skąd nikt nie będzie mógł dosłyszeć jego wrzasków.
WWW Niezatrzymywany doszedł do schodów i z ulgą puścił się po nich, bezszelestnie przeskakując po dwa stopnie.

WWW Szmatę znalazł pod zlewem w kuchni, ale wiaderko było puste. Chwycił blaszaną rączkę i wyszedł na dwór. Miał mało czasu. Jeżeli tato wstanie i nie znajdzie Patryka w łóżku, żeby go ukarać, zabierze się za Tomaszka.
WWW Przeszedł ścieżką obok polanki, mijając po drodze ławkę. Odwrócił głowę w jej stronę i doliczył się dziesięciu pustych butelek lśniących w porannym słońcu. Dwa razy więcej niż zwykle, pomyślał, nagle zdając sobie sprawę, dlaczego ojca nie zbudziło skrzypienie podłogi. Wiedział już też, że tato nie wstanie dziś wcześniej niż przed południem. Kiedy oprzytomnieje, Patryk będzie musiał zejść mu z oczu i nie pokazywać do samego wieczora, aż drzwi do sypialni ponownie się za nim nie zamkną.
WWW Ale oznaczało to również, że póki co, Tomaszek jest bezpieczny.
WWW Studnia stała na południowym skraju podwórka. Sięgała chłopcu niemal po pachy i musiał wspiąć się na palce, żeby dosięgnąć sznurka z haczykiem. Przymocował go pieczołowicie do blaszanej rączki wiaderka i pomagając sobie pordzewiałą korbką począł opuszczać wolno, aż dobiegło go ciche chlupnięcie. Opuścił jeszcze troszeczkę, a potem z wysiłkiem zaczął nawijać sznur.
WWW Wiaderko wynurzyło się nad lustro wody, wiedział o tym, bo poczuł w dłoniach nagły ciężar, który wykrzywił mu twarz i wyrwał z ust kilka głośnych stęknięć. Wiadro sunęło w górę. Słyszał, jak z dudnieniem obija się o ścianki studni, rozchlapując wodę na boki, coraz bliżej i bliżej. Stęknął, i wkładając całą siłę w ramiona, ostatni raz obrócił korbką. Ciężar przechylił go w przód i musiał zaprzeć się nogą, żeby nie wyrżnąć zębami o betonową ściankę przed sobą, a potem nagle zerknął w dół i stało się kilka rzeczy jednocześnie.
WWW Najpierw dostrzegł w ziemi, pomiędzy własnymi bosymi stopami, wyżłobiony ślad dużego buta z czubatym noskiem i półokrągłym obcasem. Wrzasnął i poczuł, jak lina wysuwa mu się z rąk i sunie dalej po skórze, wywołując ostry, palący ból. Korbka kręciła się opętańczo, z nierównym piskiem. Ale zanim wiadro ponownie zniknęło mu z oczu, zanurzając w cieniu rzucanym przez ściankę studni, dojrzał w nim coś, co zamieniło mu nogi w gumę, a z krtani wyrwało krzyk. Poczuł, jak żołądek podchodzi mu go gardła i w następnej chwili zwymiotował, ochlapując żółtą breją beton przed sobą.
WWW Potem rozległ się strzał.

WWW - Proszę, proszę, proszę...
WWW Patryk biegł do domu, ile sił w nogach, ścieżką obok polanki. W głowie huczało mu jak sto diabłów, łzy płynęły po policzkach. Kilka razy potknął się i musiał się podeprzeć, kalecząc dłonie o kamienie, ale niemal nie czuł tego, tak samo jak nie czuł, kiedy kamienie raniły mu stopy.
WWW - Proszę - szlochał, mając w głowie odcisk kowbojskiego buta przy studni i widok blaszanego wiaderka, w którym prawie nie było wody. Pomyślał o skołtunionym futrze Barkiego, wciśniętego w kubeł; o wytrzeszczonym oku psa, łypiącym z mokrego kłębowiska sierści; o łapie, która wystawała sztywno, rozszarpana na pół. Ciężki pazur zwisał na strzępie mięsa, huśtając się na boki.
WWW Poczuł, jak coś znowu podchodzi mu do gardła. Otworzył usta, skurcz szarpnął żołądkiem, ale ten był pusty i chłopiec tylko stęknął ochryple. Minął ławkę, wpadając na butelki, które rozprysły się na wszystkie strony, zaplątały między stopami i zwaliły go z nóg. Wyrżnął brodą o ziemię, aż zadzwoniły mu zęby, jeszcze kawałek pojechał po ubitym piachu, zdzierając skórę z łokci i drąc spodnie na kolanach.
WWW Zacisnął oczy. Uderzenie zdmuchnęło ślepą panikę i zamieniło ją w boleśnie świadomy strach. Patryk podniósł się na drżących łokciach, zwiesił głowę i zaszlochał głośno.
WWW Mężczyzna w czerni był w jego domu nocą. Wyszedł na podwórze, zabił mu psa, owijając łańcuch wokół jego szyi. Potem zawlókł truchło do studni. Patryk pomyślał o ojcu, który siedział na ławce przy dróżce i radośnie popijał z butelki. Kowboj musiał przejść za nim, być może całkiem bliziutko, tuż za jego plecami, a Edward nawet się nie odwrócił.
WWW Przypomniał sobie, jak mężczyzna wracał, stukając obcasami po schodach i pobrzękując ostrogami ciężko. Teraz znów był w domu - w domu rozległ się strzał i nikt nie musiał mówić chłopcu, że ktoś z jego rodziny nie żyje. Ujrzał czyjąś krew, która spływa brzeszkiem dłoni, nieruchomieje pod opuszką palca i z wolna zaczyna rosnąć niby nadmuchiwany balon, wreszcie opada w mrok.
WWW- Proszę - wyjęczał zduszonym, rozpaczliwym głosem. - Niech to nie będzie Tomaszek! Proszę! Prooooszę!

WWWPopchnął drzwi. Rozwarły się przed nim, przy wtórze smętnego skrzypnięcia. W środku było cicho.
WWW- Tomaszek? - zapytał szeptem, którego brat nie mógłby usłyszeć, nawet gdyby stał obok. - Tomasz? - powtórzył, wcale nie głośniej.
WWWRozszerzonymi oczyma powiódł po holu. Promienie słońca wpadały przez otwarte drzwi za jego plecami. Patryk zobaczył własny cień, rozpłaszczony przed nim po podłodze, groteskowo wielki.
WWWMniej więcej po jego środku, widniały dwa ślady, pozostawione przez kowbojskie buty.
WWWOczyma wyobraźni zobaczył potężnego mężczyznę stojącego nieruchomo w tym miejscu. Sięga do przytroczonej do boku kabury i wyciąga z niej colta kaliber 45 z długą lufą. Otwiera magazynek i niespiesznie ładuje kule, jedną po drugiej, a potem zamyka go z trzaskiem. Palcami wprawia bębenek w ruch. Słychać cichy, równomierny klekot, który z wolna ustaje. Mężczyzna unosi kciuk i opiera go na kurku. Rozbrzmiewa szczęk mechanizmu podającego lufie nabój.
WWWKowboj prostuje się. Kapelusz ma zsunięty na czoło. Pomimo słonecznego dnia za oknem, zamiast twarzy, widać tylko cień. Zimne oczy lśnią dziko, wzrok wędruje schodami na piętro, do zakręcającej u szczytu barierki.
WWWWchodzi niespiesznie po stopniach, trzymając luźno rewolwer. Stuk-stuk, stuk-stuk - stukają głucho obcasy, a podrdzewiałe ostrogi pobrzękują ciężko do taktu. Dociera na piętro i idzie wolno korytarzykiem w prawo, aż napotyka dwie pary drzwi, dawno temu pomalowane białą farbą. Przez chwilę stoi w bezruchu, z przekrzywioną głową. Wzrok skierowany ma gdzieś na sufit, ale zupełnie niewidzący. Po namyśle wchodzi do jednej z sypialni. Unosi dłoń, kierując lufę colta w pagórek kołdry na łóżku i kładzie palec na spuście. Rewolwer lśni w promieniach słońca, wpadających przez okno po lewej. Pociąga raz. Rozbrzmiewa huk wystrzału i w kołdrze wykwita dziura. Kilka piór frunie w powietrze razem z pyłkiem rozszarpanej pościeli, a obok studni dziesięcioletni chłopiec przeraźliwie wrzeszczy.
WWWPotem pojawia się krew. Najpierw mała, czerwona plamka, która zaczyna rosnąć i połykać biel, coraz szersza i szersza. Kącik ust kowboja wędruje z wolna do góry. Tuż przed nim, w miejscu gdzie trzymał rewolwer w wyciągniętej dłoni, unosi się smużka dymu i czuć gryzący zapach spalonego prochu.
WWWWięc cicho, mały, ciii, laj-laj.
WWWZa oknem idzie noc.
WWWI zionie szeptem w twoją skroń
WWWdobranoc, dobranoc, dobranoc.

WWWKtóre wybrał drzwi?
WWW- Proszę - wyjęczał Patryk. Łzy pociekły mu po policzkach. - Błagam!

WWWPrzestąpił próg i ruszył wolno do schodów. Bose stopy plaskały po gołych deskach. Miał wrażenie, że dźwięk jest niewyobrażalnie głośny, jakby ktoś klaskał podczas owacji na stojąco, ale nie mógł nic na to poradzić. Serce łomotało mu w gardle, pompując całą krew do uszu.
WWWOparł stopę na stopniu i począł wspinać się wolno, trzymając plecy blisko ściany. Wykręcał szyję, by coś zobaczyć. Widział barierkę, biegnącą skrajem korytarzyka. Wyglądał na pusty, ale Patryk nie dałby sobie głowy uciąć. Masywne słupki rozstawione były gęsto, przesłaniając widok.
WWWPrzykucnął i resztę schodów pokonał na czworaka, ostrożnie stawiając ręce i stopy. Deski współpracowały z nim, zachowując ciszę. U szczytu przystanął, czując, jak serce łomocze mu o żebra, a pot występuje na czoło.
WWWBał się.
WWWBał się kuli, która może rozpłatać mu czaszkę, kiedy tylko wystawi głowę zza barierki. Ręce poczęły dygotać. Przycisnął je z całych sił do desek, ale drżenie nie ustawało. Na domiar złego zaczęły szczękać mu zęby. Dźwięk był tak głośny, że słychać go było chyba w całym domu, łącznie z piwnicą.
WWWWziął głęboki wdech, że ledwie starczyło miejsca w płucach, wychylił ostrożnie głowę i zerknął w korytarz.
WWWObie pary drzwi były uchylone. Na jednych dojrzał pięć podłużnych śladów, jakby pozostawiły je palce kogoś, kto opuścił pokój i przeciągnął dłonią poprzez całą szerokość skrzydła, od klamki aż po zawiasy. Krew.
WWWPatryk jęknął. Chciał przesłonić usta, ale sparaliżowana ręka tylko zadrżała na stopniu.
WWWDrzwi do sypialni ojca.
WWWI drugie, ledwie uchylone.
WWWCzy zamykał je, kiedy wychodził? Zamykał?!
WWWObraz przeszklił się i rozmazał. Łza spłynęła, żłobiąc nieregularny szlaczek na policzku umorusanym kurzem podwórka i skapnęła na deski, pomiędzy dygoczące dłonie.
WWWWyciągnął rękę i wymacał poręcz. Z wysiłkiem podciągnął oporne ciało. Ważyło całą tonę. Nie da rady powstać z klęczek, pomyślał, a potem zrozumiał, że i tak nie ma to znaczenia. Takiego ciężaru nie utrzymają miękkie jak guma nogi. Dłoń prześliźnie się po barierce i Patryk runie w tył, skręcając kark na najniższym stopniu.
WWWZdołał jednak pokonać trzeszczący stopień i stanąć na deskach korytarzyka, twarzą do uchylonych drzwi. Widział starą, sczerniałą klamkę, powiększoną przez wyobraźnię do rozmiarów dźwigni otwierającej schron.
WWWRuszył z wolna, czując, że bardziej sunie w powietrzu, niż idzie. Zdawał sobie sprawę, że porusza nogami na przemian, ale te kroki jakby nie należały do niego. Otworzył usta, a pięści zacisnął, skupiając wzrok na drzwiach, za którymi zostawił Tomaszka i usiłując nie patrzeć w drugie, z krwawymi śladami palców.
WWWKątem oka widział, jak podjeżdżają do niego, coraz większe i większe, aż wreszcie zupełnie urosły po jego lewym boku. Przystanął i otępiały wolno obrócił głowę.
WWWKołdra na łóżku nie była przesiąknięta krwią. Wielka dłoń, opatrzona tanim zegarkiem Edwarda, wystawała spod pościeli, wnętrzem do góry. Nie była blada ani sina. Zupełnie zwyczajna dłoń pogrążonego w zdrowym śnie człowieka i Patryk mógłby sobie wmówić, że ojciec po prostu śpi. Wyraźniej jak przez powiększające szkło widział jednak czarną dziurę u szczytu kołdry, lekko postrzępioną i nadpaloną przy brzerzkach. Po palcu Edwarda spływała strużka krwi. Kropelki nieruchomiały pod paznokciem i zaczynały pęcznieć jak z wolna nadmuchiwany balon, wreszcie odlepiały się od skóry i skapywały leniwie na dywan.
WWWKap. Kap. Kap.
WWWPatryk przeniósł spojrzenie na purpurowe smugi na drzwiach i stwierdził, że kiedy kowboj przeciągał dłonią po skrzydle, musiał iść w prawo, w stronę drugiej sypialni - po Tomaszka.
WWWNiczym lunatyk odwrócił wzrok od smug i wlepił go w drugie drzwi. Znów sunął korytarzykiem. Drzwi rosły przed nim równo ze strachem. Zobaczył własną dłoń, jak wysuwa się i zatrzymuje na wysokości klatki. Dotknął skrzydła, dawno temu pomalowanego na biało. Lekko pchnął.
WWWPromienie słońca wpadały do pokoju przez firankę i złotymi refleksami kładły na pustym łóżku, rozkopanym prześcieradle i fałdach odrzuconej kołdry. Patryk widział kurz wiszący w powietrzu, przeszywanym jasnymi smugami.
WWW- Tomaszek? - nie był pewien, czy powiedział to głośno, czy tylko zawołał w myśli.
WWWSpojrzał na deski podłogi niknącej pod łóżkiem, częściowo przesłonięte zwisającą pościelą, a potem na uchylone drzwiczki szafy.
WWW- To ja! Wychodź! - Przełknął z wysiłkiem ślinę. - Sz-szybko!
WWWAle czuł, że Tomaszka nie ma tutaj. Nie zdążył się schować, albo było to bezcelowe, bo mężczyzna z coltem kaliber 45 dobrze wie, gdzie szukać sześcioletnich chłopców, próbujących umknąć przeznaczonej im kuli.
WWWPatryk sporo wiedział o Śmierci. Potrafił ją sobie wyobrazić, jak siedzi przykucnięta w kącie ciemnej komnaty. U jej bosych stóp, na kamiennej posadzce, spoczywają przedmioty. Jest ich zaledwie kilka w niewielkim kręgu rzucanego przez pochodnię światła, ale gdyby cień zalegający wszystko wokół cofnął się nieco, odsłoniłby góry najróżniejszych rzeczy: wszelkich rozmiarów noży, paczek papierosów, nasennych proszków w pudełeczkach ze specjalnym wieczkiem, by nie mogły otworzyć ich dzieci, tyle że wieczka te są zepsute; a także kół od samochodów oraz tych znacznie większych - od ciężarówek. Śmierć wyciąga białe jak papier palce i zaciska na błyszczącym przedmiociku. Spogląda na niego w żółtym świetle pochodni, a potem rozchyla wargi w upiornym uśmiechu i ostrzem kosy graweruje na gładkim naboju litery, tworzące krzywy napis: Tomasz.
WWW- Tomaszek! - zawołał ponownie Patryk. Nie słyszał drugiego strzału. Nikły cień nadziei, bo Barki też nie słyszał, nim zginął owinięty ciężkim łańcuchem, a wokół Śmierci leżą nie tylko kule.
WWWPodszedł do łóżka. Kiedy klękał, piekący ból przeszył kolano zdarte do krwi. Uniósł rąbek kołdry i zajrzał pod posłanie, ale zobaczył tylko skarpetkę, która zaginęła jakiś czas temu (za co Edward spuścił mu lanie) oraz wielkie koty z kurzu.
WWWPaaaaatryk!
WWWMiał wrażenie, jakby ktoś położył mu na karku kostki lodu. Ciało obsypała gęsia skórka, a zęby zaklekotały dziko. Poczuł, jak kręgosłup obrasta mu szronem i wiedział, że jeżeli tylko drgnie, zamarznięte kręgi rozsypią się w proch niczym krucha porcelana. Zacisnął palce na kołdrze, aż zbielały mu knykcie.
WWWPrzymilny dźwięk dochodził z holu, cichy jak szept i głośniejszy od najgorszego krzyku.
WWWChodź tu, mały! Pobawimy się!
WWW- Wychodź, Tomasz! - tym razem wrzasnął. Usłyszał jak szwy starej pościeli pękają mu w dłoniach, a potem ciężki stukot buta na pierwszym stopniu schodów i wrzasnął jeszcze głośniej.
WWWW domu wszyscy śpią, laj-laj.
WWWNikt nie zamknął drzwi.
WWWHej, mały! Czemu nie śpisz?
WWWCicho, cicho, ciiiiii...

WWWZerwał się z klęczek i rzucił do przejścia, uderzając barkiem o framugę. Zatoczył się, odepchnął od ściany i popędził korytarzykiem. Nie zwracając uwagi na krwawe ślady palców, popchnął drugie drzwi, wpadając do sypialni ojca. Słyszał coraz bliższe kroki na schodach. Deski skrzypiały niby struny głosowe chorego na raka krtani człowieka: skrzyp-skrzyp, skrzyp-skrzyp.
WWWPodbiegł do szafy i otworzył ją, omal nie wyrywając drzwiczek z zawiasów. Wspiął się po dwóch półkach jak po stopniach drabiny, wyciągnął rękę i spróbował sięgnąć najwyższej. Trącił szkatułkę, która przewróciła się, plując na niego deszczem monet. Kilka z nich, paskudnie lodowatych, wpadło mu za kołnierz. Stanął na palcach, próbując sięgnąć wyżej. Naprężył mięśnie w ramieniu, krzyknął i wreszcie wyczuł pod palcami szorstki materiał kocyka.
WWWSkrzyp-skrzyp, skrzyp-skrzyp, a potem ciężko i przeciągle: iiiiip. I cisza.
WWWPatryk zesztywniał i wytrzeszczył oczy. Wiedział bardzo dobrze, jaki dźwięk wydaje wypaczona deska na ostatnim stopniu...
WWWNie zdąży!
WWWI naraz poczuł, że stopa ucieka mu po śliskiej półce w głąb szafy. Próbował złapać wolną dłonią rozklekotanych drzwiczek, ale zaledwie zdołał prześliznąć po nich palcami. Stopa pojechała naprzód i chłopiec runął w tył, ciągnąc za sobą pled, który kurczowo ściskał, bo czegoś musiał się trzymać. Pożółkłe czasopisma wypadły z furkotem, a za nimi stary karton po butach z wytartymi literami na wieczku.
WWWPotem sypialnia obróciła się nieco i przed oczami Patryka zamajaczył oblepiony pajęczyną żyrandol. Poczuł, jak gładki materiał pościeli głaszcze go po włosach z tyłu, a sekundę później ostrą krawędź łóżka, w którą grzmotnął czaszką, odbił się i grzmotnął jeszcze raz, aż pociemniało mu w oczach. Odniósł wrażenie, że od potężnego wstrząsu myśli rozdzwoniły mu się w głowie, ale nie, to tylko jego zęby.
WWWWyciągniesz do mnie dłoń, laj-laj.
WWWDo domu mnie przywołasz.
WWWWnet wszystkie światła zgasną
WWWnocy nie odwołasz...

WWWOtworzył oczy. Nie wiedział, ile leżał nieprzytomny, ale może zaledwie dwie, trzy sekundy, bo dźwięki z korytarzyka, które przebiły się do niego, były tylko trochę bliższe.
WWWPrzetoczył się na brzuch i podciągnął na łokciach. Sypialnia zawirowała wokół. Potoczył zamroczonym wzrokiem po zielonej wykładzinie, szukając pudełka po butach. Dojrzał je, umorusane krwią. Musiało upaść prosto w mokrą plamę, zgubiło wieczko i pojechało w cień rzucany przez łóżko, na spotkanie kotów z kurzu.
WWWPatryk z wysiłkiem począł wchodzić za nim. Wyciągnął dłoń i niemal dotknął kartonu palcami, kiedy poczuł na karku dłoń Edwarda, przesuwającą się z wolna po skórze, mokrą od krwi i ciężką jak najgorsza choroba. Ręka wczepiła mu się w kołnierz. Wrzasnął i szarpnął w przód, mając w głowie ohydną chmurę paniki, ale palce trzymały mocno. Musi się położyć, musi się położyć i pełznąć, inaczej dłoń ojca nigdy go nie wypuści, przytrzyma go specjalnie, dopóki kowboj nie strzeli Patrykowi w płuca, skoro Edward już nie może.
WWW- Ty sukinsynu! - wydusił, ledwie zdając sobie sprawę z tego.
Zacisnął oczy i opadł w mokrą plamę, czując, jak ciepła krew wsiąka w koszulkę i oblepia mu skórę na piersi, ale jednocześnie, o dzięki Ci, Boże, koścista dłoń wysunęła się zza kołnierza i Patryk był wolny. Podczołgał się do zawilgoconego kartoniku. Koszulę z przodu miał przemoczoną dokumentnie, ale za bardzo się bał, żeby poczuć mdłości. Sięgnął do pudła i zacisnął palce na zimnej, zatłuszczonej rękojeści colta. Wiedział, że działa, bo czasami Edward zabierał broń na podwórko i z dziką satysfakcją pakował kule w butelki po piwie, ustawione rządkiem na murku za domem.
WWWNie wiedział tylko, czy jest nabity.
WWWBrzęk-brzęk, brzęk-brzęk...
WWWNie był, ale w pudełku leżały naboje. Drżącymi dłońmi począł je ładować. Trafił tylko dwoma w komory, reszta wyślizgnęła mu się z palców. Chciał je pozbierać i spróbować załadować raz jeszcze, ale w dolnym fragmencie drzwi przed sobą, niezasłanianym przez łóżko, nagle zamajaczyły kowbojskie buty z ostrogami - stuk-stuk - i zrozumiał, że nie ma już czasu.
WWWZamknął magazynek, odciągnął z wysiłkiem kurek, nie mając pojęcia, czy nie podaje lufie pustej komory.
WWW- Patryk, Patryk, Patryk - powiedział wolno kowboj i zacmokał karcąco. - Nie wiesz, że dzieciom nie wolno bawić się bronią?
WWWTym razem krzyk nie przeszedł chłopcu przez gardło. Leżał na brzuchu, rewolwer trzymał przed sobą. Dygotał mu w dłoniach, celując na wszystkie strony.
WWW- Szukałeś braciszka? - Głos był głęboki i lekko schrypnięty, jakby od palenia tytoniu. Patryk wyczuł, że mężczyzna się uśmiecha, unosząc lewy kącik ust. - Wiem, co ci chodzi po głowie, ale się myślisz. Nie zabiłem go. Jeszcze nie.
WWW- Zostaw go! - zapiszczał Patryk. Głos załamał mu się na końcu. Nie dbał o to. Kowboj nie mógł dostrzec Patryka, bo przesłaniało go łóżko, ale musiał widzieć wysuwającą się z cienia, podrygującą lufę rewolweru, która w wyciągniętych dłoniach miała znacznie lepszy widok niż chłopiec. Nie było sensu zgrywać twardziela. Edward zawsze takie próby witał uśmiechem, przepełnionym jadowitą satysfakcją.
WWW- Nie - odparł mężczyzna. - Bachor będzie martwy, nigdy go nie zobaczysz. Chociaż... - zamilkł. Chłopiec wyobraził sobie, jak unosi głowę, wlepiając wzrok w sufit, a palec opiera na brodzie. - Skoro już przyszło ci do głowy ukraść ojcu rewolwer, to może sobie zagramy. Przegrasz - zginiesz. Wygrasz, dostaniesz bachora z powrotem. No, mały, co ty na to?
WWWPatryk nacisnął spust.
WWWZa skarby świata nie odgadłby, dokąd poleci kula, ani czy w ogóle to nastąpi. Być może rozbrzmi tylko suchy szczęk, bębenek obróci się z pustą komorą, a potem przyjdzie kolej kowboja - raz ty, raz ja. Hej! Każdy ma równe szanse!
WWWBył pewien, że kiedy mężczyzna ładował swojego colta, nie trzęsły mu się ręce. Nie widział, ich, wiedział jednak, że są spokojne. Czuł, że prawa trzyma rewolwer, z długą, połyskującą lufą. Zacisnął oczy.
WWWSzarpnięcie omal nie wyrwało mu ręki z barku. Usłyszał huk, rozdzierający powietrze na siekące bębenki drzazgi. Przyszło mu do głowy, że wystrzał ten może być ostatnią rzeczą, którą usłyszał w życiu, ale to nic, nic nie szkodzi, bo jeżeli nie trafił, prawdopodobnie życia nie zostało mu wiele. Dwie sekundy, jeżeli dopisze mu szczęście.
WWWA potem poprzez smużkę wiszącego przed nim dymu zobaczył, jak kowboj zatacza się w tył. Zrobił dwa kroki, lewy but, prawy but, czubki obu oderwały się od podłogi i jedną, dwie, trzy sekundy kołysał się na piętach. I naraz buty opadły z cichym stukotem i mężczyzna bezwładnie runął w przód.
WWWPatryk wstrzymał oddech. Sądząc po jego posturze, oczekiwał potężnego łomotu nad głową, kiedy wyrżnie górną połową ciała w łóżko. Odciągnął kurek, gdyby musiał strzelić ponownie. Ale zamiast kowboja, w przerwie pomiędzy podłogą, a krawędzią posłania ukazał się chłopcu jasny materiał w czerwone samoloty, częściowo przesłonięty wytartym zamszem kurtki.
WWWTomaszek upadał, a Patryk wrzeszczał przeraźliwie, wrzeszczał tak, że prawdopodobnie nigdy więcej nie wyda z siebie dźwięku, bo nikt nie mówi z popękanymi strunami.
WWWChłopczyk w wielkim kowbojskim kapeluszu, zsuniętym nieco z czoła i ukazującym szeroko otwarte oczy i w za dużych butach z ostrogami, osunął się na kolana. Rękawy kurtki zwisały do samej podłogi. Z prawego wypadł colt i gruchnął na deski obok.
WWW- Obudziłem się - wyszeptał, patrząc na Patryka wzrokiem najpierw pełnym oszołomienia, a potem nagłej ufności, kiedy rozpoznał brata. Czerwona plama na jego piersi rosła gwałtownie, z kącika ust pociekła krew. Patryk dojrzał na materiale piżamy rdzawe smugi, które nie były samolotami, ale zaschniętą, starą krwią. Pomyślał o skołtunionym futrze Barkiego, wciśniętego w kubeł; o wytrzeszczonym oku psa, łypiącym z mokrego kłębowiska sierści. A potem o brzęczących ciężko krokach na schodach nocą, dłoni opadającej na klamkę i o Tomaszku z kciukiem wetkniętym w usta. WWW„Śniło mi się brzydkie. I Barki. Nie żył, Patryk. Nie żył!".
WWWOczyma wyobraźni zobaczył przybrudzoną stopę brata śpiącego w pokoju na końcu korytarzyka i odciski palców na metalowych stopniach drabinki.
WWWOczy Tomaszka błysnęły białkami, chłopczyk zakołysał się i runął do przodu, uderzając policzkiem w podłogę tuż obok dłoni ściskających rewolwer.
WWWNa strychu rozbrzmiał śpiew.
WWWWięc cicho, mały, ciii, laj-laj.
WWWZa oknem idzie noc.
WWWI zionie szeptem w twoją skroń
WWWdobranoc, dobranoc, dobranoc.



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pt 01 lip 2011, 14:44

Skupiłem się na pierwszej części, gdyż tekst mnie nie wciągnął. Na pierwszy plan wychodzi pewna wada, dość powtarzalna w Twoich tekstach. Mianowicie chodzi mi o "dorosłość" w opisach dzieci. Mało w dziecku jest tego dziecka: budujesz skomplikowane metafory, mocne wywody i pokazujesz świat oczami dziecka, jakby nie było dzieckiem. Dysonans powstały w ten sposób skutecznie ubija dziecięcą naturę w Tomaszu (przy okazji innego tekstu, bodajże z piłką, miałem te same odczucia). Tych wynurzeń dorosłości nie jest za wiele, lecz mimo wszystko odstają za bardzo. Na przykład:
Potrząsnął głową. Spokojnie, tylko spokojnie! Tylko ci się wydaje! Paaaaaatryk! Chcesz się pobawić?
I w tej samej chwili poczuł, jak coś pęka w nim niczym krucha skorupka. Ze środka wypływa kipiąca bielą czysta panika i zalewa go - ohydna, pulsująca i lepka. Rzucił się w tył, odpychając od podłogi piętami. Nadepnął na figurkę, która skaleczyła mu stopę, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Plecami natrafił na ścianę.

Tutaj... świadomość dziecka, sześciolatka. Czy aby na pewno taka była? Dzieci widzą więcej, to fakt, ale też prościej.

Kolejnym mankamentem jest zabieg z wypowiedzią, kiedy bohater pozostaje sam - w tym przypadku widzę celowość, natomiast narracja mająca uzupełnić scenę (czyli jest wypowiedź i opis) się nie sprawdza, bo słowa, służące w tym przypadku do ukazania jego osobowości, nie współgrają z narratorem. Posłużę się S. Kingiem, co rzadko robię - w przypadku Łowców Atlantydów, King unikał monologów dziecka, tak samo mocno, jak wypowiedzi w przypadku, kiedy bohater zostawał sam - po prostu wlepiał jego przemyślenia w narrację, tworząc plastycznie bohatera, bez użycia bezpośrednich wypowiedzi. Ten zabieg doskonale oddaje naturę dziecka i pozwala na płynne ciągnięcie akcji.
Ted Braughtinan rzadko się uśmiechał. Być może dorośli inaczej widzą świat, pomyślał Bobby, ale ten mężczyzna coś ukrywał, jakby uśmiech miał to zdradzić.
(to jest przykład)
Ty stawiasz na to, aby każdą wypowiedź ukazać jako odrębną scenę (powstają kadry - niczym w filmie), lecz taki zabieg szatkuje akcję, natężenie grozy drastycznie spada. Ciężko mi to ująć w prosty sposób, ale mam nadzieję, że zrozumiałaś. Dla poparcia swoich słów przerabiam pewien fragment:
Poderwał głowę, aż zatrzeszczały mu ścięgna szyi. Klapa na strych odcinała się brudnym prostokątem na tle sufitu. Wytrzeszczył na nią oczy, czując, jak kręgosłup powoli sztywnieje mu z zimna, a nerwy napinają jak liny na statku, kiedy wzbiera sztorm.
- Kto tam? - Oblizał wargi. - Jest tam ktoś?
Zapomniał, że ponad sufitem, cokolwiek jeszcze istnieje. Dawno temu ojciec zabronił mu wchodzić na strych. „Możesz spaść z drabinki i złamać nogę albo obie ręce - powiedział mu tamtego dnia. Stał oparty o barierkę, palec wyciągał ku górze, wskazując brudną klapę. - Możesz nawet skręcić kark! Nie to, żebym miał płakać po takim smarku, Bóg mi świadkiem! Ale nienawidzę pogrzebów, nienawidzę! Lepiej, żebyś to sobie zapamiętał."
- Kto tam? - zapytał niepewnie raz jeszcze. Głośno przełknął ślinę.
Cisza. Tylko kap... kap... kap... I wycie psa za oknem.
A potem przeciągle i ponuro:
Chooooooooodź, Patryk!
Potrząsnął głową. Spokojnie, tylko spokojnie! Tylko ci się wydaje!
Paaaaaatryk! Chcesz się pobawić?
I w tej samej chwili poczuł, jak coś pęka w nim niczym krucha skorupka. Ze środka wypływa kipiąca bielą czysta panika i zalewa go - ohydna, pulsująca i lepka. Rzucił się w tył, odpychając od podłogi piętami. Nadepnął na figurkę, która skaleczyła mu stopę, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Plecami natrafił na ścianę.
Chodź, Patryk! No choooooodź!
- Odejdź! - zapiszczał.


Po drobnych zmianach - tutaj zaznaczę, że można z tego wyciągnąć więcej, bo to tak na szybko zrobiłem.

Poderwał głowę, aż zatrzeszczały mu ścięgna szyi. Klapa na strych odcinała się brudnym prostokątem w sufitu. Wytrzeszczył na nią oczy, widząc nienaturalny ruch martwego przedmiotu.
- Kto tam? - zapytał i oblizał nerwowo wargi.
Zapomniał, że ponad sufitem, cokolwiek jeszcze istnieje. Dawno temu ojciec zabronił mu wchodzić na strych. „Możesz spaść z drabinki i złamać nogę albo obie ręce - powiedział mu tamtego dnia. Stał oparty o barierkę, palec wyciągał ku górze, wskazując brudną klapę. - Możesz nawet skręcić kark! Nie to, żebym miał płakać po takim smarku, Bóg mi świadkiem! Ale nienawidzę pogrzebów, nienawidzę! Lepiej, żebyś to sobie zapamiętał."
Powtórzył niepewnie pytanie, a kiedy nie usłyszał wyczekiwanej odpowiedzi, głośno przełknął ślinę.
Cisza. Tylko kap... kap... kap... I wycie psa za oknem.
A potem przeciągle i ponuro:
Chooooooooodź, Patryk!
Potrząsnął z niedowierzaniem głową.
Paaaaaatryk! Chcesz się pobawić?
I w tej samej chwili poczuł ogarniającą panikę, silniejszą niż dłonie Edwarda lecz tak samo ohydną i lepką. Rzucił się w tył, odpychając od podłogi piętami. Nadepnął na figurkę, która skaleczyła mu stopę, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Plecami natrafił na ścianę.
Chodź, Patryk! No choooooodź!
Próbował przegonić źródło dźwięku krzykiem lecz zdobył się tylko na jedno, krótkie "Odejdź!".


To tyle o mankamentach. Kilka zdań to czyste perełki, doskonale pokazałaś charakter ojca, i nie tyle w narracji, co w bezpośrednich gestach - one mówią czasem więcej, niż wiele, wiele słów. To akurat u Ciebie standard i cieszy mnie, że jest tak wysoki. Zwyczajowo ładnie wprowadzasz "tajemniczy element", czyli dźwignię fabularną, więc to kolejny plus. Mimo, że czytało się dobrze, przedstawienie chłopięcego świata wyszło słabo, mało wiarygodnie (chodzi głównie o to, co pisałem na początku), i dlatego tekst mnie nie wciągnął.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości