Trzecia - powieść zrodzona z nudów

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
marekcymbuch
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: pt 21 gru 2012, 15:06
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Trzecia - powieść zrodzona z nudów

Postautor: marekcymbuch » pt 21 gru 2012, 15:22

Pisane z nudów na dyżurach w pracy w openoffice. Zapewne interpunkcja, podziały zdań do dopracowania, ale naklepałem już kilkadziesiąt stron i koledzy insynuują mi wydanie ebooka. Nada się ?






Zaciągnął się głęboko zdobycznym, rosyjskim papierosem i spojrzał do tyłu, gdzie Kurt w pośpiechu zacierał wyryte w głębokim na trzydzieści centymetrów śniegu ślady.
W tumanach śnieżnej zawiei sylwetka pochylonego żołnierza co chwilę znikała rozmywając się wśród niskich krzaków. W porządku, za pół godziny będzie można rozpoznać jedynie niewielkie zagłębienia po których nikt nie pozna co tędy przejechało, a do jutra natura zatrze ślady zupełnie. Rzucił w śnieg niedopałek i zniknął między świerczkami, uważając aby żadnego nie przewrócić.
Ścięte kilkanaście minut temu i wbite w zmarznięty śnieg maskowały stojącą kilka metrów dalej potężną Panterę. Długa lufa siedemdziesiątki piątki widoczna pomiędzy ośnieżonymi gałęziami celowała nad głową wciąż pracującego, pochylonego Kurta czekając, aby powitać ewentualnych ciekawskich Rosjan przeciwpancernym pociskiem. Spojrzał na wymalowane na lufie cztery białe paski symbolizujące odniesione zwycięstwa i pomyślał, że jeśli miałby się pojawić piąty, to zapewne będzie ostatni.
Znajdowali się zaledwie kilkanaście kilometrów od oblężonego Poznania, potężnej, otoczonej fortami twierdzy, ale musieli się tu zatrzymać z powodu braku paliwa. W zbiornikach przeświecało dno, mogło go jeszcze wystarczyć do rogatek miasta, ale przemykając polami widzieli z daleka jadące drogami ciężarówki pełne Rosjan. Jakakolwiek walka bez możliwości manewru musiała się zakończyć porażką. Początkowo były dwa czołgi. Z klęski pod Studziankami wyrwali się dwoma wozami, lecz wóz Steinera miał pecha. Dwa dni temu w leśnej przecince dostrzegł ich rosyjski myśliwiec i ostrzelał. Ogień broni maszynowej teoretycznie nie był groźny dla czołgu zdolnego wytrzymać trafienie osiemdziesięciopięciomilimetrowego działa w jakie były wyposażone nowe rosyjskie T34, ale zapobiegliwy Steiner wbrew rozsądkowi wiózł na pancerzu dodatkowe zbiorniki paliwa. W pamięci pojawił się obraz morza ognia, oblewającego bratnią Panterę i koszmarna eksplozja, która zakończyła ucieczkę. Nikt nie zdążył nawet otworzyć włazów. Zastanawiał się czy pilot zameldował o drugim czołgu i czy Rosjanie ich szukają. Jeśli tak to mają mocno utrudnione zadanie, trwająca od wczoraj śnieżyca uniemożliwiała dostrzeżenie czołgu z samolotu, a pozostawione ślady mogła zostawić równie dobrze sowiecka maszyna.
Sam zresztą był zdziwiony, że udało im się tak daleko dotrzeć. Spotykana czasem miejscowa ludność szyderczo się uśmiechała widząc czołg z czarnymi krzyżami uciekający na zachód i na pewno zdawała relację nadciągającym oddziałom sowieckim.
Podziękował w duchu opatrzności, że po drodze spotkali pod Środą Wlkp rannego piechociarza z plutonu kolarzy. Jak z trudem opowiedział obijając się wewnątrz ciasnego wnętrza przemykającej Pantery jechali na rozpoznanie i niespodziewanie dostali się w zasadzkę. Zbyt późno spostrzegli stojące kilkadziesiąt metrów od drogi trzy sowieckie czołgi.
Ogień karabinów maszynowych zmiótł ich z drogi. Trafiony pociskami rower dosłownie wrzucił zwiadowcę do rowu tuż obok zasypanej śniegiem rury przepustowej zarośniętego rowu. Zdążył wpełznąć zanim otwór został zakryty martwym już ciałem innego kolegi z plutonu. Słyszał jeszcze pojedyncze strzały, którymi sowieccy fizylierzy dobijali rannych. Wcisnął opatrunek pomiędzy ranę na piersi, a mundur i stracił przytomność. Po jakimś czasie ocknął się zdrętwiały, nasłuchiwał blisko godzinę po czym z trudem odrzucił skamieniałego na mrozie trupa i wypełzł z kryjówki. Nikogo nie spostrzegł. Rosjanie jedynie zebrali broń poległych na stos, rozjechali czołgami i jak wskazywały ślady gąsienic oddalili się w kierunku Poznania. Uciekł do widocznego w oddali lasu i następnego dnia natknął się na przekradający lasem czołg z czarnymi krzyżami. Z podniesionymi rękami zagrodził mu drogę mając nadzieję, że załoga rozpozna mundur i nie poczęstuje go krótką serią.
Dla czołgistów jasne było, że na drodze do twierdzy spotkają wroga i to prawdopodobnie chronionego pancerzem. Pantera bez problemu mogła stanąć do pojedynku z każdym sowieckim T34, ale bez uzupełnienia paliwa i tak będzie łatwym celem. Porzucenia czołgu nie brali pod uwagę, dawał im przez ponad rok bezpieczne schronienie i obecnie był ich jedyną szansą na przebicie się, dobrze wiedział co Rosjanie robią ze schwytanymi żołnierzami w czarnych mundurach, a nie sądził aby chcieli widzieli różnicę pomiędzy mundurem SS a pancerniaków.
Wdrapał się na pancerz i wcisnął we właz. Ciche od kilkudziesięciu minut wnętrze jeszcze nie ostygło i było całkiem znośnie. Hans kończył jeść zdobyczną konserwę zapijając ją butelką brandy. Gerd siedział skulony obserwując przez celownik armaty drogę, którą przyjechali.
-Przez ten cholerny śnieg zobaczymy kogokolwiek dopiero na rzut kamieniem. Szybciej usłyszymy ruskich niż zobaczymy. -narzekał.
-Ale za to do rana będziemy wyglądać jak zaspa w lesie. Pomyślcie lepiej skąd zdobyć benzynę. -odparł dowódca.
-A nie możecie wezwać pomocy z twierdzy? -spytał od niechcenia ranny piechociarz.
Radio przecież macie sprawne. Dwieście litrów benzyny rozwiązałoby problem dotarcia do naszych.
-Taaa i pewnie przywiozą ją na tych waszych rowerach. Przed nami są już Ruscy i to nie tylko ich zafajdana piechota, ale i czołgi. -westchnął Hans.
-Może na wsi coś się znajdzie? nie dawał za wygraną piechociarz.
-A niby skąd mieliby ją mieć, wszystko co jeździło już spieprzyło za Wartę. Według mapy, parę kilometrów stąd, w Bednarach jest nasze lotnisko, ale jechanie tam to samobójstwo. -tego jednego Hans był pewien.
Jadąc tu słyszeli przecież wybuchy bomb lotniczych dochodzące z tamtego rejonu. Pewnie lotnicy brali od ruskich porządne lanie.
-Jedyną możliwością wydaje się zrobienie zasadzki i przejęcie jakiejś sowieckiej ciężarówki z bakiem pełnym paliwa. Gdyby nie ta cholerna pogoda można by otrzymać zrzut, a tak nas w ogóle nie znajdą. Na razie najlepiej siedzieć cicho i czekać, może będzie się tędy wycofywać jakaś nasza jednostka. -wtrącił swoje dowódca
Dwa dni temu kilkaset metrów od nich przejechał sowiecki czołg, ale puścili go bez strzału. Może i by domalowali kolejny pasek na lufie, ale zdradziliby tym samym swoją pozycję, a poza tym w zbiornikach T34 była bezużyteczna dla nich ropa.
-Kurt już skończył- rzucił Gerd.
Rzeczywiście po kilku sekundach w tumanie płatków śniegu Kurt wśliznął się do ciepłego wnętrza.
-Panie majorze, zadanie wykonane, za godzinę sam diabeł nas tu nie odnajdzie- zameldował zmęczonym głosem
-W porządku, jeśli ten ochlapus coś zostawił to się rozgrzej -wskazał na Gerda, tulącego do ust ciemnobrązową butelkę brandy.
-A zresztą robi się zimno więc przez wzgląd na starszeństwo rekwiruję to na użytek dowództwa- śmiejąc się wyrwał butelkę z rąk zdumionego Gerda.
Pociągnął zdrowego łyka i podał dalej. Butelki starczyło na raptem dwie kolejki, ale po chwili wszyscy poczuli się prawie znośnie.
Pantera stygła i teraz nawet śnieg padający na komorę silnikową przestał się roztapiać tworząc powoli maskującą warstwę białego puchu. Jedynym widocznym i to tylko z bliska elementem czołgu była wystająca z gałęzi na kilka cm lufa, wewnątrz której drzemał przeciwpancerny pocisk.
-Godzina snu dobrze nam zrobi. -zarządził dowódca.
-Pierwszą wartę bierze Gerd. Pamiętaj aby nigdy nie przekraczać linii drzew, jeśli ktokolwiek nas tu namierzy to po nas. I jak sądzę nie będzie czasu na negocjacje.-przypomniał major
Wziąwszy swoje MP i wcisnąwszy na głowę ciepłą rosyjską uszankę z białym pokrowcem wyśliznął się z włazu i zniknął pomiędzy drzewkami.
Pantera była ukryta w choinkach na małym pagórku. Dobrych kilkaset metrów po lewej stronie w zaroślach płynęła rzeczka. Półtora kilometra z tyłu zostawili za sobą jakąś małą wieś. Daleko przed sobą w przerwach między tumanami śniegu dostrzegał kilkusetmetrowej długości skarpę. Lekko po prawej dostrzegł wyniosły pagórek. Wydawał się zbyt regularny jak na dzieło natury. Trzeba będzie zapytać Hansa, który służył kiedyś na bednarskim lotnisku. -pomyślał Gerd.
Alkohol w żaden sposób nie wpływał na spostrzegawczość Gerda. Po dwóch latach walk w Rosji potrafił pić jak sybirak. W połowie odległości do skarpy, a raczej moreny czołowej lodowca poprawił się w myślach Gerd była chyba droga. Zauważył w kilku miejsca krzaki sugerujące granicę pomiędzy polami, a poza tym daleko po prawej stronie widać było przerwę w drzewach. Z lewej strony na skraju pola zaczynała się jakaś wieś. Wyglądała na opuszczoną, ledwo co zauważał poszczególne budynki, ale z kominów nie unosił się dym. Pewnie niemieccy osadnicy czmychnęli przed rozpasanymi sowieckimi dywizjami.


Jedynym niebezpieczeństwem tego miejsca było małe gospodarstwo leżące tuż przy ich pagórku. Rozwalający się dom i chlewik nie nosiły znamion życia, ale mogły skusić sowieckich szabrowników, jeśliby takowi się pojawili w okolicy. Trzeba będzie na to uważać. Spojrzał na zegarek, minęło dopiero pół godziny. Znalazł szczególnie rozrośniętą choinkę, rozgarnął śnieg i wcisnął się delikatnie pod najniższe gałęzie. Jednym ruchem ręki zgarnął biały puch z grubej warstwy igliwia, kawałkiem gałęzi powoli podniósł i podparł ostatnią zasłaniającą widok gałąź i sięgnął po lornetkę.
W czołgu czwórka żołnierzy próbowała zasnąć. Dowódca jak zwykle usadowił się przy jako tako jeszcze ciepłej ścianie komory silnikowej, Hans wdrapał się do wieży i drzemał oparty o okular peryskopu. Kurt wsparty o magazyn amunicyjny cierpliwie wylizywał ostatnie krople brandy z pustej już dawno butelki. Zmęczony jazdą piechociarz leżał po prostu na podłodze przyglądając się pancerniakom.
-Jakie negocjacje można prowadzić z Rosjanami?- spytał nagle patrząc w oczy majorowi.
Ten rozbudzony nagle spojrzał na piechociarza, ze zdziwieniem zauważając w jego dłoni pistolet. Walter pomyślał, mała ale skuteczna broń. Rozejrzał się po czołgu, Hans już nie spał spoglądając znudzonym wzrokiem na piechociarza. Kurt odstawił ostentacyjnie butelkę, przeciągnął się i odparł zamiast dowódcy:
-A wiesz chłopcze ile kosztuje taki czołg?
-Jedna Pantera jest warta tyle co pięć sowieckich T34. My to wiemy, ale ruskie też. Ich dowódcy mają głęboko w dupie ilu żołnierzy im zabijemy, jeśli tylko będą mogli na tym zarobić. Za dobre negocjacje i uratowanie czołgu z okrążenia można nawet awansować, więc z łaski swojej odłóż tę pierdoloną zabawkę i wyciągnij sobie dolny lewy pocisk. Zawartość wyjaśni ci w czym rzecz.
Przez blisko dwie minuty trwała znieruchomiała cisza. Potem piechociarz wolno lewą ręką sięgnął i wysunął z leża wskazany pocisk. Normalnie nabój czołgowy składa się z łuski i właściwego pocisku, ten jednak był inny. Sama łuska szczelnie zapchana kłębem szmat.
-Otwórz -piechociarz pchnął łuskę w kierunku Kurta.
Ten pomału, mając na uwadze, że pistolet celuje teraz w niego wyciągnął szmaty i wysypał zawartość na podłogę.
Głębokiego, czystego dźwięku złota nie sposób pomylić z niczym innym. Kilkadziesiąt dużych, żółtych monet , przemieszanych z różnorodną biżuterią utworzyło na stalowej podłodze kilkucentymetrowy stosik przykuwając wzrok piechociarza o sekundę za długo, zresztą nie da się skutecznie pilnować trzech osób rozmieszczonych praktycznie dookoła. Dla niewprawnego oka teoretycznie Hans się nie poruszył, ale Luger, który właśnie plunął ogniem pojawił się w jego ręce już minutę temu.
Z odległości półtora metra nie jest specjalną sztuką trafić w nawet tak mały cel jak walter, ale Hans był prawdziwym mistrzem. Kula trafiła tuż przed wyrzutnikiem łusek zbijając wycelowany pistolet i wbijając go między kolana leżącego piechociarza.
Nie wypalił zresztą, ale nie miało to znaczenia, Luger plunął jeszcze tylko raz, pozbawiając piechociarza złudzeń i życia.
-I tak się kończą dla napaleńców sny o potędze. My go wyciągniemy, a ty uspokój Gerda. -zwrócił się dowódca do Hansa.
Gdy ten zniknął we włazie, pozbierali złoto pakując je z powrotem do łuski i z wielkim trudem wyciągnęli trupa z czołgu. Przejrzeli dokumenty zabitego, ale nie znaleźli nic ciekawego. Ciało zostawili w gęstych zaroślach w pobliżu czołgu. Waltera, który przetrwał trafienie schował Kurt do kieszeni.
Śnieżyca jakby przycichała, oparli się o pancerz i wyciągnęli papierosy. Nie zdążyli odpalić, gdy z zarośli wypadł Hans.
-Gerd coś wypatrzył, mamy jakichś gości na wzgórzu przed nami.- wysapał.
-Nie widać praktycznie nic, ale przysięga się, że ktoś tam jest.-dodał.
Idziemy rzucić okiem - machnął ręką dowódca
-Nie -zaprotestował Hans
-Tuż obok jest opuszczone gospodarstwo, a dom ma uszkodzony dach. Wezmę rurę, podejdziemy od tyłu i przez dziury w dachu dokładnie sobie wszystko obejrzymy sami będąc ukryci. Jeśli tam są nasi to najprawdopodobniej SS z Owińsk bo to najbliższa jednostka, a tych chyba wolelibyśmy uniknąć.
-Dobra, widzieliście więcej więc zrobimy tak jak mówisz. -ustąpił major
-Kurt do wozu i jak przyjdzie zadymka obróć wieżę na tamto wzgórze, tylko po cichutku, i przygotuj sobie ze dwa odłamkowe pod ręką, odległości dostaniesz.- major miał na myśli blisko półtorametrową rurę którą już taszczył Hans
Ciężka, długa na sto trzydzieści centymetrów rura okazała się dalmierzem artyleryjskim, który pewnego dnia zniknął z zakładów produkujących optykę dla mających dopiero wejść do produkcji nowych wersji Panter, wyposażonych w wieże typu Schmalthurm. Nowoczesna konstrukcja uniemożliwiała zamontowanie dalmierza w starej wersji czołgu, ale Hans, przedwojenny optyk z Hamburga przerobił urządzenie czyniąc z niego doskonały, chociaż mało poręczny dalmierz ręczny. Precyzyjnie wyskalowany pokazywał odległość do celu wręcz w decymetrach. W przypadku zasadzki miało to ogromne znaczenie, pozwalało nawet wybrać konkretną część wrogiego pojazdu w którą miał trafić pocisk. Amerykańskie bomby, które chwilę później zamieniły zakład w stertę gruzów uniemożliwiły odkrycie zuchwałej kradzieży i Hansowi się upiekło.
Prowadził on teraz dowódcę przez gęste, zaśnieżone iglaki na sam skraj zarośli. Niski wał polnych kamieni schodzących z pagórka do gospodarstwa stanowił najprawdopodobniej skraj niewidocznej pod śniegiem polnej drogi dojazdowej. Pomiędzy choinkami widać już było podejrzaną górkę. Opuścili na twarze wciśnięte dotychczas pod czapki białe chusty uzupełniające biały kombinezon maskujący stając się podobni do świątecznych, śniegowych bałwanów. Jedynie otwory na oczy mogły ich zdradzić uważnemu obserwatorowi. Doczołgali się do końca wału. Poczekali kilka minut aż nowa fala śnieżycy zamazała widoczność i przebiegli kilkunastometrową otwartą przestrzeń, jedyną lukę pomiędzy gospodarstwem a przydrożnym kamiennym wałem, który ich tu doprowadził. Dom był zupełnie wyziębiony, przez wybite okna nawiało już półmetrowe zaspy śniegu. Otwarte szafy i poprzewracane krzesła wskazywały na szybką ewakuację, ale nic nie sugerowało na to że byli tu już Rosjanie. Myszkujący Hans wyciągnął z przylegającej do kuchni komórki kilka zalakowanych butelek i pytająco spojrzał na dowódcę.
-Później, teraz na strych. Trzeba najpierw sprawdzić z kim mamy do czynienia. -decyzja majora była do przewidzenie
Wdrapali się po stromych schodach i uchylili klapę. Świetnie, góra domu nie była zagospodarowana na pokoje i jedynie potrzaskane w wielu miejscach dachówki oddzielały ich od śnieżycy.
Hans ustawił dalmierz na przystawionym do płaszczyzny dachu prowizorycznym stole, który naprędce zrobił zrzucając maszynę do szycia Singer z jej postumentu i korzystając z nowej fali śniegu delikatnie wyjął jedną z dachówek zasłaniającą światło okularu potężnego dalmierza. Prawdopodobieństwo, że ktoś dostrzeże różnicę było minimalne, to nie był Stalingrad, gdzie każda poruszona cegła stanowiła natychmiast centrum siatki celowniczej rosyjskiego snajpera.
Śnieg nie ustawał, więc dowódca odszedł w ciemny kąt pomieszczenia, niewidoczny z zewnątrz, skinął na Hansa i wyciągnął paczkę rosyjskich papierosów.
-Jak myślisz, kto tam się ukrywa? Jeśli to nasi, to ciekawe co tam robią. Już dawno powinni się wycofać za rzekę, chyba że mają jakieś inne plany -spojrzał znacząco na Hansa.
Obydwaj już dawno zrozumieli, że wojna zakończy się trochę inaczej niż to sobie wyobrażał dziadek Fuhrer i zdecydowali iż jedyną szansą jest poddanie się jednostkom amerykańskim. Dlatego też pod Studziankami, gdy podczas przygotowań do kolejnego kontrataku pocisk zabił dowódcę plutonu czołgów, skorzystali z okazji i razem ze Steinerem zmylili drogę przeprowadzając kontratak w kierunku Odry. Steiner łatwo na to przystał zwłaszcza że to pocisk z karabinu jego czołgu pozbawił pluton dowództwa.
Był jeszcze Gerd, ale całkowicie zgadzał się z decyzją dowódcy, a ten mu ufał, w końcu komu można ufać jeśli nie własnemu bratu. Nie był pancerniakiem, a kierowcą ciężarówki, który celowo rozbił auto w leju po bombie znajdującym się w pobliżu jednostki brata. Jakimś dziwnym psim swędem akurat wówczas kierowca czołgu zachorował na jakąś ciężką niestrawność i przybyły do jednostki mechanik bez problemu został wciągnięty na stan kuchni.

Najciekawszą historię skrywał Kurt. Przybył do jednostki gdzieś pod Smoleńskiem jako radiotelegrafista i strzelec. Cichy, przyjacielski dla wszystkich, bez szemrania wykonujący rozkazy stanowił wzór żołnierza, aż do czasu choroby. Gorączkującym kolegą opiekowała się cała załoga, ale pewnego wyjątkowo chłodnego wieczoru dowódca w poszukiwaniu czegoś czym można by go okryć sięgnął do plecaka Kurta. Z niejakim zdziwieniem nie znalazł w nim niczego związanego z rodziną chorego, tylko zapasowe konserwy, starą kurtkę i nic więcej. Chcąc odłożyć plecak na miejsce przypadkiem chwycił go za dno wyczuwając pod palcami niewielkie, miękkie zgrubienie. Nie dał niczego po sobie poznać, ale rano gdy wszyscy poszli do stołówki delikatnie rozciął na szwie plecak i wyciągnął starannie złożony kawałek materiału.
Po powrocie załogi jak co ranka odpalili silnik i czekali aż wóz się rozgrzeje. Luger przykryty fałdą płaszcza leżał na kolanach. Hałas silnika na pewno by zamaskował stłumiony przez pancerz strzał.
-Kurt, musimy porozmawiać -spokojny,poważny ton majora zwrócił uwagę wszystkich.
Powoli wyciągnął rękę z kieszeni i rzucił na kolana Kurta żydowską jarmułkę. Hans i Gerd wytrzeszczyli ze zdziwienia oczy, ale zachowali spokój czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Prawie minutę trwała pełna napięcia cisza, aż w końcu spokojny, zrezygnowany Kurt oderwał wzrok od jarmułki, spojrzał majorowi prosto w oczy i wskazując oczami magazyn amunicyjny spytał:
-Mogę?
Zezwalające skinięcie głową i Kurt powoli wyciągnął ciężki pocisk, sięgnął ręką w głąb i wyciągnął powoli przybrudzony zamszowy woreczek. Rozwiązał go i powoli wysypał na podłogę dwadzieścia kilka starych pięciorublowych monet. Jedynie major nie oderwał wzroku od Kurta słysząc spadające złoto, ale ten najwyraźniej nie zamierzał robić nic głupiego. Spokojnie powiedział:
-Mój ojciec jest bankierem w Genewie i tam chcę dotrzeć. Jeśli mi pomożecie to nie będziecie musieli się martwić o siebie po wojnie. Mam nadzieję, że to złoto ułatwi podróż.
Pancerniacy popatrzyli po sobie, rozważając swoje szanse. W końcu Hans westchnął, sięgnął do kabury, wyciągnął pistolet i z pustego pokrowca wysypał na stosik monet kilka złotych łańcuszków i dwa duże sygnety. Gerd uśmiechnął się i dorzucił złotą papierośnicę, którą zdaje się zabrał jakiemuś polskiemu hrabiemu. Major popatrzył po świeżo zdeklarowanych zdrajcach i pokazując swój złoty zegarek stwierdził:
-Dorzucam do puli, ale na razie będzie tam gdzie jest bo pewnie ktoś by zauważył; miał na myśli innych dowódców czołgów, którzy w wolnych chwilach spotykali się na sznapsa.
Podali sobie jeszcze ręce pieczętując zbiorową zdradę III Rzeszy i zajęli się przygotowaniami do odjazdu.
Taaaak, Kurta był pewien, ma o co walczyć chyba najbardziej z nich wszystkich.
Zgasił niedopałek i skulony wolno podszedł do dalmierza.
Porywisty wiatr zelżał i śnieg padał bardziej równomiernie umożliwiając obserwację terenu. Odsunięte w głąb domu okulary peryskopu były czyste, śnieg ich nie sięgał. Przywarł oczami do lodowatej rury próbując przeniknąć zasypaną śniegiem przestrzeń. Odległy pagórek przybliżył się nagle, widział wszystko zupełnie tak jakby stał kilkadziesiąt metrów od zaśnieżonych zarośli pokrywających szczyt. Nieliczne, karłowate drzewa nie urozmaicały specjalnie terenu. Powoli, metodycznie przeczesywał szczyt szukając jakichkolwiek śladów obecności człowieka. Po kilku minutach przetarł zmęczone oczy. Na pytający wzrok Hansa pokręcił przecząco głową.
Spojrzał na zegarek, za pół godziny będzie zmierzchać. Poczekamy, i tak nie mamy chwilowo innego zajęcia. Ponownie wpatrzył się w zimowy krajobraz.
Żadnych zmian. Minuta mijała za minutą. Poczuł, że Hans zapalił kolejnego papierosa, też miał na to ochotę, ale postanowił dokończyć obserwację.
Nagle mocniej przycisnął oko do okularu i stężał w oczekiwaniu. Hans zauważył i natychmiast przydeptał niedopałek. Nie raz widział już swego dowódcę w takim napięciu. Po kilkudziesięciu sekundach major skinął na Hansa wskazując okular.
-Z prawej strony tej wyższej sosenki - rzucił cicho.
Hans odszukał w wizjerze drzewko i zamarł w oczekiwaniu. Mała zaspa tuż przy sosence wyglądała jak każda inna, ale z tej w regularnych, kilkunasto sekundowych odstępach unosiła się chmurka papierosowego dymu. Po chwili odkrył coś jeszcze, z zaspy wystawała cieniutka, prosta, gałąź, zbyt prosta jak na twór natury - antena radiowa.
-Strażnik z radiostacją -zakomunikował Hans odrywając się od dalmierza.
-Czego on może tu pilnować? Na tych drogach praktycznie nie ma ruchu. Wygląda jakby na coś czekał.
-No to my też poczekamy, tylko oby nie za długo. -odparł major
-Idź ostrzeż pozostałych i weźcie na cel tę sosnę, odległość sześćset osiemdziesiąt metrów.-dodał.
Zanim skończył kolejnego papierosa, na schodach rozległy się kroki powracającego Hansa.
-Gotowi do salwy i szarży -zakomunikował z uśmiechem.
-Zaniosłem chłopakom po butelce na rozgrzewkę. Za waszym pozwoleniem majorze przyniosłem też nam -rzekł podając flaszkę.
Kilka minut później byli w połowie flaszki, gdy nagle major obserwujący teren odstawił gwałtownie butelkę rozlewając zawartość i przywarł mocniej do wizjera.
Chwilę obserwował wzgórze po czym zaczął powoli przekręcać dalmierz w lewą stronę. Hans wyjrzał przez rozbitą dachówkę i przyłożył do oczu własną lornetkę kierując ją na wzgórze. Wartownik niosąc radiostację na ramieniu schodził ze wzgórza kierując się w lewo. Biała sylwetka z czarną radiostacją na ramieniu z trudem przedzierała się przez chaszcze.
Przesunął lornetkę za wzgórze i wolno przeczesał skarpę. W pierwszej chwili nie dostrzegł nic ciekawego, dopiero za drugim razem wzrok zarejestrował ruch.
Wzdłuż skarpy coś jechało, całkowicie skryta w białym kamuflażu ciężarówka wolno przedzierała się niewidoczną z tej odległości drogą. Gdyby nie łamane kołami krzaki pewnie by jej nie zauważył, nawet okna kabiny i koła były zasłonięte białymi płachtami. Zdziwiony spojrzał na majora.
Ten oderwawszy wzrok od dalmierza przeniósł nie mniej zdziwiony wzrok na Hansa.
-Opel Blitz w absolutnie pełnym maskowaniu, bez eskorty, jedzie w przeciwnym kierunku niż można by się tego spodziewać w tej sytuacji. W dodatku wygląda, że był tu oczekiwany. -major był coraz bardziej zaciekawiony.
-Pewnie ma pełne zbiorniki paliwa, którymi mógłby się podzielić. -głos Hansa wydobywający się spod okularów lornetki był przepełniony nadzieją.
Major znowu przywarł do swojego dalmierza. Opel zatrzymał się mniej więcej w połowie skarpy, stając się natychmiast niewidocznym z daleka punktem krajobrazu.
Zapamiętali szybko szczegóły terenu umożliwiające szybkie odnalezienie pojazdu i poszukali wzrokiem schodzącego z góry wartownika. Był już w połowie drogi między górą, a samochodem i szybkim półbiegiem zdążał na spotkanie.
Był może dwadzieścia metrów od Opla gdy znów się zdziwili. Nie usłyszeli strzału, ale żołnierz nagle zachwiał się, zatrzymał z niedowierzaniem i powoli osunął w śnieg.
Na białym zarysie auta na chwilę zmaterializowała się ciemna plama, gdy otwarły się drzwi kabiny i ubrana na biało postać zeskoczyła na drogę. Kolejne cztery sylwetki opuściły się na ziemię spod plandeki. Jedna z nich podeszła do zabitego, zabrała radiostację i wróciła do pozostałych.
Major zobaczył, że w rękach dwóch postaci pojawiły się lornetki. Wartownicy stanęli pod drzewami, a pozostali podeszli pod skarpę, do sporego zwalonego wiatrem świerka.
Jedna z zamaskowanych postaci schyliła się do wykrotu. Przyczajony na strychu major zdębiał nagle i aż do bólu przycisnął oczy do wizjera, stojący obok Hans sapnął głośno. Powoli na tle skarpy zaczął się rysować potężny ciemny prostokąt. Szeroki na kilka metrów stok skarpy podniósł się ukazując głęboki, czarny otwór.
Natychmiast stojący w pobliżu Opel ożył kierując się w stronę tunelu. Powoli wjechał, dwie białe postacie znikły wewnątrz by po chwili pojawić się znowu z jakimś długim pakunkiem. Wdrapały się po stoku nad otwór i po chwili biała maskująca opończa zlikwidowała widoczną z daleka anomalię białego krajobrazu.
Major policzył znikających pod płachtą żołnierzy. Troje plus kierowca Opla, czyli że na zewnątrz pozostało jedynie dwoje niewidocznych obecnie wartowników.
Spojrzał na podziałkę dalmierza, dziewięćset sześćdziesiąt metrów plus jakieś czterdzieści do stojącej w krzakach Pantery. Całkiem łatwy strzał.
Wstał, rozejrzał się, wepchnął ciężki dalmierz pod pachę i rzucił do oczekującego Hansa
-Biegiem do wozu!
Na zewnątrz major podbiegł do studni i nie zwalniając wrzucił ciężką rurę do otworu. Zgorszony Hans aż się przewrócił na ten widok. Przy narożniku domu padli w śnieg.
Widząc pełne wyrzutu spojrzenie podwładnego major rzucił krótko:
-Mam przeczucie, że nie będzie nam już potrzebny.
Po minucie szaleńczego czołgania dotarli do krzaków. Kilkadziesiąt kroków i dopadli czołgu.
-Załóż wyciszenie -zakomenderował do oczekującego na nich Gerda i wpadł do środka.
Parę miesięcy temu nocowali w garażu, w którym mieściła się kiedyś Straż Ogniowa i znaleźli mnóstwo koców azbestowych służących do gaszenia.
Pomysłowy Kurt zrobił z nich grube kołnierze nakładane na rury spalinowe. Sprawdziły się doskonale, wyciszając charakterystyczny warkot siedemset konnego silnika Pantery o kilkadziesiąt procent co pozwalało urządzać zasadzki na sowietów przy pracującym silniku.
Po minucie Gerd był już w wozie.
-Zrobione. -zameldował, zastanawiając się jednocześnie jaki to szaleńczy plan zrodził się w głowie dowódcy.
Przywarty do celownika major zauważył, że chłopaki nie próżnowały, armata już była nacelowana na wykrot obok którego zniknął Opel.
Staremu czołgowemu celownikowi daleko było do nowoczesnego dalmierza, ale bez problemu odnalazł zapamiętane, charakterystyczne punkty otaczające niewidoczny poprzez maskującą płachtę wjazd do tunelu. Pomału, precyzyjnie skorygował ustawienie działa.
-Odłamkowym -zakomenderował,
-i przygotować kolejne dwa, ładować bez rozkazu po każdym strzale.
Pamiętał, że wartownicy stali tuż obok wjazdu, więc ustawił działo tak, aby pociski trafiły tuż przed wejściem.
Chciał otworzyć ogień w momencie, gdy pozostali wyjdą na zewnątrz.
-Po drugim strzale uruchomić silnik -Gerd posłusznie podpompował paliwo i położył rękę na rozruszniku.
Zdecydowany głos dowódcy nie sprzyjał zadawaniu pytań. Zresztą kilkakrotnie już wyprowadził ich z opresji więc na pewno wiedział co robi. Opel Blitz podobnie jak Pantera napędzany był benzyną, a zawartość zbiornika mogła wystarczyć na bezpieczne przedarcie się do twierdzy. To, że dla osiągnięcia celu będą musieli zabić kilku swoich nie miało znaczenia. Byli dezerterami o czym na szczęście na razie nikt poza nimi nie wiedział.
Zmierzchało i major zaczynał się denerwować. Najlepsze nawet przyrządy optyczne nie przenikną ciemności, a czołgowy noktowizor miał zbyt mały zasięg. Czekali jednak zaledwie dwie minuty.
Dwie sylwetki wybiegły na zewnątrz i rzuciły się na stok.
Po chwili zrzucili maskowanie przed wejście, zeszli, byle jak zwinęli płachtę i wciągnęli do środka. Po paru sekundach cała czwórka wyszła na zewnątrz i major zdecydowanie nacisnął spust.
Potężny grzmot wyprodukowanego przez koncern Skoda czołgowego działa zrzucił śnieg z okolicznych zarośli. Rozgrzany pocisk pomknął z prędkością ponad dziewięciuset metrów na sekundę ku widocznemu w oddali czarnemu prostokątowi wjazdu.
Sekundę później eksplodował dwa metry przed tajemniczymi żołnierzami. Zatrzęsły się siekane odłamkami pobliskie drzewa, a grupka białych postaci znikła w gejzerze ognia. Kolejny pocisk opuścił lufę osiem sekund później. W podarte odłamkami ciała wbiły się kolejne kawałki płonącego metalu. Jeszcze nie przebrzmiał huk salwy, gdy potężna Pantera zerwała się ze swego leża miażdżąc zagradzające jej drogę krzaki i runęła w dół przemykając obok małego gospodarstwa.
Po stu metrach zjazdu z pagórka osiągnęła maksymalną prędkość blisko pięćdziesięciu kilometrów na godzinę sunąc cicho przez pole. Prowizoryczna izolacja akustyczna tłumiła skutecznie warkot potężnego Maybacha HL dwieście trzydzieści tak, że z odległości stu metrów był nie do namierzenia.
Kilkadziesiąt metrów przed tunelem czołg gwałtownie zwolnił. Kurt z Hansem wyskoczyli na pancerz szukając celownikami swoich MP możliwie ocalałych strażników.
Niepotrzebnie, w momencie pierwszej eksplozji podchodzili właśnie do pozostałej czwórki i na otwartym terenie nie mieli szans. Major podjechał i zatrzymał czołg tuż przed wjazdem, wyskoczyli z Gerdem na zewnątrz i rozejrzeli się. Nie było czasu do stracenia, ktoś mógł usłyszeć strzały i zainteresować się.
-Wrzucić to co z nich zostało do środka -zakomenderował major i wszedł do tunelu. Potrzaskany odłamkami tył opla znajdował się zaledwie cztery metry dalej. Z parabellum w dłoni sprawdził szoferkę, była pusta, a następnie odchylił podartą odłamkami plandekę i zajrzał na pakę. Kolejny raz tego dnia się zdumiał. W czterech rogach platformy tkwiły zamontowane na trójnogach MG42, ochraniane workami z piaskiem mogły pokryć teren dookoła opla kilkoma tysiącami pocisków na minutę co wyjaśniało brak eskorty.
Poza tym paka była teraz pusta, chociaż dostrzegał na zawianej lekko śniegiem podłodze ślad po kilkunastu skrzyniach, pewnie amunicyjnych.
Co oni tym do cholery przywieźli i gdzie to jest.- zastanowił się
Obszedł pomału opla przyglądając się ścianom. Poza instalacją elektryczną nic nie zauważył, ale przekręcać oczywistego włącznika na ścianie nie zamierzał. Może i zapaliłoby się światło, ale równie dobrze mogła to być niespodzianka dla gości.
-Posprzątane -rzekł Hans podchodząc do zamyślonego majora
-Jest paliwo?-spytał dowódca.
Major spojrzał na Hansa i znieruchomiał. Stukot butów wchodzącego żołnierza w pewnym momencie zabrzmiał nieco inaczej.
-Odsuń się i poświeć. -uklęknął tuż koło nóg czołgisty
Chybotliwy krąg światła elektrycznej latarki ukazał pomalowany na kolor betonu kwadratowy, stalowy właz. Szczelnie dopasowany nie miał żadnego uchwytu. Precyzja wykonania wykluczała użycie łomu, którego zwyczajnie nie było gdzie wsunąć. Zastukał kolbą pistoletu. Dźwięk sugerował, że stal ma przynajmniej pięć centymetrów grubości. Przez chwilę rozważał możliwość użycia armaty Pantery do sforsowania tej przeszkody, ale wydawało się, że ktoś taką możliwość brał pod uwagę.
Po prostu w tym miejscu nie można było opuścić działa tak nisko. Ktoś zadał sobie wiele trudu by utrudnić drogę do skarbu.
Skarbu? Ta myśl pojawiła się nagle, ale jednocześnie uświadomił sobie, że tajemniczy ładunek przysłonił mu właściwy cel całej operacji.
-Przeszukajcie zabitych i sprawdźcie zbiorniki opla -zakomenderował trójce podkomendnych pochylonych nad zwłokami.
-Majorze! Właśnie ich sprawdziliśmy. Wszyscy to oficerowie SS z Owińsk. Ale to nie wszystko. Ta czwórka, którą załatwiliśmy przed wejściem miała pistolety z tłumikami, pewnie dla załatwienia strażników i to -powiedział Gerd podając dowódcy niewielkie pakunki.
Kawałek sukna mundurowego skrywał żółto połyskującą sztabkę. Na złocie widniał wybity hitlerowski orzeł. Podrzucił ją w dłoni, ani chybi z pół kilograma.
Pomyślał o tajemniczym ładunku i zabezpieczeniach podjętych do jego ochrony.
-Jak paliwo - spojrzał na Gerda
-Opel był chyba pełen, dlatego nie wybuchł jak go posiekały odłamki. Nic się nie da uratować. Na tym co mamy przejedziemy może pięć kilometrów.- zawyrokował Gerd
Major zastanawiał się.
-Jeszcze coś mnie ciekawi -rzucił Kurt wskazując na blisko półtorametrowej grubości, podniesiony obecnie strop.
-Obejrzałem sobie całą tę podnoszoną bramę. Cała konstrukcja nośna jest z drewna. Nad wrotami są podzielone deskami segmenty wypełnione ziemią, tak aby się nie osypywała. Siłowniki podnoszą tę konstrukcję za pośrednictwem drewnianych stempli. Sama ziemia maskująca ten tunel ma ponad metr grubości. Moim zdaniem komuś zależało, aby po zamknięciu nie dało się tego miejsca odszukać wykrywaczami metali. Najbliższa odległość pomiędzy żelazem a powierzchnią wynosi trzy metry.
Plan jaki nagle pojawił się w głowie nie był wynikiem starannego przemyślenia sytuacji, jeszcze zanim się skrystalizował major zaczął mówić. Przyłapał się na tym, że cały dotychczasowy plan ucieczki rozbił się o jedno słowo, które utkwiło mu w głowie. Skarb.
-Nie mamy paliwa, aby dotrzeć do twierdzy. Wprowadzimy Panterę do tunelu, zamkniemy i zamaskujemy wejście. Dotrzemy pieszo do miasta. Złoto i dokumenty zabitych pozwolą nam przedrzeć się na zachód. Za kilka miesięcy wojna się skończy, a dokładnie za rok spotkamy się na ławce przed bankiem Kurta w Genewie i omówimy powrót tutaj po resztę złota. -nie wątpił, że właśnie złoto stanowiło tajemniczy ładunek opla.
Trzykrotne skinienie głową zatwierdziło stworzony naprędce plan
-Zamaskujcie ślady czołgu ,tak aby przechodziły w te które zostawił opel. - wizja skarbu nie odebrała majorowi trzeźwego myślenia.
Gerd wspiął się po pancerzu i po chwili silnik Pantery ożył po raz ostatni w tej wojnie. Potężny czołg, ustępujący w walce jedynie Tygrysowi nakierował się precyzyjnie na wjazd do tunelu, obrócił wieżę, opuścił armatę i ruszył. Wydawało się, że zgrzyt miażdżonego opla słychać w promieniu wielu kilometrów, ale śnieżna zadymka skutecznie pochłonęła żałobne dźwięki i żadne uszy nie zarejestrowały zmiany lokatora tunelu.
Po chwili silnik zamarł zamieniając dudniący tunel w cichy grobowiec. Gerd zamknął właz, zeskoczył z pancerza i zbliżył się do czekających.
Major podszedł do wykrotu, szybko znalazł zamaskowany przełącznik , zamontowany na kablu znikającym w schodzącej pod ziemie ebonitowej rurze i przekręcił dźwignię. Niemal bezgłośnie potężna brama zaczęła się zamykać skrywając tajemnicę, wrak opla i Panterę.
W ciągu kilku minut wyrównali teren, likwidując wszelkie ślady świadczące o stoczonej walce. Odcięty kabel urządzenia otwierającego zniknął gdzieś głęboko w rurze.
Podzielili się sprawiedliwie złotem, zarówno zdobycznymi sztabkami jak i wspólną pulą z czołgu, wcisnęli za paski zdobyczne pistolety z tłumikami, do kieszeni nowe dokumenty i zniknęli w lesie porastającym skarpę podążając samodzielnie w kierunku twierdzy.
Pół godziny później samotna zamaskowana sylwetka wróciła pod wykrot, wyjęła pistolet z tłumikiem i oddała precyzyjnie sześć strzałów w pień pobliskiego dębu.
Pociski wniknęły pod korę, która wkrótce miała się zasklepić na nowych ranach. Drzewo nie wiedziało, że pociski stworzyły kontur, w który można było wpisać gwiazdę Dawida. Chwilę potem postać zniknęła pospiesznie w ciemnym lesie.
Padający bezustannie śnieg, obojętny na niedawne wydarzenia pokrywał wszystko wciąż nowymi warstwami białego puchu.



Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3396
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » śr 26 gru 2012, 17:07

marekcymbuch pisze:W zbiornikach przeświecało dno, mogło go jeszcze wystarczyć do rogatek miasta, ale przemykając polami widzieli z daleka jadące drogami ciężarówki pełne Rosjan.

Dna mogło starczyć do rogatek? :)

Ups! Dopiero teraz zauważyłam, że tekst zablokowany. Ale dno na którym można dojechać do rogatek miasta zostawię. Może natchnie autora do ponownego przeanalizowania tekstu.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 3948
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Faraon » wt 22 sty 2013, 15:16

Zapraszam do komentowania.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości