Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Śmiertelna Opowieść

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Śmiertelna Opowieść

Postautor: Mortal One » czw 02 maja 2013, 23:18

Kochani Mamo i Tato!

Na początku było Słowo. Z czasem nabierało ono nowych znaczeń, wiązało się
z dźwiękiem, obrazem, uczuciem, zapachem, wreszcie: z innym Słowem. Tworzyło sieć, która krępowała moją subiektywną rzeczywistość. Krępowała moje Ja. Mój świat. Świat, który każdy z nas tworzy od urodzenia, ale nie każdy całkowicie się w nim zatraca. W samym procesie uspołeczniania, kształtowania osobowości przez Kulturę nie ma jednak nic złego. Część jaźni musi pozostać intersubiektywna, wspólna wszystkim ludziom. Język. Bez niego nie można mówić o jakimkolwiek dialogu ani o społeczeństwie. Bez niego nie można
w ogóle mówić. Aczkolwiek ja zbyt często wybierałem monolog – tak przez Was wzgardzoną indywidualność. Sam wzgardziłem „tym właściwym światem”, który próbowaliście mi zaszczepić przez lata. To samo się stało ze światem rówieśników oraz każdym innym przeze mnie odkrytym. Wszędzie czułem się wyrzutkiem albo byłem jak wyrzutek traktowany. Nie miałem wyboru. Musiałem uciec. Najpierw w głąb siebie. Zbudowałem własne uniwersum – Wy nazywacie to chorobą psychiczną. Ja nazywam to sobą.

Chorobę trzeba leczyć. To nie ulega żadnej wątpliwości. Leczenie zaczęło się niezwłocznie; wpierw zabraliście się do niego sami. Kiedy jednak tradycyjne, rodzicielskie metody zawiodły, zatrudniliście specjalistów. Sztab lekarzy, psychiatrów, cudotwórców… byle tylko wyratować biednego Adama. Spętać go znów Słowem. Przywrócić Kulturze, która odróżnia nas od zwierząt. Nie dostrzegaliście, że wcale nie byłem zwierzęciem. Że to Wy ze mnie to zwierzę zrobiliście. Odebraliście mi mowę, założyliście na usta knebel szaleństwa. Ale ja chciałem mówić dalej. Tyle że własnym językiem.

Nie mogłem z Wami wygrać – dlatego uciekłem. Tym razem naprawdę. Nadal jednak łudzę się, że mnie zrozumiecie. Po to wysyłam Wam tę książkę. Czy raczej: wysyłamy. Nie ja jeden ją pisałem. Nie jestem sam w mojej głowie. To osobny Wszechświat, w którym żyją miliony istot. Istot równie prawdziwych, co Wy. Bo skąd możecie wiedzieć, czy sami nie jesteście tylko wymysłem wariata?

Może więc one wyjaśnią Wam to, czego ja nie byłem w stanie. Ich problemy nie są wcale tak odległe od naszych. Wręcz przeciwnie. Świat z początku idealny, uporządkowany,
a jednocześnie taki, w którym każdy miał prawo głosu, moja utopia, w której mogłem się schronić – wraz z Waszą ingerencją, ingerencją Społeczeństwa, na czele którego stoicie (choć nie macie tak naprawdę pojęcia o jego istocie) – zaczęła popadać w ruinę. Karmiąc mnie psychotropami i poddając coraz to wymyślniejszym terapiom, niszczyliście mój wewnętrzny ład. W końcu zacząłem zapominać, jak miał on w założeniu wyglądać. I wtedy pojawiło się w nim Zakłamanie. Siła, która kieruje Wami i Waszym poukładanym życiem. Piętno odciśnięte przez Was na moim dziele. By ratować to dzieło, musiałem uciec. Byle dalej od Was, od Waszych konwenansów, od niedzielnych obiadków i od normalności. Wysyłam Wam ten tekst, abyście zrozumieli, na jak chybotliwym fundamencie jest ona zbudowana. Przeczytali, jak wyglądała Wasza walka o moją psychikę z drugiej strony barykady. Jak wypaczyliście ideę wychowania, krępowania Słowem. Jaką krzywdę mi wyrządziliście (nie tylko Wy! – kieruję to także do moich rówieśników, o których roli jeszcze nieraz tu wspomnę). A przede wszystkim – abyście zrozumieli mnie samego. I mam nadzieję, że kiedy to już do Was dotrze, przyjmiecie mnie z powrotem. Takiego, jakim jestem.

W osiągnięciu tych celów pomoże Wam historia mojego świata, świata Zjednoczonego Królestwa. Nie traktujcie jej jednak zbyt dosłownie; to tylko nasz konflikt przeniesiony na nowy grunt, przy czym jego strony zastępują całe organizacje, a nawet państwa (trwale lub epizodycznie). Mogłem uciec od Waszej rzeczywistości, ale nie od dotykających mnie w niej problemów, o co zresztą sami doskonale zadbaliście swoją terapią. Więcej wyjaśnię Wam już zaraz z pomocą moich (jak zapewne sądzicie – zmyślonych) przyjaciół, którzy pociągną dalej tę opowieść, choć za moim pośrednictwem. Będąc całkowicie odrębnymi bytami, nie mogą bezpośrednio wejść w moje ciało (tym samym przenosząc się z własnych realiów na Ziemię; jedynie ja sam mogę „przełączać się” między tymi sferami, co objawia się dobrze Wam znanymi atakami snu – samo „przełączanie” jest jakby zasypianiem w jednym i natychmiastowym budzeniem się w drugim uniwersum), dlatego potrzebują skryby, by zapisał ich słowa. Po lub w trakcie wypowiedzi każdego z nich będę dodawał też coś od siebie celem uniknięcia wszelkich nieścisłości i odniesienia niektórych opisanych przez nich zdarzeń do tych, jakie były naszym udziałem.

To Wasza ostatnia szansa. Inaczej znowu będę musiał uciec. Tym razem na dobre.

Adam

P.S. Daniel jest po mojej stronie. Jeszcze Wam napiszę, jak do tego doszło. W każdym razie zgodził się mi pomóc i dostarczyć Wam tę książkę, ale nie próbujcie nic od niego wyciągać. To bezskuteczne. Sam nie wie, gdzie teraz jestem. Wie za to, jak się ze mną skontaktować, więc gdy tylko zmienicie zdanie – powiadomcie go o tym.


Przedsłowie. Początek


Na długo przed nami, którzy moglibyśmy go ujrzeć, przed słowem, co posłużyłoby nam do jego opisania, przed wszystką rzeczą krom Wszechwidzącego był Chaos. Żadne zasady podówczas respektowane nie były, boć i nie miał kto ich respektować. Jak już co powstało, to nie trwało dłużej niźli oka mgnienie. De facto nie trwało wcale. Tedy nie lza było odróżnić żadnego bytu od świata zewnętrznego, wina od beczki, w której ono trzymane. Na stałe istniał li tylko szpunt tejże beczki – Hairis. To nasz Pan nie pozwalał, by Chaos się rozlewał, gdyż Chaos był wszystkim, tak jak nasz Pan, ergo nasz Pan był Chaosem, a Chaos Nim. I nie masz takiego, któryby z własnej skóry wyskoczył. Takoż beczka była jednocześnie i szpuntem, i winem, i wszystkim, i niczym. Sami widzicie. Aż braknie słów, by ten Chaos opisać.

A jednak ktoś go opisać spróbował. Był to niejaki Hipolit z Ordin, mnich, filozof
i erudyta. Cytuję tu jednego z dawnych autorów, których nieraz cytować będę, by wiarygodniej opisać dane dzieje, nie opierać się tylko na mojej relacji i poznać historie prawdziwych uczestników zdarzeń, choć nie z ich ust, lecz ze świadectw pisanych. Niejedno z tych świadectw dam Wam samemu. Są to bowiem zdarzenia zbyt dawne i nie żyje już żaden ich świadek (wyłączywszy mnie samego, gdyż wtedy czas w świecie Zjednoczonego Królestwa zależał jeszcze ode mnie i mogłem nim dowolnie manipulować, „przewijając” nudne sceny, co pozwalało mi widzieć rzeczy dziejące się przed wiekami; tę moc utraciłem wraz z wieloma innymi, o czym Wam później napiszę). Hipolit co prawda ich świadkiem nie był i być nie mógł, ale opisał je wcale trafnie.

Przedsłowie, czyli epoka przed spętaniem Słowem, przed wychowaniem. Niewiele pamiętam z tego okresu. Jedynie przebłyski, zamazane obrazy. Już wtedy jednak powstawało coś na kształt mojego świata, coś, czego nie potrafiłem nazwać, nie znając języka. Dlaczego już wtedy? To, że dopiero w pewnym momencie uciekłem do mojego uniwersum, nie oznacza wcale, że wcześniej nie istniało. Jakkolwiek było czymś niezmierzonym, czymś nie do pojęcia. Chaosem. Nic nie miało jeszcze właściwego kształtu, wszystko się zmieniało

z sekundy na sekundę. To, co w jednej chwili było górą, w drugiej mogło się rozpłynąć jak topniejący wosk, by w trzeciej zamienić w srogiego olbrzyma, który w czwartej pękał na pół, a zamiast wnętrzności wylatywały z niego ptaki. To tylko jeden z obrazów, jakie zapamiętałem. Bez sensu.

Wtedy jeszcze nie panowałem nad przenoszeniem się między obiema rzeczywistościami, ba! nawet ich nie rozróżniałem. Sen był jawą, a jawa snem. Brak granicy między mną a światem zewnętrznym. Zamiast niej – jednia. Uczucie nieskończonego szczęścia i celowości, których źródłem byłem ja sam. Coś, co zapewne czują dzikie zwierzęta i ludzie żyjący poza Kulturą. Najlepszy okres mojego życia, a także – jak sądzę – życia każdego z nas. Trwający aż do pojawienia się Słowa.

Dzięki niemu zaczynamy odróżniać się od świata. Zaczynamy szukać sensu na zewnątrz (skoro sami dla siebie przestaliśmy być sensem), a narcystyczną miłość przenosimy na rodziców, którzy stają się naszym wzorem, uczącym podstawowych zasad życia
w Społeczeństwie. Oni z początku odwzajemniają tę miłość bezinteresownie, ale z czasem wymagają od nas coraz więcej. Musimy udowadniać im swoją wartość. Zacząć pracować na rzecz grupy. To wywołuje w nas potrzebę porządkowania rzeczywistości, głód struktur, głód wiedzy, wreszcie: głód postępu. Pochłania nas Kultura. W opozycji – nieujarzmiona Natura.

W tym okresie zdaję sobie sprawę z istnienia mojego świata, nazywam go i nie mogąc dłużej znieść jego obcości, z Chaosu formuję główny kontynent, Terrę Centralną. Na jego północy, w krainie zwanej Allandornem pojawiają się pierwsi ludzie. Nieokrzesani, egoistyczni, zezwierzęceni. Jednak wkrótce potem i oni się zmieniają. Zaczynają formować się w plemiona, znajdować cechy wspólne, coś, co ich zjednoczy, nada wspólny sens,
a sensowi, zasadom nada status świętości, której nie wolno podważać pod groźbą kary. Wyjaśni przyczynę i cel istnienia. Wynagrodzi trudy życia w społeczeństwie, wyrzeczenia poczynione na rzecz bliźniego. Pomoże ubłagać bezwzględną Naturę. I pojawia się pierwsza, prymitywna, animistyczna religia. A dokładniej cztery. To właśnie one dzielą niemal całą ludzkość na cztery główne plemiona, czczące cztery spersonifikowane żywioły (i ich rozmaite odmiany): Ogień, Wodę, Ziemię i Powietrze. Od zarania toczyły krwawe boje między sobą, a ja – jako dziecko – chętnie się im przyglądałem, nieraz dopomagając którejś ze stron. Jako przykład niech posłuży historia młodego Brastry, który był bezpośrednim świadkiem mojej ingerencji.

Miało to miejsce w Dzień Polowania, kiedy wszyscy wojownicy z jego wioski wyruszali na łowy do pobliskich lasów. Tego dnia on jednak zamarudził, gdyż jako najmłodszy z rodziny musiał pomagać matce w codziennych obowiązkach. Gdy wreszcie wyszedł poza palisadę, Słońce świeciło już wysoko na niebie, a cienie stawały się coraz krótsze. Z łukiem przewieszonym przez jedno ramię, kołczanem przez drugie i zakrzywionym nożem u pasa, co prędzej pospieszył ubitą drogą ku kniejom, schodząc ze wzgórza, na którym był położony jego gród. Nie minęło wiele czasu, gdy skrył się w orzeźwiającym cieniu drzew.

Tu natychmiast zaczął stąpać ostrożniej, by nie trzasnęła pod nim choćby gałązka. Łuk ściskał w śliskiej od potu ręce. Nasłuchiwał szumu strumyka, przy którym najprędzej spodziewał się spotkać swoich pobratymców. Wtem – szelest. Natychmiast przypadł do pobliskich zarośli i nałożył strzałę. Zmrużył oczy. Między niego a źródło hałasu padała plama słonecznego światła, która znacznie utrudniała widzenie. W końcu jednak wzrok się przyzwyczaił i mógł zobaczyć, jak znad wszędobylskich chaszczy wystają jelenie rogi. Serce zabiło mu szybciej. Taka okazja nie zdarza się często. Ocenił odległość, powoli napiął cięciwę i czekał, aż zwierzyna znajdzie się na widoku… jeszcze tylko parę stóp dzieliło ją od wyjścia z ukrycia… ręka drżała ze zmęczenia… jeszcze… tylko… parę… stóp…

W ostatniej chwili powstrzymał się od strzału, dusząc w sobie krzyk przerażenia. To, co wziął za dorodnego rogacza, okazało się być potężnie zbudowanym, odzianym w futrzaną zbroję wojownikiem o hełmie z przytwierdzonym doń porożem. Zwiadowca. Wróg. Obcy. Na jego ziemi. Korzystając z tego, że zabijaka czynił niemały hałas swoim pochodem, powoli się wycofał. Pytanie – dokąd teraz. Do wioski, ostrzec o zbliżającym się nieprzyjacielu, czy może do polujących wojowników, bez których osada nie ma szans się obronić? Zdecydował się na to pierwsze. Gdy znalazł się już w bezpiecznej odległości, rzucił się do biegu. Pot lał się z niego strumieniami, gdy dotarł wreszcie pod ostrokół. Zaraz usłyszał z góry, z wieży głos strażnika:

- Czego tu!? Zali nie winieneś być na polowaniu?

- Wróg… nadchodzi… – wydyszał młodzik w odpowiedzi.

- Pewnyś ty? Ja tu żadnego wroga nie wi…

Świsnęła strzała, wartownik zwalił się tuż obok junaka. Następna przeleciała mu tuż obok głowy, gdy wbiegał już na plac wioski.

- Luuuudzie! Zamknąć wrota! Wróóóóóóg! Wróóóóóóg nadchodzi! – darł się, aż siedzący przy ognisku mieszkańcy nie zerwali się z miejsc i nie wzięli do pracy. Następnie rzucił się, by pomóc im zamknąć bramę. Przez zwężającą się szparę widział stu wojowników w takich samych futrzanych zbrojach, jak u zwiadowcy. Za sobą ciągnęli olbrzymi taran.

Gdy już drewniane skrzydła się zatrzasnęły – w wiosce zapadła cisza. Wszyscy spoglądali na Brastrę. Nie miał wyboru, musiał dowodzić.

- Gotujcie wrzątek! Szykujcie łuki! Wszyscy zdolni do walki na palisadę! Pozostali niech zatarasują bramę! – zakomenderował, zajmując się odtąd nadzorowaniem wszystkich działań. Wrzątek zagotowano, łuki naszykowano, zdolni do walki weszli na palisadę, bramę zatarasowano. W ostatniej chwili, bowiem zbrojni byli już pod wioską.

Z tego, co zdarzyło się później, chłopak pamiętał niewiele. Wszystko się zaczęło, gdy śmignęła pierwsza ognista strzała, pierwsza strzecha zajęła się ogniem, rozległy się pierwsze krzyki. Część ludzi natychmiast rzuciła się do gaszenia pożaru. W niedługim czasie na murach zapanowały pustki. Panika, wszędzie ogień. Krzyki po obu stronach bramy, tu: bólu, rozpaczy, tam: dzikie, zwierzęce wycie. Przez wszystko przebijał się huk tarana.

Wreszcie wyważono bramę. Pierwsi zbrojni wdarli się z rykiem, wymachując toporami i mieczami z żelaza. Brastra przeżył natarcie tylko dlatego, że pozostał na wieży. Stąd jednak widział doskonale, jak najeźdźcy dopadają jego pobratymców, jak krew miesza się z błotem, jak nieliczni próbują się schronić w ostatnim niepłonącym domu. Mówił sobie – oto jest koniec. Bogowie nas opuścili, opuściły nas żywioły, opuściła nadzieja.

Do czasu. Najpierw zerwał się potężny wiatr, który zburzył pierwszą gorejącą chatę jak domek z kart. Młodzik uznał to za znak ostatecznej klęski, gdy wraz z wiatrem przybyły chmury. Czarne i ciężkie, jak sępy zaczęły kołować nad wioską. To stało się tak nagle, że zaskoczyło nawet samych prześladowców. Kaci zamarli w pół ciosu, ofiary zamarły w pół krzyku… i zaczęła się burza.

Pierwszy piorun trafił chyba w tego samego zwiadowcę, którego widział wcześniej. Podrzucił go do góry jak szmacianą lalkę i posłał prosto w ogień. Następne błyskawice oślepiły wyrostka, słyszał tylko ich huk i krzyki przerażonych oprawców. Skulił się, czekając, aż przyjdzie kolej na niego. Nie przyszła. Przyszedł za to deszcz, który runął z nieba, gasząc pożogę i mieszając się z posoką.

Gdy było po wszystkim – na placu leżało sto osmalonych trupów. Po burzy zostały jedynie powidoki. Świeciło Słońce. Brastra podźwignął się z trudem i zszedł z palisady. Ocenił straty. Jeden dom się zawalił, ale deszcz w porę ugasił pozostałe. Wszędzie widział też sterczące poroża, jedynie gdzieniegdzie ciała pobratymców.

Wojownicy wrócili z polowania niebawem, zastając go na opatrywaniu rannych. Podszedł do niego sam wódz, odziany w pancerz z niedźwiedziej skóry.

- Jak… jak wam się udało? – spytał przez ściśnięte gardło. Na twarzy mieszało się szczęście z niedowierzaniem.

Chłopak nie odpowiedział, tylko wskazał na rozsłonecznione niebo.

Odtąd w wiosce czczono mnie jako Boga Piorunów. Nikt nie miał pojęcia, że pomogłem jej dla zwykłej, sadystycznej satysfakcji zabicia ich wrogów, charakterystycznej dla pierwszych lat życia, kiedy jeszcze nie wykształciła się w pełni empatia. W końcu, gdy
i u mnie z wiekiem urosło jej znaczenie, przestałem traktować wyprawy do mojego świata jak zabawę. Bezwzględność i okrucieństwo plemion sprawiły, że wkrótce potem odwróciłem się od nich. Skoncentrowałem się za to na innej kulturze, kulturze Hatian, powstającej równolegle na południu. Posiadali oni o wiele szerszy panteon bożków, a ich cywilizacja była lepiej rozwinięta. Zafascynowany nimi, postanowiłem samemu się wcielić w hatiańskiego Pana, który odtąd zastąpi ich fetysze. Hairisa.

Zwany również Pisarzem Dziejów, stał się symbolem swych zbrojnych Zastępów, na sztandarach i chorągwiach wyobrażany jako Słońce. A to przez fakt, iże kojarzony był ze wszystkim, co się Słońca tyczy: porami roku, dnia i nocy, ciepłem, światłem, naturą, wzrostem i rolnictwem – aliści z nieograniczoną władzą i kontrolą takoż. Tam, gdzie sięgał swym dalekosiężnym wzrokiem, zwiastował przede wszystkim ład i porządek; gdzie jednak sięgała Jego Żelazna Pięść, jak nazywali swe wojska Hatianie, stawał się symbolem niewoli i znoju. Dzieje już niejednokrotnie pokazały, iż ów naród należał do najbardziej bitnych. Zgodnie z zasadami Najświętszej z Wiar uznawał, iże wszędzie tam, gdzie docierają promienie Słońca, leżą jego ziemie.

Jak wynika ze słów Agnara Światłego, profesora, znawcy historii, moja władza bynajmniej nie była pokojowa. Oparta głównie na sile zbrojnej, Żelaznej Pięści, rościła sobie prawo do nieograniczonej ekspansji. A raczej prawo dżungli: silniejszy pożera słabszego. Bez litości. Bez tolerancji.

Przykładem niech będzie historia pewnego centuriona, Klaudiusza Maksymusa. Stacjonował wraz ze swym oddziałem na granicy Imperium z Allandornem, czasem prowadząc go z rejzą w głąb obcego terytorium. Tak było i tego dnia, w którym zdecydował się na kolejną wyprawę. Jego ludzie nudzili się na posterunku, tyli, grali w kości i utyskiwali. Potrzebowali rozrywki, jaką była dla nich wojna. Zbliżające się święto Hairisa Gniewnego wydawało się idealną okazją.

Wyruszyli w czterdziestu z rana, na koniach. Szary świt towarzyszył im od Muru Airung, ufortyfikowanej granicy Imperium, do położonej kilka stajań dalej wioski. Była to wioska Brastry, jednak ten nie żył już od kilku pokoleń. Teraz prócz ostrokołu u stóp wzgórza otaczała ją fosa, z dna której wyzierały zaostrzone pale. Już z daleka Klaudiusz słyszał gwar, jaki podniósł się za palisadą na ich widok. W końcu dotarli pod bramę.

- Czego tu? – krzyknął z góry strażnik, celując w nich z łuku. Obok niego błysnęło jeszcze kilkadziesiąt spragnionych krwi grotów. Centurion nie miał szans. Musiał zacząć negocjacje.

- Przybywamy w imieniu Hairisa, by nieść jego słowo i spełniać wolę, której winniście się poddać! Imperium upomina się o was! Otwórzcie bramę, a nikomu nie stanie się krzywda!
Wartownik zniknął na chwilę z pola widzenia. Widać z kimś się naradzał, by wreszcie oznajmić:

- Jeśli komuś może stać się teraz krzywda, to tylko wam!

Groty błysnęły złowrogo. Klaudiusz miał jednak gotową odpowiedź na taką groźbę:

- Zaatakujcie nas, a wrócimy nazajutrz w osiemdziesięciu! Zaatakujcie nas jednego dnia, a następnego przybędziemy dwakroć liczebniejsi!

Po jego kwestii znów zaczęła się narada. Odpowiedź nadeszła niebawem wraz
z otwarciem bramy. Wjechali powoli do grodu, rozglądając się po nim z ciekawością. Palisada i chaty nosiły ślady dawnego pożaru. Mieszkańcy pochowali się, gdzie tylko mogli,
a na obskurnym placu zostali jedynie wódz, szaman i rada starszych, wszyscy odziani w te same zbroje z niedźwiedziej skóry.

- Witajcie! – rzekł do nich przyjezdny. Nie odpowiedzieli. By przerwać narastającą ciszę, dodał: - Jako rzekłem, przybywamy z woli naszego Pana! Nadszedł czas, byście dołączyli do cywilizowanego świata! Poddajcie się teraz, a nie zostanie przelana ani jedna kropla krwi!

Szaman splunął. Zgodnie zresztą z nadzieją Maksymusa – wojownik nie przybył tutaj, by prowadzić negocjacje.

- Jeśli odmówić chcecie – tedy chociaż powiedzcie, czemuż skazujecie swych ludzi na bezsensowną śmierć. My chcemy jedynie waszego dobra!

- Nie będziemy zadawać się z ludźmi zza muru! Nie wiecie, czym jest nasze dobro! – odparł czarownik.

- Oczywiście, iż wiemy! Jest jedno dobro, jedna prawda, jeden Bóg! Nawet nie wiecie, iż Go czcicie pod mianem swego fałszywego bożka! Atoli czemu nie mielibyście dołączyć do Imperium, co jest największym odbiciem Jego potęgi? Czemu nie mielibyście głosić Jego chwały z tymi, co zostali do tego wybrani?

- Kłamca! – krzyknął guślarz.

Centurion pstryknął palcami. Błysnęło, grzmotnęło, wszyscy poczuli swąd palonego mięsa. Ciało szamana spadło pod nogi jego konia, który zarżał i cofnął się, tupiąc niespokojnie. Natychmiast rozległy się głosy:

- Pan Burzy!

- To Pan Burzy!

- To on!

W rzeczywistości był to mag żywiołów, którego Klaudiusz brał na swoje wyprawy, właśnie na podobną ewentualność. Jednak efekt był natychmiastowy: wszyscy miejscowi klęknęli. Wszyscy poza wodzem.

- Widziałem, obcy! Znam wasze sztuczki! Widziałem! To nie Pan Burzy! Powstańcie, głupcy! – zwrócił się do swoich. – Powstańcie! Zostaliście oszukani! To ich szaman! Widziałem, jak czaruje!

Przez chwilę panowała absolutna cisza. Aż z góry nie spadła pierwsza strzała, spełniając wszystkie nadzieje centuriona.

Bez litości. Bez tolerancji.

W Waszym świecie poszedłem wtedy do przedszkola, mając pierwszy kontakt
z rówieśnikami. Tak samo zafascynowałem się nimi, gdy tylko przestałem boleć nad codziennymi rozstaniami z rodziną. Zresztą w pewnym momencie straciliście dla mnie autorytet, a jego rolę przejęli właśnie koledzy. Zacząłem bawić się również w ich boga. Nauczony doświadczeniami z własnego uniwersum, byłem dobrym, choć bezlitosnym przywódcą. I silną indywidualnością. To nie mogło mi ujść płazem. Natychmiast do akcji wkroczyliście Wy. Przyznaję, że nieraz manipulowałem innymi, wykorzystywałem ich
i odrzucałem jak podbite przez Hatian ludy. Wasza kontrofensywa posunęła się jednak
o wiele dalej; chcieliście zabić we mnie wszelką indywidualność, złamać mnie i wreszcie wpasować w swoje konwenanse. Próbowaliście to robić już wcześniej, ale dopiero teraz pojawiła się tak dobra okazja. To sprawiło, że zamknąłem się w sobie i skoncentrowałem na moim świecie. W Waszym zaś wstyd, jaki we mnie wzbudziliście swoimi karami, nie pozwalał mi już normalnie funkcjonować, oddzielał od ludzi barierą strachu. Z łowcy stałem się ofiarą. Jednocześnie w moim nadal byłem łowcą, choć nauczony własnymi doświadczeniami, starałem się odtąd dbać o możliwie największą tolerancję na tych ziemiach.

Potężne było Imperium Hatian, potężne i niezmierzone. Rozciągało się na całym południu Terry, sięgając w głąb zachodnich Gór Zmierzchu i na wschód, tam granicząc z samym Allandornem, gdzie wonczas rozmaici barbari mieszkali. Stolica jego nad brzegiem Morza Białego, na samym spodzie ulokowana, gdyby na mapę patrzeć. Wysokie jej a ze świetlistego marmuru wzniesione budowle, obok nich zaś insze, kolorowe, na równych prawach stały. Te zaś należały do kultur, co się w ramach hatiańskiego kraju znalazły, acz konkwistadorzy nie niszczyli ich, jeno pozwalali na pokojową koegzystencję, oczywista, w granicach swego prawa. Pax bardzo ważnym ówczesnej polityki był składnikiem.

Tak je scharakteryzował cytowany już Agnar Światły.

Ale oto Imperium Hatian, rozrastające się i jednoczące pod sztandarem nowego boga-cesarza, Wszechwidzącego, jak kazałem się zwać, ponieważ mój wzrok sięgał wszędzie, i Wszechmocnego, ponieważ każda moja myśl mogła natychmiast stać się rzeczywistością, zyskało potężnego wroga: hordy demonów, które wylęgły na świat, by zrujnować cesarstwo i strącić do morza jego stolicę, od tej chwili nazywaną Quarion, Zatopionym Miastem. Aż do tego momentu wszystko wyglądało tak, jak na początku historii, którą zaraz Wam opowiem. W historii, w której zaczyna się piekło.

To był idealny dzień na spacer. Mieszkańcy wioski Brastry, wtedy będącej już małym miastem, mimo pięknej pogody pokryli się w domach. Egon przechadzał się wąskimi uliczkami, przy których – obok typowo haitańskiej zabudowy – znaleźć można było tradycyjną dla tych ziem, drewnianą, stojącą na równych prawach. Słońce grzało przyjemnie, a jego promienie odbijały się od kolorowych okien. Postanowił, że wyruszy na wzgórze, na którym znajdowała się najstarsza część grodu. Minął dawną fosę i zaczął wspinać się brukowaną drogą. Był tutejszy, więc szczególnie związał się z tym rejonem. Kult Pana Burzy właśnie tu znalazł swój początek.

Na górze znajdowało się kilka prostych chat, w tym najstarszy budynek w mieście,
o lekko osmalonych ścianach i przegniłej strzesze. Stąd roztaczał się wspaniały widok na okoliczne równiny, które na wschodzie ustępowały miejsca ciemnozielonym lasom. Nasyciwszy nim wzrok, już miał wracać do domu (w samą porę, by zdążyć na obiad przygotowany przez jego hatiańską służącą), gdy nagle dostrzegł jakąś ciemną plamę po zachodniej stronie, tam, gdzie znajdował się pradawny Muru Airung, który już dawno przestał pełnić swą funkcję. Granice przesunęły się o wiele dalej na wschód.

Plama zbliżała się, rozlewając powoli na cały horyzont. Wyglądało to tak, jakby
w oddali wyrosło wielkie mrowisko. Tyle że zwykłe mrowisko nie wznieca dymów, które to pozostawiało po sobie. Mężczyzna dobył lunety, którą zwykł nosić, i przyjrzał się niezwykłemu zjawisku. W chwilę później biegł już do najbliższej bramy.

- Wróóóg! Wróóóóóóóg nadchodzi! – wołał zupełnie jak Brastra kilka wieków wcześniej. – Ludzie! Wróg na horyzoncie! Zamknąć bramy! Wróóóóóóg!

Wreszcie dopadł okolicznych wrót. Krzyczał w stronę wieży strażniczej, jednak nikt mu nie odpowiadał. Już miał zacząć na nią wchodzić, gdy z jej drzwi wyszło pięciu ludzi przy broni. Na dobytych ostrzach lśniła krew.

- Zamknijcie bramy! Wróg idzie! – zawył Egon. Wokół zaczęli się zbierać zaciekawieni ludzie.

- Co jest? Co się dzieje? Czy wy nic nie widzicie? – Wskazał na rosnącą plamę widoczną przez wrota. Tamci jednak milczeli. Już miał otworzyć usta, gdy poczuł uderzenie
z tyłu głowy. Stracił przytomność.

Obudził go krzyk mordowanego człowieka. Leżał w tym samym miejscu, gdzie został ogłuszony, pod bramą. A teraz także w kałuży krwi. Wszędzie wokół walały się ciała. Zaszlachtowane, bez niektórych kończyn, czasem tylko ludzkie kadłuby. Powietrze cuchnęło. Ale on nie mógł się nawet skrzywić, gdyż kątem oka złowił jakiś ruch. W jego stronę szedł potężny, dwugłowy demon, ciągnąc za sobą kamienną maczugę. Nie patrzył jednak w jego stronę; najwyraźniej szukał niedobitków. Pomagali mu ci sami ludzie, którzy odmówili wcześniej otwarcia bramy. Zdrajcy. Jeden z nich go rozpoznał.

- Hejże! Toż to ten sam, co chciał nam przeszkodzić!

Towarzyszący im potwór ryknął i już chciał się zamachnąć na leżącego, gdy ten sam zdrajca go powstrzymał:

- Stój! Porozmawiam z nim.

Zbliżył się.

- Żyjesz?

Egon stwierdził, że udawanie trupa nie ma już dłużej sensu.

- T-tak.

- Chodź z nami. Dołącz do zwycięzców. Z twoich zostały jeno marne niedobitki, uciekły zresztą na północ. Prędzej znajdą cię demony niźli oni.

- Nigdy!

- Ty, z maczugą, chodź tu! Ten też do dobicia!

Tak się wówczas sprawy miały w Imperium Hatian. A jeśli chodzi o sam atak na Quarion – Światły tak to zdarzenie pokrótce opisał:

Stolica położona była przy ogromnym wulkanie, co przez wieki trwał uśpiony, ażeby wybuchnąć niespodziewanie w dniu odtąd Dniem Wyjścia zwanym, jako iż ci, którzy mogli, jak najchyżej uciekali. A było im przed czym uciekać, albowiem Porta ad Infernum, co po hatiańsku znaczy Wrota do Piekła, wypluły z siebie hordy takich bestii i szkarad, iż je sobie nawet w najgorszych marach niełacno zobrazować. Ich pochodzenie po dziś dzień nieznane.

Nieznane dla nich, dla istot z mojego świata. Ja jednak dobrze wiem, że te „hordy bestii i szkarad” oznaczały Waszą próbę zniszczenia go, zniszczenia mojej osobowości. W jej wyniku część Hatian przystała do demonów i odwróciła się ode mnie (tak samo jak odwrócili się moi przyjaciele dzięki Waszym namowom), a część wyruszyła na północ, niosąc wiarę w mój wypaczony obraz – w wyniku tego miała powstać Świątynia, do której jeszcze wrócę. Tylko garstka została dzięki moim usilnym prośbom, i to właśnie we wspomnianym Quarion. Mogła się tam osiedlić, gdyż demony wkrótce po swojej inwazji opuściły Imperium, by odtąd zamieszkać na wschodzie Terry, w Durgemnie – Złych Ziemiach. Ci, którzy zostali, pod wpływem pozostałej po siłach wroga mrocznej emanacji przemienili się w rybie stwory, Xyhlidów. Pozwoliło im to przetrwać pod wodą. Chciałem ich tam zatrzymać, bo mimo tego, iż zewnętrznie odmienieni, wciąż byli najbliżsi dawnym ideałom i nosili w sobie ich pamięć, a przede wszystkim – dochowali mi wierności. Od tego czasu szczególnie musiałem dbać o to, by nie umierali, gdyż w nowej formie nie mogli się rozmnażać. Z kolei w Waszym świecie udało mi się ponownie zjednać sobie dawnego kolegę, Damiana. Był on jedynym, który uznawał i akceptował mój świat. Miał do odegrania bardzo ważną, ale późniejszą rolę – tak jak Xyhlidzi.

A co się stało z Hatianami na północy? Oczywiście, niedługo po swoim przybyciu natknęli się na tubylców ogarniętych kolejnym konfliktem. Każde z plemion (po licznych rozłamach było ich już kilkadziesiąt) poddawało się, gdy tylko ujrzało świetlistych przybyszy, chcąc w ten sposób zaskarbić sobie ich łaskę i wsparcie wojskowe. To pozwoliło w niezwykle krótkim czasie zawładnąć Ludowi Słońca, jak ich nazywano, większością tamtejszych ziem.
Co ważne – całkowicie bezkrwawo. Ofiary ponosili jedynie miejscowi, którymi przebiegli Hatianie szczuli własnych pobratymców w myśl zasady „dziel i rządź”, tak jak w opowieści, którą zaraz Wam przedstawię.

Od dawna zanosiło się na bitwę. Kruki, wszędzie kruki. Powietrze duszne. Słońce piekące. Idealne, by rozkładać trupy. Poza tym Czarnobrodzi potrzebowali żywności i ziemi, odkąd rzeka wylała i zatopiła ich pola. Orkran po raz ostatni spojrzał na swoją wioskę, zawrócił konia i wjechał na czoło kolumny wojów. Galopowali pustym stepem, aż teren stał się bardziej górzysty. Tu dołączył do nich goniec z wieściami.

- Wodzu! Wróg czeka za wzgórzami! – zawołał, próbując przekrzyczeć ogólną wrzawę.
Mężczyzna natychmiast zbliżył się do swoich dowódców, ci zaś zbili się wokół niego w ciasna gromadkę.

- Niech łucznicy zajmą pozycję – polecił.

Już w chwilę później od kolumny odłączył się oddział strzelców i wyprzedził ją, rozjeżdżając się po wzniesieniach. Orkran poprowadził resztę tak, by ukryła się przed oczami wroga za największym ze wzgórz, sam zaś zostawił konia przybocznemu i wspiął się na szczyt. Rzeczywiście – w oddali malowały się wojska nieprzyjaciela. Zaczął się niepokoić, choć nie na ich widok; do bitwy był przecież przygotowany. Ale co z jego posiłkami? Hatianie przecież obiecali mu wsparcie, wiedzieli też dokładnie, kiedy odbędzie się starcie… Rozmyślania przerwało wołanie z dołu. Już czas.

Zbiegł po zboczu i wskoczył na konia, dobywając topora. Broń zaciążyła mu przyjemnie w dłoni. Powoli zaczęli okrążać wzgórze, wciąż jednak stąpając ostrożnie, by nie zdradzić zbyt wcześnie swojej pozycji. Aż wojownik poczuł, że to ten moment.

- Naprzóóód! – ryknął, potrząsając toporem, a jego koń rzucił się do przodu. Za nim pozostałe. Ziemia zadrżała od kopyt. Wreszcie obeszli wzniesienie, a wroga armia ukazała się w pełnej krasie. Obie strony pędziły na siebie z dzikimi okrzykami, choć zdawało mu się, że jego szybciej. Wiatr mieli za plecami. To dobrze dla łuczników. Strzały będą dalej niosły.

I wreszcie zderzyli się ze sobą, a okolica wypełniła się wrzaskami zarzynanych ludzi
i zwierząt. Orkran krążył po okolicy, wymachując swoim toporem, wbijając go w ludzkie
i końskie ciała. Uważał jednak, by nie oddalić się zbytnio od swoich i nie dać się okrążyć. Co jakiś czas przebijał się do któregoś z dowódców i wydawał rozkazy.

Czas płynął, a Hatianie nie nadchodzili. Coraz więcej trupów wyścielało dolinę,
w której się starli. Głównie jego pobratymców. Powoli się wycofywali.

- Przekaż wszystkim, iże jeśli się zaraz się nie zjawią – rejterujemy! – krzyknął
w ucho adiutanta. Ten zniknął we wrzawie, by już nigdy nie wrócić. Orkran był gotowy samemu zanieść wiadomość, gdy…

- Hatianie! Hatianie nadchodzą! – ktoś krzyknął.

Rzeczywiście, przestrzeń za oddziałami Czarnobrodych stała się biała od hatiańskich płaszczów. Więc dlatego się spóźniali! Chcieli zajść wroga od tyłu! W tamtej chwili miał ochotę oddać im całe swoje złoto. Ale oni tylko stali, a przeciwnik zdawał się nie zwracać na nich uwagi. Stali i patrzyli. I wtedy wódz najechanych zrozumiał.

- Poddać się! Poddać! Wszyscy rzucić broń! Rzuuuucić broooń! – wrzeszczał do swoich dowódców. Ci w pierwszej chwili patrzyli na niego, jakby był niespełna rozumu, ale wnet sami zrozumieli. Gdy oni się poddawali – Czarnobrodzi przestawali atakować. Tak jak sądził Orkran.

Dopiero gdy bitewna wrzawa ustała, Hatianie zjechali do doliny, teraz grząskiej od krwi i pooranej kopytami. Jeden z nich wysunął się przed resztę i podjechał do wrogiego wojownika; poznał go, to musiał być wódz Czarnobrodych. Wojownik wskazał w jego stronę. Zbliżyli się razem z Hatianinem, a Orkran natychmiast został otoczony przez swoich.

- Bracia! – to zaczął dowódca białych. – Bracia! Nie bójcie się o swego wodza!

Przyboczni spojrzeli na niego, skinął głową, chowając broń. Zbrojni rozstąpili się, robiąc miejsce dla przybyszy.

- Witaj, czcigodny Orkranie – rzekł Hatianin.

- Witaj, czcigodny zdrajco – odparł wojownik i splunął. Poznał rozmówcę. To był ten sam hairisowiec, z którym parę dni wcześniej dobił targu.

- Spokojnie, spokojnie! Musisz mi wybaczyć, acz zaszło drobne nieporozumienie…

- Wybaczyć? Wybaczyć? Niech oni ci wybaczą – dowódca powiódł ręką po leżących wokół trupach. – Nie tak się umawialiśmy.

- Nie tak? Przecież pomogłem ci w boju. Gdyby nie ja i moi ludzie, bitwa wciąż by trwała – odparł rozmówca z uśmiechem.

- Przeklęty… – warknął Orkran, dobywając znów topora.

- Rzekłem już: spokojnie. Bitwę nadal możemy dokończyć, atoli ja będę po stronie Czarnobrodych. Zaś tego chyba nie chcemy? – mówił dalej Hatianin spokojnym głosem.

Wojownik zmierzył go wzrokiem, ale nie odpowiedział.

- Postanowiłem, iże miast pomagać w boju, lepiej będzie wasze plemiona pogodzić – powiedział biały do obu rozmówców. – Oczywista, pod naszym, haitańskim nadzorem. Jeśli któraś ze stron złamie układ, natychmiast pomożemy ją spacyfikować drugiej. Co wy na to, wielmożni?

- Zgoda – rzekł natychmiast Czarnobrody.

Orkran powiódł wzrokiem po swoich, żywych i umarłych. Następnie spojrzał w niebo i również odparł:

- Zgoda.

W końcu jednak kolejne rzezie przestały być opłacalne, dlatego cudzoziemcy postanowili znaleźć coś, co zjednoczy podbitych. I „powrócili” do swej wiary. Mimo to nowy bóg był dalece inny od tego, jakim ja starałem się być (przynajmniej od momentu wdrożenia pokojowej polityki). Nie dbał o równość ani o sprawiedliwość. Wręcz przeciwnie: panujących wywyższał ponad autochtonów, za wszelkie nieposłuszeństwo grożąc im mękami piekielnymi. Jak owe dni przedstawia Johan Alpo, profesor wiary Hairisowej, znany z przedstawienia prawdziwej wersji wydarzeń (wedle której nie wszystko odbyło się pokojowo i „we wspólnym interesie obu nacji”), okrzyknięty za to heretykiem i spalony na stosie:

Gdy już dotarli na tereny Allandornu, nie tylko nie użyli przemocy wobec tubylców, przez brak stosownej nomenklatury nazywanych Pierwotnymi, acz wręcz przeciwnie - pomogli im, dając swe credo oraz rozległą wiedzę z wielu dziedzin. Atoli jak się mówi: do wojny nie doszło jedynie za sprawą osłabienia Ludu Słońca. Inna rzecz, iże po jakimś czasie ten już zbytnio „zadomowił” się na nowej ziemi, umacniając swą pozycję i władzę, zaś swe dzieje od Dnia Wyjścia aż po Przybycie, spisane w postaci Księgi Drogi, biblii Hairisowej wiary, siłą rozpowszechniał pośród autochtonicznych mieszkańców, pod groźbą katowskiego topora wymuszając na nich porzucenie rodzimych wierzeń. Nie osiągnął jednak całkiem swych zamiarów; i kiep by wiedział, iże doszło wtedy do zderzenia kultur, w wyniku którego wysublimowała się Świątynia, swoisty ruch zjednoczenia obu narodów, Hatian i Pierwotnych, choć działający pod sztandarem Ludu Słońca.

Tak odrodziła się Najświętsza z Wiar, rdzeń nowej władzy Hatian, której źródłem
i gwarantem stała się religia. Na tym fundamencie utworzono Zjednoczone Królestwo, zajmujące całą północnowschodnią część kontynentu. Odtąd to właśnie w jego stolicy, Tiarrim, na Złotym Tronie zasiadał Arcykapłan, przywódca duchowy Świątyni, a władza hierarchy po dziś dzień przewyższa królewską (podobnie jak zbytki).

Z czasem Lud Słońca wymieszał się z tubylcami, tworząc Istarmenów, Ludzi Środka, choć świątynni dostojnicy nadal pielęgnowali swoje „hatiańskie” korzenie. Każdego, kto wyłamywał się z tego podziału, czekały tortury i śmierć, a po śmierci – obietnica przedłużenia cierpień. Niestety, choć z przerażeniem obserwowałem ich poczynania, nie byłem w stanie nic zrobić. Od momentu demonicznej inwazji na moje Imperium, czyli Waszego ataku na moją indywidualność, utraciłem swoją wszechmoc (w tym panowanie nad czasem) i wszystkowidzenie. Zbyt wiele było Waszego wpływu – Zakłamania. Czym ono jest? Przeciwieństwem Chaosu, przesadnym uporządkowaniem (i podporządkowaniem!) świata powstającym w interesie jednostki lub oligarchii, powodowanym żądzą władzy, na którą się nie zasługuje. Na którą Wy nie zasługujecie.

A jednak jakoś udaje mi się z nim walczyć. W tym celu powołałem do życia Odszczepieńców, tajną, pozbawioną wszelkiej hierarchii organizację. Jej członkowie
w większości się nie znają. Nie mają też prawie żadnych siedzib ani kryjówek. Co więc ich łączy? Wspólny cel, to oczywiste. I moja osoba – już nie jako bóg, ale koordynator. Choć bowiem utraciłem swoje dawne moce, nadal mogłem kontaktować się z istotami w ich snach (aby nie budziły niczyich podejrzeń, rozmawiając „z powietrzem”) oraz – rzadziej –
w myślach, a także widzieć ich oczami, czytać w ich umysłach. Warunek jest jeden – by nie były one zbyt skażone Zakłamaniem. Inaczej już dawno poznałbym plany wroga.

Nie jest tajemnicą, że głównym zadaniem Odszczepieńców jest walka ze Świątynią
i ograniczanie jej wpływów. Dopóki mogę – staram się, by była to walka bezkrwawa. Nigdy nie pozostaje jednak ona bez echa. A to za sprawą świątynnej Inkwizycji, organizacji, która tropi każdy objaw herezji, sprzeciwu wobec władz arcykapłańskich. Jak się okazuje – nawet w jej szeregach mogą znaleźć się sprawiedliwe jednostki. Jedną z nich jest Thomas Braun, który kontynuuje moją opowieść. Twoja kolej, mistrzu inkwizytorze.



Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości