Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Ketsal [Suspens] Fragment

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mkno94
Kmiotek
Posty: 2
Rejestracja: czw 18 kwie 2013, 13:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Ketsal [Suspens] Fragment

Postautor: mkno94 » sob 18 maja 2013, 12:43

Nigdy nie chciałem takiego życia. Zawsze marzyłem o czymś zupełnie innym. Ładny domek z białym płotem i wielkim trawnikiem, piękna żona czekająca z obiadem aż wrócę z pracy, bezpiecznej pracy i trójka rozpieszczonych i głośnych dzieci. Wtedy miałem to wszystko przed oczyma. Tak piękne i wyraźne, że wydawało się całkowicie realne. Jednak żadna z tych rzeczy nie była mi pisana. Ciężko już było odróżnić jawę od snu. Mój umysł był na skraju wyczerpania. Chwila błogiego snu zamieniła się w projekcję utraconych marzeń.
Poczułem coś chłodnego na poliku. Silniejszy podmuch wiatru strącił kilka kropel wody z liści drzewa, którego wystające z ziemi korzenie akurat obrałem za kryjówkę. Tyle wystarczyło, żeby szybko przywrócić mnie do szarej, brutalnej rzeczywistości. Dookoła mnie panowała niemal całkowita ciemność i cisza, tylko miejscami blade światło księżyca prześwitywało przez korony starych, wielkich drzew, a jedynym słyszalnym dźwiękiem było nieustanne brzęczenie moskitów i sporadyczny szelest liści poruszanych przez wiatr. Zegarek wskazywał, że dochodziła już czwarta. Za kilka chwil zacznie świtać, powinienem wziąć się w garść i ruszać dalej. Mój organizm rozpaczliwie domagał się większej ilości snu, lecz na ten luksus nie mogłem sobie pozwolić, jeszcze nie teraz. Sięgnąłem po swój malutki, lecz zadziwiająco pojemny plecak. Przed dalszą drogą musiałem coś zjeść. Coś, w tym wypadku, oznacza ledwie zjadliwe konserwy.
Po krótkim i niezbyt treściwym posiłku ruszyłem w dalszą trasę. Z mapy i wytycznych na nią naniesionych wynikało, że jestem w odległości blisko 16 kilometrów od celu. Z pozoru niewiele, lecz trasa prowadziła przez dziewicze jeszcze obszary dżungli. Bujna roślinność i miękki, mokry po wieczornej ulewie grunt znacznie utrudniały każdy krok. Po kilku godzinach marszu żółwim tempem doszedłem na skraj szerokiej rzeki. Słońce było wysoko na niebie i rażąco odbijało się w tafli wody, która wyglądała na krystalicznie czystą. Nie było szans przedostania się na drugą stronę pozostając suchym. Między innymi takie wypadki przewidzieli projektanci mojego kostiumu. Mimo, iż jest niewiarygodnie lekki i wygodny, to cały obszyty jest czujnikami i innymi rodzajami elektroniki, a do tego potrafi się dostosować do każdych warunków klimatycznych - jest wodoodporny i nieźle grzeje, a kiedy trzeba robi za przenośną klimatyzację. Nie bez problemów przepłynąłem na drugą stronę rzeki. Z powodu silnego nurtu zniosło mnie prawie pół kilometra dalej na wschód, niż planowałem. Wgramoliłem się na brzeg i zacząłem dalszą wędrówkę. Droga okazała się niesamowicie męcząca i monotonna. Wiele godzin przedzierania się przez gęste zarośla, omijanie większych nierówności terenu czy legowisk zwierząt. Gdy znalazłem się w odległości mniejszej niż kilometr od celu słońce chowało się za horyzontem. Już tutaj stały pierwsze ogrodzenia z tabliczkami informującymi o zakazie wstępu. Mimo postępującej ciemności, wszystko widziałem doskonale. Kolejny ukłon w stronę jajogłowych za gogle. Termo- i noktowizja w jednym, małym urządzeniu, prawdziwy cud techniki. Na pierwszy rzut oka teren za siatką ogrodzeniową nie różnił się niczym od tego po jej drugiej stronie. Tylko naprawdę uważny obserwator mógł dojrzeć małe czujniki wystające lekko ponad trawę zaraz za płotem. Po krótkim rozeznaniu nadszedł czas na raport i potwierdzenie wytycznych. Dzięki nowoczesnemu PDA, wbudowanemu w lewy rękach kombinezonu zajęło mi zaledwie ułamek sekundy. Został on zaprogramowany w ten sposób, że poprzez naciśnięcie jednego przycisku do centrali zostają wysłane wszelkie informacje dotyczące mnie: od mojej lokalizacji, podawanej z dokładnością do pół metra, przez temperaturę i rytm pracy serca na obrazie jaki aktualnie widzę kończąc.
Na odpowiedź musiałem czekać dobre dziesięć dłużących się minut. Gdy nadeszła, o czym poinformowała mnie kująca w nadgarstek igiełka, odetchnąłem z ulgą. Teren przede mną jest bardzo niebezpieczny, ludzie na nim nieprzewidywalni. Zmęczenie znacznie utrudniłoby wykonanie zadania. Na szczęście dostałem rozkaz wstrzymania się na conajmniej 4 godziny. Kolejny transport właśnie wyruszył, a nie mogliśmy sobie pozwolić na utratę choćby skrawka dowodu. Kilka metrów za sobą znalazłem dosyć wygodny dołek, w którym bezpiecznie się ulokowałem. Zjadłem jedno z niezwykle przepysznych, puszkowanych dań, ustawiłem temperaturę kombinezonu na 22°C i włączyłem wentylację. 4 godziny odpoczynku przed kontynuacją morderczej wyprawy. Postanowiłem się nieco zdrzemnąć i nabrać sił przed, wydaje się, najciekawszym z moich dotychczasowych zleceń. Zasnąłem niemal natychmiast. Swoje sny z tego okresu pamiętam bardzo dokładnie. Za każdym razem te same wizje, tak samo realne i z każdym kolejnym razem coraz bardziej poruszające moje serce. Jak mogłem wszystko zaprzepaścić... Przez jedną, jedyną decyzję wszystkie moje marzenia legły w gruzach, a życie straciło sens...
W środku nocy ze snu wyrwał mnie ogromny huk. Towarzyszyło mu oślepiające światło, tak mocne, że noc niemal zmieniła się w dzień. Trwało to zaledwie kilka krótkich sekund. Wszystko zniknęło równie szybko i niespodziewanie, jak się zaczęło. Zapanowała nieprzenikniona ciemność. Ucichły wszystkie owady, wiatr ustał, jakby cały świat zamarł w jednym momencie, a czas stanął w miejscu. Nie czułem nawet bicia własnego serca. Nie wiem, jak długo stałem bez ruchu w tym osłupieniu. Następne co pamiętam, to delikatnie ukłucia w lewy nadgarstek.
Było już kilkanaście minut przed godziną 2, a księżyc świecił jasno na sklepieniu. Jego delikatny blask przedzierał się przez gąszcz liści nad moją głową. Niestety, komary także wróciły, czego skutki czułem na swojej twarzy. Kilka z nich namiętnie próbowało się do mnie dobrać, ale na całe szczęście byłem już w pełni przytomny. W myślach nadal miałem to wydarzenie sprzed kilku godzin, które mieszało się ze snami. Dziwna mieszanka, przez którą miałem prawdziwy zamęt w głowie. Przeleżałem tak kilka minut, prawie bez ruchu, jak schorowany człowiek w agonii. Niemal zapomniałem, w jakim celu znalazłem się w tym lesie, jednak nieustannie poruszająca się igiełka szybko mi o tym przypomniała. Spojrzałem na ekran PDA. Nowa wiadomość od Scops’a. Transport prawie dotarł na miejsce, pora ruszać. Wygramoliłem się z tymczasowego legowiska i powolnym, czujnym krokiem zbliżałem się do ogrodzenia. Będąc o krok od siatki, chcąc sprawdzić rozmieszczenie czujników przełączyłem gogle na tryb wykrywania pola magnetycznego. Widok bardzo mnie zdziwił - wszystkie były wyłączone. Widocznie ciężarówka musiała właśnie mijać główną bramę. Przeszedłem więc przez płot i ostrożnie ruszyłem dalej wgłąb lasu, co krok upewniając się, że nikt ani nic nie dowie się o mojej obecności w tym miejscu.
Po kilkuset metrach las stawał się coraz rzadszy, aż w końcu drzewa zniknęły całkowicie. Przede mną był wielki, otwarty teren, na którym znajdowały się ruiny starożytnego miasta. Wielkie pozostałości po antycznej kulturze, na których bezlitosny, upływający czas odcisnął swoje piętno. Olbrzymie piramidy i inne, mniejsze budynki, składające się z idealnie spasowanych kamiennych brył. Wszystko to było porośnięte zieloną roślinnością do wysokości nawet kilku pięter. Poszczególne budowle połączone były ze sobą siecią ulic, których fragmenty wystawały miejscami spod piasku. W świetle księżyca był to widok powalający swoim pięknem, jednak z drugiej strony krył w sobie coś złowieszczego. Zupełnie jakby jakaś mroczna siła spowijała to miejsce. Pomiędzy budynkami porozstawiane były białe namioty, obok których stały wielkie skrzynie oraz samochody terenowe.
Dokładnie rozważając każdy krok ruszyłem do przodu. Gdyby nieopodal krył się snajper, byłbym niczym ciele idące na rzeź - wyszedłem już spoza ostatnich drzew i nie osłaniało mnie zupełnie nic. Gdy zbliżyłem się do pierwszego z namiotów przełączyłem gogle na widok termowizyjny, chcąc sprawdzić ilu ludzi się w nim znajduje. Nie było nikogo, ruszyłem więc dalej. Trzy kolejne namioty również świeciły pustkami, co było bardzo zastanawiające. Jeszcze ostrożniejszy kierowałem się w stronę największej z budowli - Świątyni Słońca. Największa, a zarazem najpiękniejsza piramida stanowiła punkt centralny miasta. Zaraz przed jej schodami usytuowany był wielki namiot otoczony czterema reflektorami, z których jedynym widocznym światłem był odblask nikłego światła księżyca. Było to centrum obozu. Zajrzałem do środka przez malutkie, plastikowe okienko. Ciemno i pusto, jak wszędzie dookoła. Wszedłem do środka. Panował tam nienaganny porządek. W rogu stały dwa łóżka polowe, obok skrzynie z pożywieniem i sprzętem. Na stołach były laptopy i sterta dokumentów. Przeglądając je natrafiłem na kilka ciekawych rzeczy, skopiowałem więc je szybko i wysłałem do analizy. Komputery były rozładowane, a zasilania z generatorów nie było. Musiała wystąpić jakaś awaria, stąd ta wszechobecna ciemność. Rozejrzałem się jeszcze i ruszyłem dalej. Stopnie piramidy były bardzo wysokie i strome. Już po kilku schodkach czułem pieczenie w mięśniach ud. Gdy byłem nieco wyżej odezwał się mój PDA. Na ekranie widniał błąd połączenia z siecią, co oznaczało, że póki co jestem całkiem sam, zdany tylko na siebie.
Na samej górze, u wejścia do piramidy przykucnąłem i rozejrzałem się dookoła. Widok był jeszcze bardziej zdumiewający niż na dole. Mimo ciemności, dzięki goglom widziałem wszystko bardzo dokładnie. Ogrom miasta i jego rozmach sprawiły, że oniemiałem na krótką chwilę. Po raz kolejny zadałem sobie pytanie: jak można wierzyć, że ci starożytni ludzie zbudowali to wszystko przy pomocy drewnianych narzędzi? Wejście do środka budowli stało otworem. Poruszając się powoli i bezszelestnie wszedłem do środka. Do wnętrza prowadził kręty korytarz z idealnie gładkimi ścianami. Schodziłem w dół, robiło się coraz zimniej. Po kilku minutach takiego marszu doszedłem do ogromnych, kamiennych drzwi wkomponowanych w pokryty inskrypcjami koniec korytarza. Odczytać ich nie potrafiłem, ale zrobiłem zdjęcie. Mimo swojej wagi owierały się delikatnie. Gdy przekroczyłem próg pomieszczenia spostrzegłem, że znajduję się pod ziemią. Zajmowało ono zdecydowanie większą powierzchnię niż sama piramida. Było okrągłe z sześcioma filarami pośrodku, tworzącymi sześciokąt foremny. Ściany, tak samo jak drzwi, całe pokryte były nieznanym mi pismem. Dopiero po chwili spostrzegłem, że dokładnie po środku pomieszczenia znajduje się malutki, sześciokątny pulpit ze szlifowanego kamienia. Podszedłem bliżej. Spoczywał na nim nieduży kawałek płaskiego, prostokątnego kryształu w perfekcyjnie wyżłobionym zagłębieniu. Rozejrzałem się jeszcze raz. Nie było tu nic więcej. Wyjąłem nóż i delikatnie podważając diamentową płytkę wyjąłem ją i schowałem do utwardzanej kieszonki w plecaku.
Odwróciłem się i zakładając ramiączko plecaka, ze wzrokiem skierowanym w dół ruszyłem do drzwi. Po kilku krokach podniosłem głowę i stanąłem jak wryty. Przede mną, w mroku, stał jakiś człowiek. Jak mogłem dać się tak podejść? Bez namysłu zrobiłem krok w tył i sięgnąłem do kabury po broń. Stałem tak ciężko dysząc i trzymając go na muszce. Ani drgnął. Wpatrywał się we mnie bez ruchu. Staliśmy tak dobre kilkanaście sekund, aż w końcu zapytałem - “Kim jesteś?” Sposób, w jaki uzyskałem odpowiedź bardzo mnie przeraził. “Przyjacielem” - usłyszałem, lecz nie był to dźwięk wydobywający się z jego ust. W pomieszczeniu panowała grobowa cisza, a głos nieznajomego po prostu pojawił się w mojej głowie. “Nie bój się” - dotarł do mnie głos, ale już inny niż poprzednio. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Zupełnie jakby ktoś wpatrywał się we mnie od tyłu. Niepewnie obejrzałem się przez lewe ramię. Stała tam kolejna postać. Szybkim ruchem chwyciłem drugi pistolet i obróciłem się tak, żeby mieć ich obu na celowniku. “Nie lękaj się. Chcemy tylko pomóc. Inni ludzie, którzy próbowali odnaleźć to, czego i Ty szukasz, mieli brudne sumienia. Nie mogliśmy im na to pozwolić. Lecz Ty jesteś inny. Twoje zamiary pokrywają się z naszymi. Teraz idź, niedługo pojawi się tutaj więcej złych ludzi. Nie szukaj nas, nie myśl o nas. Kiedy będzie trzeba, odnajdziemy Cię.” - Po tych słowach zniknęli równie niespodziewanie jak się pojawili. Dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. Niewiele myśląc (o ile o myśleniu w ogóle można mówić) rzuciłem się w stronę wyjścia. Po przekroczeniu progu moje gogle wróciły do normalnej pracy, teraz już widziałem wszystko.
Gdy dotarłem do szczytu schodów rzuciły mi się w oczy liczne światła samochodów przemierzających dżunglę w kierunku mojej obecnej lokalizacji. Zbieganie po tak stromych i wąskich stopniach wydawało się kiepskim pomysłem, skoczyłem więc na bok piramidy i w ciągu kilku sekund zsunąłem się na sam dół. Przy lądowaniu trafiłem prawą nogą w niewielki dołek. Niewielki, lecz ból jaki odczułem w kolanie był o wiele większy. Podniosłem się i zacząłem biec w kierunku drzew. Światła nadjeżdżających samochodów już oświetlały pierwsze budynki. Miałem ogromne szczęście, że nikt mnie nie zauważył. Gdy tylko otoczyły mnie drzewa padłem na ziemię. Doczołgałem się do drzewa i usiadłem, opierając się o nie. Ból ciągle narastał, a już był nie do zniesienia. Siedząc tak i łapiąc dech spoglądałem na PDA, które w dalszym ciągu nie miało dostępu do sieci. Warkot silników ustał już jakiś czas temu, teraz dawały się słyszeć niewyraźne krzyki ludzi i odgłosy wywoływane ich motaniną między budynkami. Kilkanaście sekund później rozległo się głośne szczekanie psów - psów, które coś zwęszyły. Dźwięk dochodził do mnie coraz głośniejszy. Szli w moją stronę. Poderwałem się na nogi, jednak nie dałem rady ustać prosto i nieco się skuliłem. Kuśtykając ruszyłem głębiej w las szukając płotu.
Dzieliło mnie od niego jeszcze kilkaset metrów, a szybkie kroki słychać było coraz bliżej. Niemal czułem czyjś oddech na karku, gdy uświadomiłem sobie, że nie dam rady uciec. Nie w tym stanie. Odwróciłem się i w tej samej chwili w mojej dłoni znalazł się pistolet, a drugą przełączyłem gogle na tryb termowizji. W odległości kilkunastu metrów dostrzegłem wyraźne sylwetki trzech postaci prowadzących psy. Serce waliło mi jak oszalałe. Każdy jego skurcz czułem na pulsującej skroni. Odczekałem, aż znajdą się bliżej i oddałem trzy celne strzały w głowy nieprzyjaciół. Psy natychmiast rzuciły się w moją stronę. Swoim ujadaniem musiały zaalarmować resztę obozu, lecz w tamtej chwili nie to było moim głównym zmartwieniem. Pierwszy był już prawie przy mnie. Miałem zbyt mało czasu na zastanawianie. Opróżniłem większość magazynka, aż w końcu padł zaledwie krok lud dwa przede mną. W tej samej chwili zza niego wyskoczył drugi pies. Było za późno na jakiekolwiek działanie, zdążyłem tylko odruchowo zasłonić twarz ręką. Poczułem ból i ciepło rozchodzące się po całym przedramieniu. Ostre kły poszarpały mi kombinezon i skórę. Padłem na plecy powalony ciężarem i pędem zwierzęcia. Udało mi się przerzucić je za siebie i zyskać chwilkę na wyjęcie noża z pochwy zamocowanej przy prawej łydce. Gdy tylko zacisnąłem na nim palce pies szykował się już do kolejnego ataku. Nie zastanawiając się pchnąłem ostrzem w bok będącego w locie psa. Przeszło pomiędzy żebrami. Skomląc opadł na ziemię. Próbował jeszcze raz mnie zaatakować, jednak rana była zbyt mocna i głęboka. Kilka sekund później wycie ustało całkowicie, a czworonóg nie dawał żadnego znaku życia. Spojrzałem na lewą rękę. Była w paskudnym stanie. Rozszarpany mięsień uczynił dłoń niezdolną do pracy. Chciałem sprawdzić PDA, czy w końcu odzyskałem połączenie. Niestety, kły roztrzaskały także ekran. Ledwo trzymałem się na nogach, a w obozie dało się zauważyć wielkie poruszenie wśród nowo przyjezdnych. Nie czekając odwróciłem się i pokuśtykałem przed siebie.
Byłem już niedaleko płotu. Rozglądałem się za miejscem, w którym mógłbym swobodnie przez niego przejść, gdy spotkała mnie przykra niespodzianka. Oślepiły mnie światła kilku latarek, dobiegające zza siatki. “Nie ruszaj się! Ręce do góry!” - usłyszałem krzyki skierowane do mnie, ze znajomym peruwiańskim akcentem. Nie miałem wyjścia. Podniosłem ręce nad głowę i czekałem, co się wydarzy. Poczułem twardą i zimną lufę pistoletu wbijającą się w moją potylicę. “Odwróć się. Powoli i spokojnie.” Zrobiłem co kazał. Stanąłem twarzą w twarz z wielkim jak trzydrzwiowa szafa mężczyzną, ubranym w czarny strój, który bardzo przypominającym mundury tutejszej armii. Na przywitanie zerwał mi gogle z głowy i zafundował bliskie spotkanie swojego twardego czoła z moim nosem. Runąłem jak długi na ziemię. Poczułem słodkawy smak własnej krwi. Zostałem podniesiony i trzymany przez dwójkę innych ludzi. Oczy zaszły mi łzami tak, że nic nie widziałem. Ktoś wydał jakąś komendę i ruszyliśmy w stronę obozu. Gdy wyszliśmy z pomiędzy drzew wszystkie światła nagle zgasły. Najpierw słyszałem krzyki ludzi, nie widzących co się dzieje. Po chwili zapanowała głucha cisza. Ciemność rozświetlił oślepiający blask. Zupełnie jak ten wcześniejszy. W jednej chwili obie trzymające mnie dłonie zwolniły uścisk. Mimo to, zupełnie nie trzymając się na nogach, nie upadłem. Wtedy straciłem przytomność.
Ostatnio zmieniony śr 22 maja 2013, 19:57 przez mkno94, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Articuno
Pisarz domowy
Posty: 93
Rejestracja: śr 17 kwie 2013, 00:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Articuno » ndz 19 maja 2013, 23:43

Polecam temat o akapitach, jest przyklejony u góry działu.

Parę przemyśleń:

Początek mnie zaciekawił. Z fabuły da się coś wycisnąć, chociaż sztampa gdzieś w krzakach się czai. To co mi się nie podobało, to narracja. Strasznie galopujesz. Opowiadasz o szeregu czynności, które składają się na pewną nawet ciekawą całość, ale to po prostu ciąg czasowników - opowiadanie przybiera formę sprawozdania. Brakuje tu przemyśleń bohatera, jego odczuć, skojarzeń, jest "sucho".
Niech bohater stanie nad rzeką, pomarudzi, pomyśli nad sposobem przeprawy. Niech te wyłączone zabezpieczenia wzbudzą w nim podejrzenia - może to podstęp? Może już kiedyś był w podobnej sytuacji? Może niech go podkusi, żeby poszukać skarbów w ruinach (pokusom może ulec lub nie)? Może niech przypomina sobie słowa lubianych lub nie przełożonych? Może Pan Trzydrzwiowa Szafa wygląda podobnie do psa sąsiada i używa tych samych perfum co ciocia Brunhilda? Pokombinuj, spróbuj się w bohatera wczuć. Sam walczę z problemem suchego tekstu i nauczyłem się przynajmniej tyle, że moczenie można wyćwiczyć.

Liczę na mokry ciąg dalszy, ciekawi mnie, co to za duchy w tej piramidzie. Powodzenia.



Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » śr 22 maja 2013, 19:56

piękna żona czekająca z obiadem aż wrócę z pracy, bezpiecznej pracy i trójka rozpieszczonych i głośnych dzieci.

Niby takie małe, ale mi na przykład przeszkadza. Co do pracy - rozumiem, że to mogło być powtórzenie zamierzone, ale po prostu nie brzmi ono dobrze.
Poczułem coś chłodnego na poliku

Policzku.
Silniejszy podmuch wiatru strącił kilka kropel wody z liści drzewa, którego wystające z ziemi korzenie akurat obrałem za kryjówkę.

To zdanie jest przepełnione - najpierw wiatr, później kropla, woda, liście, korzenie i kryjówka (zapewne jestem niezrozumiały) - Rozbij to na mniejsze części.
Mój organizm rozpaczliwie domagał się większej ilości snu, lecz na ten luksus nie mogłem sobie pozwolić, jeszcze nie teraz

Zamiast przecinka lepiej wypadłaby kropka, albo myślnik (przeczytaj zdanie na głos - czasem potrzebna jest dłuższa przerwa).
musiałem coś zjeść. Coś, w tym wypadku, oznacza ledwie zjadliwe konserwy.

Oznaczało - uważaj na czas.
w odległości blisko 16 kilometrów od celu. Z pozoru niewiele

Szesnastu słownie.
Jeśli wie się ile trwa przejście takiej odległości w dobrych warunkach, to nawet z pozoru nie jest to niewiele.
wody, która wyglądała na krystalicznie czystą

Skoro widzi tę wodę, to może powiedzieć "była" krystalicznie czysta.
a kiedy trzeba robi za przenośną klimatyzację. Nie bez problemów przepłynąłem na drugą stronę rzeki.

Popełniasz duży błąd - nie łączysz ze sobą zdań, jedno sobie, a kolejne sobie.
Nie bez problemów jednak(...) - i już w jakimś stopniu odnosisz się do kombinezonu. Czytaj i sprawdzaj, czy jedno zdanie odwołuje się do poprzedniego i tak dalej.
Mimo postępującej ciemności

Postępująca ciemność dziwnie brzmi.
teren za siatką ogrodzeniową nie różnił się niczym od tego po jej drugiej stronie. Tylko naprawdę uważny obserwator mógł dojrzeć małe czujniki wystające lekko ponad trawę zaraz za płotem.

Siatka czy płot? Ciężko dostrzec coś, co jest zaraz za płotem, bo on skutecznie wszystko co jest nisko będzie zasłaniał.
wbudowanemu w lewy rękach kombinezonu zajęło mi (to) zaledwie ułamek sekundy.

Literówki.
Został on zaprogramowany w ten sposób, że poprzez naciśnięcie jednego przycisku, do centrali zostają wysłane wszelkie informacje dotyczące mnie: od mojej lokalizacji, podawanej z dokładnością do pół metra, przez temperaturę i rytm pracy serca, na obrazie jaki aktualnie widzę kończąc

Musisz popracować nad interpunkcją - przecinki naprawdę ułatwiają czytanie, jeśli wstawić je w odpowiednie miejsce.
Zjadłem jedno z niezwykle przepysznych

Jedno z przepysznych lub jedno z niezwykle pysznych - będzie brzmieć lepiej. Silna ironia, czy lepsze puszki zostawił na później?
Trwało to zaledwie kilka krótkich sekund

Kilka sekund - nie ma podziału na sekundy krótkie i długie (chociaż czasem jedna może wydawać się dłuższa od drugiej).
Wszystko zniknęło równie szybko i niespodziewanie, jak się zaczęło

Ustało. Muszą być przeciwieństwa: zniknęło - pojawiło się; ustało - zaczęło.
jakby cały świat zamarł w jednym momencie, a czas stanął w miejscu

A to nie to samo?
Nie czułem nawet bicia własnego serca

Bo serca nie czuje się ot tak - można je poczuć, gdy wiesz, gdzie położyć dłoń, albo je usłyszeć. W normalnej sytuacji raczej go nie czujemy, ani nie słyszymy.
Było już kilkanaście minut przed godziną 2

Po raz kolejny - liczby słownie. I "godzina" będzie wtedy niepotrzebna.
Nowa wiadomość od Scops’a

Scopsa - http://fatcat.ftj.agh.edu.pl/~bater/Sem ... zwiska.pdf
że póki co jestem całkiem sam, zdany tylko na siebie.

Masło maślane.
że ci starożytni ludzie zbudowali to wszystko przy pomocy drewnianych narzędzi?

Dlaczego drewnianych? Skoro wytapiali złoto, to mogli wytapiać też inne metale. Nie mówiąc o narzędziach kamiennych.
Miałem zbyt mało czasu na zastanawianie. Opróżniłem większość magazynka, aż w końcu padł zaledwie krok lud dwa przede mną. W tej samej chwili zza niego wyskoczył drugi pies. Było za późno na jakiekolwiek działanie[/quote]
Bardzo często piszesz o tym samym lub czymś bardzo podobnym - psuje to odbiór tekstu.
Niestety, kły roztrzaskały także ekran.

Supernowoczesny kombinezon, który naszprycowali gadżetami przegrał w starciu z psem/
Oślepiły mnie światła kilku latarek, dobiegające zza siatki. “Nie ruszaj się! Ręce do góry!” - usłyszałem krzyki skierowane do mnie, ze znajomym peruwiańskim akcentem

Podziel to zdanie na mniejsze - wyjdzie mu na zdrowie.
Gdy wyszliśmy z pomiędzy drzew wszystkie światła nagle zgasły

Spomiędzy.
Mimo to, zupełnie nie trzymając się na nogach, nie upadłem. Wtedy straciłem przytomność.

Mocno dziwne.

Po pierwsze - akapity. Bardzo ułatwiają czytanie i tekst nie wygląda jak wielka zbitka tekstu.
Drugie - interpunkcja. Czasem brakuje Ci przecinków.
Trzy - musisz popracować nad opisami i kreowaniem świata. Oprócz tego, że akcja rozgrywa się w dżungli, gdzieś blisko Peru (prawdopodobnie), nie wiem nic. Opisz jakieś wielkie drzewo, węża, który prawie zabił bohatera. Opisz z czego wykonano piramidy, do czego są podobne.
Cztery - odczucia/uczucia - tych też brakuje. Bohater wydaje się być robotem. Śni o jakimś domku, później lezie bez jakichś sensownych myśli cały dzień, znów kładzie się spać. Tylko strach ma ludzi. Poniekąd, bo jakbym to ja spotkał duchy w piramidzie, to strzelałbym od razu (gdybym nie wiedział, że to duchy - bez sensu strzelać do ducha).
Gadżety - przekombinowałeś strój. Jest supermega, a tak naprawdę, jest nieprzydatny. Zero sensownego sprzętu, który się przydaje. Odnoszę też wrażenie, że bohater wzięty jest z łapanki na ulicy - nie zachowuje się jak ktoś od zadań specjalnych.
Niestety - czekałem z niecierpliwością na koniec tego tekstu. Pomysł był fajny, ale wykonanie go położyło.
Ćwicz - wszystko przed Tobą. :)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości