Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Garret [ post-apo ]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

mythbust
Zarodek pisarza
Posty: 16
Rejestracja: śr 10 lip 2013, 16:01
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z ulicy
Płeć: Mężczyzna

Garret [ post-apo ]

Postautor: mythbust » czw 15 sie 2013, 17:02

Postanowiłem rzucić Wam coś na pożarcie. W końcu kwarantanna dla mnie się zakończyła... I coś mnie popchnęło, by jednak wkleić ten tekst. Jest to 20k znaków, których zapewne nie warto czytać, ale... chętnie dowiem się tego od Was właśnie.

Nie jest to też całe opowiadanie, przewiduję przynajmniej raz tyle znaków, mam pomysł - tylko czasu brak. : )

18+: dla pewności...

Na GoogleDocs ten sam tekst, jeśli ktoś woli takie formatowanie.


[center]I[/center]
<p align="justify">Szedł przez łąki już blisko trzy godziny. Dłużej niż zwykle. Marsz spowalniał wózek sklepowy, który trzeba było wygrzebywać co chwilę z błotnych kałuż. Ciągłe przystanki w tych półpłynnych, głębokich koleinach zaczęły go już mocno irytować. Pchał go jednak dalej. Jakby tego było mało - ciągle lało, a wiatr się wzmógł. Przemoczone zupełnie ubranie, smagane silnymi podmuchami szalejącego wiatru, jakby wżynało się w ciało i dodatkowo tylko drażniło. Miał ochotę zatrzymać się, upaść i umrzeć na miejscu. Nie mógł. Wiedział, że musi dotrzeć do schronienia. Czekali przecież na niego. W gniewie wyzywał wszystko dookoła od najgorszych, lecz ani trochę mu to nie pomogło. Był bliski płaczu. W oddali, ledwie widoczne w strugach deszczu, lekkiej mgle i na tle granatowego nieba majaczyły zarysy kilku budynków, fragmenty większe i mniejsze domków oraz pozostałości stodół. Jego cel. Zaparł się, przepchnął wózek o kolejnych kilka metrów. Im szybciej szedł tym chętniej błoto ustępowało. Pomyślał o biegu, ale w tym momencie wózek przechylił się na jedną stronę. Część jego zawartości, w tym wiele konserw, wysypała się. Niewiele myśląc kopnął go kilka razy, rzucił się na ziemię wbijając pięściami puszki w błoto. Uderzał, kaleczył się, ale też złość, frustracja szybko ustępowały. W końcu usiadł. Dysząc, ze łzami w oczach powoli wygrzebywał konserwy i wrzucał je do wózka...</p>
[center]***[/center]
<p align="justify">Miał wrażenie, że od kiedy zobaczył znane sobie, zrujnowane budynki marsz trwał dłużej niż pozostałe trzy czwarte drogi. O ile mógł to w ogóle nazwać marszem, skoro znaczną część czasu spędził siedząc w błocie albo wyciągając z wypełnionych nim kolein wózek. Teraz stał przed jednym z kilku domów. Niegdyś musiał być całkiem ładny, ale teraz był tylko stertą gruzu i osmolonych, drewnianych elementów konstrukcji, które nie dopaliły się w pożarze. Wszystkie budynki wkoło wyglądały podobnie lub zdecydowanie gorzej. Wybrali ten. Stał on niemal pośrodku wioski. Jednak głównym powodem, dla którego zatrzymali się właśnie w nim był dach, którego fragment osłaniał jedno z dwóch wejść do piwnicy. Główne, podobnie jak w pozostałych domach było zawalone wszystkim, co tylko mogło na nie spaść, albo w ogóle nie dało się ich odnaleźć. W tym, ktoś jednak pomyślał o klapie w podłodze kuchni, która pozostała nienaruszona.
Zbliżył się do drzwiczek. Wcześniej, odchodząc, zamaskował je kładąc na nie sporą ilość rzeczy, które nikomu nie byłyby przydatne. Zdemontował też uchwyt, aby nie rzucał się w oczy. Pomyślał, że syn pewnie już śpi, zastukał więc cicho. Czekając, wyciągał z wózka i układał przy zejściu konserwy, lekarstwa i wodę. Nikt nie otwierał. Wyjął zza pasa niewielki łom i podważył nim drzwiczki. W środku było ciemno. Śpią, na pewno - pomyślał. Po obu stronach schodów stały regały na przetwory. W ciszy porozkładał na nich rzeczy, które z wielkim trudem doniósł. Najważniejsze były lekarstwa dla syna. W końcu zszedł na dół zamykając za sobą klapę. Na pamięć sięgnął po latarkę i zapalił ją. Przysłonił bardzo jasną wiązkę ręką i wyszedł z wąskiego, krótkiego korytarza wprost do większego pomieszczenia. Rzucił snop światła w kąt, gdzie stało łóżko. Dwuletni syn leżał w nim przykryty kocami. Opłacało się ciągnąć za sobą przez kilka kilometrów znaleziony, całkiem dobry materac - uśmiechnął się do siebie. Na środku stał prowizoryczny stół z kawałka metalowej płyty i fragmenty pni drzew służące jako jego podpory i krzesła. Na jednym z nich siedziała jego żona z twarzą opartą o krawędź blatu. Zapalił świeczkę. Następną. Spojrzał na żonę z uśmiechem. Z uśmiechem, który zniknął równie szybko jak się pojawił. Fragment blatu pokryty był krwią, jeszcze więcej spłynęło na ubitą ziemię. W ręku trzymała rewolwer. W przerażeniu i panice spojrzał na syna.
Miał rację. Spali.</p>
[center]II[/center]
<p align="justify">Nie czekał zbyt długo. Kilkoro ludzi uzbrojonych w metalowe, różnej długości i grubości pręty wyszło z budynku, który niegdyś był niewielkim centrum handlowym. Teraz wyglądało jakby na jego tylną część spadła zabłąkana rakieta. I kto wie, może tak się stało? Troje mężczyzn obrzucało się wyzwiskami, śmiejąc się przy tym. Jeden z nich, pewnie największy komik w całym ich pięcioosobowym gangu, założył długą, czerwoną suknię, którą znalazł w centrum. Paradował w niej po kałużach, starając się udawać modelkę na wybiegu. Ich wózki, które teraz pchały dwie kobiety, były niemal tak samo puste jak zanim weszli do środka. Wynieśli jedynie kilka drobiazgów z odzieżowego, które wydały im się przydatne.</p>
<p align="justify">- Te, rozglądajcie się, może gdzieś jeszcze znajdziemy żarcie. - Rzucił jeden z mężczyzn, najwyższy. Spoważniał i sam zaczął rozglądać się dookoła.</p>
<p align="justify">Z pewnością nie byli tutejsi, widział ich pierwszy raz. Wszyscy, którzy się tu zapuszczali znali mniej więcej okolicę i nikt nie zbliżał się już do miejsc sprawdzonych wcześniej. I nikt, tak jak oni, nie zbliżał się przede wszystkim do jego kryjówki. Wnętrze niewielkiego sklepu było widoczne z daleka dzięki wybitym szybom wystawowym. Pozwalało to ze znacznej odległości ocenić, że sklep jest zupełnie spustoszony i zniszczony - nie warty marnowania czasu na zaglądanie do niego. Korzystał z tego. Było to dobre miejsce, by ocenić czy ktoś nie węszy po starym centrum handlowym. Nie tym razem. Schował się głębiej za, z pewnością nienależące do sklepu, fragmenty większych mebli. Spojrzał jeszcze raz pod nogi czy nie ma tam szkła, które strasznie głośno dzwoniło ślizgając się pod butem po podłodze. Przez jedną z dziur obserwował podchodzących mężczyzn. Kobiety stanęły kawałek dalej przeglądając swoje nowe ciuszki. Komik zajrzał do środka, jednak nie zobaczył nic, co mogłoby być bardziej interesujące niż kawałek zniszczonej, rozpadającej się szafy. Podciągnął mimo to sukienkę i wszedł do środka przekraczając niewielki próg. Pozostała dwójka stanęła na zewnątrz rozglądając się za kolejnymi celami. Mężczyzna w sukience zbliżył się zdecydowanie za bardzo. Nie zdążył nawet uderzyć swoim prętem w mebel, do czego się przymierzał, kiedy nagle spod szafy wyleciał łom. Silnie trzymanym narzędziem, ukryty za meblem Garret uderzył komika w szczękę od spodu. Głowa automatycznie polecała w tył, a on sam, jak kłoda, upadł trzymając się za twarz. Dopiero głuchy dźwięk upadającego ciała na ziemię zaalarmował jego towarzyszy, a następnie głośny jęk wyprowadził ich nieco z osłupienia. Garret zacisnął mocniej łom i rzucił się biegiem ku drzwiom, które były najbardziej oddalone od kolegów leżącego. Udało się dobiec, ale nie wybiec. Gdy był już jedną nogą na zewnątrz znikąd wyrósł mu przed oczami pręt, który silnie uderzył go w twarz. Przed oczami pociemniało, w uszach zadzwoniło. A może to był tylko upadający łom? - Nie wiedział co ma zrobić, zastanawiał się nad tak mało istotnymi rzeczami w takiej sytuacji. Sekundę potem poczuł pod plecami twardą posadzkę, a także ciężkie buty spadające raz po raz na ciało. Garret ujrzał świat jeszcze na chwilę tylko po to, aby ocenić z bliska rozmiar obuwia napastnika. Z tej odległości wydawały mu się monstrualne, a do tego jeden z nich zbliżał się nieustannie. Poczuł go. Stracił przytomność.</p>
[center]***[/center]
<p align="justify">Obudził go chłód owiewający całe ciało. Dodatkowo padał na niego ostro zacinający deszcz, jakby chciał przebudzić go z tej przymusowej drzemki. Było już ciemno. Po chwili zorientował się, że ciągle leży w tym samym miejscu. Cieszył się, że żyje. Zaraz jednak uzmysłowił sobie, że mógłby jednak umrzeć, bo i tak nic dobrego go nie czeka. Próbował się podnieść. Nagle przeszył go przeraźliwy ból. Ból głowy, szczęki i nosa. Odczuł go na udach, żebrach i rękach. Wszystko niesamowicie bolało. A do tego został bez butów, spodni i grubej, ciepłej kurtki. Nawet skarpety zabrali.
Jęcząc i podpierając się o ścianę wstał wreszcie. W ustach poczuł smak krwi, a językiem przebadał zęby. Na szczęście wszystkie - pomyślał. Nie bacząc już na nic, ruszył ku centrum handlowemu. Brodził w kałużach nie przejmując się zupełnie niczym. Nawet przyniosłoby mu to satysfakcję, gdyby nie to, że myśli z każdym krokiem przerywał ból, który kazał skupiać się wyłącznie na sobie. Dotarł wreszcie do wejścia, przy którym postał chwilę nasłuchując czy ktoś nie kręci się w środku. Pora dnia i pogoda skłaniały ludzi, do nocowania gdziekolwiek, gdzie jest sucho i nie wieje. Liczył się też z tym, że może tam spotkać swoich nowych znajomych. Nic się jednak nie działo przez pewną chwilę, postanowił więc wejść do środka. Stąpając na ile tylko mógł cicho, szedł przez wielokrotnie już odwiedzane korytarze. Pewnym krokiem kierował się najpierw ku schodom na pierwsze piętro, gdzie z kolei ruszył przed siebie. Może pięćdziesiąt metrów przed nim podłoga nagle urywała się. Nie było żadnej ściany, zamiast nich widniała wielka dziura z widokiem na zgliszcza budynków, gdzie tylko niektóre w ciemnościach można było rozpoznać na tle nieba, jako niedawne małe biurowce czy blokowiska. Reszta przypominała bardziej niewielkie pagórki pokryte wszelkimi odcieniami szarości po dominującą czerń. Fragmenty ścian centrum handlowego odstawały jeszcze na kilka metrów od zarwanej podłogi. Garret zwrócił się ku stojącej obok wielkiej donicy, w której kiedyś zapewne rosła jakaś dziwna roślina, a z której wystawały teraz tylko suche kikuty. Zaczął kopać przebijając się najpierw przez warstwę kamyków, a później wysuszoną ziemię. Po chwili wygrzebał z niej linkę alpinistyczną, którą znalazł w jednym z tutejszych sklepów. Zarzucił ją na ramię i powoli ześlizgiwał się po zarwanej podłodze z ciągłym grymasem bólu na twarzy. Podszedł do ściany po lewej i spojrzał w górę. Było tam wejście do niewielkiego pomieszczenia, które miało kiedyś być gospodarczym albo czymś w tym stylu. Obok, gdzie urywała się ściana budynku wystawały z niej stalowe, powyginane pręty, na które Garret zarzucał linę. Niezbyt udanie. Jakby robił to pierwszy raz w życiu. Jego irytacja i gniew sięgały powoli zenitu, w myślach krążyły najgorsze słowa określające jego nieudolność. Kiedy już powoli zaczął wątpić w to, że się uda - stało się. Lina zaczepiła się na tyle wysoko i mocno, że mógł próbować wspinaczki. Zapierając się o gruz, wystające kawałki betonu oraz podciągając na linie, wreszcie zawisnął na wejściu do małego, ciemnego pomieszczenia. Mógł tutaj podeprzeć się jedną nogą - z czego korzystał, dając odpocząć obolałym mięśniom rąk i nóg. I stopom, które nie poczuły jeszcze nigdy, jak to jest stąpać po ostrych kamieniach. Wiatr zatrzepotał przemoczoną zupełnie koszulką Garreta. Chłód otrzeźwił go i wepchnął do środka jednym, szybkim ruchem. Pomieszczenie było bardzo małe, ale też całe. Podniósł się i szybko zaczął zwijać linkę, której jeden koniec nadal był zawieszony na zewnątrz. Wejście zasłonił półkami, które na szczęście miały tylną, pilśniową ściankę. Zaraz potem, szukał po omacku akumulatora, który kiedyś znalazł na jednej z wypraw przez miasteczko. Na szczęście był, a to oznaczało, że nic się nie zmieniło. Złapał jeden z krokodylków i przypiął go do zasilania. Rozjarzyła się niewielka żarówka leżąca w kącie. Było na tyle jasno, że gdyby się uprzeć można by czytać, a jednocześnie na tyle ciemno, by światło nie przyciągało nikogo z większej odległości. W przeciwległym rogu stała wielka, metalowa skrzynia. Nie była zabezpieczona niczym, otworzył ją więc szybko i zajrzał do środka. Energicznie zaczął wyrzucać ubrania, które zgromadził przy jednym z wyjść na miasto w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu się przydać. Na ich widok zaczął dygotać z zimna. Dopiero teraz zaczął myśleć o tym, że jest właściwie nieubrany i musi coś na siebie wrzucić. Oprócz odzieży, w skrzyni leżały jeszcze puszki z jedzeniem, lekarstwa dla syna, i naboje do rewolweru. Odstawił wszystko na półkę, włącznie z ubraniami syna i żony, a następnie zaczął się ubierać. Nie zamierzał marznąć tej nocy, założył dwie pary spodni, dwie koszulki, bluzę i czarną kurtkę. Znalazły się też grube skarpety, podobne do tych, których do niedawna był posiadaczem, a które właściciela zmieniły. Oprócz tego buty. Stare, nieco podniszczone buty, które z chęcią niegdyś od razu wymienił na nowe, a teraz trzeba było do nich wrócić. Dobrze, że ich nie wyrzuciłem – pomyślał, próbując się przy tym uśmiechnąć. Robiło mu się znacznie cieplej. Wrzucił lekarstwa i naboje do skrzyni.</p>
<p align="justify">- Syn zdrowy. Żona rewolwer i pociski do obrony ma. – Zrobił lekką pauzę jakby chwilę się zastanawiając czy na pewno. Zawiesił wzrok nad skrzynią, po czym zamknął ją szybkim ruchem.</p>
<p align="justify">Zostawił sobie jedynie ubrania, które przeznaczone były dla jego rodziny, a którymi zaczął się teraz szczelnie okrywać. Siedział pod ścianą powoli zasypiając. Z bólem, z myślami o tym, że mógłby jednak zamarznąć. Zdążył jeszcze tylko odłączyć żarówkę od akumulatora. Zrobiło się ciemno. Powoli robiło się cieplej. I senniej.</p>
[center]III - [ retro ][/center]
<p align="justify">Przebudził się i od razu spojrzał na nią. Wtulała głowę w jego pierś, obejmowała ręką, a nogę trzymała podkuloną na jego udach. Przycisnął ją do siebie mocniej i ucałował czapkę, która zasłoniła jej brudne czoło. Leżeli pod ścianą wybrawszy, jak im się wydawało, najcieplejszy i najbardziej suchy kąt. Garret rozglądał się wokół obserwując kapiącą powoli deszczówkę, która przebijała się przez popękany sufit starego mieszkania jakiegoś bloku. Muzyka kapiących kropel wody zawsze była dla niego przyjemna. Chciał, aby tak było. Teraz woda, chłód, brud były już tylko oznaką tego, że jest źle. Świadomość, że znów musi budzić ją w takich warunkach wwiercała się w mózg grubym wiertłem, drażniła, powodowała, że oczy zachodziły mu łzami. Płakał bezgłośnie, zdradzało go jedynie sporadyczne pociąganie nosem, które i tak później jej tłumaczył chłodem. Nie wierzyła mu, ale nie mówiła o tym. Wiatr hulał beztrosko po pomieszczeniu wpadając przez wybite okno. Szumiał, gwizdał i nanosił do środka pomieszczenia drobne kropelki deszczu. Część z nich spadała na twarz Garreta. Naciągnął stary, zniszczony, już lekko przemoczony koc na twarz, sprawdził czy okrywa on całą Eileen. Poruszyła się lekko i wtuliła mocniej trzymając kurczowo dłońmi okrytymi rękawiczkami jego kurtkę. Nie miał ochoty jej budzić. Mimo brudu i ogólnego zniszczenia, mimo zapachu płonących budynków przeplatanych ze smrodem palonych dla zabawy ludzkich ciał – było mu bardzo przyjemnie. Nie męczyły go ani chłód, ani zawilgocone ubrania. Świadomość, że na zewnątrz dzieje się źle, odchodziła gdzieś daleko i nie dręczyła. Było mu z Eileen dobrze w każdej chwili. Szczególnie lubił ten spokój, kiedy oboje leżeli wtulając się w siebie, rozmawiając po cichutku, kiedy snuli wspólne plany. Ten spokój, który musiał szybko zostać wyparty przez szarą rzeczywistość.</p>
[center]***[/center]
<p align="justify">Szli długo przez niemal opustoszałe miasto. Przedzierali się przez gruzowiska szukając miejsc, gdzie można znaleźć cokolwiek do jedzenia. Czasami jakiś cień przemknął gdzieś w oknie bądź przez ulicę w oddali. Cienie - samotni ludzie, nie ufający nikomu... albo ci, którzy po prostu nie chcieli się z nikim innym dzielić łupem, nawet dla bezpieczeństwa czy organizacji. Garret nie puszczał dłoni Eileen niemal nigdy. Robił to tylko wtedy, gdy było to naprawdę konieczne. Tak jak tym razem. Wspinali się, przeskakiwali przez szerokie szczeliny, by skrócić drogę, to znów zeskakiwali z różnych wysokości. Jeszcze nic nie jedli tego dnia, a powoli zaczęło robić się coraz ciemniej. Mieli nadzieję znaleźć coś przed zachodem słońca. Ich zapasy zgromadzone w plecakach, które teraz Garret niósł odciążając swoją żonę, powoli się kurczyły i były przeznaczone na czarną godzinę. Nie chciał pogodzić się z myślą, że ta chwila zbliża się nieubłaganie. Miał chorą nadzieję na cud, liczył, że rząd się zorganizował i niedługo nadejdzie pomoc, albo że zwyczajnie ktoś się z nimi podzieli górą konserw. Na tę ostatnią myśl uśmiechnął się do siebie i pokręcił głową z politowaniem.
I stało się. Przeskakując jeszcze kilka niemal doszczętnie zawalonych ścian budynków wyszedł wreszcie na szeroką ulicę. Jakieś pięćdziesiąt metrów na prawo od nich stała mała przyczepka samochodowa wypełniona różnymi przedmiotami. Spomiędzy skrawków materiałów połyskiwały metalowe puszki, wystawały butelki być może z czystą wodą mineralną. Garret chwycił szybko Eileen, gdy ta tylko postawiła nogę na chodniku i przyparł ją do muru jakby przyczepka była okrutnym potworem, który mógł ich zauważyć i zaatakować. Wyjrzał ostrożnie zza ściany jakby upewniając się, że potwór nie zmierza w ich kierunku. Rozejrzał się po sąsiadujących budynkach wypatrując ruchu i nasłuchując. Bez powodzenia.</p>
<p align="justify">- Eileen. Działamy. - Rzucił po cichu i kleknął zrzucając jednocześnie plecak, z którego wyjął szmaciany wór. - Ja trzymam, ty wrzucasz.</p>
<p align="justify">- Dobra, co brać? Żarcie przede wszystkim? - Jej głos drżący od napięcia zawsze mu się podobał.</p>
<p align="justify">- Bierz, co popadnie. Uciekamy na mój znak. W tę stronę. - Zarzucił głową w lewo.</p>
<p align="justify">Zamknął plecaki i wstał. Rozwinął worek jednocześnie jeszcze raz lustrując otoczenie. Spojrzał na Eileen i ucałował ją szybko, po czym lekko klepnął w pośladek dając znak do akcji. Rzucili się biegiem w kierunku przyczepki. Garret rozłożył wór i rozglądał się szybko po otoczeniu. Nie podobało mu się od początku to, że jest tak cicho i nikogo nie widać, ale chęć posilenia się i zdobycia zapasów na kilka dni wzięła górę nad obawami. Dziewczyna wrzucała do worka puszki konserw i napojów. Garret uśmiechnął się na widok Pepsi. Przyglądał się też Eileen, której szumiąca w uszach krew przeszkadzała w jakimkolwiek skupieniu. Zdała się na swojego męża. Worek powoli wypełnił się do połowy i już swoje ważył. Poprawił uchwyt. Na chwilę stracili czujność.
Poczuł na plecach wielki ciężar i poleciał w przód. Puścił wór chroniąc się rękoma przed bolesnym upadkiem. Na szyi poczuł zaciskające się ramię. Spojrzał na Eileen, która powinna była uciekać i być już daleko, ale dostrzegł, że trójka mężczyzn trzyma ją i ciągnie gdzieś na tył przyczepki. Szarpała się i krzyczała, ale jeden z nich szybko zasłonił jej usta. Garret przyciśnięty całym ciężarem czwartego z nich nie mógł się ruszyć, a jakby tego było mało ktoś przysiadł na jego nogach. Mężczyźni śmiali się.</p>
<p align="justify">- Eileen! - Krzyczał przez ściśnięte gardło ledwie łapiąc powietrze. - Skurwysynu! Puść mnie!</p>
<p align="justify">- Chyba kpisz. - Mężczyzna siedzący na Garrecie odezwał się ochrypłym głosem tuż przy jego uchu, niemal do niego szepcząc.</p>
<p align="justify">- Trzymasz go? - Odezwał się ten od nóg. Brzmiał jak dzieciak jeszcze przed mutacją. Przygniatający olbrzymi ciężar jedynie chrząknął i pokiwał głową.</p>
<p align="justify">Obok twarzy Garreta śmignął nóż, którym najmłodszy odcinał paski plecaków. Spojrzał za Eileen. Jeden z mężczyzn, najgrubszy usiadł głęboko na przyczepce kładąc Eileen na plecach między swoimi nogami. Trzymał jej ręce. Rudowłosy rozpinał spodnie, a trzeci, zdecydowanie najbrzydszy, zabierał się za dziewczynę ściągając z niej dolną część garderoby. Nie dawała jednak za wygraną, krzyczała ile sił wołając Garreta o pomoc, kopała i gryzła, jednak kilka szybkich ciosów w twarz trochę ją osłabiło i zamilkła na chwilę. Nie trwało długo jak rudy zabrał się do dzieła. Garret patrzył. Obserwował co robi rudzielec, patrzył mu na twarz szukając kontaktu. Nie miał już siły krzyczeć, powoli też odpływał z powodu braku powietrza. Silny chwyt mężczyzny z pewnością nie był maksymalnym. Przygnieciony szarpnął się jeszcze raz i drugi, ale nic nie mógł już zrobić. Zamknął oczy i słuchał rozpaczliwego jęku i płaczu ukochanej. W końcu opadł z sił.</p>
[center]***[/center]
<p align="justify">Ocknął się mocno osłabiony. Natychmiast zaczął szukać wzrokiem Eileen. Leżała na brudnym, mokrym asfalcie kilka metrów od niego. Bez spodni, bez kurtki, z naciągniętą koszulką i bluzą. Do Garreta dotarło, co się stało. Zebrał się w sobie i podbiegł do niej.</p>
<p align="justify">- Eileen, skarbie! - Niemal płacząc chwycił ją i przytulił. - Przepraszam cię, Eileen.</p>
<p align="justify">Patrzyła na niego tylko. Wyczerpana, pobita. Garret pomógł jej usiąść, po czym zaczął szybko zbierać porozrzucane ubrania, które zaraz niemal sam na nią założył. Uklęknął przy niej i objął ją. Wtedy się rozpłakała. Płakała długo i głośno, od czasu do czasu uderzając Garreta pięściami.</p>
<p align="justify">- Już dobrze, kochanie. Już sobie poszli. - Szeptał do niej cicho i powoli, mocno wtulając ją w siebie. Głaskał jej włosy i całował jej głowę. Z oczu leciały mu łzy, był wściekły na siebie. – Przepraszam.</p>
Ostatnio zmieniony wt 25 lut 2014, 23:28 przez mythbust, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1129
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » pt 16 sie 2013, 12:27

Dla mnie największą wadą tego tekstu nie jest wtórność, czy potknięcia*, tylko monotonność. Opko jest zupełnie wyprane z emocji - całość ma jednostajne, usypiające tempo narracji. Brakuje dynamiki, "przyśpieszenia" niektórych scen, wiesz, takiego: jeb! i stało się. Musisz koniecznie nad tym popracować.

*
mythbust pisze:Nie zdążył nawet uderzyć swoim prętem w mebel, do czego się przymierzał, kiedy nagle spod szafy wyleciał łom. Silnie trzymanym narzędziem, ukryty za meblem Garret uderzył komika w szczękę od spodu. Głowa automatycznie polecała w tył, a on sam, jak kłoda, upadł trzymając się za twarz


Coś tam było? Człowiek! Może dostał? Może!

Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » sob 17 sie 2013, 12:54

mythbust pisze:Marsz spowalniał wózek sklepowy, który trzeba było wygrzebywać co chwilę z błotnych kałuż. Ciągłe przystanki w tych półpłynnych, głębokich koleinach zaczęły go już mocno irytować. Pchał go jednak dalej. Jakby tego było mało - ciągle lało, a wiatr się wzmógł...

wydaje mi się, że tu niepotrzebnie rozwlekasz opis sytuacji. Ładne to rozpoczęcie, ale potem, zarzuciwszy mnie kolejnymi "przejmującymi" detalami niszczysz efekt "pierwszego zdania".

Szedł przez łąki już blisko trzy godziny. Dłużej niż zwykle. Marsz spowalniał wózek sklepowy, który trzeba było wygrzebywać co chwilę z błotnych kałuż. Ciągłe przystanki w tych półpłynnych, głębokich koleinach zaczęły go już mocno irytować. Pchał go jednak dalej. [...] Wiedział, że musi dotrzeć do schronienia. Czekali przecież na niego. [...]W oddali, ledwie widoczne w strugach deszczu, lekkiej mgle i na tle granatowego nieba majaczyły zarysy kilku budynków, fragmenty większe i mniejsze domków oraz pozostałości stodół. Jego cel. [...]
Pchnął wózek o kolejnych kilka metrów. Im szybciej szedł tym chętniej błoto ustępowało. Pomyślał o biegu, ale w tym momencie wózek przechylił się na jedną stronę. Część jego zawartości, w tym wiele konserw, wysypała się. Niewiele myśląc kopnął go kilka razy, rzucił się na ziemię wbijając pięściami puszki w błoto. Uderzał, kaleczył się, ale też złość, frustracja szybko ustępowały. W końcu usiadł. Dysząc, ze łzami w oczach powoli wygrzebywał konserwy i wrzucał je do wózka...

Pocięłam tekst pierwszej cząstki. Porównaj... Mnie się bardziej podoba. Jest dynamiczna.
To tylko przykład - nadmiar jest Twoim wrogiem.
Druga sprawa - to aż do bólu schematyczna post-apokalipsa. Rozumiem gdyby schematom ulegał sztafaż - ale tu jest wszytko wtórne: od bohatera i jego emocji po zdarzenia.
Na Twoim miejscu spróbowałabym poszukać w postapokalipsie swojego problemu, swojej refleksji


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

mythbust
Zarodek pisarza
Posty: 16
Rejestracja: śr 10 lip 2013, 16:01
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z ulicy
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mythbust » ndz 18 sie 2013, 17:34

Pilif pisze:Dla mnie największą wadą tego tekstu nie jest wtórność, czy potknięcia*, tylko monotonność. Opko jest zupełnie wyprane z emocji - całość ma jednostajne, usypiające tempo narracji. Brakuje dynamiki, "przyśpieszenia" niektórych scen, wiesz, takiego: jeb! i stało się. Musisz koniecznie nad tym popracować.


Być może tak jest, jak piszesz. Nie są to, jak widać, słowa magiczne, które wciągają czytelnika. Jedyna nadzieja w ewentualnych przeróbkach tekstu oraz w ciągu dalszym ; P Który, mam nadzieję, się napisze.

Natasza pisze:wydaje mi się, że tu niepotrzebnie rozwlekasz opis sytuacji. Ładne to rozpoczęcie, ale potem, zarzuciwszy mnie kolejnymi "przejmującymi" detalami niszczysz efekt "pierwszego zdania".


Gdybym tego nie napisał, to pewnie by "czegoś brakowało" : D
Nie wiem, nie jestem w stanie wyczuć chyba ile powinienem napisać, ile nie... Szczególnie jeśli mnie osobiście (powiedzmy ten deszcz czy wiatr) to drażni. I chciałbym, by czytelnika też drażniło, choć na pewno nie w taki sposób jak Ciebie : D
"Ładne rozpoczęcie" <3

Wracając - kwestia wprawy? Wyczucia?

Natasza pisze:Pocięłam tekst pierwszej cząstki. Porównaj... Mnie się bardziej podoba. Jest dynamiczna.
To tylko przykład - nadmiar jest Twoim wrogiem.
Druga sprawa - to aż do bólu schematyczna post-apokalipsa. Rozumiem gdyby schematom ulegał sztafaż - ale tu jest wszytko wtórne: od bohatera i jego emocji po zdarzenia.
Na Twoim miejscu spróbowałabym poszukać w postapokalipsie swojego problemu, swojej refleksji


Tekst pocięty, jest ładnie, ale nie wiem czy wystarczająca ilość treści została. Jak wyżej napisałem - brakowałoby mi pewnych informacji.
W końcu nie byle kto ocenia tekst - więc zapewne masz rację. : P
Wszystko może i jest tutaj schematyczne. Emocje bohatera są moimi. Chociaż zapewne nie zawarłem wszystkiego, co chciałbym... o ile w ogóle jakieś są, bo teraz mam wątpliwości. ; P
Cała nadzieja w ciągu dalszym, jak już napisałem. Post-apokalipsa ma być raczej tłem, które gdzieś się tam przebija, co by było wiadomo jak to wszystko wygląda...
No ale... skoro nic się nie broni, to pomyślę jeszcze o tej kontynuacji : D. Może nie warto.

Póki co - dziękuję za obie opinie (krótkie, aż tak źle? : D).
I zachowam we łbie to: "nadmiar jest Twoim wrogiem". Postaram się w przyszłości zwracać większą uwagę na to to... ; )




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości