Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Zerwane więzi [sci fi](opowiadanie)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

Zerwane więzi [sci fi](opowiadanie)

Postautor: mateusz9206 » pt 30 sie 2013, 13:17

Format PDF (wygodniej się czyta moim zdaniem):
http://mateusz9206.webd.pl/down/book/op ... iezi_1.pdf

Moje pierwsze opowiadanie tutaj wrzucone. Mam nadzieję, że nic z regulaminem nie poplątałem.

=============================================

Rozdział 1
Pomimo pochmurnego nieba, dzień był przyjemny. Lekki wiatr kołysał niską trawą, która poruszała się pod jego dyktando. Na pastwisku, w pobliżu drogi którą szła właśnie Nilees dostrzec można było trzodę murgów, sprowadzonych prosto z Pardesu. Zwierzęta te, przypominające nieco hipopotamy, a traktowane przez Kaosów jako powszechne źródło mięsa, były wyjątkowo agresywne gdy brano je we więzy. Hodowcy tychże musieli mieć się na baczności ilekroć prowadzono je na ubój. Nilees dobrze wiedziała, jak wiele pracy wymaga ich hodowla. Jej ojciec, pracując przy nich doznał poważnych obrażeń ciała, w momencie szarży jednego ze zwierząt. Od tego czasu, cała rodzina Kiantów zmuszona była podjąć się pracy, aby móc opłacić kosztowną operację. Na życzenie matki, Nilees została zawieszona na rok w szkole i zajęła się segregacją paczek w magazynie, w mniejszym porcie planety Bukan. Dojazd koleją magnetyczną od miejsca zamieszkania zajmował czternastolatce zaledwie kilka klików.
Tego dnia, Nilees za pozwoleniem przełożonego wyszła z pracy wcześniej. Udała się jeszcze do magazynu poczty z zapytaniem o towary, na które czekała, jednak strzegący paczek robot nie posiadał jeszcze upragnionego pakunku. Zbliżało się święto upamiętniające skolonizowanie przez Kaosów planety Bukan, a Nilees z racji ubogiego wyposażenia swojej garderoby, zamówiła używaną, aczkolwiek piękną suknię. Rocznicę kolonizacji obchodzono zawsze wielkim przyjęciem na Placu Gwiazd. W tym roku miał zagrać jeden z ulubionych zespołów nastolatki, chciała zatem zwrócić na siebie uwagę przy zbieraniu autografów. Do bankietu było jeszcze trochę czasu, także dziewczyna ze spokojem, chodź pewnym niezadowoleniem opuściła sektor magazynów i udała się na peron, by wrócić do domu.
Nie musiała długo czekać na pociąg. Koleje magnetyczne osiągały zawrotne prędkości a na całej linii głównej było ich sześć, zatem wagony przyjeżdżały dość często. Na peronie było wyjątkowo dużo ludzi. Większość zachowywała się nerwowo. Niektórzy chodzili niespokojnie w koło, inni często spoglądali na zegarek. Młodej Kiant nie spieszyło się nigdzie. Powinna pracować jeszcze przez trzy cykle, nie miała zatem planów na tą chwilę. Zależało jej jedynie na wzięciu ciepłej, relaksującej kąpieli. Nadjechała kolej, a tłum ruszył do wagonów. Chwilę później, całość mknęła już do dzielnicy mieszkalnej.
- Nilees? – dziewczyna usłyszała swoje imię. Rozejrzała się, ale nie zobaczyła nikogo znajomego. Dopiero ponowne powtórzenie jej imienia zwróciło uwagę dziewczyny w odpowiednim punkcie. Przez pasażerów przeciskał się młody chłopiec o bujnych, brunatnych włosach, będących w nieładzie. Był to Noe Kiant – o rok starszy brat Nilles. Po wzroście zdawać by się mogło, że to on jest młodszy, jego siostra była bowiem dużo wyższa.
- Ty też już wracasz do domu? – zapytał.
- Tak, kierownik pozwolił nam wszystkim wrócić do domów wcześniej. U Ciebie widzę tak samo.
- Zgadza się. Nawet nie wiesz jak się cieszę, tak bardzo dłużył mi się ten dzień.
- Ciekawa jestem co jest tego przyczyną. Może ma to jakiś związek ze świętem kolonizacji?
- Być może. Nikt nam nie powiedział dlaczego mogliśmy wyjść wcześniej.
- Biedne dzieci. – do rozmowy wtrąciła się stojąca obok rodzeństwa kobieta. Nilees spojrzała na nią swoimi bystrymi, zielonymi oczami.
- Dlaczego pani tak mówi? – Choć zapytała uprzejmie, nie uzyskała odpowiedzi. Kobieta zaczęła szlochać. Uspokoił ją dopiero mężczyzna stojący obok, który ją otulił. Wzrokiem powiedział młodej dziewczynie, że nie warto znać przyczyny. Nie była tym faktem zadowolona, ale postanowiła odpuścić.
Przez dalszą część podróży, w wagonie padło niewiele rozmów. Po twarzach pasażerów widać było, że są czymś wyraźnie zakłopotani. Noe nie wiele robił sobie z całej sytuacji. Czuł się szczęśliwy z powrotu. Nilees analizowała jednak fakty i próbowała wychwycić coś z rozmów pasażerów. Kluczem do zmiany sytuacji okazały się głośne grzmoty.
- Weszli już w atmosferę. Są tu jeszcze szybciej niż przewidywaliśmy.
- Ile czasu minie, zanim doleci tutaj ktoś z sojuszu?
- Minimum megacykl. Ich flota jest na manewrach, po drugiej stronie ich terytoriów. Możemy liczyć jedynie na pomoc naszych sił, albo innych sprzymierzonych statków. Nie otrzymaliśmy póki co żadnych odpowiedzi przez knet. – pośród hałasu, dziewczyna zdołała usłyszeć rozmowę dwóch mężczyzn.
- Spójrzcie, lecą do nas! – ktoś krzyknął.
Tłum wyjrzał przez okna. Młodzi Kiant, będący blisko szyby, widzieli dokładnie nadlatujący myśliwiec. Zwrócony przodem do obserwatorów, wyglądał z daleka jak wykrzywiona litera U. Przy jej podstawie odchodziły niewielkie skrzydła. Czas jakby zwolnił. Myśliwiec wystrzelił kilka rakiet, które leciały w stronę wagonów. Wsporniki znajdujące się przed koleją, w których ukryte były emitery pola, załamały się pod wpływem wybuchu, niszcząc kawałek szyn przed pociągiem. Ostatnie co zapamiętała Nilles to lecące w ich stronę rakiety. Ułamek sekundy później, pociąg wyskoczył z szyn. Całość przeleciała kilkanaście metrów, po czym uderzyła w dalszą część torów. Twarde, kompozytowe materiały odkształciły się dość mocno. Wagony przewróciły się, poodczepiały od siebie i koziołkując po ziemi wytracały prędkość. Będący w nich ludzie bezwładnie obijali się o ściany, kalecząc się przy tym we wszystkich miejscach. Dużo szczęścia miało rodzeństwo Kiant. W czasie kolizji, odbijali się od innych, większych pasażerów niczym małe piłeczki. Chodź nabili sobie sporo sińców - przeżyli. Mniej szczęścia miał jednak Noe, który zranił sobie nogę kawałkiem szkła. Nie wiedział jeszcze, jak poważna jest rana.
Nilees nie pamiętała jak długo była nieprzytomna. Chodź minęło zaledwie kilka klików, dla niej czas prawie nie posunął się do przodu. Obudził ją Noe.
- Słyszysz mnie?! Ocknij się, proszę! Musimy się gdzieś ukryć! – dziewczyna wyraźnie słyszała głos brata. Była jednak oszołomiona. Jej oczy błądziły w różnych kierunkach próbując wyłapać, który z rozmytych obrazów jest prawdziwy.
- Tak… tak… jestem, słucham.
- Ktoś atakuje nasze miasto. Jeśli się nie ukryjemy, zabiją nas! Chodź ze mną, szybko!
Nilees, wciąż będąc w szoku posłuchała się brata. Próbując dojść do siebie, zawierzyła mu całkowicie i podążała ślepo za nim. On zaś z trudem utrzymywał się na nogach, ale dzielnie szedł przed siebie. W koło nich leżało pełno szczątków pociągu oraz zakrwawione ciała pasażerów. Niektórzy z nich jeszcze żyli, o czym wiedzieli agresorzy. Myśliwiec który przed chwilą wysadził kolejkę zrobił zwrot i przelatując po drugiej stronie pociągu, patrząc od miejsca w którym znajdowali się Kiantowie, celnie, karabinem maszynowym likwidował ocalałych. Noe wiedział, że za chwilę taki sam los spotka byłych pasażerów po drugiej stronie kolejki. Nie patrząc na ból, chwycił siostrę za rękę i mknął przez gęste trawy.
- Dokąd idziemy? – zapytała Nilees, która powoli odzyskiwała świadomość.
- Do starych tuneli kanalizacji, tam gdzie bawiliśmy się kilka lat temu, zanim je zamknięto.
- Kto nas atakuje?
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że to piraci. Minęły nas jeszcze jakieś transportowce, poleciały w kierunku domu…
- Schowajmy się tu w trawie, do tuneli jest ponad kilometr…
- W tunelach mamy szansę przeżyć, tutaj nie. Biegnij!
Noe wyjąc z bólu prowadził siostrę. Gdy w całości pozbierała się po wypadku, pomagała bratu w ucieczce. Pomimo kilku guzów i niewielkich rozcięć, czuła się dużo lepiej, niż jej brat. Chodź jeszcze o tym nie wiedzieli, kawałek szkła głęboko utkwił mu w podudziu. Pilot wrogiego myśliwca, który zniszczył kolej magnetyczną nie rozpoczął pogoni za Kiantami. Nie wiadomo, czy zrobił to umyślnie, czy też przeoczył młode rodzeństwo w czasie swojego bestialskiego ataku.
Jakiś czas później dotarli do furtki, będącej wejściem do nieużywanych już tuneli. Przeszli przez ogrodzenie i schowali się pod niewielkim daszkiem, który osłaniał kiedyś pulpit sterowniczy, przyłączony do budki drzwi wejściowych. Całość znajdowała się pod dużym wzniesieniem, skąd widać było położone kilka kilometrów dalej osiedle, na którym mieszkali Kiantowie.
- Usiądź, obejrzę twoją nogę – wydusiła z siebie, zmęczona szaleńczym biegiem. Noe oparł się plecami o ścianę i bezwładnie zsunął się na ziemie, wydając przy tym jęk z bólu. Rana nie wyglądała dobrze. Odłamek szkła musiał przemieścić się w środku, dokonując przy tym znacznych obrażeń wewnątrz. Krew gęsto obmywała łydkę chłopca. Przerażona siostra postarała się o solidną opaskę uciskową, zrobioną z rękawa jej swetra. Oboje wiedzieli jednak, że bez nagłej pomocy, zdrowie Noego może być zagrożone.
- Wejście do tuneli jest dobrze zabezpieczone. Nie przejdziemy nimi. Muszę pójść do miasta – powiedziała Nilees.
- Oszalałaś.
- Wykrwawisz się. – łzy stanęły w jej zielonych, dużych oczach. Oboje byli ze sobą bardzo zżyci. Nie wyobrażała sobie jego śmierci.
- Ktokolwiek nas atakuje, to coś poważnego. Wpierw unieruchomili kolej, więc chcą nas trzymać w dzielnicach. Skoro widziałem transportowce, to znaczy, że rozbili nasze statki. Nikt nam nie pomoże Nilees, przynajmniej przez jakiś czas. Musimy tutaj czekać.
- Jak długo? Nie mamy żadnego kontaktu z nikim. Musimy coś zrobić!
Zamyślił się. Wiedział, że siostra ma rację. Bał się jednak o jej zdrowie bardziej, niż o swoje. Pobyli chwilę w milczeniu. Ból przeważył i młodzieniec odezwał się.
- Dobrze, masz trochę racji. To niebezpieczne, ale da nam pewien punkt odniesienia. Postaraj się wejść na najwyższy szczyt i rozejrzyj się po okolicy. Jeśli zobaczysz gdzieś jakieś statki, to będziemy wiedzieć, od jakich miejsc się trzymać z daleka. Postaraj się zostać jak najmniej widoczna, ale od razu mówię, że to będzie trudne. – mówiąc, wykrzywiał twarz. Starał się ciągnąć zdania, bez przerw, dać dziewczynie nadzieję. Kaosowie dojrzewali znacznie szybciej, wiek rodzeństwa nie miał odbicia na ich zachowaniu. Obaj byli bardzo bystrzy i inteligentni.
- Musimy wiedzieć, co się dzieje, wiesz o tym. Pójdę na górę i zaraz wrócę. Trzymaj się, wyjdziesz z tego.
- Dobrze siostrzyczko. Idź, póki nic nad nami nie lata.
Nilees pośpiesznie znalazła mniej strome zbocze i zaczęła piąć się na wzgórze. Teren był porośnięty gęstą trawą, zatem przedzieranie się przez nią spowalniało dziewczynę. Próbowała oczyścić swoje myśli, aby skupić się wyłącznie na dotarciu do celu. Nie było to łatwe. Martwiła się nie tylko o brata, ale i o rodziców. Ojciec wciąż cierpiał po wypadku i nie mógł się poruszać bez kul, zaś matka powinna być w pracy, o ile nie została wcześniej odesłana do domu, podobnie jak większość ludzi. Walka z wysoką trawą mąciła obrazy w głowie młodej Kiant, choć zarośla momentami pomagały dziewczynie w wspinaczce, pozwalając się jej chwycić na bardziej stromym terenie. Roślinność na Bukan była głównie fioletowego koloru, wytrzymała, o intensywnym zapachu.
Ostatecznie po dość sporym wysiłku, dotarła na sam szczyt. Już podczas drogi, wiedziała, że nie jest dobrze. Znad osiedla mieszkalnego unosiły się gęste kłęby dymu. Plac Gwiazd, który znajdował się tuż obok domostw okupowany był przez transportowce wroga. Niektóre domy stały w płomieniach. Po przeciwległej stronie, w dzielnicy małego portu, dostrzec można było kolejny, unieruchomiony pociąg, spowity w płomieniach. Najdalej, nad obszarem dużego portu, niczym rozjuszone owady latały bombowce, które równały zabudowania z ziemią. Przerażona dziewczyna zapłakała. Obraz ten, na zawsze wrył się jej w pamięć. Nie chciała już tego oglądać, była zrozpaczona. Ruszyła z powrotem do brata. Nie sposób jest opisać, jak się poczuła, gdy powróciwszy do Noego zastała go martwego. Padła na kolana, tuląc w rozpaczy, jeszcze ciepłe zwłoki brata. Z żalu brakło jej tchu. Była bezsilna. Nie miała dokąd się udać, a najbliższa jej osoba leżała martwa w jej ramionach. Ta chwila, na zawsze zmieniła młodą, niewinną dziewczynę.

Rozdział 2
- Kapitan na pokładzie!
Oficerowie oddali honory swojemu dowódcy. Cortenza Sighel – bohater i doskonały strateg. Odniósł wiele sukcesów w walce z przeciwnikami zakonu Amare. Zaczynał jako zwykły pilot, ale już kilka lat później został awansowany na kapitana okrętu, a następnie na dowódcę grupy uderzeniowej „Pokora”. Choć zakon jak i Kaosi wywodzili się z tej samej planety, lata izolacji oziębiły stosunki dyplomatyczne pomiędzy oboma rządami. Z tego względu, wiadomość jaką odebrali, wprowadziła spore zamieszanie na okręcie.
- Puścić całą wiadomość, od początku. – nakazał kapitan.
„Do wszystkich sprzymierzonych jednostek. Kolonia Bukan, będąca w pakcie Protektoratu Kao, jest atakowana. Wrogie siły liczą sobie dziesięć krążowników oraz kilkanaście fregat. Nasza flota została rozbita. Nie jesteśmy w stanie powstrzymać natarcia. Kolonia nie posiada armii, zdolnej do walk, jesteśmy wolnym portem. Prosimy o pomoc!”.
Cortenza pogładził się po swojej gęstej, miejscami już siwej brodzie. Grupa którą dowodził, to siedem krążowników klasy Antalor. Ten typ statków miał już sporo lat czynnej służby i nie stanowiły już potęgi, jaką dawniej prezentowały. Wiedział jednak, że dotrą do koloni najszybciej i że ich obowiązkiem jest wspomóc ludność cywilną Bukan. Spojrzał na swojego zastępcę. Nie musiał nic mówić. Jego spojrzenie wyjawiało wszystkie myśli.
- Co o tym sądzisz? – zadał pytanie kapitan, opierając ręce na konsoli.
- Powinniśmy poradzić sobie z krążownikami, ale fregat jest kilkanaście i są dużo zwinniejsze, rzucą się na nas jak zwierzęta.
- Część statków mogła wylądować na powierzchni. Jeśli to piraci, na pewno plądrują teraz planetę.
- Co jeśli nie wylądowali? Staniemy naprzeciwko przeważającym siłom.
- Musimy to zrobić, tam są ludzie…
- To Kaosi! Nie jesteśmy im nic winni. Sami na siebie sprowadzili tą sytuację. Nękali piratów na we wszystkich sektorach, a potem wracali z całą flotą na Kao. Kwestią czasu było tylko, kiedy nadejdzie czas odwetu.
Kapitan zmienił spojrzenie. Rozejrzał się po mostku i zobaczył, że część załogi podziela zdanie zastępcy. Znali się od dłuższego czasu i rzadko mieli odmienne zdanie. Ta krótka rozmowa i rozejrzenie się po mostku, nie wytrąciły Sighela z równowagi.
- Patrzę na was i niedowierzam. Nazywacie siebie żołnierzami? Oficerami? Zwykli tchórze. Nie zaciągnęliście się do Zakonu po to, aby próżnować na statkach. Jesteśmy tu dla tych wszystkich, którzy liczą na naszą odwagę i siłę. Nie ważne czy to Kaosi, Amare, Agha’li czy Zenarzy. Każdy ma prawo do spokojnego życia, a my służymy po to, aby ten spokój zapewnić. Amare należą do sojuszu i jako tacy, jesteśmy zobowiązani udzielić Bukan wsparcia. Zachowujcie się jak żołnierze, do diabła! Zastępco! – zwrócił się do stojącego po drugiej stronie konsoli oficera – Wprowadź kurs i przygotuj flotę do skoku. Przygotować wszystkie eskadry. My weźmiemy na cel krążowniki, myśliwce mają atakować fregaty.
Zastępca spojrzał przerażony na Cortenzę. Strach nie wynikał z faktu, że bał się walki. Po przemowie kapitana zrozumiał, że zapomniał po co wstąpił do zakonu. Tak jak większość kadetów chciał nieść dobro i pomoc, tam gdzie było to wymagane. Gdyby sojuszu nie założyli Gimmerianie, z pewnością zrobili by to kiedyś Amare. Po przemówieniu kapitana wróciła mu dawna duma i poczucie obowiązku.
- Tak jest panie kapitanie! Słyszeliście, czy nie?! Poruczniku, wprowadzić współrzędne dla całej floty. Ustawić pierwszy poziom zagrożenia. Myśliwce mają być gotowe do startu jak tylko opuścimy nadprzestrzeń! Ruszać się!
Po raz ostatni przed skokiem Sighel spojrzał na swojego zastępcę. Zobaczył determinację w wyrazie jego twarzy. Kapitan uśmiechnął się. Był dużo młodszy od swojego przyjaciela, ale wiele o nim słyszał. Mężczyzna popadł w żal po stracie syna i przestał się starać w swojej karierze. Dowódcy zależało na tym, aby ponownie rozpalić w tym dzielnym żołnierzu ducha walki.
- Właśnie takim cię opisywali, nim zostałem dowódcą. Surowy, ale jednocześnie sprawiedliwy, pełen energii. Jeśli przeżyjemy, postaram się abyś w końcu sam został dowódcą.
- Kapitanie, mamy bitwę do wygrania. Dziękuję, za twoje słowa. Na razie muszę jednak skupić się na doprowadzeniu wszystkich statków do porządku.
Chwilę później flota leciała już w kierunku Bukan.

Rozdział 3
Formacje zakonu nazywane były cnotami, które miały reprezentować. Pokora-1 była statkiem flagowym i to właśnie na jego pokładzie znajdował się Cortenza. Magnetyczne burze nadprzestrzeni szalały tuż obok przelatujących statków. Korytarz, którym się poruszali nie należał do najbezpieczniejszych, ale według cyfrowych map był najszybszym skrótem.
Tymczasem na Bukan, kilka godzin po śmierci Noego, Nilees nieruchomo siedziała przy zwłokach brata, wciąż pod tym samym daszkiem. Dziewczyna wpadła w całkowity trans. Nie była na planecie i nie brała udziału w tych wszystkich wydarzeniach. Jej umysł przeniósł się tam, gdzie czuła się najlepiej – w domu. Przypominała sobie zeszłoroczne wakacje. Wizje były jednak na tyle silne, że w zasadzie przeżywała je na nowo. Wycieczki po górach, przeloty nad wielkimi miastami kolonii Eufordis. Galaktyczne zoo w Arlenie. Wszystko co się działo na około niej, nie miało przynajmniej na chwilę znaczenia. W ten sposób Nilees broniła się przed nadmiernym szokiem, którego doznała. Nie czuła nawet przenikliwego zimna nocy. O ratunku, który właśnie pojawił się na orbicie Bukan, nie wiedziała nic i nie bardzo ją to w tym momencie obchodziło.
- Skok zakończony pomyślnie. Flota w całości. Wykryto… osiem krążowników i pięć fregat. – zameldował drugi oficer.
- Dobrze, dobrze… Nie wygląda to już tak źle.
- Wróg wypuszcza myśliwce! – przerwał kapitanowi zastępca. – nasze eskadry zgodnie z rozkazem są już w pogotowiu. Kurs przechwytujący.
- Zablokować działa na najbliższym okręcie. Piloci, jeśli dadzą rade, mają obserwować fregaty, które mają już jakieś obrażenia. Skupimy na nich nasze salwy.
Dwadzieścia osiem eskadr myśliwców opuściło hangary floty „Pokora”. Na spotkanie wyleciały im od razu fregaty i mniejsze statki piratów.
- Musimy poprawić pozycję do ostrzału.
- Zmienić kurs, obrać jak najlepszy kąt.
Potężne armaty wypluły z siebie grad kul. Pociski dosięgły swoich celów. Poszycie zaatakowanych okrętów oderwało się od swojego miejsca i odleciało bezwładnie w przestrzeń. Piloci Amare mogli zauważyć, jak pomiędzy odłamkami w otchłań kosmosu odfrunęli także piraci, którzy przebywali na zaatakowanych pokładach. Odpowiedź ze strony wroga przyniosła mniejsze zniszczenie. Póki co nie zginął nikt na większych okrętach.
Obie strony wymieniły się paroma salwami. Mocniejsze statki klasy Antalor wytrzymywały atak. Dalsza wymiana ognia sprawiła, że Pokora II zaczęła tracić atmosferę z kluczowych sekcji statku i jej zdolność bojowa znacznie osłabła. Sighel nakazał wycofanie statku w głąb układu.
Nagłe uderzenie rakiety w dziób statku Cortenzy powaliło go na ziemię. Podniósł się dopiero po chwili, lekko oszołomiony. – Raport!
- Dekompresja na pokładach od czterech do ośmiu. Przednia sterburta poważnie uszkodzona. Jedna armata nieczynna. Brak ofiar w ludziach, jesteśmy jeszcze zdolni walczyć. Trzy fregaty wroga zniszczone, nasi piloci proszą o wsparcie do walki z myśliwcami.
Flota piracka zawsze posiadała dużo szybsze i zwrotniejsze lekkie statki. Walczący z nimi piloci Amare, mający przewagę liczebną, atakowani byli przez szybkostrzelne działka fregat. Było to dla nich poważne zagrożenie, które wymagało nie lada sprytu, aby odpowiednio manewrować między ostrzałem. Antalory przy obecnym rozstawieniu prowadziły ostrzał nieefektywnie, dlatego Sighel zdecydował odciągnąć wszystkie myśliwce, wysyłając w teatr ich działań dwa krążowniki. Manewr się powiódł i statki przeleciały daleko ponad okrętem flagowym, oddalając się od centrum bitwy. Tam, dzielni piloci sojuszu oraz szybkostrzelne działka typu MTStorm Pokory V rozbiły piratów. W tym śmiałym manewrze Pokora-IV doznała poważnych uszkodzeń i była całkowicie niezdolna do walki. Załoga zmuszona była do ewakuacji.
Walka toczyła się jeszcze przez pewien czas. Pomimo dużych zniszczeń, całkowicie niesprawna była tylko Pokora-IV. Sighel nakazał zebrać wszystkie kapsuły ratunkowe i podliczyć straty. Większość sił piratów została rozbita, uciec zdołał tylko jeden z krążowników. Piloci, którzy szybko weszli w atmosferę planety zniszczyli z powietrza fregaty wroga, które wylądowały na powierzchni. Następnie na powierzchnię planety udały się oddziały komandosów, którzy zabezpieczyli teren i rozglądali się za ocalałymi, zarówno po stronie kolonistów jak i piratów.
Wchodzące w atmosferę myśliwce Amare wywołały lawinę grzmotów, które wyrwały Nilees z otępienia. Dziewczyna rozejrzała się po zachmurzonym niebie i dostrzegła ledwie widoczne sylwetki myśliwców typu Venom. Noe był pasjonatem militariów i siłą rzeczy dziewczyna także nauczyła się rozpoznawać niektóre statki. Wiedziała, że szczyt na który się wcześniej wdrapała będzie idealnym miejscem, aby spróbować dać o sobie znać. Dopiero teraz poczuła zimno, które towarzyszyło jej całą noc. Promienie świtającego słońca leniwie przebijały się przez ciemne chmury, jak gdyby obojętne na tragedię, jaka wydarzyła się w tym sektorze. Wstawał nowy dzień, zupełnie inny od tych, do których przywykli mieszkańcy Bukan.
Nim ruszyła, zabrała ze sobą mediafon Noego. Urządzenie te było bardzo zbliżone działaniem do ziemskiego telefonu, wykorzystywało jednak protokoły i nadajniki sojuszu. Wdrapała się na szczyt i nasłuchiwała sygnałów. Wysokość pozwoliła na skontaktowanie się z pomocą i niedługo po tym, na polanie u podnóża góry wylądował transportowiec. Nilees, wraz z ciałem brata przetransportowana została do obozu założonego przy wielkim porcie. W czasie lotu dziewczyna obserwowała zniszczone osiedla. Nie miała złudzeń – atak, który przeprowadzili piraci miał na celu wytrzebienie Bukan z ludności. Głośno zaszlochała, co zwróciło uwagę jednego z komandosów. Próbował ją pocieszać, ale nie przyniosło to większego skutku.

Rozdział 4
- Kapitanie, attimus Elias czeka w pokoju konferencyjnym.
- Dziękuje sierżancie, możecie odejść.
Cortenza wszedł do pomieszczenia. Ściany były niepomalowane, lśniły bladym światłem świetlówki. Oparty o stół, Elias stał z założonymi rękoma i wpatrywał się w sufit. Na widok kapitana pokory stanął na baczność. Po oddaniu honorów Sighel wydał komendę pokładowemu AI i z podłogi rozłożyły się krzesła na których zasiedli. Attimus odpiął swoją czerwoną pelerynę, która go okrywała i zawiesił na siedzeniu. Porównując z rangami w Przymierzu Ziemskim, Cortenza rozmawiał właśnie z generałem należącym do sojuszu.
- Sojusz jest ci niezmiernie wdzięczny, za udzielenie pomocy kapitanie. Dostałem już raport o liczbie ofiar. Zatrważające, jak wiele osób poległo, ponad trzy czwarte mieszkańców… gdyby nie wasza interwencja, w ciągu tej doby mogli by wytrzebić całą planetę.
- Robiłem co do mnie należało. Amare od zawsze chętnie udzielają pomocy, nawet Kaosom, wbrew temu co mówi wasz rząd.
- Nasz rząd może trochę przekłamuje w pewnych sprawach, ale na pewno nas nie oszukuje. Dobrze, że poruszyłeś ten temat. Ten heroiczny wyczyn przyniósł wam trochę korzyści, nieprawdaż? Nie wstyd wam werbować sieroty? – Cortenza wytrzeszczył oczy i zacisnął dłoń w pięść. Krew napłynęła mu do policzków.
- Jak śmiesz… ta dziewczyna sama się zgłosiła.
- Młoda, roztrzęsiona dziewczyna, która straciła wszystko w jeden dzień. Marzy o tym aby dołączyć do Wielkiego Zakonu Amare, aby nieść pokój i ochraniać bezbronnych. To nie jest jej intencją i dobrze o tym wiesz. Dziewczyna chce przemierzyć cały wszechświat aby znaleźć ten jeden krążowik, który zdołał uciec. – ironizował Elias.
Cortenza nie wytrzymał i rzucił się z pięścią na rozmówcę. Ten jednak błyskawicznie zrobił unik i zdołał wyłożyć napastnika na stole, zaciskając mu rękę na szyi.
- Jesteś za wolny. Dałeś się sprowokować tak łatwo, że aż mi głupio, niepotrzebnie układałem zawczasu wszystkie złośliwe uwagi. – zwolnił uścisk. Cortenza wstał i chwilę zmierzył wzrokiem Eliasa. Był niezwykle młody jak na tak wysokie stanowisko. Blondyn o nieco przydługawych, których kosmyki momentami nakładały się na oczy. Twarz nie nosiła żadnych śladów zmęczenia, była bez skazy. Wychowanek bogatej rodziny, któremu wpływowy ojciec wspomógł w karierze.
- Znam jej motywy, ale to się z czasem zmieni. W zakonie dozna przemiany. Ma silnego ducha i przyda nam się.
- Wydaje mi się to zabawne. Na Katahali tak wiele osób pcha się w szeregi zakonu, ale wam i tak potrzebna jest ta dziewczyna. Nie znam jej i nie chcę jej przed wami bronić, nie będę jej także niczego zabraniał. Pomóż mi jednak zrozumieć twój motyw, bo jest dla mnie nielogiczny. – Cortenza zawahał się przez chwilę. Usiadł na krześle, splótł dłonie i położył wraz z łokciami na stole.
- Ona ma dar. Gen bogów.
- Wiedziałem. Znowu te wasze czary. – Cortenza parsknął śmiechem.
- Co ty możesz wiedzieć. Ty nie masz go w ogóle, a u niej jest on bardzo silny. Na takich osobach zależy nam najbardziej. Kiedyś do zakonu należeli tylko ludzie z genem. Rozbicie Phaunów zmusiło nas do rekrutacji wszystkich chętnych. Kaosi myślą, że robimy tym ludziom praniom mózgu, terroryzujemy ich i robimy z nich szpiegów. To absolutna bzdura, a każdy członek zakonu odkrywa swoją drogę poprzez trening i medytację.
- Więc czym jest ten gen. Dlaczego jest taki specjalny?
- To wie tylko Wielka Rada i najważniejsi członkowie, ale sam gen nie jest żadnym tanim chwytem. To się po prostu wyczuwa. Gdy już raz rozbudzisz tą cząstkę samego siebie, na zawsze wychwycisz ją także u innych. Amare może i wywodzą się od Phaunów, ale mamy wspólną cechę, która nas zawsze będzie różnić.
- Skoro sam nie wiesz dlaczego ten jest taki ważny, a ja nie mogę go wyczuć, sprawa jest dla mnie przesądzona. Rozmawiałem z dziewczyną. Nie ma rodziny nigdzie indziej. Jeśli chcesz, możesz ją zabrać na Katahalę.
- Czy są jeszcze jakieś inne sprawy, które chcesz omówić?
- Nie. W imieniu sojuszu jeszcze raz dziękuję za pomoc. Tylko, następnym razem postarajcie się nie podkradać ocalałych, dobrze? – Cortenza przemilczał kąśliwą uwagę.
Wibracje silnika oddziaływały na cały okręt. Nilees patrzyła przez niewielkie okno w swojej kwaterze na kolorowe błyski, które ich otaczały. Kierowała się właśnie do nowego domu. Grupa bojowa Pokora wracała na Katahalę, aby zdać raport Wielkiej Radzie. Dziewczyna miała zostać przyjęta do zakonu, na jej wyraźną prośbę. Jej rozważania o ostatnich wydarzeniach przerwał sygnał intercomu. Miała gościa. Do kabiny wszedł Cortenza.
- Jak się czujesz? – zapytał, przyglądając się jej oczom.
- Jestem zmęczona. Nie spałam w nocy. Później jeszcze pogrzeb rodziny. – głos jej się załamał. - Dziękuje za to, że mnie zabraliście.
- Powinnaś się położyć. Przeszłaś bardzo wiele w ostatnim czasie. Niejeden dorosły straciłby wszelkie siły po takich wydarzeniach, a Ty wciąż jesteś na nogach.
- Tak dawno nie byłam już w nadprzestrzeni. To takie piękne. – przyłożyła dłoń do szyby.
- Będziesz jeszcze miała wiele okazji, aby ją podziwiać. Prześpij się, porozmawiamy za kilka godzin. – zebrał się do wyjścia.
- Czy to co mówiłeś o tym genie, jest prawdą, czy chciałeś mnie tylko zatrzymać przed attimusem? – zadała pytanie. Cortenza odwrócił się ze spokojem w jej stronę.
- Nie okłamałbym cię. Rekrutujemy wiele osób, ale nie jesteśmy głupcami, ani manipulatorami. Nie wziąłbym młodej dziewczyny, która przeżyła koszmar, tylko po to aby służyła tej samej sprawie, której i ja służę. Masz dar, o którym się przekonasz, jeśli odbędziesz treningi i medytacje.
- Zostałam całkowicie sama. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. Czy pomożesz mi się zaklimatyzować, zanim się pozbieram? – Cortenza podszedł do dziewczyny, chwycił ją za rękę i pchnął na łóżko.
- Masz iść spać. O nic się nie martw. Pomogę ci, jak tylko będę mógł. – ucałował ją w czoło i wyszedł z kabiny. Nilees straciła rodzinę i cały majątek. Zyskała jednak przyjaciela i nowy dom, dzięki któremu będzie w stanie poznać tajemnice wszechświata, o jakich wcześniej nie śnił żaden człowiek.
Ostatnio zmieniony wt 10 cze 2014, 15:09 przez mateusz9206, łącznie zmieniany 1 raz.


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.

Awatar użytkownika
ravva
Legenda pisarstwa
Posty: 2443
Rejestracja: sob 26 sty 2008, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: warszawa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: ravva » pt 30 sie 2013, 15:11

Lekki wiatr kołysał niską trawą, która poruszała się pod jego dyktando
wiesz, ze dwa razy napisałes to samo?
Zwierzęta te, przypominające nieco hipopotamy, a traktowane przez Kaosów jako powszechne źródło mięsa, były wyjątkowo agresywne gdy brano je we więzy. Hodowcy tychże musieli mieć się na baczności ilekroć prowadzono je na ubój.
wiesz, co to podmiot domyslny?
brano je w więzy - karkołomny zwrot, szczególnie w kontekscie bydła.

Jej ojciec, pracując przy nich doznał poważnych obrażeń ciała, w momencie szarży jednego ze zwierząt. Od tego czasu, cała rodzina Kiantów zmuszona była podjąć się pracy, aby móc opłacić kosztowną operację.
Jeden z nich poważnie poturbował ojca, a koszta operacji wpedziły rodzinę w ogromne długi.
Nilees z racji ubogiego wyposażenia swojej garderoby, zamówiła używaną, aczkolwiek piękną suknię.
OMG!!
kurde, sory, ale az mnie zatkało, nie wiem, jak to zmienic - wyposazenie garderoby, to meble. resztę sobie dopowiedz.
chciała zatem zwrócić na siebie uwagę przy zbieraniu autografów.
rozdawaniu.

Dopiero ponowne powtórzenie jej imienia zwróciło uwagę dziewczyny w odpowiednim punkcie. Przez pasażerów przeciskał się młody chłopiec o bujnych, brunatnych włosach, będących w nieładzie.
styl.

wczesniejszy akapit zawiera parę ortów i intów. do poprawy.
Po wzroście zdawać by się mogło, że to on jest młodszy, jego siostra była bowiem dużo wyższa.
styl.
Uspokoił ją dopiero mężczyzna stojący obok, który ją otulił.
otulił czym?
utulił, tak?

Dużo szczęścia miało rodzeństwo Kiant. W czasie kolizji, odbijali się od innych, większych pasażerów niczym małe piłeczki. Chodź nabili sobie sporo sińców - przeżyli. Mniej szczęścia miał jednak Noe, który zranił sobie nogę kawałkiem szkła.
powt.
poza tym "dużo szczęścia/mniej szczęścia" jest niemiarodajne, lepiej opisac dokładnie, co się stało.
choć, od "chociaż", nie "chodź", od "chodzić".
Jej oczy błądziły w różnych kierunkach próbując wyłapać,
i czlowiekowi wyobraźnia podrzuca wędrujących na pałąkowatych nóżkach gałek :-D

zaraza, nie mam cierpliwosci do dłubania - reasumując - pomysł jakiś jest, bohaterów nakreslonych wyraźnie nie ma, przeslizgujesz się po postaciach, jakby autor sam nie wiedział, jakie mają cechy, kim sa ani co własciwie robia w tekscie. zastanawiam się, czy opowiadanie powstało na bazie planu czy pisało się na bieżąco, wraz z kolejnymi pomysłami, bo jeśli dziewczyna bierze pół dnia wolnego, co jest ewenetmentem, i jednoczesnie spotyka w pociągu brata, który akurat tego samego dnia tam przypadkiem trafił, to ciężko uwierzyć w sensowny zamysł fabularny.

technicznie większosć do korekty, masz błędy stylistyczne, orty, interpunkcja tez średnio. żeby być sprawiedliwym trzeba by zaorać wszystko, niemal zdanie po zdaniu pokazując, co jest źle.

plus za pomysł i stworzenie nowego świata, masz koncepcję, ale budowanie planety z ekosystemem, społecznoscią i wrogami zewnetrznymi to mozolna praca. Zanotuj pomysły i staraj się jak najwiecej pisac, poprawiać tekst po odlezeniu (odkładamy na miesiac, wracamy, korygujemy błędy, itd.), i czytaj dużo, bo to najlepsza szkoła.

Zatwierdzam weryfikację - Gorgiasz
Ostatnio zmieniony wt 10 cze 2014, 15:09 przez ravva, łącznie zmieniany 1 raz.


Serwus, siostrzyczko moja najmilsza, no jak tam wam?
Zima zapewne drogi do domu już zawiała.
A gwiazdy spadają nad Kandaharem w łunie zorzy,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie mów o tym.
(...)Gdy ktoś się spyta, o czym piszę ja, to coś wymyśl,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie zdradź nigdy.

Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mateusz9206 » pn 02 wrz 2013, 17:19

Dzięki za odpowiedź, faktycznie, na niektóre rzeczy kompletnie nie zwróciłem uwagi i śmieszą :) Z tą garderobą dobre.

bo jeśli dziewczyna bierze pół dnia wolnego, co jest ewenetmentem, i jednoczesnie spotyka w pociągu brata, który akurat tego samego dnia tam przypadkiem trafił, to ciężko uwierzyć w sensowny zamysł fabularny.


Tutaj rzeczywiście popełniłem karkołomny błąd, powinienem napisać, że została odprawiona z pracy wcześniej, a nie że za pozwoleniem wyszła, bo rzeczywiście można wysunąć wniosek, że domagała się tego. Generalnie, jeżeli do planety zbliża się armageddon to bez znaczenia jest chyba jakakolwiek robota, więc 3/4 kolonii dostało wolne.

plus za pomysł i stworzenie nowego świata, masz koncepcję, ale budowanie planety z ekosystemem, społecznoscią i wrogami zewnetrznymi to mozolna praca. Zanotuj pomysły i staraj się jak najwiecej pisac, poprawiać tekst po odlezeniu (odkładamy na miesiac, wracamy, korygujemy błędy, itd.), i czytaj dużo, bo to najlepsza szkoła.


Opowiadanie jest częścią całego uniwersum. Zamiast brać się za główną książkę poszedłem za radą kolegów i koleżanek z forum i piszę krótkie opowiadania w ramach wprawek, których fabuła dotyczy osób i miejsc drugoplanowych z mojego świata.


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości