Wieczny Odpoczynek

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mementi
Kmiotek
Posty: 3
Rejestracja: czw 15 sie 2013, 23:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Wieczny Odpoczynek

Postautor: Mementi » ndz 15 wrz 2013, 20:37

Było około dziewiątej rano, kiedy Karol zręcznie zaparkował naszą furgonetką między dwoma innymi samochodami na niewielkim parkingu. Poprawiłem okulary i wysiadłem z samochodu. Otaksowałem wzrokiem stojącą przede mną kamienicę. Stare budownictwo wymagające modernizacji, odrapane tynki i grafitti na ścianach zdradzało, że znajdujemy się w niezamożnej części miasta. Za to mój uśmiech sympatii wywołała tabliczka z nazwą ulicy. Ulica prof. Juliana Traugera, czyż to nie brzmi pięknie? Rzadko się przecież zdarza, żeby ktoś został patronem ulicy jeszcze za swojego życia, a tak właśnie było z profesorem Traugerem, twórcą instytucji wiecznego odpoczynku.
- Coś się tak zamyślił? – zawołał do mnie Karol, który zdążył już wyjąć torbę ze sprzętem z tylnej części furgonetki i był gotowy do pracy.
- Chodźmy – rzuciłem sucho i skierowałem się ku wejściu do budynku.
Szczerze powiedziawszy, nie przepadałem za Karolem. Wysoki, opalony brunet z fryzjerskim wąsikiem emanował dobrym humorem i pewnością siebie. Nie był to oczywiście zarzut sam w sobie, ale uważam, że nasz zawód wymaga poważnego podejścia, może nawet pewnej oschłości. Z drugiej strony, przyznać musiałem, że Karol tkwił w tej profesji znacznie dłużej niż ja, bodajże od pięciu lat. A ja? Cóż, zaledwie rok temu zakończyłem podyplomowe studia medyczne w zakresie eutanazjologii a dopiero w tym miesiącu rozpocząłem objazdy traugerowskie.
Zapukałem do mieszkania opatrzonego numerem 5. Po chwili ktoś podszedł i wyjrzał przez wizjer. Osoba ta z pewnością szybko spostrzegła nasze białe kitle i identyfikatory państwowej służby zdrowia. Dlatego też drzwi szybko zostały otwarte i stanęła w nich średniego wzrostu kobieta, na moje oko, czterdziestoparoletnia.
- Witam, szanowna pani. Jestem doktor Przemysław Pietrowski, a to mój asystent, Karol Biedura z firmy GenericCorp. Pani Elżbieta Karska, nie mylę się? – rozpocząłem uprzejmie.
- Tak, tak. Proszę, wejdą panowie – kobieta pospiesznie odsunęła się od drzwi i zaprosiła nas do pokoju.
Karol spojrzał na mnie porozumiewawczo. Kobieta była trochę przestraszona i chciała, żebyśmy jak najszybciej weszli do jej domu, a raczej wyszli z klatki schodowej. Mimo że nasz zawód był niezwykle potrzebny, to wielu ludzi odbierało nas bardzo negatywnie i tak samo traktowali osoby, które nas zapraszały. Niestety, wiele jeszcze będzie trzeba czasu, zanim idee Traugera przebiją się do każdego umysłu. Całe szczęście, że światłe władze naszego kraju, już pięć lat po pierwszym udanym zabiegu, zaakceptowały działalność profesora a nawet usankcjonowały ją prawnie.
Kobieta wskazała nam fotele i spytała, czy mamy ochotę na herbatę.
- Nie, serdecznie dziękujemy, ale sądzę, że im szybciej przystąpimy do pracy, tym lepiej. Pacjent ma na imię Marek, prawda? – zapytałem, zaglądając do notatnika.
- Tak. Nazwaliśmy go tak na cześć świętego Marka Apostoła. A także na cześć cesarzy rzymskich. Z mojej śp. mężem zawsze mieliśmy nadzieję, że wyrośnie na kogoś wielkiego…
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Która matka nie pragnie dla swego syna tego, co najlepsze?
- Panie doktorze. Niech mnie pan źle nie zrozumie, ja bardzo kocham swojego syna. Naprawdę. Ja was wezwałam, bo po prostu nie widzę innego sposobu, on cierpi… - kobieta zaczynała mówić coraz bardziej nerwowo.
- Ależ oczywiście, przecież my jesteśmy tu tylko i wyłącznie po to, żeby mu pomóc – uśmiechnąłem się do niej kojąco - To, że pani nas do niego wezwała, świadczy jak najbardziej o pani miłości do niego.
- Dziękuję, doktorze, naprawdę. Bardzo mi ulżyło. Ale, panie doktorze – najwyraźniej wymawianie mojego tytułu naukowego sprawiało, że czuła się bezpieczniej, w końcu ktoś z autorytetem naukowym potwierdzał to, co ona myślała – Jest pewien problem. On nie chce zabiegu, opiera się.
- Och, to nie problem, przekonamy go. To nasz zawód – odezwał się milczący dotąd Karol.
Kiwnąłem głową, chociaż wolałem, żeby mój partner był nieco delikatniejszy. Kobieta wskazała nam drzwi pokoju jej syna. Wraz z Karolem skierowaliśmy się w tym kierunku. Zapukałem do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Niestety, często zdarzały się podobne sytuacje. Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi.
Naszym oczom ukazał się Marek Karski, przestraszony nastolatek na fotelu inwalidzkim. Przypomniałem sobie zapis z karty lekarskiej. Marek Karski, wiek 17 lat, wzrost 174 cm, waga 65 kg, rozpoznanie chorobowe – uraz kręgosłupa wywołany wypadkiem samochodowym spowodował paraliż wszystkich kończyn, szanse na odzyskanie władzy nad kończynami – minimalne, zagrożenia dla życia – brak.
- Cześć, Marek. Jestem Przemek – uśmiechnąłem się.
Chłopak nie odpowiedział, próbował się tylko cofnąć jeszcze bardziej w głąb pokoju, co w jego stanie było praktycznie niemożliwe.
- Hej, aż tak strasznie wyglądam? – zdziwiłem się – a myślałem, że się dzisiaj ogoliłem – przejechałem ręką po podbródku – Uff, ogoliłem się. Aaaa, to pewnie Karola się boisz, zawsze mu mówiłem, że jest brzydki.
Cóż, żarty może i niskiego lotu, działające raczej na młodsze dzieci, ale na twarzy młodzieńca zauważyłem rozluźnienie. Spodziewał się zapewne doktora śmierć czy kogoś takiego, a tu proszę, dwóch facetów, próbujących być zabawnymi.
- Nie jestem dzieckiem – burknął.
- Rozumiem, nieśmieszne to, co? Myślałem kiedyś, żeby być komikiem, ale rozumiesz już, dlaczego nie wyszło.
- Jesteście tu po to, żeby mnie zabić? – zapytał.
No proszę, nie owija w bawełnę, od razu do rzeczy. Ale najważniejsze, że wszedł w dialog.
- Zabić? Kto ci naopowiadał takich bzdur. Jestem lekarzem!
- Jesteście z „wiecznego odpoczynku”, tak? Ci od eutanazji?
- Tak, jesteśmy z „wiecznego odpoczynku”. Ale czy wiesz, co to jest eutanazja?
- Zabijanie kogoś?
- Nie. Są sytuacje, kiedy człowiek nie chce już żyć, jest zmęczony. Wtedy my oferujemy mu odpoczynek, zapomnienie.
- To fajnie, ale ja nie chcę korzystać z waszych usług.
- Masz takie prawo, oczywiście. My chcemy tylko pomóc. Porozmawiamy, a jeżeli nie będziesz chciał skorzystać z naszych usług, odjedziemy.
- Naprawdę? - spojrzał na mnie nieufnie.
- Oczywiście – zapewniłem – A teraz porozmawiajmy, dobrze?
Chłopak kiwnął głową. Wyraźnie nie miał ochoty na rozmowę, ale jednocześnie bał się nas i miał nadzieję, że po rozmowie rzeczywiście damy mu spokój. Biedak nadal nie rozumiał, że robimy to dla jego dobra.
- Od czasu wypadku jesteś sparaliżowany, tak?
Chłopak kiwnął głową.
- W tym wypadku zginął twój ojciec, prawda? Jakie miałeś z nim relacje.
- Relacje? Był moim ojcem!
- Różne bywają relacje między rodzicem i dzieckiem, czasem nawet patologiczne…
- Mój ojciec mnie kochał. Zawsze się dobrze rozumieliśmy. Zawsze mogłem mu się zwierzyć ze swoich problemów, zawsze umiał mi coś poradzić. Wtedy, w samochodzie planowaliśmy właśnie wypad w góry w te wakacje – na wspomnienie Markowi się załamał głos.
Pokiwałem głową. Wiedziałem o tym wszystkim, dostałem przed wizytą szczegółowy raport środowiskowy. Gdyby relacje z ojcem były złe, całkiem inaczej rozpocząłbym rozmowę.
- To przykre. Zawsze dobrze mieć kogoś, kto cię kocha i rozumie. Ale matka chyba godnie go zastępuje, prawda?- zapytałem.
Wiedziałem z raportu, że pani Karska miała zawsze mało czasu dla Marka a ich relacja była zawsze znacznie gorsza, aniżeli chłopaka z ojcem.
- Tak, w sumie tak – powiedział po chwili Marek.
Nie zabrzmiało to przekonująco.
- A koledzy, jak zareagowali, wpadają do ciebie w odwiedziny?
Chłopak zagryzł wargi. Ta, oczywiście że nie przychodzą do niego. Kto chce się zadawać z kaleką. W piłkę z takim nie pograsz, na piwo nie wyjdziesz, nawet przez komórkę czy Internet nie pogadasz… Szybki odpływ kolegów i przyjaciół jest w takich przypadkach typowy. Nie inaczej było i tutaj.
- Na początku przychodzili, potem mniej….
- W porządku rozumiem. Wiesz co u nich słychać?
- Sprawdzam czasem fora klasowe na necie, więc sie trochę orientuję.
Karol uniósł brwi zaskoczony. No tak, nie wczytał się w raport. Inaczej wiedziałby, że Marek nauczył się, za pomocą trzymanego w ustach długopisu, ograniczonego posługiwania się komputerem.
- Chodzą na zabawy, wyjeżdżają na wakacje, omawiają swoje romanse i miłostki, planują pójście na studia, prawda? – spytałem delikatnie Marka.
Chłopak kiwnął głową.
- No właśnie, a ciebie tam nie ma. To jest to, co straciłeś. Kochający ojciec, koledzy, plany, ciekawe życie, to już utraciłeś. I każda chwila będzie ci o tym przypominała. O tym, że to jest rzeczywistość, w której już cię nie ma. Że gdyby tylko jakiś baran nie wyprzedzał na trzeciego, to wszystko nadal by było twoim udziałem! – przystąpiłem do ataku.
Widziałem, że każde moje słowo jest ciosem dla biednego chłopca. Jednak zdawałem sobie sprawę, że to konieczne, żeby mu przedstawić prawdę.
- To co ci zostało, to ból. Dojmujący, wieczny ból, który będziesz odczuwał do końca życia. I nic w zamian. To dlatego wieczny odpoczynek jest wybawieniem.
Marek zaszlochał. Karol uśmiechnął się tryumfalnie. Drań. Miałem wątpliwości, czy on rozumie całą ideę naszej służby.
Młodzieniec przestał w końcu płakać i popatrzył mi głęboko w oczy.
- Doktorze, a jeśli umrę, to czy jest tam coś po drugiej stronie?
Nie znosiłem tego pytania. Bo jakże na nie odpowiedzieć komuś, kto za chwilę umrze. Gdyby jeszcze był starszy, to zapewne zrozumiałby jakim wybawieniem jest nicość, uwolnienie od bólów tego świata. Ale młody człowiek zapewne wolałby usłyszeć o niebie, aniołach i tym podobnych bzdurach. Jednak przecież każdy inteligentny człowiek w tych czasach wiedział, że takie rzeczy nie istnieją. Jednocześnie jako lekarz, nie mogłem się przecież posunąć do kłamstwa.
- Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Może coś jest, może jest tylko wieczny spokój. Ale to i tak chyba lepsze od tego co jest teraz.
- Ja też nie wiem, doktorze. I boję się. Bo widzi doktor, ja wiem, jak żałosne jest moje życie. Ale nawet teraz, kiedy utraciłem jego większość, chcę się chwycić tego, co mi pozostało. Bo nawet w takim stanie, mogę spojrzeć na niebo i pomarzyć, mogę słuchać, co się dzieje na świecie, śmiać się z przeczytanych dowcipów. Mogę w końcu mieć nadzieję, że spotkam kogoś, kto mnie zrozumie i będzie chciał ze mną spędzać czas. Rozumie pan, doktorze, póki jest we mnie jakaś iskierka życia, chcę ją wykorzystać.
Trudny przypadek. Ale i na takich jest sposób.
- Rozumiem, ale spójrz na to z innej strony. Twoja mama musi cię utrzymywać. Wydawać pieniądze na leki, które tylko w części są refundowane przez państwo. Dostaniesz wprawdzie od państwa rentę i zasiłek, ale będą one na tyle nieduże, że zawsze będzie trzeba do tego dokładać. Twoja matka do swojej śmierci będzie musiała sobie wszystkiego odmawiać, żeby utrzymywać twoją wegetację. A co po jej śmierci? Czy w ogóle dasz sobie radę? A jeżeli znajdzie się ktoś, kto się tobą zajmie, to czy i dla niego nie będziesz ciężarem? Profesor Trauger pierwszą eutanazję na życzenie wykonał właśnie na sparaliżowanej kobiecie. Poprosiła go o to, bo nie chciała być dłużej ciężarem dla ubogiej rodziny. Dzisiaj jest bohaterką, nawet mój szpital nosi jej imię. W ten sposób zamiast ciężarem, będziesz bohaterem. Może nie na światową skalę, ale dla swojej matki na pewno. A także dla tej anonimowej osoby, która miałaby okazję cię kiedyś poznać.
Marek zacisnął zęby. Widziałem, że rozważa to co powiedziałem. W końcu zwrócił się do mnie.
- Doktorze, może i jestem egoistą, ale mimo wszystko chcę żyć. Wielu jest bezrobotnych, pijaków i innych, którzy są obciążeniem dla bliskich. Czy ich wszystkich doktor by chciał namówić na eutanazję?

[center]***[/center]

Po godzinie weszliśmy z Karolem do łazienki. Nie chcieliśmy by nas słyszał Marek albo jego matka. Otarłem pot z czoła. Próbowałem przekonywać Marka jeszcze na wiele sposobów, ale efekt był zerowy.
- Twarda sztuka, co doktorku? – uśmiechnął się Karol.
- Tak. Nic tu nie zdziałamy. Zadzwonię do szpitala, że odwołujemy eutanazję.
- Czekaj, czekaj. Zastosujmy procedurę nr 6
Jestem spokojnym człowiekiem, ale tym razem komórka mało nie wypadła mi z ręki.
- O czym ty mówisz? Czy ty w ogóle wiesz, co to jest procedura nr 6?
- No proszę, nie rób ze mnie głupka. To jest po prostu kryptoeutanazja.
- Tak, a przeprowadza się ją wtedy, kiedy pacjent nie potrafi sam zakomunikować swojego zamiaru i może to za niego zrobić jego opiekun lub członek rodziny.
- O, to właśnie.
- Karol! Tu nie zachodzi taka sytuacja.
- Cii, bo cię usłyszą. Oczywiście, że zachodzi. Chłopak jest w szoku spowodowanym ciągłym bólem fizycznym i psychicznym, więc nie potrafi racjonalnie myśleć. Dlatego może za niego zadecydować matka.
- Taka ekwilibrystyka jest po prostu śmieszna. I godna prawnika a nie lekarza. Dzwonię powiedzieć, że odwołujemy zabieg.
- O nie – Karol złapał mnie za rękę i wyrwał telefon. Byłem zbyt zaskoczony by zareagować.
Karol westchnął.
- Ech, i na mnie znowu spada uczenie nowicjuszy. Ok, posłuchaj, doktorku. Wiesz dlaczego w ogóle chodzimy dwójkami?
Zacisnąłem zęby. Drań traktuje mnie jak uczniaka. No dobrze, pogram w tą jego gierkę, ale jak tylko skończymy dzisiejszy objazd, to zadbam, żeby pożegnał się z pracą.
- Jeździmy we dwóch, bo ja jestem wykwalifikowanym lekarzem przeprowadzającym zabieg, natomiast ty pełnisz rolę asystenta, który mi pomaga, świadka, że wszystko przebiega za zgodą pacjenta oraz przedstawiciela firmy farmakologicznej, który nadzoruje właściwe wykorzystanie leku, który podajemy pacjentom – odpowiedziałem.
- Tak, tak. Zapomnij o tych dwóch pierwszych, to taka otoczka, żeby ładnie wyglądało. Najważniejsze jest to trzecie. GenericCorp jest jedynym w Polsce producentem leku używanego do eutanazji. Opracowaliśmy recepturę pozwalającą na maksymalnie szybki i bezbolesny zgon.
Skrzywiłem się. On chyba celowo nie użył słowa odejście, albo zejście ale ordynarnego słowa „zgon”.
- A teraz powiedz mi mądralo, dlaczego państwo kupiło ten cały zabieg Traugera?
- Chodzi o to, żeby człowiek, który nie chce już żyć…
- Tratata. Daj spokój tym frazesom. Akurat guzik to nasz rząd obchodzi. Ważne jest co innego. Kryzys ekonomiczny wydrenował budżet państwowy, a ten musi utrzymywać wszelkiej maści nierobów. Najgorsi są tacy jak ten tutaj. Całe życie nic nie będzie robił. A państwo będzie mu wypłacało zasiłki, renty przystosowanie obiektów użyteczności publicznej pod jego potrzeby, itp. Wiesz jaka to strata dla budżetu? A tak chłopak do piachu, a kasa zostaje w budżecie.
- Jak śmiesz insynuować podobne rzeczy! To oburzające.
- Nie skończyłem jeszcze. Budżet państwa płaci GenericCorp zarówno za wytwarzanie trucizny czy tam, jak wolisz, leku, jak i za przypilnowanie, żeby zabiegów było jak najwięcej. Takie przypadki jak dzisiaj się zdarzają, nie są szczególnie rzadkie. Nie wiem, co tam ci na uczelni powbijali do głowy, ale wielu ludzi trzyma się kurczowo życia, nawet jeżeli jest ono nic nie warte. Ale gdybyśmy tak rezygnowali w każdym z takich przypadków, liczba zabiegów by się zmniejszyła, a co za tym idzie, nasz kontrakt z rządem uległby zmniejszeniu. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na porażkę.
- Bardzo ciekawe – wycedziłem – Naprawdę, bardzo jestem ciekaw, co powie ordynator.
- Przekonaj się – Karol z uśmiechem wręczył mi mój telefon.
Zadzwoniłem na prywatną komórkę ordynatora i przedstawiłem mu sytuację.
- A co mówi Karol? – zapytał ordynator.
- Chce wykonać procedurę nr 6. Poza tym…
- A, to świetnie, wykonaj ją.
- Ale nie ma żadnych przesłanek…
- Karol ma doświadczenie, posłuchaj go.
- Panie ordynatorze, ja nie mogę…
- Posłuchaj młody, wykonaj zabieg, jeżeli chcesz tu jeszcze pracować – ordynator rozłączył się.
Zdruzgotany spojrzałem na uśmiechającego się bezczelnie Karola.
- A na koniec bonus. Twój szpital dostaje od nas dodatek finansowy za każdy zabieg. A wiesz, szpital jest zadłużony, przyda mu się.
- To wszystko, to nie tak miało być – wybełkotałem.
Karol objął mnie ramieniem.
- No już, nie jest tak źle. Niektórzy młodzi gorzej reagują. Nie martw się, przyzwyczaisz się. No, a teraz nie pozwólmy pacjentowi czekać.

[center]***[/center]

Karol podszedł szybkim krokiem do Marka i zakrył mu usta. Idąc jak w transie przybliżyłem się do fotela Marka i wbiłem mu w szyję strzykawkę z trucizną. Mimowolnie spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem w nich smutek, uciekające iskierki światła…
Otrząsnąłem się, chłopak był martwy. Razem z Karolem wyszliśmy z pokoju. Kobieta obrzuciła nas pytającym spojrzeniem. Nie potrafiłem nic powiedzieć. Zastąpił mnie Karol.
- Już po sprawie, proszę pani. Nie cierpiał.
- To dobrze. Biedny Marek… A, chciałam zapytać. Coś tam czytałam, że teraz wprowadzono jednorazowy zasiłek pogrzebowy dla rodzin.
- Ależ oczywiście. Proszę, oto pięć tysięcy złotych. A, pozwoliłem sobie wezwać już karawan. Firma mojego kuzyna, więc nie ma się czego obawiać. Będzie zrobione szybko i solidnie. A, i tanio oczywiście. No, my musimy już lecieć, do widzenia pani.
Jadąc samochodem, nie mogąc już wytrzymać wesołego podśpiewywania Karola, wybuchnąłem.
- Nie myśl, że wszystko jest w porządku! To patologia! To się musi zmienić! Gdyby profesor Trauger wiedział…
- Ach, znowu wyskakujesz z tym swoim profesorkiem? Dobra, to powiem ci jeszcze coś ciekawego, pewnie nie uczyli cię tego na akademii. Wiesz co to jest Clanzet sp. z o.o.?
- Nie mam pojęcia.
- A szkoda. To spółka mająca większość udziałów w GenericCorp. A sama Clanzet jest własnością Traugera.
Moje oczy rozszerzyły się do granic możliwości.
- Czyli…
- Tak, mój drogi. Trauger jest de facto właścicielem GenericCorp.
Ostatnio zmieniony sob 12 kwie 2014, 20:52 przez Mementi, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2836
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartosh16 » ndz 15 wrz 2013, 21:44

Kilka słów oceny:

Mementi pisze:Procedura nr 6


Liczebniki słownie.
Druga rzecz, to skróty. Człowiek w rozmowie nie posługuje się skrótami, chyba że w skrajnych przypadkach, kiedy nastolatki na zasłyszane plotki reagują słowem: "Lol". Tak czy inaczej, dwóch wykwalifikowanych katów (bo nie wiem, jak to inaczej nazwać) nie będzie się posługiwać skrótami, a przynajmniej ja, jako czytelnik, w to nie wierzę.

Są błędy interpunkcyjne, gdzieś brakuje przecinka, gdzieś brakuje kropki. To jest do dopracowania.

"Wieczny Odpoczynek" i "Doktor Śmierć" w kontekście tego fragmentu, to, zdaje się, nazwy własne, a więc piszemy wielką literą.

Teraz najgorsze - czytając, byłem wstrząśnięty. Być może na tym całym pomyśle opiera się Twoja dystopia, ale raczej nie gwarantuję, że rzesza ludzi będzie chciała to czytać. Liczę na to, że Przemysław na koniec rozwala GenericCorp w drebiezgi, nawraca się na właściwą ścieżkę, cokolwiek, a Karol ginie, najlepiej od tego ich cudownego leku.

Sam pomysł przymusowej eutanazji, czy namawiania do niej, a w szczególności kryptoeutanazji, wydaje mi się świński, żeby to ująć jakoś łagodnie.Jestem szczerze oburzony. Jeśli taki miał być efekt, jeśli miałem być podenerwowany po lekturze tego fragmentu, to CI się udało. Jeżeli czytelnik ma całą powieść czekać na jakąś namiastkę sprawiedliwości (czego prawdę powiedziawszy, po dystopii się nie spodziewam), to ok. Jeżeli jednak cała historia opowiada o białych szwadronach śmierci, które chodzą i za kasę W ZGODZIE Z PRAWEM pozbywają się niepotrzebnych żywych śmieci z kraju, to nie obiecuj sobie wielu pozytywnych głosów.

Jeśli już koniecznie "sprzątanie" ludzi nieproduktywnych, którzy generują straty dla budżetu, to niech to będzie grupa najemników, którzy z karabinów snajperskich strzelają im w głowę, czy coś. Albo jakaś autorytarna władza, która wciela ideologię eugeniki (jak to miało miejsce w przypadku Hitlera, który masowo mordował niepełnosprawnych i chorych umysłowo), ale nie "lekarze" w białych kitlach.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
Mementi
Kmiotek
Posty: 3
Rejestracja: czw 15 sie 2013, 23:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mementi » pn 16 wrz 2013, 00:18

Dziękuję za komentarz.
Co do liczebników i skrótów - racja, wezmę to pod uwagę w kolejnych tekstach.
Co do wiecznego odpoczynku i doktora śmierć, to nie traktuję tego w tekście jako nazwy własne. Wieczny odpoczynek jest w tym świecie procedurą, której nazwa weszła do języka branżowego lekarzy, tak jak np. nazwy różnych zabiegów. Doktor śmierć jest tutaj natomiast wyrażeniem kolokwialnym a nie odnosi się do konkretnej postaci. Dlatego też obie te nazwy piszę z małej litery.

Co do fabuły - celem ukazania dystopii jest często wstrząśnięcie czytelnikiem. Tak jest i w tym przypadku. Dystopia, w przeciwności do antyutopii, powinna zawierać pewne elementy obecnych trendów i zjawisk - tutaj przedstawiony jest jeden z możliwych wariantów następstw dalszego liberalizowania przepisów dotyczących eutanazji i kryptoeutanazji.
Opowiadanie ma ponury wydźwięk, ale uważam, że nie zawsze musi następować happy end czy chociaż catharsis. Opowiadanie zostawione w tym momencie ma szansę zapaść w pamięć bardziej aniżeli cała powieść kończąca się pokonaniem systemu. Dlatego też w opowiadaniu wyjawienie prawdy nastąpiło dość szybko, choć można by ją dozować przez wiele stron większej powieści.

Zabieg umieszczenia w roli katów lekarzy jest jak najbardziej celowy, gdyż w pełni ukazuje perfidię ukazanego systemu. Głownym powodem degeneracji społeczeństwa w tym opowiadaniu nie jest chciwość rządu, Traugera czy Karola, ale przyzwolenie społeczeństwa na eliminowanie słabszych jednostek dla własnej wygody. Emanacją przyzwolenie społeczeństwa jest właśnie powierzenie tej niewdzięcznej roli lekarzom, którzy powinni stać w obronie życia.



Awatar użytkownika
SJM
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: ndz 08 wrz 2013, 23:10
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jestem nomadądem
Płeć: Mężczyzna

Postautor: SJM » pn 16 wrz 2013, 02:34

Miałem się już kłaść i sobie coś przeczytać na offlinie, co by nad ranem skomentować, ale trafiłem na bombę. No to jazda.

Mementi pisze:podyplomowe studia medyczne w zakresie eutanazjologii

Eutanazjologia? Brzmi to trochę prosto, powiedziałbym naiwnie. Sprawdziłoby się, gdyby tekst był pisany z humorem, ale w tym temacie trochę o niego trudno. Choć podobno chcieć, to móc.

Cały tekst jest jak dla mnie naiwny, żeby nie użyć słowa łopatologiczny. Na kwestię eutanazji każdy może mieć swoje poglądy, - nie będę ich oceniać - więc pozwól, że skupię się na tym, co jak myślę, było Twoim zamiarem. Jeżeli chcesz kogoś przekonać do swoich racji, to opowiadanie nie może wyglądać jak tyrady nastolatki, zbierającej podpisy pod petycją pro-life/wolny Tybet (nie chcę się określać, więc macie do wyboru). Tekst jest dobry, jak na artykuł na Frondę - zwolenników nie przekona, przekonanych poruszy na pięć minut. Napisałbym, że niektórych mógłby nawet rozśmieszyć, ale lubię wierzyć w ludzi.

Końcowy fragment nachalnie wykłada kawę na ławę. Opowiadanie to nie jest prezentacja w Power Point'cie i czytacz taki jak ja, nie chce żeby się mu wszystko prosto z mostu tłumaczyło. Lubi się domyślać. Chociaż w sumie ja domyśliłem się, o co Tobie chodzi bardzo wcześnie...

Żeby tekst nie wyglądał jak laurka partyjna, mogłeś użyć kilku zabiegów. Na przykład sprawić, żeby jeden z lekarzy był sympatyczny. Przypominasz sobie "Rozmowy z Katem" Moczarskiego? On nie wyjeżdżał od razu z opisami "spadochroniarzy" i "kocham zwierzęta, ale psa zabiłem, bo szczekał". Stroop najpierw mówił o szykorkach z klasa biustem, poznaliśmy jego dzieciństwo, opowiadał o mutti w Lippe-Detmold, a polska sowa poharatała mu gębę. Wiem, że w krótkim tekście, jak Twój to trudne, ale też powinieneś sobie zadać pytanie, jaki ma sens pisanie go.

Jeśli chcesz pisać, żeby przekazywać swoje poglądy, a po tym tekście mam nieodparte wrażenie, że tak jest, (z resztą nic w tym złego, mam podobnie) to ucz się od innych. Przeczytaj sobie choćby "Przenajświętszą RP" Piekary, przeczytaj jak Jaruzelski wysyła podróżników w czasie po mamuty, żeby PRL miała mięso [bodajże Pilipiuk, ale trąby sobie uciąć nie dam (tak - mamuciej)]. Twoje opowiadanie jest po prostu - wybacz za określenie - obrzydliwe, a do tego takie prawniczo-oschłe. Napisane jak nakaz komorniczy. To nie działa, uwierz mi.

Chyba, że Twoim zamiarem było wywołanie skrajnych emocji i jak to mówią: "some men just want to watch world burn." To udało się w połowie, bo obojętnie nad tym przejść nie mogłem.

Orty, gramatyka i styl nie rażą, ale niech to sprawdzą lepsi. Nie przybrałem czerni weryfikatora i to nie moja warta. Nie tej nocy i żadnej pozostałej.

W gruncie rzeczy moja rada brzmi - trochę subtelniej. Co prawda młotkiem szybciej dotrzesz do mózgu, ale powinieneś mieć wtedy przynajmniej ciuchy na zmianę.

Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 164
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Figiel » pn 16 wrz 2013, 12:12

W moim odczuciu to tekst o eugenice i to w najbardziej radykalnym wydaniu. Wbrew pozorom zwolennicy bioetyki utylitarnej nie są tworami wyobraźni, a niektóre z szacownych światowych uczelni wręcz popierają etyków, wskazujących, że zabijanie chorych, niepełnosprawnych i ułomnych jest społecznie akceptowalne.
Ten tekst jest również refleksją nad tym, że w świecie ekonomicznych naczyń połączonych każde, dosłownie każde działanie da się własnie pożytkiem ekonomicznym uzasadnić.
To szalenie trudny temat, szczególnie do przedstawienia w formie literackiej, bo łatwo tu popaść w patos albo egzaltację i zamiast oglądu zjawiska wyjdzie łzawe, wzruszające coś, gdzie emocje przykryją przekaz.

Nie sądzę, aby autorowi chodziło o wzruszenie czytelnika, bardziej o wstrząśniecie nim i myślę, że tak opisana historia spełnia swoje zadanie.

Końcowy fragment nachalnie wykłada kawę na ławę. Opowiadanie to nie jest prezentacja w Power Point'cie i czytacz taki jak ja, nie chce żeby się mu wszystko prosto z mostu tłumaczyło. Lubi się domyślać. Chociaż w sumie ja domyśliłem się, o co Tobie chodzi bardzo wcześnie...


Myślę, że w opowiadaniu o tej tematyce niesłusznym byłoby pozostawianie czytelnikowi pola do własnych domysłów, bo jest on z tych, o których się chce wiedzieć wszystko, albo nic.

Szkoda tylko, że bioetyka utylitarna nie pozostaje jedynie w sferze szokującej, literackiej fikcji.



Awatar użytkownika
SJM
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: ndz 08 wrz 2013, 23:10
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jestem nomadądem
Płeć: Mężczyzna

Postautor: SJM » pn 16 wrz 2013, 14:20

Mementi pisze:- Tratata. Daj spokój tym frazesom. Akurat guzik to nasz rząd obchodzi. Ważne jest co innego. Kryzys ekonomiczny wydrenował budżet państwowy, a ten musi utrzymywać wszelkiej maści nierobów. Najgorsi są tacy jak ten tutaj. Całe życie nic nie będzie robił. A państwo będzie mu wypłacało zasiłki, renty przystosowanie obiektów użyteczności publicznej pod jego potrzeby, itp. Wiesz jaka to strata dla budżetu? A tak chłopak do piachu, a kasa zostaje w budżecie.
- Jak śmiesz insynuować podobne rzeczy! To oburzające.
- Nie skończyłem jeszcze. Budżet państwa płaci GenericCorp zarówno za wytwarzanie trucizny czy tam, jak wolisz, leku, jak i za przypilnowanie, żeby zabiegów było jak najwięcej. Takie przypadki jak dzisiaj się zdarzają, nie są szczególnie rzadkie. Nie wiem, co tam ci na uczelni powbijali do głowy, ale wielu ludzi trzyma się kurczowo życia, nawet jeżeli jest ono nic nie warte. Ale gdybyśmy tak rezygnowali w każdym z takich przypadków, liczba zabiegów by się zmniejszyła, a co za tym idzie, nasz kontrakt z rządem uległby zmniejszeniu. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na porażkę.


Figiel pisze:Myślę, że w opowiadaniu o tej tematyce niesłusznym byłoby pozostawianie czytelnikowi pola do własnych domysłów, bo jest on z tych, o których się chce wiedzieć wszystko, albo nic.


IMHO ten fragment nie był obowiązkowym, w opowiadaniu o takiej tematyce. Jest jedynie manifestacją poglądów autora. Zbyt oczywistą, żeby można ją było nazwać jadalną. Jeśli odpowiada na pytania postawione wcześniej w tekście, to są one poziomu 2+2=?, czyli raczej łatwego. Nowych wątków ta rozmowa nie otwiera, tylko zamyka całość i to bardzo nieporadnie, zostawiając dziwny polityczny niesmak, a po politykę tutaj nie przychodzę. Tekst ma spory potencjał, który w takiej formie niestety się marnuje. Jestem przekonany, że tak trudnego tematu nie można dobrze ująć w tak krótkiej formie.



Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 164
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Figiel » pn 16 wrz 2013, 15:02

Moim zdaniem przeciwnie, niezbędny i nie widzę tu manifestacji poglądów autora, ale jasne wytłumaczenie zależności między eugeniką rozumianą jako likwidacja jednostek nieprzydatnych społecznie a ekonomią, rządzącą światem obecnie i zapewne w przyszłości.
Zresztą, takie ujęcie zagadnienia nie jest nowe w literaturze. Tak na szybko przychodzą mi do głowy dwa dwa przykłady bohaterów, którzy eugenikę uprawiali, choć w różny sposób: jeden z dalekiej przeszłości, czyli Raskolnikow ( Dostojewski, "Zbrodnia i kara") oraz drugi, współczesny - Preston Maddoc ( Dean Koontz, "Ostatnie drzwi przed niebem").
Raskolników odwołuje się do względów społecznych, Maddoc do medycznych, a autor "Wiecznego Odpoczynku" do ekonomicznych.
I tak przytoczony fragment rozumiem.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości