Bajzel

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
malauk
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: wt 17 wrz 2013, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bajzel

Postautor: malauk » wt 17 wrz 2013, 12:34

Jak ktoś ma potrzebę to niech pojedzie, jak po burej suce. dobrej zabawy!

1.
Wszyscy twierdzili, że kawa z automatu w głównym korytarzu szpitala smakuje jak zawartość popielniczki zmieszana z wodą. Złośliwi dodawali, że niezbyt dokładnie. Kozek natomiast uwielbiał jej smak. Każdego dnia, zaraz po wejściu do budynku szedł do ukochanego buroszarokawowego, zwalistego kloca, który swoim tajemniczym burczeniem, chlupotem i mlaskaniem wprawiał w niepewność co strachliwszych.
Kloc ów, stał tuż obok podniszczonego rododendrona o długich, mocno przerzedzonych łodygach podpartych bambusowymi żerdkami. Kwiat może i byłby ozdobą, niestety regularne podtruwanie go kawą, przez niezadowolonych i co mniej cierpliwych klientów buroszarokawowego kompana skutecznie mu to uniemożliwiało.
Dlatego czuł się Kozek jak ofiara gwałtu, gdy tego dnia rano nie powitał go od progu blado żółty napis świecący na automacie. Od razu zrozumiał, że coś jest nie tak. Szybciej niż zazwyczaj przeszedł korytarz, ignorując sprzątaczkę mówiącą mu dzień dobry, bowiem jak w takiej sytuacji dzień miał być dobry, kiedy jeden z drobniutkich czynników robiących te zmamlane dni jesieni znośnymi właśnie nawalił. Zatrzymał się tuż przed kaworobem.
Resztki nadziei umknęły, gdy parę razy nerwowo wcisnął przycisk podwójnej czarnej. Automat nie działał.
- Ktoś w nocy przeciął kabel - usłyszał. Kątem oka zobaczył pana Stefana. Pan Stefan był łysy i pracował jako konserwator.
- Znalazłem wcześnie rano, jak szedłem zapalić - kucnął stękając i podniósł kikut kabla zasilającego. Przez moment wpatrywał się w niego w skupieniu, po czym dodał zniżając głos - Fachowa robota...
Nie ulegało wątpliwości. Kabel został przecięty.
Kozek nie słuchał tajemniczych wywodów łysego, tylko stał i myślał. Dlaczego ktoś był na tyle złośliwy, żeby zrobić coś takiego? W czym mu przeszkadzał automat do kawy? Że co..., że produkował podejrzaną zawiesinę, kawę udającą? To od razu trzeba kabel przecinać? Nie można po prostu NIE PIĆ???
- Trzeba, gdzieś zgłosić... - pan Stefan podrapał się po spoconej glacy - Bo ja wiem, do serwisu chyba. Albo szepnąć słówko temu Józkowi z zaopatrzenia. On podobno ma takiego szwagra złotą rączkę, to i szybciej będzie...
Kozek otrząsnął się z tych głupot. Ostatecznie, jego świat nie kończył się na „kawie”. Rzucił panu Stefanowi, że się spieszy, przeprosił i już za chwilę szedł korytarzem oddziału pogotowia, kierując się do swojego pokoju.

2.
Zza otwartego okna słychać było gwar na szpitalnym parkingu. Kozek przypomniał sobie, że wreszcie w tym tygodniu mają dostać nowy samochód. Czas najwyższy.... Cholerna bida... Było późne popołudnie. Jak to jesienią, było już szaro. Kozek, jak chyba każdy z resztą nie lubił o tej porze zaczynać dyżuru: dzień krótki, popołudnie i wieczór ciągną się bez końca i przechodzą w noc, która jak już nadejdzie to sprawia wrażenie trwającej od zawsze. Pół biedy jak coś się dzieje. Wtedy człowiek daje radę, skupiając się na pracy i jakoś to jest. Najgorsze są takie "noce polarne", gdy nie dzieje się absolutnie nic. Po czymś takim jest się wypompowanym jak koń po westernie i dojście do siebie zajmuje czas. Jesienią mało się dzieje; ludzie siedzą w domach, nie łażą Bóg raczy wiedzieć gdzie. Chociaż, w domach też robią różne głupoty. Albo mają pecha. Może zatem na jedno wychodzi...
Doktor Kozakowski rozparł się wygodnie na starej kanapie w pokoju socjalnym dla załogi karetki. Był sam. Przed chwilą zajrzał Zygmunt, kierowca. Zygmunt jeździł dzisiaj od rana i był już na dwóch wyjazdach. Wypadki samochodowe. Śmiertelne. Cóż... Poza tym spokój.
Sięgnął po pilota, ale nie włączył telewizora. "Cholerny automat, z cholerną kawą... Co za kretyn to zrobił" pomyślał. Gdyby tak na prawdę miał ochotę na kawę, poszedłby do pokoju pielęgniarek i sobie zrobił. Tu jednak chodziło o coś innego. O pewien mały, naprawdę drobny rytuał, który miał swoje miejsce w porządku dnia. A teraz go zabrakło, przez jakiegoś dupka. "Co za pokurwieni ludzie..."
Chwilę posiedział patrząc w okno i słuchając sygnału wydawanego na parkingu przez cofającą ciężarówkę. Z zadumy wyrwał go dźwięk telefonu. Poderwał się nerwowo do góry. Wyszarpnął komórkę z kieszeni, ale w tym momencie wyświetlacz zgasł. Padła bateria. Kozek zaklął i kilkakrotnie wcisnął przycisk włączający. Nic. A ładowarki nie zabrał. Trudno. Wstał, przypomniawszy sobie kilka niedokończonych spraw ze wczoraj i wyszedł.

3.
Na korytarzu było spokojnie. Nieliczne pielęgniarki mijały go, spiesząc się mniej lub bardziej. Kozek był znaną postacią, toteż nic dziwnego, że prawie wszystkie go pozdrawiały. Generalnie uchodził, za dobrego lekarza. Często słyszał o sobie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nawet szef, który prywatnie go nie lubił, potrafił docenić umiejętności i doświadczenie doktora. Ludzie, którym zdołał pomóc prawie zawsze wracali, żeby podziękować. Schlebiało to doktorowi. Rósł we własnych oczach, ale i kolegów. Ba! Całego światka medycznego.
Jasne, że byli i tacy, którym pomóc nie potrafił lub zwyczajnie nie zdążył. Ale ci się nie skarżyli, a ich bliscy też nie szukali kontaktu. Bo i po co.
O tych historiach się nie pamiętało. Tłukły się gdzieś po świadomości. Śniły od czasu do czasu, ale nic więcej. Nie pamięta się niepowodzeń. Wspomina się jedynie rzeczy dobre.
Albo te bardzo złe.
- Doktorze, pan przyjdzie do dyżurki póki spokój. – głos wyrwał go z zadumy – Brakuje podpisów w papierach. Szef na mnie krzyczy.
Kozek odwrócił się. Jadzia miała nową fryzurę i chyba przefarbowała włosy.
- Ślicznie wyglądasz! – powiedział, zbliżając się powoli z miną głodnego Casanovy.
- Za pół godziny kończę dyżur i idę do szefa. Wszystko zwalę na pana – warknęła młoda kobieta. Odchodząc, rzuciła coś na temat starych capów.

4.
Oddziałowa wreszcie postanowiła wyjść. Gdy zamknęły się za nią drzwi, Kozek poczuł niesamowitą ulgę. Jakby wreszcie zwolniono go z jakiegoś przykrego obowiązku. Upewniwszy się, że stara nie wraca i że będzie miał dłuższą chwile spokoju podszedł żwawo do telefonu. Wysłużony, czarny aparat wyglądał jak zmumifikowany karaluch. Ciekawe, że takich aparatów nie spotyka się nigdzie w szpitalu, tylko u nich: na pogotowiu. Czy ono jest zawsze na końcu kolejki? Nieważne.
Kozek cieszył się, że wreszcie ma dla siebie telefon. Śmieszne, że w czasach komórek można docenić taki stary sprzęt. Wybierając numer, myślał naprędce, za kogo tu się podać. Tak żeby było śmiesznie. Może za tego dziadka, który im wczoraj zmarł podczas zabiegu? Jak mu tam było…, Mochelski..?
- Tak, słucham? – rozległ się w słuchawce męski głos. Kozek od razu zapomniał o swoim dowcipie. Po prawdzie zapomniał jak się nazywa.
- Eeeee…..tzn…. Dzień dobry…. – przerwał i poczuł jak ogarnia go zdenerwowanie – Kozek jestem. Tzn. Kozakowski…,że doktor w sensie. Z pogotowia dzwonię. – wyobraził sobie, jak żałośnie musi gadać. Zagryzł wargę i bardzo chciał cofnąć tę chwilę.
- Taaaaaaak? – rzucił po kilku długich sekundach tamten – pan do kogoś na chirurgię, czy może się pomylił?
Kozek wyraźnie usłyszał złośliwy ton. „A to gnojek” pomyślał. Po czym chrząknął i zaczął mówić powoli.
- Z doktor Bydlecką proszę, chodzi o pacjenta, którego wam przekazaliśmy przedwczoraj. – skłamał gładziutko.
- Niestety Grażka, tj. doktor Bydlecka nie przyszła dzisiaj na dyżur. Stary dostał szału. – odparł tamten. - Przed pracą dzwoniła, że się spóźni, bo ma jakieś ważne sprawy, a potem i tak nie przyszła. Dzwoniłem, ale ma wyłączony telefon
Kozek już wiedział, z kim rozmawia. To ten mały rudzielec z roku Grażki. Razem przyszli na staż. Swego czasu doktor go nie cierpiał. Miał wrażenie, że rudy przystawia się do małej. Próbował, więc załatwić mu przeniesienie, takie poza konkursem, ale koniec końców odpuścił. A Grażka podsumowała to paranoją.
- A czy mam jej coś przekazać? Bo w kwestii pacjenta mogę dać dr Rydlewksiego. A tak w ogóle to, kogo ma pan na myśli, jeśli można? – spytał bezczelnie rudy gnojek.
Kozek był pewien, że się przy tym złośliwie uśmiechnął. Domyślał się, że ludzie plotkują na ich temat. Nic sie nie ukryje. Jak psy wszystko wywęszą, a potem będą targać na kawałki, aż zwietrzą smaczniejszy ochłap.
Panicznie prześledził w myślach ostatnich pacjentów. Bez sensu…
- Dobra. Nieważne. Zadzwonię potem do Rydlewskiego. Do usłyszenia. – odkładając słuchawkę usłyszał, że rudy coś tam jeszcze bełkocze, więc trzasnął nią mocno o widełki.
- Palant. – powiedział w przestrzeń.
Chwilę postał przy biurku. Dziwne. Przecież specjalnie ustawili sobie dyżury na romantyczną nockę. Tydzień podchodów, kombinowania, a ona nie przyszła. Nie przyszła. Miało być pięknie: wyjazd, bzykanie, wyjazd, bzykanie. A jeśli nie dopiszą wyjazdy, to samo bzykanie… Kobiety to na prawdę inny gatunek.
Kozek zaczął nerwowo chodzić wokół biurka. Ale skoro coś jej wypadło, to czemu nie zadzwoniła? Ma przecież telefon. Może coś się stało? Doktor zaniepokoił się. Szybko podniósł słuchawkę i wykręcił numer komórki Grażki. Po chwili odłożył słuchawkę słysząc, że abonent jest czasowo niedostępny. W ciszy, która zapadła usłyszał zbliżające się kroki. „Oddziałowa”. Postanowił zadzwonić jeszcze do domu. Wykręcił numer. Poczekał pięć dzwonków, po czym spojrzawszy na zegarek przypomniał sobie, że Martucha miała przecież dzisiaj wrócić trochę później.
Odłożył słuchawkę w tym samym momencie, gdy otworzyły się drzwi. Do pokoju ostrożnie zajrzał pan Stefan. Widząc doktora nabrał śmiałości i wszedł do środka.
- Załatwione! – wyrzucił z siebie – Powiedziałem Józkowi, temu z zaopatrzenia. Jutro przyjedzie ze szwagrem i naprawią. Będzie kaweczka, dla doktoreczka!
Po czym wyszczerzył się jak pies oczekujący nagrody.
- Świetnie, panie Stefanie. Świetnie. Dzięki. – powiedział, a w myślach dodał. „Chuj: ani dupy, ani kawy”.
5.
Jadąc windą na parter do bufetu, zastanawiał się wciąż, czemu Grażka nie zadzwoniła. Poznał ją dwa miesiące temu, na jakimś konsylium zwołanym przez Rydlewskiego.
- Kozek, to pani doktor Bydlecka. Nasza nowa stażystka – przywołał w pamięci słowa szefa chirurgii.
- Bardzo mi miło... – powiedziała blond bogini, podając mu dłoń, a błysk w oku i grymas na twarzy, dały mu do zrozumienia od razu, co to będzie za znajomość. Pół godziny później, pieprzyli się w kotłowni.
Otrząsnął się ze wspomnień. Był rozdrażniony. Dzisiejszy wieczór był do dupy. Mogłoby być już rano. Z kieszeni w spodniach wyjął portfel. Sprawdził, czy ma drobne. Ile ta kawa w bufecie? Trzy złote? Cztery?
- Coś panu wypadło. – Starszy człowiek z zupełnie siwą głową, jadący razem z nim przerwał ciszę. Doktor spojrzał bezmyślnie, zanim dotarły do niego wypowiedziane słowa. Popatrzył na podłogę.
- Dzięki. – rzucił, podnosząc zdjęcie swojej żony. Chwilę popatrzył w ciemne gniewne oczy Martuchy i schował fotografię do kieszeni. „Mogłoby być już rano” pomyślał raz jeszcze.
Z baru wyszedł rozsierdzony z 2 butelkami niegazowanej wody, odprowadzany oburzonymi spojrzeniami.
- Bardzo mi przykro, ale właśnie spalił się czajnik – usłyszał na wstępie, jak tylko starsza pani odeszła po kilku minutach debaty na temat nieświeżych drożdżówek. – Ale mąż zaraz…
- Niech diabli wezmą tą cholerną kawę! Wodę niegazowaną niech mi pani da! Dwie najlepiej. – Wykrzyczał. Było mu wszystko jedno.


6.
Doktor obudził się. Miał jakiś durny sen, że wiezie w karetce umierającą świnię, która żąda księdza, a sam nic nie może powiedzieć, tylko kwiczy przeraźliwie. „Ale bzdury…” pomyślał. Za oknem było już zupełnie ciemno. Zegar pokazywał 21.30. Spał, więc jakieś trzy kwadranse. Na moment spanikował: miał wrażenie, że coś go ominęło, coś przespał. Wstał. Przez kilka sekund stał nieruchomo, ale zaraz usiadł na kanapie i przetarł oczy. Pokój socjalny był cichy i ciemny. Chwilkę siedział tak bez sensu zasłuchany w odgłosy oddziału: pielęgniarki, drzwi, telefony...
Zegar stukał cicho. 21.40.
Powoli ubrał buty. Postanowił znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Wyszedł.

7.
Do karetki wpadł zapinając spodnie. Wszyscy siedzieli już w środku. Marzena rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie i odwróciła głowę. Zawyła syrena i wóz zerwał się z miejsca z piskiem opon.
Dlaczego zawsze musi być zgłoszenie, kiedy on akurat siądzie na kiblu, albo kupi sobie kawę. "Kawa" pomyślał i mlasnął. A Marzena jest koszmarnym rudym babsztonem i do tego nigdy nie potrafiła się porządnie ubrać. Chętnie by ją wywalił z pędzącej karetki.
- Jedziemy do jakieś wariatki. - Przerwał ciszę Sławek, sanitariusz, a Zygmunt krzyknął na powolnego łapserdaka w maluchu. Ze Sławkiem znał się krótko, ale zdążył go już polubić. Sanitariusz nie lubił jeździć z Zygmuntem. Bał się.
- Słyszałem coś jak przebiegałem obok dyżurki - odparł Kozek - gówniara się pocięła czy jakoś tak. Sąsiad zgłosił. Coś wiadomo więcej?
Sławek pozbierał walające się po przedniej szybie papiery.
- Zygmuś, ja rozumiem! Też się spieszę, ale na miły Bóg dojedźmy żywi, ok? - Sanitariusz przekrzyczał syrenę - Wybacz Kozek. Gówniara? Nie, jakieś 35. Ten gość nie wiedział dokładnie. Podobno pocięła się brzytwą. Znalazł ja całą we krwi, ale żyła jeszcze.
Marzena zaczęła przygotowywać opatrunki i instrumenty. Kozek znał ją trochę i musiał przyznać, że była wredna. Przypomniał sobie jak kiedyś po pijaku się do niej przystawiał na jakiejś imprezie. I zrobiło mu się żal Martuchy. Na szczęście ktoś ich złapał, a potem nigdy o tym nie rozmawiali. I dobrze.
- Słuchasz mnie? - Sławek stuknął go w ramię.
- Przepraszam, zamyśliłem się - odparł Kozek
- Ciekawe, o czym...? - Rzucił rudy babszton, a ich oczy spotkały się. Jej oczy były złe.
Sanitariusz zaklął cicho, bo ostry zakręt przechylił wszystkich na lewo i tylko Zygmunt nie przerwał tego, co robił.
- Mówiłem - zaczął Sławek, że jedziemy poza nasz rejon, bo w Wawrzyńcu mieli jakiś koszmarny karambol przy wylocie z autostrady i wszystkie karety mają wyjechane.
- Dokąd? - Spytał doktor i spojrzał na zegarek: 22.17
- Na Zarzecze. Czekaj gdzieś tu jest adres. Zobacz sobie - Kozek spojrzał na podsuniętą kartkę.
- Krzyworzeczna, chyba 10. - Rzucił Zygmunt wciąż patrząc przed siebie - za tym zamkniętym basenem.
Doktor zamarł i w pierwszym odruchu zgniótł kartkę w dłoni. Już miał ją wyrzucić, ale po chwili z niedowierzaniem rozprostował i spojrzał raz jeszcze: nic się nie zmieniło.
To był jego adres. Adres JEGO domu.
Zrobiło mu się zimno. Czuł wyraźnie, jak lęk siedzący gdzieś w podbrzuszu, skręca mu wnętrzności. Dawno nie czuł lęku.
- Kozek? Okej? - Sławek mówił powoli i przyglądał mu się wnikliwe. Nagle w karetce zapadła cisza. Nawet syrena jakoś tak ciszej wyła... Doktor wyjął z kieszeni kurtki komórkę. Rozładowana. Spróbował. Raz. Drugi. Nic. Wyraz jego twarzy musiał coś mówić, bo Sławek lekko zbladł, gdy Kozek uniósł głowę i powiedział:
- Dawaj telefon.
Po chwili wystukał nr domowy. Wsłuchując się w dźwięk sygnału oczekującego słyszał bicie swojego serca i nerwowe szepty załogi.
10, 11, 12, 13... Nic.
Wybrał nr Martuchy, dziwnie się przy tym ociągając.
- Zygmunt, jedź szybciej. - Rzucił. A patrząc na bladego Sławka dodał - A ty zamień się ze mną miejscami.
- Kozek, psia mać, co się dzieje? - Sławek mówiąc to przełknął ślinę. Lekko pchnięty przez przeciskającego się doktora oparł się o półkę z opatrunkami i rozsypując część po podłodze usiadł na miejscu lekarza. - Kozek, odezwij się! Co jest???
Lekarz wyłączył radio. W zaległej ciszy po raz trzeci usłyszał pocztę głosową żony. Odłożył telefon.
- Zygmunt, masz teraz zapierdalać jak nigdy, bo jedziemy do mnie. - Powiedział poważnym głosem. Zygmunt gapił się z otwartymi ustami, to na doktora, to przed siebie.
- Jedź kretynie! - Wydarł się Kozek. Po czym spojrzał do tyłu. Sławek był blady jak bidet, a Marzena po prostu patrzyła. - Macie być gotowi na wszystko. Żadnej samowolki, ja tu rządzę.
Od paru minut karetka pruła po mokrych od wieczornego deszczu ulicach. Zygmunt wziął sobie sprawę do serca, bo nawet jak na niego jechali szybko. Na szczęście o tej porze ulice były puste. Nikt się nie odzywał. Oprócz ryku syreny słychać było ciche bluzgi Sławka, na co ostrzejszych zakrętach. Kozek pozbierał myśli, a potem papiery. Wynikało z nich, że niejaki Lucjan Wrona, podobno sąsiad, zgłosił znalezienie młodej kobiety całej we krwi, ale żywej. Obok niej leżała brzytwa. Była sama, więc stąd wniosek, że nikt jej w tym nie pomógł... Kozek przełknął ślinę i zmusił się do jasnego myślenia: nie kojarzył żadnego Lucjana Wrony. Chociaż może to z rodziny, która niedawno kupiła dom na przeciwko? No dobra, ale co on niby miał robić u Martuchy? Cukier przyszedł pożyczyć? To się kupy nie trzyma!
Opanował drżenie rąk i raz jeszcze spojrzał w papiery. Mało informacji... Nr! Jest podany nr kontaktowy! Kozek jak głupi złapał za telefon, ale zaraz dotarło do niego, że znów dzwoni do swojego domu. Poczekał 10 dzwonków i przerwał połączenie. Lucjan nie odpowiada. Poszedł sobie. Zabije Lucjana, jak Martucha z tego nie wyjdzie. Niemal do szaleństwa doprowadzała go myśl, że jego żona tnie się brzytwą, a ktoś obcy pałęta po domu... Nie!!! To jakiś obłęd. Raz jeszcze sprawdził adres. „Ale dlaczego miała sobie coś takiego robić?” Przecież dobrze im. Mimo tego, o czym ona nie wiedziała, to... Może wiedziała? Dowiedziała się. Nie, nonsens! Prędzej by jego zatłukła. Więc co? Napad? Jakiś pierdolony sadysta?!! Krew się w nim zagotowała. Boże, jaki on pokręcony i całe to jego życie. Nie daj skrzywdzić Martuchy! Będzie dobrze. Musi. Zygmunt jedzie szybko. Zdążymy!
- Skręć teraz w lewo - rzucił kierowcy - nadrobimy parę minut.
- Ale to jednokierunkowa i roboty do tego, znak jest. Jak się zblokujemy i trzeba będzie wracać? Chcesz ryzykować?
- Skręcaj kurwa, jak ci mówię! Codziennie tędy jeżdżę i jest dobrze!
Zygmunt zrezygnował z odpowiedzi. Zwolnił przed ostrym zakrętem i z rozmachem wjechał w wąską uliczkę rozwalając przy tym drewniane koziołki ustawione dla zamknięcia prawego pasa jezdni.
Wjechali w zdecydowanie węższą i ciemniejszą ulicę. Zygmunt włączył długie. Chwilkę jechali wzdłuż niskich kamienic i żywopłotów. Mijali tu i ówdzie zaparkowane samochody. W niektórych oknach świeciło się światło.
- Nie zwalniaj głąbie! Jedź, bo jak nie zdążymy to tą brzytwę flaki ci wypruję!
- Kozek zlituj się! - Odezwał się Sławek - Wąsko tu! Dojedźmy!
Doktor już chciał plunąć jadem, ale Marzena wdarła mu się w słowo:
- Pierwszy raz widzę, że pan doktor się tak spieszy do wezwania... Czyżby prywata? Jak dziecku kosiarka dłoń ucięła, tośmy czekali, aż pan kaweczkę skończy łaskawie. Kozek nie powiedział nic. Tylko cisnął w Marzenę telefonem. Nie trafił. Odwrócił się z powrotem do przodu. Był siny z wściekłości. "Jeszcze słowo Marzenko, a cię uśpię!" pomyślał.
- A teraz? – odezwał się Zygmunt po tym, jak minęli fragment remontowanej drogi. Kątem oka spojrzał na doktora.
- Za niebieskimi garażami skręcisz w prawo i dajesz prosto do głównej. – odpowiedział beznamiętnie Kozek. Sprawiał wrażenie spokojniejszego.
Po chwili karetka lekko zwolniła i z impetem skręciła. W świetle reflektorów ukazała się szeroka i prosta droga. Po obu stronach stały zaparkowane auta. Nad nimi zwisały w bezruchu rozłożyste gałęzie wierzb. Zygmunt depnął. Auto przyspieszyło. Wdzierało się gwałtownie w noc. Pęd i ryk syreny dodawał Kozkowi otuchy. Czuł się jak skandynawski bóg pędzący do bitwy.
- Zaraz zobaczysz… - zaczął doktor.
- Kurwa! – wrzasnął Zygmunt i auto zaczęło gwałtownie hamować. W ułamku sekundy, Kozek zobaczył w świetle lamp postać człowieka, który nagle wylazł zza czarnego busa stojącego na chodniku. Odruchowo wystawił ręce, żeby złapać się czegoś. A potem usłyszał tylko pisk opon i poczuł jak Sławek z impetem wali całym ciałem w jego fotel. W ostatniej chwili ujrzał wyraźnie brudną, przerażoną twarz spoglądającą prosto na niego.
Rozległ się głuchy huk. Lekki wstrząs szarpnął wozem. Rachityczna przeszkoda uderzona z wielka siłą, została odrzucona daleko w przód.
Auto stanęło. Silnik zgasł. W świetle reflektorów widzieli postać leżącą jakieś dwadzieścia metrów dalej. Przez chwilę panowała cisza.
- Ja pierdolę! Piętnaście lat jeżdżę karetą. Zabiłem człowieka. – bełkotał Zygmunt – Wywalą mnie, pójdę siedzieć. O, ja pierdolę! O, kurwa!
Trzasnęły boczne drzwi. Po chwili w świetle lamp zobaczyli czerwoną kurtkę ratownika medycznego. Sławek zachował zimną krew. Widzieli jak pochyla się nad leżącym.
- Zygmuś, wyłącz tą zasraną syrenę! – krzyknęła Marzena i wyskoczyła za Sławkiem.
Tego było dla Kozka na dzisiaj za dużo. Co jeszcze?
Zygmunt zaczął się trząść i płakać. Sławek otworzył drzwi od strony pasażera.
- Kozek, on żyje! Podjedźcie szybko. Nie możemy go zostawić. Zapakujemy go i śmigamy do ciebie. – wysapał. Ratownik mówił coś jeszcze, ale doktor go nie słuchał.
No okej. Potrącili jakiegoś żula. I co z tego? Gówno go obchodzi jakiś śmierdziel. Tam czeka jego żona.
- Nic z tego. Jedziemy do Martuchy. Szkoda czasu. Wołaj Marzenę. Zygmunt odpalaj! – wystrzelił jak karabin.
Sławek patrzył jakby mówiono do niego w języku kwomtari – baibai.
- Co ty chrzanisz! – odpalił Sławek. – Jak to??
- Tak to, kurwa! Wsiadaj! – warknął – albo wypierdalaj! Wszyscy wypierdalajcie najlepiej. – rozwrzeszczał się. Ta noc zaczynała go męczyć. Sławek zaniemówił i odsunął się gwałtownie. Doktor uderzył kierowcę na odlew i wrzasnął, żeby szedł do diabła. Zygmunt, pochlipując, z roztrzęsionymi dłońmi prawie wypadł z szoferki. Kozek zatrzasnął drzwi od strony pasażera. Mignęła mu jeszcze przerażona twarz Sławka. Prędko siadł za kierownicą i odpalił silnik. Sam się sobie dziwił, z jaką łatwością podjął tak karkołomną decyzję. Z piskiem opon ruszył z miejsca. Mignęła mu Marzena patrząca wściekle. Ostatkiem sił opanował się, żeby jej nie potrącić. Jak on jej nienawidził!

8.
Daleko nie było.
Uderzając w nissana Martuchy zatrzymał karetkę na podjeździe. Wyskoczył i pobiegł do drzwi. Były lekko uchylone.
- Marta! – krzyknął w głąb ciemnego domu. Wbiegł do kuchni i zapalił światło. Pusto.
- Matrucha! – krzyczał biegając po pokojach. Wpadł do sypialni i zamarł.
Wszystko było we krwi. Na podłodze leżała kobieta. Kozek widywał różne okropności, ale to było coś strasznego. Postać leżała nieruchomo. Ubranie na niej było w strzępach. Przyklęknął szybko i sprawdził czy żyje. Wszystko było lepkie i śliskie od krzepnącej krwi. Kobieta drgnęła i wydała z siebie cichy jęk. Żyje!!! Była wychłodzona. Puls był bardzo słaby.
- Marta. Martucha. Będzie dobrze, trzymaj się. Skoczę po torbę. – zaczął mówić i wycierać jej twarz. I wtedy wydał z siebie zduszony jęk. Momentalnie osłabł, a gorąca fala strachu przeszła przez całe jego ciało. Drżącą dłonią starł ciemny skrzep z jej blond włosów. Czuł jak łzy same leją mu się po twarzy.
Przed nim leżała Grażka. Jego kochanka. Czas się zatrzymał. Nie rozumiał absolutnie nic. Już nie wiedział, co było prawdą, a co majakiem. To był koszmar. Jak to w ogóle…. Co się stało…? Kobieta, co jakiś czasu wydawała z siebie słabe jęki. Wyglądała jak sprawiony kawał mięsa. Kozek widział wąskie cięcia, tam gdzie pocięte ubranie odsłaniało ciało.
Zaczął łkać. Najpierw cicho. Potem coraz głośniej. W pewnym momencie rozpłakał się jak dziecko.
Gdy się opanował, siedział chwilę spokojnie. Potem ostrożnie ułożył Grażkę i przykrył kocem. Szybko wstał i pobiegł do karetki po torbę. Tuż za drzwiami silna konwulsja targnęła jego ciałem. Zwymiotował. Musiał oprzeć się, żeby nie polecieć na ziemię. W głowie mu się kręciło.
Po chwili siedział już przy Grażce. Założył wenflon i podał leki. Zaczął opatrywać rany. Praca przywracała go do przytomności. Teraz zauważył, że dom jest w nieładzie. „Włamanie?” pomyślał. Dopiero po dłuższym czasie doszło do niego, że szafa Marty jest na wpół otwarta i pusta. Na podłodze pod nią walało się kilka szmat. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył ich wspólne zdjęcia leżące w nieładzie na podłodze. Ramki i szkło były popękane. Fakty zaczęły kołować mu w głowie, powodując niemal oczopląs. Nie! Teraz musi skupić się na Grażce. Potem będzie myślał. Podwiesił kroplówkę na stojącej stalowej lampie. Injectio Solutionis Ringeri kołysał się do góry nogami. W wężyku aparatu do wlewów kroplowych widoczny był płyn kapiący spokojnie i równo. Zagapił się przez chwilę. Uspakajało. Miarowe kapanie przywróciło mu jaśniejsze myślenie. Zamknął oczy i odetchnął głęboko.
Grażka stabilizowała się. Jej oddech stawał się równy. Nie miała już dreszczy. Szybko i sprawnie opatrzył co większe rany i starł skrzepy. Gdy skończył, owinął ją kocem i dodatkowo folią NRC. Poprawił przepływ wlewu kroplowego i ciężko usiadł na podłodze obok opierając się o ścianę.
Teraz dokładnie mógł przyjrzeć się pokojowi. Sypialnia była rozpierdolona. Inaczej tego nie mógł określić. Ich wspólny pokój, gniazdko było zdemolowane. Materac na łóżku pocięty – sterczały z niego sprężyny i gąbka. Miejscami zachlapana krwią. Zdjęcia strącone ze ściany gdzie do niedawna wisiały, leżały pogruchotane na podłodze. Wszystkie drobne bibeloty z półki pod oknem leżały rozpieprzone po całej podłodze. Szafa Marty opróżniona...
- O, kurwa... - zajęczał Kozek. Złapał się rękami za głowę i wtedy ją zobaczył.
Leżała pod łóżkiem. Tak jak Grażka pokrwawiona.
Brzytwa.
Przetarł łzy z oczu. Pociągnął nosem i sięgnął po nią. Była piękna. Dostał ją od żony na rocznicę ślubu dwa lata temu. Rękojeść z rogu z miedzianymi wykończeniami. Ostrze długie i lśniące, teraz pokryte bordowym skrzepem. Długo gadał o tym, że zawsze chciał golić się brzytwą, jak ojciec. Aż Marta w końcu kupiła mu wymarzony prezent. W dniu gdy ją dostał, jego żona żartowała sobie, że tą brzytwą obetnie ręce każdej babie, która dotknie Kozka.
Przejechał ostrzem po przedramieniu i poczuł piekący ból. Krwi nie zobaczył, bo cały w niej był.
Nagle usłyszał wyraźnie, jak ktoś zaniósł się atakiem kaszlu w przedpokoju. Wstał gwałtownie. W nierozbitym (o dziwo) lustrze zobaczył swoje odbicie. Aż podskoczył. Wielkie oczy patrzyły przerażone spod czerwonej maski. Włosy miał natapirowane od skrzepów. Wyglądał jak zombi po sytym obiedzie. Ale to nie ważne teraz. „Broń!” przemknęło mu przez głowę. Rzucił się w stronę swojej szafy, gdzie w podłodze przechowywał glocka. Marta o nim nie wiedziała, więc modlił się, żeby wciąż tam był. Z prędkością geparda dopadł szafy i otworzył ją. Rozrzucił pudełka z butami i zerwał kawałek wykładziny położony luźno dla niepoznaki. Podniósł właściwą klepkę w podłodze i aż zacharczał z zadowolenia wyjmując zawiniątko. Szybko wydobył i odbezpieczył pistolet. Gdy się odwrócił, on stał w drzwiach sypialni.
Powoli, przy irytującym akompaniamencie skrzypiących drzwi karykaturalna postać weszła do pokoju. Był brudny i śmierdział. Ubrany w łachy zdarte chyba z wykopanego nieboszczyka. To, co rzucało się najpierw w oczy, to nienaturalnie wykręcona głowa i bark. Jakby robił „a kuku” zza węgła. Jego chód też nie był normalny. Lewą nogę prawie ciągnął za sobą, bezszelestnie bo stopa była bosa i sina. Jej palce były lekko podkurczone, jakby próbował ukryć sczerniałe połamane paznokcie. Kozek podniósł broń, ale dłoń trzęsła mu się ze strachu na widok brudnej twarzy patrzące prosto na niego. Tym razem nie była przerażona, a wykrzywiona w grymasie przypominającym uśmiech. Na czole i wokół lewego oka czerniał pod skórą wielki krwiak. Lecz twarz wciąż pozostawała rozpoznawalna. Twarz żula potrąconego przez karetkę.
Kozek miał Saharę w pysku. Próbował przełknąć ślinę, ale nie potrafił. Czuł, jak mimowolnie niemal klęka ze strachu.
Żul postąpił kilka kroków i zatrzymał się przy Grażce.
- A to ci żonka psikus zrobiła… co Kozuś? – charknął i splunął na błyszczącą folię NRC. – Że tak powiem, nie pozostała ci dłużna.
Brudas stanął przy lustrze. Teraz wyglądało, jakby było ich dwóch. Jakby robili sobie nawzajem „a kuku”. Karykaturalna postać jęknęła i głośnym mlaśnięciem wyprostowała głowę. Kilkoma krótkimi ruchami pokręciła na obie strony, jakby dokręcała gwint. Zachrapało, zamlaskało.
- Kim ty kurwa jesteś…? – spytał Kozek łamiącym się głosem i nadludzkim wysiłkiem uniósł broń. Bardzo powoli docierało do niego wszystko, co się dzieje. Było to jak scence – fiction.
- Ja, kim jestem? - Pociągnął nosem żul - Ja, Kozek... Jestem tym złamanym chujem, który od początku świata tylko knuje jak tu zasrać wam życie.
Żul popatrzył w lustro, przeczesał brudną dłonią, równie brudne włosy i uśmiechnął się szczerbatą gębą.
- O Bogu już nie myślicie, z ludźmi się nie liczycie, to co dopiero taki ja. - Żul, wciąż gapiąc się w lustro, rozruszał sobie palcem krzywego zęba. Rozdziawiona gęba wyglądała jak czarna dziura.- No to poszedłem sobie w szczegóły. Ale dobrze mi tam. Warunki do pracy jakby lepsze.
- Nic nie myślicie. W zasadzie to specjalnie się nie przemęczam. Ot, czasem coś komuś szepnę, gębę wykrzywię, blondynkę podeślę, kabelek przetnę. - W tym momencie mrugnął czarnym okiem do Kozka w lustrze. Z lewego kącika ust ciekła mu czerwona ślina.
Nagle huknął strzał. Drugi, trzeci.
Siła odrzutu cisnęła wątłym ciałem o ścianę i rzuciła na podłogę jak worek z parą kapci w środku. Z trzech bordowych plam na kurtce sączyła się krew.
- Wiedziałem, że tym cię wykończę - wycharczał - choć miało być bardziej dramatycznie. - Mlasnął i przełknął z bulgotem ślinę.
W tle było słychać zbliżające się odgłosy syren.
- Zdychaj pojebie – wychrypiał lekarz, a czuł się jak egzorcysta – i wypierdalaj do swojego śmierdzącego grajdoła!
Gdy żul odezwał się po raz ostatni, z ust ciekła mu krew.
- Ech, Kozek... Ale ty głupi jesteś - powiedział i po raz kolejny umarł na niby.
Ostatnio zmieniony pt 23 maja 2014, 09:19 przez malauk, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2225
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » wt 17 wrz 2013, 12:36

No to na początek zapraszam do zapoznania się z regulaminem działu "Tu wrzuć ..."


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!

Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.
:ulan:

Awatar użytkownika
malauk
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: wt 17 wrz 2013, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: malauk » pt 18 paź 2013, 12:13

Zakończył się czas czyśćca.
Chłosta, przypiekanie, szczucie psem - nareszcie koniec :)

Nie, no poważnie: bardzo mile przypominam o moim falstartycznym tekście i zapraszam chętnych do wypowiedzenia się.
No i dziękuję za odblokowanie miłościwie moderującemu - pozdrawiam!



Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Smoke » pt 18 paź 2013, 14:04

Jak ktoś ma potrzebę to niech pojedzie, jak po burej suce. dobrej zabawy!
- to podłe zaproszenie bo tekst nie jest aż tak słaby by znęcając się nad nim dobrze się bawić a jednocześnie nie jest aż tak dobry by dobrze bawić się przy czytaniu, potrzeby pojechania z tekstem jak z dziką świnią na zakręcie akurat nie odczuwam ale skoro chcesz;

Kod: Zaznacz cały

Kloc ów, stał tuż obok podniszczonego rododendrona o długich, mocno przerzedzonych łodygach podpartych bambusowymi żerdkami. Kwiat może i byłby ozdobą, niestety regularne podtruwanie go kawą, przez niezadowolonych i co mniej cierpliwych klientów buroszarokawowego kompana skutecznie mu to uniemożliwiało.

miej świadomość, że jesteś (przyszłym) pisarzem więc póki co twoja zdolność kredytowa jest mizerna- tutaj kredytem jest czas jaki inny przyszły pisarz i/lub potencjalny czytelnik jest w stanie poświęcić na taką twórczość- szanuj więc ten czas bo Zola i Puszkin mają większy kredyt a jakbym chciał opisów przyrody to bym przeczytał w końcu Nad Niemnem

"Co za pokurwieni ludzie..."

plus za pokurwionych- to stosunkowo rzadko używana forma a bardzo przecież dźwięczna i oddająca istotę sprawy

Śmieszne, że w czasach komórek można docenić taki stary sprzęt.

takie przemyślenia są śmieszne, frazesy, truizmy, oczywiste oczywistości- jeśli uważasz, że jakaś myśl koniecznie musi znaleźć się w tekscie to spróbuj ubrać ją tak jak ubierasz się idąc na randkę a nie do garażowego kanału

Sławek był blady jak bidet

dobre, bardzo dobre, btw gdy ktoś zbyt mocno wybieli sobie zęby mówi się wtedy, że to sedesowa biel- ale bidetu jeszcze nie słyszałem :) poza tym jakie to poniżające!

Po czymś takim jest się wypompowanym jak koń po westernie

i jeszcze parę podobnych sucharów by się znalazło; możliwości są dwie- albo za dużo familiady albo oglądaj teraz familiadę uważnie bo być może Karol czai się tu szukając nowych sucharów a z twojego tekstu może brać jak Chytra Baba z Radomia

rozmowa z rudym dobra jest, punkt 3 bardzo słaby jest- ogólnie dialogi lepiej wyszły niż reszta

wieczorową porą pojazdy uprzywilejowane jeżdżą bez sygnału dźwiękowego (poza szczególnymi przyapdkami) a kierowca tak doświadczony jak Zygmunt nie ruszy z piskiem opon- to oczywiście żaden błąd ale moim zdaniem zbędna dramaturgia? efekciarstwo

później jest już tylko gorzej- pomieszane przemyślenia z akcją- a i wszystko to jest nieprzkonywujące i to bardzo, przykłady;

Ta noc zaczynała go męczyć.

męczyć? w takim momencie? zupełna bzdura- sam środek akcji a bohater zaczyna się męczyć-
myślę, że doktorek z wrażenia nie zaśnie przez trzy doby, tak bowiem człowiek zrobiony jest, że w chwilach stresu dostaje dużego kopa. chyba, że chciałeś napisać że ta noc zaczynała go przygniatać lub coś w tym stylu- więc innego słownictwa powinieneś użyć

Zaczął łkać. Najpierw cicho. Potem coraz głośniej. W pewnym momencie rozpłakał się jak dziecko.

ile to trwało a poza tym mam rozumieć, że lekarz siada nad kochanką mającą rany cięte i płacze zamiast wziąć się do roboty? możliwe, że można dostać w takim momencie jakiegoś chwilowego zawieszenia, otępienia? osłupienia ale to co napisałeś jest po prostu śmieszne a ten fragment powinien być napisany tak, że czytelnik chciałby krzyknąć: rusz dupę debilu jeden!

tyle chyba wystarczy, tekst nie jest jednolity, w miarę dobre fragmenty mieszają się ze zwykłym bełkotem, ogólnie jednak nie zapanowałeś nad fabułą i popłynąłeś choć plan był ambitny, z drugiej zaś strony można to poprawić



Awatar użytkownika
malauk
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: wt 17 wrz 2013, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: malauk » sob 19 paź 2013, 01:23

przede wszystkim, to dzięki za czas i przebrnięcie. To jest pierwszy w moim życiu tekst, który napisałem od początku do końca (nie liczę tu wypracowań w szkole i listów motywacyjnych), zatem mimo jego niedoskonałości jestem wielce zadowolony z tegoż, bo zobaczyłem, że się da :) A fakt, że się coś da doprowadzić do końca (mniej, lub bardziej udanie) można przenieść na inne dziedziny życia, co dla mnie ma charakter terapeutyczny :) :)

Natomiast, co do twoich uwag...
mimo, że tekst leżakował trochę, gdy umieszczałem go na forum nie widziałem w nim większych niedoskonałości. Zdaję sobie sprawę, że to zwykły brak doświadczenia, bo tzw. dystansu do swoich wypocin to z czasem się pewnie nabiera. Ja póki co tej sztuki nie posiadłem. Dlatego dzięki za uwagi - suchary i "smutne frazesy" jak najbardziej zgoda! (nie znałem tego o Chytrej babie z Radomia, ale zainspirowało mnie do kolejnego opowiadani - żart). Familiady nigdy za dużo nie oglądałem (pozdrowienia dla Karola, jeśli patrzy), zatem mam nadzieję, że to z lenistwa.

Co do pogubienia się w fabule... pewnie inaczej patrzysz na "możliwości" historii, bo jesteś wyjadacz. Przyznam, że jest kilka momentów uproszczenia. Chyba chciałem na skróty, czy jak...
Chętnie bym poznał, szczegóły tego pogubienia, ale nie chcę nadwyrężać czasu ani cierpliwości waszeci.

Fakt. Nie chodziło i o zmęczenie sensu stricte. Raczej o rozdrażnienie chyba.
Mało dla mniej tych przykładów pogubienia. Jakbyś tak mógł...
Bo nie do końca rozumiem "pomieszane przemyślenia z akcją"...

Nie bardzo kumam, o co kaman z tym rododendronem. Że co? Że wątek botaniczny nie bardzo??? To miał być ot, taki opisik.

Zgoda - jest trochę (taniego) efekciarstwa. Jakoś tak mi pasowało do tempa.

I na koniec - nigdy nie jechałem karetką. Ale u mnie to i w nocy jeżdżą na sygnale raczej, więc nie wiem... Jeśli faktycznie jest jak piszesz, to do worka z efekciarstwem.

Ale, bardzo dzięki raz jeszcze. Pierwszy raz w życiu, ktoś wypowiedział się na temat mojej pisaniny. A to jest przeżycie.



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » sob 19 paź 2013, 01:43

malauk,
nie przeczytałam jeszcze- ale Smoke Cię nie rozwalcował, to jest dobrze :D


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Smoke » sob 19 paź 2013, 10:59

zajmijmy się samą tylko końcówką (wybrane fragmenty)

Aż podskoczył. Wielkie oczy patrzyły przerażone spod czerwonej maski. Włosy miał natapirowane od skrzepów. Wyglądał jak zombi po sytym obiedzie. Ale to nie ważne teraz. „Broń!” przemknęło mu przez głowę. Rzucił się w stronę swojej szafy, gdzie w podłodze przechowywał glocka. Marta o nim nie wiedziała, więc modlił się, żeby wciąż tam był. Z prędkością geparda dopadł szafy i otworzył ją. Rozrzucił pudełka z butami i zerwał kawałek wykładziny położony luźno dla niepoznaki. Podniósł właściwą klepkę w podłodze i aż zacharczał z zadowolenia wyjmując zawiniątko. Szybko wydobył i odbezpieczył pistolet.


niepanowanie nad tekstem i popłynięcie widać powyżej; efekciarski podskok i suchar o zombie- ale nie to jest najgorsze;
o jakiej modlitwie można mówić dopadając z prędkością geparda? wiadomo tak się mówi potocznie (módl się żeby..., modliłem się żeby...) ale czy wypada tak pisać w tekście literackim? czy może bardziej pasuje to do tvnowskiego paradokumentu? inna sprawa to błąd logiczny- Marta o nim nie wiedziała, więc modlił się... – skoro nie wiedziała to nie było ryzyka, że wzięła broń (bo przecież o niej nie wiedziała)
dalej dajesz nudny i zbędny opis z tymi pudełkami i klepkami- po co? na co? bardzo przypomina mi to opis którejś z niezliczonych scen filmowych gdzie bohater gorączkowo czegoś szuka i ma minę jakby przez 9 godzin miał potrzebę a nie miał możliwości oddania moczu ale gdy w końcu znajduje to czego szukał robi minę jakby w końcu się odlał- jeszcze raz- po co wykładzina i klepka, zwłaszcza, że za chwilę piszesz szybko wydobył z zawiniątka.
czyż wcześniejsze 4 zdania nie stanowią opisu wydobycia tej broni? czy jako wydobycie rozumiesz tylko odwinięcie szmaty?

Teraz musi skupić się na Grażce. Potem będzie myślał.

o właśnie- powinieneś zrobić tak samo, najpierw akcja potem przemyślenia albo na odwrót. pomieszanie- moim zdaniem działania i myślenie powinny być oddzielnie, w osobnych akapitach

Wszystko było we krwi. Na podłodze leżała kobieta. Kozek widywał różne okropności, ale to było coś strasznego. Postać leżała nieruchomo. Ubranie na niej było w strzępach. Przyklęknął szybko i sprawdził czy żyje. Wszystko było lepkie i śliskie od krzepnącej krwi. Kobieta drgnęła i wydała z siebie cichy jęk. Żyje!!! Była wychłodzona. Puls był bardzo słaby.


dwa razy piszesz o krwi- to już nawet nie powtórzenie, ale dalej jest gorzej; okropność z założenia jest straszna, zaś szybkie przyklęknięcie śmieszne jest, zbyt obrazowe i zbędne bo oczywiste (że szybkie, bez zbędnego ociągania jak przy oświadczynach) poza tym cały fragment brzmi jak protokół interwencji
akcja tu nie jest pomieszana z dygresjami ale jej dynamika, dramaturgia zerowa jest, właśnie przez suchy, beznamiętny opis- trzy wykrzykniki nie załatwią sprawy


- Marta. Martucha. Będzie dobrze, trzymaj się. Skoczę po torbę. – zaczął mówić i wycierać jej twarz. I wtedy wydał z siebie zduszony jęk. Momentalnie osłabł, a gorąca fala strachu przeszła przez całe jego ciało. Drżącą dłonią starł ciemny skrzep z jej blond włosów. Czuł jak łzy same leją mu się po twarzy.


jak on zaczął mówić? opiekuńczym pewnym głosem dającym poczucie bezpieczeństwa? a może drżącym głosem zdradzającym paraliżujący strach? piszesz tylko, że zaczął mówić- tyle to i ja wiem bo jest myślnik, daj mi jako czytelnikowi coś więcej, tak bym widział, bym miał szansę sobie to wyobrazić- zamiast tego dajesz po chwili coś o osłabieniu i strachu- to jest płaski opis jego stanu emocjonalnego wmieszany w czynności które wykonywał (łzy i skrzepy słabe są).

Przed nim leżała Grażka. Jego kochanka. Czas się zatrzymał. Nie rozumiał absolutnie nic. Już nie wiedział, co było prawdą, a co majakiem. To był koszmar. Jak to w ogóle…. Co się stało…? Kobieta, co jakiś czasu wydawała z siebie słabe jęki. Wyglądała jak sprawiony kawał mięsa. Kozek widział wąskie cięcia, tam gdzie pocięte ubranie odsłaniało ciało.


tu zastanawia się (bardzo topornie) potem jest kawał mięsa a po chwili płacz i opanowanie- to jest właśnie przykład pomieszania o którym mówimy

Zaczął łkać. Najpierw cicho. Potem coraz głośniej. W pewnym momencie rozpłakał się jak dziecko.
Gdy się opanował, siedział chwilę spokojnie. Potem ostrożnie ułożył Grażkę i przykrył kocem. Szybko wstał i pobiegł do karetki po torbę. Tuż za drzwiami silna konwulsja targnęła jego ciałem. Zwymiotował. Musiał oprzeć się, żeby nie polecieć na ziemię. W głowie mu się kręciło.


znowu pomieszanie i znowu szybkie ruchy kolan, tym razem w przeciwnym kierunku, a opieranie się i zawroty głowy wystarczają co najwyżej do opisu gimnazjalnej bójki, tu przydałoby się coś głębszego, innego
z jednej strony jest opis z zewnątrz a z drugiej strony wchodzisz mu do głowy

Po chwili siedział już przy Grażce. Założył wenflon i podał leki. Zaczął opatrywać rany. Praca przywracała go do przytomności. Teraz zauważył, że dom jest w nieładzie. „Włamanie?” pomyślał. Dopiero po dłuższym czasie doszło do niego, że szafa Marty jest na wpół otwarta i pusta. Na podłodze pod nią walało się kilka szmat. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył ich wspólne zdjęcia leżące w nieładzie na podłodze


tu też jest pomieszane- zbyt dokładny i zbyteczny opis zdjęć (rozejrzenie się, nieład x2, podłoga- zbyt to łopatologiczne, dosłowne i nic niewnoszące) a wcześniej opis czynności i stanu umysłu-
takie połączenia przynajmniej dla mnie są oznaką niepanowania nad tekstem, tak jakbyś każdą scenę chciał przedstawić naraz we wszystkich wymiarach tj myśli, słowa i uczynki. zrobił się z tego bigos, relacja Szaranowicza,

Siła odrzutu cisnęła wątłym ciałem o ścianę i rzuciła na podłogę jak worek z parą kapci w środku. Z trzech bordowych plam na kurtce sączyła się krew.


tego nie mogę pominąć; suchar, efekciarstwo, tarantino, drewno i merytoryczne zero- nieźle jak na dwa zdania o strzelaniu, nieźle

pomijam cały fragment o cukrze, Lucjanie i drżeniu rąk w karetce, ściskaniu jelit i dywagacjach co mogło się wydarzyć- choć być może to lepiej oddałoby pogubienie i pomieszanie

rododendron- opis jak opis, chodzi mi o to, że nawet u Flauberta, Bułhakowa czy Prusa podobne opisy czytam w trybie przyśpieszonym- więc wyobraź sobie jak bardzo mnie obchodzi twój opis- możesz sobie tak pisywać lecz zastanów się czy to bardziej czytelnika przyciągnie czy odepchnie

podsumowywując; jest to na tyle dobre, że chętnie przeczytam jeszcze coś twojego, ale jeśli drugie opowiadanie będzie podobne to trzeciego czytania nie będzie :)



Awatar użytkownika
malauk
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: wt 17 wrz 2013, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: malauk » pt 25 paź 2013, 12:04

przepraszam za obsuwę czasową, ale mi się dzieciak pochorował i nie było jak.

co do tych powtórek i rozwleczeń - czasem słyszę od ludzi, że się powtarzam. zatem coś pewnie jest na rzeczy. te gepardy i modlitwy, te wtrącone powiedzonka z których szydzisz (i Okej) to jest taki jakiś głupi skrót. i tu masz rację - jak się to mówi, to jakoś tak przechodzi, ale co napisane to widać i jakoś tak sztucznością wieje. kiedyś poczytywałem taką książkę Kresa "galeria złamanych piór" i tam było o kalkach językowych. nie wiem, czy teraz czegoś nie mieszam ale to chyba o to chodziło - że się używa takich ni to ozdobników ni to nie wiadomo czego...

Kres tez często pisał o tym żeby dużo skreślać :) i coś chyba w tym jest. A to że ciągnie to błędy logiczne to i prawda. tak dochodzę do wniosku, że raczej patrzę co dobrze wygląda, a nie brzmi. a tekst ma brzmieć.

kumam o co chodzi z tym pomieszaniem... fakt. na to nijak nie zwróciłem uwagi. nawet czytając coś... aż chyba kupię sobie jakąś nową książkę :) :) i zobaczę.

łopatologia w opisie pokoju - tak. to jest moment kiedy chciałem pójść na skróty. coś czytelnikowi powiedzieć, zamiast pokazać. fakt - do dupy.

natomiast szydzenie z "suchara" o zombi... może teraz postanowisz się już do mnie nie odzywać, ale mi się podoba! może, jeśli konsekwentnie będę próbował pisać, to za jakiś czas spalę się ze wstydu, ale póki co dobrze mi w tym żłobku :) podobnie worek z kapciami - panie, czy ty wiesz jak mnie obrazowość tego pokrzepiła w pisaniu tego tekstu?? no ale poczekam i niech rozsądzi to historia :)

I na koniec: wiedz, że na pewno jakiś tekst tu znowu wsadzę, ale mając twoje ostrzeżenie na uwadze, nie zrobię tego prędko :)

pozdrawiam



Awatar użytkownika
Smoke
Pisarz pokoleń
Posty: 1348
Rejestracja: sob 08 gru 2012, 22:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Smoke » pt 25 paź 2013, 14:30

1. nie wyszydziłem tego tekstu, gdybym miał go wyszydzić to użyłbym jakiegoś własnie efekciarskiego tarantinowskiego suchara w stylu; gdybym miał pisać podobnie to wolałbym przybić sobie lewą dłoń bagnetem do stołu a obok przybić prawą, gwóźdź wbijając czołem

2. suchary jako takie są dobre ale w groteskach, absurdach itp, Ty chciałeś napisać coś poważnego(przynajmniej w omawianych scenach)- więc i metafory mają być poważne, jak już pisałem- chcę jako czytelnik mieć dramat w dramacie, akcję w opowiadaniu sensacyjnym, uczucia w opowiadaniu romantycznym itd
owszem można się bawić i mieszać różne gatunki, style i konwencje ale by to robić trzeba znać na wylot wszystkie składniki które się miesza

3. dostałem więc suchary gdy powinienem dostać barani udziec

4. efekciarskie tarantinowskie sceny byłyby więc ok gdyby całe opowiadanie miałoby być w tym klimacie

5. błąd. nie kupuj nowych książek by się uczyć pisania, ucz się od Wielkich Mistrzów

6. synkretyzm nie udał się, wyszedł bajzel, ale może to dobry znak, wszak Prus zaczynał od Powieści chybionej




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości