żadnych herbat

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

żadnych herbat

Postautor: Miggy » ndz 10 lis 2013, 18:47

Jest trochę fragmentów i motywów z ostatniego opowiadania, ale ogólnie to nowe i dzisiejsze. Zaczęte i chyba będę kończyć.
___________________________

- Znowu zgubiłaś dziecko? – odwracam się, jakaś szczerząca się morda zadała mi idiotyczne pytanie.
- Czy ja naprawdę zgubiłam dziecko? – mówię szeptem do tego, do którego nie powinnam.
A on mi odpowiada: kto cię tam wie.

Powinna się obudzić z tego koszmaru właśnie teraz, w tej chwili. Przecież wcale nie pamięta o tamtym facecie. Gdy wyszła, to już całkiem zapomniała, że zmusili ją do zmiany imienia. Wołali kiedyś na nią „To Ta!”, a ona, głupia, myślała, że to jej imię. Była całkiem głupia, moja znajoma z dawnych lat, ale lubiłam się za nią oglądać i trochę z nią rozmawiać czasami, ale rzadko. Najlepsze było w tym to, że była najbrzydszą na świecie Agnieszką W. I nikt nie chciał o niej słyszeć.
Kiedyś mieszkała trochę bliżej, teraz przeprowadziła się już z punktu A do B, to gdy wchodziła każdy milczał bardzo zręcznie. I każdy wlepiał w nią swoje martwe oczy. A ona nic, ona po prostu żyła i chodziła; lubiła, że się gapią. A nie wiedziała czemu. No i to było właśnie tak, że już się tak utarło, czy cokolwiek się stało, podobno to Agnieszka taką plotkę puściła, że dziecko zgubiłam.
Ale co ja mogę o tym wiedzieć.

Spotykałam się z tym czy tamtym i rozmawialiśmy o „Wilku stepowym” i w ogóle bardzo mądre rozmowy, strasznie mądre, aż ciężko powtórzyć. Bo w ogóle literatura i jazz. I camele, żeby nie palić byle czego. Najlepszy tytoń, tak tata każe. Tata rozkazuje i bardzo choruje, okropnie. W ogóle nie wierzy w moją martwicę ręki i otwiera wszystkie okna. Z nim też czasem rozmawiałam albo mądrze milczałam, ale częściej to z tamtymi. I na tym się często kończyło, że powtarzali tylko: „Agata nie wie”. W końcu zaczynałam w to wierzyć i nie wiedziałam.
W dodatku nie działałam wcale. Wróciłam kiedyś do domu i Pan Bóg czekał na mnie w ganku, powiedział mi, najzwyczajniej w świecie, że ma dla mnie cudowny utwór i puścił jakieś gówno. Ciągle mnie w tym ganku oszukuje, ja już wiele snów miałam, że zbawienie w ganku, pierwszy romans w ganku, zawsze ten ganek i Bóg, a nigdy nic dobrego z tego nie wyszło. A jak przestałam działać to pomyślałam: może to już ten czas! I przypomniałam sobie jak my, razem, wtedy z Toldziem… A mama znowu, ciągle i ciągle, mówi, że żadnego Toldzia nie znałam.
Dokładnie tak było. Rok temu myślałam sobie, że pozjadałam wszystkie rozumy i bliżej mi do Nieba, niż świata. A zaczęło się psuć, było bardzo źle i wzrok był coraz gorszy. Nie byłam w stanie przyznać się przed sobą do żadnego błędu. Że tyle teraz tego gówna chodzi po świecie, i że nawet już latają i się przemieszczają. I prawdy piszą. Boże, co za paranoje. Ja rok temu miałam swojego Boga, całkiem swojego, a nie był to ten Bóg, co z ganku, tylko raczej ten od śniadań. I ja sobie myślałam, że jak się naszprycuję to wszystko mogę i pisać każde niestworzone i żadne, i wszystkie. Aż poznałam Agnieszkę W. i wszystkiego mi się odechciało. Jak miałam wierzyć w swoje brednie, kiedy obok mnie ona, całkiem żywa i ludzka. A ja dziwaczę i się dysocjuję, i reinkarnuję. A to wszystko gówno. Bo co warte moje wymyślone cierpienia nieżyciowe, kiedy ona cierpi twarz tak boleśnie. Tej małej Agnieszki nie dało się poznać. Jej usta zarastały błoną, a oczy miała smutne i szare. Kamieniała od wewnątrz i bolała. Sam jej widok bolał. A mnie czekał tylko szyderczy śmiech, kiedy ja imaginowałam sobie spotkania z księżniczkami i ostatnie rozdziewiczania, ona była prawdziwa. Przyszła tu, żeby zobaczyć jak się śmieję. Myślała, że z niej, a ja się śmiałam z żalu nad sobą. Aż wszystko pękało, każda moja struna, jakbym była instrumentem niepotrzebnym i wewnętrznym.
Jak się później okazało, Agnieszka miała tylko jednego przyjaciela o imieniu Robert. Robert w żadnym stopniu nie dorównywał Zbigniewowi-heroiniście, którego zapach unosił się po całej Częstochowie. Odurzający zapach szaleństwa, brudu, syfu i najtańszych narkotyków. Ostatnio moja ciocia przyjeżdża do tego świętego miasta, odbieram ją z dworca, ona zaciąga się i mówi: „Agatko, jak tu pięknie pachnie! Właśnie za tym zapachem tęskniłam w Warszawie!” I jedyne, co można odpowiedzieć to: „Przypuszczam, że nie wątpię”, cokolwiek to znaczy. Kto nie zna Roberta i Agnieszki, w ogóle nie widział życia w życiu. Niech spróbuje przeliczyć, jak bardzo nieżywy jest w swoim żywocie. Niech wyliczy procenty, proszę bardzo. Nawet nie warto o tym mówić. Robert! Piękna historia! To nie było możliwe, żeby Robert się sobą urodził, on musiał się stać!
Widzę bardzo wyraźnie jego stawanie się. On się nie ogłasza, przeistacza się niezauważalnie i tylko spotkanie z nim, ale takie przypadkowe i codzienne, może pokazać kawałek jego bólu. Bo jak to było, że idę i szukam, nagle on rozkazuje mi dotknąć językiem czubków palów u nóg. A ja to robię, jak gdyby to była rzecz, którą robi się tak po prostu. A potem poszukiwania i to pierwsze zdumienie, gdy okazało się, że Robert jest chłopcem z tektury, i że podarła mu się głowa, gdy próbował odwrócić się w moją stronę. Oboje wtedy znaliśmy już te bóle i on miał czelność zaprosić mnie nawet na kawę, chociaż nie wiedziałam jak interpretować to zaproszenie, no i odmówiłam. Dlaczego nie powiedział „herbatę”, każdy zna ten „temat”, teraz tak się mówi. A może to ja nie wiedziałam, że mówi się już „kawa”. Bo bardzo chciałam mu wtedy powiedzieć, że ja ogłaszam się tylko Odwykowcem. Ludzie lubią mówić o sobie Narkoman, Lesbijka, a ja sobie wymyśliłam Odwykowca. Kiedyś lubiłam Nieprzysiadalność, ale potem mi się już odechciało.
I ten słynny Robert powiedział mi kiedyś bardzo ważną rzecz. Plotkował i knuł za moimi plecami, że ja to tylko mówię „że mi się odechciało”, i że „wszystko jedno”, i że „nie wiem”. Ona to się bawi, potrzebne jej zbawienie, bo bawić się nie potrafi. Jej nikt nie chce znać, kiedy tak mówi. I tylko ta ofiara może wisieć na jej szyi, kiedy ona chce wierzyć w to, że będzie Upadek, i że może wieszać krzyże na dziąsłach. I co powiedział dalej, powiedział: „jej potrzebne jest dziecko”!
Powiedzieli mi o tym ci i tamci, że teraz to każdy chciałby mnie zapłodnić.

Wiedziałam i pewna byłam, że będzie to się stawać bardzo wolno. Kto nie zna tych historii o żonach, co nie rozumieją. Ja znam najlepiej, bo ja to cały czas udaję, że wszystko wiem. Dlatego nie mówię i inteligentnie milczę. Tak naprawdę, to próbuję przemilczeć całą moją głupotę, stąd milczenie wieczne. Tak było jeszcze rok temu, ale w końcu ja sobie powiedziałam, że czas przestać, i że „Agata, tak nie można” (ciągle tak mówię). Bo ile może trwać to magiczne rozdzielenie na miliardy i szukanie swoich horkruksów. Wieki zmarnuję, a nic nie znajdę. To ja się stanę! I już tylko Robert mógł być moim życiowym mentorem.
A nie chciano mówić o jego narkomanii, i że raz miał taką jazdę, że udawał świadka Jehowy, a potem bardzo obrzydliwe rzeczy. To wszystko zostało przemilczane przez setki ludzi, co jest niemożliwe, dlatego, że był to pół-mesjasz. Ale gdy spytasz mnie czemu, to ja ci nie odpowiem. Nie teraz.

Dlaczego nie pomyśli się w ogóle o sąsiadach, gdzie oni są. Przecież to istniejące stworzenia, one gdzieś są, a ktoś śmiałby nawet przypuszczać, że one mogą żyć. Całkowicie ślepe istoty, nie mogą otworzyć do końca swoich oczu, a ja bym się tylko przytulała. A ja sobie pomyślałam na klatce schodowej, że chcę być jak papież. I ty klęcz przede mną, a ja cię po głowie pogłaszczę i powiem, że tak cię kocham i pragnę, gdy tak klęczysz i się korzysz. To mnie tak podnieca, bardziej niż bieda i brud. Gdybyś jeszcze był wielki, ogromny i umięśniony, a tak pięknie zwinięty przede mną, a może nawet na schodach. I ja bym mówiła: „nieważne, nieważne, wszystko jest dobrze, a Bóg jest z tobą, Bóg tak chciał”. Mogłabym być papieżem, papież do mnie nie dzwoni.
- Co ty będziesz rodzić, kiedy się tak niszczysz – mówi do mnie kiedyś taki facet, prawie sąsiad. Ja sobie wtedy myślę, że ma plugawą twarz i podśmiewam się w myślach. I zawsze wychodzę na idiotkę, a idiotką też trochę się jest.
- Ja to bym się chciała zakochać – odpowiadam mu – ale tak po raz pierwszy… Kiedy już kochałam po raz pierwszy! Ale taki drugi pierwszy raz!
- Nie zakochasz się już, Agatko – odpowiada z litością. A ja w myślach krzyczę „czemu, czemu, czemu”!
Bo on mógłby powiedzieć, że moja głębia jest zatruta, już nic nie poczuję. Ale przecież ta rozmowa nie miała miejsca. Kogo głębia obchodzi, co to jest głębia. Banda spłyciarzy – wszyscy sąsiedzi. Dlatego ja zawsze błagałam o ascetyzm albo zakon męski, ale się nie spełniło. I dobrze, bo wcale tego nie chciałam.

- Śmierdzisz, nie powinnaś śmierdzieć.
Faktycznie, to nie pasuje. Tłuszcz mi wisi gdzieś, na pewno. To mi się nie godzi, ja nawet nie obgryzam paznokci. Ja sama do siebie zaproszenia wysyłam o przyłączenie do świętych. I sama odpisuję i kontynuuję moje szalone zboczenie nieistniejącej świętości. We własnej budzie, na własnoręcznie utkanym łańcuchu.

- Dzień dobry – mówi, ale nawet nie po cichu, mówi normalnie lekko i po prostu. Ja otwieram buzię ze zdumienia i stoję jak otępiała. – Ja w sprawie pracy.
Stoimy pod oknami. I jaka ona wydała mi się piękna w swojej głupocie, jaki ogarnął mnie zachwyt nad nią i jej obrzydliwą twarzą przewiercającą moje oczy. Ona tak obrzydliwa, że aż trudna do wyśnienia w najgorszych snach, nie wstydzi się wcale i wstydu nie zna. A oczy tak szare i puste, niejasne i nieistotne. Kiedy było w niej coś, co tak mnie przyciągało. To jej zwykłe ubranie na jej nieproporcjonalnym ciele. I sposób w jaki mówi, bransoletka na ręce i bardzo brzydkie, modne buty. Zahipnotyzowała mnie i nie mogłam przestać patrzeć.
Powiedziała potem coś, w ogóle nie wiem, co tam mówiła, czy ja za nią szłam. Czy powinnam do niej podejść, zaproponować coś, a może tak się robi. A przecież nie wydukam nic za nic! A wtedy ona spojrzała na mnie i wyglądała tak komicznie w swoim zdumieniu. Jakby ją coś zabolało, jakby chciała, a nie mogła, a to się już działo. To ja sobie myślę wtedy: tak, tak, tak i prawie krzyczę:
- Cześć!
- Właśnie wetknęłam sobie czopek do mózgu – odpowiedziała głupawym głosem.
Zaczęłam uciekać, jednak na tym się nie skończyło. O Agnieszce zaczęto pisać w gazetach, a ja nie mogłam się już od niej uwolnić. Szukałam tylko tej wyśnionej pustki, a spotykałam Agnieszkę. I tak kilka wieczności.
Chciałam się spełniać już tylko przez Agnieszkę, zacząć z nią współżyć. Byłoby to takie poruszająco proste, że byłabym nawet w stanie pokochać rozum dziecka. I mogłabym wyleczyć do końca niechęć do życia, gdybym tylko mogła współżyć z Agnieszką. Ja mam dziesięć palców, a wszystkie dla niej, gdy będzie trzeba, wyhoduję następne. Ty jesteś brzydka, a ja już tylko chcę odrzucić wszystkie piękna i być, być najgorszym imieniem Agnieszki. Wydziedziczyć się i zapomnieć o sobie.
A był to czas, gdy ona robiła aborcję za aborcją. Zapładniały ją jakieś głupie kutasy, kiedy ona tylko mnie była warta. Chciała czuć się lepsza, to sypiała wszędzie, gdzie się da. A faceci byli skłonni traktować ją tylko jak kobyłę. Mnie dziwiło bardzo, że nie chce dziecka, kogoś, kto kochałby ją najbardziej. Nie odpowiadała mi, ja o to nie pytałam. Ona mówiła tylko, że się odrzuca. Że wyrzuca siebie z siebie, a to daje jej rozkosz podobną do boskiej.
Tamten każdego dnia miał do mnie tyle pretensji, że co ja widzę w tej Agnieszce, przecież ona jest prawie ruda, te włosy jak siano, Agata, ty już całkiem głupiejesz i co to za tapeta w telefonie. Mówił mi, że jestem jak najlepsza matka, która przygarnia najgorszych, i że Madonna, że pewnie urodzę niepokalanie. Bo taka jestem czysta i żadne gówno mnie nie dotyczy. Chciałabym mu ufać, ale żadne słowo nigdy nie miało dla mnie znaczenia dłuższego niż kilka sekund.

- Bóg nie rządzi, nie chce mu się – kiedyś tam, kompletnie porobiony Człowiek, próbuje nawiązać ze mną kontakt. On chce rozmawiać, a ja się słabo naproszkowałam.
- A po co… - próbuję odpowiedzieć. A mój mózg już jest tak daleko, za bardzo oddalony i on już doszedł do wniosku, że ta rozmowa jest skończona, że teraz można tylko pluć i spluwać resztki słów do popielniczki. Albo całować uszy zamiast udawać szept. Żyć samą końcówką duszy, bo się nie chce.

Agnieszka robiła aborcje, w końcu zawsze coś, a Robert tworzył w sobie wewnętrzne miasto i chciał płakać, że on to już taki ostatni ząb, że żaden dentysta już go nie przyjmie, że on to nawet kebaba nie jest wart, ale nie płakał. Ćpał, jeździł do Katowic albo do Warszawy, w Częstochowie całkiem pustki, zero ćpania, trzeba mieć na bilet i na szprotki, jak się umie szprotki na ćpanie wymienić. Ale nie każdy da radę okraść sklep, aptekę całkiem nagrzany i wziąć te szprotki, nieprzysłowiowe szprotki i „może mi coś odpalisz”, bo ja te szprotki…
Najgorsza droga w Częstochowie, Waszyngtona, jak się idzie z dworca i widzi jak Człowiek wysiada z tramwaju i wrzeszczy: „TY CHUJU PIERDOLONY”, a tam nikogo nie ma. Reszta się śmieje, a tobie chce się płakać tak żałośnie i wbijać twarz w asfalt i rozłożyć się w czasie płaczu rozdzierającego ciało i przysłowiowy mózg. A potem jest sklep z bułkami i stojącymi obok pięknymi bezdomnymi, co mają nawet siwe brody, co już jest tak wzruszające „czy pani kupi mi bułkę” to ja płaczę, płaczę i krzyczę, kurwa, miliard bułek dla tego pana! Wygrywa pan zegarek! Ale ja już kupiłam, co miałam kupić, ja codziennie tylko dwadzieścia złotych i dwie paczki lekarstw, bardzo, bardzo boli… Ja nawet czasem wierzę, że to ząb boli, ale boli, jak boli, proszę pana… Ja na bułkę nie mam, gdzie mleko, bułka cud świata, ja to… przepraszam. A potem się skręca w najgorszą otchłań koło Placu Czerwonego, obrzydliwa Akademia Długosza i brud, że aż żyły bolą. Jest parking, straszny, co chwilę chory człowiek, a ty się tak boisz i ja się tak boję, dopóki nie spotkam Roberta i uwierzę w jego blond brodę, to już ten czas! A gdy już mijam aptekę i kiosk to już się całkiem żyć nie chce, a ja wiem, że to tylko przez tą drogę, że gdybym chodziła inną to byłoby inaczej. I na pewno byłoby lepiej, że to ten przeklęty Waszyngton.
A jak już się dochodzi do miejsca, do którego się szło to zawsze się już całkowicie umiera. A wtedy żyły mi więdną i cała jestem taka ususzona, że tylko powiesić mnie na haku i obierać jak kebaba. Śmiesznie!
Kiedyś, zawsze kiedyś, myślałam, że się poprawiło, że jakoś udało mi się zaadoptować tę część siebie ogólnodostępną, i że jestem w stanie nawet wymawiać wyrazy, ale tam kilka dziennie. W ten sposób byłoby dobrze, w sam raz. Tak sobie myślałam i żyłam takimi marzeniami nawet kilka tygodni, w takim amoku, nie żebym ćpała, może trochę, ale tak myślałam i on zapytał mnie:
- Agata, znalazłaś sobie już wroga?
A wtedy uświadomiłam sobie, że to pytanie słyszę każdego ranka! I odpowiadam: boli mnie głowa. To prawda, próbuję nie kłamać, chociaż polubiłam, bo odkąd ja wtedy z Toldziem czy Toldzią, to tata już mnie nie kocha. A przecież nic by z tego nie wynikło! Żadnych zapłodnień! A on ma wielki problem, pokazałam mu fuck you, ale mi nie uwierzył. Bo ja zaufałam komuś, kto powiedział, że ojca trzeba całkiem odrzucić, żeby móc stać się mężczyzną. I tego się trzymam.
A po co to wszystko! Potem tylko fiksacje, wychodzą i nie wracają, derealizacje, pogranicza i pełno tego syfu się mnoży, a najgorsze jest to, że wszystko to ma nazwy, że nawet jest myślenie życzeniowe, Moloch i wszystkie bzdury, które nie powinny mieć w sobie słów! A ja jak już się tak w sobie rozpędzę, to potem się zatrzymuję i myślę sobie takie „niiieeee wieeeeeem” i tak trwam z tym słowem pół wieku, pół dnia, ale ja wtedy nie wiem, bo nie ma dla mnie czasu. Czasem. I tylko tęsknota za rozkoszami niszczącymi całe ciało astralne, a gdy tych rozkoszy dosięgam to pluję w bóstwa i w siebie, bo nie jestem w stanie ich w sobie przetrawić.
A wstręt jest nie do opanowania. Całkiem mnie zdradza mój wyraz twarzy.

Zero myśli o głodach czy nie głodach, ja już skończyłam z tą niechcianą częścią. Teraz jestem idealna, całą siebie pożądam, myślę, że się w sobie zakochałam. Muszę być słabsza, brzydsza, miłości do siebie nie da się znieść, jest za ciężka, ja się jej boję, to dziwne. To jakby przed sobą uciekać. Zawsze chciałam, a teraz wiem, że cudownie było tego nie doświadczać. Wstydzę się i brzydzę własnymi myślami o sobie. A może to już jest rozdwojenie. Z obrony przed światem się mnożę, a jak zapytają: która to Agata… To ja nie stanę, bo nie będę wiedzieć!
Bo to tak też ze mną było, że ludzie pół życia polują na zwierzynę urojeniową, mają fioletowe dziąsła, a potem zachowują się jak chore wilki stepowe i nie mają zębów, ale co ja mogę wiedzieć o tych czasach, kiedy kompot był modny, a teraz to tylko r-c, a to nawet nie ma polskiej nazwy, co to w ogóle jest. Ludzie uprawiali całonocne heroinowe seksy, nie mieli zębów, ale kochali (co ja tam wiem)! A teraz to już raczej króliki z czerwonymi oczami, a wszędzie tyle pułapek na szczury, a mój szczur… Mój osobisty szczur, prywatny szczur, sznur…
A mama mi mówi: Agatka, ty po prostu na to nie reaguj!
A ja odpowiadam: Ale, kurwa, na co?!
Ostatnio zmieniony wt 15 kwie 2014, 02:11 przez Miggy, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
rebvodka
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 22 sie 2013, 00:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: rebvodka » ndz 10 lis 2013, 20:20

Tak zaczęłam czytać i...

"Wróciłam kiedyś do domu i Pan Bóg czekał na mnie w ganku, powiedział mi, najzwyczajniej w świecie, że ma dla mnie cudowny utwór i puścił jakieś gówno"

...od razu mi się spodobało.


The planet is fine, the people are fucked.
- George Carlin

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miggy » pn 23 gru 2013, 12:50

Umieszczam tutaj mały ciąg dalszy. Może kogoś zainteresuje.

***

Bo nie wiem na co. I gdzie właściwie jestem. Wcale nie chcę robić tego, co teraz robię. Ale ten gnój się będzie mnożył, a im więcej przerzucę, tym będę miała mniej. Mniej niż ty, gnoju. Takie moje syzyfowe zabawy. A wielu, naprawdę wielu mówi, że ja wciąż z tym „moje” i „mnie”, ale naprawdę lubię. No dobrze, zaczęło się od końca.
Ja sobie pomyślałam, że dobrze mi zrobi, jeśli rzucę te leki i w ogóle o nich zapomnę. Po co robić z siebie świra i bezmózga, tak mnie kurwa naszło w jeden dzień, tak po prostu, że rzucę. Tylu rzuca, to ja też. Taki świat, że się rzuca, trzeba rzucać. Więc czemu nie, nadchodzi czas, jakiś czas, że się coś podejmuje i robi wszystko, żeby nie wyjść na słabego i nie wejść do apteki. Ale ta decyzja była w ogóle nieprzemyślana i całkiem spontaniczna, jak planowanie nowego ćpania.
No i jest zwykły wtorek, a ja tak po prostu mówię: nie znoszę morfiny!

Wcześniej przychodzi do siebie, ma swój pokój i lubi sobie wyobrażać, że to opium dawnych bohaterów i pije jak nektar albo ambrozję. Nogi na podłodze, a głowa na łóżku: nie pójdę do pracy! I każda ta trucizna była jak pierwsze zdumienie, pierwsze zakochanie i pierwsza wypłata. A sen najgorszy, za karę.
Tak było kiedyś, teraz już nie.

Spotkałam Roberta, no i on zapytał, co ja taka ususzona. Że już mu powiedzieli, rozniosło się, każdy wie, że się suszę z własnej woli. I że w ogóle guru, wielki guru, święta, najświętsza. Czemu to robię. Ale co można odpowiedzieć, nie było źle, było bardzo dobrze. Ale za dobrze.
A Robert mi odpowiedział: czyli zbankrutowałaś.
Popłakałam się dzisiaj jak filtrowałam na mini skręcie i jebana szklanka wypadła mi z rąk, a ja się porzygałam. Rzygałam, płakałam i wstyd mi było się schylić, i zlizać to lekarstwo z podłogi, i usiadłam przy stole, i wstałam. I naprawdę nie chciałam lizać podłogi, wszystko wyliżę, ale nie podłogę. Przecież nikt nie widzi, a ja mam honor, Jezuniu, honor, nie uklęknę!
Ale uklęknęłam. Wiedziałam, że klęknę, dlatego płakałam. A potem sobie pomyślałam: i chuj, panowie i panowie, dziewczęta i dziewczęta! I chciałam wykrzykiwać cokolwiek, obojętnie jakie słowa, byleby krzyczeć, byleby powiedzieć komuś nieważne, przecież to w ogóle nieważne i chuj, wielki chuj, wcale nieważne, niepotrzebne. Co z tego, że uklękłam, co to tam, zmywałam podłogę prawie, przecież blisko. Wcale tego nie było.
To nic takiego, w ogóle nie ma co się porównywać do wielkich narkomanów jak Jimi Hendrix, gdzie mi do niego, w ogóle ja to taka wersja demo, nie mogę się nad sobą rozczulać. Nie ma po co. Ale się rozczulam, bo mam zajęcie, a lepsze to, niż się zakochiwać i myśleć o pograniczu. To już w ogóle nikogo nie obchodzi. I cieniutkim głosikiem: a ja… a ja…
I nie ma sensu się obrażać, he he – powiedzieliby by! Nie ma o co, Agatko, Agatko… By by! Kurwa!

To wszystko, co się działo, miało na celu przyczepienie tych martwych stóp, moich stóp, do ziemi i utwierdzić je tam w jakimś przekonaniu z jakimś światopoglądem. Bo Piotruś Pan nie istnieje i tak dalej, bardzo ciężko jest zrozumieć trudne rzeczy. Oczywiście.


Wychodzę stąd.
Spotykam Agnieszkę. Tak to już jest, że się wychodzi, spotyka i przychodzi. Całe nudne życie w trzech słowach. No, nie do końca spotkałam! Bo zauważyłam. Był to czas, gdy nie znałyśmy się jeszcze dobrze, a ja ją tylko obserwowałam z bezpiecznej odległości. Nie chciało się wierzyć wcale w te jej ciągłe brzuchy, no ale. Agnieszka i niewidoczne brzuchy ciągłe. Wspaniały pomysł na nowy serial telewizji polskiej. Sprawiała wrażenie, że wszyscy wiedzą o czymś, o czym nie wie ona. I snuła się tak niepewnie między stolikami w miejscu dokładniej nieokreślonym. Bałam się trochę, że mnie zauważy, i że będę musiała przed sobą udawać, że z nią rozmawiałam. Nie stało się tak, a moja bezosobowa usiadła daleko i wpatrywała się w nic całą swoją pustką. Niemiłe uczucie ukłuło mnie w brzuch i spowodowało mały reset mózgu, że aż prawie łzy w oczach. A to wszystko z niewytłumaczalnej tęsknoty. I z tej zwierzęcej potrzeby brania i chwytania.
To nie było wcale tak, że była najbrzydsza i miała najgorsze imię, choć to po części prawda. Była uosobieniem wszystkiego, czym pogardzałam i czego nie potrafiłam zrozumieć.



II


Robert jest poetą i pisarzem, ale nikomu nie chce nic pokazać. Mówi, że jest niepiśmienny, a poetą się urodził. Jeśli miałby się nazwać, to w życiu nie byłby to narkoman, mężczyzna, ktokolwiek, tylko i wyłącznie poeta. Taki trochę z „Nie-Boskiej” Krasińskiego; poeta idealny, głodny i martwy.
- A ty?
- Chciałabym stworzyć konstrukcję – tak sobie czasem wieśniacko mówię, jak jestem trochę uwalona. - Słów… Albo konstrukcję budowlaną, taką wiesz, konstrukcję w sobie – z przykrością stwierdzam, że zawsze tak brzmię.
- Konstrukcję… - zamyślił się Robert zamyśleniem niemalże boskim. - Słowo idealne – odpowiedział mi szeptem. Rzadko mówił, a jeśli mówił, to szeptał.
Był taki nieprawdopodobny. Taki, jakby w ogóle miało go nie być, że ktoś się pomylił i przez przypadek go stworzył. Nie można powiedzieć, że był nieprzystosowany. Był martwym żywym duchem snującym się po Częstochowie. Gdy zobaczył mnie po raz pierwszy, powiedział, że w pociągach powinny być książki, a ja pewnie uwielbiam czytać. Potem łapał mnie za rękę i błagał o kawę, głaszcząc mnie palcami w wewnętrzną część ręki. Ja się wyrywałam i nie chciałam z nim rozmawiać. A potem spotykaliśmy się zbyt często i ciężko było mi o nim zapomnieć. Kiedyś widziałam, jak nodduje na krześle w aptece. Ludzie go nie traktowali, dla nikogo nie istniał. A mnie doprowadzał, za każdym razem, do pierwszego zdumienia. Jak wtedy, gdy narobił sobie wstydu, robiąc z siebie „narciarza” na przystanku. Piękna, prawie traumatyczna, chwila, która pokazała mi, czego chcę w życiu. Chciałam być jebanym „narciarzem”, ale to było rok temu. Teraz nie mam pojęcia, ile czasu mi zostało. Robert ciągle szukał pracy i tej pracy nie znajdował, ale zawsze miał kasę na ćpanie, ale takie ćpanie na granicy z zapaściami. On mówił, że jestem idealna, ja mówiłam, że on jest idealny. Oboje zachwycaliśmy się sobą, zwłaszcza wtedy, gdy razem uparcie milczeliśmy. I nie chcieliśmy, żeby świat wiedział o nas cokolwiek. Przeżyć tak niezauważalnie, on lubił mówić, że pod wodą. Ja nie. Zawsze wiedział, gdzie ma pójść i co załatwić. Ja nie wiedziałam, jak to robi i pamiętałam tylko tą legendę o szprotkach. Czasem mi coś odpalał, jak miał dla mnie jakieś resztki. Nigdy nie dzwonił, nie miał telefonu. Rok temu też byłam w takim ciągu, że nie umiałam rozpoznać czasu i nie pamiętałam ile mam lat. Robert się śmiał, puszczał Kosmetyki Mrs Pinki. Miałam do niego nie przychodzić, trochę się go bałam, bo zbyt dużo ode mnie oczekiwał.
Trochę się wkurwiał, jak mówiłam mu, że jestem lesbijką. Sama nie wiedziałam, ile w tym jest prawdy. Właściwie to wcale mnie to nie interesowało, chciałam tylko ćpać. Czasem mi mijało, myślałam, że czas się pouczyć, chciałam zapuszczać brodę i ciągle coś. Całkowicie nieświadoma, ciągle zmyślałam jakieś historie i śmiałam się sama do siebie. Jak tak teraz myślę, to niewiele z Robertem mieliśmy wspólnego. Czasem zapuszczał swoją blond brodę, a ja nie umiałam w to uwierzyć. Jakby to była jakaś niestworzona rzecz, jakby sama nie wiem… I myślałam, wciąż o nim myślałam, jak on na mnie działa i jak bardzo brzydzi mnie jego fizyczność.
Tak, to oszczerstwo nazwać go fizycznym. Ale zęby mu się kruszyły, a oczy całkiem mu wyblakły od ćpania. Jak u starego człowieka, praktycznie zero tęczówek. Był obrzydliwy, chudy, lekko przygarbiony, chodził jak jakiś pomylony. On był pomylony, niewątpliwie. Ale ja wtedy też byłam, prawie. I ten jego piękny długi czarny płaszcz. Człowiek, którego nie zna nikt.
Czasem przynosiłam mu jakieś beta-ketony, podróbki mefedronu i inne świństwa ryjące mózg. Robił z tego speedballa i nawet trochę się cieszył. Ale po stymulantach musiał chodzić, wiecznie chodzić, jakiś defekt prawie z Forresta Gumpa, chodzenie. Smutny był, że nie chciałam z nim sypiać, bo w końcu doszło do tego, że zaczął traktować mnie jak swoją dziewczynę. A po speedballach był napalony. No, mi też było smutno, ale nie mogłam, zwłaszcza wtedy gdy poznałam już Agnieszkę. Jednak nie potrafił się na mnie obrazić, oboje byliśmy sobie potrzebni. Ciągle mi opowiadał, że jego znajomy ćpał z Ryśkiem, że kiedyś wszyscy ćpali z Ryśkiem, szkoda, że jego jeszcze wtedy nie było. Na mnie nie robiło to wrażenia, a on mówił, że ćpał nawet z Maleńczukiem, a ja nie wiedziałam, czy zmyśla czy nie. Bo jego nikt nie chciał znać. Absolutnie nikt. Mówiłam czasem do kogoś, że pewnie zna Roberta, mieszka pod Rakowem, na pewno zna. Ale nie. Nigdy nikt. Jak do niego czasem przychodziłam, to przesiadywał tam taki Wicuś, ale on to już w ogóle był jeszcze bardziej martwy. Wszyscy lubiliśmy gadać o Zbigniewie-heroiniście, wymyślać o nim jakieś historie, takie małe marzenia ćpunków. Trochę nam się nudziło, jak z ćpania zaczynała robić się rutyna. A zaczęła się robić zbyt szybko, no i musiałam uciekać. Ale było za późno, żeby uciec.
Z mojego suszenia się nigdy nic nie wychodziło, maksymalnie dziesięć dni i następny ciąg. Potem dawałam radę trochę na sportowo dwa razy w tygodniu, ale wtedy odmóżdżenie było nie do zniesienia. Ale mocno grzało, bo w ciągach nie grzało wcale i tylko wkurwiało. Robert był prawdziwym Bogiem, zawsze perfekcyjnie nagrzany, każdego jebanego dnia. Jakby w ogóle nie miał żadnej tolerancji, ja nawet nie wiem, czy miał jakieś skręty, czy miał zjazdy po prochach. Nic takiego nie pamiętam, wiecznie naćpany i tyle. Mnie skręcało ciągle, a jak nie skręcało, to byłam na ciśnieniu. Potem miałam tiki nerwowe, nerwicę i wszystkiego mi się odechciało. Ale za każdym razem było już za późno, tak bardzo za późno, że nie umiałam w to uwierzyć. I zaczynałam siebie nienawidzić. Tak samo jak nienawidziłam tej jebanej piosenki Bowiego. I zawsze mówiłam, że to wszystko jest przez niego i „Station to station”, kurwa.
Ale potem się przyzwyczaiłam i mówiłam, że są gorsze rzeczy.

Agnieszka, całą swoją naturą, zmuszała mnie do rzucania. A ja chciałam jej powiedzieć, że dla niej wszystko, i że kocham ją niestworzenie, będę matką jej wszystkich dzieci. A ona, że bredzę, że co ten Robert ze mną zrobił. Ciągle krzyczałam, że nikt ze mną nic nie robi, jak chcę, to mogę sobie robić sama, nienawidzę takiego gadania. I rzuciłam w nią butelką, a ona, że już mi całkiem odjebało, że jestem pojebana, i że nie chce mnie znać. Nie ma w życiu nic gorszego, niż ja, już Artur był lepszy ode mnie, no i tak każdego dnia. Potem do mnie wracała albo ja do niej wracałam.
Zdradzała mnie ta suka i śmiała się ze mnie. Ale widziałam, że ją do mnie ciągnie. Sama nie wiedziała, czego chce. Ale tak było potem, wcześniej musiałam się koło niej obudzić nieprzyzwoicie trzeźwa, a ona pogłaskała mnie po głowie, żeby mnie potem zostawić. Najbardziej przeszkadzało jej we mnie to, że nie jestem facetem.



Awatar użytkownika
OstataniSlomka
Szkolny pisarzyna
Posty: 46
Rejestracja: śr 12 cze 2013, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iława
Płeć: Mężczyzna

Postautor: OstataniSlomka » wt 24 gru 2013, 23:26

Pisząca heroinistka, ciekawe. Podmiot wymyślony czy żywcem wzięty z Ciebie? :)

Ciągle mi opowiadał, że jego znajomy ćpał z Ryśkiem, że kiedyś wszyscy ćpali z Ryśkiem, szkoda, że jego jeszcze wtedy nie było.

<3

+ Maleńczuk ma tyle wspólnego z Helem co ja z Kodą :3


Tekst się podoba, aczkolwiek zdajesz sobie sprawę, że inaczej rozumie go osoba zaznajomiona z tymi substancjami a inaczej laik, yep?
Styl i chaos się podoba.



Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miggy » śr 25 gru 2013, 10:53

+ Maleńczuk ma tyle wspólnego z Helem co ja z Kodą :3

Z tego co wiem, Maleńczuk pił, a na kacu brał heroinę. Nie wiem jak długo, ale jakiś czas na pewno. Teraz, po tym co zrobił na koncercie "Wasz Kaczmarski", nie znoszę go.

Tekst się podoba, aczkolwiek zdajesz sobie sprawę, że inaczej rozumie go osoba zaznajomiona z tymi substancjami a inaczej laik, yep?

Ale co w związku z tym? :)



Awatar użytkownika
OstataniSlomka
Szkolny pisarzyna
Posty: 46
Rejestracja: śr 12 cze 2013, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iława
Płeć: Mężczyzna

Postautor: OstataniSlomka » śr 25 gru 2013, 12:17

Maleńczuk lubił się chwalić ile to on tego nie powbijał sobie, a tak naprawdę to może z kilka razy spróbował, no ale trzeba się chwalić. O, to tak jak ja i koda %) kilka razy próbowane, no ale bez chwalenia się. Tu różnica między mną a Panem Ostatniej Nocki.



Miggy, to w związku z tym, że używasz określeń typowo cpuńskich i laik może mieć problem z czytaniem tekstu - głównie dlatego, że nie wie czym jest np. skręt :)
To nie jest atak, prośba o zmianę stylu - po prostu sobie piszę i prowokuję.



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » śr 25 gru 2013, 12:41

Miggy,
to jest dobre. Bardzo.
Perły:
Miggy pisze:Był taki nieprawdopodobny. Taki, jakby w ogóle miało go nie być, że ktoś się pomylił i przez przypadek go stworzył.
.

czytałam każdy kolejny wrzucany fragment. Drukuję.


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4884
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Navajero » śr 25 gru 2013, 13:19

Dobry tekst, ale momentami nieco zbyt hermetyczny.


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."
dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » śr 25 gru 2013, 13:24

Navajero pisze:momentami nieco zbyt hermetyczny.


to trochę jest tak: obcość tego świata jest jego siłą. Wchodzisz i wiesz, że jesteś "dopuszczony" ledwie do skrawka, że kolejna myśl jest dla ciebie tajemnicą. Ta konfrontacja "znanego" i "Ja" narratora to LITERATURA (w sensie nie tuwrzuć)

OT - Navajero, dotarłeś do Krzysztonia? Jest w tym coś podobnego


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4884
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Navajero » śr 25 gru 2013, 14:37

Natasza pisze:
Navajero pisze:momentami nieco zbyt hermetyczny.

to trochę jest tak: obcość tego świata jest jego siłą.

Owszem, ale i słabością. Bo obcość od niezrozumiałości ( czy choćby niepełnego zrozumienia), dzieli tylko włos...

Natasza pisze:OT - Navajero, dotarłeś do Krzysztonia? Jest w tym coś podobnego

Uhm :)


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."

dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miggy » śr 25 gru 2013, 15:07

zbyt hermetyczny

No nie wiem, jak dla mnie tekst jest jasny... Może parę słów jest niezrozumiałych, ale co poza tym?



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4884
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Navajero » śr 25 gru 2013, 15:54

Poza niezrozumiałymi terminami, te wewnętrzne monologi bujają nadmiernie na zakrętach - momentami. Znaczy sam pomysł i - generalnie - wykonanie, ok. Monologi wewnętrzne ćpunki. Tylko, że mam wrażenie, iż miejscami można by je nieco ( z naciskiem na "nieco") wygładzić, w celu lepszego zrozumienia. Takie mam wrażenie. Jednak jak napisałem wcześniej, tekst jest dobry, a ja nie widziałem całości. Jeżeli to niezbyt długie opowiadanie, to kto wie? Może by i przeszło jako całość? Bo w dłuższym tekście to będzie nużyło.


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."

dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3480
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Godhand » śr 25 gru 2013, 16:03

Kupuję w całości.
Fakt, że tekst jest nieco hermetyczny, ale Ty nas zabierasz w ten świat - nie tłumaczysz tylko pokazujesz.
I dobrze.
Kto chce jedzie na tę wycieczkę, kto nie chce niech zostanie w domu.
Były "Gady" teraz jesteś Ty, gratulacje.

Pozdrowienia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: gebilis » śr 25 gru 2013, 17:08

Miggy pisze:No nie wiem, jak dla mnie tekst jest jasny... Może parę słów jest niezrozumiałych, ale co poza tym?

I tu należy zadać podstawowe pytanie:
Piszesz dla siebie, czy do czytelnika?
Bo jak tylko sobie - nie ma sprawy
jeżeli chcesz by to czytał ktoś oprócz ciebie, to już duży problem.
Natasza pisze:to trochę jest tak: obcość tego świata jest jego siłą. Wchodzisz i wiesz, że jesteś "dopuszczony" ledwie do skrawka, że kolejna myśl jest dla ciebie tajemnicą.

I tu sie nie zgodzę, jeżeli autor pisze tylko dla siebie, a mnie jako czytelnika dopuszcza do swojego świata tylko na skraj drogi, to ja mu podziękuję - szkoda mi czasu na czytanie i poszukiwania, co tu jest napisane. W sensie taką grę podejmie 2 na 100 czytelników - jaka z tego satysfakcja dla autora? Niech autor odpowie sobie sam, co chce swym pisaniem osiagnąć.
Jeżeli jednak to ma być dla większości (zważ że nie piszę dla wszystkich = nie chodzi mi o spłycenie tekstu) jest tyle możliwości zastosowania wielokropka, średnika i innych cudów niewidów, by ten tekst był nie tak ściśnięty, co przy dłuższych formach , jak wskazał to już Navajero by nie nużyło.
Jednak decyzja należy do ciebie. My możemy ci li tylko sugerować...
Tak na marginesie - dużo słow nie zawsze przekłada się w jakość = to tak jak z mową. Gdy ktoś za dużo chce powiedzieć od razu, - nuży słuchającego, a nie zaciekawia.
I na zakończenie - tekst dla mnie nie jest zły, ale zachwytów mnożyć nie bedę...


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » śr 25 gru 2013, 17:27

gebilis pisze:I tu sie nie zgodzę, jeżeli autor pisze tylko dla siebie, a mnie jako czytelnika dopuszcza do swojego świata tylko na skraj drogi, to ja mu podziękuję - szkoda mi czasu na czytanie i poszukiwania, co tu jest napisane. W sensie taką grę podejmie 2 na 100 czytelników - jaka z tego satysfakcja dla autora? Niech autor odpowie sobie sam, co chce swym pisaniem osiagnąć.


a w międzyczasie Miggy tekstem czaruje, bo jest w jej pisaniu literatura. To nie ciasteczkowa popołudniówka w czasopiśmie "Nie męcz sobie pięknej główki, kochanie". To tekst, który mówi, a nie papla...


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości