Rozdzielenie

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Rozdzielenie

Postautor: Miggy » sob 28 gru 2013, 19:43

Wulgaryzmy

To nadal ten sam bohater, który próbuje znaleźć jakiś początek. Więc jest to początek, a ja słucham trochę waszych rad i staram się poznać was bliżej z moim bohaterem. Postanowiłam pisać jak najbardziej prawdziwie, zostawiłam tamte opowiadania. Teraz będzie tak, a jak się wam spodoba, to się wam spodoba.

___


Doprowadzając siebie do rozdzielenia, sprawiam, że moje ciało zaczyna mieć zbrodnicze zamiary. Nie jestem już w Częstochowie, a jest wiele miast, w których chciałabym nie być. Głównie z tego powodu znalazłam się tutaj. Tutaj jest miejscem nieprzypadkowym, a często się dzieje, że nad miejscem tym czuwa opatrzność. Tutaj mogę wyciągać kompromitujące mnie wnioski i uprawiać wspaniałe auto-kadzenie.
To właśnie w tym miejscu zaczęłam myśleć w ten sposób, co w ogóle mi się w sobie nie podobało.

Bo to już wtedy mówiono mi, że potrafię się rozkrajać i wyciągać z siebie po kolei. Pokazując wszystkim, z uśmiechem na twarzy, jakie to gówno we mnie nie siedzi. A oni przychodzą, zaglądają i odchodzą, czasem też wzruszają ramionami. Zostawiają mnie tak niezdolną do słowa, że nie potrafię wtedy wykonać choć najmniejszego ruchu. I zastygam tak czasem na kilka tygodni. W czasach tych zastojów przychodzi do mojej głowy zawsze ta sama, przewidziana wcześniej, baba. Gdy tak zagłusza wszystkie moje myśli, swoim gadaniem starej baby, pogarsza mi się całkowicie. Wtedy zazwyczaj są środy, więc muszę uciekać z miejsc, w których każą mi bywać, okłamując sama siebie czymś stosownym. Idę, nie wiem gdzie, bo idę po to, żeby wyjść. A gdy wychodzę, pojawia się ta stara baba, która nie chce dać mi spokoju. Potem są chwile, w których siedzę, a oczy same zaczynają się zamykać. Siedzę po to, żeby nie spotkać już tego idealnego człowieka, który za kilka sekund powinien przejść obok mnie. Siedzę po to, żeby zapaść w smutek, który chroni przed brakiem kontroli.

Przechodzi któraś, zadając pytanie „co tam?”. I nie mogę się zmusić, żeby spojrzeć na tą twarz. Wiem, że nic sobą nie niesie i straszy mnie tylko tęczówkami martwo wiszącymi na jebanej gałce ocznej. I odpowiadam: „A nic”. Głosem najcichszym i najbardziej piskliwym, jakbym chciała coś tym przekazać, a doprowadzam siebie tylko do wstydu.
Ta sama osoba potrafi powiedzieć mi potem, że jestem niesamowicie nieśmiała. A ja chciałabym odpowiedzieć, że w ogóle się sobą nie interesuję, a zakończenie „Wilka stepowego” to najgorsza rzecz, która mi się przytrafiła. Ale mam w dupie, co słyszy ta czy tamta.

Następnego dnia jest ten, na którym mi zależy. Zmusza mnie do nerwicy absolutnej, mówiąc o osobach, które mu się podobają. Najidiotyczniejsze twarze poprzyczepiane do czaszek i obrzydliwa maniera w mówieniu i chodzeniu, taka baba alfa czy coś z proporcjonalną twarzą, prawie Maryjną. Jakbym jeszcze miała pochwalić za fizyczność, a może mam wytłumaczyć, czemu to służy. Co za bzdury te zakochania w pustych twarzach; w kobietach, czy jest coś gorszego.
Mnie to już w zupełności nie dotyczy. A to męczy, gdy próbuję się wzbić wyżej, a znów jestem uważana tylko za osobę, która wszystko rzuciła. Rzuciłam, musiałam rzucić, bo od pewnego czasu czynności nie są już powtarzalne, a całe moje życie zaczyna dziać się po raz pierwszy i nie ostatni. Takiego cudu nie można sobie odmówić. A każdy mówi, że takie cuda zdarzają się tylko mi. O sobie jednak nie warto mówić.

Gdy stałam się już człowiekiem prywatnym, należącym tylko do siebie i tylko z sobą mającym kontakt, postanowiłam, że przydarzy mi się coś niezwykłego. Lubiłam tak postanawiać i lubiłam, gdy moje jasnowidzenia się spełniały. A już wyzdrowiałam, choć bałam się, że to wtedy, gdy uważam, że hipochondria i każda inna choroba jest daleko ode mnie, w rzeczywistości naprawdę jestem chora. Nie było to aż tak ważne, teraz myślami wracałam tylko do przeszłości.

***
Kiedyś byłam niedźwiedziem z fioletowymi dziąsłami, wcale nie wiedząc czemu i po co. Myślałam, że doświadczam reinkarnacji, a umierałam każdego dnia w fatalnym odurzeniu. Moja Ostatnia Wieczerza, którą sama sobie wyprawiłam, nie była nikomu potrzebna. Wstyd mi to wspominać, wstyd się przyznać do tak ogromnej pomyłki, która rozepchała cały mój mózg.
Bez tej pomyłki ciężko jest żyć i odwiedzać nowe miejsca. Stan absurdalnej trzeźwości towarzyszy mi odkąd zmieniłam postać w dość nieprzyjemny sposób. Mama mogłaby mówić, a ja mogłabym słuchać. Ale wcale tak nie jest i nie będzie. Pomyłki, przypadki i nieproporcjonalne fatum. Potem, w stanie jakiegoś ogłupienia, jestem zdolna powiedzieć, że mi się odechciewa, że może trochę później. Ogłupień jest więcej, mniej; ja nie zwracam uwagi. Czasami się budzę i próbuję czegoś szukać, ale nie ma niczego, co mogłabym znaleźć. A mój mózg to jeden wielki oszust i płatny samobójca. Właściwie to było tak, że tata bardzo chciał, żebym została detektywem. Robiłam wszystko, co mogłam, ale bycie wymyślonym detektywem okazało się jedną wielką chorobą.
Nikt nie płakał.

A potem są inni.
Czytają jakiś marny wierszyk, jakąś marną bzdurkę, widząc w tym Boga zsyłającego się przez świnkę morską lub inny absurdalny pół-sen. Czasem powiedzą, że nie umiem rozdzielić przeszłości od teraźniejszości, że się gdzieś zawiesiłam, że linia wisi między dwoma punktami… Za dużo czytam, za mało czytam. Ludzie mówią różne rzeczy, a ja, odkąd tylko pamiętam, choruję na uszy.
No to było tak, że coś tam czytałam, aż w końcu się obraziłam. Ale nie pamiętam; przeszłość zaczyna się zacierać, w uszach dźwięk papieru ściernego i więcej nic. Niech dzieje się wszystko, niech dzieje się nic. Zaczyna przeszkadzać powtarzalność, zapętlanie się sensów i zderzające się skrajności. Obraz samego siebie zaciera się, gniecie i staje się coraz bardziej nieistotny. Każą mi widzieć świat, rozglądać się i kontemplować naturę! A może jeszcze biegać dla zdrowia, to takie smutne. Rozglądam się, widzę, ale nie ma mnie we mnie. A ja chciałabym tylko siebie, bo z sobą to byłoby dużo łatwiej.
Życie w pustym ciele to jakaś nieprawdopodobna zbrodnia. Jest nie do zniesienia to, co widzę w lustrze. Jest niby twarz, nawet nie jest krzywa, a oczy ma mroczne, w jakiś sposób głębokie. Ale po co to komu, te głupie oczy, skoro absolutnie żadnych sensów w środku, skoro tylko gówno… Patrzę, czeszę się czasami, maluję oczy. Po to, żeby zobaczyć i coś w tym lustrze znaleźć. W snach wygryzam w nim dziury, w snach mam dziurawą głowę i pieprzyki na całym mózgu. Ale gdzie jest ta trzeźwość, o której wszyscy tyle mówią, jak długo można trzeźwieć. W końcu mówię: Jezu, niesamowite! To mi zdarzyła się ta nietrzeźwość, to takie piękne, bo to inne. Dziwne. Ludzie lubią takie rzeczy: inne i dziwne. I nie mogę mówić już nic więcej. W pewnym momencie po prostu się zacinam i nie ma nic, co mogłoby mi pomóc. Żadnych alkoholi, fajek, to takie męczące, od kiedy jest morfina.
Ale muszę udawać, że jej nie znam. Wszystko po to, żeby móc żyć! Móc żyć, co za paranoja. W większości przypadków bliskie mi tylko istnienie, a kiedy ja sobie wymyśliłam zapaście, biedę i brud! I gdy, siedząc w autobusie, przechodzi jakaś dziewczyna bez zęba na przedzie albo absolutna pijaczka chce ode mnie drobne, to popadam w ogromny zachwyt i chciałabym mówić: ja też tak chcę! Daj mi! Koniec z zębami, nigdy nie chciałam mieć zębów. Nie mogę znieść swojego dnia, chciałabym mieć trochę innego, cudzego, nie mojego, po co mi moje myśli, są beznadziejne, zmuszają mnie do rozpaczy. A inni mają myśli, których nie jestem w stanie zrozumieć i tęsknię do tych prostych słów, zwykłych uśmiechów, tego bezmózgowa… Chociaż, gdy ostatnio przytrafiło mi się ogromne odmóżdżenie, byłam na granicy załamania. Nie dało się znieść tak pustej głowy, nie mogłam słuchać tego pustego śmiechu. I potem, znowu i zawsze, dochodzę do punktu, w którym nigdy i nikomu nie jest dobrze. Bo gdyby było dobrze, byłoby źle. Więc musi być źle.
Ja pierdolę.

To już jest dzień, w którym jestem w stanie się zgodzić na swoją głupotę. I zaakceptować ją w całości. Przeklinać, uprawiać seks, pić wódkę z kieliszków, robić naprawdę głupie rzeczy z własnej woli! Rozmawiać! Z ludźmi! Mogłabym się teraz na to zgodzić, bo to nawet słusznie byłoby tak zrobić.
Więc się godzę, a potem zapominam.

Od kiedy dotyczy mnie mój defekt, nie wiem. Do pewnego stopnia jestem z sobą pogodzona, ale nikogo nie powinno to obchodzić. Nie lubię jak ludzie klaszczą, gdy jestem pijana. Jednak, niestety, nic takiego się nie dzieje. Boże, moje myśli to wieczna walka.
W moim życiu zawsze byli tylko Ci i Tamci, nikogo szczególnego. Nikogo, z kim mogłabym uciekać i popadać w nałogi najgorsze z najgorszych. Lubiłam trochę udawać, że może Tego czy Tamtego trochę dotyczy to, co dotyczy mnie; niech robi sobie nadzieje, niech myśli o mnie, że mnie nic nie obchodzi, że możemy walić po żyłach obojętnie co, bo ja robię to z miłości do Tego, Tamtego. Każdy się na to nabiera, w pewnym momencie nawet ja, gdy mózg odmówi mi posłuszeństwa.
Jednak to cały czas był błąd, bo nigdy nie byłam w stanie nazwać siebie ćpunką. To zawsze działo się obok mnie, a ja nie brałam w tym żadnego udziału. Zgodziłam się, bo sobie pomyślałam, no Boże, niech się dzieje: wszystko, nic! Cokolwiek! Jakieś dwa lata przećpałam, zrobiłam to z smutnej konieczności… Dlatego, że nie potrafię już kochać, a jeśli kocham jest to sztuczna ułuda. W końcu jakiś dzień, Bóg wie jaki, a mi się odechciało i uciekałam, jeszcze nigdy nie biegałam tak szybko, miałam tak dość ćpania i Tego, Tamtego, tych Winnych, mniej Winnych. Ale każdy dźwięk telefonu (jak mogłam go kupić, to nie ja) zawsze dostarczał mi tego samego wspaniałego uczucia. Mają, dla mnie, przyniosą, będzie Ten, będziemy razem! Uwalimy się i będziemy się pieprzyć! Myślałam tak, dopuszczałam do siebie te myśli, żeby móc siebie nienawidzić. A potem próbować kochać.
Lubiłam kiedyś mówić, że to już ostatni raz, teraz kilka lat przerwy. Mówiłam tak jakiś czas temu, że ostatni raz walniemy, potem już nie ćpam, bo sam widzisz, jaka jestem padnięta. Już ledwo widzę, wszystko mi się rozmazuje. A Ten gada, że mam rację, on też rzuca, trzeba rzucić. Nowy Rok, święta i w ogóle to już jest poważna sprawa, bo rzucimy i żadnej innej myśli, naprawdę żadnej: rzucimy.
A potem to się jeszcze trochę ciągnęło. I w końcu rzuciliśmy.

Ale to w ogóle nie miało żadnego znaczenia. Nic nie wniosło do mojego życia, a miało się naprawiać, ja miałam się otwierać, wysuwać z siebie małe szufladki. Inni mogliby trochę we mnie pogrzebać, kiedy ja nie mogę, czuję się jakbym się zatrzasnęła w szafie.

***
Wczoraj umyłam siebie, swoje dłonie i włosy. Byłam z tego bardzo zadowolona, tak jak gdybym zrobiła coś nadzwyczaj wielkiego. Dzisiaj okazało się, że są święta, i że nie powinnam wstawać z łóżka. Nuda nade mną ciążyła, ciągle chodziłam wkurwiona.
Dostałam zaproszenie od mojej znajomej. Ona oczekuje, że przyjdę i będę udawać, że jestem pewna siebie. Nawet mi to kiedyś powiedziała. Nie chce ode mnie nic więcej. Normalnie pomyślałabym sobie, że głupia suka, ale się powstrzymuję. Ale przyjęłam zaproszenie, w końcu są święta. Uszykuję się, wyjdę i chciałoby się dodać, że chuj. Ale nie.
Mieszkała niedaleko, więc gdy szłam, lekko pochylona z rękami w kieszeni, mogłam rozmyślać. A szybko zauważyłam, że myślę tylko o tym, że myśleć mi się nie chce. Potem, że może powinnam czytać Witkacego albo jeść trochę zdrowiej. Tak czasem nachodziło coś tak idiotycznego, że może wyjadę, może Irlandia, Dominikana. Ale to tylko rozmyślania. Każdego dnia bałam się swoich myśli, chorób, w które mogę popaść. Chciałam odrzucać wszystko, co było możliwe, żeby nie czuć i mieć święty spokój. Bałam się chorób i samej siebie.
A jeśli ona otworzy mi drzwi i powie: „Agata, zmieniłaś się”? Wtedy się wystraszę i będę musiała wrócić do domu, a ona będzie wiedziała, że jest gorzej i pewnie pomyśli, że ją okłamuję, że jestem w ciągu, i że „nic mnie nie dotyczy”.
Nie mogłam zrozumieć tego, po co idę do mojej znajomej. A właściwie przyjaciółki, najbliższej, takiej jedynej. Idę do niej otwierać, zamykać buzię. Będę wypowiadać słowa, które w żadnym stopniu mnie nie dotyczą. To straszne.

***
Gdy u niej jestem, ze strachu boli mnie głowa. Wykonuję ostre ruchy i znowu uważam na to, co mówię. Brzmię żałośnie, mam nieprzyjemny głos, opowiadam, że znowu się zakochałam. Kocham tego i tamtego, a mój roczny już związek, być może, ma się ku upadkowi.
Ona jest smutna, opowiada trochę o swoich znajomych, o piciu wódki, a ja, że „jak ci zazdroszczę tych imprez!” I bez żadnego wahania, w końcu ona mówi: „Agata, zmieniłaś się”, a ja tylko czekam na to słowo, czekam na pochwałę Agaty, którą przed nią tworzę. Specjalnie dla niej.
Nie mogę sobie wmawiać, że dotyczy mnie jakieś rozdzielenie, bo chyba tak nie jest. Nie do końca, każdy jest jakoś rozdzielony, choć ciężko wierzyć w to, że idioci mogą czuć się skrajnie. Ja, bardzo prymitywnie, najchętniej podzieliłabym się na dwie części. Tak byłoby łatwiej, ale nie mam zwyczaju siebie okłamywać. Znowu się zamyślałam i podobała mi się wizja świata stwarzana przez moją przyjaciółkę. Małżeństwa z braku miłości albo z miłości lekkiej i przewidywalnej. Znowu czuję się źle, znowu narzekam i wmawiam jej, że chciałabym, chciałabym… Trochę opowiadam jej o Robercie, a ona nie chce słuchać wymyślonych opowieści o człowieku, którego nie znam. Wtedy się zatrzymuję i wracam do tej Agaty, którą ona chciałaby we mnie widzieć. Lubi się ze mnie wyśmiewać, tak po przyjacielsku i mówić mi niemiłe rzeczy, na które ja nie zwracam uwagi. Potem znowu wspomina o tym, że chciałaby zrobić sobie operację plastyczną uszu, a ja: ja też, ja też.
Przecież to nie może być zły czas, czuję się tak dobrze. Mam wrażenie, że ona głaszcze mnie wszystkimi swoimi niepotrzebnymi słowami. Te spotkania są potrzebne, choć ja nie potrafię w nie wierzyć.
A potem wychodzę, wracam do domu. Idę jeszcze wolniej, niż zwykle. Nie mam ochoty się uśmiechać, ani ćpać, ani popadać w obłęd. Już dawno przestałam wierzyć w swoje nastroje. Nic mnie nie obchodzi to, że czuję się dobrze czy źle. To nie ma żadnego znaczenia, gdzie się znajduję, gdzie ktoś mnie zawiesza. Już bardziej jak pranie, niż punkt w przestrzeni. Choć kiedyś usłyszałam, że jestem najlepszym punktem. Jakie to dziwne, może to dlatego, że trzeźwieję. Ale świat dotyczy mnie coraz bardziej.
Było mnóstwo powodów, dla których nie mieszkałam z osobą, z którą związana byłam od roku.
Od kilku tygodni nie czuję zupełnie nic do faceta, z którym się zaręczyłam. Jego oświadczyny przyjęłam tak entuzjastycznie w narkotycznym amoku, że aż było mi trochę przykro, że to wszystko jest wymyślone. Facet jest porządnym człowiekiem, zbyt spokojny i ułożony; narkoman, który rzuca. Nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze miesiąc temu uciekałam z domu po to, żeby spotkać się z nim w hotelu i uprawiać jasny, piękny seks. W to kochanie wierzyłam najmocniej na świecie, nie było dla mnie nic ważniejszego, niż kilkadziesiąt pocałunków i te wszystkie cudowne słowa, które szeptał, klęcząc przede mną, łapiąc za co popadnie. Ten facet mnie kocha, a mi jest znowu wszystko jedno.
Lubiłam opowiadać mu, że znowu się zakochałam w świetnym facecie, który jest bogaty, sławny „i w ogóle wiesz!” Ten był bliski płaczu, ja czułam nieopisaną satysfakcję z tego, że jestem najgorszą świnią świata.
Dzisiaj godzę się z sobą i przyznaję, że jestem prawdziwą brzydką mną. Wyobrażam sobie, że spotykam Ćmę barową, która pyta mnie „kim chcesz być?” albo "Jesteś wszystkim, co brzydzi mnie w człowieku."
To ja jestem Ćmą i sama chcę siebie osądzać.

Wiedziałam, że nadejdzie chwila, w której powiem, że to wszystko sobie wymyśliłam. Życie w ułudzie to rozkosz dla smakosza. Jeszcze kilka dni temu mój Ukochany przytulał mnie i całował po szyi, a ja zmuszałam się do zaakceptowania jego zapachu. Ciężko było mi przyznać, że to ten człowiek jest najlepszym dla mnie, że nikt inny się nie znajdzie. Nikt albo on. To z nim udaje mi się nawiązać metafizyczne porozumienie. Tyle, że ja już w takie porozumienia nie wierzę.
Gdyby mi chociaż powiedział, że mam problem. Kiedy to on użala się nad sobą całymi nocami i mówi, że chce tylko mnie. Najlepsze jest jednak stwierdzenie, które mówi zbyt często:
- Cieszę się, że cię mam.
To nieprawda. Wolałabym, żeby powiedział: „jesteś nie do zdobycia, a godzisz się na spotkania ze mną!” Tego właśnie oczekuję. Równie dobrze mogłabym powiedzieć sobie, że jestem głupia.

- Agatka, gdzie idziesz?
Moja mama ma wielkie wyłupiaste oczy. Czasem nasze spojrzenia się spotykają, serce mi trochę mięknie, ale nie odpowiadam. Właściwie to jestem całkiem grzeczna, potrafię rzucić kilka słów bardzo cichym głosem, nie doszukując się w tym niczego. I godząc się na mamę.
- Zaraz przyjdę – mam dziś smutną twarz, więc nikt mnie o nic nie pyta.
Ciągle jestem jeszcze małą dziewczynką, która nie potrafi się z niczym pogodzić. Mówię, że nie, bo nie. I nic więcej, co mogłabym o sobie powiedzieć. Czy przekleństwa dodają mi uroku? Nie chcę wychodzić, ale wychodzę. Znów zgubię się w sobie na ulicy, to moja nowa pasja.



cdn
Ostatnio zmieniony śr 11 cze 2014, 15:52 przez Miggy, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
Ostrowski
Pisarz domowy
Posty: 92
Rejestracja: pt 27 gru 2013, 02:09
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Ostrowski » ndz 29 gru 2013, 18:27

auto-kadzenie


Co? Że co? To jakby rodzaj używania kadzidła na samym sobie? „Zakadzidłowianie się”? Google nie znajduje takiego czegoś... :(

I zastygam tak czasem na kilka tygodni.


Ja bym to skleił ze zdaniem wcześniejszym – jak na moje – brzmiałoby lepiej.

wiszącymi na jebanej gałce ocznej


Zepsułaś tym przekleństwem taki ładny styl.

a zakończenie „Wilka stepowego” to najgorsza rzecz, która mi się przytrafiła.


Nie jestem pewny, czy odnosisz zakończenie do życia bohaterki, czy krytykujesz... Bo jeżeli to drugie – ranisz moje serduszko.

Kurczaki! Ten ostatni akapit pierwszej części. No brzmi tak gimnazjalnie, tak płytko! A tak pięknie wszystko na razie szło, gdyby nie skończyło się na opisach, a chociaż ten ostatni, jedyny akapicik zawierał w sobie życie!

niedźwiedziem z fioletowymi dziąsłami


To jakiś symbol?! Coś czuję, że wskakujesz na jakiś wyższy stopień semantycznego znaczenia tekstu – chyba o jakieś trzy poziomy za wysoko.

I wybacz, ale to brzmi trochę, jak narkotyczny trip (no rozumiem, narkomanka, opis w pierwszej osobie, ale mimo wszystko...), podróż do wnętrza siebie, bez żadnej konkluzji, uniwersalizmu. Brakuje przeplatania w tym wszystkim świata, równie dobrze – a byłoby to ciekawe – mogłabyś pomieszać to z opisem ulicy i aut, usunąć kropki; strumień świadomości jak się widzi! Dopiero później mamy jakąś rzeczywistość, ale zbyt zamgloną, żeby wykrzesać z tego „coś”.

Ja pierdolę.


O, to już ładniej wkomponowane.

Idę, nie wiem gdzie, bo idę po to, żeby wyjść.


Lubie taką stylizacje zdań – powtórzenia czasami są magiczne. Ogólnie podoba mi się styl – o dziwo dobrze mi się czyta (co zdarza się rzadko).

Taka moja mała konkluzja.
Jest potencjał, ale brakuje sensu. Może w kontynuacjach (cdn na końcu) będzie można mówić o jakiejś semantyce, czy głębszych przemyśleniach, jakimś sensie, refleksji, analizie – na razie wszystko to tylko opis ze szczątkową akcją, bebechy bohaterki, która – mam nadzieję – nie jest do końca tobą. Jeżeli już chcesz wiedzieć, co ja bym w tym widział, to w dalszej części mogłabyś trochę skupić się na umiejętności kochania, a może wyjdzie z tego nie opowieść o narkomance, nie romans, ale dość ciekawa refleksja nad funkcją erosowego uczucia w dzisiejszym społeczeństwie.
Jak na razie mogę powiedzieć, że jest to ładne – idealne, żeby przeczytać, rozerwać się i zapomnieć.


Wszystkim wierszoklejom polecam przed pisaniem:
B. Chrząstoska, S. Wysłouch: Poetyka stosowana
A. Kulawik: Poetyka
Obrazek

Awatar użytkownika
b.art
Pisarz domowy
Posty: 50
Rejestracja: wt 25 cze 2013, 13:12
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: +48 22
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: b.art » pn 30 gru 2013, 19:08

Widzę Cie dwojako, Migg. Rozdzielenie.
Temu tekstowi daleko od Twoich poprzednich eksplozji. Tam był Olimp, tu jest w miarę ok.
Czyli jedziesz główną ulicą, na długich, od czasu do czasu waląc w klakson (mój ulubiony Twój fioletowodziąsły niedźwiedź) i waląc kawę na ławę. Prosto i jasno. Poprzednio skradałaś się chyłkiem, zgięta wpół, po bocznych uliczkach, trochę na głodzie, a trochę przesiąknięta wszystkimi barwami świata zaułków i - wybacz - zaszczanych suteren, łamanych na bramy z elementem wchłaniającym dysocjacyjną chemię.
Jakoś bliżej mi do zaułków.
Jakoś bliżej Ci do zaułków.
No i teraz jak się odnieść do tego co powyżej?
Myślę, że wykonałaś całą tę mrówczą pracę rzemieślnika ostrzącego narzędzia. Tu talent nie jest potrzebny, tu liczą się nieprzespane godziny, zdolność do dźwigania monotonii rytmicznego stukotu w klawiaturę, porządek w narzędziach, przekładanie liter na tysiące znaków i arytmetyka hydraulika. Bardzo mnie to ucieszyło, bo samym talentem dojechałabyś do ściany, a tam licho z drabiną i nie ma jak się przedostać na drugą stronę.
Dobrze, że ćwiczysz. Dobrze, że bywa miałko. Dobrze, że nie zawsze potrafisz.
Bo nie spotkałem tutaj nikogo, kto dorównywałby Ci talentem.


Wiesz? Nie istniejesz.

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 752
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » czw 02 sty 2014, 21:39

Czytam. Czytam wszystko Twoje, co zawisa w Tuwrzuciu. I nie mogę wyjść z podziwu, na ile sposobów można opisać coś, czego NIE MA w dzianiu się.

Ty masz piekielną moc w sobie, w tym, co potrafisz z siebie wydrzeć, co potrafisz zaobserwować z tysięcy punktów widzenia, wszystkich tych „ja” i „nie-ja”, które klonują się nieustannie, równie nieustannie – i bez wysiłku – monologując.

To JEST fascynujące, ten fantomowy świat okruchów stłuczonego lustra, jednak wycieczka doń nie jest bezkarna, za podziwem dla językowej inwencji, czy bogactwa znaczeń kryje się zmęczenie i niechęć czytelnika, zagonionego na śmierć pościgiem za jakąkolwiek strukturą, wreszcie zniechęcenie, kiedy orientuje się, że nic mu nie dajesz, poza możliwością pokontemplowania zbudowanego przez Ciebie pomnika niepospolitej biegłości w składaniu słów, wciąż od nowa i od nowa.

Czysta forma? Wydaje mi się, że może być raczej intelektualnym punktem odniesienia, niż rzeczywistą strategią, nadrzędną koncepcją organizującą tworzenie dzieła literackiego. Cytowany Witkacy w przestrzeni literatury funkcjonuje głównie poprzez utwory, którym jednak narzucił - niechciane - formalne ograniczenia.

Nie chciałbym się wdawać w teoretyczne wywody, bo nie mam do tego kwalifikacji, zatem potraktuję kwestię najprościej, jak można.

Masz absolutnie prawo pisać tak, jak uważasz za stosowne, jednak pokazanie tekstu na forum jest w moim pojęciu również pytaniem o czytelniczą reakcję.
Jako czytelnik mam do powiedzenia tyle, że:

1. Utrzymujesz znakomity poziom poprawności językowej (dlatego – według mnie - Twojego prawa do pisania, jak chcesz, nic nie ogranicza), wyjątkowej wyobraźni i wyczucia melodii języka.

2. Nie popadasz już w histeryczno-bombastyczne tyrady (to jest coś, co – oprócz akcentów ustrojowej uległości - w moim pojęciu rozwaliło przekaz Krzysztonia)

3. Nie dałbym rady (podobnie jak większość wypowiadających się pod kolejnymi odsłonami) przebrnąć przez tekst rozmiarów powieści napisany takim stylem.

4. Choć absolutnie nie wykluczam tego, że dla czytelników bardziej wnikliwych, nastawionych bardziej refleksyjnie niż ja, taka powieść mogłaby być rodzajem ksiąg świętych, z których wyimki studiuje się, poddając szczegółowej egzegezie :-)

5. Natomiast chętnie przeczytałbym powieść „mozaikową”, do konstrukcji której zostałby użyty taki strumień świadomości, waląc co jakiś czas w łeb swoją bezkompromisowością czytelnika uśpionego tradycyjną narracją.

Podpisano: Wujek Dobra Rada :-P

Zatwierdzam weryfikację - Gorgiasz
Ostatnio zmieniony śr 11 cze 2014, 15:51 przez Leszek Pipka, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » ndz 25 maja 2014, 14:03

Bardzo dobry, osobisty tekst. Czytałem go wcześniej, ale później jakoś wypadł mi z pamięci i zniknął z oczu. A szkoda. Sądzę, że takie teksty powstają pod wpływem tego, co kiedyś (nie wiem jak teraz) określało się mianem natchnienia. I są niepowtarzalne. Minęło trochę czasu, odkąd go napisałaś, ostatnio piszesz trochę inaczej, więc uwagi natury ogólnej nie mają sensu. Ale czasem postaraj się jednak przypomnieć sobie tworzącą go, szczerą, otwartą i przejmującą w sumie atmosferę, którą na pewno warto będzie wpleść w kolejne Twoje prace.

Tradycyjnie trochę szczegółowych uwag. Wygładziłbym go jednak i zachował, bo może się przydać, np. do jakiegoś zbiorku, czy przedstawienia jeszcze gdzieś indziej.

Tutaj jest miejscem nieprzypadkowym, a często się dzieje, że nad miejscem tym czuwa opatrzność.

Logiczniej by było: ...że nad miejscem takim czuwa opatrzność.

i uprawiać wspaniałe auto-kadzenie.

Uważam, że „auto-kadzenie” tutaj pasuje. To, że nie na go w Google, czy gdziekolwiek indziej – nie ma znaczenia. Nawet jeśli byłoby to całkowicie nowe, nieistniejące słowo, to masz prawo go stworzyć.

Bo to już wtedy mówiono mi, że potrafię się rozkrajać i wyciągać z siebie po kolei.

„rozkrajać” nie pasuje (subiektywna opinia), napisałbym „rozciąć”

Zostawiają mnie tak niezdolną do słowa, że nie potrafię wtedy wykonać choć najmniejszego ruchu.

Zamiast choć – choćby.

I nie mogę się zmusić, żeby spojrzeć na tą twarz.

„tę twarz”

A każdy mówi, że takie cuda zdarzają się tylko mi.

A każdy mówi, że takie cuda tylko mnie się zdarzają.

Pomyłki, przypadki i nieproporcjonalne fatum.

Sądzę, że określenie „nieproporcjonalne” nie pasuje do fatum.
Fatum przedstawia nie do końca określone pojęcie, intuicyjne trochę, ale pochodzące jakby z innej rzeczywistości, przekraczając możliwości pojmowanie człowieka według jego standardowego podejścia do świata. A proporcjonalność, to matematyczne, techniczne sformułowanie. Inna bajka.
A fatum – jako czemuś spoza naszego świata – trudno przypisać jakieś przymiotniki. Może „niespodziewane”?

Zaczyna przeszkadzać powtarzalność, zapętlanie się sensów i zderzające się skrajności.

Pierwsze „się” do usunięcia.

Obraz samego siebie zaciera się, gniecie i staje się coraz bardziej nieistotny

Zbyt dużo tych „się”:
Obraz samego siebie zaciera się, gniecie, będąc coraz bardziej nieistotnym.

Ale po co to komu, te głupie oczy, skoro absolutnie żadnych sensów w środku, skoro tylko gówno…

„gówno” nie pasuje. Wulgaryzuje i spłyca. A te rozważania są bardzo pięknie, poetycko prawie , ujęte. Wstawiłbym tu „nicość”/”pustka”.

tęsknię do tych prostych słów, zwykłych uśmiechów, tego bezmózgowa…

„bezmózgowia”

W moim życiu zawsze byli tylko Ci i Tamci, nikogo szczególnego.

Skoro nie było nikogo szczególnego, to „Ci” i „Tamci” napisałbym mała literą.

Jakieś dwa lata przećpałam, zrobiłam to z smutnej konieczności…

„ze smutnej konieczności”

a jeśli kocham jest to sztuczna ułuda.

„ułuda” z założenia jest raczej sztuczna.
Napisałbym: ...jest to złudzenie.

W końcu jakiś dzień, Bóg wie jaki, a mi się odechciało i uciekałam,

Chyba chodziło: W końcu w jakiś dzień...

Normalnie pomyślałabym sobie, że głupia suka, ale się powstrzymuję.

Przed myśleniem chyba nie musisz się powstrzymywać.

lekko pochylona z rękami w kieszeni,

„rękoma”

Potem, że może powinnam czytać Witkacego albo jeść trochę zdrowiej.

Lepiej „odżywiać się”

być może, ma się ku upadkowi.

Lepiej bez przecinka.

Nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze miesiąc temu uciekałam z domu po to,

Nie mogę uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu uciekałam z domu po to,

który jest bogaty, sławny „i w ogóle wiesz!” Ten był bliski płaczu,

Brakuje kropki.
Zamiast „Ten” dałbym „On”.

Właściwie to jestem całkiem grzeczna, potrafię rzucić kilka słów bardzo cichym głosem, nie doszukując się w tym niczego.

Sens tego zdania, jest dla mnie niejasny. Chyba powinno chodzić o to, aby mama się w tych słowach niczego nie doszukiwała?




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości