Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

[Sci fi] Powstanie kultu Kohena

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

[Sci fi] Powstanie kultu Kohena

Postautor: mateusz9206 » wt 25 lut 2014, 16:21

Witam.
Utwór jest opowiadaniem składającym zbiór kilku opowiadań będących wstępem do powieści, nad którą nieprzerwanie pracuję.

Wersja PDF, dla lepszej przejrzystości: http://speedyshare.com/UmpyV/Powstanie-Kohena.pdf

Tekst:
Setka osób na pokładzie. Pięć przebudzonych, reszta w komorach energetycznych. Piątka operatorów przybrała człekokształtne formy, którymi posługiwano się jeszcze sprzed ewolucji energetycznej.
Okręt „Hutzil” należał do floty Poszukiwaczy. Ich misją było odnajdowanie wszelkich placówek Pierwszych oraz ich sojuszników, a następnie w miarę możliwości eksterminacja wszystkiego co żywe, bądź powrót do trzonu floty z informacją o położeniu bazy. Bitwa nad ostatnią planetą zakończyła się wynikiem podobnym, jak w niemal każdym starciu. Około setka okrętów Pierwszych rozbita przez pięć jednostek Poszukiwaczy, z czego drudzy stracili cztery okręty. „Hutzil” był zatem ostatnim okrętem z formacji. Gdy tylko rozbite wrogie siły dokonały przeskoku do nieznanej lokacji, kapitan podążył ich śladem.
Silniki hiperprzestrzenne „Hutzila” pozwalały na niemal natychmiastowy przeskok. Jednak zmuszeni podążać za wrogiem, ograniczyli prędkość zaledwie do pięciu procent wydajności jednostki, aby lecieć za przeciwnikiem i nie wyprzedzić go kilkunastokrotnie. Załoga miała znowu mnóstwo wolnego czasu dla siebie.
Wszyscy przebudzeni spotkali się w mesie. Jej rozmiary były niewielkie, bowiem zaprojektowano ją z myślą wyłącznie o załodze niezbędnej do eksploatacji statku. Twarze wszystkich były posępne. Początkowo flota Poszukiwaczy liczyła dziesięć jednostek. Pomimo niebywałych sukcesów na froncie, armia w skład której wchodził „Hutzil” malała. Doskonale wiedzieli o tym, że żadne posiłki nie przybędą. Byli sami w obcym wszechświecie. Nie byli w stanie odbudować cywilizacji. Zwycięstwo nad przeciwnikiem nie przyniesie im nic po za satysfakcją. Mimo to walczyli. Ginęli na froncie, jakby ta wojna miała jakieś znaczenie. Tak bowiem nakazał Obserwator, dowódca ekspedycji, a posłuszeństwo było głównym ogniwem spajającym całą cywilizację.
Zgodnie z tradycją, nikt się nie odezwał dopóki nie przemówił kapitan.
Ten usiadł przy stole i oparł na nim splecione na przedramionach dłonie. Myślami przywołał obraz ostatniej bitwy. Hologram umieszczony w stole, w przyspieszonym tempie przedstawił ją od początku do końca.
- Zatem zostaliśmy sami. Zapłacą nam za to. – powiedział od niechcenia. Xerethos nie przepadał za regulaminowymi formułkami. Wystarczyło powiedzieć cokolwiek, aby pozwolić reszcie załogi na mowę.
- Kapitanie, z całym szacunkiem, czy przy takich stratach nie powinniśmy wrócić do głównej floty? Nasza grupa przestała istnieć. – powiedział po chwili młody mechanik. Jego znajomość okrętu była imponująca, ale wiek budził niemałe zaskoczenie wśród wyższych dowódców. Dziesięć tysięcy lat, tyle bowiem sobie liczył ów marynarz, było niezwykle krótkim żywotem wobec innych, których wybrano na członków ekspedycji.
- „Hutzil” będzie dalej kontynuował powierzone nam zadanie. W razie potrzeby, wycofamy się, ale póki jesteśmy w stanie, będziemy ścigać wroga. Nie sądzę, aby jednostki za którymi podążamy leciały do jakiegoś ważnego punktu. Rozbijemy tą placówkę do której się udają i dopiero wtedy powrócimy do floty Obserwatora. Być może dostaniemy nowe rozkazy, ale na chwilę obecną, trzymamy się starych.
Margrabia Shywia nie mogła pogodzić się ze stratą pozostałych statków tak łatwo, jak reszta załogi. Poprzednim dowódcą Poszukiwaczy był jej kochanek – Mammon. Zastanawiała się, czy to przez wzgląd na nią „Hutzil” dostał za zadanie przejścia na tyły formacji wroga i zniszczenie wrót skoku oraz lekkich fregat ich zabezpieczających. Zastanawiała się, co by było gdyby piątka statków ostrzeliwała flotę wroga, zamiast czterech. Przewaga ogniowa nad wrogiem była tak duża, że każdy kolejny pojedynczy statek mógł przesądzać losy bitwy.
- Shywia – zwrócił się do niej kapitan. – daliśmy z siebie wszystko. Nie ma szans na wygraną, wszyscy o tym dobrze wiemy. Dzisiaj oni, jutro my. Nieważne jaki los podzielimy – przetrzebimy tą galaktykę planeta po planecie – reszta na chwilę zmusiła się do uśmiechu. Wisielczy humor nie opuszczał załogę.
Ekspedycja przybyła do naszego wymiaru w celu znalezienia nowego domu. Ten, z którego przybyto - umierał. Wykończyły się wszystkie surowce naturalne a kosmos zamarzał. Ostatnie tysiąclecia poświecono na budowę mostów międzywymiarowych. Miała to być jedyna droga ratunku dla ocalałych do tej pory. Wysłano dwadzieścia ekip – każda wyposażona była w równo sto statków typowo militarnych i okręty wsparcia. Na końcu pięć potężnych holowników wiodło olbrzymie, międzywymiarowe wrota, umożliwiające połączenie się z ojczystym wymiarem.
Przez kilka pierwszych dziesięcioleci, rozdzielona ekspedycja zwiedziła wiele systemów Drogi Mlecznej. W końcu natrafiono jednak na Pierwszych. Lord Obserwator w swojej pysze nakazał rozgromienie obcych. Zapoczątkowało to wojnę, która miała przynieść zgubę każdej, zaawansowanej cywilizacji w tamtym okresie. Pierwsi byli o wiele słabszą siłę militarną od sił ekspedycji, ale ich liczba była olbrzymia i stale rosła. Gdy utracono wrota międzywymiarowe, klęska nowoprzybyłych do naszego świata była już pewna – skoro pobratymcy z ojczystego wymiaru nie zdołają otworzyć mostu, nie przybędą posiłki a ekspedycje uzna się za zaginioną. Lord Obserwator nakazał od tego momentu walkę do końca, za wszelką cenę. Opętani rządzą zemsty współtowarzysze posłusznie wykonywali rozkazy.
Do dnia dzisiejszego ocalało jedenaście statków, wliczając w to „Hutzila”. Liczba bardzo niewielka, wciąż jednak niosąca ze sobą olbrzymie zagrożenie.
Po kilku niezobowiązujących rozmowach, wszyscy zebrani powrócili do swoich stanowisk. Zgodnie z wyliczeniami głównego komputera, uciekinierzy musieli zatrzymać się w systemie, do którego właśnie docierali. Analiza okazała się słuszna. Autopilot otworzył okno hiperprzestrzeni i „Hutzil” powrócił do normalnej przestrzeni. Znajdowali się około 37 tysięcy jednostek astronomicznych od centralnej gwiazdy układu. Rozmieszczenie sił wroga było niezwykłe. Olbrzymia flota była zgromadzona nad czwartą planetą w układzie. Niewielka jej część stacjonowała na orbicie planety piątej. Trzy statki uciekinierów mozolnie poruszały się w stronę sojuszników.
- Kapitanie… - wymamrotała Shywia. – Skupisko wroga przekracza niemal dwukrotnie to, co spotkaliśmy w systemie Hoeb. Nie możemy nawiązać z nimi walki, nie rozbijemy nawet trzydziestki okrętów.
Xerethos spojrzał na wyświetlacz. Rzeczywiście, flota wroga mogła budzić podziw i dozę niepokoju. Coś jednak utwierdziło kapitana w przekonaniu, że nie mogą opuścić tego systemu tak prędko jakby tego chciał, aby zdać raport Obserwatorowi.
- Wyhamuj okręt i ukryj nas za tą planetą karłowatą. W między czasie wystrzel drony i zacznij głębokie skanowanie. Chcę wiedzieć co oni tu robią. Ten system jest nietypowy i założę się, że ma większe znaczenie. Chcę wiedzieć wszystko o tej czwartej planecie. Dlaczego jej tak bronią?
Shywia bez komentarza posłała bezzałogowe jednostki w głąb układu. Kilkanaście minut zajęło im dotarcie do wyznaczonego celu. Przy określonej pozycji, drony uruchomiły nadajniki nadprzestrzenne. Obraz na głównym monitorze „Hutzila” przesyłany był bez większych opóźnień.
- Woda… - Xerethos z zaskoczeniem przyglądał się zdjęciom. Nie widział jeszcze od przybycia do tego wszechświata planety bogatej w tak podstawowy zasób – woda w stanie ciekłym. Dopiero zdał sobie sprawę z wagi tej planety. Jej położenie było idealne. Jego uwagę od globu odwróciła margrabia.
- Kapitanie, proszę spojrzeć na typy jednostek. Niemal trzy czwarte z nich należą do Litium. Jakby tego było mało, wydaje się, że część z nich planuje opuścić ten system, właśnie nabierają prędkości i poruszają się po przeciwnym do nas wektorze. Pozostałe statki formują się w naprzeciwko nas. Jest kilka jednostek Pierwszych.
- Pierwsi i Litium współpracujący razem? Co tu się wyprawia? – pomyślał na głos Xerethos.
Kłębiły się w nim różne myśli. Wiedział, że powinien przekazać swoją pozycję głównej flocie. Z drugiej jednak strony, miał na uwadze fakt, że ich przegrana i tak jest nieunikniona. Poszukawicze zostali już niemal rozbici w poprzedniej bitwie. Czy powiadomienie dowództwa w jakiś sposób wpłynie na los tej bitwy? Stracą tylko mnóstwo czasu, a jemu tak bardzo zależało na zemście. Jedyne o czym teraz marzył to ruszenie na wroga z pełną prędkością, staranowaniu kilku jednostek i ostrzelaniu wszystkich pozostałych. Pięćdziesiąt cztery okręty przeciwko jednemu „Hutzilowi”. Znaczna większość jednostek na polu bitwy należała do Litium – cywilizacji absolutnie nie liczącej się w tej wojnie pod względem militarnym.
Atakować i zemścić się?
Wrócić jak nakazuje regulamin i jedynie odwlec nieuchronną kleskę?
W przypadku innych dowódców podjęcie takiej decyzji na pewno wymagało by więcej czasu, ale Xerethos był stosunkowo młody i porywczy. Pomimo widocznego niezadowolenie Shywiej rozkazał on rozpędzenie jednostki do maksimum i zaatakowaniu wroga pełną siłą.
Hutzil przyspieszył bardzo szybko, okręty przeciwnika nie były w stanie mu dorównać. Xerethos wprowadził statek w ruch obrotowy. Pomimo potężnych przeciążeń i osłabienia tarcz, jednostka poruszała się bez problemów. Burtowe działa plazmatyczne wysunęły się i zgodnie z obliczeniami komputera celowniczego, ostrzeliwały jednostki przeciwnika. Wirująca machina wypluwała z siebie niezliczone ilości pocisków. Zanim statki przeciwnika zdołały w jakikolwiek sposób zareagować, „Hutzil” przebił się przez środek formacji i wyrżnął w niej dziurę. Znajdował się teraz na tyłach wroga, który nabierał prędkości w przeciwną stronę.
Xerethos zmienił kurs. Statek zatoczył półkole i wracał, chcąc ponownie natrzeć na przeciwnika. Ustawione tyłem, wrogie jednostki prowadziły nieskuteczny ostrzał wobec rozpędzonego statku. Żaden ze okrętów Litium, ani Pierwszych, nie był w stanie rozwinąć takiej prędkości jak „Hutzil”. Miał niezwykle potężne tarcze kinetyczne pulsacyjne. Shywia z zadowoleniem zwróciła kapitanowi uwagę, że w ich błyskawicznym natarciu zdołano zniszczyć wszystkie okręty Pierwszych. Eliminacja Litium nie powinna stanowić problemu – wiadomość ta ucieszyła kapitana, ale nie wywołała większego zaskoczenia.
„Hutzil” następne półkole zatoczył jeszcze dalej, chcąc nabrać większej prędkości. Będąc na kursie kolizyjnym z resztkami wrogiej floty, działka obydwu stronnictw rozpoczęły ostrzał.
Dowódca wrogiej floty widząc, że przegrana jest nieuchronna, postawił wszystko na jedną kartę. „Hutzil” nabrał zbyt dużej prędkości, aby szybko zmienić kurs bądź wyhamować. Wróg zbliżył do siebie okręty, ustawiając je w linie, jeden za drugim, po cztery na rząd.
Zanim informacja ta dotarła do komputera strategicznego, którego wyświetlacz holograficzny znajdował się blisko Xerethosa, było już za późno.
- Kapitanie! Proszę spojrzeć na ich formację! – krzyknęła przerażona Shywia.
Xerethos zabrał wzrok z nad panelu komputera celowniczego i spojrzał na hologram. Kilka sekund zajęło mu przetrawienie danych.
- Maksymalna moc do przednich osłon! Zmniejszyć prędkość! – rozkazał z hukiem.
Błyskawiczny rozkaz nie poprawił ich położenia. Rozpędzony statek miał zaraz staranować kilkadziesiąt jednostek wroga. Ostrzał z broni energetycznych nie miałby takiego wydźwięku na osłonach jak przejście przez rząd eksplozji spowodowanych wybuchem reaktorów hiperprzestrzennych jednostek Litium. Z każdym kolejnym rzędem, osłony „Hutzila” słabły w mgnieniu oka. Czwarty, piąty… szósty rząd był ostatnim. W linii pozostały już tylko cztery rzędy, ale statek Xerethosa do nich nie dotarł.
Osłony kinetyczne wyczerpały się i eksplozje oddziaływały bezpośrednio na kadłub. „Hutzil”, jako szybka jednostka pościgowa, nie miał grubego pancerza i potężne wybuchy szybko przełamały jego konstrukcję. Załoga umieszczona w komorach energetycznych zginęła błyskawicznie w czasie snu, chwilę później spopieleni zostali troje mechaników. Ocalał jedynie mostek, który rozmyślnie zbudowano jako swego rodzaju kapsułę ratunkową. Awaryjny generator zasilił zewnętrzne ściany pomieszczenia słabym polem kinetycznym, a całość została wystrzelona do tyłu. Gdy pozostałości po okręcie nacierały na kolejne jednostki Litium ustawione w rzędzie, mostek znajdował się bezpiecznie z tyłu.
Xerethos nie czuł przerażenia. Nie czuł właściwie niczego. On od dawna pogodził się z zaistniałą sytuacją. Uważał się za martwego na długo przed dołączeniem do Poszukiwaczy. Każda misja była dla niego zabawą. W zaledwie kilka jednostek niszczył potężne floty wroga. Sam mógł zginąć w każdej chwili, ale ponieważ uważał się za trupa – nie przywiązywał do tego uwagi. Czerpał zatem satysfakcję z każdej bitwy. Nie inaczej było teraz. Pomimo utraty całej załogi, z wyjątkiem Shywii, nie zastanowił się nawet na chwilę nad tym, co właśnie się wydarzyło. Kapsuła ratunkowa, którą stanowił mostek wraz z pewną nadwyżką urządzeń, nie była w stanie prowadzić walki z ocalałymi jednostkami wroga. Jej osłony także nie zapewniłby przetrwania pod długotrwałym ostrzałem. Xerethos wydał rozkaz margrabii:
- Kurs na planetę. Skieruj nas gdziekolwiek, to nie ma znaczenia.
Shywia wykonała rozkaz. Nie podobały się jej decyzje kapitana. Uważała go za istotę bardzo odważną, ale kompletnie pozbawioną pomysłu na swoje działania. On po prostu walczył z wrogiem, nie liczyło się dla niego życie załogi ani nawet własne przetrwanie. Chciał po prostu siać śmierć i zamęt w armii przeciwnika. Zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby dołączyli do głównej floty, cały system mógłby zostać oczyszczony z wszelkich statków oponenta. Teraz zostali tutaj sami, bez cienia szansy nie tyle na wygraną, co na zadanie przeciwnikowi dodatkowych strat. Pocieszała się jedynie myślą, że będą w stanie znaleźć na planecie coś, co pozwoli im wrócić do gry.
Okręty Litium powoli obracały się w kierunku planety i lecącej kapsuły, chcąc ją ostrzelać, ale wysokoprężne silniki nadały jej taki pęd, że zaledwie po kilkunastu sekundach, znajdowała się już w atmosferze planety. Lecieli na duży kontynent w pasie równikowym. Niespodziewanie silniki odmówiły posłuszeństwa i statek wolno zaczął się obracać wzdłuż jednej z własnych osi.
- Uderzenie w planetę przy tej prędkości może nas zabić! – Wykrzyczała.
Xerethos odpowiedział jej szaleńczym śmiechem.
- Jeśli tak, to zginiemy jak bohaterzy! – chwycił się kurczowo poręczy fotela, na którym siedział. Czy myślał tak naprawdę, czy chciał tylko pocieszyć towarzyszkę? Nie miało to teraz dla niej większego znaczenia. Shywia była pewna, że zginie, ale w przeciwieństwie do kapitana „Hutzila”, dla niej to robiło różnicę, nawet jeśli jej żywot w tym wymiarze nie miał jej już przynieść niczego dobrego. Kapitanowi w jakiś sposób udało zmniejszyć się kąt podejścia, co tylko nieznacznie poprawiło ich sytuację. Kapsuła z impetem uderzyła o glebę. Wybiła się na kilka metrów w górę, koziołkując przez spory dystans. Odłamki organicznego kadłuba wylatywały co chwila na boki. Kilka drzew stojących na drodze rozpędzonemu obiektowi w moment zostało wyrwanych wraz z korzeniami. Minęło kilkanaście godzin, zanim Shywia odzyskała przytomność. Czuła niewyobrażalny ból w lewym barku. Odwróciła głowę i zrozumiała dlaczego – straciła rękę. Miała także zmiażdżoną lewą nogę. Nie była w stanie się poruszać. Xerethos ciężko oddychał i patrzył na nią. Klatkę piersiową przebił stalowy wspornik, będący dawniej za pulpitem nawigacyjnym. Brunatna krew ściekała mu z ust. Sufit pomieszczenia był obniżony, wszędzie leżały odłamki instalacji poplamionych krwią. To był koniec ich podróży.
- Udało się. Żyjemy. – wymamrotał z trudem kapitan.
Shywia uśmiechnęła się ponuro. Wiedziała, co się teraz z nimi stanie. Była na to przygotowana już w momencie wejścia do atmosfery, gdy zrozumiała, że statek nie będzie w stanie normalnie wyhamować. Miała jednak nadzieje, że zdoła obudzić się po awaryjnym lądowaniu.
Ewolucja energetyczna cywilizacji z której pochodziła załoga „Hutzila” polegała na tym, że przedstawiciele tego gatunku byli w stanie opuszczać swoje ciała i zajmować inne. Nie tylko te, należące do ich rasy, ale zupełnie inne, nowe. Chociaż swój oryginalny wygląd cenili najbardziej, ta zdolność pozwalała im na wygrywanie bitew w niecodzienny sposób, całkowicie dezorientując wroga.
Obecnie, fizyczne formy ocalałej załogi „Hutzila” nie nadawały się do niczego. Nie mogli także przeskanować świata na którym wylądowali w poszukiwaniu najbliższych form życia. Musieli szybko opuścić ciała i mieć nadzieję, że znajdą coś zastępczego w pobliżu.
- Jesteś gotowa? – spytał kapitan.
- Tak. Zaczynajmy.
Zamknęli oczy i uspokajali oddech. Nabierali powietrza coraz wolniej i rzadziej. Ich głowy zaczęły rytmicznie pulsować, produkując „inteligentny” gaz. Ta chmura uwalniania przez usta była esencją ich samych. Ledwie widoczny, ciemnoszary pył przebijał się przez zdemolowany mostek. Wkrótce byli na zewnątrz.
Gdyby mieli oczy, na pewno oślepiło by ich górujące słońce. Mimo braku jakichkolwiek organów, widzieli i czuli normalnie, chociaż nie mieli żadnego wpływu na otoczenie. Poruszali się powoli w stronę najwyższego wzniesienia. Będąc na nim, mieli podgląd na całą okolicę. Fregaty Litium nadleciały nad miejsce kraksy i zabrały ze sobą resztki wraku. W niemal kilka godzin w całości usunęli wszelkie ślady po zdarzeniu. Przetrwała załoga „Hutzila” nie widziała, jak sprawnie ich wrogom poszło zabezpieczenie pozostałości po kapsule. Gdy tylko dotarli na największy, lokalny szczyt, zauważyli jakąś osadę. Na pokaźnym polu pasły się nieduże, rogate zwierzęta o białej sierści. Było ich kilkadziesiąt sztuk. W oddali, przy chatce zbudowanej z prymitywnych materiałów siedziała para osób - ludzi. Rozmawiali ze sobą. Xerethos i Shywia w swojej bezcielesnej formie przyjrzeli otoczeniu. Po drugiej stronie góry, u jej podnóża, wybudowano nieduża wieś. Budowle były identyczne jak ta zbudowana na wzgórzu.
Dawny kapitan „Hutzila” nie mogąc porozumieć się z towarzyszką przejął ciało jednego z pasterzy. Wpadło ono na chwilę w konwulsje, co zdezorientowało siedzącego obok przyjaciela. Shywia nie pozostała jednak zbyt długo w tyle i także połączyła się z drugim człowiekiem.
Chwilę czasu zajęło im obojgu zespolenie się z ludzkim układem nerwowym. Dopiero po kilku minutach mogli w całości kontrolować swoje nowe ciała a także przeglądać myśli nosicieli. Wtedy doznali szoku.
Ci ludzie nie wiedzieli nic o wojnie toczącej się w przestrzeni kosmicznej. Byli tak żałośnie prymitywni, że Xerethos czuł do nich litość. Nie znali nawet podstawowych praw fizyki. Oni po prostu sobie żyli. Tworzyli na nowo historię swojego gatunku.
- Kim są ci ludzie? Dlaczego ktokolwiek chciał ich pilnować? – zapytała zdziwiona Shywia, przyglądając się brudnym szatom noszonym przez jej właściciela i wciąż przeglądając wspomnienia. Targowisko, wypas kóz, posiłek, wypróżnianie… nic ponadto.
- Jestem równie zaskoczony, co i ty. Do tej pory napotykaliśmy same zaawansowane, ludzkie cywilizacje, ale ci, tutaj? Rozumiem, żeby jeszcze pilnował ich jeden okręt, ale nie cała flota…
Wtedy Xerethosowi przyszła do głowy intrygująca myśl. Co jeśli to nie byli zwykli ludzie? Nie mieli żadnego znaczenia militarnego. Mimo to, pilnowano ich. Musieli zatem stanowić jakąś wartość. Co więc, jeśli to oni sami są tą wartością?
- Kod genetyczny. – dodał po chwili. Shywia zrozumiała z opóźnieniem.
- Sądzisz, że mają coś specjalnego w swoim DNA?
- Tylko to przychodzi mi do głowy. Gdyby posiadali armię i flotę, zniszczylibyśmy ich od razu, jak wszystkich innych. Co więcej, szukalibyśmy ich. Przy ich obecnej wartości, wątpię, że natrafilibyśmy na nich kiedykolwiek, gdyby nie pościg z systemu Hoeb. Shywia pokiwała porozumiewawczo głową.
- Co zatem zamierzasz robić dalej, kapitanie?
- Nie wrócimy już do floty, ale to nie znaczy, że nie będziemy kontynuować walki. Wydaje mi się, że mamy tutaj większe pole manewru, niż walcząc na pokładzie „Hutzila”. Chcę zbadać tych ludzi, dowiedzieć się, dlaczego są tacy ważni dla naszych wrogów. Jeśli Litium opuści tą galaktykę, a Obserwator zniszczy wszystkich Pierwszych, zostaniem tutaj sami z tymi prymitywami. Przejmiemy nad nimi kontrolę i przekształcimy w naszą armię. Takie były zresztą plany od początku wejścia w ten system. Zasymilować wszelkie prymitywniejsze cywilizacje, a nie toczyć z nimi wojny. Niestety, nie udało się.
Shywia nie była do końca zadowolona, ale utknęła z Xerethosem na tej zapomnianej planecie. Chciała jak najszybciej dotrzeć do floty swoich pobratymców, ale gdy przyglądała się chacie przy której siedzieli, wiedziała, że nim zbudują własny statek zdolny do lotów nadprzestrzennych, miną tysiąclecia.
- Shywia! Pilnuj kóz. – roześmiał się na głos kapitan. – Idę odwiedzić mojego przyjaciela w wiosce, Jonasza. Może dowiem się czegoś nowego o okupacji Rzymian.
Margrabia wzięła laskę pasterską i podeszła do jednego ze zwierząt. Chwyciła ją za pysk i przyjrzała się jej.
- Muszę się wyżyć. To nie jest mój szczęśliwy dzień. Twój zresztą też.
Wyjęła z pochwy niewielki nóż i dźgnęła zwierzaka w brzuch z prawej strony. Robiła to z agresją i złością. Krew momentalnie zalała jej ręce. Zwierzę padło na ziemię, rycząc z przerażenia i bólu. Shywia głęboko odetchnęła i uspokoiła się widząc zwłoki.
- Miłe. Chyba będę robić to częściej.
Shywia wbrew swoim słowom, nie zabijała niepotrzebnie zwierząt, aby nie ściągać na siebie zbyt dużej uwagi. Lecz chcąc upamiętnić tą chwilę, kiedy straciła wszystkich bliskich i na setki lat została uwięziona pośród prymitywnych ludzi, stworzyła tradycję polegająca na zabijaniu kozła, według której miało to przynosić oczyszczenie ludziom poprzez przeniesienie win na zwierzęta. Nie miało to oczywiście żadnego logicznego sensu, po za zmianami psychologicznymi wśród grupy ludzi składającej ofiarę. Dla Shywii był to jednak pierwszy z elementów, który dodała na stałe do ziemskiej kultury.
Był to pierwszy dzień, kiedy prawdziwe „demony” pojawiły się na Ziemi.
Ostatnio zmieniony czw 27 lut 2014, 22:55 przez mateusz9206, łącznie zmieniany 2 razy.


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.

Awatar użytkownika
chilipouder
Pisarz domowy
Posty: 128
Rejestracja: pn 02 gru 2013, 16:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: chilipouder » wt 25 lut 2014, 18:22

Pomimo dość licznych niedociągnięć w sferze stylistycznej, czytałem z zaciekawieniem.
Nie jest to moja bajka, rzadko czytuję Sci-Fi, ale pomysł wydaje się interesujący.



Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mateusz9206 » wt 25 lut 2014, 18:58

Z tą stylistyką od zawsze miałem problem. Nawet nie wiem co to jest w zasadzie :D
już od gimbazjum na wszystkich szerszych wypowiedziach pisemnych dostawałem czwórki i piątki, ale zawsze miałem obok uwagę "styl!". Ktoś może mi podpowiedzieć na co zwracać uwagę?

Przy okazji kolejnego czytania znalazłem sporo dodatkowych błędów, zła odmiana, brak polskich ogonków. To się poprawi kiedyś.


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.

Awatar użytkownika
Galla
Dusza pisarza
Posty: 606
Rejestracja: sob 16 mar 2013, 10:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Galla » śr 26 lut 2014, 01:14

Hej, postaram się wskazac kilka miejsc ze zgrzytami stylistycznymi – może Ci to naświetli problem :)
Piątka operatorów przybrała człekokształtne formy, którymi posługiwano się jeszcze sprzed ewolucji energetycznej.

Poprawnie: przybrała formy sprzed rewolucji/ którymi posługiwano się przed rewolucją, ale jedno i drugie nie za bardzo pasuje. „Przybrała formy stworzeń żyjących przed rewolucją“?
Bitwa nad ostatnią planetą zakończyła się wynikiem podobnym, jak w niemal każdym starciu.

„Bitwa skończyła się podobnym wynikiem, jak niemal każde starcie.“
Około setka okrętów Pierwszych rozbita przez pięć jednostek Poszukiwaczy, z czego drudzy stracili cztery okręty. „Hutzil” był zatem ostatnim okrętem z formacji.

„Rozbita przez pięć jednostek Poszukiwaczy, którzy stracili cztery okręty. Pozostał im jedynie „Hutzil“.
Jednak zmuszeni podążać za wrogiem, ograniczyli prędkość zaledwie do pięciu procent wydajności jednostki, aby lecieć za przeciwnikiem i nie wyprzedzić go kilkunastokrotnie.

„nie wyprzedzić go kilkunastokrotnie“ też nie brzmi ładnie. Pasowałoby coś w stylu: „zmuszeni podążać za wrogiem, wlokli się ograniczając wydajność do kilku procent; inaczej natychmiast wystrzeliliby naprzód“
Nieważne jaki los podzielimy – przetrzebimy tą galaktykę planeta po planecie

Tu mi się włączył protest naukowy – wiesz jak duże są galaktyki :D. Chyba, że to właśnie było sednem żartu!
Ekspedycja przybyła do naszego wymiaru w celu znalezienia nowego domu. Ten, z którego przybyto - umierał. Wykończyły się wszystkie surowce naturalne a kosmos zamarzał.

Kosmos już zamarza; parę stopni powyżej zera absolutnego. Brzmi ładnie, ale uwierzyłabym prędzej, że coś się podziało z ich galaktyką czy układem planetarnym, wchłania ich czarna dziura, struny nie drgają...?
Bo wykończyć surowców naturalnych w jakimś innym, całym wszechświecie też się raczej nie da.
Zgodnie z wyliczeniami głównego komputera, uciekinierzy musieli zatrzymać się w systemie, do którego właśnie docierali.

„będą musieli się zatrzymać“, albo „właśnie dotarli“
Rzeczywiście, flota wroga mogła budzić podziw i dozę niepokoju.

„Podziw i niepokój.“
Wyhamuj okręt i ukryj nas za tą planetą karłowatą.

Trochę śmiesznie zabrzmiało :). Jak instrukcja parkowania. Może lepiej coś z orbitą planety?
Nie widział jeszcze od przybycia do tego wszechświata planety bogatej w tak podstawowy zasób – woda w stanie ciekłym.

„Nie widział jeszcze planety bogatej w tak podstawowe dobro, jakim była woda w stanie ciekłym“. Ogólnie chodzi o to, że zmieniłes przypadki – inny wariant to „planety tak bogatej w wodę w stanie ciekłym“
- Uderzenie w planetę przy tej prędkości może nas zabić! – Wykrzyczała.
Raczej musi... patrząc na to, co dzieje się z meteorami
Kilka drzew stojących na drodze rozpędzonemu obiektowi w moment zostało wyrwanych wraz z korzeniami.
Fizyka owej planety wydaje się być podobna do naszej, więc dodaj jeszcze porządny krater i falę uderzeniową ;)

Nie miało to oczywiście żadnego logicznego sensu, po za zmianami psychologicznymi wśród grupy ludzi składającej ofiarę.

Przepraszam, ale recenzujesz to beznamiętnie jak Krystyna Czubówna :D

Był to pierwszy dzień, kiedy prawdziwe „demony” pojawiły się na Ziemi.

Jeśli chcesz wywołać mocny efekt, wystarczy:
„Był to dzień, kiedy na ziemi pojawiły się demony.“

I ta końcówka jest bardzo dobra. I pokazuje, że masz dobry pomysł na całość, który warto kontynuować.
Co do stylu – widzę w próbach SF krótkie, beznamiętne zdania, wręcz rytmiczną wyliczankę faktów. Ma to pewien urok – ale na krótką metę. Czytanie dwudziestu takich wypunktowanych słowami stron byłoby dla mnie nie do przejścia. Połącz te zdania, rozwiń, możesz zachować zwięzłość, ale musisz dodać więcej klimatu.
Da się zrobić. Powodzenia :)

B16 - zatwierdzam
Ostatnio zmieniony czw 27 lut 2014, 22:56 przez Galla, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » śr 26 lut 2014, 15:31

Setka osób na pokładzie. Pięć przebudzonych, reszta w komorach energetycznych. Piątka operatorów przybrała człekokształtne formy, którymi posługiwano się jeszcze sprzed ewolucji energetycznej.

Pytałeś o styl. A tutaj styl początku Twej opowieści mi nie odpowiada. Dlaczego? Przypomnijmy mniej więcej jak rozumieć to pojęcie. Można je opisać na przykład. tak:
Styl – sposób w jaki autor prowadzi narrację, dobiera słowa, układa zdania, konstruuje poszczególne epizody i całość tekstu, przekazuje czytelnikowi swoje myśli, poglądy, oceny, refleksje, spostrzeżenia etc.
Narracja – to nie jest zachęcający wstęp do powieści, który winien być wizytówką, kwintesencją umiejętności i kunsztu autora, aby złapać czytelnika na swój haczyk i pociągnąć. To jest urzędowe, suche sprawozdanie na użytek przełożonego, kontroli, sprawozdawczości czy statystyki. Zero piękna i literatury.
Słowa – niosą informacje i nic ponadto. Słowa w corocznym PIT, pełnią podobną funkcję i są równie nabrzmiałe artyzmem.
Układ zdań – reportaż/sprawozdanie. Rzeczowe i poprawne.
Konstrukcja – j.w; poza tym poprawna.
Przekaz, który odbierze czytelnik: oczywiście w jakimś stopniu jest to kwestia subiektywna, ale moim zdaniem – nie zachęca. A szkoda. Bo uwzględniając ciąg dalszy, wystawiasz samemu sobie błędne świadectwo. Bo już następne zdania wciągają, a styl zmienia się diametralnie.

Gdy tylko rozbite wrogie siły dokonały przeskoku do nieznanej lokacji, kapitan podążył ich śladem.

Kapitan wyskakuje jak diabeł z pudełka. Mowa jest o statkach i tak powinno być to w końcówce ujęte. Wyrzuć „kapitan” - kto podążył – precyzyjnie wyjaśnia poprzedzające zdanie.

Wszyscy przebudzeni spotkali się w mesie. Jej rozmiary były niewielkie, bowiem zaprojektowano ją z myślą wyłącznie o załodze niezbędnej do eksploatacji statku. Twarze wszystkich były posępne. Początkowo flota Poszukiwaczy liczyła dziesięć jednostek. Pomimo niebywałych sukcesów na froncie, armia w skład której wchodził „Hutzil” malała. Doskonale wiedzieli o tym, że żadne posiłki nie przybędą. Byli sami w obcym wszechświecie. Nie byli w stanie odbudować cywilizacji. Zwycięstwo nad przeciwnikiem nie przyniesie im nic po za satysfakcją. Mimo to walczyli. Ginęli na froncie, jakby ta wojna miała jakieś znaczenie.

Styl: zbyt krótkie, zdawkowe zdania.

Ten usiadł przy stole i oparł na nim splecione na przedramionach dłonie. Myślami przywołał obraz ostatniej bitwy. Hologram umieszczony w stole, w przyspieszonym tempie przedstawił ją od początku do końca.

Zbyt blisko siebie użyte dwukrotnie słowo „stół”.

Wystarczyło powiedzieć cokolwiek, aby pozwolić reszcie załogi na mowę.

„na mowę” absolutnie nie może być. Np: … aby członkowie załogi mogli zabrać głos (mogli się wypowiedzieć).

Wykończyły się wszystkie surowce naturalne a kosmos zamarzał.

Przed „a” przecinek.

Pierwsi byli o wiele słabszą siłę militarną od

Może lepiej „dysponowali”.

klęska nowoprzybyłych do naszego świata była już pewna

„naszego” – czyjego? Dalece niejednoznaczne i wprowadza zamęt. Uściślij i kogo chodzi.

Dopiero zdał sobie sprawę z wagi tej planety. Jej położenie było idealne.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę z wagi tej planety, jej położenie było idealne.

Jego uwagę od globu odwróciła margrabia.

Margrabia to rodzaj męski. Nie pasuje. Może być margrabina.

Pozostałe statki formują się w naprzeciwko nas. Jest kilka jednostek Pierwszych.

Pozostałe statki formują się w naprzeciwko nas, jest kilka jednostek Pierwszych.

Poszukawicze zostali już niemal rozbici w poprzedniej bitwie. Czy powiadomienie dowództwa w jakiś sposób wpłynie na los tej bitwy?

Dwa razy „bitwy”. Może tak: Czy powiadomienie dowództwa w jakiś sposób wpłynie na los tej, która ma nastąpić?
No i Poszukiwacze a nie Poszukawicze.

Pomimo widocznego niezadowolenie Shywiej

Jeżeli Shywia, to Shywi. Ale z nietypowymi imionami do tak do końca nie wiadomo.

Żaden ze okrętów Litium, ani Pierwszych

Bez przecinka.

Shywia z zadowoleniem zwróciła kapitanowi uwagę, że w ich błyskawicznym natarciu zdołano zniszczyć wszystkie okręty Pierwszych. Eliminacja Litium nie powinna stanowić problemu – wiadomość ta ucieszyła kapitana, ale nie wywołała większego zaskoczenia.

Dwa razy „kapitana”. Może przerób go na „dowódcę”.

Xerethos nie czuł przerażenia. Nie czuł właściwie niczego. On od dawna pogodził się z zaistniałą sytuacją. Uważał się za martwego na długo przed dołączeniem do Poszukiwaczy. Każda misja była dla niego zabawą.

Propozycja:
Xerethos nie czuł przerażenia, nie czuł właściwie niczego, od dawna już pogodził się z zaistniałą sytuacją, gdyż uważał się za martwego na długo przed przyłączeniem do Poszukiwaczy, a każda misja była dla niego zabawą.
Następne zdania również bym trochę połączył. Bo taki posiekany styl mi nie odpowiada.

Xerethos wydał rozkaz margrabii

Margrabinie – jeśli kobieta.

Kapitanowi w jakiś sposób udało zmniejszyć się kąt podejścia

„się” po „udało”

Ewolucja energetyczna cywilizacji z której pochodziła załoga „Hutzila” polegała na tym, że przedstawiciele tego gatunku byli w stanie opuszczać swoje ciała i zajmować inne. Nie tylko te, należące do ich rasy, ale zupełnie inne, nowe. Chociaż swój oryginalny wygląd cenili najbardziej, ta zdolność pozwalała im na wygrywanie bitew w niecodzienny sposób, całkowicie dezorientując wroga.

Piękna niespodzianka. Rozwinął bym to, chociażby w formie jakiś wspomnień.

Oni po prostu sobie żyli. Tworzyli na nowo historię swojego gatunku.

Dlaczego „na nowo”? Z czego to wynika? Jaka była stara historia?

Co więc, jeśli to oni sami są tą wartością?

„Cóż więc,...” - trochę lepiej.

Jeśli Litium opuści tą galaktykę

„tę”

zostaniem tutaj sami

„zostaniemy”

stworzyła tradycję polegająca na zabijaniu kozła, według której miało to przynosić oczyszczenie ludziom poprzez przeniesienie win na zwierzęta.

Nawiązanie do Biblii, kozła ofiarnego i kohenów?

Ogólnie jest dobrze. Styl – pomimo zastrzeżeń masz niezły. Wygładzisz, przemyślisz i będzie coraz lepiej. Posiadasz przede wszystkim to, co w SF najważniejsze: dobre pomysły i umiejętność prowadzenia wartkiej akcji. Może nawet zbyt wartkiej, Asimow w cyklu Fundacja zrobił by z tego minimum sto stron, jeśli nie pół książki. U ciebie jest zbyt daleko posunięta lakoniczność, brak opisu, chociażby wyglądu bohaterów /szczegółowiej skąd i dlaczego przybyli – trochę historii, już widać, że potrafisz ją wymyślić/ charakterystyki statku, cech przeciwników, szerzej o samej walce, opis planety na której wylądowali i jej mieszkańców. Zatrzymałbym się czasem, dodał te opisy, rozważania, odczucia bohaterów, nawet na zasadzie wypełniacza, żeby czytelnik nie dostał zadyszki.
Sądzę, że jeśli rozważysz pewne kwestie oraz utrzymasz ten poziom, to może powstać naprawdę dobra książka.



Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mateusz9206 » czw 27 lut 2014, 00:35

Dzięki za porady, powoli zaczynam łapać o co chodzi z tym stylem. Na tym przykładzie klaruje się to dla mnie najlepiej:

Xerethos nie czuł przerażenia. Nie czuł właściwie niczego. On od dawna pogodził się z zaistniałą sytuacją. Uważał się za martwego na długo przed dołączeniem do Poszukiwaczy. Każda misja była dla niego zabawą.

Propozycja:
Xerethos nie czuł przerażenia, nie czuł właściwie niczego, od dawna już pogodził się z zaistniałą sytuacją, gdyż uważał się za martwego na długo przed przyłączeniem do Poszukiwaczy, a każda misja była dla niego zabawą.


Ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę (dobra, to była moaj mama :P ), że mam styl dziennikarski, krótkie, proste opisy, mało zdań rozbudowanych, informacje przekazywane głównie za pomocą zdań pojedynczych. Czy to źle?

Cytat:
Oni po prostu sobie żyli. Tworzyli na nowo historię swojego gatunku.

Dlaczego „na nowo”? Z czego to wynika? Jaka była stara historia?


Historię praludzi czytelnik poznałby w dalszych tomach książki. To wszystko ma swoją szerszą całość, której na pewno nie zamierzam nawet próbować ogólnikowo opisać w krótkich opowiadaniach.

Ewolucja energetyczna cywilizacji z której pochodziła załoga „Hutzila” polegała na tym, że przedstawiciele tego gatunku byli w stanie opuszczać swoje ciała i zajmować inne. Nie tylko te, należące do ich rasy, ale zupełnie inne, nowe. Chociaż swój oryginalny wygląd cenili najbardziej, ta zdolność pozwalała im na wygrywanie bitew w niecodzienny sposób, całkowicie dezorientując wroga.

Piękna niespodzianka. Rozwinął bym to, chociażby w formie jakiś wspomnień.


To jest dobra myśl, ale nie sądzę, żeby warto było się nad tym rozwodzić w tym opowiadaniu. Opowiadanie skupia się głównie na tym jak załoga "Hutzila" dostała się na Ziemię, nie chcę w tym fragmencie skupiać się na tym co się działo z nimi przed tym wydarzeniem. Nie chcę podawać czytelnikowi wszystkiemu na tacy. Część na pewno wyjaśni się w trakcie czytania książki. Opowiadania, które piszę, to za poradą jednego z użytkowników forum wprawki literackie, które pomogą mi nabrać stylu oraz nieco wyklarują pewne postacie, sytuacje i miejsca.

Xerethos wydał rozkaz margrabii

Margrabinie – jeśli kobieta.


Na to bym w życiu nie wpadł. Serio jest takie słowo? Tutaj cisza: http://sjp.pl/margrabinie

- Uderzenie w planetę przy tej prędkości może nas zabić! – Wykrzyczała.
Raczej musi... patrząc na to, co dzieje się z meteorami


Meteoryty nie mają tarcz kinetycznych pulsacyjnych zasilanych quasi chlorowodorkiem roztworu neokwarcytu ;) Bredzę, ale statek kosmiczny prastarej, obcej, wyimaginowanej rasy ma większe pole do popisu niż skała.

Kosmos już zamarza; parę stopni powyżej zera absolutnego. Brzmi ładnie, ale uwierzyłabym prędzej, że coś się podziało z ich galaktyką czy układem planetarnym, wchłania ich czarna dziura, struny nie drgają...?
Bo wykończyć surowców naturalnych w jakimś innym, całym wszechświecie też się raczej nie da.


Nic nie wiemy o gatunku z jakiego wywodzi się załoga "Hutzila". Być może do wszechświata, który uważają za swój dom przybyli z jeszcze innego wymiaru i są starsi nawet od świata w którym niegdyś żyli?

Kilka drzew stojących na drodze rozpędzonemu obiektowi w moment zostało wyrwanych wraz z korzeniami.
Fizyka owej planety wydaje się być podobna do naszej, więc dodaj jeszcze porządny krater i falę uderzeniową ;)


Czwarta planeta od słońca, kozy, imperium Rzymskie. Przecież to Ziemia :P

Ciekawi mnie fakt, ze poprzednie opowiadanie które tu wrzuciłem pisałem około tygodnia i poprawiałem z dziesięć razy i dostało nieciekawie opinie, a te tutaj napisałem w niecały dzień i przejrzałem pobieżnie raz i wyszło dużo lepiej :P


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » czw 27 lut 2014, 07:48

Czwarta planeta od słońca, kozy, imperium Rzymskie. Przecież to Ziemia :P


Czwarta? A nie trzecia przypadkiem? :roll:



Awatar użytkownika
mateusz9206
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 29 lip 2013, 14:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Cebulandia
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mateusz9206 » czw 27 lut 2014, 08:50

Jasne Gorgiasz, straszna gafe strzeliem!


Panie, patrz pan, to nie Ameryka, przyjechał i się rządzi.

Awatar użytkownika
Hairoth
Pisarz domowy
Posty: 142
Rejestracja: pt 04 sty 2008, 16:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Hairoth » czw 27 lut 2014, 11:09

dzięki, że dodałeś wersje *pdf - wydrukowałem sobie tekst i wygodnie przeczytałem :)

Przeczytałem uwagi poprzedników, więc postaram się nie powtarzać, ale jeśli coś się trafi wybacz.

Posługujesz się czasem w teksie pojęciem "armia". To pojęcie odnosi się bardziej do sił lądowych: czołgi, piechota itp. Okręt wchodzi w skład floty, kilka flot tworzy flotyllę, część floty to eskadra itp.

Gdzieś pojawiło się słowo "marynarz". Mimo, że piszesz o okręcie, to "marynarz" jest ściśle powiązany z morzem i okrętami pływającymi.

Kolejne słowo niepasujące to "margrabia". Termin ten odnosi się do człowieka, który zarządzał zamkiem lub prowincją przygraniczną w dawnych czasach. Słowo wywodzi się od niemieckiego "markgraf", gdzie "graf" to książę, a "mark" prowincja przygraniczna. Nie było też nigdy "margrabiny" - to typowo męska funkcja :P

Mało mnie przekonuje opis ran bohaterki po wylądowaniu na Ziemi. Choć z drugiej strony obca rasa może mieć inną fizjologię, więc nasze pojmowanie medycyny jest tu zupełnie nieprzydatne. Ale w pierwszej chwili, gdy to czytałem czułem zgrzyt. Kiedy straci się rękę, to jest się w szoku i boli wszystko w okolicy - nie tylko bark. Pokruszone kości, zerwane mięśnie, naczynia, nerwy itp. Duża siła wyrywająca nam rękę mogła np. spowodować wyrwanie barku - to dopiero boli jak cholera.

To tyle konstruktywnych uwag.

Ogólnie dobrze mi się czytało. Historia jest ciekawa i ciekawie napisana :)



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » czw 27 lut 2014, 12:38

Nie było też nigdy "margrabiny" - to typowo męska funkcja

Owszem były. Na przykład:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilhelmina ... (1709-1758)
http://mab.bn.org.pl/instytucje/frimjzu

ogólnie:

http://sjp.pwn.pl/slownik/2567030/margrabina



Awatar użytkownika
Hairoth
Pisarz domowy
Posty: 142
Rejestracja: pt 04 sty 2008, 16:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Hairoth » czw 27 lut 2014, 13:18

dzięki za te "margrabiny" - poprawił mi się humor :P



Awatar użytkownika
Galla
Dusza pisarza
Posty: 606
Rejestracja: sob 16 mar 2013, 10:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Galla » czw 27 lut 2014, 18:38

Czwarta planeta od słońca, kozy, imperium Rzymskie. Przecież to Ziemia

Notuję uwagi na bieżąco, czytając tekst. Tak, że to Ziemia upewniłam się przy Rzymianach :)
Meteoryty nie mają tarcz kinetycznych pulsacyjnych zasilanych quasi chlorowodorkiem roztworu neokwarcytu ;) Bredzę, ale statek kosmiczny prastarej, obcej, wyimaginowanej rasy ma większe pole do popisu niż skała.

Dlaczego się przyczepiłam logiki? Nie, żebyś popełnił jakieś przestępstwo – ale w fantasy słowem-wytrychem jest magia, a w SF często – technika, umiejętności prastarej rasy. A możesz stworzyć własny klucz, nie wytrych. Zresztą, komu to mówię – wydaje mi się, że już takie klucze tworzysz, to widać w wielu miejscach – ale akurat tutaj, gdy zawiodły wszystkie silniki, a „kapsuła z impetem uderzyła o glebę“ – nie przekonałeś mnie do zawieszenia niewiary. Bo rzecz dzieje się na Ziemi, w warunkach w których nawet obcy muszą się wysilić, by nie skończyć jak kawałek skały.

Podobnie ma się z wykończeniem surowców. Zabrzmiało to jak przeniesienie ziemskich alarmów w większe wymiary, ale zastanowiłam się – istoty te najwyraźniej nie różnią się wielkością sporo od nas (albo nie muszą się różnić), są niesamowicie rozwinięte technicznie, panują nad czasem i przestrzenią – i kończy im się w ich wszechświecie... materia? Nie z powodu kataklizmu, lecz wyczerpania zapasów? To tylko uwaga, nie musisz jej przyjmować :)

Rzuciłam okiem na Twój poprzedni tekst - i widać, że tamten dopracowałeś, a tutaj wrzuciłeś przed poprawkami, wręcz za szybko. Czemu lepszy odbiór? Pomysł jest o wiele ciekawszy, a i więcej forumowiczów garnie się ostatnio do komentowania ;)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości