Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Przypowieść o dwóch ludziach

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Przypowieść o dwóch ludziach

Postautor: Mortal One » wt 22 kwie 2014, 20:21

Wulgaryzm i turpizm.

Na początku był bulgoczący kocioł Wszechświata, wypełniony wrzącą magmą wulkan materii, odwieczny ruch wszystkiego, który sam dla siebie jest przyczyną i skutkiem. Matka Jednia. Pewnego razu poruszyła się ona akurat w ten sposób, że wyrzuciła ze swojego nieskończonego łona dwóch skończonych ludzi: Miłośnika i Nienawistnika. Ludzie ci z początku żyli ze sobą w zgodzie – pewnie dlatego, że w ogóle się nie znali. Po prostu nie wiedzieli o swoim istnieniu, w ogóle się od siebie nie odróżniając. I tak wspólnie zawierali przyjaźnie z innymi, których Jednia stworzyła, wspólnie je zrywali, wspólnie się bawili, wspólnie się mścili i wspólnie godzili. Wspólnie kochali i nienawidzili. Do czasu.

Oboje byli jak ślepi bracia syjamscy, którzy nie wiedzieli o swojej drugiej połówce i zawsze szli jak jeden mąż w tę samą stronę. Aż pewnego dnia każdy poszedł w inną: Nienawistnik w lewo, a Miłośnik w prawo. I wtedy poznali, że nie są tylko i wyłącznie sobą, że jest w nich ktoś obcy, wreszcie: że to wszystko, co dotychczas robili, a raczej sam fakt, że wspólnie to robili, był tylko dzieckiem dwóch rodziców: ich nieuwagi oraz czystego przypadku. Dziwili się, bo przecież jak to możliwe, żeby ogień chadzał sobie pod rękę z wodą? Zwłaszcza że obaj byli skazani na to, żeby prędzej czy później pójść odrębną drogą. Dlatego powiedzieli sobie: nie. Zanim jednak się rozstali, postanowili jeszcze, że zrobią zakład – zakład o to, który z nich wybrał tę właściwą ścieżkę. Nie tę właściwszą, ale tę jedyną właściwą, bo były to ścieżki, po których się chodzi obiema nogami albo wcale.

I poszli. Nienawistnik twardo stąpał po betonie rzeczywistości, zbliżając się do innych ludzi tylko po to, żeby jeszcze bardziej się od nich oddalić, paląc, mordując, gwałcąc, nienawidząc i samemu coraz mocniej ten beton przypominając, coraz mocniej skupiając się w sobie, w swojej najskrytszej istocie, byle dalej od świata zewnętrznego i od znienawidzonej Jedni. Tymczasem Miłośnik płynął jak kropla wody w rzece zdarzeń, poddając się jej nurtowi najbardziej, jak to możliwe, prawie się nie odróżniając od innych kropli, często wręcz uważając je za realniej istniejące od siebie i mając tylko jedno marzenie: wrócić do Jedni. Nic więc dziwnego, że w miarę jak Nienawistnik szukał władzy nad światem, Miłośnik się władzy tego świata oddawał, rozpływał się w nim. Kochał go. Był jak balon nadmuchiwany czasem.

Jednak każdy balon musi pęknąć, kiedy wtłoczy się w niego zbyt wiele powietrza. Miłośnik też pęknął – huk był tak głośny, że dobiegł aż do uszu Nienawistnika kroczącego wciąż swoją ścieżką. Ten z kolei, kiedy go usłyszał, od razu domyślił się jego przyczyny. Triumfalny uśmiech wpełznął mu na twarz: więc to by oznaczało, że zakład został przez niego wygrany! Przez niego! Podochocony tym zwycięstwem, zaatakował otaczającą go rzeczywistość ze zdwojoną siłą. Rozrywał ją na strzępy, czując się coraz bardziej samotny, tak cudownie samotny… i wolny. I mocny. I swój. Teraz już biegł swoją drogą i prawie nie zauważał, jak miażdżył kolejne istnienia ciężkimi buciorami zniszczenia. Aż nagle dostrzegł coś dziwnego: w miarę jego kroków ścieżyna coraz bardziej się zwężała. Nie przejął się jednak tym zbytnio, tylko dalej palił, mordował, gwałcił, nienawidził. Ściskał się w sobie, aż mu kości trzeszczały.

Ale wtem – przystanął. Przystanął, ponieważ doszło do tego, że droga stała się zbyt wąska, by mógł iść nią dalej. Wtedy zrozumiał: musi zacząć niszczyć siebie, żeby się nią przecisnąć. Zacisnął więc zęby, wyciągnął nóż nienawiści i ciął. Pierwszy płat skóry spadł na ziemię, trysnęła krew i ból też trysnął. Ale on musiał być silny, jeżeli chciał zasłużyć na miano prawdziwego Nienawistnika. I tak podjął przerwaną wędrówkę, a gdy ścieżka znowu zbytnio się zwężała, ponownie sobie coś odcinał. W ten sposób zostawił za sobą dłonie, wątrobę, brzuch i przyrodzenie, jego dotychczasowe narzędzia władzy nad światem, narzędzia, dzięki którym wysysał z niego wszelkie przyjemności. Ale jeżeli miał naprawdę odwrócić się od świata, musiał odrzucić także i te rozkosze.

I odrzucił. W końcu ścieżynką toczyła się już tylko jego głowa, oskórowana i błyskająca gdzieniegdzie bielą czaszki. Od ziemi odpychał się językiem, ostatnią pozostałą mu kończyną. Przekrwione oczy wodziły wokoło z niepokojem, widząc, że jeszcze trochę i zmieszczą się wyłącznie one. Tak, od jakiegoś czasu Nienawistnik odczuwał wielki niepokój – przecież to nie tak miało być! Przecież miał królować nad światem, a nawet samemu być dla siebie światem, ale nigdzie nie było mowy o samozniszczeniu! Teraz musiał to szczerze przyznać przed sobą: bał się, tak bardzo się bał!… Do tego ten śmiech Miłośnika, który od jakiegoś czasu rozlegał się w tunelu, w jaki zamieniła się ostatecznie droga. Czy to by miało oznaczać, że jednak przegrał zakład, wygranej w którym był już od dawna pewien? Ale jak? Jak?

Jak?

Nie, nie da za wygraną temu skurwysynowi! Zaczął się toczyć jeszcze szybciej, tak szybko, że język mu zdrętwiał z wyczerpania, aż wreszcie popełnił honorowe samobójstwo i odpadł. Widać nie mógł nadążyć za jego morderczym tempem. Teraz już Nienawistnik nie mógł kontrolować swojej prędkości, leciał tylko przed siebie z coraz większym pędem, pchany własną głupotą i nieustającym śmiechem Miłośnika. Pozostało mu tylko jedno: krzyczeć. Nabrał tyle powietrza, ile tylko mógł, do swoich nieistniejących płuc i…

Krzyczał. Krzyczał, bo wreszcie zobaczył koniec.

Na końcu był bulgoczący kocioł Wszechświata, wypełniony wrzącą magmą wulkan materii, odwieczny ruch wszystkiego, który sam dla siebie jest przyczyną i skutkiem. Matka Jednia. Śmiech Miłośnika wciąż rozlegał się w jej łonie.
Ostatnio zmieniony ndz 27 kwie 2014, 08:59 przez Mortal One, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » ndz 27 kwie 2014, 08:57

Przypowieść o dwóch ludziach

Ten tytuł... Może nie jest to błąd gramatyczny, ale brzmi bardzo niezręcznie.

wyrzuciła ze swojego nieskończonego łona dwóch skończonych ludzi: Miłośnika i Nienawistnika.

Opisani przez Ciebie Miłośnik i Nienawistnik, to raczej nie ludzie, lecz swoiste hipostazy (w ujęciu Plotyna); i ta antropomorfizacja coś im odejmuje, jakby spłycając te … no właśnie, co czy kogo. Mogę się zgodzić, że mamy tu syntezę dwóch podstawowych przeciwieństw, kształtujących symbolicznie dwa typy człowieka (czy też odwieczny dualizm), ale nie określałbym ich tym mianem. Bardziej odpowiednio by było: Przypowieść o dwóch: Bytach lub Istotach, a może Podstawach lub Przejawach? Może najprościej: osobach? – aczkolwiek moim zdaniem to również jest zbyt nawiązujące do człowieka.
I nie wiem dlaczego łono miało być nieskończone, ale to też kwestia filozoficzna, a nie literacka.

Ludzie ci z początku żyli ze sobą w zgodzie – pewnie dlatego, że w ogóle się nie znali. Po prostu nie wiedzieli o swoim istnieniu, w ogóle się od siebie nie odróżniając. I tak wspólnie zawierali przyjaźnie z innymi, których Jednia stworzyła, wspólnie je zrywali, wspólnie się bawili, wspólnie się mścili i wspólnie godzili. Wspólnie kochali i nienawidzili. Do czasu.

Z jednej strony „w ogóle się nie znali”, a z drugiej działali wspólnie. Co najmniej logiczna niekonsekwencja.

I wtedy poznali, że nie są tylko i wyłącznie sobą, że jest w nich ktoś obcy,

Nie dowiadujemy się „kto” w nich jest. Obcy na dokładkę.

bo były to ścieżki, po których się chodzi obiema nogami albo wcale.

Niezręczne sformułowanie. Chodzić przy użyciu jednej nogi raczej trudno.

Nienawistnik twardo stąpał po betonie rzeczywistości, zbliżając się do innych ludzi tylko po to, żeby jeszcze bardziej się od nich oddalić, paląc, mordując, gwałcąc, nienawidząc i samemu coraz mocniej ten beton przypominając, coraz mocniej skupiając się w sobie, w swojej najskrytszej istocie, byle dalej od świata zewnętrznego i od znienawidzonej Jedni.

Znów brzmi niekonsekwentnie. Jeśli chciał być „byle dalej od świata zewnętrznego”, to dlaczego palił, mordował, gwałcił – w ramach tegoż przecież świata? To nie było oddalenie, tylko przywiązanie do niego i to bardzo silne i emocjonalne.

Miłośnik też pęknął

„pękł”

Ten z kolei, kiedy go usłyszał,

„Ten z kolei” – niepotrzebne; wiadomo o kogo chodzi, nikogo innego przecież z założenia nie było.

Od ziemi odpychał się językiem, ostatnią pozostałą mu kończyną.

Pomysł niezły, tylko język nijak nie jest kończyną. Rozumiem, że ją zastępował, ale należałoby to jakoś inaczej ująć.

Czy to by miało oznaczać, że jednak przegrał zakład, wygranej w którym był już od dawna pewien?

Druga część zdania, nie koresponduje z pierwszą i w ogóle nie bardzo rozumiem co znaczy.

Nie, nie da za wygraną temu skurwysynowi!

Ten „skurwysyn” trochę nie pasuje; nie pod względem treści, lecz formy – na tle całości. Jest to opowieść o charakterze filozoficznym, może nawet z akcentem dydaktycznym i określenie „powszechnie uznane za wulgarne”, łamie konwencję. Poszukałbym bardziej neutralnego terminu.

pchany własną głupotą i nieustającym śmiechem Miłośnika.

Chyba nie tyle głupotą, co własną nienawiścią – tak by wynikało z treści.
A jak Miłośnik miał się śmiać, przecież pękł?

Niezły tekst, prawie nie widać błędów technicznych, zgrabnie i lekko napisany, ciekawy pomysł z tą zwężająca się ścieżką i toczącą głową. Przedstawiona koncepcja trochę do poprawy, ale ogólnie podobało się.



Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mortal One » ndz 27 kwie 2014, 13:03

Na wstępie dziękuję za tak solidną weryfikację. Mam jednak parę uwag.

Gorgiasz pisze:
Przypowieść o dwóch ludziach

Ten tytuł... Może nie jest to błąd gramatyczny, ale brzmi bardzo niezręcznie.


Nie wiem, mnie on ani ziębi, ani grzeje. Po prostu jest, żeby był, może kiedyś go zmienię.

Gorgiasz pisze:
wyrzuciła ze swojego nieskończonego łona dwóch skończonych ludzi: Miłośnika i Nienawistnika.

Opisani przez Ciebie Miłośnik i Nienawistnik, to raczej nie ludzie, lecz swoiste hipostazy (w ujęciu Plotyna); i ta antropomorfizacja coś im odejmuje, jakby spłycając te … no właśnie, co czy kogo. Mogę się zgodzić, że mamy tu syntezę dwóch podstawowych przeciwieństw, kształtujących symbolicznie dwa typy człowieka (czy też odwieczny dualizm), ale nie określałbym ich tym mianem. Bardziej odpowiednio by było: Przypowieść o dwóch: Bytach lub Istotach, a może Podstawach lub Przejawach? Może najprościej: osobach? – aczkolwiek moim zdaniem to również jest zbyt nawiązujące do człowieka.
I nie wiem dlaczego łono miało być nieskończone, ale to też kwestia filozoficzna, a nie literacka.


Fakt, trudno "bohaterów" tej miniatury nazwać ludźmi, jednak nie można było uniknąć wspomnianej antropomorfizacji, bo miłość i nienawiść - w takiej formie, jaką mamy w tekście - są przecież emocjami specyficznie ludzkimi. A jeżeli chodzi o nieskończoność Jedni, to chodziło mi o zaznaczenie u niej braku jakichkolwiek granic - w tym także granic jej "łona", ponieważ sama jest dla siebie "łonem" i "grobem", przyczyną i skutkiem.

Gorgiasz pisze:
Ludzie ci z początku żyli ze sobą w zgodzie – pewnie dlatego, że w ogóle się nie znali. Po prostu nie wiedzieli o swoim istnieniu, w ogóle się od siebie nie odróżniając. I tak wspólnie zawierali przyjaźnie z innymi, których Jednia stworzyła, wspólnie je zrywali, wspólnie się bawili, wspólnie się mścili i wspólnie godzili. Wspólnie kochali i nienawidzili. Do czasu.

Z jednej strony „w ogóle się nie znali”, a z drugiej działali wspólnie. Co najmniej logiczna niekonsekwencja.

I wtedy poznali, że nie są tylko i wyłącznie sobą, że jest w nich ktoś obcy,

Nie dowiadujemy się „kto” w nich jest. Obcy na dokładkę.


Moim zdaniem niekonsekwencja jest tylko pozorna. Tekst literacki jest zwykle wytworem rozumu, powyższy nie stanowi tutaj wyjątku. Ale ostatnio coraz częściej lubię bawić się paradoksem i absurdem, wtrącać do swoich utworów elementy irracjonalne. Chcę zaznaczyć tym przestrzeń, w której rozum nie tylko nie daje rady, ale jest wręcz niemile widziany (przez co zbliżam się chyba coraz bardziej do poezji). A w powyższym przykładzie chodziło o to, że na początku te dwie spersonifikowane skrajności istniały zmieszane w jednej istocie, jako jedna istota, tak jak istnieją w każdym z nas, a potem dopiero "wyszły z niej" właśnie na kształt hipostaz Plotyna, rozwijając się już niezależnie. Sprzeczności użyłem tylko po to, żeby zaszokować. Możliwe, że nieskutecznie.

Gorgiasz pisze:
bo były to ścieżki, po których się chodzi obiema nogami albo wcale.

Niezręczne sformułowanie. Chodzić przy użyciu jednej nogi raczej trudno.


Jak wyżej - poetyzm.

Gorgiasz pisze:
Nienawistnik twardo stąpał po betonie rzeczywistości, zbliżając się do innych ludzi tylko po to, żeby jeszcze bardziej się od nich oddalić, paląc, mordując, gwałcąc, nienawidząc i samemu coraz mocniej ten beton przypominając, coraz mocniej skupiając się w sobie, w swojej najskrytszej istocie, byle dalej od świata zewnętrznego i od znienawidzonej Jedni.

Znów brzmi niekonsekwentnie. Jeśli chciał być „byle dalej od świata zewnętrznego”, to dlaczego palił, mordował, gwałcił – w ramach tegoż przecież świata? To nie było oddalenie, tylko przywiązanie do niego i to bardzo silne i emocjonalne.


To jest właśnie taki paradoks, że aby oddalić się od świata, musiał się do niego zbliżyć - np. seks (a zwłaszcza gwałt) może być jednocześnie próbą zbliżenia się i oddalenia od kogoś. W takich działaniach najczęściej jednak wygrywa ta druga, destrukcyjna tendencja.

Gorgiasz pisze:
Miłośnik też pęknął

„pękł”

Ten z kolei, kiedy go usłyszał,

„Ten z kolei” – niepotrzebne; wiadomo o kogo chodzi, nikogo innego przecież z założenia nie było.


Tutaj zgoda.

Gorgiasz pisze:
Od ziemi odpychał się językiem, ostatnią pozostałą mu kończyną.

Pomysł niezły, tylko język nijak nie jest kończyną. Rozumiem, że ją zastępował, ale należałoby to jakoś inaczej ująć.


Poetyzm.

Gorgiasz pisze:
Czy to by miało oznaczać, że jednak przegrał zakład, wygranej w którym był już od dawna pewien?

Druga część zdania, nie koresponduje z pierwszą i w ogóle nie bardzo rozumiem co znaczy.


Wydaje mi się, że istnieje taka konstrukcja interpunkcyjna, choć faktycznie może wyglądać dziwacznie.

Gorgiasz pisze:
Nie, nie da za wygraną temu skurwysynowi!

Ten „skurwysyn” trochę nie pasuje; nie pod względem treści, lecz formy – na tle całości. Jest to opowieść o charakterze filozoficznym, może nawet z akcentem dydaktycznym i określenie „powszechnie uznane za wulgarne”, łamie konwencję. Poszukałbym bardziej neutralnego terminu.


Zgoda.

Gorgiasz pisze:[
pchany własną głupotą i nieustającym śmiechem Miłośnika.

Chyba nie tyle głupotą, co własną nienawiścią – tak by wynikało z treści.
A jak Miłośnik miał się śmiać, przecież pękł?


Nienawiścią, która była przejawem głupoty. A Miłośnik faktycznie nie mógł się śmiać, chociaż pękł, ale tutaj mamy poetyzm po raz trzeci (jako zaznaczenie braku różnicy między życiem a śmiercią). Sprzedane?

Raz jeszcze dziękuję.



Augusta
Pisarz
Pisarz
Posty: 1041
Rejestracja: pn 28 kwie 2014, 01:06
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Augusta » pn 28 kwie 2014, 11:41

Hm... dziwne to opowiadanie.
Może jestem zbyt dociekliwa, ale przeszkadza mi brak logiki (a raczej dobrej kolejności zdarzeń) w zacytowanym na dole mojego postu fragmencie.


"Oboje byli jak ślepi bracia syjamscy, którzy nie wiedzieli o swojej drugiej połówce i zawsze szli jak jeden mąż w tę samą stronę. Aż pewnego dnia każdy poszedł w inną: Nienawistnik w lewo, a Miłośnik w prawo. I wtedy poznali, że nie są tylko i wyłącznie sobą, że jest w nich ktoś obcy, wreszcie: że to wszystko, co dotychczas robili, a raczej sam fakt, że wspólnie to robili, był tylko dzieckiem dwóch rodziców: ich nieuwagi oraz czystego przypadku. Dziwili się, bo przecież jak to możliwe, żeby ogień chadzał sobie pod rękę z wodą? Zwłaszcza że obaj byli skazani na to, żeby prędzej czy później pójść odrębną drogą. Dlatego powiedzieli sobie: nie. Zanim jednak się rozstali, postanowili jeszcze, że zrobią zakład – zakład o to, który z nich wybrał tę właściwą ścieżkę. Nie tę właściwszą, ale tę jedyną właściwą, bo były to ścieżki, po których się chodzi obiema nogami albo wcale. "

1) Zawsze szli w jedną stronę
2) Pewnego dnia każdy poszedł w inną (czyli rozeszli się, rozłączyli)
3) Wtedy do każdego z nich dotarło, że coś robili wspólnie mimo dzielących ich różnic
4) Nagle znów ze sobą rozmawiają, mówią sobie "nie"
5) Zanim się rozstali coś postanawiają....

Jak dla mnie to jest zbyt chaotyczne i niezbyt chronologiczne. Zmieniłabym ten fragment :) ale to tylko moja subiektywna opinia.



Awatar użytkownika
Mortal One
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 25 mar 2012, 15:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mortal One » pn 28 kwie 2014, 19:07

Dziękuję za tę subiektywną opinię.

Fakt, mały miszmasz się w cytowanym fragmencie zrobił i pewnie kiedyś to zmienię. Sądzę jednak, że da się to bez większego problemu poskładać do kupy i domyślić się właściwej kolejności. Po prostu cały akapit jest o momencie "rozstania", a wrażenie chaosu może powstawać przez to, że ciągle dodaję do tego momentu różne dane.



Augusta
Pisarz
Pisarz
Posty: 1041
Rejestracja: pn 28 kwie 2014, 01:06
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Augusta » pn 28 kwie 2014, 19:12

Jasne, że da się :) poskładać, usystematyzować i wyłapać sens, ja już bym to zmieniła - tak, żeby wszystko składało się w chronologiczną całość.




Wróć do „Archiwum Miniatur”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości