" Trupia wyspa"

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

" Trupia wyspa"

Postautor: major sedes » ndz 22 cze 2014, 20:52

„ Trupia wyspa”

Niewielka łódź stała zacumowana przy brzegu od kilku dni. Nie była przykryta plandekom gdyż już od dłuższego czasu deszcze nie padały. Jej właściciele czekali na nas. Byliśmy dwoma robotnikami wynajętymi przez pewne państwo z Berlina, którzy posiedli małą wyspę na dużym jeziorze.
Stary Antek i ja wpadliśmy jak nowicjusze, zupełnie zaskoczeni, w jakiś dziwny sielankowy klimat, gdy spojrzeliśmy na horyzont, na którym widniała w oddali mała zielona plama drzew. To tam mieliśmy przewieźć materiały do budowy pieca. Wszystko, co potrzebne leżało przygotowane na brzegu obok łódki: kafle, cegły i glina oraz narzędzia.
- Umiesz tym popłynąć? – zapytałem Antka. Był to facet w późnym wieku średnim, łysawy i z niewielką ilością zębów. Zamiłowanie do alkoholu przejawiał z różnym natężeniem. Gdy pił to przez pół roku, potem abstynencja.
- Co się pytasz, musimy jakoś, nie tak to tak, nie ja to ty – odpowiedział poirytowany. Każda wypowiedź budziła w nim nerwowość. Bo nie pił.

Znaliśmy się długo a nie wiedzieliśmy wiele o swoich losach, swoich historiach. Może on chciałby opowiadać, ale nie umiał? Raczej nie chciał, ponieważ nie piliśmy razem.
Załadowaliśmy, co potrzeba na łódź. Antek odpalił silnik i zaczęliśmy oddalać się od brzegu. Gdy pierwszy brzeg znikał, pojawiał się coraz wyraźniej drugi- docelowy. Podczas płynięcia nie zamieniliśmy żadnego słowa. On był skoncentrowany na sterowaniu łodzią, a ja patrzyłem wokoło najdalej jak się da. Płynęliśmy dobre dwa kwadranse. Obciążona łódź płynęła wolno i chwiała się na boki, gdyż ciężar był nierówno rozłożony. Gdy dobiliśmy do brzegu wyspy, młoda, długowłosa dziewczyna siedziała na kładce z zarzuconą wędką.
- Płoszycie mi ryby!- zawołała – ale nie o to chodzi, czekałyśmy na was – dodała.
- Gdzie matka? - zapytał Antek. Wiedział, o kogo zapytać, bo poznał sytuację, gdy umawiał się na robotę. Matka dziewczyny dogadała się z nim wcześniej.
- Jest w chałupie – odpowiedziała dziewczyna.

Poszliśmy się pokazać. Gospodyni powitała nas radośnie i z wylewna szczerością. Pogoda dopisywała i nastrój naszej pracodawczyni również był pogodny. Stary Antek rozejrzał się po mieszkaniu żeby zobaczyć piec do przebudowy, a mnie kazał wyładować wszystko z łodzi. Szedłem wydeptaną ścieżką z powrotem z myślą o dziewczynie, żeby przyjrzeć się jej dokładniej.
Natura tego miejsca wydawała się być pociągająca. Całkowite odludzie z dala od cywilizacji.
Zacząłem wyładunek i powiedziałem do dziewczyny, która nadal siedziała:
- Złowiłaś już coś?
- Ech, tylko małego okonia – odparła, odłożyła wędkę i wstała z kładki, a jej piersi zabujały się pod koszulką, dżinsy jeszcze bardziej opięły się wokół pośladków i usta radośnie uśmiechnęły się do mnie i wypowiedziały pierwsze słowa modlitwy: – cześć, mam na imię Joanna.
- Ja jestem Łukasz – przedstawiłem się.
- Jestem na wyspie od tygodnia, za tydzień wyjeżdżam. Nuda jest tutaj większa niż w buddyjskim klasztorze. A wy, kiedy skończycie? – zapytała.
- Dziś piątek, a wracamy w poniedziałek - powiedziałem wiedząc, że obecność tej dziewczyny urozmaici mi pracę. - Muszę zanieść cegły i glinę do domu.
- A idź, nie musisz się meldować, stąd nie ma łatwej ucieczki – powiedziała cicho.

W piątek rozebraliśmy z Antkiem stary piec. Następnego dnia zaczęliśmy wznosić nowy na tym samym miejscu. Przestawienie pieca trwa dwa dni, gdyż trzeba to robić sukcesywnie.. Można postawić pół pieca i odczekać, aż glina zwiąże i wyschnie, i dopiero dokończyć robotę.
Nocowaliśmy w małym pokoiku dla gości. Gospodyni szykowała kanapki i herbatę. Każdy był czymś zajęty. Przez całą noc z soboty na niedzielę paliło się ognisko przy domu. Właścicielka paliła stare elementy stodoły. Te atrakcyjne gospodarstwo zamierzała sprzedać bogatym Niemcom po remoncie. Tymczasem Joanna przemykała płocha, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
W niedzielny poranek wyszedłem z chałupy i usiadłem przy dogasającym ognisku. Nie zamierzaliśmy kończyć pieca w tym dniu. Po chwili dołączył Antek i stanął przy ognisku. Wyjął papierosa, odpalił i odezwał się:
- Robota to głupota, picie to jest życie – zrymował.
- A ty, chociaż wyspałeś się dzisiaj, że masz takie wynurzenia z samego rana? – powiedziałem.
- Pamiętaj abyś dzień święty święcił – powiedział i zaciągnął się silnie. Jego eklektyczna mądrość i prosty przekaz nie były nigdy nakierowane na dyskusję. Właściwie uniemożliwiały wymianę zdań. – Jak ja mówię, to ja wiem, co ja mówię – dodał po pauzie wydychając dym.
- Ona jest fajna, ta młoda – powiedziałem bez kontekstu, ot tak sobie.
- No, dupe ma zdrową – powiedział i odwrócił się za siebie w stronę domu jakby skrępowany tym, co powiedział – a mnie pasuje jej matka, wiem, że męża ma w Berlinie. Bogaty gość - rozmarzył się rzewnie. Każdy powinien być tak konkretny jak on, no przynajmniej w zasadniczych sprawach.

Antek poczęstował mnie papierosem. Tytoń jest naturalny. Z pewnością tak samo naturalny jak okulary na nosie, czy człowiek na koniu. Niedzielka to dzień odpoczynku, w którym w zasadzie chrześcijanie zapadają w sen na jawie. Koncentracja ulega takiemu rozprężeniu, że myślą jednocześnie: jak miał na imię ich mąż lub żona, o słoniu w Afryce, o transfuzji krwi od świadka Jehowy i o cenie masła na Nowej Gwinei. Antek w pewnym momencie stwierdził, że pójdzie posłuchać radiowej mszy.
Jutro kończymy piec i odpływamy. Siedząc przy ognisku miałem nadzieję, że przyjdzie Joanna i zajmie się mną. Ostatnie kawałki drewna wypaliły się doszczętnie zanim doczekałem jej przyjścia. Czułem, że przyjdzie. Podeszła i zapytała:
- Masz papierosa?
- Nie mam, sam dostałem.
- Trudno. Choć ze mną, przejdziemy się tu, niedaleko. Wiesz, że jak dziki przejdą zimą po lodzie na wyspę i nie zdążą wrócić przed roztopem to zostają do kolejnej zimy?
- To ciekawe, pewnie dużo zwierząt pada z głodu. – powiedziałem. Szliśmy krętą ścieżką wśród traw tam gdzie prowadziła Joanna. Doszliśmy do brzozowego zagajnika i dziewczyna zatrzymała się.
- Coś ci powiem, to miejsce nazywane jest „trupią wyspą”, bo ma kształt czaszki i leżą tu kości martwych lisów i dzików. Z jednego końca na drugi można przejść w pół godziny. A na tej łące rosną śmieszne wesołe grzybki. Nazbierałam ich trochę wczoraj. Proszę cię, zjedz je ze mną. Zgodzisz się? – zapytała.
- Śmieszne i wesołe grzybki? Zgoda, ale wpierw pocałuj mnie, bardzo mi się podobasz – powiedziałem szczerze licytując pomysły.

Całowaliśmy się objęci, aż upadliśmy na trawę. Po upojnej chwili Joanna zaoponowała mówiąc, że zgodnie z umową musimy teraz wykonać jej zachciankę. Wyciągnęła woreczek z kieszeni spodni i podała mi do ręki pół garści grzybków sobie odmierzając tyle samo. Popatrzyliśmy sobie w oczy i zaczęliśmy gryźć i połykać surowe. Smakowały jak bagniste, zbutwiałe i wilgotne zielsko. Leżeliśmy potem w trawie patrząc w niebo. Regularnie ułożone obłoki przypominały manewrujące okręty. Dotykałem jej piersi, a ona zaczęła mówić:
- To jest sposób na wieczną miłość. Połączymy się i zespolimy w innym stanie świadomości. Ta fantazja odciśnie w nas niezapomniane chwile. Albo dotrzemy do nieświadomych głębi i nasze archetypy będą się odwiedzać w snach regularnie. Nigdy nie będziemy samotni nawet w rozłące.
- Pięknie mówisz – powiedziałem i... położyłem malutką jaszczurkę, która właśnie wpadła mi w ręce, na jej brzuchu - wiesz, że nie wolno łapać jaszczurki za ogonek, bo odpadnie?
- A ja, mogę złapać cię za twój ogonek? Chyba nie odpadnie? – powiedziała chichocząc.
- Pragnę cię, Joasiu – powiedziałem i zacząłem zdejmować ubranie. Ona zdjęła swoje i usiadła okrakiem na moim brzuchu. Podnosiła się i opadała wzdychając z rozkoszy.
- Och, och, jestem, jestem z tobą i z ....- wzniosłe jęki przerwały nagłe wymioty. Treść żołądka wypluła na mnie i na swoje sterczące jak armaty Napoleona sutki. Momentalnie poczuliśmy się zdegustowani i zawstydzająco nadzy niczym pierwsi rodzice wygnani z raju. Podniecenie opadło fizycznie i eterycznie jak haubica przed nieskutecznym i przerwanym wystrzałem. Jak błyskawicznie więdnący kwiat.

Postanowiliśmy rozejść się do swoich kątów. Na tej wyspie nie było gdzie się podziać. Szedłem przez łąkę patrząc pod nogi i widząc pajęcze sieci, które oblepiały nogi, rechocące i skaczące żaby oraz zwinne jaszczurki uciekające spod butów. Każdy robak i każdy dźwięk śpiewającego ptaka przyprawiał mnie o mdłości, a niebo przypominało otchłań. Wróciłem do pokoju noclegowego. Antek leżał i słuchał radia na baterie, a ja, bez słowa położyłem się na boku. Kręciło mi się w głowie. W eterze puszczali starą, romantyczną piosenkę, której słowa brzmiały:

„To ostatnia niedziela, jutro się rozstaniemy, jutro się rozejdziemy, na wieczny czas.”

Sugestywny muzyczny motyw ukoił mnie do snu. Korespondował z tym, co mówiła o wiecznej miłości. Zasnąłem i śniłem o Joannie. W tym śnie płynęliśmy łódką po jeziorze. Ona trzymała parasol przeciwsłoneczny, a ja wiosłowałem. Obserwowaliśmy dziki, które przepływały z wyspy na ląd. Cieszyliśmy się sobą, gdy nagle sen zmienił swa scenerię i ciepło słońca zastąpił siarczysty mróz, który skuł lodem taflę jeziora. Byliśmy uwięzieni w łódce, daleko od domu na wyspie. Nie było innego sposobu jak tylko piechotą po lodzie wrócić do chaty. Wróciliśmy przemoczeni i zziębnięci. Przez całą przeprawę Joanna niosła parasol, którym tym razem zasłaniała się od padającego śniegu. W domu rozpaliłem w piecu i patrzyłem na intymność, z jaką rozbiera się i zmienia ubranie, czesze włosy, co chwilę, spoglądając na mnie, siedzącego i próbującego osuszyć się przy piecu.
Powiedziała wtedy, że wie dobrze, że to sen i że tak już będzie często. Będziemy przeżywać wspólne przygody w świadomych snach, a nasza miłość będzie rozwijać się bez ograniczeń, jakie napotyka się w rzeczywistości na jawie.

Przebudziłem się szczęśliwy tym, że spędziłem z nią jeszcze chwilę. Antka nie było w pokoju, a radio nadal grało. Zmierzchało. Zobaczyłem kanapki na stoliku, które uszykowała gospodyni. Zjadłem, położyłem się dalej spać i w poniedziałek rano byłem gotowy do roboty.
Po południu szykowaliśmy się do odpłynięcia. Gospodyni i Joanna odprowadziły nas do brzegu. Gdy siedzieliśmy w łodzi Joanna podeszła i powiedziała:
- Musisz mnie zapamiętać Łukaszu, śniłeś mi się, weź to ode mnie na pamiątkę – zdjęła z szyi naszyjnik i podała do ręki.
- Na pewno, my nigdy się nie rozstaniemy, wiemy gdzie się spotykać – powiedziałem zagadkowo i założyłem podarunek na szyję.
- Ech – westchnął Antek zażenowany młodzieńczym romantyzmem.
- Dobra robota panowie! – powiedziała gospodyni.

Antek odpalił silnik łodzi, a Joanna jeszcze długo patrzyła na nas z brzegu, zanim nie staliśmy się małym punktem na horyzoncie, oddaliliśmy się i zniknęliśmy dla siebie. Mały srebrny medalion- naszyjnik przedstawiał słońce i księżyc nad wyspą otoczoną wodą i starego rybaka łowiącego z łodzi. Dla mnie przedstawiał więcej, kojarzył się ze wszystkim, co czułem w ciągu tych kilku dni.
Milczący Antek dodał gazu w motorze łodzi. Patrzyłem za burtę na wodę, która falowała jakby obojętna na wszystko.
- Co tak myślisz? Nic nie wymyślisz, siła wyższa – odezwał się Antek sobie a muzom.
- Nigdy nie tęsknisz za kobietą? – zapytałem ściskając medalion ręką.
- Kobiety nie umierają – odpowiedział.
Ostatnio zmieniony wt 24 cze 2014, 09:23 przez major sedes, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » ndz 22 cze 2014, 21:14

Nie. Bardzo nie. Bardzo bardzo nie.
Historia jest opowiedziana nieporadnie i ... śmiesznie!

major sedes pisze: Byliśmy dwoma robotnikami wynajętymi przez pewne państwo z Berlina, którzy posiedli małą wyspę na dużym jeziorze.

a tu ... ech...:
major sedes pisze:Treść żołądka wypluła na mnie i na swoje sterczące jak armaty Napoleona sutki. Momentalnie poczuliśmy się zdegustowani i zawstydzająco nadzy niczym pierwsi rodzice wygnani z raju. Podniecenie opadło fizycznie i eterycznie jak haubica przed nieskutecznym i przerwanym wystrzałem. Jak błyskawicznie więdnący kwiat.


to na serio, czy groteska?


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
Moon
Zarodek pisarza
Posty: 24
Rejestracja: czw 19 cze 2014, 10:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Moon » ndz 22 cze 2014, 23:28

Witam i zabieram się do lektury.

To co rzuciło mi się w oczy:

- Co się pytasz, musimy jakoś, nie tak to tak, nie ja to ty – odpowiedział poirytowany.

- Co się pytasz? Musimy...

Każda wypowiedź budziła w nim nerwowość. Bo nie pił

Te dwa zdania, byłyby bardziej zjadliwe, gdybyś połączył je w jedno.

Podczas płynięcia nie zamieniliśmy żadnego słowa. On był skoncentrowany na sterowaniu łodzią, a ja patrzyłem wokoło najdalej jak się da. Płynęliśmy dobre dwa kwadranse. Obciążona łódź płynęła wolno i chwiała się na boki, gdyż ciężar był nierówno rozłożony.

Powtórzenia

Gospodyni powitała nas radośnie i z wylewna szczerością.

Wylewną

Stary Antek rozejrzał się po mieszkaniu żeby zobaczyć piec do przebudowy

- Stary? Wcześniej pisałeś, że w wieku średnim.
- Zdanie według mnie jest do zbudowania od nowa...

Szedłem wydeptaną ścieżką z powrotem z myślą o dziewczynie, żeby przyjrzeć się jej dokładniej.

- Powtórzenie
- Zdanie źle zbudowane, bardzo źle wyglądające, źle się to czyta.

W piątek rozebraliśmy z Antkiem stary piec. Następnego dnia zaczęliśmy wznosić nowy na tym samym miejscu. Przestawienie pieca trwa dwa dni, gdyż trzeba to robić sukcesywnie.. Można postawić pół pieca i odczekać, aż glina zwiąże i wyschnie, i dopiero dokończyć robotę.

Powtórzenia

Te atrakcyjne gospodarstwo zamierzała sprzedać bogatym Niemcom po remoncie.

- TO atrakcyjne gospodarstwo
- Po pierwszym przeczytaniu tego zdania zrozumiałam, że to nie gospodarstwo ma być po remoncie, lecz bogaci cudzoziemcy :mrgreen:

Tymczasem Joanna przemykała płocha, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.

Kto to jest płoch? Przemykała? Czy może przymykała? Nie rozumiem logiki tego zdania.

- A ty, chociaż wyspałeś się dzisiaj, że masz takie wynurzenia z samego rana? – powiedziałem.

SPYTAŁEM

- No, dupe ma zdrową

DUPĘ

Niedzielka to dzień odpoczynku, w którym w zasadzie chrześcijanie zapadają w sen na jawie.


- To ciekawe, pewnie dużo zwierząt pada z głodu. – powiedziałem.

Powiedziałem.

Całowaliśmy się objęci, aż upadliśmy na trawę. Po upojnej chwili Joanna zaoponowała mówiąc, że zgodnie z umową musimy teraz wykonać jej zachciankę. Wyciągnęła woreczek z kieszeni spodni i podała mi do ręki pół garści grzybków sobie odmierzając tyle samo. Popatrzyliśmy sobie w oczy i zaczęliśmy gryźć i połykać surowe. Smakowały jak bagniste, zbutwiałe i wilgotne zielsko. Leżeliśmy potem w trawie patrząc w niebo. Regularnie ułożone obłoki przypominały manewrujące okręty. Dotykałem jej piersi, a ona zaczęła mówić:

Aaaaaa...!! PODDAJĘ SIĘ.... Przepraszam, ale nie dobrnę do końca :(

Tekst jest dla mnie momentami nie zrozumiały, czyta się go bardzo trudno, język którym operujesz jest bardzo trywialny... Wszystko, co należy napisać zostało ujęte w poprzednim komentarzu. Przykro mi, ale mnie się nie podoba :(


" Najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas."
Niccolò Machiavelli

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » wt 24 cze 2014, 09:23

Nie była przykryta plandekom gdyż już od dłuższego czasu deszcze nie padały.

Nie była przykryta plandeką, gdyż już od dłuższego czasu deszcze nie padały.

Byliśmy dwoma robotnikami wynajętymi przez pewne państwo z Berlina,

Jakie państwo jest (w mieście) Berlin?

którzy posiedli małą wyspę na dużym jeziorze.

Brzmi seksownie.
Stary Antek i ja wpadliśmy jak nowicjusze, zupełnie zaskoczeni, w jakiś dziwny sielankowy klimat, gdy spojrzeliśmy na horyzont, na którym widniała w oddali mała zielona plama drzew.

Nieporadne ujęcie. I dlaczego jak nowicjusze?

Gdy pił to przez pół roku, potem abstynencja.

Przecinek po „pił”.

Znaliśmy się długo a nie wiedzieliśmy wiele o swoich losach, swoich historiach.

Przecinek przed „a”.
I te "swoje historie" też nie wyglądają tu najlepiej.

Podczas płynięcia nie zamieniliśmy żadnego słowa.

„Podczas płynięcia” - nie przejdzie.

Płynęliśmy dobre dwa kwadranse. Obciążona łódź płynęła...

Za dużo tego pływania.

Stary Antek rozejrzał się po mieszkaniu żeby zobaczyć piec do przebudowy

Przecinek przed „żeby”.
I to „Stary” do usunięcia albo zmiany na inne określenie.

Zacząłem wyładunek i powiedziałem do dziewczyny, która nadal siedziała:

Bardzo złe zdanie.

a jej piersi zabujały się pod koszulką,

No nie...

i usta radośnie uśmiechnęły się do mnie i wypowiedziały pierwsze słowa modlitwy:

i usta radośnie uśmiechnęły się do mnie, wypowiadając pierwsze słowa modlitwy:

- Ja jestem Łukasz – przedstawiłem się.
- Jestem na wyspie od tygodnia, za tydzień wyjeżdżam.

„Jestem” x 2

Przestawienie pieca trwa dwa dni, gdyż trzeba to robić sukcesywnie.. Można postawić pół pieca i odczekać, aż glina zwiąże i wyschnie, i dopiero dokończyć robotę.

W tym kontekście chyba nie „Można” lecz „Trzeba”.

Te atrakcyjne gospodarstwo zamierzała sprzedać bogatym Niemcom po remoncie.

„To”
I kończące „po remoncie” - nie jest dobre, zdanie trzeba przeredagować.

W niedzielny poranek wyszedłem z chałupy i usiadłem przy dogasającym ognisku. Nie zamierzaliśmy kończyć pieca w tym dniu. Po chwili dołączył Antek i stanął przy ognisku.

Dwa ogniska.

Cieszyliśmy się sobą, gdy nagle sen zmienił swa scenerię i ciepło słońca zastąpił siarczysty mróz,

„swą”

co chwilę, spoglądając na mnie

Ten przecinek jest niepotrzebny.

Przebudziłem się szczęśliwy tym, że spędziłem z nią jeszcze chwilę.

„szczęśliwy tym” - trzeba zmienić

Patrzyłem za burtę na wodę, która falowała jakby obojętna na wszystko.

„jakby” bym usunął. "za burtę" zresztą też, albo ujął to inaczej.

Tekst jest zadziwiająco nierówny. Bardzo zła pierwsza część, zniechęcająca do lektury, wiele nieporadnych zdań, stwarzających łącznie wrażenie chaosu i bezradności pisarskiej autora. A potem nagle to się zmienia i jest w miarę przyzwoicie; dość szczerze, bez patosu i naturalnie. Zmienia się tak jakoś od fragmentu rozpoczynającego się od „Antek poczęstował mnie papierosem”.
I ładne ostatnie zdanie.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości