Alicja/początek powieści

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MARCEPAN 30
Pisarz domowy
Posty: 144
Rejestracja: pn 24 lis 2008, 11:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Alicja/początek powieści

Postautor: MARCEPAN 30 » śr 29 lip 2015, 09:47

Chciała dostawać listy, ale prawdziwe, nie takie sztuczne z komputera. Maile czy gadu gadu. Chciała dostać takie papierowe. Dotykać ich, smakować rzeczywisty kształt, czekać na nie. Pachnące wodą kolońską i męskimi perfumami, wyczekiwane dniami lub tygodniami. Wyskakująca błyskawicznie wiadomość czy pojawiające się litery i zdania na monitorze komputera pisane niewidzialnymi palcami to nie to samo. Chciała by przynosił jej listonosz, tak jak przynosił matce od ojca gdy byli jeszcze młodzi. Pięknie do niej pisał, rzewnie. Długimi, skomplikowanymi zdaniami pełnymi cudownych epitetów. Czy to na pewno był ten sam mężczyzna, który teraz co wieczór otwiera piwo i siada przed telewizor? Wgapiony wcześniej w wielką dziurę w skarpetce odsłaniającą paluch z pożółkłym pazurem. Pssst... Aha! Dziewiętnasta trzydzieści. Wiadomości w telewizji. Mogłaby ustawiać zegarek według syku otwieranej puszki.
Postanowiła zejść do piwnicy i jeszcze raz je przeczytać. Bała się, smród stęchlizny przyprawiał ją o mdłości. Że też matka nie mogła tej skrzyni umieścić na strychu! Tak jak normalni ludzie. Piwnica jest jak grób, ciemny, wilgotny i zimny.
Matka opowiadała jej, że czekała na te listy tygodniami. Listonosz przychodził między godziną jedenastą a trzynastą i ta pora była najważniejsza, a człowiek donoszący pocztę stawał się jedynym człowiekiem na świecie. Rano jadła śniadania, ubierała się. Czesała włosy, ubierała sukienkę i słuchała płyt. Skończyła szkołę i czekała na pracę w urzędzie. Miała czas, który dłużył się wtedy jak gumowa taśma rozciągana w nieskończoność. „Autobiografia” i „Nie wiele mogę ci dać” każdego dnia o tej samej porze wyciskały jej łzy. Wytarta, pełna trzasków i szumów czarna płyta tańczyła godzinami. Kiedy listonosz omijał jej dom albo zostawiał coś co jej nie interesowało, zapadała się w tapczan. Dzień mógł się już wówczas skończyć, zniknąć, zamienić w noc, którą należało przespać i zjeść kolejne śniadanie. Znowu uczesać włosy, włożyć kolejną sukienkę i poraz kolejny wypatrywać listonosza. Opowiadała, że dni podzielone były na zamknięte pudełka. W jednym z nich leżał list, którego pragnęła. Każdego dnia o tej samej porze mogła otworzyć jeden z kartonów, jeśli był pusty musiała odczekać całą dobę, aby otworzyć następny. Aż do skutku. Pisała też do niego. Litery nanoszone atramentem rozmazywała raz po raz słona łza. Gdy kończyła, na kopercie lądowała mgiełka jej ulubionych perfum. Gdy zamykała kopertę, było to coś więcej, niż suchy rytuał. Pieszczotliwie i z wielkim uczuciem gładziła tył koperty, by dokładnie się zakleiła. Wpatrywała się później w swoje dzieło i tuż po obiedzie wychodziła na pocztę. Myślała wtedy o nim. Jak zareaguje na jej słowa? Co odpisze? Czy w ogóle odpisze? Czy nie obrazi się za jej nagłą odwagę i zbyt szczere słowa? Bała się, że może to inaczej odebrać. Mijała ludzi i pragnęła, by ktokolwiek z nich zatrzymał się i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że ta historia dobrze się skończy, że oni znają takich miliony i każda z nich miała szczęśliwy finał, więc z nimi też tak będzie. Kleiła później znaczek jak jakąś świętość. Przyjmowała go na język jak hostię, przyklejała delikatnie i długo gładziła. Nie mógł się odkleić. Wracała do domu pełna niepokoju. Miała nadzieję, że on szybko go dostanie, że żaden urzędnik nie otworzy go, by szukać między jej słowami szpiega ze zgniłego zachodu bądź przemycanych dolarów. Niczego takiego tam nie było. Były słowa pełne miłości i tęsknoty, obojętne na zawirowania polityczne i układy sił na świecie. Myślała więc tylko o tym, by za bardzo go nie zniszczyli i by zapach perfum przetrwał. Żałowała, że nie zobaczy jego twarzy, gdy będzie je czytał. Leżała więc później w pustym pokoju wsłuchana ciągle w tę samą płytę i wyobrażała sobie jak on to czyta, jak uśmiecha się do pachnącej nią kartki papieru, jak kończy i rozciąga się na krześle, patrzy z lekkim uśmieszkiem na sufit, a później wyciąga papeterię, pióro i zaczyna pisać. Czekała na odpowiedź zanim jeszcze wróciła do domu z poczty. Właściwie to nawet od momentu, gdy jej list lądował w skrzynce pocztowej. Ach! Jakież to musiało być ekscytujące! Jak cudownie musiało wypełniać życie.
Alicja pokonywała kolejne stopnie stromych, kamiennych schodów walcząc z lękiem, który ogarniał już ją niemal całą od wewnątrz. Wyjście na zewnątrz było potwornym lękiem, ale zejście do piwnicy to jak spotkanie ze śmiercią. Jak włażenie w jej paszczę na własne życzenie, bez refleksji, ale z myślą, że można już stamtąd nie wrócić. Nie miała po co wychodzić z domu, ale zejście do tych mrocznych katakumb podszyte było ogromną motywacją. Stała tam drewniana skrzynka, a w niej wśród staroci plik listów związanych czerwoną tasiemką. Chciałaby takie dostawać, a później spotkać się z ich autorem w jakimś szalonym miejscu. Byłby piękny tak jak jego słowa. Delikatnie gładziłby jej bladą, cienką skórę tak by jej nie uszkodzić, by nie pękła pod naporem palców i nie odsłoniła siateczek błękitnych żył. Byłby tak delikatny, że mogłaby nawet dopuścić go do ust. Muskałby je tylko swoimi suchymi wargami, tak by nie wejść nimi za głęboko, by nie przedrzeć tej cieniutkiej linii między jej światem, a światem chorób, insektów, bakterii i wirusów. Gdyby był wystarczająco czysty być może wpuściłaby go do siebie. Spięłaby się z całej siły, naprężyła skórę tak by nie rozpadła się na kawałki, zmusiłaby umysł, by choć na chwilę zapomniał o strachu i rozerwała jego koszulę. Całowałaby klatkę i schodziła niżej, on pchnąłby ją na tapczan i zdjął ubrania. Drżała na myśl, że mógłby zdjąć jej stanik i majtki, ale przekonałaby siebie ten jeden, jedyny raz w życiu, że to niczym złym nie grozi. Być może pozwoliłaby mu się rozerwać, wejść twardą męskością w jej delikatne fałdy. Pozwoliłaby zmieszać ślinę, zapachy i wydzieliny modląc się, by nie sprowadziło to nieszczęścia. Trwałaby tak, aż do wybuchu jego rozkoszy i napełnienia jej ciepłym strumieniem, słuchałaby jak krzyczy i być może sama coś by poczuła. Albo stałaby się jak te aktorki w filmach, które ostatecznie pękają i wpadają w ogromne poczucie ulgi, gdy wreszcie mężczyzna przestaje opowiadać o sobie i odprowadzać je grzecznie do domu wracając do życia przepełnionego pracą i prymitywnymi kumplami, którzy niczego nie rozumieją. Wpada z nią do mieszkania i już w przedpokoju przygniata do ściany, zrywa bluzkę, prawą ręką gwałtownie ściska białą jak śnieg pierś i całuje jakby od tego miało zależeć jego życie. Ona chwyta jego włosy, płacze, szarpie głowę, ściąga mu koszulę tak gwałtownie jakby prześladował ich ktoś wyjątkowo zły i dawał im tylko kilka minut. Nie zdążycie, zginiecie. Zdążycie, zostaniecie ocaleni. Łapią więc się kurczowo, panicznie i całują jakby z przystawionymi do głowy pistoletami. Szybko i w panice. Po chwili on łapie ją za udo i podnosi wysoko jej nogę, spodnie spadają mu na kolana, pasek metalicznie uderza o podłogę, ściana przyjmuje ciężar ich ciał i wreszcie następuje akt przeolbrzymiej ulgi. Wciska się w nią gwałtownie, ona zaskoczona, zdziwiona patrzy mu głęboko w oczy. Czekała na to tak długo i w takim napięciu, że teraz w akcie nieokiełznanej ulgi zaczyna pokrzykiwać coraz głośniej, z każdym jego ruchem, z każdym jego krzyknięciem jej oczy stają się większe, a ręce szarpią jego włosy, uszy i głowę jakby chciały je wyrwać i zdusić w akcie pożądania. Jakby chciała je ścisnąć i skraść raz na zawsze tak by nie odpłynęły. I gdy kończą, ona śmieje się i płacze. On zamyka oczy i ciężko dyszy. Wciąż stoją, ale pozbawieni już naprężenia jakie było między nimi od pierwszych minut filmu. Jakby to cholerne napięcie i jego rozładowywanie były jedynym ważnym kołem jakie toczy się w życiu ludzi. Przeklęte pożądanie. Nie daje spokoju, szarpie myślami. Czytała gdzieś, że stada pewnych małp kłócą się jak ludzie, są między nimi ogromne napięcia. Zupełnie jak u homo sapiens. Ktoś krzywo spojrzał, ktoś coś komuś szepnął na ucho, ktoś coś źle zrozumiał lub poczuł żal za niesprawiedliwe słowo. Ktoś chętny do przejęcia kontroli podpuścił część grupy przeciw tej drugiej. Napięcie rośnie, a gdy u małp sięga zenitu wystarczy mała iskra, by stado wybuchnęło. Trzask łamanej gałęzi, nagły pisk jednej z nich, cokolwiek. Wówczas całe stado rzuca się na siebie i kopuluje. Każdy z każdym, bez opamiętania. Tylko po to by rozładować to trzymające od wielu dni do granic wytrzymałości napięcie spowodowane koniecznością przebywania ze sobą w ciasnym stadzie. Małpy szaleją, są wręcz zrozpaczone jak ta para kochanków z filmu rzucona na siebie bez żadnej kontroli. Później przez dłuższy czas jest spokój. Czy jesteśmy takimi właśnie małpami? Tylko nie rzucamy się na siebie z genitaliami, a obrażamy i rozchodzimy w swoich kierunkach szukając winy w każdym tylko nie w sobie?
Alicja pokonując kolejny schodek przeraziła się tej myśli. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby nagle przytulić się do kogoś, bo są nie wiadomo czym zdenerwowani. Małpy są odporniejsze na bakterie. Ona wolałaby dostawać papierowe listy i nie opuszczać bezpiecznego pokoju. Nie wdawać się w te cholerne przepychanki między ludźmi, których na zewnątrz nie da się uniknąć. Miała też dość tych obsesyjnych, potencjalnych psychopatów, którzy przysyłali jej coraz odważniejsze i bezpośrednie maile. Miała ochotę skasować konto z portalu dla samotnych i uznać, że samotność nie istnieje. Wymyślili ją ludzie, którzy chcą zarobić na tym pieniądze. Samotni ludzie nie piszą tak brutalnych i bezczelnie sprośnych wiadomości jak te dupki, którymi przesiąknięty jest internet. Samotni ludzie, jeśli kogoś poszukują robią to z klasą i z tym tajemniczym smutkiem wymalowanym na twarzy i wpisanym w każdy gest.
Gdyby więc dostawała takie listy jak jej matka pozwoliłaby sobie na spotkanie. Może wyszłaby z domu, ruszyłaby wreszcie z miejsca i pozwoliłaby na to szaleństwo zwane bliskością. Ale później jej ukochany musiałby zniknąć, nie starzeć się przy niej. Oszalałaby gdyby stał się taki jak teraz jej ojciec, gdyby twardość jego ciała pokrył tłuszcz, twarz zmarszczył czas, przerzedził włosy, odebrał całą tę szaloną romantyczność i wetknął w niedomytą dłoń lodowatą puszkę z piwem. Gdyby musiała krzątać się w kuchni i słuchać jak za jednym zamachem pochłania całą gorycz płynu (gdyby ona tak gwałtownie wypiła lodowaty napój, jej krtań nagle by się rozpadła, a po chwili żołądek rozerwał na strzępy), a następnie przeklina nieudolne rządy postkomunistów i kolejną krwawą rzeź na Bliskim Wschodzie umarłaby z rozpaczy. Ze ścierką w dłoni i niedomytą patelnią leżałaby na podłodze martwa i zimna. Nie, jej bohater musiałby odejść po ostatnim akcie przynoszenia sobie nawzajem ulgi. W momencie, gdy zbliżałoby się już znużenie. Wyobraziła sobie teraz jak ratuje z płonącego autobusu grupę dzieci, jak wypycha w ostatniej chwili ostatnie z nich, a następnie ginie w płomieniach. Musiałby się spopielić jak papieros. Nie mogłaby go oglądać w trumnie, tak nieludzko spokojnego, jakby spał pozbawiony marzeń sennych. Jakby nic go już nie obchodziło. Żeby ją poruszać musiałby być niespokojny, szalony. Tak by nawet na chwilę nie mogła się nudzić i by mogła zapomnieć o swoich demonach. Tak niespokojny jak jego listy i oczekiwanie na nie. Tylko wtedy mogłaby bez obaw wpuścić go do swojego świata i zapomnieć o zagrożeniach. I takiego musiałaby go zapamiętać. Twardego, młodego o ruchliwej twarzy i burzliwych gestach. Tylko tak mogłaby żyć do późnej starości, z obrazem wciąż przywoływanym z pamięci. Nie zniosłaby życia gdyby choć jeden kadr w głowie przedstawiał spokój na jego twarzy, albo gdyby zamarł w fotelu przed telewizorem.
Pokonała ostatni schodek, dotknęła zimnej kłódki i włożyła w nią klucz. Przekręcił się z łatwością i drzwi już po chwili stały otworem. Włączyła światło, ściany oświetliła żółta poświata z żarówki pokrytej muszymi odchodami. Kilka pajęczyn pod sufitem i wzdłuż ścian rozwarło paszcze i Alicja poczuła, że chcą ją zagarnąć. Zaplątać jej wątłe ciało i wciągnąć w otchłań. Zabrakło jej tchu, zakręciło się w głowie. Oparła się ręką o futrynę i łapała oddech. Drugą dłonią przytrzymała się za serce, jakby w ten sposób chciała je zatrzymać. Sprawić, by przestało dudnić. Pierwszy krok i przekroczyła ostateczną granicę stabilności i spokoju. Wyszła poza bezpieczną linię. Dusiła się teraz własnym lękiem, ale nie chciała mu się poddać. Kilkoma krokami, niemal mdlejąc dopadła skrzyni. Otworzyła ją i wyjęła plik listów. Przytuliła je mocno do piersi i odwróciła się. Za nią wszechświat opatulony pajęczynami złowieszczo majaczył, przed nią ogromna przestrzeń dzieląca ją od drzwi wydawała się nie do pokonania przez zwiotczałe ciało kierowane przerażonym umysłem. Przykucnęła. Przycisnęła zwitek jeszcze mocniej do siebie i poprosiła samą siebie o pomoc. „Jesteś silna, dasz radę. To tylko kilka kroków. Później trochę schodów i już jesteś u siebie. Weźmiesz jedną tabletkę, tylko jedną. Ona cię uspokoi. Ona zawsze cię uspokaja. Bardziej, niż ojciec czy matka.”
Rzuciła się w stronę drzwi i z poczuciem ulgi zatrzasnęła jej za sobą. Powoli, krok za krokiem, tak by nie upaść, nie stracić nagle przytomności szła w górę. Kurczowo, do białości kostek ściskała poręcz, jej jedyną przyjaciółkę w tej szalonej wyprawie. Jeszcze tylko kilka metrów, jeszcze parę kroków na piętro i będzie u siebie. Padnie na łóżko, poczeka na uspokajające działanie chemicznej pigułki, być może zaśnie i poukłada sobie wszystko w głowie. Później otworzy listy i zacznie je czytać. Cofnie się w czasie i na kilka chwil znajdzie spokój.
Ostatnio zmieniony śr 29 lip 2015, 19:25 przez MARCEPAN 30, łącznie zmieniany 1 raz.


Optymista uważa, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawda.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » śr 29 lip 2015, 19:25

Jeszcze raz przeczytałem i dodałem trochę nowych spostrzeżeń.

Ciekawa i nieźle opisana z psychologicznego punktu widzenia, historia. Chociaż smutna i przygnębiająca. Kolejna forma uzewnętrzniania się rozpaczy (chyba nie jest to zbyt mocne określenie). Brzmi dość prawdziwie i przekonująco, choć trudno mi sobie wyobrazić, aby ktoś tak chciał żyć, żyć przeszłością swojej matki, traktował ją jak antidotum na swoje zmartwienia czy wręcz ersatz własnego życia, aczkolwiek w filmach Bergmana coś takiego było (skomplikowana relacja matka - córka).
Główny grzech, to powtórzenia; no i z przecinkami nie jest najlepiej. Ale summa summarum – ciekawe.

Chciała dostawać listy, ale prawdziwe, nie takie sztuczne z komputera. Maile czy gadu gadu.

Napisałbym: Chciała dostawać listy, ale prawdziwe, nie takie sztuczne z komputera, maile czy gadu gadu.

Chciała dostawać listy, ale prawdziwe, nie takie sztuczne z komputera. Maile czy gadu gadu. Chciała dostać takie papierowe.

To powtórzone „Chciała" jest oczywiście zamierzone, ale żeby to podkreślić i pogłębić rytm, napisałbym „Chciała dostawać takie papierowe.” Albo zrezygnował z tego powtórzenia, na przykład: „Marzyła o takich papierowych.”

Pachnące wodą kolońską i męskimi perfumami, wyczekiwane dniami lub tygodniami.

Perfumami – dniami – tygodniami: rym wewnętrzny.

Chciała by przynosił jej listonosz,

Raczej „je”.

Czy to na pewno był ten sam mężczyzna, który teraz co wieczór otwiera piwo i siada przed telewizor?

„ ...przed telewizorem”

Czesała włosy, ubierała sukienkę i słuchała płyt.

„ubierała” to trochę kolokwializm.

Rano jadła śniadania, ubierała się. Czesała włosy, ubierała sukienkę i słuchała płyt. Skończyła szkołę i czekała na pracę w urzędzie. Miała czas, który dłużył się wtedy jak gumowa taśma rozciągana w nieskończoność.

Końcówka „ła” powtarza się osiem razy i to w bardzo krótkim fragmencie. Należałoby przeredagować.

„Autobiografia” i „Nie wiele mogę ci dać” każdego dnia o tej samej porze wyciskały jej łzy.

„Niewiele...”

Kiedy listonosz omijał jej dom albo zostawiał coś co jej nie interesowało, zapadała się w tapczan.

Powtórzone „jej”.

Znowu uczesać włosy, włożyć kolejną sukienkę i poraz kolejny wypatrywać listonosza.

„po raz”

Gdy zamykała kopertę, było to coś więcej, niż suchy rytuał. Pieszczotliwie i z wielkim uczuciem gładziła tył koperty, by dokładnie się zakleiła.

Powtórzona „koperta”.

Myślała więc tylko o tym, by za bardzo go nie zniszczyli i by zapach perfum przetrwał. Żałowała, że nie zobaczy jego twarzy, gdy będzie je czytał. Leżała więc później w pustym pokoju wsłuchana ciągle w tę samą płytę i wyobrażała sobie jak on to czyta, jak uśmiecha się do pachnącej nią kartki papieru, jak kończy i rozciąga się na krześle, patrzy z lekkim uśmieszkiem na sufit, a później wyciąga papeterię, pióro i zaczyna pisać. Czekała na odpowiedź zanim jeszcze wróciła do domu z poczty.

Każde zdanie rozpoczyna się czasownikiem w trzeciej osobie liczby pojedyncze, rodzaju żeńskiego, czyli tą samą końcówką – nieszczęsne „ła”. Myślała – Żałowała – Leżała – Czekała. To nie brzmi dobrze.

Alicja pokonywała kolejne stopnie stromych, kamiennych schodów walcząc z lękiem, który ogarniał już ją niemal całą od wewnątrz. Wyjście na zewnątrz było potwornym lękiem,

Powtórzony „lęk”.

Wyjście na zewnątrz było potwornym lękiem, ale zejście do piwnicy to jak spotkanie ze śmiercią. Jak włażenie w jej paszczę na własne życzenie, bez refleksji, ale z myślą, że można już stamtąd nie wrócić.

Połączyłbym te zdania.

Muskałby je tylko swoimi suchymi wargami, tak by nie wejść nimi za głęboko, by nie przedrzeć tej cieniutkiej linii między jej światem, a światem chorób, insektów, bakterii i wirusów.

Trzy razy „jej”.

ściana przyjmuje ciężar ich ciał i wreszcie następuje akt przeolbrzymiej ulgi. Wciska się w nią gwałtownie, ona zaskoczona, zdziwiona patrzy mu głęboko w oczy. Czekała na to tak długo i w takim napięciu, że teraz w akcie nieokiełznanej ulgi zaczyna pokrzykiwać coraz głośniej,

Powtórzona ulga.

Czytała gdzieś, że stada pewnych małp kłócą się jak ludzie, są między nimi ogromne napięcia. Zupełnie jak u homo sapiens.

Powtórzenie znaczenia: kłótnie jak u ludzi/homo sapiens.

Napięcie rośnie, a gdy u małp sięga zenitu wystarczy mała iskra, by stado wybuchnęło. Trzask łamanej gałęzi, nagły pisk jednej z nich, cokolwiek. Wówczas całe stado rzuca się na siebie i kopuluje. Każdy z każdym, bez opamiętania. Tylko po to by rozładować to trzymające od wielu dni do granic wytrzymałości napięcie spowodowane koniecznością przebywania ze sobą w ciasnym stadzie.

Trzykrotne powtórzenie stada.

Kilka pajęczyn pod sufitem i wzdłuż ścian rozwarło paszcze i Alicja poczuła, że chcą ją zagarnąć. Zaplątać jej wątłe ciało i wciągnąć w otchłań.

Połączyłbym te zdania.

Zabrakło jej tchu, zakręciło się w głowie. Oparła się ręką o futrynę i łapała oddech. Drugą dłonią przytrzymała się za serce, jakby w ten sposób chciała je zatrzymać.

„się” w każdym zdaniu.

Drugą dłonią przytrzymała się za serce, jakby w ten sposób chciała je zatrzymać. Sprawić, by przestało dudnić.

Napisałbym: Drugą dłonią przytrzymała się za serce, jakby w ten sposób chciała je zatrzymać, sprawić, by przestało dudnić.

Dusiła się teraz własnym lękiem, ale nie chciała mu się poddać.

Dwa razy „się”.

Rzuciła się w stronę drzwi i z poczuciem ulgi zatrzasnęła jej za sobą.

„je”



Awatar użytkownika
MARCEPAN 30
Pisarz domowy
Posty: 144
Rejestracja: pn 24 lis 2008, 11:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MARCEPAN 30 » czw 30 lip 2015, 09:45

Dzięki za cenne uwagi, z których na pewno skorzystam przy poprawianiu tekstu. Dużo pracy w to włożyłeś. Właściwie Alicja nie żyje życiem matki, ona szuka wszelkich alternatyw, ponieważ jej niewyjaśnione lęki nie pozwalają jej rozwinąć własnego życia. Zamyka się w pokoju, bo każde wyjście z domu kończy się atakami paniki. To ją więzi, a zainspirowało mnie, po tym jak zapoznałem się z wszelkiego rodzaju nerwicami i derealizacjami. Alicja sama nakręca swoje lęki, ponieważ nie zna ich źródła. Ucieczka w życie innych jest złudną ucieczką od jej własnych problemów. To pierwszy rozdział, wrzuciłem na próbę i cieszę się, że Gorgiasz tyle czasu temu poświęcił. Problem nerwic w naszym zwariowanym świecie jest coraz większy, ale nie poświęca mu się tyle uwagi co depresjom, ludzie często pozostają ze swoimi fobiami i czasem wycofują się z życia uważając się za gorszych. Chciałbym to rozwinąć, pojawią się nowi bohaterzy i życie Alicji skomplikuje się. Być może ktoś zupełnie przypadkiem zmusi ja do wyjścia z domu i przełamania lęków.


Optymista uważa, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawda.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości