Śniący

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MrocznyWilk
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: ndz 08 mar 2015, 12:32
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lubelszczyzna
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Śniący

Postautor: MrocznyWilk » ndz 04 paź 2015, 00:18

I



Był chłodny, niedzielny wieczór. Wracałem właśnie od mojej dziewczyny.
Szedłem oświetloną niskimi lampami uliczką. Zauważyłem kosz na śmieci. Podbiegłem do niego i kopnąłem z całej siły. Przekoziołkował kilkanaście metrów, a jego zawartość wysypała się na ulicę.

Byłem mocno zirytowany. Znowu pokłóciłem się z dziewczyną. Ale najgorsze było to, że nawet nie wiedziałem do końca o co. Zawsze znajdowała problem w niczym, jak to każda kobieta. Mówiła, że poświęcam jej zbyt mało czasu, że zajmuję się tylko robotą. Kiedy starałem się jej wytłumaczyć, że praca w banku jest bardzo odpowiedzialna i absorbująca, odpowiedziała, iż nigdy jej nie rozumiem i kazała mi iść.

Dotarłem do mojego bloku kilkanaście minut później. Wystukałem kod do drzwi i wszedłem do środka. Starałem się być w miarę cicho ze względu na późną porę. Tym bardziej, że miałem szczególnie upierdliwych sąsiadów. Zapaliłem światło i wczłapałem się na czwarte piętro, do mojego mieszkania.

Kiedy byłem już w domu, od razu wskoczyłem pod prysznic. W takie dni cieszyłem się z mieszkania w bloku, gdyż zawsze miałem dostęp do ciepłej wody. Umyłem zęby i usiadłem przed komputerem, żeby zobaczyć, czy nie działo się nic ciekawego na używanych przeze mnie portalach społecznościowych. Odpisałem na kilka wiadomości i spojrzałem na zegarek. Była 23:10. Wyłączyłem komputer. Musiałem iść spać, żeby następnego dnia, w miarę wyspany, pójść do pracy na 7:00. Zgasiłem światło i rzuciłem się na miękkie łóżko.


Nie wiedziałem, kim jestem, ani skąd wziąłem się na ulicy w środku nocy, ale nie zważałem na to. Jedyną rzeczą, którą czułem, było pragnienie zabicia kogoś. Ale nie miała to być przypadkowa osoba. Dokładnie wiedziałem, gdzie znajduje się mój cel. Miałem pewność, że mógłbym w stanie go zlokalizować nawet na drugim końcu świata. Byłem z nim w jakiś sposób powiązany.

Odwróciłem się na północ i pobiegłem z nadludzką prędkością. Spojrzałem na swoje ręce. Przystanąłem, aby przyjrzeć się im dokładniej. Przypominały one kształtem ludzkie, ale znacznie się od nich różniły. Były stworzone z czarnego, ciągle poruszającego się płynu. Dosłownie roztaczały wokół siebie mrok. Nie uznałem tego za nienormalne. Wiedziałem, że jestem po prostu sobą.

Przebiegłem jeszcze z kilometr zanim zatrzymałem się przed żółtym blokiem. To tutaj. W tym miejscu mieszkała moja przyszła ofiara. Skoczyłem w kierunku drzwi. Moje ciało dosłownie przepłynęło przez dziurkę od klucza. Zmaterializowałem się wewnątrz budynku. Nie miałem pojęcia, jak to zrobiłem, jednak nie było w tym niczego dziwnego.

Zacząłem biec po schodach. Z każdym krokiem czułem coraz większe podniecenie. Nie mogłem się doczekać posmakowania krwi. Zatrzymałem się pod pierwszymi drzwiami na czwartym piętrze. „Tak, to musi być tutaj” - pomyślałem.

Czułem już zapach mojej ofiary. Wiedziałem, że to musi być młoda osoba, która w miarę ogranicza się w stosowaniu używek. Uradowała mnie możliwość wypicia czystej krwi. Nie mogłem się doczekać napełnienia ją mojego ciała.

Prześlizgnąłem się pod progiem. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, było bogactwo wystroju. Wszystkie meble wyglądały na bardzo kosztowne. Na środku korytarza stała szeroka, ciemnobrązowa szafa z dużym lustrem. Otrząsnąłem się i skarciłem za niepotrzebne przyglądanie się wszystkiemu i ruszyłem z niecierpliwością w kierunku, z którego dopływał do mnie zapach mojego celu.

Wszedłem po cichu do pokoju na końcu korytarza. Ogarnąłem pomieszczenie wzrokiem i uśmiechnąłem się uradowany. Pod prawą ścianą stało dębowe łoże. Leżał na nim młody brunet. Uformowałem już swoją rękę w kształt ostrza z zamiarem rzucenia się na niego, ale nagle poczułem, że coś jest nie tak. Przez chwilę przyglądałem się mężczyźnie i dostałem olśnienia. „Przecież to ja!”- krzyknąłem w myślach. Wszystko sobie przypomniałem. Przecież położyłem się i…


Obudziłem się z wrzaskiem na ustach. Zauważyłem przed sobą stwora, którym byłem w moim śnie. Całe jego ciało było stworzone z takiego samego płynu jak ręce, którym się przyglądałem. W niektórych miejscach miał coś wyglądającego na łuski. Zanim wyśliznął się przez okno, spojrzał na mnie swoimi białymi oczami. Szybko zerwałem się z łóżka i spojrzałem przez okno. Po stworze nie pozostał żaden ślad.

Osunąłem się po ścianie i zacząłem płakać załamany i przerażony. Cały trząsłem się ze strachu. Minął dobry kwadrans nim zacząłem spokojniej myśleć. Nie rozumiałem, jak to wszystko mogło być możliwe. „Czym było to coś!? Dlaczego to przydarzyło się akurat, kurwa, mnie!?” – krzyczałem w myślach. Najbardziej przerażała mnie jednak moja nieświadomość i poczucie normalności, kiedy znajdowałem się w ciele tego czegoś. Nieomal doszło do tego, że zabiłbym sam siebie.


Nie przespałem całej nocy, bojąc się znów zasnąć. Bojąc się, że to znów się powtórzy. Nie mogłem się z tym wszystkim pogodzić. Próbowałem wmówić sobie , iż to był tylko koszmar, ale wiedziałem, że to nieprawda.

Rano postanowiłem, że nie mogę po prostu tak się załamać. Poszedłem do łazienki i spojrzałem w lustro. Wyglądałem okropnie. Czerwone oczy sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały wylecieć z orbit, a „wory” pod oczami były wręcz ogromne.

Ogarnąłem się w miarę możliwości i poszedłem do kuchni zjeść cokolwiek, chociaż wcale nie byłem głodny. Przy okazji, z pomocą rozdygotanych rąk, oblałem się gorącą herbatą, pobudzając zmysły.

Ubrałem się w garnitur i jakby nigdy nic, ruszyłem do pracy. Bank, w którym pracowałem, znajdował się niecały kilometr od mojego domu, więc jak zawsze poszedłem pieszo. Po drodze mijałem znajomych z osiedla. Spoglądali na mnie zdziwieni, zapewne myśląc, że jestem na kacu.


Wyrobiłem się na czas. Dotarłem do pracy kilka minut przed siódmą. Na wejściu powitał mnie mój kumpel, Marek.

– Cześć, brachu.

– Tragicznie dzisiaj wyglądasz – stwierdził. – Coś się stało? – zapytał zaniepokojony.

– Nie… To nic takiego. Po prostu nie mogłem zasnąć. Znowu pokłóciłem się z Pauliną i byłem zdenerwowany – skłamałem.

– Ach te baby. Ona kiedyś cię wykończy – prychnął.

Uśmiechnąłem się krzywo, żeby dać pozory normalności.

Miałem już iść do mojego biurka, gdy zatrzymał mnie dyrektor banku.

– Dzień dobry panie Kowalski. Coś marnie dzisiaj pan wygląda.

– Dzień dobry szefie. Po prostu się nie wyspałem – znów skłamałem.

– Nie chcę być wścibski, ale wydaje mi się, że nie mówi mi pan całej prawdy. Może pan dzisiaj wyjść wcześniej z pracy. Widzę, że coś nie gra. Chcę, żeby moi pracownicy byli w jak najlepszej formie.

Dyrektor, był bardzo dobry dla swoich pracowników. Zawsze starał się im pomóc, gdy widział, że mają jakieś problemy. Wszyscy bardzo go za to cenili.

– Dziękuję, szefie.

– Jeśli coś nadal będzie nie tak, to zadzwoń do mnie, Adamie – zwrócił się do mnie po imieniu, jak to miał w zwyczaju robić po wymianie kilku zdań. – Dam ci kilka dni wolnego.

– Jeszcze raz bardzo dziękuję – odpowiedziałem.

Na szczęście tego dnia nie było dużego ruchu. Dzięki szefowi wyrwałem się szybciej z pracy i poszedłem do domu. Byłem mu naprawdę wdzięczny.

Wróciłem i mimo zmęczenia ugotowałem sobie rosół. Zawsze tak robiłem, gdy byłem padnięty. Za każdym razem pomagał mi zregenerować siły.

Postanowiłem się położyć, mając nadzieję na to, że nie stanie się nic złego.
Spokojnie przespałem kilka godzin. Obudziłem się wypoczęty. Ale nie to dla mnie najbardziej się liczyło. Cieszyło mnie to, że nie znalazłem się znowu w ciele potwora. Wyjrzałem za okno, niebawem słońce miało zniknąć za horyzontem. Postanowiłem jeszcze trochę odpocząć i spędzić resztę dnia na oglądaniu jakichś głupich komedii na poprawę humoru. Wszystko było dobrze do momentu, w którym znowu położyłem się spać.


Znów znalazłem się na środku ulicy. Już dobrze znałem drogę do mojego celu. Byłem wściekły, że nie udało mi się go zabić wcześniej. Największą złość powodowało u mnie to, iż nie pamiętałem wcale, dlaczego tak się stało. Ale zostawiłem przeszłość w spokoju.
Pobiegłem w kierunku znanego mi bloku.

Już miałem wejść do środka, kiedy zauważyłem jakiegoś mężczyznę za drzwiami. Było za późno na ukrycie się. Zauważył mnie. Patrzyłem w jego stronę. Mężczyzna przez chwilę stał skamieniały, patrząc mi prosto w oczy. Nagle na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Zrobił szybki zwrot i krzycząc, zaczął uciekać po schodach. Nie mogłem mu na to pozwolić. Przepłynąłem przez zamek od drzwi i w jednej chwili dopadłem świadka. Próbował się wyrwać, ale skrępowałem całe jego ciało. Zasłoniłem mu usta, żeby nie robił zbędnego hałasu. Odwróciłem go twarzą w swoją stronę. Po jego policzkach spływały strumykami łzy. W piwnych oczach było widoczne błaganie o litość. Pokręciłem znacząco głową i chwyciłem go drugą ręką za głowę. Oderwałem ją szarpnięciem od reszty ciała i w mgnieniu oka wessałem całą krew, aby nie pozostawić po sobie śladów. Czułem się zadowolony, ale to nie była jednak krew, której potrzebowałem. Otworzyłem drzwi. Pozbawione już krwi ciało zgniotłem kilka razy, słysząc zadowalający dźwięk łamanych kości. Wyrzuciłem je beztrosko do pobliskiego kosza na śmieci.

Wróciłem do bloku i wbiegłem na czwarte piętro. Znów wślizgnąłem się do mieszkania bruneta. Miałem już go zabić, gdy ponownie złapało mnie dziwne uczucie. Powtórnie zacząłem sobie wszystko przypominać…


Obudziłem się zlany potem. Spojrzałem przerażony przed siebie. Mroczna postać znowu znajdowała się w moim pokoju. Wyślizgnęła się przez okno, jak poprzednim razem. Nie byłem w stanie nawet się podnieść. Leżałem i płakałem. Jedna rzecz mnie pocieszała: to, że stwór nie atakował mnie, kiedy już nie znajdowałem się w jego ciele.

Nie mogłem sobie wybaczyć tego, iż nie otrząsnąłem się wcześniej, że zabiłem swojego sąsiada. Byłem pewien, że to nie jest moja wina. Ale to nie zmieniało niczego. Nadal leżałem załamany, trzęsąc się ze strachu. Wiedziałem, że to cholerne coś już mnie nie opuści.

Przeleżałem całą noc, starając się tylko nie zasnąć ponownie. Rano zadzwoniłem do szefa i poprosiłem go o tydzień urlopu. Zgodził się bez dociekliwych pytań. Powiedział tylko, żebym na siebie uważał.


Siedziałem w domu i nie miałem pojęcia, co z sobą począć. Nie mogłem nikomu powiedzieć o tym, co się dzieje. Miałem pewność, że nikt mi i tak nie uwierzy, a każdy dodatkowo weźmie mnie za jakiegoś psychola.

Moje przemyślenia przerwał sygnał policyjny. Wyjrzałem przez okno. Miejsce, w którym stał kosz, było już oddzielone taśmą. Z oczu znowu popłynęły łzy. Położyłem się i dałem opaść metalowym kurtynom, którymi stały się moje powieki.

Obudziłem się wieczorem. Od niechcenia włączyłem telewizor. Prezenterka mówiła o tajemniczym mordercy grasującym w mieście. Opowiedziała o zmasakrowanym, pozbawionym krwi ciele znalezionym w koszu. Stwierdzała, że nie wiadomo, kto stoi za tym okrutnym morderstwem, ponieważ osiedle, w którym znaleziono ciało jednego z jego mieszkańców, było pozbawione kamer przez prace konserwacyjne.

Wyłączyłem telewizor. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wpadłem w depresję. Usiadłem na kanapie i siedziałem tak cały czas, myśląc o tym wszystkim. W końcu nie wytrzymałem. Otworzyłem chłodzoną szafkę, w której trzymałem alkohol i wyciągnąłem kilka pierwszych lepszych butelek. Piłem, aż przestałem myśleć i zasnąłem na podłodze w kuchni.
Tej nocy nie wydarzyło się nic. Widocznie gdy nie myślałem normalnie, to nie mogłem także myśleć i w ciele stwora.


Następnego dnia znowu piłem. Paulina dzwoniła do mnie i pisała zmartwiona, ale nie mogłem odebrać ani odpisać. Nie po tym, co zrobiłem. Byłem potworem, ona nie zasłużyła sobie na takie nieszczęście.

Następnego dnia obudziło mnie pukanie do drzwi. Nie mogłem się ruszać, siedziałem poobijany i sparaliżowany w kuchni.

– Proszę otworzyć! Policja! – usłyszałem.

– Adam, wiem, że tam jesteś – zawołała Paulina.

Normalnie ucieszyłbym się, że się o mnie martwi, ale nie wtedy. Chciałem, żeby była jak najdalej ode mnie.

– Proszę cię, otwórz – zawołała błagalnie.

– Wyważamy drzwi – krzyknął jeden z policjantów.

Jedno uderzenie. Drugie. Trzecie. Czwarte. Piąte. Drzwi uległy.

Paulina dopadła do mnie. Nie chciałem, żeby znalazła mnie w takim stanie. Siedziałem na podłodze w kuchni, patrząc ślepo w przestrzeń, a dookoła mnie porozrzucane były puste butelki.

Mimo mojego stanu, klęknęła przy mnie i przytuliła, płacząc.

– Co się z tobą stało!? – wołała próbując przebić się do mojego umysłu.

A ja siedziałem, jak siedziałem. Nie odwzajemniłem nawet uścisku. Tylko nadal patrzyłem pustymi oczyma.


Policjanci wyprowadzili mnie i wsadzili do samochodu. Potem znalazłem się w szpitalu. Paulina przyjechała za policją i później cały czas przy mnie czuwała. Badali mnie lekarze, którzy stwierdzili wycieńczenie i zatrucie organizmu. A ja nadal patrzyłem się w przestrzeń, starając się tylko nie zasnąć.

Po jakimś czasie uznałem, że to koniec. Wiedziałem, że niedługo zasnę, a tym razem nie uda mi się otrząsnąć.

Spojrzałem na Paulinę. Poprosiłem ją, żeby pojechała do mojego mieszkania, po laptopa. Dziewczyna była uradowana tym, że zacząłem znowu mówić. Była gotowa zrobić wszystko, abym jak najszybciej wrócił do normalnego stanu. Gdyby tylko wiedziała, że to niemożliwe...

Wróciła po jakiejś godzinie. Poprosiłem ją o trochę samotności. Zgodziła się.

Uruchomiłem Worda, żeby spisać całą historię i ostrzec innych nim opuszczę ten świat. Ja już się nie otrząsnę. Nie wiem, co się stanie ze stworem po mojej śmierci. Może dopadnie kogoś innego. Mam nadzieję, że ten tekst dotrze do tej ewentualnej, następnej osoby i będzie ona dzięki temu wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Poproszę tylko Paulinę o to, żeby pojechała do domu. Nie chcę, żeby zginęła przeze mnie. Zrobię to i poddam się. Nie wytrzymam ani chwili dłużej.
Żegnajcie. Żegnaj ukochana.
Adam




II



Nic nie zdarzyło się tak, jak planowałem. Przeżyłem.

Paulina siedziała na krześle obok łóżka, w którym leżałem, zamartwiając się o mnie. Cieszyłem się, że nie zadawała zbędnych pytań, o przyczynę wszystkich zdarzeń. Gdyby zaczęła się dopytywać, ciężej byłoby mi ją odesłać do domu. Nie odeszłaby ode mnie, dopóki bym jej nie odpowiedział.

– Kochanie, jedź do domu, odpocznij – zwróciłem się do niej. – Widać, że jesteś zmęczona tym ciągłym czuwaniem.

– Nie chcę cię opuszczać. Nie chcę cię znów tracić – w jej oczach zauważyłem błysk.

– Czuję się coraz lepiej – skłamałem. – Boję się, że w końcu ty zachorujesz przez wycieńczenie. Proszę cię.

– Dobrze, niech ci będzie – odpowiedziała po chwili. – Ale nie myśl, że się mnie pozbędziesz. Zbyt wiele ładnych pielęgniarek się koło ciebie kręci – zaśmiała się. – Jutro przyjadę jak najwcześniej.

Podeszła i pocałowała mnie na pożegnanie. W tej chwili zapomniałem o wszystkim. Wróciła do mnie chęć życia. Przypomniałem sobie jak bardzo ją kocham. Nie chciałem jej stracić, ale odesłanie jej było jedyną rzeczą, którą mogłem zrobić.

Miała już wychodzić, kiedy przypomniałem sobie o pendrivie. Zgrałem na niego zapis całej historii.

– Zaczekaj – zawołałem za nią. – Muszę ci coś dać.

– Co takiego?

Podałem jej pendrive'a. Wzięła go i spojrzała na mnie.

– Jest na nim coś bardzo ważnego. Ale przyrzeknij, że otworzysz go i przejrzysz zawartość dopiero jutro rano, zanim do mnie przyjedziesz.

– Przyrzekam – odparła lekko rozkojarzona. – Do jutra. Tylko nie daj się omotać żadnej pielęgniarce.

– Nie bój się – posłałem jej wymuszony uśmiech. – Tylko ty dla mnie się liczysz.

Odczekałem kilka minut po jej odejściu i pozwoliłem opaść powiekom.


* Paulina udała się na pobliski przystanek. Spojrzała na rozkład. Ucieszyła się, bo następny autobus zatrzymujący się na jej ulicy, miał przyjechać za kilka minut.

Przez całą drogę myślała o mnie. Obawiała się. Będąc w szpitalu miała zamiar zapytać się, co doprowadziło do tego wszystkiego, ale stwierdziła, że jest na to jeszcze za wcześnie. Jednocześnie ciekawiło ją, co zawiera pendrive, którego jej dałem.

Dojechała na miejsce po niecałych dwudziestu minutach. Poszła w kierunku swojego niebieskiego wieżowca. Weszła do środka i wcisnęła przycisk wzywający windę. Jej blok był bardziej nowoczesny od mojego. Będąc już w kabinie, nacisnęła przycisk z numerem 6. Po chwili znalazła się pod drzwiami swojego mieszkania. Wyciągnęła klucze z torebki i otworzyła drzwi.

Kiedy była wreszcie w środku, zrobiła sobie coś do jedzenia, a potem usiadła przed komputerem. Może w tym wypadku niepotrzebnie jej zaufałem… Nie powstrzymała ciekawości, pomimo przysięgi. Wyciągnęła pendrive'a z torebki i podłączyła go do portu USB. Znajdował się na nim jeden plik tekstowy – ten, w którym wszystko opisałem. Kazałem jej nie czytać go do następnego dnia, ponieważ nie chciałem, żeby przyjechała do mnie w nocy, kiedy to wszystko miało się wydarzyć, ale pragnąłem, żeby później wiedziała wszystko.

Z każdą linijką tekstu była coraz bardziej przerażona. Kiedy skończyła czytać, zadzwoniła po taksówkę i wyszła na dwór.

Dotarła do szpitala. Czekało na nią to, czego mogła się spodziewać po przeczytaniu wiadomości ode mnie.

Cały budynek był ogarnięty ciemnością, która go pochłaniała. Weszła przez frontowe drzwi, a raczej dziurę po nich. Zalała ją fala dziwnego zapachu. Obmacując ścianę, zaczęła poszukiwać włącznika światła. Znalazła go, ale to nic nie zmieniło. Nie było prądu. Paulina wyciągnęła telefon z torebki i włączyła latarkę.

Dookoła leżały zmasakrowane ludzkie ciała. Dziewczyna krzyknęła z przerażenia. Powstrzymała odruchy wymiotne i omijając trupy, pobiegła w kierunku schodów. Wbiegła po nich na drugie piętro, do mojego pokoju. Zamurowana stanęła przed drzwiami. Ujrzała mnie śpiącego w łóżku i człekopodobnego stwora schylającego się nade mną.



Znowu pojawiłem się na tej samej ulicy. Już trzeci raz. Mój gniew sięgał zenitu. Czułem, że mój cel nadal żyje. „Co poszło nie tak ostatnim razem!?” – krzyczałem w myślach. Nie mogłem sobie niczego przypomnieć, tak, jak ostatnim razem, co jeszcze bardziej mnie irytowało. Wiedziałem, że mężczyzna, na którego polowałem, znajdował się tym razem gdzieś indziej. Skupiłem się i po chwili zacząłem biec na zachód. Tym razem droga była dłuższa. Na miejsce dotarłem dopiero po jakichś trzydziestu minutach. Był to duży szpital. Zastanawiałem się, dlaczego brunet tam się znajduje. Pomyślałem, że to może ja sprawiłem, iż tam wylądował. Stwierdziłem, że jeśli tak jest, to tylko utrudniłem sobie zadanie.

Unikając namierzenia przez kamery, obejrzałem cały budynek od zewnątrz. Znalazłem główne źródło prądu i odciąłem je swoją ręką przeistoczoną w ostrze. Poczułem jedynie lekkie porażenie. We wszystkich oknach szpitala zapadła ciemność, a kamery przestały się poruszać. Ruszyłem w kierunku głównego wejścia. Przez szybę zauważyłem migoczące światła latarek. Tym razem nie musiałem maskować śladów. Byłem pewien, że mój cel wreszcie nie przeżyje spotkania ze mną.

Wypuściłem z rąk kilka macek i uderzyłem nimi w drzwi, tak, że wyrwane z zawiasów wleciały do środka, uderzając w grupkę członków personelu i rozmiażdżając ich o ścianę. Nawet nie zdążyli zorientować się, co w nich uderzyło. Wszedłem do środka i usłyszałem jęki tych, którym udało się to przeżyć. Rozejrzałem się. W moim kierunku biegły kolejne osoby z latarkami. Instynktownie połączyłem swoje obie ręce i stworzyłem z nich coś w rodzaju wielkiego młota. W mgnieniu oka zmieniłem wszystkich ludzi, znajdujących się na parterze, w krwawą miazgę. Czułem wielką radość z możliwości wyładowania swojej złości. Niszczyłem wszystkie przedmioty stojące mi na drodze. Wbiegłem schodami na drugie piętro, zabijając przy tym wszystkich świadków. Niektórzy próbowali się ukrywać albo uciekać, ale to było bezsensowne. Za każdym razem dopadałem ich i usatysfakcjonowany wysysałem całą krew.

Kiedy byłem już na drugim piętrze, usłyszałem krzyk dobiegający z parteru. Zignorowałem to, uznając za nieważne. Podniecenie wywołane żądzą krwi zakłócało moje zmysły. Zacząłem otwierać drzwi wszystkich pomieszczeń, poszukując mojego celu.

Zatrzymałem się pod drzwiami z numerem 21. Wyraźnie poczułem zapach bruneta. Wyrwałem drzwi i cisnąłem nimi przez korytarz. Mężczyzna spał w szpitalnym łóżku. Bezbronny jak za każdym razem. Mimo tego, zawsze przeżywał spotkanie ze mną. Tym razem musiałem go zabić. Podszedłem do łóżka. Uformowałem moje ręce w ostrza i już przymierzałem się do zadania ciosu, kiedy przerwał mi kobiecy pisk. Odwróciłem się. W wejściu stała przerażona, dwudziestoparoletnia dziewczyna. Jej oczy były przepełnione strachem.

Uśmiechnąłem się do niej, odsłaniając swoje lśniące kły. Skoczyłem w jej kierunku i wgryzłem się w szyję, od razu wysysając ciepły, szkarłatny płyn, który dawał mi siłę. * Razem z krwią wysysałem jej wspomnienia. Zaskoczyłem się, bo zdarzyło mi się to pierwszy raz. Wiedziałem o niej dosłownie wszystko.

W tym momencie się otrząsnąłem.


Przerażony rozwarłem szczęki i wypuściłem z nich rozszarpaną szyję Pauliny. Spojrzałem na jej niewinne, przerażone oczy. Była martwa, nie miała żadnych szans na przeżycie. Pozbawiony sensu życia położyłem jej ciało na podłogę i uklęknąłem obok, zginając się w bólu rozpaczy…


Obudziłem się i od razu dopadłem ciała Pauliny. Byłem w tym momencie najnieszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Zostałem pozbawiony wszystkiego, nawet swej miłości.

– Nie! – krzyczałem w agonii. – Dlaczego tu przyjechałaś!? – wołałem bezcelowo, a łzy ciekły po moich policzkach strumieniami. - Dlaczego to musiało się tak stać!? To ja powinienem być martwy, nie ty – zaszlochałem.

Spojrzałem za siebie. Stwór, który do tego wszystkiego doprowadził, stał w miejscu i patrzył na mnie pustym wzrokiem.

– Na co czekasz, skurwielu!? – wrzasnąłem. – No dalej, zabij mnie, przecież do tego cały czas dążyłeś!

– Wybacz mi – powiedział donośnym głosem.

– Co? – spytałem zbity z tropu. – Co ty pierdolisz!? Teraz prosisz mnie o przebaczenie!?

– To nie była moja wina. Wysłuchaj mnie – powiedział, a ja poczułem coś dziwnego. Po chwili zorientowałem się, że nawet gdybym chciał, to nie mogę mu przerwać. Nie mogłem się ruszać. – Wszystkiemu winny jest mój pan. To on ma nade mną kontrolę. Nie mogę się mu sprzeciwiać. To on sprawiał, że budziłeś się w moim ciele i dążyłeś do zabicia się. Ja tego nie chciałem, ale nie mogłem niczego zrobić. Przepraszam.

Znowu mogłem się ruszać. To wszystko nie trzymało się kupy, ale było mi to obojętne. Nie widziałem już sensu w niczym.

– Ale… Dlaczego on chciał mnie zabić? Dlaczego akurat mnie!?

– Nie wiem. On nie mówi mi o niczym. Zmusza mnie tylko do służby. Posłuchaj mnie, Adamie. Mogę ci pomóc.

– Niby w jaki, kurwa, sposób!? – spytałem roztrzęsiony. – Wszystko straciłem. Nic mi już nie pozostało. Nic mi już nie pomoże – stwierdziłem.

– I tu się mylisz. Mogę dać ci zemstę. Zabijmy mojego pana. Wtedy i ja zyskam – wolność.

– Dlaczego nie zabijesz go sam? – spytałem zaintrygowany.

– Sam nic nie zrobię. Niedługo zorientuje się, że znowu nie udał się atak na ciebie i odzyska nade mną kontrolę. Musimy się połączyć. Oddam ci kontrolę nad swoim ciałem. Wtedy on niczego nie wskóra.

– Czy jesteś pewien, że to się uda?

– Tak. Zgadzasz się?

– Zaryzykuję – odpowiedziałem po chwili. – Ten skurwysyn pożałuje wszystkiego, co zrobił.

– Niech i tak będzie – powiedział.

Podszedł do mnie i w ułamku sekundy wtopił się w moje ciało. Zostaliśmy jednością.
– Możesz czuć się trochę dziwnie – usłyszałem jego głos w swojej głowie. Chyba swojej… – Wskażę ci drogę.

Wyskoczyłem przez okno. Wylądowałem na chodniku i zauważyłem niebiesko-czerwone światła. Pod wejściem do szpitala znajdowały się już samochody policyjne. Widocznie ktoś przeżył mój atak albo ktoś inny przyszedł do szpitala i zadzwonił po pomoc.
Niezauważony uciekłem z miejsca masowego mordu. Moje uczucia były tłumione. Choć powinienem czuć smutek, żal, cokolwiek, a nie mogłem czuć nic. Uznałem to za efekt uboczny połączenia.

Stwór zaczął mnie kierować do swojego pana. Biegłem, ukrywając się w mroku i unikając ludzi. Nie mogłem dać się zauważyć. Chociaż, gdyby ktoś mnie zobaczył i powiedział o tym komuś innemu, to tamten uznałby zapewne, że zwariował. Jednak mimo wszystko wolałem być niezauważonym.

Na miejsce dotarłem po niecałym kwadransie. Stałem przed nowoczesnym wieżowcem i zastanawiałem się, co robić. Ten człowiek, jeżeli w ogóle to człowiek, musiał posiadać ogromną moc, żeby kontrolować potwora. Zaskakiwało mnie to, że miejsce wydawało mi się dziwnie znajome. Uznałem, że to pewnie przez to, iż stwór często tu bywał. Elementy jego umysłu mieszały się z moim.

Pokierował mnie na piętnaste piętro. Zdziwiłem się, bo nie działo się nic nadzwyczajnego. Jakby cel mojej zemsty był nieświadomy mojej obecności w budynku. Żadnych pułapek. Nic.

Wśliznąłem pod drzwiami. Mężczyzna na pewno był bogaty, świadczyło o tym wnętrze mieszkania. Wszystko było z górnej półki. Usłyszałem jakiś dźwięk. Poszedłem w jego kierunku. Stanąłem przed wejściem do jednego z pokoi. Okazał się on salonem. Czarnowłosy mężczyzna siedział w fotelu i oglądał telewizję.

– Nadeszła chwila zemsty – powiedział głos w mojej głowie.

Uformowałem swoją rękę w ostrze i zacząłem powoli podchodzić do fotela. Mężczyzna zauważył cień i odwrócił się, ale było już dla niego za późno, ostrze tkwiło w sercu, a krew tryskała na podłogę. Pierwszy raz, jako prawdziwy ja, czułem tak wielką satysfakcję z zabicia kogoś. Dokonałem zemsty. W ostatnim momencie swojego życia spojrzał mi w oczy.

– Dlaczego? – zapytał szeptem i osunął się na ziemię martwy.

Nagle poczułem jakby ktoś usunął mi blokadę z umysłu. Spojrzałem na mężczyznę.
Na podłodze leżał Marek, a ja nie mogłem nawet uronić łzy. On mnie kontrolował. Czułem jak smutek i nienawiść rozsadzają mnie od środka.

– Zaufałeś mi człowieku. I to był błąd – powiedział głos w mojej głowie.


Od tamtego dnia jesteśmy jednym i nie mogę niczego z tym zrobić. On zmusza mnie do wykonywania tych wszystkich okropności na jego kolejnych ofiarach. Jestem wrakiem tego, kim byłem. Straciłem uczucia. Jestem jego niewolnikiem. Niewolnikiem pozbawionym sensu życia.

Są dni, w które mogę uzyskać kontrolę nad sobą. Dzisiaj jest jeden z nich. Piszę to, aby Was ostrzec.

Obawiajcie się nocy, to czas jego polowań.




III




Spojrzałem na siedzącą na metalowej poręczy od schodów nastolatkę. W prawej dłoni trzymała prawie spalonego papierosa. Światło księżyca rozświetlało jej pryszczatą twarz. Zaciągnęła się po raz ostatni. Kiedyś po prostu ochrzaniłbym ją za to, co robiła ze swoim zdrowiem w tak młodym wieku, ale teraz było mi jej żal. A to tylko dlatego, że wiedziałem. Wiedziałem, co zaraz ją spotka. Miało to być to samo, co dziesiątki osób przed nią, czyli śmierć. Dla właściciela tego ciała – którego zacząłem nazywać w myślach Koszmarem - była ona tylko kolejną ofiarą. Dla mnie była człowiekiem.

Nie opierałem się, kiedy stwór przebił jej głowę na wylot. Nie walczyłem, gdy zaczął chłeptać szkarłatną krew. To było bez sensu. Nie miałem do tego wystarczającej siły. Przekonałem się o tym wiele razy – wcześniej, kiedy miałem jeszcze nadzieję na wolność. Nie chciałem przyjmować już więcej bólu i cierpienia. Po prostu zacząłem patrzeć na to wszystko obojętnie. Wtedy nie dręczył mnie tak bardzo. Nie pokazywał obrazów ludzi, których zabiłem. Pauliny. Marka. Szefa oraz wielu innych, liczących się dla mnie osób.

Nadszedł dzień. Koszmar jak zawsze skrył się w jakimś ciemnym miejscu, gdzieś, gdzie żaden człowiek łatwo by go nie odnalazł. Tym razem wśliznął się do dziupli w próchniejącym jesionie, który stał w środku miejskiego parku. Mijały kolejne godziny. Słońce zaczęło górować. Patrzyłem tępym wzrokiem na otaczający mnie świat. Najbardziej bolało mnie to, że chociaż zdarzyło się tak wiele, świat nadal kręcił się tak samo. Większość ludzi nawet nie zwróciła uwagi na zniknięcie przeciętnego Kowalskiego.
Przed drzewem przechodziła młoda matka z być może sześcioletnim synkiem.

– Widzisz tego pulchnego blondynka? – spytał donośny głos z głowy. Długi, czarny jęzor przesunął się po twarzy. – Dzisiaj zjemy jego mamuśkę na kolację, on zostanie na deser. Czujesz, jak słodko pachną?

Z politowaniem spojrzałem na nasze kolejne, niczego nieświadome ofiary. Nagle chłopiec spojrzał na dziuplę, z której wyłoniła się wodnista twarz, uśmiechająca się do niego obrzydliwie. Dzieciak wrzasną przeraźliwie i przytulił się do matki, która spojrzała na nasze schronienie. Oczywiście niczego już tam nie było.

Nadszedł wieczór. Na niebie pojawiła się biała poświata, chociaż półksiężyc skrył się za ciemnymi chmurami. Większość ludzi siedziała już w swoich domach. Myśliwy rozpoczął polowanie.

Było tak, jak wtedy, kiedy to ja panowałem nad ciałem tego monstrum. Koszmar z nieludzką prędkością przemykał między setkami budynków. Czułem jego zew. Pragnął krwi, której posiadaczy wybrał wcześniej.

Nawet nie zatrzymał się przed drzwiami bloku. Po prostu prześlizgnął się pod nimi i zaczął wbiegać po granitowych schodach. Jego podniecenie wzrosło jeszcze bardziej. Stanął pod czarnymi drzwiami. Z ekscytacją zaciągnął się zapachem przyszłych ofiar i wślizgnął się do środka.

Tym razem trochę się przeliczył. Nie mógł zostać nieusłyszany. Przed wejściem leżał ogromny doberman. Pies od razu wyczuł włamywacza i rzucił się na niego. Koszmar nie zdążył uniknąć gniewu zwierzęcia. Kiedy psisko skoczyło na niego, upadł na drewnianą podłogę i uderzył w szafę z lustrem, które się stłukło, robiąc dużo hałasu. Dodatkowo pies zaczął jeszcze szczekać i warczeć. Po chwili leżał martwy i pozbawiony krwi na podłodze, ale to nie zmieniało faktu, że właściciele domu obudzili się i wiedzieli, że coś niedobrego się stało. Koszmar był przez to wszystko zdezorientowany. Chyba jeszcze nigdy nie zaliczył takiej wpadki. Przecież był profesjonalistą. Tyle zabójstw, a jeszcze nikt go nie nakrył. W jego mordach nie było żadnego wzoru.

Nagle wszystko zwolniło. Świat się zatrzymał. I wtedy uderzyłem z całym gniewem, który do tej pory się we mnie wezbrał, w osłabiony umysł monstrum. Poczułem jego przerażenie. Wiedział, że zaraz wszystko pójdzie źle, wręcz koszmarnie dla niego. Próbował zripostować atak, ale nic nie było w stanie pokonać mojej nienawiści w tamtym momencie. Wiedziałem, że to jedyna taka szansa. Nie mogłem jej zaprzepaścić. Przejąłem kontrolę nad ciałem. Przebiłem się przez matową szybę w pierwszych drzwiach na lewo. Odskoczył od nich ze strachem wymalowanym na twarzy, ubrany do pasa brunet, zapewne ojciec chłopca. Z jego dłoni wyleciał aluminiowy kij od baseballu. W wielkim łożu siedziała wystraszona matka chłopca.

Miałem jeszcze możliwość zatrzymania się. Wiedziałem, że tym, co planowałem zrobić, zabiję nas obu. Jednak nie zatrzymałem się. Nie chciałem już tego cholernego życia. Wyskoczyłem przez okno, którego kawałki rozleciały się we wszystkie strony. Nie prześlizgiwałem się. Potrzebowałem impetu.

Leciałem prosto na linie wysokiego napięcia, które zobaczyłem po drodze do bloku. Nadal wszystko działo się strasznie wolno. Słyszałem obłąkany, rozsadzający głowę wrzask. Koszmar nie chciał stracić życia. Wszystkich swoich obrzydliwych osiągnięć. Nie mogłem pozwolić mu na dalsze istnienie. Był najgorszą marą.

Przekształciłem obie ręce w dziesiątki macek, które oplotły się wokół przewodów. Poczułem, jak do mojego ciała zaczyna wnikać energia. Przeszył mnie ogromny ból. To był już koniec. Oddałem kontrolę Koszmarowi, którego krzyk wzniósł się ponad wszystkie miary. Wycofałem się w najodleglejszy kraniec umysłu, gdzie w spokoju mogłem poczekać na śmierć.

Nagle przebudziłem się. Zauważyłem tylko kilka zielonych postaci stojących nade mną i znów straciłem przytomność.

Obudziłem się z okropnym bólem głowy. Zastanawiałem się, jakim cudem to przeżyłem. Bez podnoszenia się, widziałem, że jestem w szpitalnej sali. Podniosłem do góry prawą dłoń. Moją dłoń! Moją ludzką dłoń! Znów miałem swoje ciało! Jednak ekscytacja zniknęła, zanim naprawdę zdążyła wrosnąć. I po co mi teraz życie? A skoro ja przetrwałem, to może i on…

Podniosłem się i oniemiałem. Siedząca po mojej lewej stronie dziewczyna podniosła zmęczoną twarz. Spojrzałem w jej podkrążone, niebieskie oczy. Paulina! Ale… jak?!

Spojrzała na mnie tępym wzrokiem. Dopiero po chwili wyraz twarzy się zmienił. Zerwała się z krzesła i dopadła do mnie. Nie myślałem już o tym, jakim cudem ona żyła. Oderwałem wszystkie podłączone do mnie aparatury i przytuliłem moją ukochaną. Wtuliłem głowę w jej kruczoczarne włosy i zacząłem płakać tak, jak nigdy. Nie miałem czego się wstydzić. Odzyskałem ją! Paulina także zalała się łzami. Nasze usta spotkały się i nie chciały się rozstać.

– Myślałam, że straciłam cię na zawsze! – krzyknęła.

– A co mam mówić ja? Po tym wszystkim cię odzyskałem! Ale wciąż nie mogę się domyślić, jakim cudem przeżyłaś? Przecież trzymałem twoje martwe ciało…

– Że co? O czym ty gadasz? – spytała ze zdziwieniem.

– Przecież to wszystko, co się działo… Ten potwór, szpital, mord… – Zatrzymałem się. Do głowy przyszło mi coś absurdalnego. – Powiedz mi, skąd ja się tutaj w ogóle wziąłem?

– Jak to skąd? Niczego nie pamiętasz? Potrącił cię jeep, kiedy wracałeś ode mnie. – Próbowałem coś sobie przypomnieć, ale czułem tylko lukę w pamięci. – Wtedy, kiedy się pokłóciliśmy. Wpadłeś w śpiączkę. Bałam się, że się z niej nie wybudzisz. Leżysz tutaj już tydzień. Ale jeszcze gorsze rzeczy działy się wczoraj, kiedy straciłeś puls. Myślałam, że to już naprawdę koniec. Na szczęście uratowali cię respiratorem. Wyjawili mi, że nawet na moment się przebudziłeś, ale niemalże od razu straciłeś przytomność. Nie do końca im wierzyłam, ale teraz… mieli rację. – Przytuliła się do mnie jeszcze mocniej.

– A więc to wszystko to był tylko jeden wielki koszmar…? – spytałem sam siebie. Nie mogłem w to uwierzyć. Wiedziałem, że nawet jeśli tak, to zapamiętam go do końca życia.

– Jaki koszmar?

– Nawet nie wiesz, przez co przeszedłem. Już całkowicie straciłem nadzieję. To było takie realistyczne… nawet nie wiedziałem, że śnię.

– Opowiedz mi – poprosiła.

Cofnąłem się do samego początku i zacząłem odświeżać wszystkie wspomnienia. Dotarłem do momentu, w którym po raz pierwszy znalazłem się w ciele oprawcy. Nagle usłyszałem, jakby jakiś płyn rozlał się koło drzwi. Momentalnie odwróciłem się w tamtą stronę. Zauważyłem kilka czarnych kropel znikających pod progiem. Przetarłem oczy. Nie było żadnego śladu. Mam nadzieję, że to tylko mi się zdawało…




IV




Wreszcie wypuścili mnie ze szpitala. Ten dzień miałem w całości poświęcić Paulinie. Teraz rozumiałem, jak wiele ona dla mnie znaczy. Nawet jeżeli straciłem ją tylko w mojej własnej wyobraźni, wiedziałem, że nie mogę bez niej żyć.

Wybraliśmy się na spacer do parku, z dala od miejskiego gwaru. Szliśmy przytuleni, nie zwracając większej uwagi na rzeczywistość. Pierwszy raz w życiu byłem tak szczęśliwy. Cieszyłem się samą jej obecnością. Tym, że była tak blisko, że mogłem znów dotykać jej delikatnego ciała, całować jej słodkie usta i głaskać gęste włosy.

Małe pudełeczko dawało znać o swoim istnieniu. Ciężyło w kieszeni. Nosiłem je cały czas przy sobie, czekając tylko na odpowiedni moment. Wcześniej nie byłem pewien, czy to jest na pewno to. Ale po tym wszystkim…

Zatrzymałem się. Paulina spojrzała na mnie, a ja uklęknąłem przed nią i wyciągnąłem pierścionek. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, a jej twarz rozpromieniała jeszcze bardziej.

– Paulino, czy zechcesz zostać tą, z którą spędzę resztę mojego życia? – spytałem, nie bojąc się o to, że zostanę odrzucony. Byłem pewien jej uczucia.

– Jasne, że tak – odpowiedziała z ekscytacją, a po jej policzkach spłynęły łzy radości.

Z pudełeczka wyciągnąłem pierścionek i wsunąłem go na serdeczny palec jej prawej dłoni.

Wstałem i pocałowałem ją. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Czułem, że z nią przy boku mogę przenosić góry.

Zabrałem ją do kawiarni. Mogliśmy spokojnie porozmawiać o przyszłości. Zastanowić się, co dalej.

To wszystko wydawało się zbyt idealne. Pojawiały się myśli, które podpowiadały, że wcześniejsze zdarzenia nie były tylko snem, ale odganiałem je z irytacją. Wciąż czułem obrzydzenie, myśląc o zamordowanych przeze mnie ludziach. Gdy wspominałem chwilę, w której zabiłem Paulinę, po moich plecach przechodziły tysiące lodowych mrówek. To było zbyt realne, by nie pozostawiło żadnego śladu na mojej psychice.

Kiedy wracaliśmy do mojego mieszkania, srebrny rogal już wypływał na podróż po niebie. Miałem nadzieję zakończyć ten dzień spełnieniem, które pozwoliłoby mi zapomnieć.

Zrzucenie z siebie górnej części garderoby zajęło nam dosłownie chwilę. Paulina zbliżyła się i objęła mnie wokół talii. Szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy.

– Kocham cię – szepnąłem.

– Ja ciebie też – odpowiedziała i zaczęła całować mnie namiętnie.

Coś mi nie pasowało. Spojrzałem w jej oczy. Krystaliczny błękit zastąpiła nieprzenikliwa czerń. Zdezorientowany próbowałem się cofnąć. Jednak coraz mocniejszy uścisk nie pozwolił mi na to. Objęcie zmieniło się w przebijając moją skórę klatkę. Wrzasnąłem przerażony. Jej przyjemna w dotyku skóra zaczęła się przeobrażać w czarną maź. Moja miłość przeobrażała się w Koszmar. Ale jakim cudem to możliwe!?

– Ty chciałeś mnie zniszczyć?! – zaśmiał się złowieszczo. Z ciała Pauliny pozostała tylko wykrzywiona w grymasie niezadowolenia twarz. – Jesteś naprawdę śmieszny śmiertelniku. Jeszcze nikt nie dał mi tyle zabawy. Naprawdę myślałeś, że się uwolnisz?!

Patrzyłem na niego, czując, że wszystko wewnątrz mnie się przewraca. Nie odzyskałem Pauliny, nie odzyskałem niczego. Byłem uwięziony w jego umyśle.

– Dlaczego ty jeszcze żyjesz, skurwielu!? – wycedziłem przez zęby. – Przecież cię usmażyłem!

– Ha, dobre sobie! To wszystko było iluzją. Przekonałeś mnie, że jednak nie powinienem ci odpuszczać; jeszcze mi się nie znudziłeś. Będziesz cierpiał jak nigdy wcześniej!

Koszmar zaczął przechodzić do mojego wnętrza, powodując niewyobrażalny ból. Chwilę później znów widziałem wszystko przez krwiste zwierciadło. Ciało ponownie nie było już moje.

Myliłem się, gdy myślałem wcześniej, że moja psychika została zniszczona. Ten sukinsyn po raz drugi odbierał mi wszystko.

Przede mną stała drżąca Paulina. Z jej przerażonych oczu wypływały słone krople. Choć wiedziałem, że tym razem jest ona tylko iluzją stworzoną przez Koszmar, bałem się tego, co miało nastąpić. Nie miałem żadnej kontroli. Chwyciłem ją za gardło i zacząłem je oblizywać ostrym językiem aż skóra poczęła odrywać się płatami. Dziewczyna zaczęła piszczeć. Uformowałem dłoń w ostrze i przebiłem jej klatkę piersiową. Wydała ostatni wydech. Zadałem kilka kolejnych ciosów rozlewając krew, którą zacząłem zlizywać z chorym zadowoleniem. Bawiłem się świetnie.

Pomimo tego, że to były uczucia Koszmaru, przenikały one do mojego umysłu, powodując jeszcze większe cierpienie.

Upadłem obok niej. Koszmar mnie opuścił, znów byłem w swoim ciele. Nie miałem już siły, aby płakać. Wydawałem przeciągły krzyk rozpaczy. Przytuliłem po raz ostatni Paulinę, która zaczęła się rozpływać, tak jak cały świat. Po chwili otaczała mnie tylko ciemność.


Z trudem otworzyłem spuchnięte oczy. Poderwałem się z zimnej, grudkowatej ziemi. Próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek, ale w głowie odnalazłem tylko pustkę.

Rozejrzałem się wokół, jednakże wszystko przed moim wzrokiem ukrywała gęsta mgła.

Potarłem rękami o ciało, które pokrywała gęsia skórka. Z każdą chwilą robiło się coraz chłodniej.

Nagle kątem oka zauważyłem, jak coś przebiega po mojej lewej stronie. Nie zastanawiając się długo, ruszyłem za tym tajemniczym czymś.

Zatrzymałem się, prawie wpadając w małą dziewczynkę. Poznałem ją po okrągłej buzi i grzywce opadającej na oczka. To była córka mojego sąsiada. Mogła mieć z dziewięć lat. Spojrzałem na nią, starając sobie przypomnieć… Ela! Tak miała na imię.

– Elka, co ty tutaj robisz? – spytałem najmilszym głosem, na jaki mogłem się wysilić. – Co tu się dzieje? Gdzie twoi rodzice?

– Niech pan się nie boi – odpowiedziała cicho. – Wszyscy już na nas czekają.

Podała mi swoją małą dłoń i pociągnęła do przodu. Przez mój umysł przewijało się wiele pytań, ale nie zadawałem ich, gdyż dziewczynka nie odpowiedziała nawet na poprzednie. Wiedziałem, że nie dowiem się nic więcej. Pozwoliłem jej prowadzić.

Po jakimś czasie mgła trochę się rozrzedziła, a ja byłem w stanie zobaczyć wyrastające z ziemi miedziane konstrukcje o abstrakcyjnych kształtach. Zastanawiałem się, kto je tutaj zbudował. Ale jeszcze bardziej zastanawiało mnie, skąd ja się tam wziąłem. Co to w ogóle za miejsce…?

Dotarliśmy do okrągłej platformy wykonanej z czarnego kamienia.

– Zaczekaj tutaj – poprosiła dziewczynka, po czym wypuściła moją dłoń i pobiegła w mrok. Nie zdążyłem nawet w żaden sposób zareagować, zanim całkiem zniknęła mi z oczu.

Po paru minutach usłyszałem kroki. Kroki wielu osób. Wyszły one z ciemności, otaczając mnie. Wszystkich znałem. Ludzie, na których twarzach zazwyczaj widziałem radość z życia, promieniowali smutkiem i żalem. Co takiego się stało, że tak się zachowywali?

Nagle ujrzałem pośród nich Paulinę. Już miałem do niej podbiec i spytać, co się dzieje, ale zmartwiałem, zauważywszy grymas nienawiści znaczący jej twarz.

Znów zalała mnie fala wspomnień. Koszmar… Byłem w jego wymyślonym świecie.
Wygląd wszystkich zmienił się. Wyglądali tak, jak w chwili śmierci. Obszarpani, podziurawieni, pozbawieni krwi…

– Zapłacisz za to wszystko, co nam uczyniłeś – wysyczała moja martwa dziewczyna przez spierzchłe usta.

– Za nasze cierpienie! – krzyczeli. – Teraz sam tego wszystkiego doświadczysz!

Ich oczy wypełniła czerń, a palce przekształciły się w podłużne, wodniste bicze i kolce.
Moja świadomość legła w gruzach. Nikt nie zniósłby czegoś takiego. Upadłem na twarde podłoże i zwinąłem się w kłębek. Wkładałem wszystkie siły w to, by skryć się w najgłębszych zakamarkach umysłu tak, jak wcześniej. Jednak tym razem nie było to możliwe. Wiedziałem, że on mi na to nie pozwoli.

Poczułem pierwsze uderzenie, po nim następne. Mój krzyk niósł się echem w pustej przestrzeni, a oni nie przestawali. Żadna część ciała nie została pominięta.

Straciłem przytomność, dławiąc się własną, ciepłą krwią.




V




Odzyskałem przytomność, ale nie okazało się to niczym miłym. Wszechobecny ból wzmacniało ożywiające zimno kamienia. Nie miałem siły, aby się ruszyć, a co dopiero podnieść. Leżałem tak w oczekiwaniu na powrót wyimaginowanych mścicieli. Oddychałem ciężko przez zatkane zaschniętą krwią nozdrza.

Po jakimś czasie usłyszałem powolne kroki. Ktoś podszedł do mnie i coś powiedział, jednak nic do mnie nie dotarło przez przytłumione zmysły. Odszedł, by wrócić po kilkunastu minutach z prowizorycznym wózkiem, na który z trudem mnie wrzucił. Skwitowałem to tylko przeciągłym jęknięciem. To, co miało się ze mną stać, było już bez znaczenia. Najzwyczajniej w świecie już nic mnie nie obchodziło. Straciłem dosłownie wszystko.

Dotarliśmy do jakiegoś budynku. Nie byłem w stanie zauważyć żadnego szczegółu – wszystko było rozmazane. Postać, która bez wątpliwości była mężczyzną, przeniosła mnie na ławę, podłożyła mi coś pod głowę i przykryła kocem.

Usłyszałem trzaskanie palącego się drewna. Gdzieś na środku pomieszczenia znajdywało się palenisko. Czułem, że mogę zasnąć bez obaw. Wewnątrz było bezpiecznie. Powieki zacisnęły się, jakby ważyły tony. Nie próbowałem ich podnosić. Oddałem się sennej rzeczywistości.

Ocucił mnie silny zapach ziół. Brodaty mężczyzna machał mi blaszanym kubkiem z parującą zawartością przed samą twarzą. W ślimaczym tempie podnosiłem się, próbując usiąść. Towarzyszył temu ból całego ciała, ale udało się. Chwyciłem w obie dłonie głowę, która jakby odpływała. Czułem się, jakbym siedział na pokładzie starego, rozchybotanego parowca.

Rozkojarzonym wzrokiem spojrzałem na wybawcę, jeżeli tak można go nazwać. Zmierzyłem go od stóp do głowy. Ciemnobrązowe buty z grubą podeszwą, niebieskie ogrodniczki, a za pasem… czerwony klucz hydrauliczny; szara, płócienna koszula, a na samym czubku okrągłej głowy niebieski kaszkiet, spod którego wystawały kędzierzawe, czarne włosy. Najbardziej przyciągającym wzrok elementem jego wyglądu była długa broda, równie nieuporządkowana jak włosy. Jednak nie była na tyle dezorientująca, by nie zauważyć tęgości mężczyzny.

Zadałem pierwsze pytanie, które przyszło mi na myśl.

– Kim jesteś? – wypowiedziałem zachrypniętym głosem.

– Nieistotne – burknął. – Ty się lepiej, kurwa, ciesz, że cię stamtąd zabrałem.

– Powinienem podziękować…

– Nie dziękuj. Nie zrobiłem tego dla ciebie. Ty jako ty nie jesteś mi nawet potrzebny.

Poczułem się lekko zaskoczony. A może nawet otępiony. Facet najpierw ratuje mnie przed tym wszystkim, a teraz coś takiego? W ramach wdzięczności postanowiłem nie oburzać się na te słowa.

– A więc po co mnie ratowałeś…?

– Słuchaj, synek – przegryzł pulchne wargi – siedzę tu tak długo, że ten popierdoleniec już chyba o mnie zapomniał. Zorientował się, że nawet nie ma za bardzo czym mnie gnębić, więc rzucił mnie gdzieś w kąt jak dziecko zabawkę, która zaczęła być nudna. A najgorsze jest to, że nawet nie mam jak się stąd wydostać. A jest sposób. Ha, ten skurwiały kretyn sam mi go wyjawił! A wiesz dlaczego? Bo nie miałem nikogo bliskiego. Wszyscy już dawno poumierali, zanim trafiłem na niego. Więc nie było szansy na to, żebym mógł zabić kogokolwiek ważnego dla mnie, będąc w jego ciele.

– Coś nie bardzo rozumiem, co to ma wspólnego z wydostaniem się stąd.

– Chodzi o to, żeby wejść do własnego umysłu, czy jak to zwał, bo nawet nie jestem pewien, czy można mieć umysł w czyimś umyśle. To strasznie popierdolone, ale słuchaj. Polega to na tym, żeby cofnąć się w myślach do czasu krótko przed tym, zanim się pojawił i zabić kogoś bliskiego z własnej woli. Nie ogarniam tego, ale to jakoś go przełamuje. Sam śmiał mi się w twarz, że gówno mogę zrobić. Chyba nie pomyślał o tym, że mogę przekazać tę wiedzę komuś innemu. Zrób to! Po uwolnieniu się możesz robić, co chcesz, nawet popełnić samobójstwo, to mnie już nie obchodzi. Przynajmniej nie utkniesz tu na wieki.

– A jaki ty będziesz miał w tym interes? Przecież on zacznie się na tobie mścić!

– Przynajmniej coś zacznie się dziać. Niech się wkurwi! A więc? Zrobisz to?!
Nie zastanawiałem się nad tym. Wiedziałem, że to jedyna okazja na uwolnienie się. Zabicie Pauliny we własnym umyśle po raz kolejny i tak pewnie byłoby mniej bolesne niż to wszystko, co zesłałby na mnie Koszmar.

– Jasne. Tylko jak?

–Ułatwię ci sprawę. Tylko pamiętaj, co masz zrobić.

Wyciągnął klucz zza pasa i zbliżył się do mnie. Zdrętwiałem.

– Czekaj, co ty chce…

– Myśl o tym momencie!

Nie zdążyłem nawet zareagować. Zamachnął się i uderzył prosto w skroń.


Obudził mnie okropny ból głowy. Czułem, jakbym został uderzony w nią czymś twardym. Westchnąłem i spojrzałem na zegarek. 23:38 – pokazywały świecące, seledynowe wskazówki. Próbowałem sobie coś przypomnieć. Nieprzerwany szum w tym skutecznie przeszkadzał. Po kolei… Byłem u Pauliny. Chyba pokłóciliśmy się. Tak… o pracę! Przypomniałem sobie cały powrót do mieszkania. W tym przewrócony kosz. Ale wciąż coś nie grało. Czułem jakby wielką wyrwę w czasie. Coś stało się między tą 23:10 a 23:38. Tak…

Wtedy przypomniała mi się cała reszta. Byłem świadomy tego, że całe „teraz” dzieje się wyłącznie w moim umyśle. Musiałem się uwolnić. Tak naprawdę wciąż znajdywałem się w tamtym świecie. Nie chciałem tego robić. Ale wiedziałem, że osoba, którą muszę zabić, od dawna jest już martwa.

– Dasz radę to zrobić – zapewniłem sam siebie. – To nawet nie jest ona. To kolejna iluzja. Twoja miłość nie żyje. – Po moich policzkach zaczęły spływać grube łzy. – Zrobisz to. Dla wolności.

Zerwałem się z łóżka i założyłem ubrania, które zostawiłem na krześle. Wpadłem do łazienki i wyciągnąłem z szuflady składany nóż. Wiedziałem, że kiedyś do czegoś się przyda. Włożyłem go do tylnej kieszeni spodni i wybiegłem z mieszkania, nawet nie zamykając drzwi. Chwilę później byłem cztery piętra niżej. Nie dbałem o hałas. To i tak tylko kolejny sen.

Dotarcie do jej bloku zajęło mi kilka minut. Chciałem mieć to wszystko już za sobą.
Podszedłem do domofonu. Zawahałem się. Jednak wcisnąłem mały przycisk z wygrawerowaną nań liczbą 43. Po kilkunastu sekundach usłyszałem jej zaspany głos.

– Tak?

– To ja.

– Czego znowu chcesz?

– Musimy porozmawiać.

– Już rozmawialiśmy – prychnęła. – I nic dobrego z tego nie wyszło.

– Teraz to co innego – odpowiedziałem zirytowany.

– Ty w ogóle wiesz, która jest godzina? Rano…

– Proszę, po prostu mnie wpuść, to ważna sprawa – przerwałem jej.

– No dobra, chodź, skoro to takie ważne. – Westchnęła ciężko, wcisnęła przycisk, a drzwi stanęły przede mną otworem.

Wszedłem do środka i nacisnąłem przycisk obok drzwi do windy. Moment później stałem przed jej drzwiami. Otworzyła i spojrzała na mnie pogardliwie.

– A więc o czym chcesz rozmawiać?

– Możemy wejść do środka?

– Tak… jasne.

Spojrzałem w jej oczy. Niebieski nabrał ostrego odcienia, jednak zauważyłem w nim jasny błysk nadziei. Chciałem to wszystko załatwić jak najszybciej, ale nie byłem w stanie.

– Tak bardzo cię przepraszam – szepnąłem.

Wyraz jej twarzy złagodniał.

– Wybaczam ci, kochanie.

Chciałem choć raz jeszcze złożyć na jej ustach pocałunek, nawet jeżeli była nierealna. Zbliżyłem się. Czułem jej słodki, ciepły oddech. Wydawała się taka prawdziwa. Jednak nie mogła być. Całowałem ją, obejmując lewą ręką, a prawą rozkładając ostrze. Objąłem ją czule i jednocześnie tak, by nie mogła się wyrwać. Zrobiłem zamach i wbiłem nóż prosto w serce. Zapłakałem, widząc jej twarz, która wykrzywiła się w bólu i zdziwieniu.

– Dlaczego…? – zdążyła spytać, zanim jej oczy zamknęły się po raz ostatni.

Czułem ciepło krwi oblewającej moje ubrania. Położyłem jej ciało na kanapie, a sam usiadłem obok. Zacząłem gładzić jej delikatne włosy. Czekałem. Czekałem. I czekałem… Nic się nie działo. Świat nie zaczął rozsypywać się niczym piaskowe budowle. Niczego nie pochłonęła ciemność.

Wtedy uświadomiłem sobie, że nie istnieją żadne potwory. Są tylko ludzie, ich chore wyobraźnie oraz osobiste Koszmary…



Awatar użytkownika
Ilharess
Pisarz domowy
Posty: 152
Rejestracja: sob 12 lis 2011, 00:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Ilharess » ndz 04 paź 2015, 15:06

Od razu uprzedzam, przeczytałam dokładnie jedynie pierwszy rozdział. Resztę przeleciałam na szybko. Początek jest straszną wyliczanką i mimo, że pomysł mi się bardzo spodobał, dalszy tekst przeskoczyłam po łebkach. Myślę, że na forum są tu osoby bardziej kompetentne aby wskazać Ci błędy stylistyczne czy gramatyczne. Od siebie tylko powiem, że nie potrafię sobie wyobrazić kopanie miejskiego śmietnika tak, żeby przekoziołkował kilkanaście metrów. Po pierwsze są one zazwyczaj wkopane w ziemię, lub zabetonowane. Nawet jeśli gdzieś znajdzie się jakiś luźno stojący, to kopnięcie go, tak aby koziołkował przez taką odległość wymagałoby niesamowitej siły.

Tak, czy inaczej, dla mnie pomysł i prowadzenie na plus. Pisz więcej!




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości