Marznący

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MrocznyWilk
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: ndz 08 mar 2015, 12:32
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lubelszczyzna
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Marznący

Postautor: MrocznyWilk » sob 14 lis 2015, 10:38

Wszystko zaczęło się zwykłego styczniowego poranka, który miał się niczym nie różnić od innych. Przysypane białym puchem miasto powoli budziło się do życia. Koła pojedynczych samochodów toczyły się powolnie po obsypanych piaskiem drogach. Przechodnie przemierzali ospale oblodzone chodniki, trzęsąc się z zimna. Omijałem ich co chwilę, w drodze do pracy.

Nagle mój wzrok przykuło sporej wielkości stworzenie, leżące na chodniku. Parę sekund później byłem już na tyle blisko, by móc stwierdzić, że to zamarznięty kot. Zapewne ktoś go potrącił, gdyż wokół zwierzęcia śnieg był zaczerwieniony. Nikt nawet łaskawie go nie ruszył. Wszyscy przechodzili beztrosko obok zwierzaka, licząc na to, iż zajmie się nim ktoś inny. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce i wyrzucić truchło w krzaki nieopodal, zanim trafi na nie jakieś dziecko, idące do szkoły.

Zacząłem się schylać i raptem dostrzegłem jeden szczegół. Na grzbiecie kota były wyryte jakieś znaki. A może to po prostu ślad po wypadku… Bez różnicy, jak zginął. I tak trzeba było się go pozbyć. Chwyciłem kota za ogon przez rękawice narciarskie. Już miałem go podnieść, kiedy ten nagle się obudził. Pisnął głośno, machnął parę razy łapami i ugryzł mnie w dłoń. Nie wiem, jakim cudem przegryzł się przez tak gruby materiał, ale udało mu się to, i w dodatku dosyć skutecznie.

Zakląłem pod nosem, po czym ruszyłem dalej, ściskając irytującą ranę. Wiedziałem, że w tej chwili mogę jedynie pogorszyć jej stan. Musiałem oczyścić ją w pracy.

Wszedłszy do ciepłego wnętrza księgarni, przywitałem krótkim „cześć” koleżankę stojącą za ladą i udałem się na zaplecze. Zdjąłem nawierzchnią część ubrań i obmyłem ranę gorącą wodą nad umywalką. Otworzyłem wiszącą na ścianie apteczkę i wyciągnąłem z niej nierozpieczętowaną jeszcze butelkę wody utlenionej. Rana okazała się całkiem głęboka. Wycisnąłem trochę płynu. Piekło jak diabli. Zdarzało mi się mieć o wiele gorsze rany, ale nigdy to tak nie bolało. Poczekałem ze dwie minuty i ponownie opłukałem dłoń. Przykleiwszy plaster, opuściłem zaplecze i podszedłem do jednego z klientów.

– Szuka pan czegoś szczególnego?...


Przez większość czasu pomagałem klientom w znajdywaniu książek i podejmowaniu decyzji, którą wybrać. Zachęcałem ich do kupowania innych pozycji czy też w końcu do ponownego odwiedzania naszej księgarni. Może nie była to praca moich marzeń, ale jakąś złą też bym jej nie nazwał.

Założyliśmy „Ibrię” z Agnieszką i Krzyśkiem niecały rok po zakończeniu liceum. Zawsze trzymaliśmy się razem. Może to przez to, że każdy z tej trójcy miał dosyć trudne życie. Na studia stać nie było nikogo. Bez tego nikt z nas, jak można się domyślić, nie mógł znaleźć żadnej opłacalnej pracy. W końcu wpadliśmy na pomysł, by zająć się tym, co lubimy – książkami. Początki nie były łatwe, jednak po jakimś czasie interes zrobił się nawet opłacalny, szczególnie w okolicach września, kiedy ludzie biegają za podręcznikami.

Godziny mijały, kolejni klienci opuszczali budynek. Po jakimś czasie dostałem zawrotów głowy. W pomieszczeniu zapanowała nieznośna duchota. Udałem się na zaplecze, gdzie otworzyłem okno na oścież i wystawiłem głowę na zewnątrz, opierając się rękami o parapet. Patrzyłem na pogrążające się w ciemności miasto, wdychając zimne powietrze. Po paru minutach poczułem się trochę lepiej. Stwierdziłem, że wystarczy tego odpoczynku i zamknąłem okno. Dopiero wtedy spojrzałem na rękę, o której do tej pory prawie zdążyłem zapomnieć. Skóra wokół ugryzienia zasiniała.

– Chyba będzie trzeba z tym pójść do lekarza – mruknąłem sam do siebie.

Zegar wiszący nad wejściem wskazywał siedemnastą. Przekręciłem wiszącą na drzwiach drewnianą tabliczkę napisem ZAMKNIĘTE do szyby. Obsłużyliśmy jeszcze jedną dziewczynę, która była w środku. Przezornie zamknęliśmy drzwi i dopiero wtedy poszliśmy się ubrać. Bo jak to mawiają: okazja czyni złodzieja.

– Co ci się stało w rękę? – spytała Agnieszka.

– Ech… To nic poważnego. Ugryzł mnie jakiś dziki kot.

– Na nic poważnego to mi to nie wygląda, mój drogi. Lepiej coś z tym zrób. Zadzwonię do Krzyśka, żeby jutro przyszedł, a ty masz się tym zająć. Jeszcze tego brakuje, żebyś rękę stracił. Cholera go wie, w czym te zęby trzymał.

– Jasne – westchnąłem. – Pójdę do lekarza. Dzięki, Aga.

– Podziękujesz, jak się wyleczysz.

Zamknęliśmy księgarnię, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w przeciwne strony.
W chłodzie panującym na dworze czułem się idealnie. Przestało mi się kręcić w głowie. Nieśpiesznym krokiem poszedłem do domu. Zima była naprawdę piękna. Oblodzone drzewa w żółtawym świetle latarni wyglądały wręcz zachwycająco.

Gdy otworzyłem drzwi mieszkania, zalała mnie fala gorąca. Coś było zdecydowanie nie tak. Wszedłem do środka i od razu spojrzałem na termometr. Wskazywał 20º. „Więc dlaczego jest mi tak cholernie gorąco?” – pomyślałem. Przekręciłem głowice termostatyczne przy wszystkich grzejnikach i pootwierałem okna. Po paru minutach dało się już wytrzymać. Ledwo co zamknąłem okna i poczułem, jak ogarnia mnie zmęczenie. Miałem wrażenie, że jeśli zaraz się nie położę, upadnę na podłogę i na niej zasnę. Usiadłem na kanapie, zamknąłem oczy i prawie od razu straciłem kontakt z rzeczywistością.


Obudziło mnie narastająca temperatura. Ledwo zdążyłem otworzyć oczy, a poczułem nieznośny gorąc. Zerwałem się, by spojrzeć znów na termometr. Może zepsuło się ogrzewanie…

Niezmienne 20º.

– Co się tutaj dzieje, do diabła…? – jęknąłem.

Zmniejszyłem temperaturę do 15º. Odczekałem kilkanaście minut. Zaczęło robić się lepiej, ale ja wciąż nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Pewnie to przez tego kota… Zaraził mnie czymś!

Postanowiłem zmierzyć sobie temperaturę. Włożyłem termometr rtęciowy pod pachę i odczekałem pięć minut. Z niedowierzaniem patrzyłem na szary pasek, który nie ruszył się nawet o milimetr.

W ciągu następnej godziny musiałem zmniejszyć temperaturę o kolejne 5º.
W końcu musiałem zadzwonić po lekarza. Akurat przypomniałem sobie o moim znajomym, który poszedł na medycynę. Jego numer wciąż znajdywał się w kontaktach.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę.

– Cześć, Sławek.

– Artur? – spytał z lekką dozą zdziwienia. – Dawno cię nie słyszałem. Co tam u ciebie, chłopie?

– Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy.

– Co się dzieje?

– Wczoraj ugryzł mnie w rękę jakiś dziki kot. Leżał zmarznięty w plamie krwi na chodniku. Myślałem, że to już trup, więc chciałem go gdzieś wyrzucić. Jak się okazało, do końca martwy to on nie był.

– Co ci się dzieje? Jakie masz objawy?

– Przede wszystkim temperatura…

– Ile?

– Przyjedź i sam zobacz. Na słowo mi nie uwierzysz.

– Dobrze… Będę u ciebie za jakieś pół godziny, zobaczymy, co to takiego.

Jak obiecał, tak zrobił. Przyjechał nawet wcześniej. Usłyszałem pukanie do drzwi. Pociągnąłem za klamkę. Jak się okazało, Sławek kompletnie się nie zmienił. Jego brązowe włosy i broda wciąż były tak samo długie i kręcone. Spojrzał na mnie piwnymi oczami i podał mi gorącą dłoń. W drugiej trzymał brązową torbę.

– Masz strasznie zimne dłonie – stwierdził suchym głosem, zdejmując buty. Wszedł do salonu. – Czemu tutaj jest tak cholernie zimno!? Nic dziwnego, że jesteś chory.

– Inaczej się tutaj gotuję. Nie wiem, co się ze mną dzieje – odrzekłem drżącym głosem.

– Usiądź, zmierzę ci temperaturę.

Postawił torbę na komodzie i wyciągnął z niej termometr, praktycznie taki sam, jaki mam ja. Cała sytuacja powtórzyła się. Rtęć nie miała zamiaru zwiększyć swojej objętości. Sławek patrzył się na urządzenie ze zdziwieniem. Odłożył je z powrotem i wyjął kolejny termometr, tym razem elektroniczny. Trzymałem go przez parę minut, aż rozległo się pikanie.

– 14º. Jakim cudem…? – Spojrzał na mnie otępiałym wzrokiem. – Nic z tego nie rozumiem. Przecież ty powinieneś być już dawno martwy! Ludzkie ciało nie powinno funkcjonować, jeśli ma tak niską temperaturę!

– Możesz mi jakoś pomóc?

– Nie! Nie wiem. Widziałem wiele rzeczy, ale nigdy czegoś takiego. Przykro mi, ale nie mam pojęcia, jak ci pomóc.

W moim umyśle pojawiły się setki myśli. Czułem strach i gniew. Przecież wszystko da się wyjaśnić. Nie ma przypadków, w których nie da się nic zrobić. „Może on po prostu chce mojej śmierci… Tak! Na pewno kłamie!” – Myśli te pojawiły się w mej głowie jakby znikąd.

Opętany przez szał, chwyciłem go z całych sił za szyję i przyparłem do ściany. Próbował krzyczeć. Machał rękami i nogami, chcąc się wyrwać. Na marne. Wzmocniłem uścisk na jego aż parzącym ciele. Twarz chłopaka zaczerwieniła się. Po jakimś czasie przestał się poruszać. Poczułem, jak jego ciepło zaczyna na mnie spływać. Nagle zrobiło mi się strasznie zimno. Spojrzałem na ciało, które wciąż przypierałem do ściany.

– Co ja uczyniłem…

Nie miałem pojęcia, dlaczego go zabiłem. Czułem do siebie odrazę. To wszystko przez tę piekielną chorobę! Może to jakaś mutacja wścieklizny?

Po moich policzkach zaczęły spływać ciepłe łzy. Robiło się coraz zimniej, a równomiernie z temperaturą przychodziła do mnie świadomość. Przecież ja nie zabiłbym nawet zwierzęcia.
Ciało kolegi wręcz obeszło szronem. Jakimś sposobem wyssałem z niego ciepło, a zarazem życie.

Wiedziałem, że muszę stamtąd odejść. Ubrałem się ciepło i wyszedłem na dwór. Odbijające się od śniegu promienie słońca raziły załzawione oczy.

Wyciągnąłem z kieszeni kurtki kluczyki do samochodu. Musiałem odjechać w jakieś odludne miejsce. Tak, bym nie zabił nikogo więcej, jeżeli znowu dojdę do tego krytycznego stanu.

Ruszyłem prosto ku okolicznym lasom. Specjalnie wybrałem rzadziej uczęszczaną drogę. Zanim wyjechałem opuściłem okolice miasta, nastała noc. Znowu było mi gorąco. Z każdą minutą coraz gorzej. Wierzyłem w to, że tutaj nie znajdę żadnego człowieka i po prostu zamarznę, tym samym nie krzywdząc nikogo więcej. Jednak nie wydarzyło się tak. Zauważyłem z daleka światła stojącego pojazdu. Podjechałem bliżej i wysiadłem z samochodu.

– Może mi pan pomóc?! – krzyczał jakiś młodzieniaszek. – Utknąłem w zaspie, a sam nie dam rady się z niej wydostać. – Z każdym krokiem coraz bardziej dało się usłyszeć to, że jest lekko podpity. – Po pomoc drogową też nie mam jak zadzwonić. Nie ma ani kreski zasięgu.

– Jasne, że ci pomogę.

„Gnojek jeździ po alkoholu.” – podpowiadał mi znowu pojawiający się szał. „Nie liczy się z tym, że może kogoś zabić! Już ja załatwię, żeby nigdy nikogo nie skrzywdził!”

Zapach wódki stawał się coraz bardziej wyczuwalny. Będąc niecały metr od niego, uderzyłem go pięścią w twarz. Powaliłem na pokrytą lodem drogę, o którą zacząłem uderzać jego głową. Kiedy był wystarczająco otumaniony, zabrałem się za duszenie. Towarzyszył temu jargot wydostający się z ust chłopaka. W końcu zamilkł, a mnie zalała fala ciepła. Później poczułem, jak zimne jest powietrze. Znów się otrząsnąłem. I znów zapłakałem. Nienawidziłem siebie, chociaż nie robiłem tego z własnej woli. Wiedziałem, że jeśli mi się poszczęści, będzie to ostatnia ofiara.

Przejechałem jeszcze parę kilometrów. Kiedy zauważyłem barierki zabezpieczające przed wpadnięciem do rozpadliny, przycisnąłem pedał gazu do oporu. Przebiłem się i zacząłem spadać prosto w potężne fałdy śniegu. Byłem prawie pewien, że nie zginę od tego. Musiałem tam tylko utknąć tak, by się już nie wydostać.

Z każdą godziną robiło się coraz cieplej. Siedziałem w rozbitym samochodzie, czując obłęd, przez który chciałem przetrwać. Z każdą minutą moje ciało robiło się coraz bardziej sztywne. W końcu nie mogłem poruszać już nawet oczami. Czekałem na śmierć. Nie wiedziałem, że nie będzie miała ona nadejść. Miałem tak siedzieć przez wieczność ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie…


***


Agnieszka bojąc się o Artura, poszła do jego domu. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na wiadomości. Żadnego kontaktu. Nie miała pojęcia, co się z nim może dziać.

Powolnym krokiem podeszła do brązowych drzwi i zapukała kilkakrotnie. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, nacisnęła klamkę. Nabrała pewności, że kolega musi być we wnętrzu, przecież nie zostawiłby drzwi otwartych. Wchodząc do środka, poczuła okropne zimno. Coś musiało się stać. Przecież w takiej temperaturze nie dałoby się wytrzymać.

Nagle usłyszała jakiś hałas dochodzący z salonu.

– Artur? – zawołała.

Chwilę później z pomieszczenia wyszła pokryta szronem postać. Spojrzała na nią pustym wzrokiem, po czym rzuciła się na nią z rykiem. Dziewczyna zdążyła wydać jedynie przeciągły pisk, zanim stwór wgryzł się w jej gardło.


Wszystkiemu ze stoickim spokojem przyglądał się stojący na parapecie kot. Zeskoczył na śnieg i przybrał postać wysokiego mężczyzny odzianego w czarny płaszcz.

– To dopiero początek. Do wiosny pozostało jeszcze trochę czasu. Niechaj trwają harce!
Ostatnio zmieniony pn 25 sty 2016, 22:11 przez MrocznyWilk, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3480
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Godhand » sob 14 lis 2015, 12:16

Koła pojedynczych samochodów toczyły się powolnie po obsypanych piaskiem drogach.

Powolnie brzmi dziwnie. Po prostu powoli.

Omijałem ich co chwilę, w drodze do pracy.


Mogę się mylić ale wydaje mi się, że mijamy to obok czego przechodzimy, a omijamy to obok czego przechodzimy ale co zmusza nas do zmiany kierunku. Tak miało być? Lawirował pomiędzy przechodniami?

Postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce i wyrzucić truchło w krzaki nieopodal, zanim trafi na nie jakieś dziecko, idące do szkoły.


Ogólnie używany zwrot brzmi: "wziąć sprawy w swoje ręcę". Zmieniłeś na liczbę pojedynczą celowo?

Chwyciłem kota za ogon przez rękawice narciarskie.

Gość idzie do pracy w rękawicach narciarskich?

Już miałem go podnieść, kiedy ten nagle się obudził. Pisnął głośno, machnął parę razy łapami i ugryzł mnie w dłoń. Nie wiem, jakim cudem przegryzł się przez tak gruby materiał, ale udało mu się to, i w dodatku dosyć skutecznie.
Zakląłem pod nosem, po czym ruszyłem dalej, ściskając irytującą ranę. Wiedziałem, że w tej chwili mogę jedynie pogorszyć jej stan. Musiałem oczyścić ją w pracy.


Wyobraź sobie sytuację. Facet myśli, że kot nie żyje. Podchodzi, schyla się, łapie go za ogon. Kot okazuje się żywy, piszczy - na sto procent zaskoczony facet puszcza go już w tym momencie.
Rana nie może być "irytująca" sekundę po tym jak została zadana. "Irytująca" pasuje do rany, którą masz jakiś czas, jest niegroźna ale utrudnia funkcjonowanie, skupienie itp.

Zdjąłem nawierzchnią część ubrań i obmyłem ranę gorącą wodą nad umywalką.


Raczej wierzchnią. Twoja konstrukcja sugeruje, że zdjął część ubrań za pomocą np. drogi.

...i wyciągnąłem z niej nierozpieczętowaną jeszcze butelkę wody utlenionej.


Brzmi jakby chodziło o tajemny manuskrypt. Uprość.

Założyliśmy „Ibrię” z Agnieszką i Krzyśkiem niecały rok po zakończeniu liceum. Zawsze trzymaliśmy się razem. Może to przez to, że każdy z tej trójcy miał dosyć trudne życie. Na studia stać nie było nikogo. Bez tego nikt z nas, jak można się domyślić, nie mógł znaleźć żadnej opłacalnej pracy. W końcu wpadliśmy na pomysł, by zająć się tym, co lubimy – książkami. Początki nie były łatwe, jednak po jakimś czasie interes zrobił się nawet
opłacalny, szczególnie w okolicach września, kiedy ludzie biegają za podręcznikami.

Piszesz o studiach, więc "bez nich". I serio nie mieli pieniędzy na studia a na założenie księgarni mieli? Wątpię.

Godziny mijały, kolejni klienci opuszczali budynek. Po jakimś czasie dostałem zawrotów głowy. W pomieszczeniu zapanowała nieznośna duchota. Udałem się na zaplecze, gdzie otworzyłem okno na oścież i wystawiłem głowę na zewnątrz, opierając się rękami o parapet. Patrzyłem na pogrążające się w ciemności miasto, wdychając zimne powietrze. Po paru minutach poczułem się trochę lepiej. Stwierdziłem, że wystarczy tego odpoczynku
i zamknąłem okno. Dopiero wtedy spojrzałem na rękę, o której do tej pory prawie zdążyłem zapomnieć. Skóra wokół ugryzienia zasiniała.

To brzmi jak notatka średnio rozgarniętego policjanta. Zobacz - dostałem, udałem, otworzyłem, wystawiłem, patrzyłem, poczułem, stwierdziłem, spojrzałem. Cały fragment jest do przebudowy.

Przekręciłem wiszącą na drzwiach drewnianą tabliczkę napisem ZAMKNIĘTE do szyby.

Obróciłem pasuje dużo lepiej.

Przezornie zamknęliśmy drzwi i dopiero wtedy poszliśmy się ubrać.


Myślę, że to nie przezorność a całkowicie naturalne zachowanie pracowników jakiegokolwiek punktu sprzedaży/usług. Jak inaczej? Kasa w kasie, drzwi otwarte, a my idziemy się przebrać?

– Podziękujesz, jak się wyleczysz.

Wyleczyć można się z choroby, grypy, dajmy na to. Ugryzienie kota chorobą nie jest.

Zamknęliśmy księgarnię, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w przeciwne strony.
W chłodzie panującym na dworze czułem się idealnie. Przestało mi się kręcić w głowie. Nieśpiesznym krokiem poszedłem do domu. Zima była naprawdę piękna. Oblodzone drzewa w żółtawym świetle latarni wyglądały wręcz zachwycająco.

Czterdzieści jeden słów w sześciu zdaniach. Słyszałem w stosunku do swoich tekstów tę uwagę wielokrotnie, że kilka następujących po sobie krótkich zdań, tworzy z melodyki psie szczekanie, i tak jest z tym fragmentem.

Jego brązowe włosy i broda wciąż były tak samo długie i kręcone.

Proste włosy - kręcone włosy, ok. Prosta broda - kręcona broda?

Nie miałem pojęcia, dlaczego go zabiłem. Czułem do siebie odrazę. To wszystko przez tę piekielną chorobę! Może to jakaś mutacja wścieklizny?


Wybacz ale emocje bohatera po zamordowaniu znajomego są na poziomie Trudnych Spraw, trzeba je absolutnie rozbudować, jeśli mają być wiarygodne.

Wiedziałem, że muszę stamtąd odejść.


Rozumiem, że opowiadasz historię w czasie kiedy ona się dzieje, więc stąd.

Zanim wyjechałem opuściłem okolice miasta, nastała noc.


Wkradł się chyba jakiś błąd.

Zapach wódki stawał się coraz bardziej wyczuwalny.

Brakuje tylko żeby podał gatunek. Raczej alkoholu.

Towarzyszył temu jargot wydostający się z ust chłopaka.


Chodziło ci o jazgot, prawda?

W końcu zamilkł, a mnie zalała fala ciepła.


Czekaj, wcześniej było mu gorąco i zabił lekarza żeby poczuć chłód. Teraz piszesz, że "Znowu było mi gorąco. Z każdą minutą coraz gorzej." i po zabiciu chłopaka zalewa go fala ciepła? Raczej kojącego chłodu chyba.

Siedziałem w rozbitym samochodzie, czując obłęd, przez który chciałem przetrwać.


Bez "przez". I chce przetrwać czy zginąć? Jeśli chce utknąć to musi się liczyć ze śmiercią z głodu, temperatury czy pragnienia.

Pozdrowienia,

Wrócę na podsumowanie.

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
MrocznyWilk
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: ndz 08 mar 2015, 12:32
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lubelszczyzna
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: MrocznyWilk » sob 14 lis 2015, 13:37

Lawirował pomiędzy przechodniami?

Tak, o to chodziło.

Ogólnie używany zwrot brzmi: "wziąć sprawy w swoje ręcę". Zmieniłeś na liczbę pojedynczą celowo?

Zmiana była celowa.
Gość idzie do pracy w rękawicach narciarskich?

Ja nie widzę w tym niczego dziwnego. Znam wiele osób, które kupują narciarskie zamiast normalnych, bo są cieplejsze i nie przemakają tak łatwo.

Wyobraź sobie sytuację. Facet myśli, że kot nie żyje. Podchodzi, schyla się, łapie go za ogon. Kot okazuje się żywy, piszczy - na sto procent zaskoczony facet puszcza go już w tym momencie.

Ale zaskoczony mógłby go też nie wypuścić, tak mi się przynajmniej zdaje...

I serio nie mieli pieniędzy na studia a na założenie księgarni mieli? Wątpię.

Niby są tam jakieś dofinansowania. Na księgarnię można wziąć kredyt, który się zwróci; ze studiami już tak nie ma.


Myślę, że to nie przezorność a całkowicie naturalne zachowanie pracowników jakiegokolwiek punktu sprzedaży/usług. Jak inaczej? Kasa w kasie, drzwi otwarte, a my idziemy się przebrać?

Ale to chyba nie zmienia tego, iż robi się to przezornie?

Proste włosy - kręcone włosy, ok. Prosta broda - kręcona broda?

A czemu nie?


Zanim wyjechałem opuściłem okolice miasta, nastała noc.


Wkradł się chyba jakiś błąd.

Tak, niedopatrzenie.

Czekaj, wcześniej było mu gorąco i zabił lekarza żeby poczuć chłód. Teraz piszesz, że "Znowu było mi gorąco. Z każdą minutą coraz gorzej." i po zabiciu chłopaka zalewa go fala ciepła? Raczej kojącego chłodu chyba.

Wcześniej czuł ciepło otoczenia o temperaturze większej od jego. W tamtym momencie poczuł ciepło, które „wyciągnął” od zabitego. Dopiero potem zaczął odczuwać zimno otoczenia.

Siedziałem w rozbitym samochodzie, czując obłęd, przez który chciałem przetrwać.


Bez "przez". I chce przetrwać czy zginąć? Jeśli chce utknąć to musi się liczyć ze śmiercią z głodu, temperatury czy pragnienia.

Tutaj miałem na myśli, że chciał przetrwać przez ten obłęd. Tak jakby ta choroba próbowała zmusić go do przetrwania. On sam jako on pragnął śmierci.

Co do reszty nie mam uwag. Człowiek uczy się na błędach, więc dziękuję za sprawdzenie :)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 25 sty 2016, 19:49

Koła pojedynczych samochodów toczyły się powolnie po obsypanych piaskiem drogach. Przechodnie przemierzali ospale oblodzone chodniki, trzęsąc się z zimna. Omijałem ich co chwilę, w drodze do pracy.

a nie lepiej napisać prościej? Samochody toczyły się...

Przechodnie przemierzali ospale oblodzone chodniki, trzęsąc się z zimna. Omijałem ich co chwilę, w drodze do pracy.

tutaj robisz przeskok w narracji - wpierw opisujesz przechodniów z boku, następnie narrator ich omija. A gdyby to połączyć?
Co chwilę mijałem przemarzłych przechodniów, idąc do pracy.

[1]Zapewne ktoś go potrącił, gdyż wokół zwierzęcia śnieg był zaczerwieniony. Nikt nawet łaskawie go nie ruszył. Wszyscy przechodzili beztrosko obok zwierzaka, [2]licząc na to, iż zajmie się nim ktoś inny. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce i wyrzucić truchło w krzaki nieopodal, zanim trafi na nie jakieś dziecko, idące do szkoły.

oraz...
[2a]Na grzbiecie kota były wyryte jakieś znaki. A może to po prostu ślad po wypadku…

Fajnie wprowadzasz myśl - jest wątpliwość, ja, czytelnik, uruchamiam wyobraźnię. Widzę scenę i mam domysł, podobnie jak narrator-bohater. Ale już [2] i [2a] sprawia, że bohater wszystko wie, i cała magia czytania jest mi niepotrzebna, bo staje się to znacznie mniej interesujące. Suspens w przypadku znaków byłby wskazany!

Chwyciłem kota za ogon przez rękawice narciarskie.

ok, tutaj mnie zaskoczyłeś :D Wartoby coś dodać - jest to miejsce, na wyjaśnienie tych rękawic i dopowiedzenie coś o bohaterze!

ale udało mu się to, i w dodatku dosyć skutecznie.

oba stwierdzenia mówią to samo.

Wiedziałem, że w tej chwili mogę jedynie pogorszyć jej stan. Musiałem oczyścić ją w pracy.

ponownie bohater wszystko wie - ocenia ranę przez rękawicę i jej stan, a także wie, że pogorszy tenże, kiedy cokolwiek zrobi. Niezręczne te zdanie. Nie podoba mi się taki "pewny" styl narracji gdzie wydarzenia wcale takie nie są (a przynajmniej, w zamyśle, mają ciekawić, czyli być niepewnymi...)

[1]Poczekałem ze dwie minuty i ponownie opłukałem dłoń. Przykleiwszy plaster, opuściłem zaplecze i [2] podszedłem do jednego z klientów.


[1] - Fajne. Zwięźle.
[2] - I nagle skok. Po prostu wyszedł do klienta. Ech... A może by dodać jakiś malutki opis wyjścia na salę, może krótką ceremonię dnia pracy (jedno zdanie) i dopiero wprowadzić tego klienta? Tym bardziej, że nieco dalej wprowadzasz sporo informacji o Ibrze, pracy i otoczeniu.

Udałem się na zaplecze, gdzie otworzyłem okno na oścież i wystawiłem głowę na zewnątrz, opierając się rękami o parapet. Patrzyłem na pogrążające się w ciemności miasto, wdychając zimne powietrze. Po paru minutach poczułem się trochę lepiej.

odrobinę zaimków nie szkodzi. Tutaj siękoza atakuje oczy.
Nieśpiesznym krokiem poszedłem do domu. Zima była naprawdę piękna. Oblodzone drzewa w żółtawym świetle latarni wyglądały wręcz zachwycająco.

Znów czynisz ten sam zabieg, który mnie wyrywa z czytania - z narracji czynnościowej przechodzisz do narracji plastycznej. A gdyby tak...

Niespiesznym krokiem poszedłem w stronę domu, podziwiając wyjątkową aurę tej zimy; oblodzone drzewa w żółtawym świetle latarni wyglądały zachwycająco.


Wskazywał 20º

dwadzieścia stopni Celsjusza (aczkolwiek, jeżeli powieść dzieje się w Polsce, możesz pominąć skalę pomiaru).
Ledwo co zamknąłem

ledwo = z trudem
ledwie = dopiero co

Nie klei mnie się to. Akcja rozwija się tak szybko od przybycia lekarza, że nie za bardzo wiedziałem co poczynić. Myślę, że obwinię narratora - z jednej strony chcesz opisać szał, ale jak - do jasnej ciasnej - jest to poukładane? I te myśli, które są, mimo wszystkiego co się dzieje, całkiem jasne (i przy tym kluczowe), ale wraz z postępowaniem bohatera narracja przestaje się kleić. Nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić ciepłotę jego ciała na poziomie 14 stopni, gdyż wedle mojej wiedzy, o ile nie jest chłodziarką, powinien przyjąć temperaturę otoczenia. Dziwne to takie.

Najgorszą częścią tego fragmentu jest bohater, który wszystko wie. Na przykład:
Nie miałem pojęcia, dlaczego go zabiłem. Czułem do siebie odrazę. To wszystko przez tę piekielną chorobę! Może to jakaś mutacja wścieklizny?
Podobnych pytań i stwierdzeń jest tutaj aż za dużo, przez co zawieszenie mnie w niepewności jest krótkotrwałe albo znikome, a nie tego oczekują przy tajemniczej historii, gdyż za każdym razem bohater wie wszystko.

Jest jakiś potencjał - od spotkania z kotem do morderstwa, przez zagadkową (chciałoby się rzec) chorobę, jednak wyłożenie kart jest mało ciekawe i bardzo szybko straciłem zainteresowanie historią.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości