Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

MUSZKIETERZY XXI WIEKU - fragment I

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Muszkieter
Zarodek pisarza
Posty: 14
Rejestracja: pt 08 kwie 2016, 16:00
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

MUSZKIETERZY XXI WIEKU - fragment I

Postautor: Muszkieter » pt 08 kwie 2016, 22:38

Witam,
poniżej środkowy fragment mojej powieści, która już liczy ponad 1000 stron i nadal "się pisze".

Musa i Mat wpadli do jednego z wielu pubów w pobliży Harvardu. Jak zwykle pub był pełen braci studenckiej i nie było wolnego stolika. Usiedli więc przy barze i zamówili piwo, które nadal bardzo rzadko pijali.
- No, bracie, zaczynamy ostatni tydzień wolności – wesoło powiedział Musa.
- Taa, masz rację. Ostatni tydzień wolności, a potem oddajemy się dobrowolnie, jakby to powiedział Michele, w najdłuższą w życiu niewolę. Ale to będzie słodka niewola – odpowiedział z uśmiechem Mat.
- Zaczynasz żałować? – Spytał Musa.
- Absolutnie nie. Kocham Sam do szaleństwa, kocham ją dojrzałą miłością, chociaż jeszcze rok temu nie czułem nic do żadnej dziewczyny poza zwykłym pociągiem seksualnym – powiedział z zadumą Mat i kontynuował
- Ciotuchna Margaret de Fenton miała rację, mówiąc mi lata temu, że po stracie Żaklin będzie bolało długo i kurewsko mocno. Miała też rację, że przez jakiś czas będę stronił od seksu, a potem brał go garściami i zaliczał całe tabuny panienek.
Co prawda wtedy nie wierzyłem jej, że kiedyś zakocham się ponownie. No, ale stało się i czuję się z tym dobrze. To naprawdę cudowne uczucie kochać i być kochanym.
- Masz absolutną rację, bracie. To cudowne uczucie – odpowiedział melancholijnie Musa.
- Przepraszam, czy pan Mat? – Spytał po włosku facet, który pojawił się za ich plecami.
- To ja – odpowiedział Mat i zaciekawieniem popatrzył na przybysza. Gość musiał być Włochem z krwi i kości, miał po pięćdziesiątce i sądząc z eleganckiego ubioru, pomimo upału, musiał być prawnikiem.
- Pan Mat Srokowski? – Upewnił się Włoch.
- Tak, jestem Mat Srokowski. W czym mogę panu pomóc?
- To jest dla pana – Włoch wręczył Matowi kopertę.
- Gdyby po przeczytaniu tego listu chciałby pan ze mną rozmawiać, to jest moja wizytówka – Włoch podał bilecik, życzył miłego dnia i ulotnił się.
Zaskoczony Mat przyglądał się przez chwilę wizytówce. Nie mylił się, określając w myślach niespodziewanego przybysza, jako prawnika.
- A cóż może chcieć od ciebie, bracie, włoski prawnik w Bostonie? – Zainteresował się Musa.
- Dymałeś ostatnio jakąś włoską studentkę i nie zabezpieczyłeś się? – Zadrwił Arab.
- Ostatnie panienki, jakie dymałem były amerykankami i było to przed poznaniem Sam. Jak wiesz, w dniu gdy ją pierwszy raz zobaczyłem przestały mnie interesować inne dziewczyny.
- Wiem, wiem. Ja w tym samym dniu też stałem się monogamistą jak tylko ujrzałem moją Czarna Panterę – odpowiedział Musa. Mat otworzył kopertę i wyjął z niej kilka ręcznie zapisanych kartek. Ledwo zaczął czytać, zrobiło mu się niemal zimno.
- Jezu!
- Co się stało? Od kogo ten list? – Chciał wiedzieć Musa, ale Mat go zignorował. Czytał list napisany po włosku przez dziewczynę, którą poznał w Rzymie, gdy miał piętnaście lat.

Caro Mat, Amore!
To ja, Veronica, Twoja przewodniczka po Rzymie sprzed ośmiu lat. Byliśmy tacy młodzi, a Ty byłeś zabójczo przystojny! Zakochałam się w Tobie jeszcze w samolocie.
Choć zdawałam sobie sprawę, że nasza znajomość szybko się skończy, że wyjedziesz do tej swojej Ameryki, chciałam przeżyć z Tobą chociaż kilka cudownych dni. I przeżyłam! To były najpiękniejsze dni w moim życiu. Byłeś moją pierwszą i jedyną miłością, pierwszym i jedynym facetem w moim życiu. Po Waszym wyjeździe z Rzymu żaden chłopak, który się do mnie zalecał, nie był w stanie mnie sobą zainteresować i wzbudzić jakichkolwiek uczuć, żaden zupełnie mnie nie pociągał.
Giulia i Laura też długo wspominały Twoich przyjaciół, ale one potrafiły w końcu o nich zapomnieć. Ja o Tobie nie zapomniałam nigdy. Chciałam napisać Ci maila, ale Twój adres miałam w komórce, którą kilka dni po Twoim wyjeździe skradziono mi. Wpadłyśmy we trzy do naszego liceum spotkać się z naszą professoressą, żeby podzielić się z nią fantastyczną ofertą właściciela salonu z fortepianami. Pomimo urlopu zgodziła się z nami spotkać i zaproponowała, żebyśmy wpadły do szkoły. Z przyzwyczajenia schowałyśmy komórki do szafek, bo w szkole był absolutny zakaz używania telefonów. Proessoressa była zachwycona naszymi opowieściami, ale nie za bardzo nam dowierzała. Prosto ze szkoły pojechałyśmy we cztery do salonu z fortepianami, bo professoressa chciała upewnić się, że nie zmyślamy. Niestety przy wyjściu ze szkoły spotkała nas przykra niespodzianka. Nasze szafki były otwarte, a komórki zniknęły. W szkole trwał remont i kręciło się sporo robotników. Policja niczego nie ustaliła i nie znalazła ani złodzieja ani naszych telefonów. Straciłyśmy jedyny kontakt z Wami, bo Laura i Giulia też zapisały sobie maile do Musy i Billa w komórkach. A my nie znałyśmy Waszych nazwisk, tylko imiona. Płakałam przez kilka dni nie dlatego, że ktoś mi ukradł komórkę, ale że straciłam jedyny namiar na Ciebie, Amore.
Signor Petrelli, właściciel salonu z fortepianami, potwierdził professoressie wszystkie swoje obietnice. Jeszcze w czasie wakacji kilka razy w tygodniu wpadałyśmy do niego, ćwiczyłyśmy z professoressą na tych wspaniałych fortepianach i grałyśmy dla coraz większej publiczności, a signor Petrelli płacił nam za każdy koncercik. Grałyśmy u niego przez cały rok. Wyobraź sobie, Amore, że jakieś trzy tygodnie po Waszym wyjeździe, niespodziewanie wszystkie trzy dostałyśmy wspaniałe fortepiany! Signor Petrelli nie chciał zdradzić, kto był sponsorem. Nie zdradził tego sekretu aż do śmierci. Zmarł nagle rok później. Skończyły się koncerciki w jego salonie, ale my miałyśmy nadal wspaniałe fortepiany.
Tęskniłam za Tobą i chciałam Ci powiedzieć o wszystkim. O koncercikach i fortepianach. I o naszym synku, Amore!


- Jezu! – Jęknął ponownie Mat i nie zważając na pytania Musy, czytał dalej.

Nasz pierwszy raz pod prysznicem był wspaniały! Wiedziałam, że nie zabezpieczyłeś się, ale mi było wszystko jedno. Chciałam poczuć Cię całego, do końca. Jednak myliłam się mówiąc, że to były moje niepłodne dni. Gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, powiedziałam wszystko rodzicom. Wbrew moim obawom nie krzyczeli, nie wypominali mi, ale zaopiekowali się mną a później malutkim Mateo. Tak, Amore, nasz synek nazywa się Mateo.
W liceum spotkałam się z wielką serdecznością. Pozwolono szesnastolatce w ciąży uczęszczać na zajęcia razem z innymi i doczekać matury. Mama zajmowała się Mateo, gdy ja chodziłam do konserwatorium, które niedługo powinnam ukończyć. Dziadek, czyli mój ojciec, przepadał za wnukiem i każdą wolną chwilę poświęcał na rozpieszczanie go. A ja byłam szczęśliwa. Miałam Mateo, kochających rodziców, wyrozumiałych aż do bólu i miałam swoją muzykę. Brakowało mi tylko Ciebie. Ale znałam tylko Twoje imię i wiedziałam, że mieszkasz w Ameryce. Godziny spędzone w Internecie nie przybliżyły mnie do ukochanego chłopaka ani o milimetr. W końcu przestałam Cię szukać, choć nie przestałam Cię kochać. Brakowało mi Ciebie bardzo zwłaszcza, gdy cztery lata później moi ukochani rodzice zginęli w wypadku samochodowym.


- O Boże! – Mat jęknął i złapał się za głowę. Musa przyglądał się bratu, ale już o nic nie pytał.


Mój poukładany świat runął mi na głowę. Byłam jedynaczką, nie miałam żadnej bliskiej rodziny, poza babcią, mamą mojej mamy. Zaopiekowała się mną i Mateo. To dzięki niej nie zwariowałam i nie poddałam się. To ona zatrudniła prawnika, który wywalczył dla mnie i Mateo wielomilionowe odszkodowanie. Dzięki babci mogłam nadal studiować. Opiekowała się i opiekuje nadal Mateo, który jest w niej zakochany po uszy, aż czasami berze mnie zazdrość. Nasz synek musi mieć masę Twoich, Amore, genów, bo szybko i chętnie uczy się wszystkiego, co nowe. W wieku pięciu lat umiał już czytać i pisać, a to za sprawą komputera. Mówi płynnie po angielsku i francusku i świetnie radzi sobie z fortepianem. Czasami siadamy razem przy fortepianie ( ciągle chodzi mi po głowie myśl, że to Ty i Twoi przyjaciele byliście sponsorami) i razem gramy.
Mateo z czasem zaczął pytać kim jest jego tata. Nigdy go nie okłamywałam. Powiedziałam mu, że byłeś jedynym chłopakiem, którego pokochałam i że mieszkasz w Ameryce, ale nie masz pojęcia o jego istnieniu. Mateo coraz częściej wypytuje mnie o szczegóły dotyczące Ciebie i mówi, że kiedyś poleci do Ameryki i Cię odnajdzie. Gdy dowiedział się, że jego tata jeździ konno, sam wynalazł pod Rzymem klub jeździecki i zaciągnął mnie tam. Od półtora roku dwa razy w tygodniu jeździ konno i skacze już nawet metrowe przeszkody, czym przyprawia babcię o palpitację serca. Babcia pomimo swych obaw o całość kości wnuka, nie opuszcza żadnego jego treningu.
Amore, pogodziłam się dawno temu, że Cię nie odnajdę, teraz jednak, od pół roku staję na głowie, żeby Ciebie odnaleźć i powiedzieć Ci, że masz wspaniałego syna. Od jakiegoś czasu czułam się osłabiona, ale zrzucałam to na karb intensywnych studiów w konserwatorium i poświęcaniem masy czasu Mateo. W końcu poszłam do lekarza. Prawie nigdy nie chorowałam, rzadko miałam nawet katar. Po zbadaniu mnie, lekarz kazał wykonać szereg dodatkowych badań, uspokajając mnie, że skoro od porodu nie byłam u lekarza, muszę wreszcie wykonać rutynowe badania. Trochę się na niego złościłam, bo nie znoszę igieł i wszystkiego, co się kojarzy z chorobą. Dzięki sporym zasobom finansowym nie musiałam tułać się po państwowej służbie zdrowia, tylko poszłam do prywatnego laboratorium i jednego dnia zrobiłam wszystkie badania.
A potem dostałam kijem bejsbolowym po głowie. Stwierdzono u mnie ostrą formę białaczki. Przeszłam intensywną terapię, jednak nic to nie dało.


- Boże! – Matowi popłynęły łzy po policzkach. Musa patrzył z przerażeniem na brata, ale o nic nie pytał. Wiedział, że Mat za chwilę powie mu o wszystkim.

Gdy dotarło do mnie, że moje dni są policzone, nie martwiłam się o siebie, ale o Mateo. Większość odszkodowania za śmierć rodziców jest zainwestowana w fundusz powierniczy, który ma zapewnić Mateo utrzymanie, mieszkanie i wykształcenie na odpowiednim poziomie. Z chwilą osiągnięcia osiemnastego roku życia, Mateo będzie mógł dysponować całością funduszu. Ale ktoś do tych osiemnastu lat musi się nim opiekować, kierować nim. Babcia, która wie o białaczce, na pewno nie opuści go, ale babcia ma już sześćdziesiąt trzy lata. Innej rodziny nie mam. A nie chcę, żeby Mateo trafił do jakiejś rodziny zastępczej.
Nie mogłam ukrywać prawdy przed naszym synem. Płakał przez kilka dni, ale przestał, gdy mu powiedziałam, że ma być silny jak jego ojciec i ma się mną opiekować. Nie mówiąc mu nic, żeby nie rozbudzić nadziei, zatrudniłam tego samego prawnika, który wywalczył odszkodowanie za śmierć rodziców i zleciłam mu odnalezienie Ciebie. Jego kancelaria współpracuje z jakąś włoską kancelarią w Stanach. Obiecał, że przewróci każdy kamień, aby Ciebie odnaleźć. Dwa dni temu powiedział, że wreszcie udało się im znaleźć namiary na Ciebie. Większość faktów z Twojego życia, które mi opowiadałeś, szkoła wojskowa w Stanach, znajomość wielu języków, przyjaźń z młodym Arabem, studia na Harvardzie, potwierdziły się, ale nie są w stu procentach pewni, czy młody mężczyzna, którego znaleźli, to jesteś Ty. Zabroniłam im kontaktować się z Tobą bezpośrednio. Moje serce mówi mi, że znaleźli mojego ukochanego. Nie chcę umierać ze świadomością ich pomyłki.
Piszę ten list z przerwami, bo brakuje mi już sił. Gdy będziesz go czytał, mnie już nie będzie. To mój kolejny warunek. Postawiłam też kilka innych, może okrutnych, ale nie chcę, aby Mateo cierpiał bardziej niż cierpi obecnie.
Prawnicy mają upewnić się jeszcze bardziej, że odnaleziony przez nich młody mężczyzna to jesteś naprawdę Ty. Mają DNA Mateo, które mają porównać z Twoim, ale bez Twojej wiedzy. Powiedzieli, że da się to zrobić. Mają upewnić się, że nadal jesteś prawym, wspaniałym człowiekiem, że nie zszedłeś na złą drogę. Ja w to wierzę, ale chodzi o Mateo. Jeżeli czytasz ten list, to znaczy, że DNA potwierdzają twoje ojcostwo i znaczy, że jesteś nadal wspaniałym człowiekiem.
Przepraszam Cię, Amore, ale jeszcze trochę okrucieństwa z mojej strony.
Fundusz powierniczy Mateo jest tak zabezpieczony, że nikt, ani opiekun prawny, ani jego biologiczny ojciec, nie będą mogli nim dysponować.
Jeżeli nie zdecydujesz się uznać Mateo za swojego syna i zaopiekować się nim, Mateo nigdy nie dowie się, że Ciebie odnalazłam. On bardzo chciałby Cię poznać, a ja nie chcę, żeby jego marzenia legły w gruzach, gdyby dowiedział się, że go odtrąciłeś.
Niech żyje marzeniami, tak jak ja żyłam. Marzenia, że kiedyś Cię znowu spotkam, dodawały mi sił.
Żegnaj Mat, żegnaj Amore mio.
Veronica.

Mat otarł rękawem łzy i bez słowa podał list Musie. Ten go przeczytał i spojrzał na brata.
- Jezu! Dlaczego wokół mnie tyle śmierci? Tyle nieszczęścia? – Spytał Mat, choć nie oczekiwał odpowiedzi.
- Ileż ta biedna dziewczyna wycierpiała przeze mnie! Myślałem fiutem a nie głową! Gdybym myślał głową, zorientowałbym się od razu, że się we mnie zakochała i nie wziąłbym jej do łóżka.
- Zdaje się, że to było pod prysznicem – Musa próbował rozweselić brata.
- Musa, nieważne gdzie to było – żachnął się Mat – powinienem był trzymać fiuta w gaciach i tego samego dnia grzecznie się pożegnać i spieprzać z Rzymu.
- Mat! Obaj byliśmy smarkaczami! – Odpowiedział Musa – mieliśmy po niespełna szesnaście lat i dorwaliśmy się do miodu, którego było nam ciągle mało. Co się stało to się nie odstanie. Pytanie, co masz zamiar… – Musa nie dokończył, bo Mat mu przerwał.
- Oczywiście, że mam zamiar uznać mojego syna. Ale za tydzień mam poślubić miłość mojego życia. Jak ja jej mam teraz powiedzieć, że mam siedmioletniego syna? Przecież Sam ma pełne prawo dać mi w mordę, zerwać zaręczyny i spuścić mnie do rynsztoka – Mat miał wielki mętlik w głowie.
- Dlaczego, amore, mam dać ci w mordę, zerwać zaręczyny i jeszcze spuszczać cię do rynsztoka?
Mat i Musa odwrócili się gwałtownie i zobaczyli stojące za ich plecami Monikę i Samantę, uśmiechające się do nich.
- Jezu! – Znowu jęknął Mat – długo tu stoicie? Miałyście być za pół godziny – Mat spojrzał na zegarek.
- Przyszłyśmy wcześniej, bo wcześniej skończyłyśmy zakupy – odpowiedziała Monika.
- A stoimy tu kilka sekund. Byliście tak zajęci biadoleniem, że nas nie zauważyliście – dodała Sam.
Mat patrzył w oczy ukochanej i nie mógł wykrztusić słowa. Obawiał się jej reakcji, obawiał się, że za chwilę ją straci.
- Dostałem to dziesięć minut temu – powiedział i podał dziewczynie list.
Samanta usiadła na stołku obok Mata i zabrała się za czytanie. Po chwili bezwiednie wzięła jego prawie nietknięte piwo i wypiła do dna.
- Jezu! – Jęknęła, gdy skończyła czytać.
- Skąd to masz? – Spytała.
- Doręczył mi to kwadrans temu jakiś prawnik – Mat podał Samancie wizytówkę – ma swoją kancelarię w Nowym Jorku i w Waszyngtonie.
Samanta przyjrzała się kartonikowi i odwróciła go.
- Taa, ale na razie jest w Bostonie w hotelu – pokazała ręczny dopisek.
- Sam, kochanie, ja….
- Wiem kochanie, że nie wiedziałeś, że masz syna – przerwała mu Sam – jest to wyraźnie napisane w tym liście.
- Mat ma syna? – Wykrzyknęła Monika.
- Masz, czytaj – Sam podała przyjaciółce list.
- Jak znam ciebie, uznasz tego chłopca za swojego syna, nawet ryzykując zerwanie zaręczyn – Sam zwróciła się do Mata, patrząc mu prosto w oczy. Chłopak milczał.
- Ja znam ciebie, ale ty chyba nie do końca znasz mnie. Kocham cię takim, jakim jesteś. A jesteś uczciwym do szpiku kości facetem. Zawiodłam bym się na tobie, gdybyś odrzucił syna w obawie, że mnie utracisz. Nie kryję, że ta wiadomość tąpnęła mną i to zdrowo. Ale oboje nie mamy zamiaru rezygnować, ani ty z syna, ani ja z ciebie. Wychodzi na to, że mamy jedyne wyjście.
- Jakie? – Spytał mało przytomnie Mat.
- Jedziemy po twojego, po naszego syna, kochanie – Sam uśmiechnęła się i pocałowała Mata.
- Jesteś pewna?
- Tak, amore, jestem tego tak pewna jak pewna jestem naszej miłości. Nie mam zamiaru rezygnować z ciebie, ani tym bardziej stawać pomiędzy tobą a twoim synem.
Nie zastąpię mu matki, mogę być jego starszą siostrą. Biedny chłopak, stracił matkę, ale zyskał ojca. Dość się nacierpiał. Nie traćmy ani chwili. Byli już na ulicy i Sam gwizdnęła głośno na palcach, zatrzymując taksówkę. Wsiedli do niej we trójkę, bo Monika nie chciała narzucać się im, poza tym miała jeszcze kilka spraw do załatwienia. Obiecała tylko trzymać język za zębami i nie zdradzać nikomu sekretu Mata. Mat był nadal mocno skołowany i pozwolił Sam przejąć dowodzenie. Dziewczyna podała kierowcy adres hotelu, w którym zatrzymał się prawnik i obiecała ekstra dwadzieścia dolców za dowiezienie ich w ekspresowym tempie. Taksówkarz, jak to w Stanach, o nieokreślonej narodowości, przycisnął gaz niemal do dechy i po niecałym kwadransie zatrzymał się przed hotelem. Po następnych pięciu minutach byli w apartamencie prawnika. Musa dokonał prezentacji, chociaż prawnik doskonale znał personalia całej trójki.
- Gdzie jest Mateo? – Spytał bez ogródek Mat.
- Oczywiście jest w Rzymie, pod opieką babci – odparł prawnik
- Myślałem, że jest tutaj, w Stanach – z nutą zawodu powiedział Mat, po czym ignorując adwokata, zwrócił się do Musy
- Musa, dzwoń natychmiast do linii lotniczych. Jeszcze dzisiaj mam być w samolocie do Rzymu. Jak nie będzie miejsc, to dzwoń do ojca, poproś o jakiś jego samolot, chociaż na razie wolałbym nikogo nie wtajemniczać w moje grzechy młodości.
Musa przesiadł się na fotel z boku salonu i wyjął komórkę.
- Widzę, że chce pan poznać swego syna. Czy mam rozumieć, że zamierza pan go uznać i zaopiekować się nim? – Spytał prawnik.
- Pewnie! – Odparł Mat, który doszedł do siebie po wstrząsie – to chyba oczywiste!
- Cieszę się bardzo – Włoch uśmiechnął się i podał Matowi rękę – prawdę mówiąc spodziewałem się tego po panu, jak tylko zebrałem informacje na pana temat.
- A właśnie! Jak mnie pan znalazł?
- Zleceniodawczyni mojego kontrahenta we Włoszech, pani Veronica Liberati przekazała swojemu prawnikowi wszystkie informacje o panu, jakie zapamiętała od czasu waszego spotkania osiem lat temu. Nie znała ani pańskiego nazwiska, ani adresu. Pamiętała jednak sporo. Że mieszka pan w Stanach, że z pochodzenia jest pan Polakiem, że mówi pan w kilkunastu językach, że świetnie pan gra na fortepianie, że kocha pan konie, że przyjaźni się pan z młodym Arabem, który jest dla pana jak brat, no i że miał pan studiować na Harvardzie – wyliczał prawnik.
- Na początku, biorąc upływ czasu od waszego spotkania w Rzymie, szukałem pana wśród absolwentów Harvardu, ale nie znalazłem nikogo pasującego do tego opisu. Gdy zacząłem szukać wśród aktualnych studentów, natychmiast znalazłem Mata Srokowskiego, który studiuje na jednym roku z rówieśnikiem Arabem o imieniu Musa.
Gdy już pana namierzyłem, moi ludzie upewnili się, że pasuje pan idealnie do podanego nam opisu i że leciał pan tym samym samolotem z Londynu do Rzymu, co pani Liberati osiem lat temu.
- Naprawdę był pan w stanie odnaleźć mnie, jako pasażera tego samolotu? – Mat był pod wielkim wrażeniem.
- To zajęło nam najwięcej czasu, ale chciałem mieć pewność, którą potem potwierdziło pańskie DNA.
- Jakim cudem, na Boga, pan je zdobył?
- Och, to nie było takie trudne. Wchodząc na uniwersytet wyrzucił pan gumę do żucia do kosza na śmiecie, zawijając ją przedtem w sreberko – odpowiedział z uśmiechem prawnik.
- Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem pańskiej fachowości, dociekliwości i sprytu – powiedział Mat.
- Dziękuję, miło słyszeć słowa uznania.
- Czy Veronica dowiedziała się, że pan mnie znalazł?
- Tak, jak tylko potwierdziliśmy zgodność DNA, pani Libertai została o wszystkim poinformowana, również o tym, że jest pan młodym, prawym mężczyzną, godnym szacunku i godnym bycia ojcem Mateo.
- Kiedy zmarła Veronica? – Spytała Sam.
- Trzy miesiące temu – poinformował ją prawnik.
- Trzy miesiące? – Zdziwił się Mat - powiedział pan, że przed śmiercią potwierdził jej pan zgodność mojego DNA. Dlaczego więc nie zawiadomił mnie pan od razu?
- Takie było życzenie pani Liberati. Aczkolwiek wierzyła, że zajmie się pan Mateo, nie chciała umierać ze świadomością, że jednak pan go odtrącił. Poza tym nie chciała, żeby widział ją pan w stanie, w jakim była tuż przed śmiercią. No i chciała dać Mateo trochę czasu na dojście do siebie po jej śmierci, nim przeżyje kolejny szok.
- Czy Mateo wie, że pan mnie odnalazł? – Spytał Mat
- Nie. Pański syn nie ma w ogóle zielonego pojęcia, że jego matka rozpoczęła poszukiwania pana.
- I niech tak zostanie. Proszę na razie nie informować Mateo, że przylatuję do Rzymu.
- Lecimy dzisiaj za trzy godziny – wtrącił się Musa – znalazłem miejsca, ale w klasie ekonomicznej.
-Klasa nieważna, mogłaby być od biedy i miotła, byle odrzutowa. Lecimy? – Zdziwił się Mat – ty też się wybierasz?
- Oczywiście. Nie puszczę cię samego. Mało nie padłeś na zawał, jak przeczytałeś list od Veroniki – odpowiedział Musa, śmiejąc się przy tym serdecznie, po czym spojrzał na Samantę – zresztą lecimy we trójkę.
- A Monika? – Zatroskał się Mat
- Już to z nią uzgodniłem i obiecałem, że wrócimy na nasze śluby – Musa znowu uśmiechnął się.
- Dzięki bracie.
Mat ponownie zwrócił się do prawnika.
- Mecenasie, czy ma pan wszystkie dane personalne mojego syna i jego babci?
- Oczywiście – adwokat podał Matowi dwie kartki, które Mat przekazał natychmiast Musie.
- Bracie, zadzwoń do naszego bostońskiego znajomego z dawnych lat, wiesz do kogo. Niech poruszy niebo i ziemię. Jutro w konsulacie amerykańskim w Rzymie ma czekać amerykański paszport dla Mateo i wiza dla jego babci. Możesz mu powiedzieć, że przyszedł czas na spłacanie długów.
Musa od razu wiedział, że Mat miał na myśli Jima Donovana, szefa bostońskiego oddziału NSA.
- Zamierza pan od razu przywieźć syna do Stanów? – Spytał prawnik
- Oczywiście! Będzie moim drużbą na ślubie, którego nie mam zamiaru przekładać.
- I spodziewa się pan, że już jutro Mateo dostanie amerykański paszport? Z tego, co wiem, pański syn ma wyrobiony włoski paszport, wystarczy tylko wiza.
- Mateo jest moim synem, więc ma prawo do amerykańskiego obywatelstwa i paszportu. A że kilku pierdzistołków będzie musiało dzisiaj zostać nawet po pracy, żeby przygotować odpowiednie dokumenty i wysłać informacje do konsulatu w Rzymie, to mnie guzik obchodzi.
- Nareszcie jesteś sobą, kochanie – Sam uśmiechnęła się do Mata – i takiego cię kocham.

Następnego dnia wczesnym popołudniem wylądowali w Rzymie. Na lotnisku czekał na nich prawnik, który reprezentował wcześniej Veronikę, a teraz interesy Mateo.
- Czy chcą państwo najpierw jechać do hotelu? – Spytał.
- Chcę od razu jechać zobaczyć się z Mateo – odpowiedział Mat - czy wie pan gdzie on teraz jest? Prawnik spojrzał na zegarek i odpowiedział
- Powinien właśnie dojeżdżać z babcią do klubu jeździeckiego na trening.
- Wspaniale!– Ucieszył się Mat - jedźmy tam! Od razu zobaczę jak mój syn radzi sobie na koniu.
Trzy kwadranse później parkowali w klubie. Z daleka widzieli ze dwadzieścia koni z młodymi jeźdźcami i amazonkami na padoku. Podchodząc bliżej Mat miał coraz większa gulę w gardle, a serce waliło mu jak młot pneumatyczny. Miał właśnie spotkać się pierwszy raz ze swoim siedmioletnim synem, o którego istnieniu jeszcze dwadzieścia cztery godziny wcześniej nie miał pojęcia. Obawiał się reakcji chłopaka, obawiał się, że to nie on, a syn może go odrzucić, obwiniając ojca, że nie interesował się nim przez te wszystkie lata. Na jedynej ławeczce przy ogrodzeniu padoku siedziała samotnie kobieta po sześćdziesiątce.
- Dzień dobry pani – odezwał się po włosku Mat – czy możemy się przysiąść?
- Dzień dobry, oczywiście, proszę – odpowiedziała kobieta. Dopiero po chwili spojrzała na ich trójkę. Z coraz szerzej otwartymi oczami patrzyła to na Mata, to na Musę.
- Madre del Dio! – Wykrzyknęła i przeżegnała się.
- Przepraszam, nie chcieliśmy pani przestraszyć – powiedział Mat – czy pozwoli pani, że przedstawię..
- Nie musi pan. Jeżeli nagle pojawia się młody, przystojny mężczyzna w towarzystwie pięknej signoriny i równie przystojnego młodego Araba, nie musi pan nikogo przedstawiać. Pan to Mat, ojciec Mateo, a pański przyjaciel to Musa, pański brat. A ta piękna signorina to pańska narzeczona, Samanta.
- Widzę, że adwokaci dobrze odrobili swoja pracę – odezwał się Musa – czy Mateo wie..
- Mateo nie ma w ogóle pojęcia, że Veronica zleciła poszukiwania ojca – odpowiedziała babcia.
- Nie chciała, żeby przeżył kolejny szok, gdyby..
- Gdybym okazał się ostatnią świnią i wyparł się syna – przerwał jej Mat.
- Pan to powiedział – z lekkim uśmiechem przytaknęła kobieta.
- Mateo wypytywał matkę o pana, o wszystkie szczegóły, jakie zapamiętała. Musiała wielokrotnie powtarzać mu jak razem graliście w sklepie signora Petrelli, jak zmuszaliście ją i jej koleżanki do biegania i jak obroniliście je przed skinheadami.
Veronica pamiętała wiele z tego, co pan mówił jej o sobie. Chwalił się pan, że potrafi przejechać konno tor przeszkód z monetami pomiędzy kolanami a siodłem nie gubiąc ich. To pod wpływem tych opowiadań, Mateo zaczął jeździć konno, dobrze mówi po angielsku i francusku i w ogóle świetnie daje sobie radę w szkole. O właśnie jadą, zaraz panu pokażę Mateo – kobieta wskazała grupę jeźdźców jadących galopem i zbliżających się do ogrodzenia, przy którym stała ławeczka, na której siedzieli
- Proszę poczekać – poprosił Mat – mam nadzieję, że sam go rozpoznam.
Grupa jeźdźców przejechała wzdłuż ogrodzenia i popędziła dalej.
- I co? Rozpoznał go pan? – Spytała kobieta.
- Ten na siwej klaczy – odparł Mat, a po jego twarzy pociekły łzy.
- Santo Christo! – Wykrzyknęła babcia. Z jej oczu też poleciał potok łez – jakim cudem rozpoznał pan Mateo, którego w życiu pan nie widział, nawet na fotografii?
- Po dosiadzie, signora – odparł wesoło przez łzy Mat – jedyny z tej grupy, który tyłek ma przyklejony do siodła, pięty obciągnięte w dół, a łydki i kolana trzyma jak Pan Bóg przykazał. No i nie wygląda na siedem lat, bardziej na dziewięć a nawet dziesięć. Wysoki, dobrze zbudowany. To musi być mój syn!
Grupa ponownie przejechała galopem wzdłuż ogrodzenia. Chłopak jadący na siwej klaczy spojrzał na babcię i uśmiechnął się. Po chwili wyłamał z grupy i galopem przez cały plac podjechał na wprost ławeczki, zatrzymując klacz metr od ogrodzenia. Zeskoczył z siodła i trzymając wodze w ręku podszedł bliżej.
- Co pan zrobił mojej babci, że płacze? – Spytał hardo. Patrzył na Mata, potem spojrzał na Musę. Jego oczy zrobiły się wielkie jak talarki. Przez chwilę patrzył to na Mata, to na Musę. W końcu drżącym głosem zwrócił się do Araba
- Czy Pan nie nazywa się przypadkiem Musa i pochodzi z Dubaju, ale mieszka pan w Ameryce i czy jest pan jednym z Czterech Muszkieterów?
- Tak, Mateo – odpowiedział Musa, któremu też wielka gula rosła w gardle ze wzruszenia.
- Tak, Mateo. Jestem Musa, pochodzę z Dubaju, mieszkam w Stanach i jestem jednym z Muszkieterów.
Mateo patrzył już tylko na Mata. Bezwiednie przywiązał wodze do ogrodzenia. Pomimo upału zaczynał cały się trząść.
- Czy pan też jest Muszkieterem? – Niemal szeptem zwrócił się do Mata – i po coście tu przyjechali?
- Tak, Mateo – odpowiedział Mat – jestem Muszkieterem i przyjechałem tu, żeby odnaleźć mojego syna, o którego istnieniu do wczoraj nie miałem pojęcia. Mój syn nazywa się Mateo i jest wspaniałym jeźdźcem. Już nigdy mój syn nie będzie sam.
Mateo podszedł do Mata, zadarł głowę i z bliska patrzył mu w oczy.
- O Boże! – Mateo zaczął płakać na całego - masz jedno oko brązowe a drugie zielonkawo-błękitne, tak jak mówiła mama.
Mat nachylił się, zdjął toczek z głowy Mateo, objął chłopaka i mocno go przytulił. Ich ramionami wstrząsał płacz.
- Tak długo na ciebie czekałem, tato.
- Ja czekałem na ciebie całe dwadzieścia cztery godziny, synku, ale były one dla mnie jak cała wieczność.
Babcia Mateo przytuliła do siebie szlochającą Samantę i mającego oczy na mokrym miejscu Musę.
- Spełniły się marzenia Veroniki. Na pewno spogląda teraz na swoich dwóch ukochanych chłopaków i jest szczęśliwa.


Gdy ma się szczęście w miłości, nie ma się szczęścia w kartach.
Gdy ma się szczęście w kartach, ma się pieniądze na miłość.

Awatar użytkownika
Namrasit
Dusza pisarza
Posty: 501
Rejestracja: sob 26 wrz 2009, 19:46
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: 800m from Smocza Jama
Płeć: Mężczyzna

Re: MUSZKIETERZY XXI WIEKU - fragment I

Postautor: Namrasit » sob 09 kwie 2016, 10:04

Muszkieter pisze:- Przepraszam, czy pan Mat? – Spytał po włosku facet, który pojawił się za ich plecami.
- To ja – odpowiedział Mat i zaciekawieniem popatrzył na przybysza. Gość musiał być Włochem z krwi i kości, miał po pięćdziesiątce i sądząc z eleganckiego ubioru, pomimo upału, musiał być prawnikiem.
- Pan Mat Srokowski? – Upewnił się Włoch.
- Tak, jestem Mat Srokowski. W czym mogę panu pomóc?
- To jest dla pana – Włoch wręczył Matowi kopertę.

Ciągle ten Mat i Mat, przydałoby się jeszcze jakieś określenie na bohatera, ale jego nazwisko mnie rozśmieszyło. Wiesz, tak jakoś "o" zmieniło mi się samo na "a". Bohater musiał mieć ciężko w szkole z takim nazwiskiem :D.
Muszkieter pisze:- A cóż może chcieć od ciebie, bracie, włoski prawnik w Bostonie? – Zainteresował się Musa.
- Dymałeś ostatnio jakąś włoską studentkę i nie zabezpieczyłeś się? – Zadrwił Arab.

Przez chwilę się zastanawiałem, jaki to Arab wtrącił się do rozmowy. Ale to chyba ten Musa? Czy więc nie lepiej tę wypowiedź utrzymać w jednej linii? Poprzednio też takie coś było, ale tam zaznaczyłeś, że to ta sama postać kontynuuje wypowiedź.
Muszkieter pisze:- A cóż może chcieć od ciebie, bracie, włoski prawnik w Bostonie? – Zainteresował się Musa.

I dlaczego naszedł bohatera w jakimś pubie, do którego, jak wspomniałeś, ten raczej rzadko chodził. Śledził go? Obserwował? Dał mu list i uciekł? Czy naprawdę tak postępują prawnicy?

Muszkieter pisze:ale Twój adres miałam w komórce, którą kilka dni po Twoim wyjeździe skradziono mi.

To pewnie kwestia stylu, ale mi to "mi" na końcu zdania jeszcze w uszach dzwoni. Może:
"którą skradziono mi kilka..."

Muszkieter pisze:Straciłyśmy jedyny kontakt z Wami, bo Laura i Giulia też zapisały sobie maile do Musy i Billa w komórkach. A my nie znałyśmy Waszych nazwisk, tylko imiona. Płakałam przez kilka dni nie dlatego, że ktoś mi ukradł komórkę, ale że straciłam jedyny namiar na Ciebie, Amore.

Czyli tak, one miło ich wspominają, czyli im się podobało. To były nastolatki. I naprawdę żadna, jak chłopaki wyjechali, nie napisała zaraz do któregoś, jak tam lot, czy dotarli itp? Czekały z tym kilka dni? Dlaczego? To przecież wymagało 10 sekund wysiłku. Zresztą, takie dziewczyny to jak tylko kontakt dostaną, już piszą.
Niech im te komórki ukradną zaraz po wyjeździe chłopaków.

Muszkieter pisze:Opiekowała się i opiekuje nadal Mateo, który jest w niej zakochany po uszy, aż czasami berze mnie zazdrość.

Literówka, chyba że zamierzone.

Muszkieter pisze:Babcia pomimo swych obaw o całość kości wnuka

Będzie z nich szpik wysysać, że się o ich "całość" tak martwi :D.

Muszkieter pisze:Piszę ten list z przerwami, bo brakuje mi już sił.

Brak przerw w liście, stwierdzam. Można dorzucić kilka wielokropków gdzieniegdzie, skoro to się później wyjaśnia. Ewentualnie nadmienić o tych przerwach wcześniej.

Muszkieter pisze:- Jezu! – Jęknęła, gdy skończyła czytać.
- Skąd to masz? – Spytała.

To się często powtarza. W takich kwestiach, po myślniku piszemy z małej. W wielu kwestiach brakuje też kropek na końcach wypowiedzi, jak tu:
Muszkieter pisze:- Masz, czytaj – Sam podała przyjaciółce list.

Muszkieter pisze:- Mat ma syna? – Wykrzyknęła Monika.

Ha, to mój ulubiony błąd, notorycznie sam go popełniam. Brak wykrzyknika. No i "wykrzyknęła" z małej, ale to już było.
Muszkieter pisze:- Jak znam ciebie, uznasz tego chłopca za swojego syna, nawet ryzykując zerwanie zaręczyn – Sam zwróciła się do Mata, patrząc mu prosto w oczy. Chłopak milczał.

"Chłopak milczał" nowy akapit. Chyba że chcesz to włączyć do tego, co widzi Sam, wtedy razem, ale dialog już nie od nowej linii.
Muszkieter pisze:- Tak, amore, jestem tego tak pewna jak pewna jestem naszej miłości. Nie mam zamiaru rezygnować z ciebie, ani tym bardziej stawać pomiędzy tobą a twoim synem.
Nie zastąpię mu matki, mogę być jego starszą siostrą. Biedny chłopak, stracił matkę, ale zyskał ojca. Dość się nacierpiał. Nie traćmy ani chwili. Byli już na ulicy i Sam gwizdnęła głośno na palcach, zatrzymując taksówkę.

Tu się chyba formatowanie posypało.
Muszkieter pisze:Babcia Mateo przytuliła do siebie szlochającą Samantę i mającego oczy na mokrym miejscu Musę.

Nie ma to jak epickie zakończenie, ale to mnie przerosło.

A tak podsumowując, czytało siędobrze. Większość drobnych błędów łatwo było zignorować, wszystko też z czasem uległo wyjaśnieniu. Poczytaj trochę o konstrukcji dialogów, bo obecnie czasem można było się pogubić, czy wypowiedź należy ciągle do tego samego bohatera (kiedy jest ich kilku).

Mam nadzieję, że moje uwagi okażą się pomocne.


Uśmiechając się do deszczu mniej się moknie

Awatar użytkownika
iris
WModerator
WModerator
Posty: 733
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:10
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: świętokrzyskie
Płeć: Kobieta

Re: MUSZKIETERZY XXI WIEKU - fragment I

Postautor: iris » sob 09 kwie 2016, 20:48

Zerknęłam na razie tak na szybko i rzucił mi się w oczy dziwny szyk niektórych zdań, zaburzający ich logiczny odbiór :) To się powtarza w kilku miejscach - np.:
- Absolutnie nie. Kocham Sam do szaleństwa, kocham ją dojrzałą miłością, chociaż jeszcze rok temu nie czułem nic do żadnej dziewczyny poza zwykłym pociągiem seksualnym – powiedział z zadumą Mat i kontynuował


Nie czuł nic do żadnej, poza pociągiem (w sensie "kim") :) Nie jestem polonistą i nie wiem, jak to właściwie nazwać, ale jeśli piszesz "do żadnej, poza..." to powinieneś dokończyć poza kim; "zwykły pociąg seksualny" [ja sobie od razu wyobraziłam taki z PKP] stał się tutaj przedmiotem jego niegdysiejszych uczuć :) Jeśli chcesz napisać, że nie czuł niczego poza pociągiem seksualnym to powinno być: rok temu do żadnej dziewczyny nie czułem nic poza pociągiem seksualnym.

Może znajdzie się ktoś, kto to wyjaśni bardziej profesjonalnie :)

Gość musiał być Włochem z krwi i kości, miał po pięćdziesiątce i sądząc z eleganckiego ubioru, pomimo upału, musiał być prawnikiem.

Tutaj podobnie - wychodzi, że pomimo upału był prawnikiem, co oczywiście jest nonsensem. Zobacz tak: Gość musiał być Włochem z krwi i kości. Miał po pięćdziesiątce i sądząc po garniturze noszonym pomimo upału, musiał być prawnikiem.


„Styl nie może być ozdobą. Za każdym razem, kiedy nachodzi cię ochota na pisanie jakiegoś wyjątkowo skocznego kawałka, zatrzymaj się i obejdź to miejsce szerokim łukiem. Zanim wyślesz to do druku, zamorduj wszystkie swoje kochane zwierzątka.” Arthur Quiller-Couch

„Czasami nie wie się czegoś aż do czasu, kiedy się wie. Nie ma w tym nic złego.” Kubuś

Awatar użytkownika
Muszkieter
Zarodek pisarza
Posty: 14
Rejestracja: pt 08 kwie 2016, 16:00
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

MUSZKIETERZY XXI WIEKU - fragment I

Postautor: Muszkieter » czw 14 kwie 2016, 23:07

Namrasit pisze:Source of the post Ciągle ten Mat i Mat, przydałoby się jeszcze jakieś określenie na bohatera, ale jego nazwisko mnie rozśmieszyło. Wiesz, tak jakoś "o" zmieniło mi się samo na "a". Bohater musiał mieć ciężko w szkole z takim nazwiskiem .

Akurat tak się składa, że SROKOWSKA to było panieńskie nazwisko mojej mamy. Wielu jej koleżankom z żeńskiej szkoły to nazwisko kojarzyło się po prostu ze sroką i zwracały się do niej per sroczko, nawet gdy miały powyżej 80 lat. :D

Namrasit pisze:Source of the post - A cóż może chcieć od ciebie, bracie, włoski prawnik w Bostonie? – Zainteresował się Musa.- Dymałeś ostatnio jakąś włoską studentkę i nie zabezpieczyłeś się? – Zadrwił Arab.Przez chwilę się zastanawiałem, jaki to Arab wtrącił się do rozmowy. Ale to chyba ten Musa? Czy więc nie lepiej tę wypowiedź utrzymać w jednej linii? Poprzednio też takie coś było, ale tam zaznaczyłeś, że to ta sama postać kontynuuje wypowiedź.


Na wstępie mojego postu napisałem, że jest to środkowy fragment mojej powieści. Tym samym od początku (powieści)wiadomo, że Musa to Arab.

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:Opiekowała się i opiekuje nadal Mateo, który jest w niej zakochany po uszy, aż czasami berze mnie zazdrość.Literówka, chyba że zamierzone.

Oczywiście literówka, już poprawiłem. Dzięki za uwagę.

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:Babcia pomimo swych obaw o całość kości wnukaBędzie z nich szpik wysysać, że się o ich "całość" tak martwi .

Miało być śmiesznie, wyszło jak wyszło. Poprawiłem na: Babcia pomimo swych obaw o zdrowie wnuka...
Może być?

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:Piszę ten list z przerwami, bo brakuje mi już sił.Brak przerw w liście, stwierdzam. Można dorzucić kilka wielokropków gdzieniegdzie, skoro to się później wyjaśnia. Ewentualnie nadmienić o tych przerwach wcześniej.

Masz rację. Powstawiałem wielokropki.

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:- Jezu! – Jęknęła, gdy skończyła czytać.- Skąd to masz? – Spytała.To się często powtarza. W takich kwestiach, po myślniku piszemy z małej. W wielu kwestiach brakuje też kropek na końcach wypowiedzi, jak tu:Muszkieter pisze:- Masz, czytaj – Sam podała przyjaciółce list.Muszkieter pisze:- Mat ma syna? – Wykrzyknęła Monika.Ha, to mój ulubiony błąd, notorycznie sam go popełniam. Brak wykrzyknika. No i "wykrzyknęła" z małej, ale to już było.

Dzięki za uwagi. Już poprawiłem

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:- Tak, amore, jestem tego tak pewna jak pewna jestem naszej miłości. Nie mam zamiaru rezygnować z ciebie, ani tym bardziej stawać pomiędzy tobą a twoim synem.Nie zastąpię mu matki, mogę być jego starszą siostrą. Biedny chłopak, stracił matkę, ale zyskał ojca. Dość się nacierpiał. Nie traćmy ani chwili. Byli już na ulicy i Sam gwizdnęła głośno na palcach, zatrzymując taksówkę. Tu się chyba formatowanie posypało.

Masz rację, posypało wie formatowanie. Tekst nie jest skończony i często wracam do wcześniejszych fragmentów, cos poprawiam i wtedy w dalszych częściach formatowanie się sypie.

Namrasit pisze:Source of the post Muszkieter pisze:Babcia Mateo przytuliła do siebie szlochającą Samantę i mającego oczy na mokrym miejscu Musę.
Nie ma to jak epickie zakończenie, ale to mnie przerosło.

Miało być łzawo, może wyszło aż za bardzo. Pomyślę.

Namrasit pisze:[A tak podsumowując, czytało siędobrze. Większość drobnych błędów łatwo było zignorować, wszystko też z czasem uległo wyjaśnieniu. Poczytaj trochę o konstrukcji dialogów, bo obecnie czasem można było się pogubić, czy wypowiedź należy ciągle do tego samego bohatera (kiedy jest ich kilku).


Mam nadzieję, że moje uwagi okażą się pomocne.
Miło mi, że dobrze się czytało :lol: W końcu każdemu z nas o to chodzi.
Dzięki za wszystkie uwagi - na pewno przydadzą się!

iris pisze:Source of the post Zerknęłam na razie tak na szybko i rzucił mi się w oczy dziwny szyk niektórych zdań, zaburzający ich logiczny odbiór To się powtarza w kilku miejscach - np.:
- Absolutnie nie. Kocham Sam do szaleństwa, kocham ją dojrzałą miłością, chociaż jeszcze rok temu nie czułem nic do żadnej dziewczyny poza zwykłym pociągiem seksualnym – powiedział z zadumą Mat i kontynuował

Nie czuł nic do żadnej, poza pociągiem (w sensie "kim") Nie jestem polonistą i nie wiem, jak to właściwie nazwać, ale jeśli piszesz "do żadnej, poza..." to powinieneś dokończyć poza kim; "zwykły pociąg seksualny" [ja sobie od razu wyobraziłam taki z PKP] stał się tutaj przedmiotem jego niegdysiejszych uczuć Jeśli chcesz napisać, że nie czuł niczego poza pociągiem seksualnym to powinno być: rok temu do żadnej dziewczyny nie czułem nic poza pociągiem seksualnym.Może znajdzie się ktoś, kto to wyjaśni bardziej profesjonalnie


Dzięki - poprawiłem. Na pewno nie chodziło o PKP :roll:

iris pisze:Source of the post Gość musiał być Włochem z krwi i kości, miał po pięćdziesiątce i sądząc z eleganckiego ubioru, pomimo upału, musiał być prawnikiem.

Tutaj podobnie - wychodzi, że pomimo upału był prawnikiem, co oczywiście jest nonsensem. Zobacz tak: Gość musiał być Włochem z krwi i kości. Miał po pięćdziesiątce i sądząc po garniturze noszonym pomimo upału, musiał być prawnikiem.


Dzięki - sam nie znoszę garniturów, dlatego zawsze coś mi się z nimi miesza :)


Gdy ma się szczęście w miłości, nie ma się szczęścia w kartach.
Gdy ma się szczęście w kartach, ma się pieniądze na miłość.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości